Archiwum dla kategorii: ‘usa’

(K)raj dla starego zrzędy, czyli o powieści McCarthy’ego „To nie jest kraj dla starych ludzi”

Powieść „To nie jest kraj dla starych ludzi” powstała jako scenariusz filmu. Cormac McCarthy pokazał go „paru osobom” (nie mówi komu konkretnie, niestety), ale nikt się nim nie zainteresował. Jak sam twierdzi, odłożył go i po latach przekształcił w powieść. Dlatego też na rozdaniu nagród amerykańskiej Akademii Filmowej, kiedy film nakręcony przez braci Coenów na podstawie tejże powieści dostał statuetkę Oscara, Ethan Coen miał powiedzieć do McCarthy’ego: „Dobra, ja co prawda nic z nim nie zrobiłem, ale nagroda jest moja” (anegdota stąd).

Nawet nie znając tej anegdoty, łatwo wpaść na „pochodzenie gatunkowe” książki. Lakoniczny, rzeczowy styl, opisy ograniczone do minimum, jedynie po części pozwalają przypisać oszczędność słowa przemyślanemu stylowi pisarstwa. Choć widziałam tylko fragmenty filmu braci Coenów, uderza to, że wydestylowali z powieści groteskowość sytuacji, i ten celowy zabieg jednocześnie jest siłą i słabością filmu. Siłą, ponieważ nadaje mu charakterystyczną cechę narracji Coenów, czyli tak realistyczne przedstawia przemoc, że staje się ona przerysowana, podobnie jak bohaterowie mimo swoich starań niemal nierzeczywiście nieudolni lub jednowymiarowi. Słabością, ponieważ tym dobitniej podkreśla też słabość powieści, jej niesłychaną jakby odrealnioną konwencję i jednowymiarowych bohaterów.

„To nie jest kraj dla starych ludzi” opowiada historię o pewnym przypadkowym znalazcy walizki z dwoma milionami dolarów pochodzącymi z handlu narkotykami. Moss, o którym mowa, były snajper amerykańskiej armii, któremu udało się wrócić z wojny w Wietnamie w jednym kawałku ciała (nie mam pewności co do umysłu), który mieszka obecnie na pograniczu USA i Meksyku, podczas polowania na pustyni, przez przypadek odkrywa miejsce porachunków między narkotykowymi gangami. Zabiera pieniądze i niemal natychmiast zdaje sobie sprawę, że już nigdy nie będzie bezpieczny, że zawsze będzie uciekał przed ludźmi pragnącymi odzyskać owoc ciężkiej pracy handlarzy heroiną i dilerów. Tutaj pojawia się pierwsze pytanie – po co w ogóle Moss zabrał pieniądze ze zniszczonego auta (w którym akurat dogorywał ciężko ranny członek jakiegoś gangu narkotykowego; pragnął wody, ale Moss widząc jego pistolet maszynowy wolał raczej odłożyć go na bezpieczną odległość niż bawić się w pielęgniarkę – niech facet wie, że na pustyni nie ma zmiłuj), skoro od początku było jasne, że ich źródło jest, mówiąc delikatnie, nielegalne? Moss nie jest chciwy, do końca nie ma żadnego planu, jak wydać znalezione pieniądze, nic nie wiadomo też o jakichś pilnych wydatkach czy długach, które należałoby spłacić, w przeciwnym razie znajdzie swą młodą żonkę (19-letnią; on sam ma 36 lat) w kawałkach mniejszych niż kocia karma. To musiało być przeznaczenie, czytaj – jeden z nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, który sprawia, że dana postać ładuje się w nieprawdopodobne kłopoty tylko dlatego, że na chwilę wyłączyła mózg, a przynajmniej tę część odpowiedzialną za przewidywanie konsekwencji czynów. Owo przeznaczenie wydaje się odgrywać sporą rolę w większości hollywoodzkich scenariuszy i nie tylko, a sprawia, że od początku czytelnik staje się zupełnie obojętny na wszelkie dalsze niedole Mossa.

Czy Moss ma przed kim uciekać? Owszem, ponieważ oprócz bliżej nieznanych czytelnikowi członków gangów narkotykowych, którzy pojawiają się w tle, ściga go „kolega z byłej pracy”, czyli Anton Chigurh, który – jak się domyślamy z jego rozmów z innym znajomym Antona, Wellsem – również odbył służbę wojskową w Wietnamie. McCarthy udziela o bohaterach swojej powieści informacji w ilościach homeopatycznych, niestety ja w homeopatię nie wierzę (ponieważ jest to bardziej kwestia wiary niż realnego działania), i ów zabieg nie tyle sprawia, że postaci stają się tajemnicze – z mroku się wynurzają i w mrok odchodzą (ależ udana metafora, raczy zauważyć czytelnik), a raczej jawią się jako nieznośnie płaskie i wręcz karykaturalne. Chigurh, w recenzjach powieści kreowany na budzącą grozę personifikację zła, nieubłaganą śmierć w ludzkiej postaci, jest psychopatą z dziwaczną bronią (butla ze sprężonym tlenem i pistolet do zabijania zwierząt używany w rzeźniach), który pozostawia po sobie zgliszcza i trupy. Bliżej mu do Jaggernauta Marvela czy Terminatora Camerona niż do np. Hannibala Lectera. Podobnie jak postaci fantastyczne wydaje się zupełnie odporny na fizyczny ból, zachowuje zimną krew w każdej sytuacji (pod koniec powieści zostaje poważnie ranny w wypadku samochodowym – ale Anton nie mdleje, nie zatrzymuje się. Wychodzi z samochodu, przekupuje napotkane dzieciaki, by sprzedały mu czystą koszulę, opatruje sobie rany i rusza przed siebie. Nie dowiadujemy się o jego późniejszych losach niczego więcej). Niestety, czasem wygłasza bełkotliwe uzasadnienia przed swoimi ofiarami, dlaczego musi je zabić (ewentualnie darować życie – jak się to raz jeden zdarzyło) i te fragmenty powieści przypomniały mi przecudowną scenę z odcinka „The Man in the Bear”, w pierwszym sezonie serialu „Bones”, w której doktor Temperance Brennan nokautuje mordercę – kanibala szpitalnym basenem, w chwili, gdy ten przemawia o głębokim sensie swoich odrażających uczynków. „Nikt nie chce słuchać bełkotu psychopaty”, mówi (cytat niedosłowny) do zaskoczonego Bootha. No właśnie.

Uciekającego przed śmiercią z rąk narkotykowej mafii Mossa śledzą również dwie osoby z intencjami, które z braku lepszego określenia, nazwę „dobrymi”. Pierwsza z tych osób to szeryf Ed Tom Bell, starszy i doświadczony policjant, od którego zrzędliwych i mętnych wywodów rozpoczyna się i kończy powieść McCarthy’ego. Bell to weteran drugiej wojny światowej, który w czasie akcji powieści rozważa rezygnację ze stanowiska (przejście na emeryturę – i ostatecznie robi to), ponieważ męczy go wszechobecna bezsensowna przemoc i zmiany społeczne, których nie rozumie. Pod koniec powieści poznajemy też jeszcze jeden powód zgryzoty Eda Toma – poczucie winy mające swoje źródło w zdarzeniach wojennych, jakie były jego udziałem w Europie. Szeryf Bell, doświadczony śledczy, szybko i trafnie interpretuje to, co widzi na miejscu strzelaniny między dwoma gangami narkotykowymi (skąd Moss zabrał pieniądze) i niemal od początku śledztwa w tej sprawie domyśla się, że to Moss uciekł ze zrabowanymi gangsterom pieniędzmi. Próbując odnaleźć znanego mu z widzenia Mossa, dociera do jego żony „ukrywającej się” u umierającej na raka matki. Rola szeryfa ogranicza się jednak niemal tylko i wyłącznie do przekazywania informacji o tym, kto zginął i gdzie, a także do zamęczania czytelnika swoimi wynurzeniami na temat „tego strasznego świata”. Szeryf Bell jedynie podąża śladami Chigurha tropiącego Mossa. Bell ogląda zwłoki i zniszczenia, niemal zupełnie bierny i pozbawiony możliwości, by przeciwstawić się sprawcy i sprawcom przemocy.

Drugą postacią krążącą wokół Mossa, by zlikwidować go tylko w ostatecznej ostateczności, jest trzeci z kolei weteran wojny w Wietnamie, Carson Wells. Przyjmuje on zlecenie od narkotykowego bossa, aby zabić Chigurha, bowiem Anton Chigurh po tym jak – najprawdopodobniej – został przypadkowym świadkiem ustalania planów przez ludzi owego bossa, aby przejąć pieniądze z narkotykowego biznesu, decyduje się na odzyskanie pieniędzy i przekazanie ich „prawowitemu właścicielowi”. Autor, który podobno zdradza prawicowe poglądy, przedstawia żołnierzy armii amerykańskiej w bardzo krytycznym świetle. Oto bowiem ci trzej weterani wojny w Wietnamie są jak predatorzy, którzy nauczyli się zabijać w sposób doskonały, nie mają teraz jak wykorzystać swoich umiejętności. Nie nadają się do życia w cywilnym społeczeństwie, wydają się ciągle szukać zleceniodawcy na ich wysoce wyspecjalizowane usługi. Być może Moss decyduje się na swoją „przygodę”, bo zapewnia mu z całą pewnością powtórkę z wojennej rozrywki – znowu jest jednocześnie myśliwym i zwierzyną, całodobowa dostawa zwiększonej dawki adrenaliny zapewniona. Z powieści nie wynika też, by byłych żołnierzy jakoś szczególnie nękało prawo, choć Wells i Chigurh łamią je niemal bez przerwy. Co ciekawe, nikt z służb policyjnych czy kryminalnych nie wydaje się być zaniepokojony czy zainteresowany osobą Antona, choć w świetle współczesnych konwencji kryminałów, thrillerów, etc., jego osoba powinna już posiadać grubą kartotekę, portret psychologiczny z uwzględnieniem każdego niedojedzonego deseru w dzieciństwie i babki z krzywą protezą zębową, a nad morderstwem między gangami pracować ze dwa oddziały CSI. Anton porusza się między miastami zupełnie nie niepokojony, podobnie jak Moss, choć obaj niemal nieustannie krwawią, mają ze sobą pełno broni, przemieszczają się nienękani zbędną ciekawością przechodniów, najwidoczniej świadomych, że zbytnią dociekliwość łatwo przypłacić życiem. Ciągle płacą też okrwawionymi banknotami, albo brudnymi niedosłownie pieniędzmi, pochodzącymi od szefów gangów.

Co ciekawe, autor ustami postaci powieści, nie potępia amerykańskich ruchów pacyfistycznych, hippisów, raczej zmianę społeczeństwa jako taką. Daje do zrozumienia, że Stany Zjednoczone nie radzą sobie z zapewnieniem odpowiedniej opieki czy też kurateli nad doskonałymi maszynami do zabijania, jakimi są Moss, Wells i Chigurh, byli żołnierze armii amerykańskiej. Sędziwy wuj Eda Toma Bella krytykuje patetyczne i patriotyczne hasła nawołujące do poświęcenia życia w służbie ojczyzny.

Chigurhowi udaje się zabić Mossa, jego żonę, Wellsa i jego zleceniodawcę, o dodatkowych ofiarach nie wspominając. Oszczędza Bella, choć ma sposobność zabicia szeryfa. McCarthy jest autorem, któremu rozstawanie się z wykreowanymi przez siebie postaciami przychodzi niezwykle łatwo, ale może to łatwe, skoro są tak porażająco jednowymiarowe. Dialogi w powieści są dość krótkie i niezbyt błyskotliwe. Odnosi się wrażenie, że wszechogarniająca przemoc wyssała sens z komunikacji międzyludzkiej. Po co w ogóle rozmawiać, skoro za chwilę i tak wszyscy zginą? Jak można rozmawiać, gdy wokoło tyle śmierci?

Wątek kryminalno-sensacyjny jest opisany tak bardzo oszczędnie, że przestaje być wiarygodny, choć może być prawdopodobny. Do końca nie poznajmy nazwisk ani stron skonfliktowanych bossów narkotykowych. Świat w powieści jest dość słabo umiejscowiony w czasie – równie dobrze akcja opowieści mogłaby mieć miejsce współcześnie, choć procedury policyjne na miejscu zbrodni, w świetle konwencji seriali z cyklu „CSI”, są rażąco anachroniczne (choć to nie jest zarzut, bardziej szokujące jest to, że od kiedy szeryf Bell spotyka się z agentem do spraw narkotykowych z FBI, który wydaje się wiedzieć więcej niż on, Bell zajmuje się już całą sprawą jedynie jako swego rodzaju pracownik domu pogrzebowego z rozszerzoną licencją na zabijanie). Przez całą powieść nie poznajemy dobrze bohaterów, jednak nie sprawia to, że czytelnik zastanawia się nad tajemnicami, które skrywają ich biografie, raczej zastanawia się, czy przypadkiem postacie z reklam nie są równie fascynujące. Bella i Mossa męczą wyrzuty sumienia, że są pozostali żywi po wojnach, w których zginęli ich wszyscy towarzyszy broni. Wells i Chigurh prawdopodobnie walczyli razem w Wietnamie, jednak w „swoim kraju” polują na siebie.

Kiedy szukałam informacji o autorze w internecie, uderzyło mnie to, jak sprzeczny obraz wyłania się ze skrawków wiedzy o McCarthym. Preferujący samotniczy tryb życia, niemal samouk, któremu pisanie przychodzi „ot tak”, jak farmer zgarnia kukurydzę z pola, a z drugiej strony – gość talk show Oprah Winfrey, wydający ukrywać starannie swoją wiedzę i warsztat. Częsty gość słynnego Instytutu w Santa Fe, któremu zresztą składa podziękowania na początku powieści „To nie jest kraj dla starych ludzi” – książka powstała podczas czteroletniego pobytu autora w tamtejszym instytucie pracy twórczej. Omówienia, fragmenty i ekranizacje pozostałej części dorobku pisarskiego McCarthy’ego zdają się sugerować pisarza o konsekwentnie surowym, oszczędnym stylu, który przedstawia świat w całej jego brutalności, a człowieka – w jego osamotnieniu. Apokaliptyczne wizje McCarthy’ego, w których zdają się przeżywać jedynie nieliczni mężczyźni (np. „Droga”) wydają mi się przy pomysłach choćby Margaret Atwood koszmarnie monotonne, nieprzekonujące i nudne, choć sugestywne. Z nielicznych wypowiedzi autora dla prasy wyłonił mi się portret samotnika, który bardzo późno dorósł do ról społecznych hołubionych w jego książkach (np. podkreśla odkrywanie ojcostwa i więź ze swoim najmłodszym synem, który urodził się, gdy McCormac miał sześćdziesiąt lat).

Bohaterowie „To nie jest kraj dla starych ludzi” są wręcz męczący ze swoimi niesłychanie ciasnymi horyzontami myślowymi. Szeryf Bell pomyślany jako figura stojąca po stronie dobra, wykreowany jest na typ człowieka trzymającego się prostych zasad moralnych w oceanie zła. Wydaje się być typowym przedstawicielem pokolenia, które nie widzi związku między autorytarnym wychowaniem, które odebrało, nieumiejętnością przekazania mniej autodestrukcyjnych metod na relacje z dziećmi i ich problemami w dorosłym życiu. Jego autorefleksje są zupełnie jałowe; Bell nie zadaje sobie trudu, by choć postarać się zrozumieć swoje czasy. W jednych ze swoich rozważań, Bell wspomina, iż utracili z żoną córkę, nie dowiadujemy się jednak niczego więcej. Czy umarła jako dziecko? Czy może skłócona z rodzicami, zerwała z nimi kontakt, przez co szeryf tym usilniej broni się przed współczesnością?

Pod koniec powieści, Bell udaje się na spotkanie ze swoim sędziwym wujem, żyjącym na skraju nędzy, by zwierzyć mu się, jak bardzo męczy go to, że podczas wojny zostawił swoich rannych kolegów z oddziału na pewną śmierć. Ocalił życie, uciekł z zasadzki, dostał medal za dokonania wojenne, a jednak całe swoje życie po tym incydencie uważa za wykradzione i stracone. Bell odnosi swoją postawę do ideału zachowania dziadka, którego wspomina jako osobistego bohatera, wzorzec męskości i prawości, ale wuj sugeruje, że dziadek nie był taki pomnikowy, jak Bellowi się zdaje. Wiekowy wujek Bella jest o wiele bardziej niż Ed Tom sceptyczny wobec wartości tradycyjnie kojarzonych z patriotyzmem. To nie jest nihilizm, raczej pustka, rezygnacja, bankructwo wszystkich wartości i ideałów, w jakie wierzyli. Tradycjonalizm tych starych pierników jest dość typowy dla ludzi, którzy biadolą nad strasznym stanem rzeczy, a kompletnie odrzucają myśl, że uczestniczą w tworzeniu rzeczywistości, która doprowadza do takich opłakanych konsekwencji. W innym miejscu powieści Bell opowiada o spotkaniu z pewną kobietą podczas konferencji w Corpus Christi (teksańskim mieście), podczas którego nie potrafił nawiązać niemal żadnego dialogu. Ograniczył się do małej deklaracji swoich zasad, dodał także, że według niego ludzie Teksasu są do przywiązani do ziemi, i tak dalej…

Zaskoczyło mnie, że wśród znalezionych recenzji powieści McCarthy’ego nie znalazłam żadnej negatywnej. Same peany, niemal na klęczkach, czasem z merytorycznymi błędami (typu „Każdy rozdział rozpoczyna się od monologu szeryfa” – polecam lekturę całości, bowiem rzadko kiedy można spotkać tak źle napisaną i nieprzemyślaną recenzję), hymny pochwalne na cześć bohaterów, którzy jawią się niektórym niemal jako anioły i demony. W „polecanej” przeze mnie powyżej recenzji, najbardziej urzekła mnie ocena szeryfa Bella, który wg autora omówienia „To nie jest kraj dla starych ludzi” wygłasza rozmaite głębokie przemyślenia i sprawia, że dzięki nim zaczynamy myśleć o rzeczach, które wcześniej niekoniecznie były tematem naszych przemyśleń. Pozwolę więc sobie na zakończenie zacytować Wspaniałego Myśliciela Eda Toma Bella, a czytelnik niech osądzi, która część jego wypowiedzi znalazła jego uznanie jako nowatorska i skłaniająca do refleksji: „Dziś wieczorem, w czasie kolacji żona mi powiedziała, że czytała świętego Jana. Objawienie. Kiedy zaczynam mówić o różnych sprawach, ona zawsze znajduje coś w Biblii, więc spytałem czy w Objawieniu jest coś o tym, co się stanie, a ona mi odparła, że mi powie. Spytałem, czy jest tam coś o zielonych włosach i kościach w nosach, a ona krótko odpowiedziała, że nie. Nie wiem czy to dobry znak, czy zły” (s. 234).

Sławomira Raczyńska

Cormac McCarthy, To nie jest kraj dla starych ludzi, przeł. Robert Bryk, Prószyński i S-ka, Warszawa 2008.

Data wpisu: 10 grudnia, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Julia Child, współpraca: Alex Prud’Homme, „Moje życie we Francji”

Kiedy na początku najnowszego filmu Woody Allena O północy w Paryżu poznajemy Strasznych Amerykańskich Przyszłych Teściów głównego bohatera (granego przez Owena Wilsona), miałam wrażenie, że rozpoznaję w nich współziomków Julii Child, których spotykała podczas swoich pobytów w Europie. Autobiograficzną książkę Julii Child (autorki żyjącej w latach 1912-2004) i najnowszy film Allena łączy nie tylko to, że akcja obu opowieści dzieje się w Paryżu. Oboje autorzy za pomocą swoich dzieł niewątpliwie starali się choć trochę przełamać stereotyp prowincjonalnego Amerykanina zapatrzonego w swoją ojczyznę jako raj kompletny i ostateczny. Część bohaterów Allena to ludzie aroganccy, nieprawdopodobnie ignoranccy, niewidzący niczego poza ukochanymi Stanami Zjednoczonymi, niemający kompletnie pojęcia o jakichkolwiek ideach intelektualnych – bardzo przypominali niektórych znajomych Julii, a także jej ojca, z którym Julia przez całe życie nie była w najlepszych stosunkach. O ile Allenowi nie udaje się jednak wyjść poza pretensjonalne uniki i popadanie w jeszcze gorsze stereotypy, Child znakomicie prezentuje się jako otwarta i chłonąca nowości nowoczesna kobieta. Co istotne, widzimy, jak ona sama wyzbywała się stereotypowych przedsądów: „(…) za sprawą artykułów w „Vogue” i hollywódzkich filmów, skłonna byłam sądzić, że Francja to kraj elegantów, gdzie wszystkie kobiety są filigranowymi i wytwornie ufryzowanymi złośliwymi stworzeniami, a wszyscy mężczyźni dandysami à la Adolphe Menjou, którzy raz po raz podkręcają wąsa, podszczypują dziewczęta i spiskują przeciwko amerykańskim prostaczkom” (s. 21, pisownia oryginalna).

Ale skąd w ogóle wspomnienia Julii Child w moich lekturach?

…Kiedy tylko poczujemy zmęczenie myślą, że jedzenie stało się gigantycznym przemysłem, w którym przyjemność smakowania, biesiadowania zanika na rzecz wyliczania wartości odżywczych przez dietetyków i gaży dla gwiazd kucharzenia, które nie zawsze gotują naprawdę, warto spojrzeć na początki obecności programów kulinarnych w telewizji, na czas, gdy przepisy kuchenne były często tajemnymi recepturami, i jedynie kucharze i kucharki znali i przekazywali sobie sekrety odpowiednich proporcji, przypraw, ingrediencji i składników. Warto przypomnieć sobie o kimś, dla kogo gotowanie było prawdziwą przyjemnością, pasją, sposobem życia, a nie tylko dochodowym biznesem.

Książki Julii Child nie napisała Julia Child. Za olbrzymi sukces wspomnień Julii odpowiada redaktor jej wspomnień i krewny, Alex Prud’Homme (Julia to jego cioteczna babka). W 2004 roku Julia i Alex zaczęli spotykać się, by spisać wspomnienia Julii z jej ulubionego okresu w życiu, gdy razem z mężem, Paulem Childem, w latach 1948 – 1954 mieszkali w Paryżu i w Marsylii. „Jest to książka o największych miłościach mojego życia: moim mężu, Paulu Childzie, la belle France oraz rozlicznych przyjemnościach gotowania i jedzenia”, czytamy we wstępnych partiach. Początkowo Prud’Homme próbował nagrywać słowa Julii na magnetofon, ale urządzenie rozpraszało ją. Skupił się zatem na spisywaniu jej opowieści, czytaniu listów, które Julia pisała do rodziny i przyjaciół, pracował również z wieloletnią redaktorką książek Julii, Judith Jones, która jako pierwsza dostrzegła potencjał bestsellerowy w projekcie Julii.

Moja pierwsza myśl o książce zredagowanej przez krewniaka Julii sprowadzała się do westchnienia: no tak, spadkobiercy do praw autorskich jej książki zauważyli, że produkt „Julia Child” jest już jedynie kuchennym dinozaurem. Należy więc coś wymyślić, aby produkt stworzyć na nowo, ładniej opakować i sprzedać ponownie. Nie da się wypromować ponownie Julii jako mistrzyni francuskiej kuchni, warto więc przedstawić to, co do tej pory chroniła, czyli prywatność i wspomnienia, pokazać Julię jako człowieka. Hurra, udało się! Kupiłam! Książka, która stanowi efekt współpracy z Prud’Homme, jest znakomitą, napisaną niezwykle lekkim piórem, sympatyczną, ciepłą, pełną ciekawostek i oczywiście przede wszystkim – pasji, opowieścią o szalonym życiu jeszcze bardziej szalonej młodej Amerykanki w Paryżu.

Jestem zatem pod wielkim wrażeniem tego, co wykreował Prud’Homme. Podczas lektury miałam wrażenie, że słyszę głos narratorki – upozowanej po trochę na idealną panią domu z reklam z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych a troszkę na towarzyszkę imprez Holly Gholightly. Zwariowana i jednocześnie świetnie zorganizowana. Pełna energii, z którą przemierza europejskie miasta z uśmiechem, gotowa na niespodzianki, które okiełzna poczuciem humoru i dystansem. Jak jednak było naprawdę? Według Julii Child, kobiety w jej czasach, głównie Amerykanki należące do klasy średniej, nie miały pojęcia o gotowaniu, które w ogóle nie leżało w polu ich zainteresowań. Kupowanie produktów spożywczych i przygotowywanie posiłków to było zajęcie służących i kucharzy. Wiele amerykańskich rodzin w czasach przedwojennych i powojennych, jak wspomina Julia, zatrudniało europejskich kucharzy, którzy często wzorowali się na ideale francuskiej kuchni. Niezdrowe, tłuste i wysokokaloryczne, smażone w dużej ilości tłuszczu jedzenie, które pojawiało się na amerykańskich stołach, wg Julii pochodziło od kucharek afroamerykańskich. Z taktem należnym pogodnej i w miarę beztroskiej rozrywce, w książce nie wspomina się, dlaczego akurat te kobiety znały przepisy głównie na potrawy dostarczające energii ludziom pracującym bardzo ciężko fizycznie.

Wspomnienia Julii Child są absolutnie rozkoszne. Bawi nawet stopień zafałszowania i „słodzenia” obrazów, które – jak sądzę – są dziełem głównie redaktora książki. Przypominam: oto Julia zjawia się z mężem we Francji zaraz po drugiej wojnie światowej, jednak niewiele tam refleksji na temat potworności światowego konfliktu zbrojnego. Właściwie tamta wojna była dla Julii i jej męża egzotyczną przygodą, pracowali razem w Azji (dla armii amerykańskiej na Cejlonie), a potem zjawili się w Paryżu, by nieść Europie pozytywne przesłanie na temat globalnej roli i zasług Stanów Zjednoczonych. Paul, pracownik amerykańskiego urzędu propagandy, był odpowiedzialny za popularyzację i utrwalanie jak najbardziej afirmatywnego obraz swej ojczyzny wśród alianckich sojuszników. Biorąc pod uwagę wspomnienia Julii, w Paryżu na pewno wybrali dobrą drogę zacieśniania przyjaźni amerykańsko–francuskiej zapoznając się z wyśmienitą kuchnią francuską i imprezując z interesującymi osobami. Poznali m. in. małżeństwo Baltrusatisów, zaglądała do nich Alicja B. Toklas, spotykali się z krewnym Hemingwaya, wpadali w restauracjach na Colette, etc., jednak to żadna rewia znanych nazwisk, a wspomnienie autentycznych przyjaciół. Niemal cukierkowa tonacja książki staje się groteskowa, gdy Julia i Paul po pobycie w Paryżu i Marsylii zostają przeniesieni z racji awansu pana Childa do Niemiec – Plittersdorfu. Julia zręcznie omija wszelkie smutne i poważne tematy, skupiając się na słusznej skądinąd uwadze, że absolutnym koszmarem było życie w kopii amerykańskiej prowincji, i że niesłusznie Amerykanie ignorowali miejscową kuchnię, sprowadzając absolutnie wszystko z USA. To zresztą nie był jedynie wybryk starych dobrych czasów. Kiedy czytałam – mniej więcej miesiąc temu – o jakiejś amerykańskiej jednostce stacjonującej w małym polskim mieście, dowiedziałam się, że olbrzymią popularnością wśród Amerykanów cieszyły się pierogi – ich kucharz używał na miejscu w jednostce… amerykańskich jajek w proszku. Nie zdziwiłabym się gdyby sprowadzali ze Stanów również wodę pitną!

Julia na początku boi się „życia w kraju potworów”, jak określa Niemcy. Ale kiedy próbuje miejscowego piwa w Plittersdorfie, a potem wędzonej kiełbasy i kiszonej kapusty, dochodzi do wniosku, że tam, gdzie jest tak dobre jedzenie, zło jest niemal niemożliwe. „Znów nas zaskoczyło, jak bardzo sympatyczni są Niemcy. Usiłowałam pogodzić jakoś obrazy Hitlera i obozów koncentracyjnych z tymi miłymi obywatelami. Czy to naprawdę ci sami ludzie, którzy kilka lat temu pozwolili Hitlerowi sterroryzować świat?” (s. 296). I to mimo pysznej kiełbasy i kiszonej kapusty, sacrebleu! Jednakże fragmenty o pobycie w Niemczech nie są, wbrew pozorom, świadectwem totalnej naiwności czy głupoty Julii. Wydaje się raczej, że na siłę próbowała wydobyć wszystkie pozytywne strony przebywania w małym miasteczku, klonie amerykańskiej „dziury zabitej dechami”. Pobyt w dość smutnym, nudnym i brzydkim miejscu, które na dodatek nie obfitowało w sympatyczne towarzystwo (Julia unikała przebywających tam Amerykanów jak tylko mogła), był niewątpliwie przygnębiającym doświadczeniem. W innych fragmentach książki powściągliwie, ale zdecydowanie krytykuje makkartyzm i „polowanie na czarownice”, które rozpoczęło się w Ameryce w 1950 roku (o tym niżej), chwali liberalizm i ubolewa nad przemianami w amerykańskiej polityce, które doprowadziły wedle niej do pogorszenia stosunków USA z państwami Europy Zachodniej.

Ciekawe są opinie Julii o zatrudnieniu Paula, który jako pracownik propagandy dbał o PR USA w Europie i przygotowywał grunt do wprowadzenia Planu Marshalla. Kiedy organizował z amerykańskim attaché kulturalnym rozmaite wystawy sztuki współczesnej, „musiał być zarazem dyplomatą, panienką lekkich obyczajów i łobuzem, bo tylko taka kombinacja pozwalała skutecznie lawirować między diametralne różnymi stylami francuskiej i amerykańskiej biurokracji” (s. 144). Paul nazywał Amerykanów „panienkami Planu Marshalla”. Czytamy o zderzeniu dwóch zupełnie innych podejść do życia i organizacji. Właściwie do opisu Francuzów pasuje zestaw cech: indywidualizm, lekceważenie procedur, przepisów, opór stawiany dyktatowi „produktywności i zyskowi”. Według Julii typowy Francuz na sugestie Amerykanów „jak podkręcić kapitalizm”, reagował następująco:

wzruszał ramionami, jakby chciał powiedzieć: „Te wasze pomysły są niezwykle fascynujące, bez wątpienia, ale pracuje nam się dobrze, i to nam wystarcza. Wszyscy zarabiają przyzwoite pieniądze, nikt nie choruje na wrzody. Ja mam czas, żeby pracować nad monografią o Balzaku, a mój brygadzista z pasją hoduje grusze na treliarzu. Właściwie nie mamy ochoty wprowadzać zmian, które nam proponujecie” (s. 144, 145).

I dalej: „Amerykanie nie potrafili nawet wystraszyć Francuzów na tyle, aby ci zmienili swoje stare obyczaje” (s. 146). Tu zapachniało [neo]kolonializmem idźmy więc dalej.

Choć Child wspomina jako najszczęśliwszy okres w życiu czas spędzony w Paryżu i Marsylii, nie zatrzymuje się jedynie na przeszłości i akcentuje, że gdy z różnych przyczyn stało się niemożliwe życie we Francji, poszli z Paulem do przodu.

Co się stało? Praca dla rządu z upływem czasu stawała się dla małżonków Child coraz trudniejsza i coraz bardziej męcząca. Ich cierpliwość wyczerpała się, gdy za McCarthy’ego nastały czasy „polowań na czarownice”, i Paul został wezwany do Waszyngtonu, by zostać poddanym ocenie, czy przypadkiem nie jest homoseksualistą. Wieloletni pracownik wydziału propagandy wybrał się do USA licząc na merytoryczną dyskusję, informację o awansie – cokolwiek, co ma związek z jego pracą. Zamiast tego kazano mu ściągnąć spodnie. Odmówił. W 1955 roku, kiedy przebywali na placówce w Niemczech, Paul dostał nagłe wezwanie do Waszyngtonu. Na miejscu okazało się, że wezwano go na przesłuchanie, które trwało cały dzień i część wieczoru – przesłuchiwali go agenci z Biura Bezpieczeństwa USIA (The United States Information Agency). Jak się wyjaśniło, ktoś napisał donos oskarżający Paula o zdradę i homoseksualizm. „(…) ten haniebny epizod zostawił niesmak i na zawsze zapadł w pamięć. Co się stało z Ameryką? Skutki polowania na czarownice nie ominęły naszych przyjaciół i kolegów z pracy. McCarthy rujnował ludziom kariery, a nieraz całe życie” (s. 302).

Pomijając towarzyskie i polityczne tło książki Prud’Homme’a i Julii, bardzo interesujące jest podejście Julii do tematyki kulinarnej. Jak już wspomniałam wyżej, pani Child podkreśla niejednokrotnie, że jej rówieśnice i znajome z Ameryki w ogóle nie interesowały się gotowaniem, ani dobrą kuchnią, bazującą na produktach dobrej jakości, które wybrało się samo, najlepiej na pobliskim targu. Kiedy Julia postanowiła, że nauczy się gotować, zrobiła wszystko. by swoje marzenie urzeczywistnić. Zdecydowała się na podjęcie nauki w słynnej od wieków (a dokładniej – od wieku XVI!) szkole Cordon Bleu, została potraktowana jak intruz i amerykański barbarzyńca, i z racji tegoż nie włączono jej do głównej grupy uczniów a dołączono do grupki mężczyzn która chciała poznać głównie podstawy gotowania. Niemniej jednak szkoliła się pod okiem mistrza kuchni, Maxa Bugnarda. Nie wspomina, by udało się jej wtedy zwerbować swoje amerykańskie znajome do wspólnego gotowania. Sama nauka bywała frustrująca głównie z powodów organizacyjnych. Złe zarządzanie finansami i brak chęci zainteresowania szkołą szerszego grona, które wykazywała ówczesna szefowa Cordon Bleu, sprawiały liczne nieprzyjemności. Niemal codziennie szwankowało zaopatrzenie i brakowało podstawowych produktów gastronomicznych na zajęciach (jak np. pieprz i sól!). Brak dbałości o stan budynku, w którym odbywały się zajęcia szkoły Cordon Bleu przyczynił się do tego, że psująca się kuchenka czy brak prądu bywały tam częstymi atrakcjami. Kolejną przeszkodą, której Julia musiała stawić czoło, była niechęć szefowej szkoły do niej jako Amerykanki. Dyrektorka Cordon Bleu wymyślała rozmaite przeszkody, by tylko Julia nie podeszła do egzaminu końcowego – ostatecznie Julia zdała go za drugim podejściem, tylko i wyłącznie dzięki swojej determinacji i licznym listom krytykującym postawę prowadzącej szacowną placówkę edukacji kulinarnej. Trzeba przyznać, że to bardzo interesujący opis słynnej obecnie na cały świat szkoły, która wtedy z całą pewnością potrzebowała reorganizacji w duchu nowego kapitalizmu. Z całą pewnością obywatelstwo jakiegokolwiek kraju nie jest obecnie przeszkodą, by podjąć tam naukę – najważniejsze, by uiścić opłaty. Obecnie Cordon Bleu szczyci się tym, że szkoliła się u nich Julia Child!

Czyż nie jest to najlepsza zachęta dla pasjonatów gotowania z USA?
Dla Julii chęć poznania francuskiej szkoły gotowania było częścią jej ogólnego, otwartego, liberalnego podejścia do świata. Przybyła do Europy karmiona nieprawdopodobnymi opowieściami na temat jej mieszkańców, jakie snuł jej ojciec (Europejczycy są ciemni i brudni, w dużym skrócie), zagorzały republikanin, filantrop, niestety o bardzo ograniczonym horyzoncie poznawczym. Julia wspomina go często jako bardzo hojnego i dobrego człowieka, ale też jako swego adwersarza światopoglądowego pod niemal każdym względem. Cierpiała nie mogąc zarazić go swoją radością życia i poznawania nowych miejsc i smaków. Julia przybyła z Paulem po to, by poznawać Paryż, Francję, by mieszkać jak Francuzi – wynajęli mieszkanie we francuskiej kamienicy (zatrudnili francuską służącą głównie dlatego, że „tak wypadało”), walczyli ze wszelkimi niedogodnościami, jakie się z tym wiązały, by wspomnieć choćby o braku porządnego ogrzewania – zimą trzeba było siedzieć w mieszkaniu w kurtce, ciepłych butach i rękawiczkach.

Zabawne są anegdoty o rozmaitych lapsusach językowych popełnianych przez Amerykanów we Francji. Od niewymawialnego paryskiego adresu państwa Child

Zbitka słowna „rue de l’ Université 81” okazała się trochę za dużym wyzwaniem dla naszych narządów mowy, więc nasz nowy dom szybko stał się „Ru de Lu” (s. 48)

po perypetie siostry Julii, Dort, która

dla komunikacji międzyludzkiej zdolna była zrobić wszystko (…). Dort z całą powagą usiłowała zapytać (fryzjera – dop. S.R.): „Czy obetnie mi pan włosy przed myciem, czy potem?”, ale wyszło: „Czy obetnie mi pan konie przed grzybem, czy po nim?” (s. 72).

Kiedy Julia ukończyła Cordon Bleu i spędziła trochę czasu w Marsylii, zaczęła myśleć o wydaniu na rynek amerykański książki o francuskiej kuchni. Przez kilka lat razem z dwiema współpracownicami – Simone Beck i na początku, z Louisette Bertholle, która później wycofała się projektu, opracowywała i doskonaliła przepisy. Warto odnotować, że wtedy, jak twierdzi Julia, praktycznie nie istniał spisany pewny przepis na np. majonez czy croissanty. Brakowało dokładnych wytycznych, określenia, jakie mają być dokładnie proporcje składników, jaką mają mieć temperaturę, co skąd brać. Dla Julii każdy przepis był potencjalnym polem doświadczalnym, ponieważ porównywała wszystkie składniki, których używała we Francji, i które można było dostać w Europie, z amerykańskimi. Odkrywała np. różnice w mące, oczywiście różnice w metryce, a także zetknęła się z tym, że w Ameryce wielu składników nie można było nigdzie dostać – np. …śmietany! Nawet gdy w 1961 r. ostatecznie książka została opracowana jako grube, ponad 700-stronicowe tomiszcze, gdzie każdy przepis krok po kroku został sprawdzony, zmodyfikowany i bardzo dokładnie opisany, wydawcy, z którymi wtedy autorki prowadziły wstępne pertraktacje, nie kwapili się, by to wydać. Twierdzili, że to pozycja zupełnie anachroniczna i zbyt trudna dla przeciętnego amerykańskiego czytelnika. Według wydawców wszyscy chcieli prostych i szybkich przepisów, które w dodatku można było przygotować w cudzie nowoczesnej kuchni – mikrofalówce. Dopiero po kolejnej długotrwałej i pracochłonnej redakcji (przy której pracowała też wspomniana Judith Jones), Mastering the Art of French Cooking, dzieło Julii i jej przyjaciółek zostało wydane i szybko stało się wielokrotnie wznawianym bestsellerem. Julia, wysoka i elegancka (miała 187 cm wzrostu, na zdjęciach i filmach wygląda dość komicznie, kiedy nachyla się nad współpracownikami niczym żeńska wersja Guliwera w krainie Liliputów) trafiła też do telewizji – były to pierwsze show kulinarne w historii! Nikt nie miał pojęcia, jak to powinno wyglądać. Programy emitowano na żywo! Bardzo często gdy Julia przybywała na plan zdjęciowy, odkrywała, że nie przygotowano niczego, o co prosiła – często musiała radzić sobie w dość ekstremalnych warunkach np. z niemal niedziałającą kuchenką, czy bez produktów kulinarnych. W przeciwieństwie do tego, co znamy z dzisiejszych programów kulinarnych, telewizyjna kuchnia nie przypominała sterylnego laboratorium ani pomieszczenia w salonie meblowym.

Nie znam filmu Julie i Julia Nory Ephron (2009), gdzie w naszą bohaterkę wcieliła się Meryl Streep. Jednak na YouTube można obejrzeć archiwalne audycje The French Chef (polecane linki znajdują się poniżej!). Kiedy je oglądałam, zastanawiałam się, czy razi mnie oczywista anachroniczność i rozbrajająca spontaniczność powiązana z epizodami kiedy pasja przerosła możliwości bohaterki (można być pewnym, że dziś nikt nie zaangażowałby biednej Julii do telewizji!), czy raczej fakt pokazania, jak gotowanie „tak po prostu” wygląda. Nie jest czynnością sterylną, zupełnie prostą i nie wychodzi doskonale, jak widzimy to w dzisiejszych programach. W gotowaniu bądź co bądź chodzi też o wiedzę i mnóstwo pożytecznych informacji, a te Julia zawsze przekazuje. Aktualnymi pozostaje wiele jej rad, choćby ta, by zaopatrywać się w warzywa, nabiał czy nawet mięso na lokalnym targu, by popierać miejscowych wytwórców żywności, a także by w miarę możliwości założyć własny mały ogródek z warzywami! Poza tym jak mawiała „nigdy nie przepraszaj w kuchni” – nawet jeśli coś się nie uda, pozostali powinni docenić trud gotującej osoby!

Prywatna kuchnia Julii była urządzona i zaopatrzona po stokroć lepiej, niż ta, z której zmuszona była korzystać w studio telewizyjnym. We Francji podczas nauki w Cordon Bleu Julia nabyła niesamowitą ilość gadżetów kuchennych. „Tu i tam poupychane były moje narzędzia specjalistyczne: miedziany rondel do rozpuszczania cukru, długie igły do natłuszczania pieczeni, owalna, szylkretowa łopatka do przecierania składników przez tamis, sito, stożkowe sitko nazywane chinois, patelenki używane wyłącznie do smażenia naleśników, formy do tart, rzeźbione z drewna klonowego łopatki do mieszania i niezliczone ciężkie miedziane pokrywki z długimi żelaznymi rączkami. Moja kuchnia dosłownie lśniła od gadżetów. A ja nigdy nie miałam dość” (s. 111). Wśród wyjątkowo rzadko spotykanych przyborów królował na pewno wielki i potwornie ciężki marmurowy moździerz służący do przygotowania jednego tylko dania – quenelles de brochet, utłuczonego i ugotowanego szczupaka, przetartego następnie przez sito i ubitego ze śmietaną nad miską z lodem.

Julia doskonaląc się jako we francuskiej kuchni (na marginesie: jej mąż Paul też dobrze gotował, w dodatku doskonale znał się na winach) oczywiście nie przejmowała się jakimiś tam dietetycznymi ograniczeniami. W ich menu masełko, pieczone mięsiwa i orgiastyczne desery przybierały gargantuiczne rozmiary, co nierzadko odbijało się na ich zdrowiu. Czasem nawet wspominali coś o konieczności walki z brzuszkami. Nigdy jednak nie poświęcili się bezużytecznej ascezie i kiedy tylko mogli, oddawali hołd pysznościom.

Co ciekawe, (jak zauważa choćby recenzent filmu na stronie Filmwebu, Julia Child ze swoją pasją, która w tradycyjnym ujęciu świata jest zajęciem typowo kobiecym, wkroczyła w świat praktycznie zarezerwowany dla mężczyzn. To mężczyźni byli i najczęściej nadal są utytułowanymi kucharzami, mężczyźni są smakoszami i recenzentami kulinarnymi, ogólnie rzecz ujmując, są na stanowiskach gdzie jest kasa i szacunek, a reszta może zmywać gary po gotowaniu. To zabawne, i już dawno odnotowane przez feministki choćby z pokolenia Julii, że tradycjonaliści chcą widzieć miejsce kobiety w domowej kuchni, ale już kobieta zarządzająca np. restauracją, jest już mniej mile widziana, a przynajmniej było tak w czasach prezenterki The French Chef. Jednak Julia w ogóle o tym nie wspomina. Mam wrażenie, że jako żona liczącego się dyplomaty amerykańskiego, w czasach gdy międzynarodowa sytuacja polityczna USA była bez porównania silniejsza niż obecnie, pokonywała wiele przeszkód – formalnych i nieformalnych – dzięki swojej pozycji. Nie wyobrażam sobie, by np. jej przyjaciółki, z którymi współtworzyła książkę, były zaproszone do telewizji, by poprowadzić program kulinarny. Co zabawne, kiedy razem z Simcą, jedną ze współautorek książki udzieliły razem wywiadu, Julia wspominając go podkreśliła, iż Simca źle radziła sobie w telewizji. Jak niewiele trzeba, by poczuć się celebrytką!
Z całą pewnością Prud’Homme’owi udało się wykreować portret Julii, którą chyba każdy chciałby poznać, i z którą chciałby porozmawiać, o wspólnym gotowaniu nie wspominając! Jej energia, pasja życia i zaangażowanie w tematy kulinarne sprawiają, że książkę czyta się z dużą przyjemnością, choć zgrzytem jest końcówka, w której wyraźnie czuje się, że wiele ze wspomnianych epizodów najchętniej nie byłoby w ogóle poruszanych, przede wszystkim – choroba i śmierć Paula, najbliższego jej człowieka czy dość burzliwa przyjaźń z jedną z współautorek książki – Simone Beck. Bon apetit, którego życzyła często Julia na zakończenie swoich programów kulinarnych, na pewno nie dotyczy tylko jedzenia, ale przede wszystkim – życia!

Sławomira Raczyńska

Julia Child, współpraca: Alex Prud’Homme, Moje życie we Francji, przeł. Anna Sak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010. Wszystkie cytaty i odniesienia pochodzą z tej edycji.

Julia i homary

Julia i croissanty

Data wpisu: 14 listopada, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Julie Otsuka, „Kiedy cesarz był bogiem”

To był ich kraj, to były ich domy, tam wychowywali dzieci, pracowali. Niektórzy nie wyznawali wiary przodków ani nie kultywowali tradycji, inni – zupełnie inaczej – nie posługiwali się nawet językiem, w którym spisano konstytucję. Na swe nieszczęście wyróżniali się wyglądem. Gdy wybuchła wojna…

Kiedy Stany Zjednoczone włączyły się do II wojny światowej pod koniec 1941 roku, po japońskich atakach na bazę marynarki wojennej w Pearl Harbor na Hawajach, amerykańskich Japończyków internowano. Wstęp celowo sugeruje, że chodzi o Zagładę europejskich Żydów, jednak – jak się okaże – analogie są dość zwodnicze.

W cenionej powieści Julie Otsuki przyglądamy się rodzinie Yamaguchi z kalifornijskiego Berkeley. Pan domu, jako szczególnie podejrzany, został szybko aresztowany przez FBI, potem zaś przetrzymywany gdzieś w Montanie. Jego żona i dwójka dzieci – starsza dziewczynka i nieco młodszy chłopiec – parę miesięcy później zostali przymusowo wysiedleni do obozu w Nevadzie… a może w Utah. Towarzyszymy rodzinie w wybranych momentach kilku wojennych lat: podczas przygotowań do ewakuacji, podczas długiej podróży, aklimatyzacji w nowym miejscu, i w trudnym czasie po powrocie do Berkeley.

Rodzina była znakomicie zadomowiona w miejscu zamieszkania. Miała zaprzyjaźnionych sąsiadów, skonsternowanych koniecznością podporządkowania się restrykcjom narzuconym przez władze, nieprotestujących, umiejących wyrażać wsparcie drobnymi a przecież cennymi gestami. Dzieci nosiły amerykańskie imiona i posługiwały się wyłącznie językiem angielskim, co nie jest zadeklarowane, ale ukazane w momencie próby nawiązania kontaktu z przypadkowym współpasażerem przesiedleńczego pociągu (s. 22). W obozie one i matka zakwaterowani zostali z licznymi przedstawicielami japońskiej diaspory, a była ona różnorodna. Towarzysze niedoli mogli być kimkolwiek: kwiaciarzami, kelnerami, pucybutami, rybakami, instruktorami judo, byłymi dyrektorami generalnymi jakiegoś zaibatsu czy keiretsu (może to za dużo powiedziane, jednak określenie, jakiego użyłam, jest parafrazą Otsuki, w innym zaś miejscu czytamy: „Pomywacz (…) był kiedyś kierownikiem działu sprzedaży w dużej firmie eksportowo-importowej” – s. 39), mnichami buddyjskim albo kapłanami shinto (s. 92), kultu, na które spadło szczególne odium. W jego ramach – i do tego odnosi się tytuł powieści – cesarzowi należała się boska cześć. Cesarz Hirohito był dla Amerykanów przywódcą państwa, z którym USA były w stanie wojny. Nie należało nawet wymieniać jego imienia, co rzecz jasna budziło niemal przymus, by to robić. Harryemu Yamaguchi cesarskie miano „czasem się wymykało” (s. 37). Był jednak dzieckiem, amerykańskim dzieckiem. Marzył o coca-coli z lodem, intensywniej jednak o tym, że jest bohaterem wojennym. „Zamknął oczy i wyobraził sobie, że (…) walczy na Wyspach Salomona. Albo leci na zwiad nad Mindanao” (na Filipinach), i orderem odznacza go MacArthur (s. 54), słynny dowódca wojska alianckich na Pacyfiku, w 1945 roku triumfujący nad Japonią. Tymczasem Harry

Biegał pośród baraków z innymi chłopcami bawiąc się w policjantów i złodziei albo w wojnę. „Zabij Szwaba!”, „Zabij Japońca!” (s. 38).

Obozowe braki nie były – dla czytelników pamiętających o realiach utworzonych przez hitlerowców gett, obozów koncentracyjnych i obozów zagłady – dotkliwe. Bez coca-coli i kremu do twarzy można żyć, stołówka natomiast nie dawała „żadnych dokładek… z wyjątkiem chleba i mleka” (s. 42, trzykropek pochodzi ode mnie – P.S.). Niekiedy elektryzujące internowanych groźby – że stworzone zostaną osobne obozy dla kobiet i mężczyzn, że nastąpi sterylizacja, a nawet rozstrzelanie (s. 48) – okazywały się tylko pogłoskami. Zresztą po podpisaniu odpowiedniej „lojalki” miejsce pobytu można było opuścić… i wstąpić ochotniczo do US Army.

Otsuka eksponuje lojalność internowanych wobec Stanów Zjednoczonych i ich brak zainteresowania „starym krajem”. Niemal w nawiasie wspomina osoby posługujące się wyłącznie językiem japońskim, wierne nie tylko tradycji, ale i cesarzowi. Tymczasem dzięki wywiadom z japońskimi jeńcami wojennymi i właśnie osobami internowanymi antropolożka Ruth Benedict pozyskała materiały do swej słynnej książki Chryzantema i miecz.

Po kapitulacji, czy z drugiej strony rzecz ujmując, po zwycięstwie aliantów Japończycy i Amerykanie japońskiego pochodzenia mogli wrócić do domów. Yamaguchi zastali swoją posesję zaniedbaną przez wojennych lokatorów, okradzioną z pewnych rzeczy, jednak budynek był jak najbardziej możliwy do zamieszkania, a ukryte pamiątki i inne istotne dla rodziny przedmioty okazały się bezpieczne – nietknięte.

Najboleśniejszym problemem okazał się społeczny ostracyzm. Zapowiedzią tego stanu był fakt, iż wychodząc z obozu, poza biletem kolejowym internowani otrzymywali kwotę 25 dolarów (s. 77). „Potem dowiedzieliśmy się, że tyle samo dostawali przestępcy zwalniani z więzienia” (s. 78). Zostali napiętnowani niczym próbujący wrócić do dawnego życia przestępcy. Przecież dla sąsiadów właśnie nimi byli, ba! byli zbrodniarzami. Wracający z azjatyckich frontów amerykańscy żołnierze opowiadali o koszmarach wojny z Japończykami, np. o wypadkach na polu walki („Okrążonych Jankesów oblano benzyną i podpalono, zamieniając ludzi w żywe pochodnie” – s. 79) czy torturach w obozach jenieckich („Wbijali nam pod paznokcie bambusowe drzazgi” – s. 78).

Na gwałtowności i zapalczywości żołnierzy w okrutnych starciach czy bezwzględności obozowych oprawców problem się nie kończył. „Ze wszystkich wrogów, z którymi Stany Zjednoczone kiedykolwiek toczyły wojnę totalną, Japończycy byli najbardziej Amerykanom obcy” to pierwsze słowa Chryzantemy i miecza Benedict, wskazujące na kulturowe niezrozumienie – i jego wielką potrzebę. Chęci „odkrycia przesłanej japońskiego stylu życia, sposobów postępowania” zabrakło berkeleyskim sąsiadom bohaterów powieści Otsuki.

Wciąż czekająca na powrót męża pani Yamaguchi z trudem znalazła nędzne zatrudnienie, nieadekwatne do jej przedwojennego statusu. Sytuacja była szczególnie bolesna dla dzieci. Nie chciały być brane za wrogów, zastanawiały się, co zrobić, by znów stanowić część amerykańskiej wspólnoty. Przechodząc w pierwszoosobową narrację przedstawicielki skrzywdzonego pokolenia, Otsuka pisze: „Zmienimy imiona, żeby brzmiały tak jak ich. A jeśli matka na ulicy zwróci się do nas po staremu, odwrócimy się, jakbyśmy jej nie znali” (s. 75). Zauważmy, że mały bohater ma na imię Harry, jak urzędujący od początku 1945 roku prezydent Stanów Zjednoczonych, który w historii zapisał się m. in. rozkazem zrzucenia bomb atomowych na japońskie miasta.

W szkole, deklaruje autorka, „zawsze byliśmy grzeczni” (s. 80). Zaznawali prześladowań ze strony koleżanek i kolegów, choć za wszelką cenę unikali nawet nie konfliktów, co konfrontacji: „przepraszam, że na ciebie patrzę, przepraszam cię, że tutaj siedzę, wybaczcie mi, że znów tu jestem” (s. 81). Nieznające tradycji kraju przodków dzieci potwierdzają tu nieświadomie stereotyp dotyczący japońskich inklinacji do ceremonialnych i przesadnych przeprosin, czy innego rodzaju zachowań „z pokorą i uniżeniem”. Weryfikują też tezę Ruth Benedict o kulturze winy i kulturze wstydu.

Powracający byli niemile widziani. Nieodróżnialni dla Amerykanów („wszyscy są tacy sami” – s. 92), co gorsza, przed wojna myleni z Chińczykami i innymi Azjatami – teraz już nie do pomylenia, ponieważ wiadomo było, kto wrócił z internowania – stali się adresatami rasistowskich (czyli raczej kojarzącymi się z Osią) obelg: żółtek, skośnooki, małpa (również s. 92). A przecież ci, których opisuje Otsuka, sami byli Amerykanami.

Wydaje się, że powieść Otsuki prezentuje – by tak rzec – lżejszą wersję historii europejskich, a szczególnie polskich Żydów. Fazy narastających prześladowań. Obostrzenia dot. działalności gospodarczej*. Koncentracja. Piętno, niechętne powitanie po powrocie.

Właściwym jednak kontekstem historycznym dla tej opublikowanej w 2002 roku książki jest nie Zagłada, a amerykański 11 września (2001 r.). Na myśl przychodzą nieprzyjemności, jakie ze strony sąsiadów spotykały wówczas amerykańskich muzułmanów, ale przede wszystkim represje ze strony władz, poniżające praktyki stosowane wobec aresztantów podejrzewanych o nielojalność czy wręcz antypaństwową przestępczość.

Krótka powieść przestrzega przed krzywdzącymi sankcjami społecznymi i wymuszaniem odpowiedzialności zbiorowej. Nie znajdziemy jednak u Otsuki socjologizującego namysłu nad długofalowymi konsekwencjami tych prześladowań na japońską diasporę w USA. Powieść Kiedy cesarz był bogiem jest raczej skargą, wyrazem żalu wobec kraju, który nie był dla emigrantów ziemią obiecaną. Nie był nią przez kilka lat, odebrał część dzieciństwa. Tylko tyle czy aż tyle?

Paulina Szkudlarek

Julie Otsuka, Kiedy cesarz był bogiem, przeł. Witold Nowakowski, Amber, Warszawa 2004. Cytaty pochodzą z tego wydania. Odniesienia do Ruth Benedict: Chryzantema i miecz. Wzory kultury japońskiej, przeł. Ewa Klekot, PIW, Warszawa 1999, odpowiednio s. 13 i 27.

* Mając pretekst, by zachęcić do szerszej lektury dopowiem, że na tym tematom Barbara Engelking poświęciła pracę Zagłada i pamięć. Doświadczenie Holocaustu i jego konsekwencje opisane na podstawie relacji autobiograficznych, Wydawnictwo Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, Warszawa 1994.

Data wpisu: 6 listopada, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Elizabeth Strout, "Okruchy codzienności"

Liczne powieści wyróżnione Pulitzer Prize for Fiction nie trafiają wcale na polski rynek wydawniczy, z tym większą więc ciekawością sięgnęłam po nagrodzoną w 2009 powieść Okruchy codzienności Elizabeth Strout, opublikowaną rok później nakładem… Naszej Księgarni, oficyny niebezzasadnie kojarzącej się z literaturą dla dzieci, ewentualnie dla młodzieży.

Co przynosi lektura? Mieszkająca w miasteczku Crosby w stanie Maine kobieta, Olive Kitteridge to nauczycielka matematyki, żona farmaceuty, matka jedynaka. Poznajemy jej wiek średni i starość. Wpierw, jak uchodzi za oschłą i wyniosłą, w odróżnieniu od swego pogodnego i lubianego przez wszystkich męża, Henry’ego. Olive podejrzewa go o romans z Denise, pracownicą apteki, sama zaś zbliża się do kolegi z pracy, który potem ginie w wypadku samochodowym. Później kobieta przeżywa boleśnie ślub syna Christophera z niepodobającą się jej wybranką, lekarką o imieniu Suzanne (zwaną przez Olive Dr Sue), ubolewa nad jego wyjazdem z miasteczka na drugi koniec kontynentu, do Los Angeles, nad brakiem wnuków i rozwodem. W tych epizodach istotnie jawi się – by użyć określeń z opisu wydawniczego – jako arogancka, surowa i despotyczna. Nie da się zaprzeczyć, iż Olive zdarza się robić okropne rzeczy. Zwraca uwagę scena złośliwej kradzieży dwóch drobnych elementów garderoby synowej, Dr Sue, ale nawet ten akt nie jest patologiczny, nie zbliża bohaterki do Eriki, tytułowej Pianistki ze słynnej powieści Elfriede Jelinek.

Lata mijają. Emerytowana już Olive jest z mężem wzięta jako zakładniczka przez kilku zdesperowanych narkomanów na głodzie, napadających na szpital, w którym ona chciała jedynie skorzystać z ubikacji. Jeszcze później jest świadkinią wylewu męża. Po nim mężczyzna jest sparaliżowany, traci wzrok i umiejętność mowy, staje się również niepełnosprawny umysłowo. Olive musi pogodzić się z kolejną wielką przeprowadzką syna (z LA do Nowego Jorku) i z tym, że „w drugim podejściu” poślubił on prostą kobietę, na dodatek mającą dwoje dzieci z wcześniejszych przygodnych związków. Po śmierci męża Olive stara się zorganizować sobie czas, angażuje się w rozmaite przedsięwzięcia, na przykład jest wolontariuszką w lokalnym muzeum. Poznaje Jacka, wdowca w zbliżonym do swojego wieku. Za życia męża uważała owego mężczyznę za snoba i aroganta, jako wdowa znajduje w Jacku nie tylko partnera do rozmów i do marszów wzdłuż wybrzeża, ale także innego rodzica rozczarowanego i zranionego życiowymi ścieżkami, na jakie wstąpiło jego dziecko. Mimo odczuwanej miłości (i przemożnego dążenia do zbliżenia fizycznego), nie ma tu happy endu – starsi ludzie są zbyt różnymi i zbyt silnie „ukształtowanymi” przez bagaże swych doświadczeń osobowościami. By ograniczyć się do jednego przykładu, Olive jest zbulwersowana homofobicznym zacietrzewieniem Jacka, przez które mężczyzna cierpi powstrzymując się od wszelkich kontaktów z córką – lesbijką.

Swoją drogą Olive z wiekiem wydaje się łagodnieć, bynajmniej nie jest oschła, zasadnicza czy arogancka. Może jedynie odnosimy takie wrażenie, ponieważ w pierwszych rozdziałach poznajemy ją poprzez narrację jej męża – rozczarowanego etapem życia, do którego wówczas doszli, czy wychowawczymi metodami, jakie wobec dorastającego syna stosuje matka. Henry był wtedy również pod silnym wpływem alternatywnego modelu życia małżeńskiego, jaki widział u Denise i jej małżonka, a swego – co znaczące – imiennika.

W kolejnych latach Henry znów stopniowo zbliżał się do Olive. Okazuje się też, że w czasach pracy nauczycielskiej tej kobiety uczniowie ją cenili i szanowali. Olive ma zwyczaj wypowiadać się wprost, niekiedy dosadnie, ale i nie bez humoru – zwykle czarnego. Nie ucieka od problemów, wyrażając je inaczej (czego powieściowym przykładem jest znamionująca problemy z matką anoreksja pewnej dziewczyny, której Olive stara się pomóc), tylko je artykułuje bezpośrednio, co jest bardzo cenne, znajduje bowiem słowa nie tylko celne, lecz często pomagające, niczym klucze – tu określenie „słowo-klucz” nabiera nieco odmiennej treści – otwierające nowe perspektywy czy drzwi do zrozumienia i porozumienia. Poza tym jest otwarta, zaskakująco niezaściankowa.

W powieści Strout kolosalne wrażenie robi banalność życia, nieważność bytów jednostek, z których każda boryka się ze swoim małym, niehistorycznym losem, najważniejszym dla niej samej i niewielkiego, rzednącego w miarę poszerzania, kręgu bliskich i znajomych. Bohaterowie, dodajmy, w zdecydowanej większości nie dążą do opuszczenia miasteczka. Wyprowadza się Christopher, wyprowadza się owdowiała przedwcześnie Denise – to trochę mało jak na kraj niemal definiowany ogromną mobilnością swoich obywateli.

W niektórych z trzynastu rozdziałów Olive dominuje, ale większość książki stanowią miasteczkowe side stories, w których na małżeństwo Kitteridge, a później wdowę Kitteridge patrzą inni. Życie w Crosby na Wschodnim Wybrzeżu bynajmniej nie kręci się wokół tej pary, ale w strategii narracyjnej Strout Olive i Henry niekiedy pokazywani są jako marginalne postaci w historiach sąsiadów i współmieszkańców – marginalne, ale interesujące, godne uwagi, stanowiące punkt odniesienia, a niekiedy obiekt plotek. Jedni ludzie przebiegający przez scenę życia innych ludzi. To, co dla kogoś jest pogłoską, dla kogoś drugiego anegdotą, jaką dzieli się ze swym towarzystwem, dla kogoś trzeciego jest najistotniejszą kwestią, wydarzeniem reorganizującym egzystencję. Autorka w żaden sposób tego nie deklaruje, być może powieść miała być raczej zwielokrotnionym portretem Olive.

Konieczne jest wyjaśnienie tytułu – w oryginale stanowi go imię i nazwisko bohaterki, polska „innowacja” jest niefortunna. Zaproponowano nam tytuł typowy, banalny, odwołujący się do sprawdzonego schematu, który przy powtórzeniu pewnej wariacji sugeruje konwencję romansową lub melodramatyczną w kiepskim wydaniu. Strout nie pisze o okruchach codzienności. To, co oświetla w swej prozie, to potężne głazy. Okruch można strzepnąć… o ile się go zauważy. Głaz przygniata, obciąża. Czy w powieści są jednak literackie okruchy: drobiazgi, miniatury, impresje? Strout daje nam liczne pełne portrety, kompletne charakterystyki. Rzecz jasna bez wyliczania cech po przecinku, a poprzez życie, działania postaci. Książka jest też bardzo smutna, wiele mówi o rozczarowaniach i niespełnionych nadziejach, rozwiewających się z upływem czasu.

Ostatnie – zadziwia poczciwość bohaterów, amerykańskich grass roots. Być może to element sukcesu autorki – zrozumienie dla zwyczajności, przeciętności. Istnieje zło, ale „normalni ludzie” są dobrzy. Nie w taki sposób, jak w familijnym serialu; ambicja Strout sięga dalej. Nienachalnie waloryzowane są kwestie ważne szczególnie dla osób dojrzałych: baczenie na rozwój rodziny, ochrona domowego ogniska, wolontariat kościelny i pozakościelny, czy w tym pierwszym, czy w drugim wydaniu – dla dobra naszej lokalnej społeczności. To „nieważni” ludzie, i mała jest skala ich działania, ale tacy właśnie, we wszystkich mniej lub bardziej podobnych do Crosby miasteczkach, są solą tej ziemi.

Paulina Szkudlarek

Elizabeth Strout, Okruchy codzienności, przeł. Ewa Horodyska, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2010.

Data wpisu: 28 września, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Elizabeth Strout, "Okruchy codzienności"

Liczne powieści wyróżnione Pulitzer Prize for Fiction nie trafiają wcale na polski rynek wydawniczy, z tym większą więc ciekawością sięgnęłam po nagrodzoną w 2009 powieść Okruchy codzienności Elizabeth Strout, opublikowaną rok później nakładem… Naszej Księgarni, oficyny niebezzasadnie kojarzącej się z literaturą dla dzieci, ewentualnie dla młodzieży.

Co przynosi lektura? Mieszkająca w miasteczku Crosby w stanie Maine kobieta, Olive Kitteridge to nauczycielka matematyki, żona farmaceuty, matka jedynaka. Poznajemy jej wiek średni i starość. Wpierw, jak uchodzi za oschłą i wyniosłą, w odróżnieniu od swego pogodnego i lubianego przez wszystkich męża, Henry’ego. Olive podejrzewa go o romans z Denise, pracownicą apteki, sama zaś zbliża się do kolegi z pracy, który potem ginie w wypadku samochodowym. Później kobieta przeżywa boleśnie ślub syna Christophera z niepodobającą się jej wybranką, lekarką o imieniu Suzanne (zwaną przez Olive Dr Sue), ubolewa nad jego wyjazdem z miasteczka na drugi koniec kontynentu, do Los Angeles, nad brakiem wnuków i rozwodem. W tych epizodach istotnie jawi się – by użyć określeń z opisu wydawniczego – jako arogancka, surowa i despotyczna. Nie da się zaprzeczyć, iż Olive zdarza się robić okropne rzeczy. Zwraca uwagę scena złośliwej kradzieży dwóch drobnych elementów garderoby synowej, Dr Sue, ale nawet ten akt nie jest patologiczny, nie zbliża bohaterki do Eriki, tytułowej Pianistki ze słynnej powieści Elfriede Jelinek.

Lata mijają. Emerytowana już Olive jest z mężem wzięta jako zakładniczka przez kilku zdesperowanych narkomanów na głodzie, napadających na szpital, w którym ona chciała jedynie skorzystać z ubikacji. Jeszcze później jest świadkinią wylewu męża. Po nim mężczyzna jest sparaliżowany, traci wzrok i umiejętność mowy, staje się również niepełnosprawny umysłowo. Olive musi pogodzić się z kolejną wielką przeprowadzką syna (z LA do Nowego Jorku) i z tym, że „w drugim podejściu” poślubił on prostą kobietę, na dodatek mającą dwoje dzieci z wcześniejszych przygodnych związków. Po śmierci męża Olive stara się zorganizować sobie czas, angażuje się w rozmaite przedsięwzięcia, na przykład jest wolontariuszką w lokalnym muzeum. Poznaje Jacka, wdowca w zbliżonym do swojego wieku. Za życia męża uważała owego mężczyznę za snoba i aroganta, jako wdowa znajduje w Jacku nie tylko partnera do rozmów i do marszów wzdłuż wybrzeża, ale także innego rodzica rozczarowanego i zranionego życiowymi ścieżkami, na jakie wstąpiło jego dziecko. Mimo odczuwanej miłości (i przemożnego dążenia do zbliżenia fizycznego), nie ma tu happy endu – starsi ludzie są zbyt różnymi i zbyt silnie „ukształtowanymi” przez bagaże swych doświadczeń osobowościami. By ograniczyć się do jednego przykładu, Olive jest zbulwersowana homofobicznym zacietrzewieniem Jacka, przez które mężczyzna cierpi powstrzymując się od wszelkich kontaktów z córką – lesbijką.

Swoją drogą Olive z wiekiem wydaje się łagodnieć, bynajmniej nie jest oschła, zasadnicza czy arogancka. Może jedynie odnosimy takie wrażenie, ponieważ w pierwszych rozdziałach poznajemy ją poprzez narrację jej męża – rozczarowanego etapem życia, do którego wówczas doszli, czy wychowawczymi metodami, jakie wobec dorastającego syna stosuje matka. Henry był wtedy również pod silnym wpływem alternatywnego modelu życia małżeńskiego, jaki widział u Denise i jej małżonka, a swego – co znaczące – imiennika.

W kolejnych latach Henry znów stopniowo zbliżał się do Olive. Okazuje się też, że w czasach pracy nauczycielskiej tej kobiety uczniowie ją cenili i szanowali. Olive ma zwyczaj wypowiadać się wprost, niekiedy dosadnie, ale i nie bez humoru – zwykle czarnego. Nie ucieka od problemów, wyrażając je inaczej (czego powieściowym przykładem jest znamionująca problemy z matką anoreksja pewnej dziewczyny, której Olive stara się pomóc), tylko je artykułuje bezpośrednio, co jest bardzo cenne, znajduje bowiem słowa nie tylko celne, lecz często pomagające, niczym klucze – tu określenie „słowo-klucz” nabiera nieco odmiennej treści – otwierające nowe perspektywy czy drzwi do zrozumienia i porozumienia. Poza tym jest otwarta, zaskakująco niezaściankowa.

W powieści Strout kolosalne wrażenie robi banalność życia, nieważność bytów jednostek, z których każda boryka się ze swoim małym, niehistorycznym losem, najważniejszym dla niej samej i niewielkiego, rzednącego w miarę poszerzania, kręgu bliskich i znajomych. Bohaterowie, dodajmy, w zdecydowanej większości nie dążą do opuszczenia miasteczka. Wyprowadza się Christopher, wyprowadza się owdowiała przedwcześnie Denise – to trochę mało jak na kraj niemal definiowany ogromną mobilnością swoich obywateli.

W niektórych z trzynastu rozdziałów Olive dominuje, ale większość książki stanowią miasteczkowe side stories, w których na małżeństwo Kitteridge, a później wdowę Kitteridge patrzą inni. Życie w Crosby na Wschodnim Wybrzeżu bynajmniej nie kręci się wokół tej pary, ale w strategii narracyjnej Strout Olive i Henry niekiedy pokazywani są jako marginalne postaci w historiach sąsiadów i współmieszkańców – marginalne, ale interesujące, godne uwagi, stanowiące punkt odniesienia, a niekiedy obiekt plotek. Jedni ludzie przebiegający przez scenę życia innych ludzi. To, co dla kogoś jest pogłoską, dla kogoś drugiego anegdotą, jaką dzieli się ze swym towarzystwem, dla kogoś trzeciego jest najistotniejszą kwestią, wydarzeniem reorganizującym egzystencję. Autorka w żaden sposób tego nie deklaruje, być może powieść miała być raczej zwielokrotnionym portretem Olive.

Konieczne jest wyjaśnienie tytułu – w oryginale stanowi go imię i nazwisko bohaterki, polska „innowacja” jest niefortunna. Zaproponowano nam tytuł typowy, banalny, odwołujący się do sprawdzonego schematu, który przy powtórzeniu pewnej wariacji sugeruje konwencję romansową lub melodramatyczną w kiepskim wydaniu. Strout nie pisze o okruchach codzienności. To, co oświetla w swej prozie, to potężne głazy. Okruch można strzepnąć… o ile się go zauważy. Głaz przygniata, obciąża. Czy w powieści są jednak literackie okruchy: drobiazgi, miniatury, impresje? Strout daje nam liczne pełne portrety, kompletne charakterystyki. Rzecz jasna bez wyliczania cech po przecinku, a poprzez życie, działania postaci. Książka jest też bardzo smutna, wiele mówi o rozczarowaniach i niespełnionych nadziejach, rozwiewających się z upływem czasu.

Ostatnie – zadziwia poczciwość bohaterów, amerykańskich grass roots. Być może to element sukcesu autorki – zrozumienie dla zwyczajności, przeciętności. Istnieje zło, ale „normalni ludzie” są dobrzy. Nie w taki sposób, jak w familijnym serialu; ambicja Strout sięga dalej. Nienachalnie waloryzowane są kwestie ważne szczególnie dla osób dojrzałych: baczenie na rozwój rodziny, ochrona domowego ogniska, wolontariat kościelny i pozakościelny, czy w tym pierwszym, czy w drugim wydaniu – dla dobra naszej lokalnej społeczności. To „nieważni” ludzie, i mała jest skala ich działania, ale tacy właśnie, we wszystkich mniej lub bardziej podobnych do Crosby miasteczkach, są solą tej ziemi.

Paulina Szkudlarek

Elizabeth Strout, Okruchy codzienności, przeł. Ewa Horodyska, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2010.

Data wpisu: 28 września, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Edward P. Jones, „Znany świat”

Z grafiki na utrzymanej w kolorze sepii… pardon, w barwach ziemi okładce patrzy na nas trójka ludzi odjeżdżająca wozem. A może nie na nas, może odwracają się, by spojrzeć na pola rozciągające się po obu stronach drogi. Pod tytułem na zachętę wymienione są nagrody, jakich laureatem jest autor – Edward P. Jones. Objętość typowa dla ambitnej powieści obyczajowej. Gdy dodać, że książka to epickie zestawienie losów kilku pokoleń grupy żyjących po sąsiedzku rodzin naznaczonych doświadczeniem niewolnictwa, otrzymujemy zaangażowaną światopoglądowo lekturę dla cieszących się nadmiarem wolnego czasu intelektualistów. Zwłaszcza, że wyjątkowe są pewne okoliczności: przede wszystkim akcja Znanego świata dzieje się w USA przed zniesieniem niewolnictwa (skupiona jest wokół wydarzenia z 1855 roku). Wtedy po pierwsze, choć oczywiście liczni czarnoskórzy (lub osoby o pochodzeniu „międzyrasowym” – trudno używać takich określeń bez niesmaku, nie dość jednak, że były one stosowane, to pozostają zrozumiałe także dziś) byli wolni – wolni, póki nie trafiali na bariery społecznych podziałów, segregacji, w każdym jednak razie nie byli własnością panów, po drugie, zdarzało się, że… sami posiadali niewolników. Niektórzy wolni byli tym praktykom ogromnie przeciwni, i pewnie było to zjawisko o niewielkiej skali, jednak miało miejsce, i chyba rzadko się o tym mówi.

W posiadłości na farmie w miejscowości w południowym stanie Wirginia zmarł taki właśnie pan, Henry Townsend, u progu dorosłości wykupiony z niewoli, dekadę później stateczny mąż (bezdzietny), właściciel niedużej grupy niewolników, swego rodzaju protegowany, ulubiony sąsiad niegdysiejszego swego pana, Billa Robbinsa. Ów biały farmer w przeszłości pozwolił, by wykupili się od niego rodzice Henry’ego, z wielką niechęcią zgodził się później na wolność syna. Sam Robbins, obok białej prawowiernej żony ma czarnoskórą kochankę, również matkę jego dzieci. To tajemnica poliszynela, a wspominam o tym, by podkreślić – Robbins to mecenas „amerykańskiego snu”, nie sprawiedliwości i równości. Wierzy w konkurencję rynkową, dochodzenie do zamożności poprzez pracę (niekoniecznie własnoręczną). Jest człowiekiem Południa, i tyle. Odgrywa przede wszystkim rolę katalizatora niektórych zdarzeń, ale nie jest to postać pierwszoplanowa.

Poznajemy środowisko ludzi „o nie czysto białym pochodzeniu”. Oznacza to, że często realny, widzialny kolor skóry nie jest istotny, przecież i tak cała społeczność wie, kogo ma porcelanolica kobieta w siódmym pokoleniu przodków… Jest zatem Henry i jego rodzice, jest jego żona, Caldonia, i jej brat, Calvin. Jest Fern, okoliczna nauczycielka, dzięki której byli i obecni niewolnicy mogą się wyrwać z analfabetyzmu. Są niewolnicy Henry’ego. Wszystko to, co dzieje się w życiu bohaterów, jest interesujące, ale nie porusza ani po części tak, jak np. losy bohaterek i bohaterów Toni Morrison.

Skąd tytuł powieści? Autor podkreśla, że rozpadł się świat niewolników Henry’ego, im zaś było komfortowo w „znanym”. Kres życia ich pana ma sugerować zmiany, lecz zdaje się, iż ci niewolnicy Henry’ego nie byli jego własnością zbyt znów długo, poza tym dramaty wśród nich rozgrywały się niezależnie od zdrowia Townsenda. Jak wskazałam na początku, jego śmierć jest dość trafnie ustanowiona kompozycyjnym centrum powieści, jednak to, co wokół niego orbituje – przeszłość i przyszłość – to kontinuum; nie jestem przekonana o wielkiej zmianie, przewartościowaniu, utracie „znanego świata”. To nastąpiło chyba dopiero po wojnie secesyjnej! W samej zaś książce pojawia się wzmianka, że niewolnicy Townsenda mieli nadzieję, iż po śmierci Henry’ego wdowa ich uwolni. Ani to jej było w głowie, tym bardziej więc świat tych ludzi pozostał „znany”.

Fabuły powieści nie będę szczegółowo streszczać, zresztą byłoby to bezcelowe. Nie dziwią wysokie oceny wystawiane Znanemu światowi przez krytyków: trudno Jonesowi coś zarzucić. Wszystko jest spójne, z rozmachem, w miarę wciągające, niewątpliwie unikające nieudolności, imponujące zapleczem, jakiego autor potrzebował, by stworzyć opowieść o tak szczególnym etapie w historii amerykańskiego niewolnictwa. Są nawet fragmenty dość drastyczne – co podkreślam, by nie sugerować, że np. lektura Toni Morrison podnosi mi ciśnienie, a Edward Jones usypia. Jednak brak tu magii. Iskry. Nie umiałam się zaangażować w lekturę. Nie zależało mi, by noc zaczęła się nie wtedy, kiedy powinna, a wtedy, gdy ja przewrócę ostatnią stronicę (owszem, zdarza mi się czytać do skandalicznych godzin rannych). Niemal obojętnie doczytałam do końca, zresztą pod koniec narracja zdaje się zmierzać ku atrofii. Przeczy „dziejowemu” happy endowi (na który złożyło się zniesienie niewolnictwa, później polityka afirmacji), podkreślając wartość życia i osobistego doświadczenia, które tracone jest z każdą jednostkową śmiercią.

Istotne kwestie u Jonesa to m. in. obowiązkowa chyba współcześnie wrażliwość na praktyki niehumanitarne, pytania, czy posiadanie ludzi było oczywistością czy dylematem, oraz „cieniowanie”, relatywizowanie ocen zachowań we względu na odmienność sytuacji. Jeśli chodzi o długofalowe efekty pewnych osobistych wyborów, dowiadujemy się, co się z niektórymi osobami stało po latach: nic nie jest oczywiste. Na przykład najgorszy kobieciarz (seksista i być może seksoholik) z farmy Townsendów ustatkował się, wyjechał z żoną do Richmond. Tam oboje tak wsławili się pracą pedagogiczną, że po latach na ich cześć nazwano ulicę w mieście – z użyciem pełnych imion i dwuczłonowego nazwiska, by potomni nie mieli wątpliwości. Czy Jones jest honorowany i celebrowany za polityczną poprawność?

Niedawno miałam okazję obejrzeć ostatni film braci Coenów, Prawdziwe męstwo (remake klasyka Henry’ego Hathawaya, a może raczej nowa adaptacja powieści Charlesa Portisa). Twórczość tego reżyserskiego tandemu jest znana i lubiana, jednak w kilku słowach streszczę opowieść. Akcja dzieje się w ostatniej ćwiartce XIX wieku. Handlujący bodaj bawełną ojciec rodziny, w tym 14-letniej Mattie, został zastrzelony i obrabowany. Morderca znany jako Tom Chaney umknął prawdopodobnie na terytorium Indian, a w miasteczku, w którym doszło do tragedii, nikt nie jest zainteresowany pościgiem. Mattie sama wynajmuje tropiciela, nadużywającego alkoholu i przemocy Roostera Cogburna, i mimo jego sprzeciwu, wraz z nim oraz teksańskim rangerem, LaBoeufem, rusza na poszukiwanie Chaneya. Dziewczyna jest rezolutna, inteligentna, silna, zdeterminowana, „po kobiecemu” meandruje pomiędzy rywalizującymi (bynajmniej nie o nią) Roosterem i LaBoeufem. Mężczyźni są bufonami, ich wizerunki twardych, nieustępliwych i znających się na swoim fachu ludzi zachodu są doprowadzone do granicy karykatury. Prawdziwym męstwem jest wziąć podczas galopu lejce w zęby, i oburącz strzelać z dwóch pistoletów. Prawdziwym męstwem jest zajeździć i dobić konia, by ratować ugryziona przez węża damę. Niestety brawurowa pomoc okazała się spóźniona – Mattie utraciła ramię. Przyszło jej wrócić do kantorka zostawionego przez ojca przedsiębiorstwa, i życie w staropanieństwie (kara za szaleństwa młodości).

Kiedy się czeka, by Coenowie swoim zwyczajem przekłuli ten nadmuchiwany przez półtora godziny projekcji balon, oni robią coś przeciwnego – kończą film ów balon patynując, umieszczając na cokole. Rezygnują z pozycji zdystansowanej, konsekrują świat przedstawiony. Niemal bezkrytyczne odwoływanie się do wartości reprezentowanych szczególnie przez Roostera, ale również przez LaBoeufa i Mattie, to anachronizm ślepy na fakt, że świat się zmienił od czasu podboju „Dzikiego Zachodu”. Motorem działań głównej bohaterki jest chęć doprowadzenia mordercy pod właściwy sąd (mężczyzna i tak jest zastrzelony wcześniej, podczas sceny mającej zapewne robić wrażenie słusznego aktu samoobrony), przez co w cieniu pozostaje pytanie, czy aby na pewno kara śmierci, Prawo zabijające w swym majestacie jest cywilizacyjnym ideałem. To narracja waloryzująca stanowisko amerykańskich tradycjonalistów. Niezależnie od opinii licznych krytyków filmowych, zachwyconych nie tyle odnowieniem przez Coenów formy westernu, co doprowadzeniem jej jednocześnie do skrajności i do wersji „anty”, dla mnie film sakralizuje rzekomą wolność obywatelską, której wyrazem jest np. dążenie do powszechnego prawa do posiadania broni palnej (o sprzeciwie wobec prób zniesienia w USA kary śmierci nie wspominając).

Cóż, kiedy pomyślę o Coenowskiej apologii machoidów „Dzikiego Zachodu”, o zaserwowanym przez nich patosie powrotu do utopijnej przeszłości, w której męstwo było męstwem, kowboje mieli – za przeproszeniem – jaja, baby były zaradne, w której czarnoskórzy rezolutni stajenni połyskiwali białymi zębami, z uśmiechem mówiąc „Yes m’am”, a Indianie się poukrywali, i spokój…. zatem, kiedy o tym pomyślę, Jones prezentuje się po stokroć korzystniej. Wybieram bohaterów, których charakteryzuje – uwaga, modne słowo – sprawstwo. Coenowie ograniczyli się do eksploatacji historycznej już konwencji. Narracja Jonesa wprawdzie zdaje się być stylistycznie bardzo tradycyjna, niedekonstruująca, stonowana niczym kolorystyka okładki książki, lecz przekonuje, „przeciąga na swoją stronę” i nie razi anachronizmem. Znany świat może być pozbawiony fajerwerków, mimo to proponuje spojrzenie nań pod kątem nieznanym, i poucza bez zbędnego dydaktyzmu. Będę oczekiwała kolejnych publikacji tego autora.

Edward P. Jones, Znany świat, przeł. Witold Kurylak, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2005.

Data wpisu: 23 sierpnia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Edward P. Jones, „Znany świat”

Z grafiki na utrzymanej w kolorze sepii… pardon, w barwach ziemi okładce patrzy na nas trójka ludzi odjeżdżająca wozem. A może nie na nas, może odwracają się, by spojrzeć na pola rozciągające się po obu stronach drogi. Pod tytułem na zachętę wymienione są nagrody, jakich laureatem jest autor – Edward P. Jones. Objętość typowa dla ambitnej powieści obyczajowej. Gdy dodać, że książka to epickie zestawienie losów kilku pokoleń grupy żyjących po sąsiedzku rodzin naznaczonych doświadczeniem niewolnictwa, otrzymujemy zaangażowaną światopoglądowo lekturę dla cieszących się nadmiarem wolnego czasu intelektualistów. Zwłaszcza, że wyjątkowe są pewne okoliczności: przede wszystkim akcja Znanego świata dzieje się w USA przed zniesieniem niewolnictwa (skupiona jest wokół wydarzenia z 1855 roku). Wtedy po pierwsze, choć oczywiście liczni czarnoskórzy (lub osoby o pochodzeniu „międzyrasowym” – trudno używać takich określeń bez niesmaku, nie dość jednak, że były one stosowane, to pozostają zrozumiałe także dziś) byli wolni – wolni, póki nie trafiali na bariery społecznych podziałów, segregacji, w każdym jednak razie nie byli własnością panów, po drugie, zdarzało się, że… sami posiadali niewolników. Niektórzy wolni byli tym praktykom ogromnie przeciwni, i pewnie było to zjawisko o niewielkiej skali, jednak miało miejsce, i chyba rzadko się o tym mówi.

W posiadłości na farmie w miejscowości w południowym stanie Wirginia zmarł taki właśnie pan, Henry Townsend, u progu dorosłości wykupiony z niewoli, dekadę później stateczny mąż (bezdzietny), właściciel niedużej grupy niewolników, swego rodzaju protegowany, ulubiony sąsiad niegdysiejszego swego pana, Billa Robbinsa. Ów biały farmer w przeszłości pozwolił, by wykupili się od niego rodzice Henry’ego, z wielką niechęcią zgodził się później na wolność syna. Sam Robbins, obok białej prawowiernej żony ma czarnoskórą kochankę, również matkę jego dzieci. To tajemnica poliszynela, a wspominam o tym, by podkreślić – Robbins to mecenas „amerykańskiego snu”, nie sprawiedliwości i równości. Wierzy w konkurencję rynkową, dochodzenie do zamożności poprzez pracę (niekoniecznie własnoręczną). Jest człowiekiem Południa, i tyle. Odgrywa przede wszystkim rolę katalizatora niektórych zdarzeń, ale nie jest to postać pierwszoplanowa.

Poznajemy środowisko ludzi „o nie czysto białym pochodzeniu”. Oznacza to, że często realny, widzialny kolor skóry nie jest istotny, przecież i tak cała społeczność wie, kogo ma porcelanolica kobieta w siódmym pokoleniu przodków… Jest zatem Henry i jego rodzice, jest jego żona, Caldonia, i jej brat, Calvin. Jest Fern, okoliczna nauczycielka, dzięki której byli i obecni niewolnicy mogą się wyrwać z analfabetyzmu. Są niewolnicy Henry’ego. Wszystko to, co dzieje się w życiu bohaterów, jest interesujące, ale nie porusza ani po części tak, jak np. losy bohaterek i bohaterów Toni Morrison.

Skąd tytuł powieści? Autor podkreśla, że rozpadł się świat niewolników Henry’ego, im zaś było komfortowo w „znanym”. Kres życia ich pana ma sugerować zmiany, lecz zdaje się, iż ci niewolnicy Henry’ego nie byli jego własnością zbyt znów długo, poza tym dramaty wśród nich rozgrywały się niezależnie od zdrowia Townsenda. Jak wskazałam na początku, jego śmierć jest dość trafnie ustanowiona kompozycyjnym centrum powieści, jednak to, co wokół niego orbituje – przeszłość i przyszłość – to kontinuum; nie jestem przekonana o wielkiej zmianie, przewartościowaniu, utracie „znanego świata”. To nastąpiło chyba dopiero po wojnie secesyjnej! W samej zaś książce pojawia się wzmianka, że niewolnicy Townsenda mieli nadzieję, iż po śmierci Henry’ego wdowa ich uwolni. Ani to jej było w głowie, tym bardziej więc świat tych ludzi pozostał „znany”.

Fabuły powieści nie będę szczegółowo streszczać, zresztą byłoby to bezcelowe. Nie dziwią wysokie oceny wystawiane Znanemu światowi przez krytyków: trudno Jonesowi coś zarzucić. Wszystko jest spójne, z rozmachem, w miarę wciągające, niewątpliwie unikające nieudolności, imponujące zapleczem, jakiego autor potrzebował, by stworzyć opowieść o tak szczególnym etapie w historii amerykańskiego niewolnictwa. Są nawet fragmenty dość drastyczne – co podkreślam, by nie sugerować, że np. lektura Toni Morrison podnosi mi ciśnienie, a Edward Jones usypia. Jednak brak tu magii. Iskry. Nie umiałam się zaangażować w lekturę. Nie zależało mi, by noc zaczęła się nie wtedy, kiedy powinna, a wtedy, gdy ja przewrócę ostatnią stronicę (owszem, zdarza mi się czytać do skandalicznych godzin rannych). Niemal obojętnie doczytałam do końca, zresztą pod koniec narracja zdaje się zmierzać ku atrofii. Przeczy „dziejowemu” happy endowi (na który złożyło się zniesienie niewolnictwa, później polityka afirmacji), podkreślając wartość życia i osobistego doświadczenia, które tracone jest z każdą jednostkową śmiercią.

Istotne kwestie u Jonesa to m. in. obowiązkowa chyba współcześnie wrażliwość na praktyki niehumanitarne, pytania, czy posiadanie ludzi było oczywistością czy dylematem, oraz „cieniowanie”, relatywizowanie ocen zachowań we względu na odmienność sytuacji. Jeśli chodzi o długofalowe efekty pewnych osobistych wyborów, dowiadujemy się, co się z niektórymi osobami stało po latach: nic nie jest oczywiste. Na przykład najgorszy kobieciarz (seksista i być może seksoholik) z farmy Townsendów ustatkował się, wyjechał z żoną do Richmond. Tam oboje tak wsławili się pracą pedagogiczną, że po latach na ich cześć nazwano ulicę w mieście – z użyciem pełnych imion i dwuczłonowego nazwiska, by potomni nie mieli wątpliwości. Czy Jones jest honorowany i celebrowany za polityczną poprawność?

Niedawno miałam okazję obejrzeć ostatni film braci Coenów, Prawdziwe męstwo (remake klasyka Henry’ego Hathawaya, a może raczej nowa adaptacja powieści Charlesa Portisa). Twórczość tego reżyserskiego tandemu jest znana i lubiana, jednak w kilku słowach streszczę opowieść. Akcja dzieje się w ostatniej ćwiartce XIX wieku. Handlujący bodaj bawełną ojciec rodziny, w tym 14-letniej Mattie, został zastrzelony i obrabowany. Morderca znany jako Tom Chaney umknął prawdopodobnie na terytorium Indian, a w miasteczku, w którym doszło do tragedii, nikt nie jest zainteresowany pościgiem. Mattie sama wynajmuje tropiciela, nadużywającego alkoholu i przemocy Roostera Cogburna, i mimo jego sprzeciwu, wraz z nim oraz teksańskim rangerem, LaBoeufem, rusza na poszukiwanie Chaneya. Dziewczyna jest rezolutna, inteligentna, silna, zdeterminowana, „po kobiecemu” meandruje pomiędzy rywalizującymi (bynajmniej nie o nią) Roosterem i LaBoeufem. Mężczyźni są bufonami, ich wizerunki twardych, nieustępliwych i znających się na swoim fachu ludzi zachodu są doprowadzone do granicy karykatury. Prawdziwym męstwem jest wziąć podczas galopu lejce w zęby, i oburącz strzelać z dwóch pistoletów. Prawdziwym męstwem jest zajeździć i dobić konia, by ratować ugryziona przez węża damę. Niestety brawurowa pomoc okazała się spóźniona – Mattie utraciła ramię. Przyszło jej wrócić do kantorka zostawionego przez ojca przedsiębiorstwa, i życie w staropanieństwie (kara za szaleństwa młodości).

Kiedy się czeka, by Coenowie swoim zwyczajem przekłuli ten nadmuchiwany przez półtora godziny projekcji balon, oni robią coś przeciwnego – kończą film ów balon patynując, umieszczając na cokole. Rezygnują z pozycji zdystansowanej, konsekrują świat przedstawiony. Niemal bezkrytyczne odwoływanie się do wartości reprezentowanych szczególnie przez Roostera, ale również przez LaBoeufa i Mattie, to anachronizm ślepy na fakt, że świat się zmienił od czasu podboju „Dzikiego Zachodu”. Motorem działań głównej bohaterki jest chęć doprowadzenia mordercy pod właściwy sąd (mężczyzna i tak jest zastrzelony wcześniej, podczas sceny mającej zapewne robić wrażenie słusznego aktu samoobrony), przez co w cieniu pozostaje pytanie, czy aby na pewno kara śmierci, Prawo zabijające w swym majestacie jest cywilizacyjnym ideałem. To narracja waloryzująca stanowisko amerykańskich tradycjonalistów. Niezależnie od opinii licznych krytyków filmowych, zachwyconych nie tyle odnowieniem przez Coenów formy westernu, co doprowadzeniem jej jednocześnie do skrajności i do wersji „anty”, dla mnie film sakralizuje rzekomą wolność obywatelską, której wyrazem jest np. dążenie do powszechnego prawa do posiadania broni palnej (o sprzeciwie wobec prób zniesienia w USA kary śmierci nie wspominając).

Cóż, kiedy pomyślę o Coenowskiej apologii machoidów „Dzikiego Zachodu”, o zaserwowanym przez nich patosie powrotu do utopijnej przeszłości, w której męstwo było męstwem, kowboje mieli – za przeproszeniem – jaja, baby były zaradne, w której czarnoskórzy rezolutni stajenni połyskiwali białymi zębami, z uśmiechem mówiąc „Yes m’am”, a Indianie się poukrywali, i spokój…. zatem, kiedy o tym pomyślę, Jones prezentuje się po stokroć korzystniej. Wybieram bohaterów, których charakteryzuje – uwaga, modne słowo – sprawstwo. Coenowie ograniczyli się do eksploatacji historycznej już konwencji. Narracja Jonesa wprawdzie zdaje się być stylistycznie bardzo tradycyjna, niedekonstruująca, stonowana niczym kolorystyka okładki książki, lecz przekonuje, „przeciąga na swoją stronę” i nie razi anachronizmem. Znany świat może być pozbawiony fajerwerków, mimo to proponuje spojrzenie nań pod kątem nieznanym, i poucza bez zbędnego dydaktyzmu. Będę oczekiwała kolejnych publikacji tego autora.

Edward P. Jones, Znany świat, przeł. Witold Kurylak, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2005.

Data wpisu: 23 sierpnia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

„W ogóle i w szczególe” Anne Fadiman, eseje zbyt poufałe

Moszcząc się wygodnie w ulubionym siedzisku z książką pragniemy przyjemności płynącej z lektury. Pozwalamy sobie na chwilową naiwność, iż uciekliśmy od świata, w którym każda decyzja jest polityczna, do niezmierzonej przestrzeni słów i wyobraźni. Mamy nadzieję, że ta cudowna przyjemność pozostanie prywatna, że nasze spojrzenie i uwaga skupi się i pozostanie na książce, najlepiej o włoskiej kuchni albo fantastycznym świecie na innej planecie, czy też o przestępstwach i zwłokach zakopywanych w skandynawskich śniegach. I bynajmniej nie jest to pragnienie eskapizmu, raczej ocalenia – czegoś, kogoś, siebie. To jest właśnie ta przyjemność, która najlepiej smakuje w pojedynkę.

W eseju „O czytaniu” Marcel Proust (którego lubię tak bardzo, że nie wspominam gdzie popadnie o „jego” wyrobach cukierniczych wspomagających pamięć) napisał: „Lektura znajduje się na progu życia duchowego; może nas ku niemu doprowadzić: nie może nim być” [1], i definiował lekturę jako impuls pobudzający naszą osobistą samotność do aktywności twórczej. Nasza osobista wrażliwość i rozwój intelektualny powinien/powinny opierać się na otwartości na różnorodność głosów, erudycji przyswajającej poznawane treści w indywidualny ogląd świata i ludzi, delikatnie sugerował tłumacz Ruskina na język francuski. Istotna jest metoda, innymi słowy, nasza wewnętrzna biblioteka, w której układamy lektury według własnego porządku. Choćbyśmy mieli do czynienia z arcydziełem literatury, nie może ono zastąpić naszego smaku i nie powinniśmy się zdawać bez reszty na niego, pozostaje ono nadal narzędziem, wyrafinowanym, ale nadal jedynie środkiem do wypracowania osobistego spojrzenia. Sięgnęłam po słowa Prousta, aby podeprzeć się znanym nazwiskiem do uzasadnienia, czego najbardziej brakuje mi w zbiorze esejów Anne Fadiman „W ogóle i w szczególe”. Pierwotnie powstały one do kwartalnika „American Scholar”, czasopisma prestiżowego uniwersyteckiego stowarzyszenia Phi Beta Kappa. Przymiotnik „American” definiuje krótko i bardzo precyzyjnie spojrzenie autorki na tematy warte wg niej opisania. Jak zauważyła w krótkim posłowiu książki tłumaczka Fadiman, Magda Heydel, aby napisać tak wspaniałe i cudowne eseje, pomaga bycie narcyzem. Co do wspaniałości i cudowności nie do końca się zgadzam, co do narcyzmu, owszem, bowiem punktem wspólnym esejów wchodzących w skład „W ogóle i w szczególe” jest wyczuwalny i przezabawny zachwyt nad samą sobą „ojej, zobaczcie ILE ja przeczytałam”.

Kiedy rozpoczęłam książkę Fadiman, byłam zachwycona, ponieważ lekkie pióro autorki i nieprawdopodobna ilość ciekawostek sprawiały, że tekst „wstrzelił się” w moją uwagę, mieniąc się niczym wielobarwny fajerwerk. Niestety, dość szybko zgasł i pozostawił po sobie jedynie niemiłą ciemna smugę mojej wściekłości – jak można okazać się tak banalnym? Tak przewidywalnym?

Na jakich tematach skupia się Fadiman? Pozwolę sobie złośliwie omówić krótko całość. W przedmowie krótki hołd autorka złożyła ojcu, pisarzowi i bibliofilowi (a jakże), Cliftonowi Fadimanowi, który swego czasu opłakiwał śmierć gatunku eseju poufałego. Zwięźle i zdecydowanie odcina się od większości jego tez i akcentuje swoją niezależność i formację, a także fakt, że jest kobietą, a nie dżentelmenem, bowiem papa Fadiman uważał ten gatunek za nieatrakcyjny dla płci żeńskiej. W pierwszym rozdziale dowiadujemy się, co wspólnego ma łapanie motyli i talent literacki – ach, czy wszyscy już zauważyli tę lotną metaforę? Dziękuję, można usiąść i cieszyć się, że w polskiej szkole nie robi się sekcji żab ani nie łapie motyli (bo nie ma już czego łapać), by je uśmiercić w słoiku. W zakończeniu straszliwe grzechy młodej Fadimanówny i jej brata odkupuje nowe pokolenie – dzieci autorki, które hodują motyle po to, by wypuszczać je – żywe! – do ogrodu. Dzięki temu czytelnik patrzy z nadzieją w przyszłość i sięga po kolejny rozdział, poświęcony niestety nie tłumaczonemu na język polski Charlesowi Lambowi. Dalej – ponownie wpadamy prosto w oko American dream – aż dziw, że moja uwaga nie stopniała tak szybko, jak temat trzeciego eseju – lody. Fadiman zakłada, że WSZYSCY jedzą lody, ale tylko nieliczni je robią – dzięki czemu może i nie poznajemy pornograficznych wątków autobiograficznych, ale metody używania ciekłego azotu podczas domowego wyrabiania zimnego deseru. Dowiadujemy się też o amerykańskim bohaterze pierwszej poprawki do Konstytucji, opisywanym przez „New York Timesa” – lodziarzu, który mimo zakazu puszczania melodyjek przez wózki sprzedające lody w miastach, obronił swoje święte prawo do emitowania takiej, która najrzadziej skłaniała słuchających po sięgnięcie po broń. Następnie Anne Fadiman pisze o trybie życia podyktowanym zegarem biologicznym – o sowach i skowronkach. Jako sowa akcentuje absolutną wyjątkowość puchatych ptaków i ich przeznaczenie do poznawania nocnych tajemnic, gdy jedynie najodważniejsi nie wychodzą na nowojorskie ulice.

Kolejny esej zatytułowany jest „Prokrustes i wojny kulturowe”. Tutaj niestety, tłumaczka Fadiman, wspomniana Magda Heydel nie ustrzegła się przed błędem – nie jest on jednorazowy, ponieważ taka forma imienia greckiej postaci mitologicznej – Prokrustes, pojawia się przez cały rozdział i dziwi mnie, że nikt nie zwrócił na to uwagi podczas redakcji książki. Nie jest bowiem błędem sama forma tego imienia – po polsku można użyć jej zamiennie z „Prokrust”, ale fakt, że wybierając właśnie tę drugą formę, tłumaczka stosuje przymiotnik „prokrustowy”, „prokrustowe”, zamiast konsekwentnie – prokrustesowe.

W „Prokrustesie i wojnach kulturowych” Fadiman krytykuje poprawność polityczną, krytykę feministyczną i subalternową, okrawającą – jej zdaniem – klasykę literatury do idei aktualnych współcześnie. Moim zdaniem, robi to niesłychanie mętnie, w dodatku prezentując ekstrema, które znajdą się w każdym ruchu czy nurcie teoretycznym. Paulina Szkudlarek uświadomiła mi, że na ten temat dużo bardziej kompetentnie i wyczerpująco pisał Tzvetan Todorov w „La Littérature en péril” [2].

Po rozdziale „Coleridge uciekinier”, w którym oprócz skomplikowanych losów poety poznajemy złotą myśl, iż poezja była dla Coleridge’a – i być może nie tylko dla niego – jedynym eskapizmem nie budzącym wyrzutów sumienia, musiałam przemęczyć się przez absolutnie żałosne i anachroniczne wynurzenia Fadiman na temat jej „przygody” z pocztą elektroniczną (po angielsku zbiór wyszedł w roku 2007, chyba „trochę’ za późno na chwalenie się umiejętnościami à la polski poseł – „znam świetnie komputer, ale z tym internetem to nie za bardzo”). Oczywiście rozdział rozpoczynają przechwałki w stylu – jak stylowo być dinozaurem – telefon komórkowy i e-mail są „be”, ale cały świat sprzysiągł się przeciwko autorce i w końcu zaczęła używać tych nieeleganckich wynalazków. Spuszczę zasłonę miłosierdzia na jej opisy otrzymywanych maili. Ten rozdział książki Fadiman był pierwszym, przez który moje pierwotne zadowolenie z lektury zaczęło błyskawicznie się rozmywać. Kolejnym tematem opisanym przez autorkę jest jedna z wielu amerykańskich rozrywek, dzięki któremu krajowa gospodarka rozkwitła tak bardzo, że aż musiała splajtować, czyli przeprowadzka. W tym „eseju poufałym” Anne Fadiman opisuje jak ona i jej mąż, czyli dwójka znudzonych nowojorczyków – znudzonych czym? Mieszkaniem w jednym miejscu – postanawia przeprowadzić się tam, gdzie bije źródło pierwotnego szczęścia i bliskości z Naturą przez duże N – na wieś. Przytaczając liczne za i przeciw decyzji o przeprowadzce, poznajemy czcigodnego przodka autorki – amerykańskiego pioniera przemierzającego „ziemię niczyją”, który w pozostałych po nim zapiskach gorąco namawiał na wyskoczenie z utartych kolein i zrobienie czegoś nowego, jak np. zmiana miejsca zamieszkania. Obawiam się, że ówczesna dość masowa przeprowadzka, jaka nastąpiła w tamtych czasach z Europy do Ameryki Północnej nie do końca nastąpiła za zgodną poprzednich lokatorów. Ale za to dzięki chwalebnej przedsiębiorczości białych zdobywców ruszyli leniwe i niewykształcone tyłki, by poznać nowe obszary – obszary wykluczenia pod chyba każdym istniejącym względem.

Pozwolę sobie wtrącić tutaj, że Anne Fadiman wybrała gatunek eseju poufałego nie tylko jako najlepszy do pochwalenia się własną erudycją w sposób unikający zbędnego formalizowania, ale po to, by mistrzowska forma sprawiała wrażenie, że autorka prowadzi z czytelnikiem intymną, niezobowiązującą rozmowę w domowych pieleszach (a może i dlatego, że amerykański, nieformalny sposób bycia jak widać łączy się z chaotycznym oczytaniem branym błędnie za erudycję). O ile z początku książki faktycznie lekkie pióro Fadiman sprostało wymogom tego gatunku, z każdym kolejnym rozdziałem miałam wrażenie, że nie ma mowy o żadnej „rozmowie” – moja „samotność”, czyli ten postulowany przez Prousta stan otwarcia na to, co ma do powiedzenia autor, zamienia się w męczarnię wysłuchiwania paplającego nieproszonego gościa, który wypił o jednego drinka za dużo i za bardzo się spoufala z gospodarzem.

Kolejny esej, a może raczej – felieton, nie był już jedynie nużącym żonglowaniem faktami, datami i miejscami, ale prawdziwym ciosem po głowie. W „Kawałku bawełny” Anne Fadiman opisuje, jak 11 września (roku 2001 rzecz jasna) zrobił z niej patriotkę. Niejako usprawiedliwieniem tej niespodziewanej dla siebie wolty, mają być przytoczone przez nią słowa George’a Packera: „Po 11 września liberałowie mogą już bez ryzyka być patriotami” [3]. Dalej już wiadomo, że ważna jest flaga i najlepsza na świecie demokracja amerykańska, ponieważ chroni nawet tych, co tę flagę profanują. Fadiman przypomina też o strażakach, którzy w murach WTC chronili zniszczoną flagę, niestety cierpię na chroniczny brak uczuć patriotycznych i nie wzruszyłam się. Przeszłam do kolejnego rozdziału, o arktycznym maniaku i śmierdzącym – dosłownie – egocentryku, Vilhalmurze Stefanssononie. Nieco zmroziła mnie powtórka tematyki z poprzedniego zbiorku esejów Fadiman, „Ex libris. Wyznania czytelnika” [4], ale i tak było to lepsze, niż stanie na baczność podczas amerykańskiego hymnu. Następnie, z dalekiej Arktyki, spoufalająca się eseistka przeniosła mnie z powrotem do Stanów Zjednoczonych, gdzie poznałam pean na cześć kawy i możliwości, jakie daje kofeina. Niestety, picie kawy jest dla mnie czymś całkowicie obcym i zabronionym, zatem nie mogłam razem z autorką podzielać jej zachwytu nad czarnym, pięknie pachnącym, ale okropnie smakującym, napojem. Kolejna dłuższa uwaga – podobnie jak w eseju o lodach, Fadiman sięga po coś, co zwykło nazywać się „faktem historycznym” i przywołuje, jak wyglądało w przeszłości spożycie lodów/kawy, czym oba swego rodzaju fenomeny kulinarne były kiedyś, i czym są teraz.. Zaskakuje, jak małą erudycję Fadiman posiada w tym zakresie – raczy czytelnika jedynie paroma ciekawostkami pojawiającymi się w każdym artykule na dany temat. Na zakończenie tego rozdziału autorka „oswaja” przeciętnego amerykańskiego odbiorcę i zapewnia, że oczywiście zdarzyło się jej pić kawę ze Starbucksa.

Książkę kończy esej „Pod wodą” – o pośpiechu, wakacjach w kajakach, śmierci kolegi, którego wciągnął wodny wir. Bardzo zirytowała mnie metaforyka prostych skojarzeń: życie = rwący nurt rzeki, pośpiech = zachłanność na życie, brak pośpiechu = świadome cieszenie się życiem. Płynąć po wodzie = żyć, pod wodą = śmierć. Tym razem w rozdziale brak natłoku anegdot i ciekawostek, następuje śmierć książki, czyli koniec. Ulga! Kończyłam eseje Fadiman w pośpiechu – mnie też obmywał żal, niczym woda, że w trakcie rozkoszowania się pysznymi lodami, zapachem kawy i podziwianiem złapanych motyli, musiałam poderwać się z fotela, którego nie mam, by zasalutować amerykańskiej fladze.

Nie sądzę, by Marcel Proust był pozbawiony narcyzmu, ale na pewno wyzbył się go w swoim pisaniu, i świadomości literackiej oraz twórczej. Pozwolę sobie przytoczyć znowu jego słowa, ponieważ doskonale pasują do Fadiman, która pozornie opowiada o różnych rzeczach, a tak naprawdę ciągle o sobie i tylko o sobie. „Wydaje się, że pociąg do książek rośnie na tej samej gałęzi co inteligencja, choć nieco niżej, podobnie jak każdej namiętności towarzyszy pociąg do tego, co otacza jej przedmiot, i o czym mówi ona pod jego nieobecność” [5]. Dużo czytać nie znaczy myśleć, i niestety Fadiman do tego prostego wniosku jeszcze nie doszła.

Sławomira Raczyńska

Anne Fadiman, W ogóle i w szczególe: eseje poufałe, przeł. Magda Heydel, Znak, Kraków 2010.

Przypisy:

[1] Marcel Proust, Pamięć i styl, wybór, oprac. i wstęp Michał Paweł Markowski, przeł. Marek Bieńczyk, Janusz Margański, M. P. Markowski, Znak, Kraków 2000, s. 92.
[2] Tzvetan Todorov, La Littérature en péril, Flammarion, Paris 2007. Po polsku można znaleźć jego tezy w artykule Zofii Mitosek pt. Tzvetan Todorov – transfiguracja strukturalisty, „Teksty Drugie”, nr 4, 2007.
[3] Anne Fadiman, W ogóle i w szczególe: eseje poufałe, przeł. Magda Heydel, Znak, Kraków 2010, s. 155.
[4] Anne Fadiman, Ex libris: wyznania czytelnika, przeł. Hanna Pustuła, Paweł Piasecki, oprac. i noty Jan Gondowicz, Świat Literacki, Izabelin 2004.
[5] Marcel Proust, Pamięć i styl, dz. cyt., s. 98.

Data wpisu: 18 czerwca, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

„W ogóle i w szczególe” Anne Fadiman, eseje zbyt poufałe

Moszcząc się wygodnie w ulubionym siedzisku z książką pragniemy przyjemności płynącej z lektury. Pozwalamy sobie na chwilową naiwność, iż uciekliśmy od świata, w którym każda decyzja jest polityczna, do niezmierzonej przestrzeni słów i wyobraźni. Mamy nadzieję, że ta cudowna przyjemność pozostanie prywatna, że nasze spojrzenie i uwaga skupi się i pozostanie na książce, najlepiej o włoskiej kuchni albo fantastycznym świecie na innej planecie, czy też o przestępstwach i zwłokach zakopywanych w skandynawskich śniegach. I bynajmniej nie jest to pragnienie eskapizmu, raczej ocalenia – czegoś, kogoś, siebie. To jest właśnie ta przyjemność, która najlepiej smakuje w pojedynkę.

W eseju „O czytaniu” Marcel Proust (którego lubię tak bardzo, że nie wspominam gdzie popadnie o „jego” wyrobach cukierniczych wspomagających pamięć) napisał: „Lektura znajduje się na progu życia duchowego; może nas ku niemu doprowadzić: nie może nim być” [1], i definiował lekturę jako impuls pobudzający naszą osobistą samotność do aktywności twórczej. Nasza osobista wrażliwość i rozwój intelektualny powinien/powinny opierać się na otwartości na różnorodność głosów, erudycji przyswajającej poznawane treści w indywidualny ogląd świata i ludzi, delikatnie sugerował tłumacz Ruskina na język francuski. Istotna jest metoda, innymi słowy, nasza wewnętrzna biblioteka, w której układamy lektury według własnego porządku. Choćbyśmy mieli do czynienia z arcydziełem literatury, nie może ono zastąpić naszego smaku i nie powinniśmy się zdawać bez reszty na niego, pozostaje ono nadal narzędziem, wyrafinowanym, ale nadal jedynie środkiem do wypracowania osobistego spojrzenia. Sięgnęłam po słowa Prousta, aby podeprzeć się znanym nazwiskiem do uzasadnienia, czego najbardziej brakuje mi w zbiorze esejów Anne Fadiman „W ogóle i w szczególe”. Pierwotnie powstały one do kwartalnika „American Scholar”, czasopisma prestiżowego uniwersyteckiego stowarzyszenia Phi Beta Kappa. Przymiotnik „American” definiuje krótko i bardzo precyzyjnie spojrzenie autorki na tematy warte wg niej opisania. Jak zauważyła w krótkim posłowiu książki tłumaczka Fadiman, Magda Heydel, aby napisać tak wspaniałe i cudowne eseje, pomaga bycie narcyzem. Co do wspaniałości i cudowności nie do końca się zgadzam, co do narcyzmu, owszem, bowiem punktem wspólnym esejów wchodzących w skład „W ogóle i w szczególe” jest wyczuwalny i przezabawny zachwyt nad samą sobą „ojej, zobaczcie ILE ja przeczytałam”.

Kiedy rozpoczęłam książkę Fadiman, byłam zachwycona, ponieważ lekkie pióro autorki i nieprawdopodobna ilość ciekawostek sprawiały, że tekst „wstrzelił się” w moją uwagę, mieniąc się niczym wielobarwny fajerwerk. Niestety, dość szybko zgasł i pozostawił po sobie jedynie niemiłą ciemna smugę mojej wściekłości – jak można okazać się tak banalnym? Tak przewidywalnym?

Na jakich tematach skupia się Fadiman? Pozwolę sobie złośliwie omówić krótko całość. W przedmowie krótki hołd autorka złożyła ojcu, pisarzowi i bibliofilowi (a jakże), Cliftonowi Fadimanowi, który swego czasu opłakiwał śmierć gatunku eseju poufałego. Zwięźle i zdecydowanie odcina się od większości jego tez i akcentuje swoją niezależność i formację, a także fakt, że jest kobietą, a nie dżentelmenem, bowiem papa Fadiman uważał ten gatunek za nieatrakcyjny dla płci żeńskiej. W pierwszym rozdziale dowiadujemy się, co wspólnego ma łapanie motyli i talent literacki – ach, czy wszyscy już zauważyli tę lotną metaforę? Dziękuję, można usiąść i cieszyć się, że w polskiej szkole nie robi się sekcji żab ani nie łapie motyli (bo nie ma już czego łapać), by je uśmiercić w słoiku. W zakończeniu straszliwe grzechy młodej Fadimanówny i jej brata odkupuje nowe pokolenie – dzieci autorki, które hodują motyle po to, by wypuszczać je – żywe! – do ogrodu. Dzięki temu czytelnik patrzy z nadzieją w przyszłość i sięga po kolejny rozdział, poświęcony niestety nie tłumaczonemu na język polski Charlesowi Lambowi. Dalej – ponownie wpadamy prosto w oko American dream – aż dziw, że moja uwaga nie stopniała tak szybko, jak temat trzeciego eseju – lody. Fadiman zakłada, że WSZYSCY jedzą lody, ale tylko nieliczni je robią – dzięki czemu może i nie poznajemy pornograficznych wątków autobiograficznych, ale metody używania ciekłego azotu podczas domowego wyrabiania zimnego deseru. Dowiadujemy się też o amerykańskim bohaterze pierwszej poprawki do Konstytucji, opisywanym przez „New York Timesa” – lodziarzu, który mimo zakazu puszczania melodyjek przez wózki sprzedające lody w miastach, obronił swoje święte prawo do emitowania takiej, która najrzadziej skłaniała słuchających po sięgnięcie po broń. Następnie Anne Fadiman pisze o trybie życia podyktowanym zegarem biologicznym – o sowach i skowronkach. Jako sowa akcentuje absolutną wyjątkowość puchatych ptaków i ich przeznaczenie do poznawania nocnych tajemnic, gdy jedynie najodważniejsi nie wychodzą na nowojorskie ulice.

Kolejny esej zatytułowany jest „Prokrustes i wojny kulturowe”. Tutaj niestety, tłumaczka Fadiman, wspomniana Magda Heydel nie ustrzegła się przed błędem – nie jest on jednorazowy, ponieważ taka forma imienia greckiej postaci mitologicznej – Prokrustes, pojawia się przez cały rozdział i dziwi mnie, że nikt nie zwrócił na to uwagi podczas redakcji książki. Nie jest bowiem błędem sama forma tego imienia – po polsku można użyć jej zamiennie z „Prokrust”, ale fakt, że wybierając właśnie tę drugą formę, tłumaczka stosuje przymiotnik „prokrustowy”, „prokrustowe”, zamiast konsekwentnie – prokrustesowe.

W „Prokrustesie i wojnach kulturowych” Fadiman krytykuje poprawność polityczną, krytykę feministyczną i subalternową, okrawającą – jej zdaniem – klasykę literatury do idei aktualnych współcześnie. Moim zdaniem, robi to niesłychanie mętnie, w dodatku prezentując ekstrema, które znajdą się w każdym ruchu czy nurcie teoretycznym. Paulina Szkudlarek uświadomiła mi, że na ten temat dużo bardziej kompetentnie i wyczerpująco pisał Tzvetan Todorov w „La Littérature en péril” [2].

Po rozdziale „Coleridge uciekinier”, w którym oprócz skomplikowanych losów poety poznajemy złotą myśl, iż poezja była dla Coleridge’a – i być może nie tylko dla niego – jedynym eskapizmem nie budzącym wyrzutów sumienia, musiałam przemęczyć się przez absolutnie żałosne i anachroniczne wynurzenia Fadiman na temat jej „przygody” z pocztą elektroniczną (po angielsku zbiór wyszedł w roku 2007, chyba „trochę’ za późno na chwalenie się umiejętnościami à la polski poseł – „znam świetnie komputer, ale z tym internetem to nie za bardzo”). Oczywiście rozdział rozpoczynają przechwałki w stylu – jak stylowo być dinozaurem – telefon komórkowy i e-mail są „be”, ale cały świat sprzysiągł się przeciwko autorce i w końcu zaczęła używać tych nieeleganckich wynalazków. Spuszczę zasłonę miłosierdzia na jej opisy otrzymywanych maili. Ten rozdział książki Fadiman był pierwszym, przez który moje pierwotne zadowolenie z lektury zaczęło błyskawicznie się rozmywać. Kolejnym tematem opisanym przez autorkę jest jedna z wielu amerykańskich rozrywek, dzięki któremu krajowa gospodarka rozkwitła tak bardzo, że aż musiała splajtować, czyli przeprowadzka. W tym „eseju poufałym” Anne Fadiman opisuje jak ona i jej mąż, czyli dwójka znudzonych nowojorczyków – znudzonych czym? Mieszkaniem w jednym miejscu – postanawia przeprowadzić się tam, gdzie bije źródło pierwotnego szczęścia i bliskości z Naturą przez duże N – na wieś. Przytaczając liczne za i przeciw decyzji o przeprowadzce, poznajemy czcigodnego przodka autorki – amerykańskiego pioniera przemierzającego „ziemię niczyją”, który w pozostałych po nim zapiskach gorąco namawiał na wyskoczenie z utartych kolein i zrobienie czegoś nowego, jak np. zmiana miejsca zamieszkania. Obawiam się, że ówczesna dość masowa przeprowadzka, jaka nastąpiła w tamtych czasach z Europy do Ameryki Północnej nie do końca nastąpiła za zgodną poprzednich lokatorów. Ale za to dzięki chwalebnej przedsiębiorczości białych zdobywców ruszyli leniwe i niewykształcone tyłki, by poznać nowe obszary – obszary wykluczenia pod chyba każdym istniejącym względem.

Pozwolę sobie wtrącić tutaj, że Anne Fadiman wybrała gatunek eseju poufałego nie tylko jako najlepszy do pochwalenia się własną erudycją w sposób unikający zbędnego formalizowania, ale po to, by mistrzowska forma sprawiała wrażenie, że autorka prowadzi z czytelnikiem intymną, niezobowiązującą rozmowę w domowych pieleszach (a może i dlatego, że amerykański, nieformalny sposób bycia jak widać łączy się z chaotycznym oczytaniem branym błędnie za erudycję). O ile z początku książki faktycznie lekkie pióro Fadiman sprostało wymogom tego gatunku, z każdym kolejnym rozdziałem miałam wrażenie, że nie ma mowy o żadnej „rozmowie” – moja „samotność”, czyli ten postulowany przez Prousta stan otwarcia na to, co ma do powiedzenia autor, zamienia się w męczarnię wysłuchiwania paplającego nieproszonego gościa, który wypił o jednego drinka za dużo i za bardzo się spoufala z gospodarzem.

Kolejny esej, a może raczej – felieton, nie był już jedynie nużącym żonglowaniem faktami, datami i miejscami, ale prawdziwym ciosem po głowie. W „Kawałku bawełny” Anne Fadiman opisuje, jak 11 września (roku 2001 rzecz jasna) zrobił z niej patriotkę. Niejako usprawiedliwieniem tej niespodziewanej dla siebie wolty, mają być przytoczone przez nią słowa George’a Packera: „Po 11 września liberałowie mogą już bez ryzyka być patriotami” [3]. Dalej już wiadomo, że ważna jest flaga i najlepsza na świecie demokracja amerykańska, ponieważ chroni nawet tych, co tę flagę profanują. Fadiman przypomina też o strażakach, którzy w murach WTC chronili zniszczoną flagę, niestety cierpię na chroniczny brak uczuć patriotycznych i nie wzruszyłam się. Przeszłam do kolejnego rozdziału, o arktycznym maniaku i śmierdzącym – dosłownie – egocentryku, Vilhalmurze Stefanssononie. Nieco zmroziła mnie powtórka tematyki z poprzedniego zbiorku esejów Fadiman, „Ex libris. Wyznania czytelnika” [4], ale i tak było to lepsze, niż stanie na baczność podczas amerykańskiego hymnu. Następnie, z dalekiej Arktyki, spoufalająca się eseistka przeniosła mnie z powrotem do Stanów Zjednoczonych, gdzie poznałam pean na cześć kawy i możliwości, jakie daje kofeina. Niestety, picie kawy jest dla mnie czymś całkowicie obcym i zabronionym, zatem nie mogłam razem z autorką podzielać jej zachwytu nad czarnym, pięknie pachnącym, ale okropnie smakującym, napojem. Kolejna dłuższa uwaga – podobnie jak w eseju o lodach, Fadiman sięga po coś, co zwykło nazywać się „faktem historycznym” i przywołuje, jak wyglądało w przeszłości spożycie lodów/kawy, czym oba swego rodzaju fenomeny kulinarne były kiedyś, i czym są teraz.. Zaskakuje, jak małą erudycję Fadiman posiada w tym zakresie – raczy czytelnika jedynie paroma ciekawostkami pojawiającymi się w każdym artykule na dany temat. Na zakończenie tego rozdziału autorka „oswaja” przeciętnego amerykańskiego odbiorcę i zapewnia, że oczywiście zdarzyło się jej pić kawę ze Starbucksa.

Książkę kończy esej „Pod wodą” – o pośpiechu, wakacjach w kajakach, śmierci kolegi, którego wciągnął wodny wir. Bardzo zirytowała mnie metaforyka prostych skojarzeń: życie = rwący nurt rzeki, pośpiech = zachłanność na życie, brak pośpiechu = świadome cieszenie się życiem. Płynąć po wodzie = żyć, pod wodą = śmierć. Tym razem w rozdziale brak natłoku anegdot i ciekawostek, następuje śmierć książki, czyli koniec. Ulga! Kończyłam eseje Fadiman w pośpiechu – mnie też obmywał żal, niczym woda, że w trakcie rozkoszowania się pysznymi lodami, zapachem kawy i podziwianiem złapanych motyli, musiałam poderwać się z fotela, którego nie mam, by zasalutować amerykańskiej fladze.

Nie sądzę, by Marcel Proust był pozbawiony narcyzmu, ale na pewno wyzbył się go w swoim pisaniu, i świadomości literackiej oraz twórczej. Pozwolę sobie przytoczyć znowu jego słowa, ponieważ doskonale pasują do Fadiman, która pozornie opowiada o różnych rzeczach, a tak naprawdę ciągle o sobie i tylko o sobie. „Wydaje się, że pociąg do książek rośnie na tej samej gałęzi co inteligencja, choć nieco niżej, podobnie jak każdej namiętności towarzyszy pociąg do tego, co otacza jej przedmiot, i o czym mówi ona pod jego nieobecność” [5]. Dużo czytać nie znaczy myśleć, i niestety Fadiman do tego prostego wniosku jeszcze nie doszła.

Sławomira Raczyńska

Anne Fadiman, W ogóle i w szczególe: eseje poufałe, przeł. Magda Heydel, Znak, Kraków 2010.

Przypisy:

[1] Marcel Proust, Pamięć i styl, wybór, oprac. i wstęp Michał Paweł Markowski, przeł. Marek Bieńczyk, Janusz Margański, M. P. Markowski, Znak, Kraków 2000, s. 92.
[2] Tzvetan Todorov, La Littérature en péril, Flammarion, Paris 2007. Po polsku można znaleźć jego tezy w artykule Zofii Mitosek pt. Tzvetan Todorov – transfiguracja strukturalisty, „Teksty Drugie”, nr 4, 2007.
[3] Anne Fadiman, W ogóle i w szczególe: eseje poufałe, przeł. Magda Heydel, Znak, Kraków 2010, s. 155.
[4] Anne Fadiman, Ex libris: wyznania czytelnika, przeł. Hanna Pustuła, Paweł Piasecki, oprac. i noty Jan Gondowicz, Świat Literacki, Izabelin 2004.
[5] Marcel Proust, Pamięć i styl, dz. cyt., s. 98.

Data wpisu: 18 czerwca, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Heather McElhatton, „Drobne błędy”

Żyje się tylko raz, a każdy dokonany wybór odbiera potencjał zaistnienia wszystkim pozostałym alternatywom, determinując z kolei powstawanie kolejnych opcji. Czy chcielibyśmy się przekonać, jak przebiegłyby czyjeś losy w wersjach „co by było gdyby…”, czyli we wszystkich wariantach, normalnie niemających szans na zaistnienie? Propozycję będącą próbę odpowiedzi stanowi powieść Heather McElhatton zatytułowana Drobne błędy. Oczywiście użycie generalnego kwantyfikatora jest nadużyciem: „wszystkie” drogi są niemożliwe do wskazania, a McElhatton zdecydowała się na odmalowanie tych najbardziej skontrastowanych.

Punkt wyjścia to ten moment w życiu, który niesie stereotypowe skojarzenia z przełomem mającym dla biografii decydujące znaczenie formacyjne. Bohaterka, o której konsekwentnie mowa jest w drugiej osobie, kończy liceum, i zastanawia się nad studiami oraz nad perspektywami związku ze swoim szkolnym chłopakiem. Od tego, czy pójdzie do college’u (i dalej: na jaki kierunek), czy też ruszy w podróż do Europy, autorka każe nam uzależniać dalszy tok lektury. Porady na ten temat zawarła w dwóch akapitach zatytułowanych „Jak czytać tę książkę”: nie od deski do deski, nie cofając się, a konsekwentnie podążając za jednym wybranym wariantem historii, a po skończeniu, za kolejnymi, „bo przecież każdy zasługuje na kolejną szansę” [s. 7]. Na tej podstawie wydawca zdecydował się na reklamowy chwyt porównujący Drobne błędy do Gry w klasy Cortazara, co jest sporym nadużyciem. Co paradoksalne, ale niezaskakujące, sugerowana strategia czytelnicza zdaje się być próbą odebrania odbiorcom wyboru właśnie! O tym jednak później.

Książki nie sposób streścić, choć książka sama zdaje się być zbiorem streszczeń. Na pierwszy rzut oka, bohaterce przydarza się wszystko: podróżuje, zdobywa wykształcenie, zyskuje majątek, winduje swoją pozycję na drabinie społecznej bądź się stacza, popełnia przestępstwa, za które jest karana albo unika odpowiedzialności, zabija, szantażuje, albo rezygnuje z tak okrutnych i niecnych czynów, wychodzi za mąż i się żeni, miewa dzieci, umiera przedwcześnie albo w wieku bardzo zaawansowanym. Śmierci następują w wyniku wypadków komunikacyjnych, problemów z jedzeniem, postrzelenia, oraz wielu innych. Daje to pozory niezwykłej różnorodności, oporu wobec narzucenia fatum czy poczucia nieuchronności. W istocie to, co McElhatton eksploatuje, jest spójne i jednorodne. Eksploatuje tedy tę samą postać? Niekoniecznie. Z jednej strony sugestia kieruje nas ku postrzeganiu każdego alter ego (?) bohaterki jako osobowości odmiennej, albowiem ukształtowanej przez inne warunki, z drugiej – niektóre historie się zbiegają. Na przykład podróże po Europie mogą odbyć się przed podjęciem studiów lub po ich zakończeniu, lecz niewykluczone, iż kobieta i tak spotka określone osoby i uwikła się w te same ciągi dalsze. Można w tym dostrzegać podległość wobec losu, można też konsekwencję w prowadzeniu postaci, którą poznajemy jako już dorosłą – to wciąż kobieta, Amerykanka z prowincji, jedynaczka, etc. Niestety jednocześnie wydaje się, że autorka ulega swoistej ograniczonej wizji świata, powtarzając pewne motywy. Przede wszystkim zauważalny jest akcent stawiany na branym stereotypowo, promowanym zarówno w wersji konserwatywnej, jak i liberalnej, tak zwanym amerykańskim stylu życia, prowadzić mającym do spełnienia przysłowiowego już marzenia o powodzeniu.

Aspiracje postaci: głównej bohaterki i jej – pour ainsi dire – rodzin, są zwykle finansowe. Na przykład niezależni niszowi artyści zgadzają się „iść w mainstream” i zarabiać, kiedy tylko mają do tego okazję. Poza tym podstawowym, jeśli nie jedynym źródłem inspiracji jest biografia, co widać szczególnie w wątku, kiedy jako malarka rozczarowana związkami, tworzy wizerunki kobiet mszczących się na mężczyznach, kiedy jest szczęśliwa z partnerem, muzy ją opuszczają, zaś gdy czuje zawód rolą matki, jej obrazy ukazują opiekunki dręczące dzieci.

W niektórych historiach bohaterka decyduje się na ścieżkę kariery akademickiej, jednak – co zaskakujące nie tylko z polskiego punktu widzenia – przyjmowanie i porzucanie pracy na uczelniach przychodzi jej niezwykle łatwo, a aktywność naukowa zdaje się być ograniczona do zajęć dydaktycznych, i nie wymagać dalszego rozwoju własnego. Słyszę tu rzecz jasna echa książki Cudowni chłopcy Michaela Chabona (przeł. Andrzej Jankowski, Rebis, Poznań 2003), w której – przypomnijmy – główny bohater, prof. Grady Tripp, jest zatrudniony jako wykładowca dzięki swemu jednorazowemu pisarskiemu sukcesowi osiągniętemu siedem lat przed zawiązaniem się akcji powieści.

Wracając do McElhatton, rozkręcanie interesu przez jej bezimienną (niekiedy, dzięki mężom, posiadającej znane czytelnikowi nazwisko) powodzi się zawsze, niezależnie od tego, czy zysk jest niejako ujęty w założeniach, czy intencje są charytatywne (w wariantach życia poświęconym pomocy bezdomnym kotom, koniom, czy promocji sztuki autorstwa więźniów i więźniarek). Dojście do wysokiego statusu finansowego, niezależnie od wcześniej mających miejsce zdarzeń, oznacza dla bohaterki egoistyczną konsumpcję, nabywanie rzeczy luksusowych i zbytkownych, zakup nieruchomości w „ciepłych krajach”, w lokalizacjach egzotycznych (a najlepiej – tropikalnych) dla osoby najlepiej znającej tzw. klimat umiarkowany. Generalnie świat poza USA prezentuje się jako karykaturalne uogólnienie. Dotyczy to narodowości, np. Włochów: pełnych temperamentu, produkujących najlepsze na świecie buty, czy będących machoidalnymi typami otoczonymi rodzinami skupionymi wokół „mammy”. Pojawiają się też opinie długo wśród Amerykanów, a raczej – Amerykanek pokutujące, a zdezaktualizowane, np. że europejskie jedzenie jest tuczące.

Walka z przeciwnościami losu jest wyrównana – jak odnotowali autorzy notki na Wikipedii, połowa wariantów biografii bohaterki ma happy endings, połowa zaś kończy się źle (trudno mi jednak wskazać na kryteria klasyfikacji). Jednak odnoszę wrażenie, że to, co pozytywne, szczególnie przypadki „szczęścia w nieszczęściu”, jest zbyt cukierkowe. Mam na myśli osobiste „upadki” jako pobudki skłaniające bohaterkę do działań dobroczynnych, rozmaite metody samodzielnego wydobywania się z bagna za włosy, czy losy rodziny, gdy kobiecie rodzi się syn z zespołem Downa.

Wątpliwość budzą wizje tego, co dzieje się po śmierci. Rezygnując z opisu konkretów, postawię jedynie pytanie: dlaczego możliwości są różne? Ich obecność ujawnia fakt, iż pisarka tylko się bawi swoimi pomysłami, przez co w odniesieniu do przygód bohaterki nie sposób się zaangażować, przyjąć perspektywy: „a co, gdybym to była ja?”.

Niezależnie od wachlarza „wyborów”, powieść Drobne błędy ofiarowuje nam amerykański mit, a ja przyjmuję tu nastawienie antyamerykańskie*. Jednak unikanie wieloznaczności, naskórkowość propozycji McElhatton, odróżniający ją od Cortazara brak umiejętności budowania nastroju, unikanie wszelkich form ironii intertekstualnej (przy – należy odnotować – niezaprzeczalnej obecności elementów humorystycznych) przekreślają element gry i odbierają książce szansę na roszczenia intelektualne, „wysokoartystyczne”. Nie jest psychologiczna, nie jest postmodernistyczna, nie jest krytyczna. Stanowi raczej zbiór scenariuszowych szkiców, jakie aspirujący filmowcy przedstawiają producentom. Czy jest „materiałem filmowym”? Niekoniecznie. Trudno wyobrazić sobie wytwórnię, której mogłoby się opłacić zaangażowanie środków, by doprowadzić wszystkie propozycje do realizacji. Pozostawiając powieść McElhatton na regale, pozostaje spytać, jakie egzystencjalne rozmyślania może pobudzać taka analiza SWOT?

Paulina Szkudlarek

Heather McElhatton, Drobne błędy, przeł. Agnieszka Pokojska, Muza, Warszawa 2008. Cytat pochodzi z tego wydania.

* To oczywiście nawiązanie do szkicu Umberta Eco pt. Mit amerykański trzech pokoleń nastawionych antyamerykańsko (przeł. Joanna Ugniewska, w: Umberto Eco, O literaturze, Muza, Warszawa 2003), przywołanego tu w ramach „zemsty” za zarysowany przez McElhatton obraz Włoch i Włochów.

Data wpisu: 7 maja, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Heather McElhatton, „Drobne błędy”

Żyje się tylko raz, a każdy dokonany wybór odbiera potencjał zaistnienia wszystkim pozostałym alternatywom, determinując z kolei powstawanie kolejnych opcji. Czy chcielibyśmy się przekonać, jak przebiegłyby czyjeś losy w wersjach „co by było gdyby…”, czyli we wszystkich wariantach, normalnie niemających szans na zaistnienie? Propozycję będącą próbę odpowiedzi stanowi powieść Heather McElhatton zatytułowana Drobne błędy. Oczywiście użycie generalnego kwantyfikatora jest nadużyciem: „wszystkie” drogi są niemożliwe do wskazania, a McElhatton zdecydowała się na odmalowanie tych najbardziej skontrastowanych.

Punkt wyjścia to ten moment w życiu, który niesie stereotypowe skojarzenia z przełomem mającym dla biografii decydujące znaczenie formacyjne. Bohaterka, o której konsekwentnie mowa jest w drugiej osobie, kończy liceum, i zastanawia się nad studiami oraz nad perspektywami związku ze swoim szkolnym chłopakiem. Od tego, czy pójdzie do college’u (i dalej: na jaki kierunek), czy też ruszy w podróż do Europy, autorka każe nam uzależniać dalszy tok lektury. Porady na ten temat zawarła w dwóch akapitach zatytułowanych „Jak czytać tę książkę”: nie od deski do deski, nie cofając się, a konsekwentnie podążając za jednym wybranym wariantem historii, a po skończeniu, za kolejnymi, „bo przecież każdy zasługuje na kolejną szansę” [s. 7]. Na tej podstawie wydawca zdecydował się na reklamowy chwyt porównujący Drobne błędy do Gry w klasy Cortazara, co jest sporym nadużyciem. Co paradoksalne, ale niezaskakujące, sugerowana strategia czytelnicza zdaje się być próbą odebrania odbiorcom wyboru właśnie! O tym jednak później.

Książki nie sposób streścić, choć książka sama zdaje się być zbiorem streszczeń. Na pierwszy rzut oka, bohaterce przydarza się wszystko: podróżuje, zdobywa wykształcenie, zyskuje majątek, winduje swoją pozycję na drabinie społecznej bądź się stacza, popełnia przestępstwa, za które jest karana albo unika odpowiedzialności, zabija, szantażuje, albo rezygnuje z tak okrutnych i niecnych czynów, wychodzi za mąż i się żeni, miewa dzieci, umiera przedwcześnie albo w wieku bardzo zaawansowanym. Śmierci następują w wyniku wypadków komunikacyjnych, problemów z jedzeniem, postrzelenia, oraz wielu innych. Daje to pozory niezwykłej różnorodności, oporu wobec narzucenia fatum czy poczucia nieuchronności. W istocie to, co McElhatton eksploatuje, jest spójne i jednorodne. Eksploatuje tedy tę samą postać? Niekoniecznie. Z jednej strony sugestia kieruje nas ku postrzeganiu każdego alter ego (?) bohaterki jako osobowości odmiennej, albowiem ukształtowanej przez inne warunki, z drugiej – niektóre historie się zbiegają. Na przykład podróże po Europie mogą odbyć się przed podjęciem studiów lub po ich zakończeniu, lecz niewykluczone, iż kobieta i tak spotka określone osoby i uwikła się w te same ciągi dalsze. Można w tym dostrzegać podległość wobec losu, można też konsekwencję w prowadzeniu postaci, którą poznajemy jako już dorosłą – to wciąż kobieta, Amerykanka z prowincji, jedynaczka, etc. Niestety jednocześnie wydaje się, że autorka ulega swoistej ograniczonej wizji świata, powtarzając pewne motywy. Przede wszystkim zauważalny jest akcent stawiany na branym stereotypowo, promowanym zarówno w wersji konserwatywnej, jak i liberalnej, tak zwanym amerykańskim stylu życia, prowadzić mającym do spełnienia przysłowiowego już marzenia o powodzeniu.

Aspiracje postaci: głównej bohaterki i jej – pour ainsi dire – rodzin, są zwykle finansowe. Na przykład niezależni niszowi artyści zgadzają się „iść w mainstream” i zarabiać, kiedy tylko mają do tego okazję. Poza tym podstawowym, jeśli nie jedynym źródłem inspiracji jest biografia, co widać szczególnie w wątku, kiedy jako malarka rozczarowana związkami, tworzy wizerunki kobiet mszczących się na mężczyznach, kiedy jest szczęśliwa z partnerem, muzy ją opuszczają, zaś gdy czuje zawód rolą matki, jej obrazy ukazują opiekunki dręczące dzieci.

W niektórych historiach bohaterka decyduje się na ścieżkę kariery akademickiej, jednak – co zaskakujące nie tylko z polskiego punktu widzenia – przyjmowanie i porzucanie pracy na uczelniach przychodzi jej niezwykle łatwo, a aktywność naukowa zdaje się być ograniczona do zajęć dydaktycznych, i nie wymagać dalszego rozwoju własnego. Słyszę tu rzecz jasna echa książki Cudowni chłopcy Michaela Chabona (przeł. Andrzej Jankowski, Rebis, Poznań 2003), w której – przypomnijmy – główny bohater, prof. Grady Tripp, jest zatrudniony jako wykładowca dzięki swemu jednorazowemu pisarskiemu sukcesowi osiągniętemu siedem lat przed zawiązaniem się akcji powieści.

Wracając do McElhatton, rozkręcanie interesu przez jej bezimienną (niekiedy, dzięki mężom, posiadającej znane czytelnikowi nazwisko) powodzi się zawsze, niezależnie od tego, czy zysk jest niejako ujęty w założeniach, czy intencje są charytatywne (w wariantach życia poświęconym pomocy bezdomnym kotom, koniom, czy promocji sztuki autorstwa więźniów i więźniarek). Dojście do wysokiego statusu finansowego, niezależnie od wcześniej mających miejsce zdarzeń, oznacza dla bohaterki egoistyczną konsumpcję, nabywanie rzeczy luksusowych i zbytkownych, zakup nieruchomości w „ciepłych krajach”, w lokalizacjach egzotycznych (a najlepiej – tropikalnych) dla osoby najlepiej znającej tzw. klimat umiarkowany. Generalnie świat poza USA prezentuje się jako karykaturalne uogólnienie. Dotyczy to narodowości, np. Włochów: pełnych temperamentu, produkujących najlepsze na świecie buty, czy będących machoidalnymi typami otoczonymi rodzinami skupionymi wokół „mammy”. Pojawiają się też opinie długo wśród Amerykanów, a raczej – Amerykanek pokutujące, a zdezaktualizowane, np. że europejskie jedzenie jest tuczące.

Walka z przeciwnościami losu jest wyrównana – jak odnotowali autorzy notki na Wikipedii, połowa wariantów biografii bohaterki ma happy endings, połowa zaś kończy się źle (trudno mi jednak wskazać na kryteria klasyfikacji). Jednak odnoszę wrażenie, że to, co pozytywne, szczególnie przypadki „szczęścia w nieszczęściu”, jest zbyt cukierkowe. Mam na myśli osobiste „upadki” jako pobudki skłaniające bohaterkę do działań dobroczynnych, rozmaite metody samodzielnego wydobywania się z bagna za włosy, czy losy rodziny, gdy kobiecie rodzi się syn z zespołem Downa.

Wątpliwość budzą wizje tego, co dzieje się po śmierci. Rezygnując z opisu konkretów, postawię jedynie pytanie: dlaczego możliwości są różne? Ich obecność ujawnia fakt, iż pisarka tylko się bawi swoimi pomysłami, przez co w odniesieniu do przygód bohaterki nie sposób się zaangażować, przyjąć perspektywy: „a co, gdybym to była ja?”.

Niezależnie od wachlarza „wyborów”, powieść Drobne błędy ofiarowuje nam amerykański mit, a ja przyjmuję tu nastawienie antyamerykańskie*. Jednak unikanie wieloznaczności, naskórkowość propozycji McElhatton, odróżniający ją od Cortazara brak umiejętności budowania nastroju, unikanie wszelkich form ironii intertekstualnej (przy – należy odnotować – niezaprzeczalnej obecności elementów humorystycznych) przekreślają element gry i odbierają książce szansę na roszczenia intelektualne, „wysokoartystyczne”. Nie jest psychologiczna, nie jest postmodernistyczna, nie jest krytyczna. Stanowi raczej zbiór scenariuszowych szkiców, jakie aspirujący filmowcy przedstawiają producentom. Czy jest „materiałem filmowym”? Niekoniecznie. Trudno wyobrazić sobie wytwórnię, której mogłoby się opłacić zaangażowanie środków, by doprowadzić wszystkie propozycje do realizacji. Pozostawiając powieść McElhatton na regale, pozostaje spytać, jakie egzystencjalne rozmyślania może pobudzać taka analiza SWOT?

Paulina Szkudlarek

Heather McElhatton, Drobne błędy, przeł. Agnieszka Pokojska, Muza, Warszawa 2008. Cytat pochodzi z tego wydania.

* To oczywiście nawiązanie do szkicu Umberta Eco pt. Mit amerykański trzech pokoleń nastawionych antyamerykańsko (przeł. Joanna Ugniewska, w: Umberto Eco, O literaturze, Muza, Warszawa 2003), przywołanego tu w ramach „zemsty” za zarysowany przez McElhatton obraz Włoch i Włochów.

Data wpisu: 7 maja, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Stypendium dla działaczy LGBTQ

W Stanach wprowadzono pierwszy program stypendialny dla aktywistów LGBTQ w dwuletnim college’u.
Uczniowie Lansing Community College, uprawiający działalność społeczną, związaną z mniejszościami LGBTQ, będą mogli zostać nagrodzeni w formie stypendium im. Betsey Lou Robson. Była to działaczka, związana z Lansing community.
Stypendium za szczególne osiągnięcia może dostać każdy, kto aktywnie działa na rzecz osób nieheteroseksualnych. O [...]

Data wpisu: 4 lutego, 2011 autor wpisu: Ania B  |  Komentowanie nie jest możliwe

O „Pijąc kawę gdzie indziej” ZZ Packer

Pisząc niedawno o powieści Maryse Condé zatytułowanej Ja, Tituba, czarownica z Salem (tu), krytykowałam nadmierny dydaktyzm autorki – eksponowanie dość prostych i schematycznych metod niemal definicyjnie przypisujących jej książkę nurtowi feministycznej krytyki postkolonialnej. W ramach tego samego projektu wydawniczego („seria z miotłą”, W.A.B.) ukazał się również zbiór opowiadań amerykańskiej debiutantki, ZZ Packer, Pijąc kawę gdzie indziej. Propozycja pozornie bliska tej wyżej wspomnianej: to literatura kobieca zaangażowana w problematykę występujących głównie na tle rasowym nierówności społecznych i ich – adekwatnych do epoki – implikacji. O ile jednak Condé wypełnia postulaty gatunkowe właściwe dla „głosów afroamerykańskich kobiet” [1], wprowadzając motyw „więzi z prastarym folklorem i mistyką” (ziołolecznictwa, akuszerstwa, magii) [2], książka Packer jest raczej „przyziemna”, w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Kwestią przewodnią w tomie są współczesne problemy osób przynależących do społeczności afroamerykańskiej, czy literacka analiza – za bell hooks [3] – zróżnicowanego wpływu rasizmu na życie Afroamerykanów, zwłaszcza zaś Afroamerykanek. Większość postaci to kobiety, mamy jednak jeden wyjątek: Spurge’a z Samotności mrówki, ambitnego nastolatka, na którym rozmaite nieodpowiedzialne czyny wymusza ojciec – alkoholik i, mówiąc kolokwialnie, kombinator.

W fabule poszczególnych opowiadań powtarza się pewien motyw – rzucenie młodej dziewczyny lub kobiety w obce jej otoczenie, konfrontacja z ludźmi kierującymi się systemami wartości diametralnie różniącymi się od tych, do jakich ona przywykła i jakie zinternalizowała. Szczególnie interesujące wydają się Gęsi. To opowiadanie o Dinie, Afroamerykance w Japonii, która z braku pracy, sprzedawszy wcześniej swój bilet powrotny do USA, gnieździ się z grupą innych biedujących gaidzinów w mikroskopijnym mieszkanku. Współlokatorzy, choć skonfliktowani między sobą, są wciąż dziwnie (perwersyjnie?) solidarni w miejscu, o którym Wilde napisał „W rzeczywistości cała Japonia jest czystym wymysłem. Nie ma takiego kraju; nie ma takich ludzi” [4]. Bohaterowie są pozbawieni możliwości zarobkowania, a może zbyt pasywni, by mieć szansę je dostać, głodują, nie wiadomo czego oczekują – okazuje się, że Japonia to nie welfare state, a nawet jeśli byłaby nim, akurat oni nie mieliby prawa być jego beneficjentami. Autorka jest zbyt zaabsorbowana portretem Diny jako obcej, i samą Japonię traktuje po łebkach. Przede wszystkim nie pyta o istotę trudności obcokrajowców. Czy to stosunek typu miłość/nienawiść, jaki miejscowi mają wobec wszystkich gaidzinów? Dina jest przedstawicielką społeczeństwa będącego przez długie dziesięciolecia ważnym punktem odniesienia dla westernizującej się Japonii. Zarazem jest Afroamerykanką, a elementem wizualnych, lecz bynajmniej nie powierzchownych, kompleksów Japończyków wobec świata okcydentalnego jest wspierane przez przemysł kosmetyczny dążenie do wybielania skóry (traktowanie jasnej karnacji jako bardziej atrakcyjnej). Szczegółem zapewne trzeciorzędnym, ale niejasnym w polskim kontekście odbiorczym, jest przywołanie głodu niejako definiującego nędzę grupy bohaterów. Zdarzają się relacje starające się przełamać stereotyp drogiego jedzenia w Japonii, jednak chęć podkreślenia kontrastu wymaga oparcia się na owym stereotypie: żywność w Japonii jest droga, w USA zaś tania, i pomijając społecznie istotną zależność ceny od jakości (najłatwiej dostępne są niezdrowe, wysoko przetworzone produkty), w ojczyźnie Diny chyba trudniej głodować z powodów ekonomicznych. Opowiadanie kończy się, gdy kobieta w euforii wraca do „domu” (owego nędznego mieszkanka), z zarobionymi na prostytucji pieniędzmi. Zadziwia przekonanie autorki do nieuchronności takiego rozwiązania. Chęć (czy też przymus? przypomnijmy: dziewczyna oddała bilet) pozostania w Japonii nie jest tym, co motywuje Dinę do prób pozwalających na utrzymanie się w tym kraju, nie ma też mowy o źródłach czy głębszych powodach fascynacji Japonią, o pierwotnych przyczynach podjęcia podróży. Odniosłam wrażenie, że dziewczynę na Archipelagu zatrzymuje apatia. W efekcie mam dylemat – brak psychologicznego umotywowania każe wnioskować, że bohaterka jest bądź „płytka” (ergo nieciekawa – po co zatem o niej pisać czytać?), bądź, że to opowiadanie jest naskórkowe i nieprzemyślane.

Packer zapoznaje nas z jeszcze innymi postaciami. Należą do nich pracująca jako pielęgniarka stara panna (w średnim wieku) zamęcza pacjentów swą pobożnością (Każdy język uczyni wyznanie), czy uczestniczki obozu skautowskiego dążą do bójki z dziewczynkami z pobliskich kolonii (Skautki). Pretekstem jest rzekoma uwaga rasistowska (której chyba nikt tak naprawdę nie słyszał, ale to nie powód, by nie poczuć tzw. słusznego gniewu) – białe dziewczynki to grupa niepełnosprawnych umysłowo, zaś historię poznajemy „oczami” dziewczynki najbardziej nielubianej i gnębionej przez koleżanki. Pod koniec opowiada ona im historię – stereotyp brzydkiego kaczątka, które dysponuje talentem w przyszłości mającym szansę zmienić ją w literacką łabędzicę.

Największym atutem Packer jest umiejętność bardzo subtelnego naświetlania, eksponowania drobnych i ogromnych niesprawiedliwości, i postaw wobec nich – biernych, buntowniczych, emancypujących, zrezygnowanych. Ważne jest uporczywe wskazywanie na rozmaite „zakazy”, współcześnie już tylko zwyczajowe, przemilczane w prawie, obowiązujące w społecznościach i między społecznościami, zachowujące złowrogą moc piętnowania. Uporczywością nazywam ciągłe orbitowanie wokół tych problemów, nie zaś natrętną dydaktykę. Wydaje się jednak, że polityczna poprawność jest przez autorkę zachowana, być może jest przez nią zinternalizowana.

Nie podejmuję się namysłu nad niewątpliwie frapującym tematem lojalności grupowej i sposobów przymuszania albo nakłaniania do działań grupowych. Ma to bowiem inne, aniżeli w Polsce, umocowanie w amerykańskiej tradycji obywatelskiej. Ponadto z pewnego punktu widzenia to, co dla bohaterów Packer jest zwyczajne, zwyczajowe, częste, normalne, przyjęte, nieodzowne, można postrzegać jako opresyjne, zagrażające wolności i indywidualności – a to przecież deklaratywnie typowo amerykańskie wartości. Do problematyki akceptacji takiego modelu odpowiedzialności społecznej (w tym mniej czy bardziej zinstytucjonalizowanej pomocy i samopomocy) należą np. restrykcje obyczajowe narzucane członkom tych specyficznie amerykańskich protestanckich (baptystycznych, zielonoświątkowych) kongregacji grupujących fanatyków religijnych (sankcje wewnątrzśrodowiskowe). Zresztą duża część narracji Packer zahacza o uwikłanie – mimowolne lub narzucane przez rodzinę, albo wybrane, zdawałoby się, świadomie i chętnie – w życie religijne. Innym przykładem działania mechanizmów lojalności grupowej jest odium spadające na białą i czarnoskórą studentkę, które wchodzą w związek lesbijski (tytułowe Pijąc kawę gdzie indziej). To jednak akurat „oczywistości” mogące być – tym razem za Toni Morrison – fascynującymi socjologicznie [5], w mym osądzie są jednak pozbawione dramatyzmu. Ciekawszy jest przypadek wspomnianego chłopca, Spurge’a – opowiadanie odnosi się do czasów „przedwspółczesnych”, do lat 60. ubiegłego wieku. Dziecko rozwiedzionych rodziców angażuje wszelkie sobie dostępne środki, by wyciągnąć ojca z aresztu i zawieźć do domu. Płaci kaucję, przyjeżdża autem matki. Nieodpowiedzialny rodzic wyciąga syna na bzdurną eskapadę w (płonnej, jak się okazuje) nadziei na zarobek: marzy mu się zarobek w czasie masowych demonstracji i protestów. Niczym biblijni handlarze wypędzeni przez Jezusa ze świątyni, ojciec Spurge’a narusza pewne sacrum: bardzo aktywnego w latach 60. ubiegłego wieku ruchu Czarnej Siły. Zszargana handlem jest sfera nie religijna, ale społecznościowa, ideologiczna. W Samotności mrówki do klasycznej relacji typu miłość/nienawiść dochodzą jeszcze edukacyjne ambicje chłopca. Rzecz kończy się klęską Spurge’a – bez pieniędzy, bez auta, w obcym mieście, z pełnym pretensji ojcem – i każe się zastanowić, czy chłopak się podniesie, powróci, a w dalszym życiu odważy się przeciąć pępowinę, przez która jest podtruwany – przez ojca, nie matkę.

Być może to metafora trafnie podsumowująca całą książkę. Oto proza afroamerykańska okazuje się w tym przypadku wygrywać poprzez „ucieczkę do przodu”, rezygnację z oglądania się na tradycję. Dynamiczność, pozornie sprzeczna z refleksyjnym charakterem narracji, osiągana jest przez narratorkę dzięki brakowi egzaltacji, niezależnemu od emocjonalności poszczególnych postaci ogniskujących. Głos nie jest jednak im oddany – jest opisany, zrelacjonowany, w sposób każący zapytać, czy ZZ Packer jest zaangażowaną adwokatką swych bohaterów i bohaterek, czy jednak zdystansowana pije sobie kawę gdzie indziej.

Paulina Szkudlarek

ZZ Packer, Pijąc kawę gdzie indziej, przeł. Ewa Horodyska, W.A.B., Warszawa 2007.

Przypisy:

[1] Określenie łączy nagłówek jednego z rozdziałów godnej polecenia książki Krzysztofa Andrzejczaka, Długa czarna pieśń. Zarys literatury afroamerykańskiej (Universitas, Kraków 2005) z tytułem tejże.
[2] Krzysztof Andrzejczak, Długa czarna pieśń, dz. cyt., s. 132 i 133.
[3] bell hooks, Postmodernistyczna czerń, przeł. Ewa Łuczak, w: Kultura, tekst, ideologia. Dyskursy współczesnej amerykanistyki, (red.) Agata Preis-Smith, Universitas, Kraków 2004, s. 436.
[4] Oscar Wilde, Upadek sztuki kłamstwa: obserwacje, przeł. Marta Umińska, „Literatura na Świecie”, 1994, nr 12, s. 303.
[5] Toni Morrison, Niewypowiedziane niewypowiadalne, przeł. Agata Preis-Smith, w: Kultura, tekst, ideologia, dz. cyt., s. 414.

Data wpisu: 29 września, 2010 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Czerwiec miesiącem dumy

W piątek prezydent USA Barack Obama ogłosił czerwiec miesiącem dumy gejów, lesbijek, osób biseksualnych i transgender.
Podobną deklarację prezydent Stanów Zjednoczonych uczynił w zeszłym roku. Oświadczenie Obamy powinno zdopingować amerykańskich ustawodawców do uchylenia prawa „Don’t Ask Don’t Tell”, które zakazuje osobom homoseksualnym ujawniania swojej orientacji psychoseksualnej w wojsku.
„Nasza armia składa się z najlepszych, najbardziej dzielnych ludzi [...]

Data wpisu: 31 maja, 2010 autor wpisu: Ania B  |  Komentowanie nie jest możliwe

John Updike, „Czarownice z Eastwick”

Lektura pochodzącej z 1984 roku powieści Johna Updike’a może być w sposób nieunikniony ukierunkowana przez filmową adaptację (reż. George Miller; 1987), jednak warto spojrzeć na książkę abstrahując od kinowego kontekstu. Interesujących skojarzeń z pewnością nie zabraknie.

Akcja Czarownic z Eastwick dzieje się u schyłku lat ’60., w czasach rozczarowania hippisowskimi ideałami i przygasania ruchu kontestującego wojnę w Wietnamie. Tytułowe bohaterki – Sukie, młoda redaktorka rubryki plotkarskiej w lokalnej gazecie, Jane, nieco od niej starsza nauczycielka muzyki, i będąca w średnim wieku rzeźbiarka amatorka, Alexandra – pokoleniowo nie załapały się na rewolucję dzieci-kwiatów, jednak korzystają w pełni ze zdobyczy ówczesnego feminizmu (osobnych rozważań wymaga pytanie, jaka to odsłona tak zwanej drugiej fali). Są mieszkankami małego miasteczka, zdolnymi do samodzielnego utrzymywania się rozwódkami, stosują nowoczesną antykoncepcję (swobodnie dobierają sobie żonatych kochanków), poza tym ich działania inspirowane są popularną duchowością new age. W pewnym momencie życia odkryły w sobie magiczne moce, i od tej pory tworzą konwent [1], czy też, jeśli iść za tytułem pierwszej części książki, zbierają się na sabatach.

Ożywienie w Eastwick przynosi zakup podupadłej rezydencji Lenoksów – opisywanej niemal jak typowy „nawiedzony dom” – przez tajemniczego nowojorczyka o „zamorskim” nazwisku. Pan van Horne zaczyna intrygować czarownice, na szczęście i one budzą jego zainteresowanie. Zaczynają się spotykać, w rozmaitych konfiguracjach oddając się dyskusjom i syceniu zmysłów, przy czym ograniczenie ostatniego określenia do sfery seksualnej byłoby niesprawiedliwą redukcją. Czworokąt również ucztuje, muzykuje; Alexandra zachęcana jest do wkroczenia do galerii sztuk pięknych (ten krok jednak się jej nie powiedzie), Sukie zaś do zajęcia się beletrystyką. Kobiety przyjacielsko rywalizują (nie, to nie oksymoron!) o względy van Horne’a, gotowe jednak przedłużać polyamory i godzić na brak roztrzygnięcia, albowiem mężczyzna nie śpieszy się, by dokonać wyboru jednej z nich. Sytuacja zmienia się, gdy ów gospodarz domu Lenoksów poślubia niespodziewanie nową w mieście Jenny. Ojciec dziewczyny, były kochanek Sukie, popełnił samobójstwo po zamordowaniu swej żony. Dorosłe dzieci tej nieszczęsnej pary przybywają do Eastwick zająć się spuścizną po rodzicach, a wtedy wkraczają w krąg czarownic… i diabła. Należy zaznaczyć, że bohater nie jest nim nazywany, a o jego tożsamości świadczą tylko drobne, ale czytelne wskazówki. Po pierwsze, nosi „rogate” nazwisko, konotujące zarówno jurność („horny”), jak i pogański panteon, by wymienić tylko Pana i Cernunnosa. Wpasowuje się tym samym w system wierzeń wiccańskich, jak też w retorykę łowców czarownic, co zyskuje nieco humorystyczny wymiar w momencie, kiedy van Horne prosi jedną z kobiet o pocałunek w zadek (obcowanie z kozłem znajdujące kumulację w takim geście należy, wedle inkwizytorskich wyobrażeń, do tradycji sabatów). Po drugie, opisy powierzchowności mężczyzny sugerują pewne zezwierzęcenie (jest silnie i raczej odstręczająco owłosiony, bywa nieokrzesany), zarazem jest to znakomity muzyk, erudyta, naukowiec–eksperymentator, bywalec salonów. Po trzecie, nie dziwią go magiczne akty, dokonywane w jego obecności przez Alexandrę, Sukie i Jane. Po czwarte wreszcie, w kulminacyjnej scenie powieści wygłasza w lokalnym kościele kazanie o okropności i ohydzie stworzenia, kończąc je słowami:

– Czy wy nie zrobilibyście tego lepiej, mając do dyspozycji tak wspaniałe środki i możliwości? Ja, do diaska, na pewno bym sobie lepiej poradził. Tak więc następnym razem głosujcie na mnie, zgoda? Amen [s. 372].

Mamy zatem charakterystyczne kuszenie, wbijanie człowieka w pychę (ten podczas nabożeństwa słyszy sugestię, że z pewnością on poradziłby sobie ze stworzeniem lepiej od Boga, w przybytku którego gości), oraz w bałwochwalstwo, co okraszone jest diabelskim humorem (w oryginale jego zawołanie jest zwięzłe i dobitne, jak na spotkaniu przedwyborczym: “So vote for me next time, OK.?”).

Trzy części książki odtwarzają historyczne perypetie czarownic, czy też kobiet posądzanych o bycie nimi – wpierw miało miejsce gromadzenie się („Sabat”), potem czynienie zła („Maleficia”), na końcu zaś nieuchronna i sprawiedliwa kara. U Updike’a amerykańskie wiedźmy zostają raczej nagrodzone, jednak tymczasem podążmy dotąd odkrytymi tropami interpretacyjnymi.

Autor sprawnie i z polotem łączy zapoznaną „wiedzę” o czarownicach (czyli imaginarium jeszcze z Malleus maleficarum, które to dzieło jest notabene na kartach książki przywołane) z reinterpretacjami współczesnymi. Gwoli przykładu: mimo częściowych i czasowych zmian perspektywy narracyjnej, postacią ogniskującą pozostaje Alexandra, wciąż obawiająca się… raka. Jej „trzeci sutek” (służący wiedźmom do karmienia chowańców) to w optyce niemagicznej znamię, mogące potencjalnie zainicjować rozwój nowotworu [2]. Odpowiednikiem niegdysiejszego halucynogennego sporyszu są tu lekkie narkotyki. Co ciekawe, choć w pewnym momencie wspomniane jest niesłynne miasteczko Salem, generalnie w „edukacyjnych” dopowiedzeniach dotyczących procesów o czary naświetlana jest historia europejska. Historia – uzupełnijmy – mizogynii, którą, wedle niektórych głosów krytycznych, John Updike kontynuuje. Czarownice z Eastwick uprawiają wprawdzie magię żywiołów, lecz dla ich dobrego samopoczucia potrzebni są kochankowie. Wyzwolenie seksualne, owszem, lecz zarazem sugestia, iż osobisty rozwój kobiety wymaga mężczyzny. Ewokowane są rozmaite stereotypy dotyczące wiedźm, czyli jednocześnie okropnych bab, i kreatur zdolnych do działalności nadnaturalnej; autor nie rozprawia się z nimi, a odwrotnie, kończy swą opowieść potrójnym sukcesem matrymonialnym bohaterek, nie ponoszących konsekwencji czynów popełnionych w Eastwick, a w swoich wyborach pokierowanych wygodą, chciwością, chęcią ucieczki od rzeczonej odpowiedzialności, itp. To – w myśl sugestii – złe kobiety i zarówno ich charakterystyki, jak i przebieg akcji sprawiają, że nie sposób im współczuć (zgodnie z wymową książki – nie ma przecież czego!) czy z nimi współodczuwać.

Ciekawym nurtem w anglojęzycznej literaturze fantastycznej (lub wykorzystującej elementy fantastyki) jest dwoistość, alternatywa niemalże rozłączna: branie magii i nadprzyrodzoności dosłownie albo metaforycznie. Cokolwiek wulgarną dosłowność prezentuje cykl przygód Harry’ego Pottera J.K. Rowlings. Z kolei światy wampirów i wilkołaków z serii Zmierzch Stephenie Meyer odnoszą się do restrykcyjnej religijności mormonów (prawidłowo rzecz ujmując, członków The Church of Jesus Christ of Latter-day Saints), obejmującej – poza licznymi innymi – wspólny z katolicyzmem zakaz seksu przed- i pozamałżeńskiego. Siły demoniczne stają tu na straży patriarchalnego porządku społecznego, czyniąc go atrakcyjnym dla młodych odbiorców, jest to jednak temat na osobny artykuł.

John Updike korzysta z wątków magicznych, aby stworzyć satyrę społeczną. Jego następcami w tej materii są zapewne kreatorzy serialu Desperate Housewives. Jako krytyka stosunków społecznych powieść jednak zawodzi, ale stanowi ciekawą zapowiedź przemian obyczajowych i światopoglądowych, których te zogniskowane wokół Woodstock i Hanoi były zaledwie zapowiedzią. W nawiązaniu do mocy czarownic Updike pisze o „nieubłaganym ścieraniu na proch antropocentrycznego porządku” [s. 136]. Zasada owa w ostatnich dekadach wiąże się raczej z podważaniem porządku fallogocentrycznego, rozwojem teorii postkolonialnych, subaltern studies, ruchów alterglobalizacyjnych czy dążących do równouprawnienia osób LGBT (czy szerzej, nieheteronormatywnych). To osłabianie ordo opartego na hegemonii białego kapitalisty, monoteistycznego prawodawcy. Jakże impuls ku temu mogłaby dawać grupka nieco nieporadnych kobiet w średnim wieku?

Paulina Szkudlarek

[1] To określenie bodaj najczęściej stosowane przez wiccan, spotkałam się jednak również ze spolszczonym „coven” – kowenem.
[2] Warto dodać, iż wzmiankowany rak jest też „ostatecznym złem”, efektem najstraszliwszej, śmiertelnej klątwy, jaką czarownice rzucają na swoją rywalkę, Jenny.

John Updike, Czarownice z Eastwick, przeł. Katarzyna Bogucka-Krenz, Rebis, Poznań 2008. Cytaty, ograniczone do podania numerów stron w nawiasach kwadratowych, pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 28 maja, 2010 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe