Archiwum dla kategorii: ‘spisek’

Umberto Eco, „Cmentarz w Pradze”

Choć jestem wielką admiratorką twórczości – i osoby – Umberta Eco, któremu poświęciłam niegdyś sporo czasu i dociekań, nie wyczekiwałam Cmentarza w Pradze, wręcz pewna, że ta lektura przyniesie mi rozczarowanie. Dość powiedzieć, że nie zostałam mile zaskoczona.

Akcja powieści dzieje się w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, kiedy to Simonini, pochodzący z Piemontu mizantrop, próbuje na różne sposoby siać nienawiść w świecie. Pracuje jako agent lub podwójny agent na rzecz garybaldczyków i przeciw garybaldczykom, dla jezuitów i przeciw jezuitom, dla komunardów i przeciw komunardom, etc.

W międzyczasie jest prawnikiem specjalizującym się w fałszerstwach. Poza głównym bohaterem wszystkie postaci w powieści są historyczne; Eco korzystał z rozmaitych dokumentów i świadectw, by w centrum wydarzeń umieścić dość nieporadną – mimo całej bezwzględności i pewnej skuteczności – figurę człowieka odpowiedzialnego za sfabrykowanie afery Dreyfusa oraz Protokołów mędrców Syjonu. Choć Simonini żywi uprzedzenia wobec wszystkich nacji i wyznań, punktem centralnym powieści ma być jego antysemityzm.

Jeśli chodzi o zabiegi formalne, Eco niepotrzebnie szuka dla Cmentarza w Pradze pretekstu do snucia opowieści. Powołuje do istnienia narratora zewnętrznego o świadomości nie większej, aniżeli u głównego bohatera, Simoniniego. Narrator jest jednak zdolny do zaglądania bohaterowi przez ramię, do streszczania jego słów gdy uważa, że bohater przynudza, do usprawiedliwiania go, gdy się gubi (ergo gdy autor empiryczny nie ma nic do powiedzenia). Bohater zaś jest ofiarą krótkotrwałej amnezji, i stara się dociec jej przyczyn przywołując wspomnienia całego życia. Spisuje je jako pamiętnik. Tak się składa, że ma – czasowo – rozdwojoną osobowość, i niekiedy do pamiętnika dopisuje się jego alter ego. Simonini niegdyś poznał młodego Zygmunta Freuda (znając jego nazwisko tylko fonetycznie, w piśmie oddaje je jako Froïde), i pamiętnik ma być formą opracowywanej wówczas przez Freuda autoterapii, przy czym dopiski wspomnianego drugiego wcielenia są zwykle dopowiedzeniami korygującymi narrację w sposób przedstawiający Simoniniego w gorszym świetle. Tedy on sam dochodzi do wniosku, że „ten drugi” to głos jego sumienia, niepozwalającego na przemilczanie tego, co kompromitujące, wstydliwe lub złe – oto Freudowskie superego! (Zdarzyło mi się zresztą kiedyś usłyszeć takie wyliczenie trzech komponentów osobowości według Freuda – ego, superego i alter ego).

W omówieniach twórczości Eco, przyjęło się twierdzić, że jeśli w danej książce jest postać konfabulatora albo erudyty (jak Baudolino, czy Jambo z Tajemniczego płomienia królowej Loany), to jest to porte parole autora. Na fali takiego myślenia o intelektualnym i światopoglądowym obnażaniu się przez Eco, wysunięto zastrzeżenie, że Cmentarz w Pradze napisał antysemita i ku pożywce antysemitów. W jednym z wywiadów Eco relacjonował swoje rozmowy z głównym rabinem Jerozolimy (o rabinach włoskich nie wspominając), by przekonywać o akceptacji środowiska żydowskiego dla wymowy powieści. To niegodne, by ktoś, kto od półwiecza dowodzi niezwykłej otwartości, musiał się tłumaczyć, że nie jest wielbłądem, nie dając przecież ani cienia sugestii, że nim jest, był, lub planował zostać.

Z jednej strony to asekuranctwo, z uwagi na drażliwy temat antysemityzmu, z drugiej założenie niekompetencji ze strony czytelników, do których skierowana jest szeroka wydawnicza kampania marketingowa. Jeśli powieść ma być bestsellerem, powinna trafić także do odbiorców niewyrobionych – ale czy na tyle, by mieli nie pojąć światopoglądowej wymowy Cmentarza w Pradze?

Wróćmy jednak do samej fabuły. Bohater jest antypatyczny. Gardzi wszystkimi i wszystkim niezależnie od okoliczności i uwarunkowań własnych, np. niezależnie od tego, czy sam ma na przykład odnośną cechę charakteru (na zasadzie: ja oszukam – dobrze, mnie oszukają – źle). Tak, jak brakuje uzasadnienia dla podjęcia całej opowieści, tak brak motywacji Simoniniego. Jego dziadek był wprawdzie zaciekłym antysemitą, lecz ojciec nie. Bohater wielokrotnie deklaruje – i to ma być zapewne zabieg humorystyczny – że nienawidzi Żydów, choć żadnych nie zna. To skrajnie niewiarygodna samoświadomość postaci. Jedynym chyba zrozumiałym dążeniem Simoniniego jest gromadzenie kapitału na spokojną emeryturę.

Simonini jest osobą wykreowaną po to, by popełniła fałszerstwo dające początek Protokołom mędrców Syjonu. W Baudolinie – przypomnijmy – intryga zasadza się na tym, że za rozmaitymi ważnymi wydarzeniami w historii średniowiecznej w istocie stoi tytułowy bohater. Było to przezabawne i trafne, ale powtórka tego chwytu w Cmentarzu w Pradze jest kompletnie nieudana.

Wydawnictwo, na fali popularności tematyki kulinarnej, jako element reklamujący umieściło na okładce książki uwagę, iż w powieści ważne miejsce zajmują opisy uczt i potraw. To nieporozumienie. Eco parę lat temu ujawnił na czym się nie zna, gdy opatrzył grzecznościowym wstępem książkę o kuchni włoskiej napisaną przez jego tłumaczkę na język rosyjski Elenę Kostioukovitch. Otóż Eco właśnie kuchnią się nie interesuje, nie ma doń wyrafinowanego podejścia. W Cmentarzu w Pradze Simonini ma być kimś w rodzaju smakosza – obżartucha, ale opisy, do jakich Eco jest zdolny, odpowiadają raczej (by się odwołać do tytułu innej jego książki) „szaleństwu katalogowania”. Opisy są takim katalogowaniem. Dobra restauracja vs podła speluna, czy wyliczanie potraw, na przykład nazw francuskich z tłumaczeniami. Przede wszystkim zaś jedzenie nie jest apetyczne – wszędzie jest duszno, brudno, niehigienicznie, śmierdząco, nieprzyjemnie. Wprawdzie z niektórych konkretnych opisów dałoby się odtworzyć przepis, są one jednak podane w konwencji silva rerum.

Najbardziej udanym wątkiem w powieści jest ten ze sprawą kapitana Dreyfusa. Po pierwsze, obrazuje początkowy ogrom niechęci opinii publicznej do żydowskiego oficera. Głosy wsparcia oskarżonego były zdecydowanie spóźnione. Po drugie, machinacje Simoniniego i wywiadu są ciekawie wpasowane w realną historię, która jest klarowna… w odróżnieniu od mętnych perypetii z Protokołami, ciekawych dla pasjonatów tematyki, którzy i tak mają do dyspozycji lepsze źródła pozafabularne.

Jeśli natomiast chodzi o pytanie, jakie Simonini sobie postawił, inicjując zapisywanie wspomnień… Mężczyzna jest mizantropem, ale szczególnie jego mizoginia graniczy z fobią, zaś w odróżnieniu od Żydów, Simonini kobiety jednak zna. Wprawdzie nie tłumaczy tego ani osierocenie przez matkę, ani jezuickie wychowanie, lecz bohater nigdy nie związał się z kobietą. Kiedy w jego pisanym „na role” pamiętniku dochodzi do wydarzenia dającego początek amnezji, korzystanie z metody zasugerowanej przez Froïde daje iście freudowską odpowiedź. Simonini uświadamia sobie, że po sześćdziesiątce przeszedł wbrew swej woli traumatyczną inicjację seksualną. Co ciekawe, to rozwiązanie zagadki nie jest bynajmniej podane w sposób humorystyczny czy parodystyczny.

Do nielicznych zabawnych momentów należy zaś scena, w której Simonini tłumaczy, w jaki sposób niecni Żydzi chcą forsować ateizm, by demoralizować gojów. Cytuje wtedy to, co (sam) napisał w Protokołach mędrców Syjonu – należy wykorzenić myślenie o Bogu i o transcendencji, „zamieniając wszystko na wyliczenia arytmetyczne i potrzeby materialne”. Agentowi, któremu prezentuje ową redakcję Protokołów (odpowiadającą znanej dzisiaj wersji finalnej), dopowiada: „Napisałem tak z myślą o tym, że matematyki nikt nie lubi” (s. 468).

Na konstruowaniu spisku Eco skoncentrował się w Wahadle Foucaulta, opisując intrygę fikcyjną oraz skupiając fabułę wokół zapisków starzejącego się mężczyzny wymyślającego rzekomą zmowę. W Cmentarzu w Pradze powrócił do podobnej tematyki, przy czym bohaterowie są autentyczni …poza Simoninim, wymyślonym jaka szara eminencja. Powieść mówi: to wszystko za jego, Simoniniego sprawą… Życie powiedziało: to wszystko i tak się zdarzyło. Ewentualna luka w historii, luka, w którą Eco wtłoczył Simoniniego, była bardzo ciasna. Klocek – „puzzel” został doń kiepsko dopasowany.

A jak wyglądała układanka? Pod koniec XVIII wieku Francuz o nazwisku Augustin Barruel, jezuita na uchodźctwie w Anglii, opublikował pracę, w której o sprowokowanie wybuchu Rewolucji Francuskiej oskarżył masonerię będącą spadkobierczynią templariuszy. Joseph Fouché, arystokrata in illo tempore działający jako agent policji, anonimowo zasugerował Barruelowi, iż jako prowokatorów powinien wskazać raczej Żydów. Tymczasem dwie powieści w odcinkach poruszyły zbiorową wyobraźnię: Aleksander Dumas (ojciec) wydał swojego Józefa Balsamo (Mémoires d’un médecin: Joseph Balsamo, 1846–1848), Eugeniusz Sue zaś – Les Mystères du peuple (1849-1856). Co więcej, Maurice Joly napisał pamflet wymierzony w Napoleona III, skomponowany jako dialog między Machiavellim i Monteskiuszem, a dotyczący ich (domniemanych) poglądów i wizji politycznych. W roku 1868 Hermann Goedschke, pod pseudonimem John Retcliffe skopiował tą opowieść i przerobił ją na modłę antysemicką. Niezorientowani co do jej źródeł, rosyjscy carscy agenci zaadoptowali narrację Goedschkego… i z grubsza w ten sposób powstało to, co znane jest nam dzisiaj jako Protokoły mędrców Syjonu. Przybrawszy tą formę, stały się swego rodzaju rosyjskim towarem eksportowym, inspirującym całe pokolenia antysemitów – z nazistami na czele. Uff!

Dlaczego Żydzi? Warto pamiętać, że w XIX wieku quasi-naukowe teorie na temat ras wprawdzie nie były w konieczny sposób antysemickie, jednak przemieszczenie problematyki narodowościowej ze sfery historii do biologii sprawiło, że historyczne właśnie, społeczne i ekonomiczne uwarunkowania zaczęły być postrzegane jako inherentna część żydowskiej natury. Trudno rzecz jasna w tym miejscu rozważać kwestię narodzin nowoczesnego antysemityzmu (antysemityzmu niereligijnego) w burżuazyjnym kapitalizmie.

Ujawnienie (rzekomego) spisku kanalizowało strach tych, którzy z sobie znanych powodów mniemali, że jest się czego bać, i zarazem wytrącało spiskowcom (potencjalnym, niedoszłym, czy też ludziom wcale nie spiskującym) broń z rąk. Mogące nadejść zmiany, np. rewolucyjne czy wdrażane stopniowo i niejawnie, były powodem niepokoju dla okrzepłego wówczas mieszczaństwa. Bądź co bądź od pewnego czasu widmo krążyło nad Europą. W Cmentarzu w Pradze Eco fabularnie naświetla obawy zarówno świata zachodniego, jak i te żywione w niekapitalistycznej carskiej Rosji. Tam jednak członkowie spokojnej żydowskiej diaspory wyróżniali się umiejętnością czytania i pisania. To prowadzi mnie do jednej z koncepcji dot. piśmienności autorstwa innego mojego ulubieńca, Michela de Certeau. Rewolucja – której kolejnej, po doświadczeniach tej srożącej się pod koniec XVIII wieku tak się obawiano – jest pojęciem nowoczesnym. Jako projekt zawiera usiłowania, by wymazać dotychczasową narracje historyczną i zastąpić ją nową, napisaną przez aktualnych liderów, zgodnie z obowiązującym w owym czasie zmian progresywizmem. Oznacza to przebudowę systemu społecznego, często pod dyktando jakiegoś manifestu. Protokoły mędrców Syjonu „musiały” zostać napisane: są narracją zapowiadającą rewolucję, rewolucja potrzebuje deklaracji, by poruszyć świadomość społeczną. Sylogizm działał skutecznie, gdyż były to czasy szybkiego rozwoju socjotechnik i narzędzi umożliwiających wywieranie za ich sprawą wpływu na odbiorców masowych, słowem, czasy triumfu dogmatyzmu i populizmu. Komunikacja była zaś – szczególnie w porównaniu ze współczesnością – skrajnie niesymetryczna, jednokierunkowa, co zdecydowanie ułatwiało Simoniniemu pracę.

„The pen is mightier than the sword” to nie tylko arabskie przysłowie, to także cytat ze sztuki Edwarda Bulwer-Lyttona, zatytułowanej Richelieu czyli spisek*. Bulwer-Lytton to autor tyle nieśmiertelnej, co niesłynnej frazy „It was a dark and stormy night”, a Umberto Eco lubuje się w tropieniu klisz i konwencjonalnych chwytów przenikających z utworów popularnych do powszechnej świadomości. To nie może być przypadek!

Kończąc jednak poważniej, Eco podejmował temat siły niebezpiecznych konfabulacji w opracowaniach teoretycznych**, zaś Cmentarz w Pradze jest próbą wyzyskania tego samego materiału faktograficznego w utworze beletrystycznym. Niestety próbą nieudaną. Mistrz jest zmęczony.

Paulina Szkudlarek

Umberto Eco, Cmentarz w Pradze, przeł. Krzysztof Żaboklicki, Noir sur Blanc, Warszawa 2011. Treść Protokołów przedrukowana jest w opracowaniu Janusza Tazbira pod bardzo niefortunnym tytułem Protokoły mędrców Syjonu: autentyk czy falsyfikat, Interlibro, Warszawa 1992 (i inne wydania).

Przypisy:

*Oryginalny tytuł Richelieu; Or the Conspiracy przetłumaczony w analogii do uczynienia z Candide, ou l’Optimisme angielskiego Candide: or, Optimism.

**Np. Serendipities. Language and Lunacy, przeł. William Weaver, Phoenix, London 2002.

Data wpisu: 2 grudnia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Małgorzata i Michał Kuźmińscy, „Sekret Kroke”

Kraków jest magiczny, o czym dowiadujemy się z samej już nazwy jego oficjalnej strony. To oznacza, że o owej właściwości przekonuje nas sam Urząd Miasta, uważając ją za najbardziej charakterystyczną i godną promocji. W magicznym Krakowie najbardziej magiczny jest Kazimierz – niegdyś polska alternatywa dla osadnictwa na prawie niemieckim, później enklawa żydowska, współcześnie zaś kompleksowa atrakcja turystyczna.

Należało, tak!, należało o tym miejscu napisać powieść, i to taką, by stała się bestsellerem. Zadania tego podjęli się Małgorzata Fugiel-Kuźmińska i Michał Kuźmiński, sami przedstawiający się następująco:

Małgorzata Fugiel-Kuźmińska (ur. 1982) ukończyła dziennikarstwo oraz kulturoznawstwo międzynarodowe na UJ. Z zamiłowania antropolog kultury, publikowała m.in. artykuły o kulturze popularnej i niebanalnych podróżach.

Michał Kuźmiński (ur. 1981) jest absolwentem dziennikarstwa i komunikacji społecznej UJ. Dziennikarz, zajmuje się m.in. tematyką społeczną, problemami Kościoła, zagadnieniami sieci.

[źródło]

Powieść opowiada o rywalizacji kilku grup (osób) o pozyskanie tajemniczego dokumentu będącego dziedzictwem chronionym przez hermetyczne bractwo. W 1939 roku – wtedy bowiem rozgrywa się akcja – artefakt ten znajduje się pod pieczą krakowskich Żydów, a jego treść może zaważyć na przyszłych losach świata. Do Krakowa udają się więc: zdeklasowany rosyjski książę, tymczasowo hitlerowski szpieg (a raczej – szpieg podwójny), były hiszpański partyzant–anarchista, obecnie zakonnik o mentalności i gorliwości stereotypowego inkwizytora, oraz warszawski nożownik, zleceniobiorca ekscentrycznego polonusa (górala z Chicago). Owo grono wrogich sobie nawzajem awanturników skonfrontowane zostaje ponadto z miejscowym półświatkiem (prostytucja, żuleria), z policją, oraz z kazimierską społecznością. Są zatem pościgi, strzelaniny, aresztowania, oraz wizyty w malowniczych antykwariatach …by nie wspomnieć o hotelach, klasztorach i domach schadzek. Starzec umiera, miłość się rodzi, rojenia spiskowców zostają skompromitowane, a bardziej szczegółowy wgląd w przebieg fabuły jest w tym miejscu zbędny.

Przyjrzyjmy się lepiej składnikom, z jakiego upichcono to danie. Najbezpieczniej jest wykorzystywać przepisy sprawdzone. Podstawowymi wzorcami są tu opowieści o teoriach spiskowych (tylna część okładki Sekretu Kroke podpowiada: Dan Brown) i kryminały miejskie (w tym samym miejscu: Marek Krajewski).

Nawet tytuł wpisuje się w konwencję – przypomniana została „niepolska” nazwa miasta, jak w przypadku Breslau u Krajewskiego. Inny przedstawiciel nurtu, Konrad T. Lewandowski, dowartościował kolejne miasta: Warszawę, Poznań, Katowice, które – podobnie, jak Wrocław i Kraków – swą barwną historię zawdzięczają w ogromnej mierze wielonarodowości/wieloetniczności, współcześnie chętnie rekonstruowanej, a w każdym razie przypominanej. Autorzy odwołują się do niej, by pokazać osławioną polską tolerancję. Ta zaś w pewnych kręgach jest jak yeti: rzadko kto widział, a każdy (o niej) gada. Do „akcji” i „miejsca” dodajmy „czas”: samo dwudziestolecie międzywojenne jest epoką malowniczą i wdzięczną, tu na dodatek stajemy na skraju przepaści, na minutę przed upadkiem świata może nie bezpiecznego i w pełni szczęśliwego, ale niewątpliwie swojskiego. Świadomość nieuchronności tego upadku, wiedza o przebiegu dalszych historycznych wydarzeń, jest czynnikiem utrzymującym odbiorcę w dodatkowym napięciu. Oto sztetlowy Götterdämmerung.

Autorski duet celowo dobiera elementy gwarantujące chwytliwość, by budzić skojarzenia oraz czytelniczą satysfakcję z rozpoznawania tropów, przy czym niewiele potrzeba, by owa satysfakcja zaistniała, gdyż dobór jest wręcz banalny. W „szanujących się” recenzjach powieści małżeńskiego teamu Kuźmińskich dominuje twierdzenie, iż zabawa intertekstualna została w Sekrecie Kroke podjęta dla samej zabawy, ponadto, że w przeciwieństwie do innych pozycji z nurtu literatury o teoriach spiskowych, w tu mamy ujawnioną czysto humorystyczną intencję. Istotnie, żarty są grube, aluzje czytelne – problem polega na tym, że przez to wcale nie są atrakcyjne dla wyrobionego czytelnika, dla tego, dla którego koduje się podwójnie. To nie wyrafinowany odbiorca z – jak najlepiej pojętym – wykształceniem humanistycznym ma zrozumieć aluzje dotyczące drobnych pieniędzy na waciki czy pytania o możliwość zgwałcenia prostytutki. One należą do czystej popkultury (w drugim przypadku ściślej byłoby powiedzieć: do pop polityki) i są kojarzone dość powszechnie. Tym samym można uznać, iż zdefiniowany został preferowany target powieści – i ujawniony paradoks. Dla „wyrafinowanego” odbiorcy – jak to już zostało powiedziane – odwołania one zbyt banalne, zaś odbiorca „niewyrafinowany” nie zrozumie ich pastiszowego, parodystycznego charakteru. Wszelako to ów drugi typ czytelnika zostaje „dopieszczony”. Autorzy, wzorem na przykład Trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego, uzupełniają tomik o Przypisy (ale tylko niektóre). Dowodzą własnej erudycji wskazując na źródła zapożyczeń i je objaśniając – podwójny zysk!

Ponadto, wzorem twórców fantasy chętnie wizualizujących szlaki podróży swoich bohaterów (od tolkienowskiej drużyny pierścienia po kotka z Pieśni Łowcy Tada Williamsa) wydawcy zadbali, by w książce umieścić mapkę ułatwiającą przestrzenną orientację osobom nieznającym… właśnie! Krakowa? Bynajmniej. Mapka obejmuje jedynie sam Kazimierz, choć ważne momenty akcji – na przykład pościgi – dzieją się także, by tak rzec, na północ od niego. Co więcej, projektanci okładki uznali za stosowne umieścić na niej zdjęcie z zewnętrznego pasażu Sukiennic, z widokiem na Bazylikę Mariacką, jednym słowem: Rynek. Mimo wielkiej popularności i turystycznego powodzenia zrewitalizowanego w ostatniej dekadzie Kazimierza, jako wizytówkę książki otrzymujemy „pocztówkę” z widokiem znacznie łatwiej rozpoznawalnym. Takoż i w samej powieści miasto opisywane jest zdawkowo, chociaż istotne w przekazie Kuźmińskich jest wskazanie na przedwojenną hierarchię dzielnic miasta, z uwagi na procesy asymilacyjne krakowskich Żydów.

Na kartach książki nie pojawiają się postaci, tylko „typy charakterologiczne”, odwołujące się do najprostszych stereotypów. Mamy gestapowca, karnego, zdyscyplinowanego, oddanego idei Trzeciej Rzeszy, rojącego o potędze możliwej do zyskania na drodze lektury tekstów ezoterycznych – Kriminaldirektora rozkochanego w muzyce i mającego korzenie arystokratyczne, zdradzone przez obecność Adelsprädikatu „von” w nazwisku. Mamy upadłego – przez rewolucję bolszewicką – rosyjskiego księcia, hulakę czarującego, ale i błyskotliwego, zdolnego do słowiańskich porywów serca. Mamy… zaraz zaraz, mamy też Postaci! Oto Kunicki z Kariery Nikodema Dyzmy Tadeusza Dołęgi–Mostowicza, oto Tomasz Wilmowski z cyklu Alfreda Szklarskiego! Dobrze, że przynajmniej Marchewy nic poza imieniem nie łączy z Pratchettowskim kapitanem Straży Miejskiej z Ankh-Morpork.

Antybohaterowie z przywarami narodowymi (adekwatnymi do danej narodowości, rzecz jasna), wymuszone i proste anachronizmy, fabularna wiara w przeznaczenie, nie tylko miłosne, ale też to banalnie zilustrowane pieśnią Fortuna imperatrix mundi – oto osie konstrukcji formalno-fabularnej. Z końcem opowieści szczególnie uwidacznia się amorficzność… wszystkiego. Nie jest ona jednak metaforą przenoszącą na grunt kompozycji tok narracyjny, na przykład namnożenie niepotrzebnych śmierci, a sposobem „poradzenia sobie” z wyzyskanymi do owej pory bohaterami.

Rozwiązanie zagadki – sekretu Kroke – okazuje się pochwałą konserwatywnej „mądrości” biblijnej, zawartej w Pieśni nad pieśniami… w wyjątkowo cennej kopii tej księgi. Zdecydowanym plusem powieści jest jednak fakt, że nie ma (w niej, w rzeczywistości pozapowieściowej?) żadnego „wielowiekowego spisku” ani nieodkrytej „wiedzy tajemnej”. Zdemaskowanie jako bezzasadnej obsesji tropienia takich wątków jest szczególnie cenne w kraju, w którym zdarza się, że za wiarygodne źródło historyczne wciąż uważane są Protokoły Mędrców Syjonu. Najwartościowsza dla żydowskiej diaspory jest księga (by dowartościować dialog międzyreligijny, wybrano partię Biblii kanoniczną zarówno w judaizmie, jak i w chrześcijaństwie).

Jednak… choć hitlerowscy Niemcy Kuźmińskich są przerysowani i groteskowi, wątpliwe jest, czy rojenia Kriminaldirektora o nadnaturalnej mocy manuskryptu pozwalającego na przechwycenie władzy nad światem faktycznie nie znalazłyby posłuchu…

Paulina Szkudlarek i Sławomira Raczyńska

Małgorzata i Michał Kuźmińscy, „Sekret Kroke”, Świat Książki, Warszawa 2009.

Data wpisu: 27 listopada, 2010 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Małgorzata i Michał Kuźmińscy, „Sekret Kroke”

Kraków jest magiczny, o czym dowiadujemy się z samej już nazwy jego oficjalnej strony. To oznacza, że o owej właściwości przekonuje nas sam Urząd Miasta, uważając ją za najbardziej charakterystyczną i godną promocji. W magicznym Krakowie najbardziej magiczny jest Kazimierz – niegdyś polska alternatywa dla osadnictwa na prawie niemieckim, później enklawa żydowska, współcześnie zaś kompleksowa atrakcja turystyczna.

Należało, tak!, należało o tym miejscu napisać powieść, i to taką, by stała się bestsellerem. Zadania tego podjęli się Małgorzata Fugiel-Kuźmińska i Michał Kuźmiński, sami przedstawiający się następująco:

Małgorzata Fugiel-Kuźmińska (ur. 1982) ukończyła dziennikarstwo oraz kulturoznawstwo międzynarodowe na UJ. Z zamiłowania antropolog kultury, publikowała m.in. artykuły o kulturze popularnej i niebanalnych podróżach.

Michał Kuźmiński (ur. 1981) jest absolwentem dziennikarstwa i komunikacji społecznej UJ. Dziennikarz, zajmuje się m.in. tematyką społeczną, problemami Kościoła, zagadnieniami sieci.

[źródło]

Powieść opowiada o rywalizacji kilku grup (osób) o pozyskanie tajemniczego dokumentu będącego dziedzictwem chronionym przez hermetyczne bractwo. W 1939 roku – wtedy bowiem rozgrywa się akcja – artefakt ten znajduje się pod pieczą krakowskich Żydów, a jego treść może zaważyć na przyszłych losach świata. Do Krakowa udają się więc: zdeklasowany rosyjski książę, tymczasowo hitlerowski szpieg (a raczej – szpieg podwójny), były hiszpański partyzant–anarchista, obecnie zakonnik o mentalności i gorliwości stereotypowego inkwizytora, oraz warszawski nożownik, zleceniobiorca ekscentrycznego polonusa (górala z Chicago). Owo grono wrogich sobie nawzajem awanturników skonfrontowane zostaje ponadto z miejscowym półświatkiem (prostytucja, żuleria), z policją, oraz z kazimierską społecznością. Są zatem pościgi, strzelaniny, aresztowania, oraz wizyty w malowniczych antykwariatach …by nie wspomnieć o hotelach, klasztorach i domach schadzek. Starzec umiera, miłość się rodzi, rojenia spiskowców zostają skompromitowane, a bardziej szczegółowy wgląd w przebieg fabuły jest w tym miejscu zbędny.

Przyjrzyjmy się lepiej składnikom, z jakiego upichcono to danie. Najbezpieczniej jest wykorzystywać przepisy sprawdzone. Podstawowymi wzorcami są tu opowieści o teoriach spiskowych (tylna część okładki Sekretu Kroke podpowiada: Dan Brown) i kryminały miejskie (w tym samym miejscu: Marek Krajewski).

Nawet tytuł wpisuje się w konwencję – przypomniana została „niepolska” nazwa miasta, jak w przypadku Breslau u Krajewskiego. Inny przedstawiciel nurtu, Konrad T. Lewandowski, dowartościował kolejne miasta: Warszawę, Poznań, Katowice, które – podobnie, jak Wrocław i Kraków – swą barwną historię zawdzięczają w ogromnej mierze wielonarodowości/wieloetniczności, współcześnie chętnie rekonstruowanej, a w każdym razie przypominanej. Autorzy odwołują się do niej, by pokazać osławioną polską tolerancję. Ta zaś w pewnych kręgach jest jak yeti: rzadko kto widział, a każdy (o niej) gada. Do „akcji” i „miejsca” dodajmy „czas”: samo dwudziestolecie międzywojenne jest epoką malowniczą i wdzięczną, tu na dodatek stajemy na skraju przepaści, na minutę przed upadkiem świata może nie bezpiecznego i w pełni szczęśliwego, ale niewątpliwie swojskiego. Świadomość nieuchronności tego upadku, wiedza o przebiegu dalszych historycznych wydarzeń, jest czynnikiem utrzymującym odbiorcę w dodatkowym napięciu. Oto sztetlowy Götterdämmerung.

Autorski duet celowo dobiera elementy gwarantujące chwytliwość, by budzić skojarzenia oraz czytelniczą satysfakcję z rozpoznawania tropów, przy czym niewiele potrzeba, by owa satysfakcja zaistniała, gdyż dobór jest wręcz banalny. W „szanujących się” recenzjach powieści małżeńskiego teamu Kuźmińskich dominuje twierdzenie, iż zabawa intertekstualna została w Sekrecie Kroke podjęta dla samej zabawy, ponadto, że w przeciwieństwie do innych pozycji z nurtu literatury o teoriach spiskowych, w tu mamy ujawnioną czysto humorystyczną intencję. Istotnie, żarty są grube, aluzje czytelne – problem polega na tym, że przez to wcale nie są atrakcyjne dla wyrobionego czytelnika, dla tego, dla którego koduje się podwójnie. To nie wyrafinowany odbiorca z – jak najlepiej pojętym – wykształceniem humanistycznym ma zrozumieć aluzje dotyczące drobnych pieniędzy na waciki czy pytania o możliwość zgwałcenia prostytutki. One należą do czystej popkultury (w drugim przypadku ściślej byłoby powiedzieć: do pop polityki) i są kojarzone dość powszechnie. Tym samym można uznać, iż zdefiniowany został preferowany target powieści – i ujawniony paradoks. Dla „wyrafinowanego” odbiorcy – jak to już zostało powiedziane – odwołania one zbyt banalne, zaś odbiorca „niewyrafinowany” nie zrozumie ich pastiszowego, parodystycznego charakteru. Wszelako to ów drugi typ czytelnika zostaje „dopieszczony”. Autorzy, wzorem na przykład Trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego, uzupełniają tomik o Przypisy (ale tylko niektóre). Dowodzą własnej erudycji wskazując na źródła zapożyczeń i je objaśniając – podwójny zysk!

Ponadto, wzorem twórców fantasy chętnie wizualizujących szlaki podróży swoich bohaterów (od tolkienowskiej drużyny pierścienia po kotka z Pieśni Łowcy Tada Williamsa) wydawcy zadbali, by w książce umieścić mapkę ułatwiającą przestrzenną orientację osobom nieznającym… właśnie! Krakowa? Bynajmniej. Mapka obejmuje jedynie sam Kazimierz, choć ważne momenty akcji – na przykład pościgi – dzieją się także, by tak rzec, na północ od niego. Co więcej, projektanci okładki uznali za stosowne umieścić na niej zdjęcie z zewnętrznego pasażu Sukiennic, z widokiem na Bazylikę Mariacką, jednym słowem: Rynek. Mimo wielkiej popularności i turystycznego powodzenia zrewitalizowanego w ostatniej dekadzie Kazimierza, jako wizytówkę książki otrzymujemy „pocztówkę” z widokiem znacznie łatwiej rozpoznawalnym. Takoż i w samej powieści miasto opisywane jest zdawkowo, chociaż istotne w przekazie Kuźmińskich jest wskazanie na przedwojenną hierarchię dzielnic miasta, z uwagi na procesy asymilacyjne krakowskich Żydów.

Na kartach książki nie pojawiają się postaci, tylko „typy charakterologiczne”, odwołujące się do najprostszych stereotypów. Mamy gestapowca, karnego, zdyscyplinowanego, oddanego idei Trzeciej Rzeszy, rojącego o potędze możliwej do zyskania na drodze lektury tekstów ezoterycznych – Kriminaldirektora rozkochanego w muzyce i mającego korzenie arystokratyczne, zdradzone przez obecność Adelsprädikatu „von” w nazwisku. Mamy upadłego – przez rewolucję bolszewicką – rosyjskiego księcia, hulakę czarującego, ale i błyskotliwego, zdolnego do słowiańskich porywów serca. Mamy… zaraz zaraz, mamy też Postaci! Oto Kunicki z Kariery Nikodema Dyzmy Tadeusza Dołęgi–Mostowicza, oto Tomasz Wilmowski z cyklu Alfreda Szklarskiego! Dobrze, że przynajmniej Marchewy nic poza imieniem nie łączy z Pratchettowskim kapitanem Straży Miejskiej z Ankh-Morpork.

Antybohaterowie z przywarami narodowymi (adekwatnymi do danej narodowości, rzecz jasna), wymuszone i proste anachronizmy, fabularna wiara w przeznaczenie, nie tylko miłosne, ale też to banalnie zilustrowane pieśnią Fortuna imperatrix mundi – oto osie konstrukcji formalno-fabularnej. Z końcem opowieści szczególnie uwidacznia się amorficzność… wszystkiego. Nie jest ona jednak metaforą przenoszącą na grunt kompozycji tok narracyjny, na przykład namnożenie niepotrzebnych śmierci, a sposobem „poradzenia sobie” z wyzyskanymi do owej pory bohaterami.

Rozwiązanie zagadki – sekretu Kroke – okazuje się pochwałą konserwatywnej „mądrości” biblijnej, zawartej w Pieśni nad pieśniami… w wyjątkowo cennej kopii tej księgi. Zdecydowanym plusem powieści jest jednak fakt, że nie ma (w niej, w rzeczywistości pozapowieściowej?) żadnego „wielowiekowego spisku” ani nieodkrytej „wiedzy tajemnej”. Zdemaskowanie jako bezzasadnej obsesji tropienia takich wątków jest szczególnie cenne w kraju, w którym zdarza się, że za wiarygodne źródło historyczne wciąż uważane są Protokoły Mędrców Syjonu. Najwartościowsza dla żydowskiej diaspory jest księga (by dowartościować dialog międzyreligijny, wybrano partię Biblii kanoniczną zarówno w judaizmie, jak i w chrześcijaństwie).

Jednak… choć hitlerowscy Niemcy Kuźmińskich są przerysowani i groteskowi, wątpliwe jest, czy rojenia Kriminaldirektora o nadnaturalnej mocy manuskryptu pozwalającego na przechwycenie władzy nad światem faktycznie nie znalazłyby posłuchu…

Paulina Szkudlarek i Sławomira Raczyńska

Małgorzata i Michał Kuźmińscy, „Sekret Kroke”, Świat Książki, Warszawa 2009.

Data wpisu: 27 listopada, 2010 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe