Archiwum dla kategorii: ‘Socjologia’

Joanna Mizielińska, „(De)Konstrukcje kobiecości”

Wydana w 2004 roku książka opatrzona jest podtytułem: Podmiot feminizmu a problem wykluczenia – i to ostatnie, a nie konstruowanie czy dekonstruowanie wydawało mi się w toku lektury wiodącym motywem pracy. Słuszność takiej rekonstrukcji perspektywy potwierdzona zostaje dopiero w kończącym całość opracowania Postscriptum: „uważam, iż refleksja feministyczna powinna rozwijać się w Polsce niejako w dwu kierunkach: pisać o wykluczeniu kobiet czy też feminizmu z głównego nurtu kultury, jak też »składać samokrytykę« z własnych strategii wykluczania” (s. 262).

Chciałabym zaproponować nie tyle recenzję, co garść refleksji związanych z lekturą. Ograniczam się zatem jedynie do wybranych wątków.

Praca oferuje przegląd historyczny, ale niekoniecznie chronologiczny. Skoro dominuje problem wykluczenia w feminizmie, autorka pomija pierwszą falę feminizmu: pierwszy rozdział poświęcony jest przypomnieniu koncepcji rozumienia kobiet jako Innych, w oparciu przede wszystkim o Drugą płeć Simone de Beauvoir. Potem, w rozdziale drugim, następują rozważania nad tym, kim właściwie jest podmiot kilku głównych nurtów feminizmu drugiej połowy XX wieku. Kolejno prezentowana myśl feminizmu liberalnego (skupionego na równouprawnieniu – emancypacji w ramach systemu prawnego), marksowskiego (zainteresowanego w przeważającej mierze sferą pracy) i radykalnego pozwala zauważyć szereg wykluczeni, jakie się w ramach tych ujęć dokonywały, a jakich krytyka jest treścią rozdziału trzeciego. W nim Mizielińska celowo kumuluje, „spiętrza” zastrzeżenia – nieprzypadkowo jeden z odnośnych podrozdziałów zatytułowany jest Piętrowość mechanizmu wykluczenia – ukazując arbitralność określania tego, kim może być podmiot kobiecy w feminizmie. Każdemu „poszerzeniu granic” (więcej na ten temat – niżej) towarzyszyła refleksja o kolejnych zbiorowościach pozostających poza ich obrębem, co prowadziło do stopniowego włączania w feminizm lesbijek, biseksualistek i transseksualistek. Kwestie obecności w feminizmie innych kategorii subaltern podjęte są w ostatnim rozdziale, prezentującym ujęcia posttożsamościowe jako drogę wyjścia z – by sparafrazować autorkę – wielopiętrowej pułapki wykluczenia.

Uprzedzając późniejsze uwagi wspomnę, iż we wszystkich w książce wyliczeniach czynników wykluczania (np. „czynniki (…) związane z (…) pochodzeniem etnicznym, orientacją seksualną czy też pozycją społeczną” – s. 253) pomijane jest wyznanie religijne.

Formułując swoją ogólną koncepcję Mizielińska stwierdza: „Na Zachodzie dyskusje nad problemem dekonstrukcji podmiotowości feministycznej toczą się już od dawna” , w Polsce to natomiast nadal „teoretyczna próżnia” i „nowe zagadnienia” (s. 262-263). Jakkolwiek trudno (szczególnie pamiętając o czasie powstania (De)Konstrukcji kobiecości) zaprzeczyć istnieniu owej luki, jednak nadużyciem jest sprowadzenie „Zachodu” do rekapitulacji myśli amerykańskiej, zważywszy na ogromny wkład feminizmu francuskiego, wielkiego nieobecnego omawianej książki. Simone de Beauvoir nie wystarczy!

Autorka jasno deklaruje, że nie dokonuje analiz pozycji będących teoretyczną podstawą trudnego akademickiego współbytowania postmodernizmu i feminizmu, zaznaczając, że owe pozycje – myśl Foucaulta, Derridy czy Lacana (por. s. 261) znalazły już liczne polskojęzyczne opracowania. Mam obiekcje, by się zgodzić z określaniem Jacquesa Lacana mianem „dobrze znanego w Polsce”, zwłaszcza w świetle niemal kompletnego braku przekładów i plagi niezbyt adekwatnych odwołań i streszczeń z drugiej, a niekiedy z trzeciej ręki, jednak zasadniczy zamysł wspomnianego pominięcia uważam za jak najbardziej zasadny. Zaskakuje jednak, że Jacques Derrida nie został wspomniany jako patron (jeśli nie ojciec) tytułowej koncepcji dekonstrukcji. Co więcej, autorka wykorzystuje pojęcie abiektu, które do refleksji humanistycznej wprowadziła Julia Kristeva w Potędze obrzydzenia, pomijając całkowicie ów wkład. Tu nie może być mowy o szerokim rozpoznaniu na polskim gruncie, Potęga obrzydzenia – równolegle z Czarnym słońcem – ukazała się w Polsce dopiero w 2007 roku jako jeden z dwóch pierwszych przekładów pism Kristevej w formie książki.

Przemilczenie Kristevej frapuje także ze względu na jej esencjalistyczną argumentację, osadzoną na sztandarowym już rozróżnieniu pomiędzy tym, co semiotyczne, i tym, co symboliczne. Tego rodzaju porządkowanie świata kobiet i świata mężczyzn wydaje się – w świetle całości (De)Konstrukcji kobiecości – ujęciem stającym w jednym rzędzie z tymi, jakie zostały przez Mizielińską uznane za nieadekwatne, niesprawiedliwe i generujące wykluczenia, a zatem warte zdemaskowania także ze względu na swą popularność. Kristeva łączona jest z nurtem psychoanalitycznym w humanistyce, trzeba więc zaznaczyć, że Mizielińska odnotowuje istnienie pułapki normatywnej przemocy, jaka jest narzucana przez psychoanalizę (np. 212), co uważam za bardzo istotny gest.

Najcenniejszy z poznawczego (i niewątpliwie dydaktycznego) punktu widzenia wydaje mi się trzon pracy skupiony na argumentacji zwolenniczek i przeciwniczek teorii i praktyki typowej dla poszczególnych odnóg feminizmu drugofalowego. Bezstronność (czy raczej sprawiedliwie podzielona sceptyczność) prezentacji, wieloaspektowość i organizacja treści w sposób problemowy, nie zaś chronologiczny, nadaje tym partiom nieco podręcznikowy charakter – jednak podręcznikowy w jak najlepszym znaczeniu tego słowa. Wartość krytycznego przeglądu dokonanego przez Mizielińską jest tym większa, jeżeli pamięta się o nieuporządkowanej recepcji przełomowych czy wpływowych naukowych pozycji z tej dziedziny, czy też o dość chaotycznej implementacji w polskich realiach idei drugo- i trzeciofalowych [1]. Systematycznego i szczegółowego wywodu nie pozostawię jednak bez drobnych uwag.

Przy okazji rekapitulacji stanowiska feminizmu marksowskiego – dla przypomnienia: zarówno kobiety pracujące zawodowo, jak i te „cieszące się” przywilejem materialnym ze względu na status swoich mężów, dzięki któremu i przez który poświęcają się wyłącznie domowi, mają w swoim interesie „wspólną walkę wraz z klasą robotniczą (również męską jej częścią) w celu obalenia kapitalizmu” (s. 90) – Mizielińska pyta o status pracy domowej kobiet i uznaje, że „dylemat, czy powinna być ona opłacana czy nie, pozostał właściwie nierozstrzygnięty” (s. 91). Nie wspomina się, że stosowanym, choć niekoniecznie doskonałym rozwiązaniem są rozmaite świadczenia socjalne – np. o długiej historii funkcjonowania ojcowskiego odpowiednika urlopu macierzyńskiego w Szwecji można przeczytać tu. Wybrałam ten przykład ze względu na inny fragment prezentacji dokonywanej przez Mizielińską: gdy mowa o dylemacie feminizmu (zwłaszcza w nurcie liberalnym) – „w jaki sposób traktować kobiety, tak aby zapewnić im równość, a zarazem uwzględnić różnicę” (s. 77), związaną przede wszystkim z reprodukcją, a mającą przełożenie na psychikę i funkcjonowanie jednostek w instytucjach społecznych. Urlopy macierzyńskie są w tym miejscu wskazane jako „najbardziej oczywisty przykład” konieczności uwzględnienia owych odmienności – sukces idei urlopów ojcowskich wprowadzanych w duchu poszerzania rodzicielskiej odpowiedzialności, i za aprobatą feministek, tej „oczywistości” przeczą. Można tym samym niejako zrehabilitować feminizm liberalny, oskarżany o zadawalanie się niewystarczającymi postulatami „pełnego włączenia kobiet w struktury społeczne” czyli życie publiczne. Niewystarczającymi, gdyż „[t]ym zmianom nie towarzyszy adekwatne żądanie wejścia mężczyzn w sferę prywatną, zaś korzyści płynące z takiego włączenia są jedynie mgliste” (s. 82). Poza tym, iż określenie żądania adekwatnym należałoby zastąpić „analogicznym”, pamiętajmy, że współcześnie nawet głównonurtowa (partyjno-parlamentarna) polityka dostrzega i promuje te korzyści (ekonomiczne, emocjonalne). Feminizm liberalny jest znaczącym elementem nawet polskiego życia politycznego, by poza urlopami ojcowskimi przypomnieć o parytetach na listach wyborczych. Niezależnie od naszej opinii o tych działaniach reformacyjnych, są one postępem wobec status quo, i przeczą sądowi Mizielińskiej, iż „obecnie retoryka tego nurtu [feminizmu liberalnego – dop. P.S.] oraz narzędzia, którymi się posługiwano, nie przynoszą raczej kolejnych osiągnięć” (s. 83).

Przybliżona zostaje krytyka ujęć marksowskich, jaka wysuwana była przez feminizm liberalny. Mizielińska cytuje Alison Jaggar streszczającą oparte na ustaleniach Marksa i Engelsa jedno z założeń feminizmu marksowskiego: „każde społeczeństwo jest charakteryzowane przez płciowy podział pracy wynikający z podziału pracy w akcie seksualnym” (s. 92), by niżej stwierdzić, iż wedle Jaggar „brak przekonującego wyjaśnienia (…) skąd wziął się płciowy podział pracy”. Role podejmowane przez osoby uczestniczące w akcie seksualnym trudno chyba nazywać pracą. Później jednak, na s. 94, Mizielińska pisze o „różnicach”, wprawdzie bez dopowiedzenia, lecz ufam, że chodzi o tradycyjne zróżnicowanie ról (aktywność, pasywność, receptywność, posiadanie, dominacja, podporządkowanie, etc.). Sprawia to, że ową relację można równie dobrze odwrócić, i przypisane płciom role w stosunku heteroseksualnym postrzegać jako konsekwencję funkcji społecznych (w nurcie marksowskim mowa o wykluczaniu kobiet z rynku pracy zawodowej w sferze publicznej jako podstawowej formie opresji; por. s. 94).

Gayle Rubin w Catamites and Kings w 1993 roku pisała o osobach piętnowanych z uwagi na nienormatywne preferencje i praktyki seksualne (sexual outlaws) jako przeciwstawionych „osobom zamężnym, heteroseksualnym, posiadającym dzieci”. Te ostatnie to „[j]ednostki, których zachowanie jest stawiane wysoko w hierarchii, są nagradzane poświadczonym zdrowiem psychicznym, szacunkiem, legalnością, społeczną i fizyczną mobilnością, zinstytucjonalizowanym wsparciem i materialnymi korzyściami” (s. 202, fragment w przekładzie Mizielińskiej). Wątpliwości budzi „wliczenie” w ów pakiet zdrowia psychicznego, gdyż zarówno na polu psychologii społecznej, jak i w popularnych narracjach fikcjonalnych (np. w Godzinach Michaela Cunninghama) chętnie nam dowodzono, iż to pozornie perfekcyjne (desperate) housewives są najbardziej straumatyzowane.

Krytyczna prezentacja tematyki jest znakomitą strategią, ponieważ autorka nie wyważa otwartych drzwi – naświetla dotychczasowy dorobek w sposób dotąd niespotykany w żadnym innym znanym mi polskim opracowaniu z zakresu badań feministycznych, studiów genderowych czy queerowych. Moje obiekcje budzi wszelako to, że wywód prowadzi do kulminacji w postaci wielkiej pochwały koncepcji Judith Butler, z którą Mizielińska sympatyzuje nie tylko na poziomie merytorycznym, ale także nie szczędząc Amerykance waloryzujących zwrotów retorycznych.

Pula zarzutów teoretyczek feministycznych wobec kontrowersyjnej przecież Butler ogranicza się do takich, jakie są najłatwiejsze do odparcia, a zatem – kompromitujące autorki je wysuwające. Tym partiom (De)Konstrukcji kobiecości przyjrzę się nieco bliżej.

W pierwszym interesującym przykładzie dowiadujemy się, w jaki sposób Teresa Ebert dyskwalifikuje to, co Mizielińska nazywa feminizmem postmodernistycznym: wedle Ebert pozbawia on szans na rewindykację historii grup subaltern (kobiet, „kolorowych”), a co gorsza, dyskwalifikuje tożsamościowe, zatem więc ważne dla emancypacji tych grup koncepcje, przez co umacnia reżimowe status quo; deprecjonując pojęcia płci, „nie daje żadnych konkretnych propozycji społecznej transformacji (…), uniemożliwia wyjaśnienie społecznych relacji władzy oraz ich zmianę” (cytuję to, jak Mizielińska rekapituluje poglądy Ebert – s. 230). Podobnie Nancy Hartstock stwierdza nieużyteczność ujęć postmodernistycznych jako krytyki dla samej krytyki, bez nastawienia na działania. Nietrudno te twierdzenia podważyć: na gruncie amerykańskim, po którym się poruszamy, historia ruchów queerowych przekonuje nas o ich „kapitale” sprawczości, na przykład przełamujący dominujące w USA do czasu wybuchu epidemii AIDS strategie asymilacyjne radykalizm queerowy (ACT UP et al.) nie tylko znacznie przyczynił się do zwiększenia widoczności osób nieheteronormatywnych, ale też do rozpoznawania przez prawo stanowione ściśle asymilacyjnych postulatów wysuwanych przez część owych osób (wprowadzenie możliwości zawierania legalnych związków).

Takoż Seyla Benhabib niecelnie opiniuje konkretnie myśl Butler za impas aktywizmu feministycznego, jaki jest efektem zerwania z kategorią tożsamości – czy kategorią kobiet.

Trafny jest przytaczany przez Mizielińską głos Susan Bordo, która wskazuje, że wszelki feminizm przestał być sprawnie i skutecznie działać, ponieważ pogrąża się w wewnętrznych sporach. Poza tym Bordo uważa „wszechobejmowalność”, potencjał unikania marginalizacji ze strony dyskursów postmodernistycznych za iluzję – to nieprawda, że mówimy o wszystkim, o wszystkich i znikąd, jesteśmy bowiem upozycjonowani, umiejscowieni. Bordo przypomina o coraz dalej idącym poszerzaniu granic i rosnącej wrażliwości, zauważaniu kolejnych uprzedzeń. Feminizm łatwiej, aniżeli inne nurty, je w sobie zwalcza, gdyż – tym razem wg Hartsock – „marginalizowane grupy mają mniejszą tendencję do mylnego uznawania siebie za uniwersalnego »człowieka«” (s. 239).

Ogólnie ocena feminizmu postmodernistycznego wskazuje na problematyczne przekreślenie dotąd obecnego w feminizmie założenia wszechkobiecej wspólnoty doświadczenia opresji, gdyż efektem tego jest niemożność walki, „która przecież wynika z solidarności z opresjonowanymi” (s. 237).

Mizielińska wskazuje na problem dominacji feminizmu przez perspektywę anglosaskich Amerykanek z klasy średniej (WASP), ilustrując go retorycznym pytaniem: „Czy na przykład teoria formułowana przez czarne lesbijki mogłaby uzyskać ten sam status neutralności i uniwersalności, jak ta tworzona przez kobiety białe?” (s. 254). Kontynuuje: dlaczego biała skóra jest czynnikiem oczywistym, a jej posiadaczki uniwersalnymi reprezentantkami kobiecości? Otóż dlatego, że to był i jest kobiecy punkt odniesienia wobec „rządzących światem” mężczyzn, skądinąd będących partnerami (lub głównymi społecznymi oponentami) owych feministek, mężczyzn, którym wydawało się, że istnieje coś takiego, jak cywilizacyjne „brzemię białego człowieka” – człowieka per se, dyskredytującego rdzennych mieszkańców podbijanych kolonii, ewangelizującego nieznających chrześcijaństwa (i mającego nieustanny kłopot z monoteistycznymi muzułmanami). Rzeczą oczywistą jest, że taka perspektywa jest nieaktualna, ale nie oznacza, że uniwersalistyczne roszczenia obecne w pewnych stadiach rozwoju feminizmu i w niektórych jego nurtach są niewyjaśnialne! Uzupełnijmy ten wątek gorzką uwagą Mizielińskiej: zachęty, by włączać i wkluczać „inne rasy i klasy” w dotychczasowy, uniwersalistyczny i esencjalistyczny feminizm „można uznać za kolejną ekspresję przywileju” (s. 255), są bezcelowe.

Przywołany zostaje także argument Butler, który zasadza się na tym, iż „[u]znanie patriarchatu (…) za element łączący wszystkie kobiety nie uwzględnia innych form opresji, tych związanych z rasą, klasą, seksualnością czy pochodzeniem etnicznym” (s. 204; notabene tu też pominięte jest wyznanie religijne). Być może Mizielińska opowiada się za definicją proponowaną przez Adrienne Rich w książce Zrodzone z kobiety, wedle której o patriarchacie mówimy wtedy, gdy jest „możliwe do stwierdzenia istnienie hierarchii płciowej”, w ramach której ma miejsce „przypisanie wyższej wrodzonej wartości mężczyznom niż kobietom” [2]. Ważność twierdzenia o pomijaniu wymienionych form opresji jest uzależniona od sposobu rozumienia pojęcia patriarchatu – może być ono po prostu synonimem systemu, którego opresyjność manifestuje się nie tylko w mizoginii czy seksizmie.

W tym momencie dopominam się „niewylewania dziecka z kąpielą”. Zrelacjonowana przez Mizielińską, dokonana przez Nancy Hartsock deprecjacja oeuvre Michela Foucaulta, określanie francuskiego myśliciela mianem beneficjenta systemu (biały mężczyzna „posiadający przywileje kolonizatora” – s. 232) wydaje się nie na miejscu. „Świadectwo życia” Foucaulta jest dla mnie po stokroć bardziej przekonujące, aniżeli biografie amerykańskich feministek akademickich.

Wracając do listy moich zastrzeżeń, praktyki butch/femme czy transwestytów bynajmniej nie muszą być parodystyczne ani stanowić „płciowej stylizacji” (s. 213), a wynikać z potrzeb wewnętrznych osób biorących w nich udział, a nawet stanowić po Butlerowsku pojmowany przymus performatywny życia codziennego (por. s. 217), a zatem nie mieć potencjału subwersywnego, lecz stawiać silny akcent tożsamościowy, szczególnie w historycznym ujęciu [3]. Także przemienność ról butch/femme, jaką Mizielińska uznaje za realną (w przeciwieństwie do stereotypowego ścisłego przypisania) właściwość takich związków (s. 213) potrzebuje sporej samoświadomości i dystansu ze strony uczestniczek – być może też uczestników – takiego układu. Czyni to ową samoświadomość niejako obligującą, a przecież nie powinniśmy oczekiwać od każdego ani od każdej kompetencji w zakresie akademickich teorii krytycznych.

W ostatnich partiach (De)Konstrukcji kobiecości szczególnie zaakcentowana jest kwestia aktywizmu: zdiagnozowane jako wykluczające formy feminizmu uznane zostają za nieskuteczne, pozbawione demarginalizującego potencjału. Tymczasem wyszczególnianie nurtów feminizmu oparte jest na podziałach akademickich, ugruntowanych ściśle teoretycznie. Nadmieńmy, iż problematyka ich spójności jako naukowych konstruktów – i innych cech uznawanych za nadające jakże niekiedy pożądaną sankcję naukowości – wcale autorki nie zajmuje.

Oczywiście doświadczenie grupy kobiet, jaką reprezentowały feministki WASP, było przez nie niesłusznie brane za „wspólne wszystkim kobietom” (s. 253) i (De)Konstrukcje kobiecości znakomicie tego dowodzą, stanowiąc zarazem ostrzeżenie dla polskich feministek. Mimo to mam wrażenie, że skierowanie książki ku apologii queeru, szczególnie Butlerowskiego [4], odbiera retoryczną i merytoryczną moc wcześniejszym rozdziałom, wyważonym i pozwalającym na samodzielne ustosunkowanie się do repertuaru przedstawionych argumentów. Ten mankament sprawia z drugiej strony, że Mizielińska budzi chęć dyskusji. Została ona wywołana, lecz obecnie (De)Konstrukcje kobiecości są dostępne jedynie w bibliotekach i osiągają bardzo wysokie ceny w obiegu antykwarycznym. Mimo pewnego niedostosowania do realiów polskich, a nawet europejskich, powstałej już dekadę temu książce udało się uniknąć dezaktualizacji. Polecam uważną lekturę!

Paulina Szkudlarek

Joanna Mizielińska, (De)Konstrukcje kobiecości. Podmiot feminizmu a problem wykluczenia, słowo/obraz terytoria, Gdańska 2004. Wszystkie cytaty i inne odniesienia pochodzą z tego wydania.

Przypisy:

[1] Na ten temat por. Agnieszka Graff, Feministki – córki feministek, czyli trzecia fala dobija do brzegu w: W poszukiwaniu małej dziewczynki, red. Izabela Kowalczyk i Edyta Zierkiewicz, Konsola, Poznań 2003; zob. też wystąpienie Roberta Kulpy i Joanny Mizielińskiej De-centralizując (zachodnią) seksualność na konferencji Strategie queer, Warszawa 2011 http://queer.uw.edu.pl/?page_id=194 – tom pokonferencyjny w przygotowaniu.

[2] Adrienne Rich, Zrodzone z kobiety. Macierzyństwo jako doświadczenie i jako instytucja, przeł. Joanna Mizielińska, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2000 , s. 28 i 9.

[3] Por. np. Joan Nestle, A Restricted Country, Firebrand Books, Ithaca 1987.

[4] Mizielińską interesują jedynie zarzuty dotyczące koncepcji podmiotu u Butler, zaś dyskusje z całokształtem ani tez innymi aspektami myśli autorki Uwikłanych w płeć nie są tu uwzględniane, niemniej chciałabym w tym miejscu polecić artykuł Samuela Nowaka Bat na władzę. Koncepcje władzy w teorii queer – przegląd opinii krytycznych, “Furia”, nr 3, 2010, udostępnione tu.

Data wpisu: 5 maja, 2012 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Elżbieta Czykwin, „Stygmat społeczny”, cz. 1

Dla osób zajmujących się naukami humanistycznymi i społecznymi (z odchyleniem w kierunku studiów kulturowych) problematyka emancypacji i demarginalizacji umożliwiających współuczestnictwo w życiu społecznym i pełnię praw obywatelskich zajmuje miejsce poczesne. Kibicuję temu trendowi i na moją niewielką skalę angażuję się weń, co wiąże się także ze śledzeniem publikacji tematycznych. Dają się zauważyć dwa bieguny, pomiędzy którymi budowane są coraz mocniejsze mosty – teoria akademicka i aktywizm. Książka, której chcę się dzisiaj przyjrzeć, sadowi się po stronie teorii, jednak jest jej niezamierzoną parodią, dowodem kompletnego niezrozumienia podjętej problematyki. Pewnego rodzaju impulsem do niniejszego omówienia był artykuł Błażeja Warkockiego i Tomasza Basiuka Odpadki energii, czyli o nieudanym wyparciu politycznego przez Joannę Tokarską-Bakir („Krytyka Polityczna”, nr 16/17, 2009), demaskujący homofobiczną wymowę wstępu, jakim Tokarska-Bakir poprzedziła polską edycję Czystości i zmazy Mary Douglas (przeł. Marta Bucholc, PIW, Warszawa 2007).

Elżbieta Czykwin kieruje obecnie Zakładem Pedagogiki i Kulturoznawstwa Wyższej Szkoły Administracji Publicznej w Białymstoku, a w 2007 roku nakładem szacownego Wydawnictwa Naukowego PWN opublikowała pracę Stygmat społeczny.

Książka obywa się bez podtytułu, co dość zaskakuje. Sugeruje jednak ambicję, by kwestią zająć się wieloaspektowo, a znajduje to potwierdzenie w rozdziale ostatnim, Stygmatyzacja jako ponaddyscyplinarna perspektywa badań. Nim jednak do niego dotrzemy, trzeba powiedzieć, że przyjęta w opracowaniu optyka uprzywilejowuje ujęcie zaproponowane pół już wieku temu przez Ervinga Goffmana w książce Stigma. Notes on the Management of Spoiled Identity (1963). Polska edycja, Piętno. Rozważania o zranionej tożsamości, pojawiła się w 2005 roku (przeł. Aleksandra Dzierżyńska, Joanna Tokarska-Bakir, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne). Co zrozumiałe ze względu na długość cyklu wydawniczego, Czykwin się nią nie posługuje, co jednak bardziej zastanawiające – w żadnym momencie nie odwołuje się też do wyeksponowanego w bibliografii anglojęzycznego oryginału (wszystkie cytaty, o odniesieniach nie wspominając, podawane są z drugiej ręki). W połączeniu z faktem, iż w stopce książki Czykwin brakuje wzmianki o recenzentach, zaufanie do rzetelności merytorycznej Stygmatu społecznego zostaje zachwiane jeszcze przed podjęciem lektury. Niestety, w jej trakcie jest jeszcze gorzej.

Skoro jednak Stygmat społeczny znajduje koncepcyjne oparcie u Goffmana, przypomnijmy, iż zdefiniował on piętnowanie jako proces, na drodze którego normalna tożsamość jednostki jest niszczona przez reakcję innych osób na ową jednostkę. W konsekwencji tego do mgławicy terminów pokrewnych stygmatowi (piętnu) włączone są: stereotyp, dewiacja, uprzedzenia (antysemityzm, rasizm, homofobia, etc.), wykluczenie, marginalizacja. Ja dodałabym tu też przemoc.

Autorka wspomina próby kwalifikacji dewiacji jako przypisanych lub osiągniętych, i wyrokuje, iż kryterium podziału „nasuwa wątpliwości”. Tu przykładem dewiacji osiągniętej jest prostytucja, homoseksualizm zaś sprawia kłopoty: to niewątpliwie dewiacja, ale nie da się orzec: przypisana czy osiągnięta, z uwagi na jego nieustaloną genezę (s. 32). Zaś stygmatyzacja w przypadku dewiantów jest „konieczna i oczywista” (s. 33). Po cóż zatem zadawać następujące pytanie: „Pozostaje jednak kwestia podstawowa: czy jeśli wszelkie przejawy dyskryminacji zostaną wyeliminowane, to zapanuje równość płci?” (s. 261).

Niebywale razi sentencjonalność i potoczny charakter sformułowań obnażających światopogląd, który Umberto Eco nazwał niegdyś „katastroficznym”. Czykwin ubolewa choćby: „Większość telewizyjnych seriali ukazuje jedynie powierzchniową stronę życia” (s. 385). Gdzie indziej objawia nam, iż podrasowane cyfrowo wizerunki modelek czy celebrytek burzą właściwy ogląd świata: „Niczego nieświadomy widz przyjmuje zdjęcia jako dowody istnienia ciał idealnie pięknych” (s. 345). Zaiste, rzadko kto widuje postaci ludzkie poza billboardami czy bez ekranowego pośrednictwa, powszechna nieświadomość wpędza każdego w „silne poczucie negatywnej nieadekwatności” (s. 344). Na tej samej zasadzie sierota z domu dziecka „nie wie, co to znaczy być ojcem dla swojego syna” (s. 160). Internet, prasa, filmy, spotkania ze znajomymi najwyraźniej nie są w stanie dać żadnego pojęcia o ojcostwie, a już na pewno nie tak cennego, jak bezpośrednie wzorce czerpane z życia w tzw. pełnych rodzinach.

Skoro zaś ubolewamy wraz z Czykwin nad współczesnym upadkiem wartości, warto przeczytać, jak skomentowany został film dokumentalny (paradokumentalny?) Mama Masza Michała Bukojemskiego (Polska, 2002, krótki opis tu ). Lesbijka, niemonogamistka, rosyjska Żydówka, emigrantka, matka adopcyjna, matka biologiczna dziecka spłodzonego dzięki pomocy dawcy spermy… „Czy takie spiętrzenie nietypowych zdarzeń życia nie jest też sprokurowane na potrzeby mediów? Tak właśnie sądzę. Potrzeba medialnego rozgłosu, popularności, jest współcześnie praktycznie jedyną drogą zaistnienia” (s. 359). Biografia Maszy Gessen nie mieści się Czykwin w głowie, dlatego sprowadza wybory życiowe kobiety do przemożnej chęci zaistnienia w mediach. Przekreśla też możliwość, iż Masza Gessen postępowała zgodnie ze swą wolą: nietypowe wydarzenia się spiętrzyły, bo tak chciał los bądź wspomagający mającą niebywałe parcie na szkło bohaterkę medialni demiurgowie.

Cóż, wszak ujawnianie czyichś technik seksualnych (czyli: „jak inni to robią”), osobliwie sekretów współżycia nie(hetero)normatywnego tak fascynuje: „Ikony lesbijek, gejów, transseksualistów, transwestytów, seksoholików etc. zawsze mogą liczyć na sporą widownię” (s. 362). Dlaczego jednak „ikony”? Przy okazji popularny przed kilku laty rosyjski duet Tatu to dla Czykwin „przykład inkorporacji problemu lesbijskich skłonności przez kulturę komercji” (s. 352). Oj, tak tak, o tempora…!

Niegdyś dla porządku społecznego niezwykle ważny był podział dzieci na legitymizowane i bękarty. Nieślubne pochodzenie mogło się kłaść cieniem na całej egzystencji. Zwykle jednak poza miejscem pochodzenia nie dało się tak łatwo określić, czy dana osoba została poczęta w małżeńskim łożu przez parę połączoną prawnie obowiązującą przysięgą. Zacytujmy Stygmat społeczny: „Jeśli zadasz sobie pytanie, Czytelniku: czy związałbyś swoje życie z osobą poczętą in vitro…” (s. 159). Ja zadam inne pytania. A po czym to poznać? A co to za różnica? A może należy spytać Czytelnika, czy związałby się z osobą urodzoną przez cesarskie cięcie? Uwypuklam absurdalność, by tym silniej ukazać, jak taka retoryka w opracowaniu mającym być uznane za naukowe co najmniej zdumiewa. Podobnie fragmenty, w których autorka określa „ogólne wrażenie (…) po lekturze” tygodnika „Nie” (s. 371). Tu czai się sugestia, że jej wrażenie jest po prostu słuszne i adekwatne, a jako takie musi być podzielane jeśli nie przez Wszystkich, to chociaż przez odbiorców Stygmatu społecznego.

Klątwą ogólnodostępnych programów edytorskich jest pokusa przestawiania partii tekstu. Stygmat społeczny nie jest jedyną książką naukową, której uważna lektura ujawnia nadużywanie komend „kopiuj / wklej”, jednak dla uniknięcia gołosłowności wskażę, iż Czykwin dwukrotnie wyjaśnia Bourdieu’ańską koncepcję doksy, ortodoksy i heterodoksy (s. 133 i 335) oraz – by przy tym samym nazwisku pozostać – dwa razy definiuje Bourdieu’ański habitus (s. 131 i 334).

Autorka zbyt często luźno podchodzi do podawanych przez siebie danych. Na przykład strona 423: liczby ofiar procesów o czary w różnych europejskich krajach rzucone są bez odwołania bibliograficznego czy jakiegokolwiek uściślenia, a przecież szacunki dotyczące owych liczb są przedmiotem wieloletnich sporów o dociekań co najmniej od połowy XIX wieku, kiedy Jules Michelet napisał Czarownicę, i nie, historycy ani etnolodzy nie osiągnęli konsensusu. Inny przykład podobnej nierzetelności: „Zdaniem homoseksualistów orientacja ta jest wrodzona, choć nie genetyczna” (s. 311) – brak odwołania, brak odnośnika. Pewnie umknęło mi, że homoseksualiści ustalili swoje wspólne stanowisko na walnym zgromadzeniu wszechświatowego kongresu homoseksualistów. Na stronie 158 znajdujemy natomiast anegdotę o politykach-hipokrytach z gejowskiego miesięcznika „Zero”. Z hiszpańskiego miesięcznika „Zero”, z cytatem wypowiedzi redaktora tego pisma – i przy znów braku odwołania. Jeśli redaktor-gej nie zasługuje na rzetelność autorki, tym bardziej nie zasługuje Adolf Hitler. Akapity o stosunku nazistowskich przywódców do homoseksualności mogą tylko przy maximum dobrej woli uznane za luźno oznaczone przez Czykwin jako ustalenia Christiana Adolfa Isermeyera (Czykwin pomija jego drugie imię, ja zaś je dopisuję – jakimś dziwnym trafem mnie ono się również nie podoba, ale Isermeyer sam go sobie nie nadał), nieobecnego w bibliografii.

W licznych przypadkach przykłady podawane przez Czykwin są dyskusyjne, w niektórych innych – zupełnie chybione i nieadekwatne. Wbrew woli autorki przywołane na s. 416 wypowiedzi polityków, (nieparlamentarne obelgi wobec oponentów) nie są przykładami stygmatyzacji. Podobnie opis sytuacji matki trójki dzieci, która „bardzo przybrała na wadze” (i długo przebywając w domu, nie zdawała sobie z tego sprawy), mający być egzemplifikacją życia w enklawie (s. 303), mija się z rozumieniem tego ostatniego pojęcia. Opisywana kobieta nie mieszka w dobrowolnym getcie osób otyłych, a w domu, do którego co dnia po pracy wraca jej mąż (i ojciec dzieci). O posturze mężczyzny niczego się nie dowiadujemy.

Kolejną kategorią są błędy słowne, w dużej mierze zawinione przez brak czujności redakcyjnej. Należą do nich powtórzenia niejako bezpośrednie, np. podwójne „osoby zaangażowane” (s. 217), ale też powielanie wyrazów o tym samym rdzeniu: “Odkrycie bliskości z najbliższymi” (s. 183) , “Istnieje istotny” (s. 124), i in. Idąc dalej, na s. 181 mamy „skłonności perfekcyjne” zamiast: perfekcjonistyczne, na s. 218 – „wypadek motoryzacyjny”, choć kolokacja kazałaby powiedzieć: drogowy. Czykwin nie wie również, iż osoby transseksualne nie poddają się ani operacji zmiany płci, ani konwersji (s. 233), a tranzycji. Międzynarodowa komercja (s. 424) jako ewidentny anglicyzm powinna być zastąpiona po prostu handlem. Podczas wyliczenia warunków Goffmanowskiej interakcji na s. 110 Czykwin pisze, jakoby „dostępność” (rzeczownik) byłaby polskim odpowiednikiem „accessible” (przymiotnik). Warto najwyraźniej posługiwać się (prostym) angielskim. To tak mądrze brzmi. Na stronach 127–128 autorka powtarza określenia: self-esteem i face to face, które jak wiadomo nie mają żadnych satysfakcjonujących ekwiwalentów w języku polskim.

Na s. 138 znajdujemy ciekawostkę – wizualne telefony komórkowe, których upowszechnienie zapowiada autorka.

Parokrotnie obnaża ona swoją uległość wobec stereotypu spojrzenia na marsze tolerancji jako na czas demonstracyjnej manifestacji seksualności gejów (s. 157), co przybiera „nieraz ostentacyjny i prowokujący wyraz”. Jednak do błędnego użycia konkretnego określenia dochodzi, gdy uparcie (np. s. 157, 211, 301 i 319) nazywa marsze i manifestacje typu gay pride – nieważne, czy mają one istotnie charakter parad – mianem Love Parade. Otóż Love Parade jest wyłączną nazwą organizowanej przez ok. 20 lat w Berlinie (1989-2010, zatem także wtedy, gdy książka Czykwin powstawała i została opublikowana) ulicznej imprezy tanecznej. Kolejna osobliwość: „Miarą wzrostu znaczenia wyglądu, który stał się obowiązkiem nie tylko kobiet, ale i mężczyzn” jest coraz wyższa sprzedaż męskich kosmetyków (s. 139). Nie: zadbany wygląd, nie: atrakcyjny wygląd. Wygląd stał się obowiązkiem. Niefortunnym sformułowaniem niewątpliwie jest: „Kobiety stojące u progu wdowieństwa” (s. 424) – to takie z małżonkami na łożach śmierci? A może planujące mężobójstwo? Kolokwializmem razi też: „Społeczna akceptacja wiejskich głupków” (s. 171), staroświecczyzną zaś „lekkie prowadzenie” (s. 143).

Część 2 i notki bibliograficzne tu.

Data wpisu: 7 lutego, 2012 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

To dlatego kobiety zostają lesbijkami

Rodzice popychają dziewczęta w homoseksualizm.

Rozbita rodzina, brak ojca, rodzice żyjący na “kocią łapę” zwiększają szansę na to, że dziewczynka zostanie lesbijką – informuje onenewsnow.com. Szczególnie jeśli jest niewierząca.

To nie genetyka i czynniki biologiczne mają wpływ na to czy dziewczynka będzie miała kontakty homoseksualne. Z naszych badań wynika, że ma na to wpływ jej wychowanie – twierdzi Pat Fagan, dyrektor amerykańskiego Marriage and Religion Research Institut.

239669 9283 To dlatego kobiety zostają lesbijkamiZ badań jego instytutu wynika, że dziewczynki, które wychowują się bez ojca trzykrotnie częściej zostają lesbijkami. W pełnych rodzinach ten współczynnik wynosi zaledwie 4 proc.

Częściej lesbijkami zostają też dziewczynki wychowane przez rodziców żyjących “na kocią łapę”.

Wpływ na późniejsze związki homoseksualne ma także rozwód rodziców, ich drugie małżeństwo czy wychowywanie przez samotnego rodzica.

Gdyby o tych skłonnościach decydowała genetyka to liczba lesbijek we wszystkich rodzinach byłaby taka sama – twierdzi Fagan.

Z jego badań wynika także, że religijne kobiety, które co najmniej raz w miesiącu chodzą do kościoła, są mniej narażone na bycie lesbijką niż te, które w ogóle nie praktykują lub nie wierzą w Boga.

 

Od siebie dodamy tylko, że nie wzięto pod uwagę prostej sprawy – dziewczyny z “dobrych” domów mają większy problem ze swoją seksualnością niż pozostałe.
Kościół, socjalizujący nas w kierunku bycia hetero też nie sprzyja nieheteronormatywnej seksualności. To nie znaczy, że dana osoba nie jest lesbijką – może się tak nie określać.


Data wpisu: 21 listopada, 2011 autor wpisu: Sfora  |  Komentowanie nie jest możliwe

Te kobiety zarabiają najwięcej

Chyba, że wcześniej były mężatkami…

Amerykańscy badacze postanowili zbadać jaki wpływ na zarobek kobiet ma pozostawanie w związku małżeńskim. Okazało się, że najlepiej być lesbijką – to one zarabiają najwięcej- informuje indianexpress.com.

877750 32688408 Te kobiety zarabiają najwięcejZ danych uzyskanych podczas Narodowego Spisu Powszechnego wynika, że lesbijki, które nigdy nie pozostawały w związku małżeńskim zarabiają o 7,5 proc. więcej niż panny. Ich zarobki są też o 9,6 proc. wyższe niż wynagrodzenia rozwódek i o 5 proc. wyższe niż mężatek.

Co ciekawe, zarobki lesbijek, które kiedyś miały mężów nie różnią się zasadniczo od płac mężatek ipanienSą jednak o 2,3 proc. wyższe niż zarobki rozwódek.


Data wpisu: 20 listopada, 2011 autor wpisu: Sfora  |  Komentowanie nie jest możliwe

Badanie osób LGBT

Zapraszamy do badania osób LGBT. O tym, jak ważne jest to badanie nie trzeba mówić – wyniki z badania opublikowanego w 2006 roku były wykorzystywane w wielu publikacjach, stanowiły istotne argumenty w kwestiach politycznych i społecznych. 5 lat minęło – warto badania wykonać znowu – przekonać się co się zmieniło i w jakim stopniu.854196 47410259 Badanie osób LGBTBadanie podzielone jest na dwie odrębne sekce: dla osób LGB oraz dla osób transpłciowych. Zachęcamy do wypełnienia ankiety, a następnie przesłanie jej do swoich znajomych, opublikowanie na Facebooku itd. Im więcej osób wypełni, tym bardziej wiarygodne będą to wyniki. Dodatkowo, im więcej osób się dowie, tym większa szansa, że osoby, które będą ją wypełniać nie będą stanowiły podobnej grupy (np ludzi młodych z dużych miast). To od Ciebie zależy czy to badanie się uda.
Aby wypełnić ankietę wejdźcie na stronę: http://www.badanielgbt.pl/index.html


Data wpisu: 20 listopada, 2011 autor wpisu: Monika admin Czaplicka  |  Komentowanie nie jest możliwe

Czaplicka rusza wyrywać

Od pewnego czasu, ale nie warto się przyznawać jak długo, jestem dostępna na runku nieruchomości, zwanym również rynkiem matrymonialnym (co jest bez sensu, bo przecież żadnego matrymonialu nie będzie, bo prawo tego nie umożliwia). Tak czy siak postanowiłam podzielić się z wami moimi głębokimi, socjologicznymi przemyśleniami na ten trudny i drażliwy temat.Choć wydawać by się mogło, że dwie kobiety i randka to sprawa łatwa i przyjemna – wszak podobne tą są istoty, z tej samej planety, pewnie więc rozumieją się dobrze i szybko, okazuje się, że lesbijska randka to skomplikowana sprawa.

811300 58030171 Czaplicka rusza wyrywać

Lesbijki

Przepraszam, czy to jest randka?

Cześć z was na pewno się oburzy – ale jak to? Przecież wiadomo kiedy coś randką jest, a kiedy nie. Otóż w przypadku dwóch dziewczyn niekoniecznie. Bo jeśli umówią się na piwo do branżowej knajpki to jest to randka czy nie? A kino, jeszcze do tego z branżowym filmem? Ile z was, drogie koleżanki, zapraszanych było na kolacje przy świecach?
Okazuje się nawet, z autopsji Drogie Panie!, że nawet kolejna do łazienki to miejsce potencjalnego flirtu. Sytuacja, jak babcię kocham, mojej znajomej: kolejeczka nad radem do toalety jednego z branżowych klubów, moja znajoma stoi nerwowo przebierając nóżkami. W kierunku drzwi toczy się radośnie opita dziewczyna. Moja znajoma komentuje, że dobry kierunek obrała (jak zawsze pełna koedukacja i nikt się nie przejmuje podziałem na płcie, tak rozwalamy system icon wink Czaplicka rusza wyrywać . Chwila konsternacji radośnie opitej i komentarz, że bardzo dziękuje, ale ona ma dziewczynę.
Jak widać z powyższego przykładu, otwarcie ust wystarczy już, żeby flirt rozpocząć, a od tego już o krok do randki. Jeśli was interesuje coś niecoś więcej, to polecam interesującą lekturę Anatomia randki.

Znajomi znajomych, czyli czyją jest byłą?

Plaga branży – prawie każda jest czyjąś byłą albo niedoszłą. W najlepszym przypadku koleżanką. I kiedy tylko branżowe siostry się zwiedzą, że umawiasz się z kimś (kiedy ustalicie czy to JUŻ randka), od razu prześcigają się w informowaniu Cię o wszystkim, co może być istotne. Często więc znam przebyte choroby, ulubioną pozycję seksualną, strefy erotogenne, wszystkich wcześniejszych partnerów i partnerki oraz bardziej oczywiste – ulubione rzeczy, czego nie lubi i jak ją poderwać.
Chociaż oczywiście to na pewno ułatwia życie i przyśpiesza, to jednak mam poczucie, może całkiem głupie, że po prostu trochę odziera to cały proces odkrywania drugiej osoby z sensu istnienia.

Brak poradnika, czyli jak to się robi?!

Heterycy mają całe półki w księgarniach z poradnikami how to, czyli jak dokonać niemożliwego. Jak poderwać dziewczynę, jak wydać się zajebistym, być jak Don Juan, internetowy podryw, podryw offline, techniki urodzenia, ja Cię kocham, a Ty śpisz i inne. W przypadku branży trzeba zdać się na siebie i swoją intuicję albo na rady swoich znajomych. A jak wiemy każdy ma najlepsze rady, szczególnie, jeśli nie chodzi o niego.
Istnieją, podobno, poradniki za wielkim oceanem. O ich istnieniu wiem, ponieważ zostały skrupulatnie przejrzane i na tej podstawie moja znajoma napisała pracę na temat różnic w poradnikach dla gejów i lesbijek, a poradnikami dla heteryków. Streszczając główne wątki, poradniki miłosne dla mężczyzn kochających mężczyzn zajmują się głównie problemami w związkach, utrzymaniem relacji oraz pielęgnowaniem uczucia. Tymczasem poradniki lesbijskie zaczynają się zwykle od słów: „wyjdź z domu i…” . Tak, Drogie Koleżanki – naszym największym problemem jest: gdzie do cholery znaleźć dziewczynę?!

No właśnie, skąd się bierze dziewczynę?

Istnieje kilka miejsc, gdzie warto poszukać. Najprościej iść do klubu, branżowego rzecz jasna. Na szczęście, jeśli będą tam dziewczyny, a nie będzie ich za dużo, poza nielicznymi wyjątkami (jak we Wrocławiu), większość miast cierpi na niedobór klubów i imprez kobiecych… więc na szczęście jak już będą, będą raczej wolne i samotne, tak jak my. Jedna z moich znajomych zdiagnozowała, że większość par, które idą razem na imprezę, zwykle kończą ją z nowymi dziewczynami (może coś w tym jest). W każdym razie większość lesbijek kiedy już się sparuje postanawia zostać w domu z kotem i Żoną przed telewizorem.
Często jednak przedstawicielki płci pięknej spotkane nawet po kilku piwach nie spełniają naszych oczekiwań, a może nasza okolica nie posiada zbyt dużej ilości miejsc odwiedzanych przez lesbijki – wtedy czas sięgnąć do kolejnego miejsca, jakim jest baza teleadresowa naszych znajomych. Nasze przyjaciółki i koleżanki prędzej czy później znajdują wśród swoich znajomych jakąś samotną Amazonkę, z którą mogą nas umówić na randkę w ciemno (tak, wtedy to JEST randka).
Czasem jednak klubu nie ma, znajome same heteryczki a my siedzimy w szafie, krótko mówiąc znikąd pomocy. Wtedy zostaje stary (chociaż nowy) i dość niezawodny sposób zwany potocznie internetem. Stron dla nas jest niemało, a większość posiada sekcję randkowo-ogłoszeniowo-dającą nadzieję. Nie wiem jak działa na znajdowanie dziewczyny, ale na pewno można znaleźć cudowną przyjaciółkę na całe życie (tu pozdrawiam Gosię icon wink Czaplicka rusza wyrywać .

Skutecznym sposobem, o ile mi wiadomo, jest też rozglądanie się dookoła siebie. Trudno mi powiedzieć jakie są szanse, że mamy dookoła siebie lesbijki, ale wiem na pewno, że zasada: nie ma heteryczek, są tylko źle poderwane (w angielskiej wersji straight until wet) ma sporo racji istnienia. Nasze prowadzące zajęcia i studentki, szefowe i koleżanki z pracy, sąsiadki, ale też panie ze sklepu czy innych punktów usługowych – każda z nich może być potencjalną kochanką/dziewczyną/ukochaną.

Kto płaci?, czyli role genderowe i klops

W idealnym świecie łatwo poznajemy Panią Właściwą, umawiamy się z nią na randkę, którą obie uznajecie za randkę, macie jeszcze jakieś tematy do rozmów i właśnie zmierzacie ku sobie, żeby się przywitać. Jak się przywitać? Podanie ręki czy buziak w policzek (i czy całować policzek czy w powietrzu?). Która z was pierwsza przechodzi przez drzwi? Kto zamawia i kto płaci? W świecie heteryków mamy samca alfę, który ogarnia wszystkie te kwestie i adoruje swoją samicę, a ona łaskawie leży, pachnie i roztacza inne swoje wdzięki doceniając starania samca. A w przypadku lesbijek co? A nie daj Boże spotkają się jeszcze dwie z tych, co to socjalizowane były do bycia uległymi i wtedy to już totalny klops, bo żadna nie ogarnia tematu i czeka na drugą.
Moją radą na tego typu problemy jest: ograniczać problemy do minimum. Ominiecie problem drzwi i płacenia idąc na spacer, zamiast coś zjeść czy do kina. Problemu powitania ominąć się nie da, ale można poczekać na reakcję drugiej strony. Jeśli nic się nie zadzieje – podejmujecie decyzję i modlicie się, że była słuszna. Zawsze też można skorzystać z głuchego telefonu psiapsiółek i koleżanek, które chętnie doradzą albo powiedzą jak ona lubi (się witać).

Powyższa lista nie obejmuje wszelkich problemów, ale jest pewną próbą chwycenia byka za rogi. Na pewno każda z was ma jeszcze jakieś pomysły/sugestie i problemy. Zapraszam do dzielenia się – chętnie pozbieram materiał na następny artykuł.
Na koniec życzę owocnych łowów w poszukiwaniu miłości i Tej Właściwej. Kochajmy się! (ale tak osobno icon wink Czaplicka rusza wyrywać


Data wpisu: 12 listopada, 2011 autor wpisu: Monika admin Czaplicka  |  Komentowanie nie jest możliwe

The production of alternative media in mainland China. The journal "Friend Exchange" (case study)

CZWARTEK 10 listopada 2011, godz.13.00, sala 104
INSTYTUT SOCJOLOGII UW, ul . KAROWA 18

The production of alternative media in mainland China. The journal
“Friend Exchange” (case study)

prof. CAO JINspecialist of
329649 9775 The production of alternative media in mainland China. The journal Friend Exchange (case study)MEDIA SOCIOLOGY and CRITICAL COMMUNICATION THEORY
JOURNALISM SCHOOL – FUDAN UNIVERISTY
SHANGHAI CHINA

The lecture examines the telephone hotline health services for
lesbians in one of the mainland China’s peripheral cities, Kunming. It
examines the socio-cultural situation of Chinese lesbians, identifies
a blind spot in indigenous feminism discourse on lesbian issues, and
proposes a rethinking of that discourse. It probes the value that
dialogue has for lesbians by examining their participation in the
hotline service, and explores how lesbians in China can enter social
struggles for equality with the support of public policy
organizations. This case study seeks to contribute to debates in
Chinese scholarship on lesbian issues from a reflexive, critical
feminist perspective.


Data wpisu: 5 listopada, 2011 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Dla moich towarzyszy — Karl

Podobnie jak we wszystkich obozach koncen­tracyjnych, tak też i w KL Auschwitz osadzano ge­jów i lesbijki. Jeśli seksuolodzy mają rację, szacu­jąc na cztery procent odsetek osób skłonnych w populacji europejskiej do homoseksualnej miło­ści, to znaczyłoby, że wśród zarejestrowanych mniej więcej 400 000 więźniów KL Auschwitz, mo­gło być około 16 000 gejów i lesbijek.

pinktriangle pic Dla moich towarzyszy   Karl

Różowy trójkąt na obozowym „pasiaku”

Chociaż licz­ba ta jest niemała, do dziś nic o nich nie wiemy, bo ten temat w historiografii o KL Auschwitz nie istnie­je. Jednym z powodów pominięcia go może być fakt, że w naszym społeczeństwie seksualność w ogóle, a zwłaszcza ta między osobami jednej płci, traktowana jest obojętnie i stanowi obszar ob­jęty tabu i wieloma lękami. W cywilizacji judeo-chrześcijańskiej homofobia jest szeroko rozpo­wszechniona, mówienie o homoseksualizmie w cieniu Holocaustu wydaje się zatem gorszące nie tylko przeciętnemu obywatelowi. Niedawno grupa ortodoksyjnych Żydów w USA zagroziła, że będzie tak długo bojkotować Holocaust Memoriał Museum w Waszyngtonie, dopóki będą w nim pre­zentowane hitlerowskie prześladowania gejów.

gay holocaust 300x173 Dla moich towarzyszy   Karl
Różowe Trójkąty

Innym powodem jest fakt, że życie seksualne nie stanowiło dla ogromnej większości więźniów i więźniarek KL Auschwitz żadnego problemu. Wa­runki obozowe zmusiły ich do całkowitej rezygnacji ze sfery uczuciowej, zwłaszcza, że wszechobecny terror SS i kapo oraz chroniczne niedożywienie zabijały popęd płciowy i wygaszały odpowiednie reakcje fizyczne. Ocaleni opowiadali, że kobiety przestawały miesiączkować, a mężczyźni nie mieli erekcji, ani zmaz nocnych. Życie płciowe w obozie było możliwe tylko dla tych, którzy mieli zapewnio­ne lepsze warunki życia i należeli do wąskiej warstwy uprzywilejowanych, jak np. kapo, vorarbeiterzy, szrajberzy, flegerzy, blokowi, sztubowi itp.

15410 46235 300x300 Dla moich towarzyszy   Karl
Rudolf Brazda, ostatni znany ocalały z „Różowych trójkątów”; zmarł w sierpniu 2011 we Francji w wieku 98 lat

Poza dwoma, krotko istniejącymi obozami familijnymi — dla Żydów z Theresienstadt (8. IX. 1943 r. — 12. VI. 1944 r.) i dla Cyganów (26. II. 1943 r. — 2. VIII. 1944 r.) — w KL Auschwitz, jak we wszyst­kich obozach koncentracyjnych, obowiązywało ści­słe rozdzielenie płci. Heteroseksualne kontakty mię­dzy haftlingami zdarzały się jednak, chociaż rzad­ko, gdy mężczyźni mieli dostęp do bloków kobie­cych, np. pracując w komandach zatrudnionych do­rywczo w obozie kobiecym, jak dachdekerzy lub elektrycy.

Ogólne warunki lagrowe kierowały jednak po­pęd płciowy do własnej płci. Ze wspomnień Fanji Fenelon i Olgi Lengyel, znane są imprezy tanecz­ne w tzw. Bloku aspołecznych w obozie kobiecym w Birkenau. We wspomnieniach byłych więźniów występują niekiedy tzw. piple, młodzi Żydzi lub Po­lacy często jeszcze dzieci, oddani pod opiekę więź­niom funkcyjnym, których ci wykorzystywali do róż­nych posług osobistych, nierzadko także seksual­nych. Takie związki występowały również w obozie kobiecym.

l b206a96b9ef7481894ba9d3a4c24f1f2 210x300 Dla moich towarzyszy   Karl
oznaczenia w obozach koncetracyjnych

Próba wyciągania wniosków, że wszyscy, któ­rzy utrzymywali w KL Auschwitz homoseksualne związki byli gejami albo lesbijkami, nie jest jednak uprawniona. Jeszcze bardziej niesłuszne byłoby przypuszczenie, że owych więźniów (albo przynaj­mniej większość z nich) kierowano do obozu z po­wodu homoseksualizmu. Chociaż w ogóle osoby z preferencjami seksualnymi, odbiegającymi od drobnomieszczańskich norm, uchodziły w oczach hitlerowców za szkodników wspólnoty, niekoniecz­nie musiały one być fizycznie eliminowane, przy­najmniej te, które należały do rasy panów. Hitle­rowcy świadomie traktowali zboczeńców niejedno­licie i z wyraźną niekonsekwencją.

Na przykład z około 50 000 mężczyzn ukara­nych w III Rzeszy za zachowania homoseksualne tylko 5000, a może nawet dwa, czy trzy razy tyle, trafiło do obozów koncentracyjnych. Tyle wystar­czyło hitlerowcom do przykładowego odstraszenia ogółu. Homoseksualizm kobiecy nie podlegał ka­rze, ani według kodeksu karnego, ani według pra­wa policyjnego III Rzeszy. Nie istniała szczególna kategoria więźniarek z nazwą lesbijka, a dwie albo trzy kobiety, znajdujące się z ową adnotacją we wszystkich do dziś znanych dokumentach obozo­wych, zostały najprawdopodobniej zaaresztowane nie z powodu ich zboczenia, lecz dlatego, że były Żydówkami (na to wskazuje też ich klasyfikacja jako więźniarek politycznych).

Sachsenhausen2 300x197 Dla moich towarzyszy   Karl
więźniowie w Sachsenhausen z różowymi trójkątami

Lesbijki były więzione w KL Auschwitz, ale z powodu wykroczeń, bardziej ważkich w oczach policji. Nosiły zielone, czarne albo czerwone trój­kąty, nierzadko kombinowane z żółtym. W przeci­wieństwie do KL Ravensbrück, nie stosowano w KL Auschwitz środków wychowawczych z powo­du ich rzekomego lesbijskiego zachowania w obo­zie. Może dlatego, że w końcu marca 1942 roku, kiedy pierwsze kobiety trafiły do KL Auschwitz, nie było już mowy o reedukacji w obozach koncentra­cyjnych. Tak samo więc, jak w poza obozowych krę­gach niemieckiego społeczeństwa tak też i w obo­zach, potępiano lesbijki, ale ich nie karano.
Całkiem inaczej odnoszono się w III Rzeszy do homoseksualizmu męskiego. Zgodnie z §§ 175 i 175 a niemieckiego kodeksu karnego nierząd mię­dzy mężczyznami był zbrodnią. Sprawcom groziło dodatkowo skierowanie do obozu koncentracyjne­go. Niemiecki kodeks karny odnosił się jednak tylko do obywateli III Rzeszy. W okupowanych krajach obowiązywały inne prawa. Niemieckiej policji nie in­teresował na przykład nierząd między Polakami. Gdy jednak Niemiec miał nierządne stosunki z Polakiem, wówczas obu groziły surowe kary. Niemca kierowa­no z reguły do obozu koncentracyjnego, a jego part­nera karano śmiercią w obu przypadkach bez pro­cesu. Z tego powodu większość więźniów, oznako­wanych w obozach koncentracyjnych jako homosek­sualiści, stanowili Niemcy. W KL Auschwitz na przy­kład spośród 97 gejów, którzy rozpoznani zostali imiennie, 96 było Niemcami.

berlin1939.hgb .400 300x207 Dla moich towarzyszy   Karl
Berlin 1939

W obozach koncentracyjnych homoseksualiści stanowili odrębną kategorię więźniów, oznakowa­nych różowym trójkątem. Wśród swoich rodaków znajdowali się na samym dole więźniarskiej drabiny społecznej. Byli na ogół potępiani przez więźniów politycznych wszelkich narodowości i szykanowani nie tylko przez SS, ale również przez swoich zielo­nych i czarnych współwięźniów. Izolowano ich, a każda próba nawiązania kontaktów ściągała na nich podejrzenie o inicjowanie nierządnych stosunków.

To wszystko powodowało, że homoseksualiści mieli znacznie mniejsze prawdopodobieństwo prze­życia obozu jak przeciętni więźniowie. Z 64 gejów, reichsdeutschów, będących więźniami KL Au­schwitz, których los został rozpoznany, zginęło w obozie 51, tj. 80 proc.

bent ver1 1584 199x300 Dla moich towarzyszy   Karl
Bent z Owenem i Bluteau, opowiada romans dwóch więźniów w Dachau

Jednym z niemieckich gejów, którzy zginęli w KL Auschwitz był Ernst Ellson, urodzony 18 lute­go 1904 roku w Düsseldorfie, mojżeszowego wy­znania, nieżonaty, zamieszkały w Essen razem ze swoimi rodzicami. Od 1935 roku obserwowała go policja obyczajowa, która w tym czasie kontrolo­wała stale miejsca spotkań gejów — określone lo­kale a przede wszystkim publiczne ustępy. W poło­wie listopada 1940 roku zatrzymano na gorącym uczynku Willego M., uprawiającego prostytucję homoseksualną. Podczas przesłuchania wskazał on na Ellsona, jako na jednego ze swoich okazjo­nalnych klientów. Ellson został aresztowany 22 li­stopada 1940 roku. Ponieważ był Żydem, policja kryminalna poinformowała o tym, zgodnie z prze­pisami gestapo, które założyło mu akta. 14 marca 1941 roku sąd grodzki w Essen skazał Ellsona za zboczony nierząd, zgodnie z §175 kodeksu karne­go, na cztery miesiące więzienia, zaliczając areszt śledczy. Miał być zwolniony 23 marca 1941 roku.

Wyrok ten wydał się policji kryminalnej zbyt ła­godny. Zwróciła się więc ona do gestapo o przed­sięwzięcie odpowiednich środków. W dniu zwol­nienia Ellsona gestapowiec powitał go przy bra­mie więzienia z nakazem tymczasowego areszto­wania prewencyjnego. 18 kwietnia 1941 roku ber­lińskie gestapo wydało nakaz aresztowania z na­stępującym uzasadnieniem: „Ellson … zagraża egzystencji i bezpieczeństwu narodu i państwa dlatego, że czynił zboczony nierząd… Należy się obawiać, że na wolności będzie kontynuować swoje szkodliwe dla zdrowia narodu postępowa­nie … (podpisano: Reinhard Heydrich)”.

20090117514 Aimee i Jaguar 183x300 Dla moich towarzyszy   Karl
Aimee i Jaguar – opowiada historię romansu dwóch kobiet z okres II wojny światowej

Dalsze losy Ernsta Ellsona j jego rodziny przed­stawiały się następująco: 16 maja 1941 roku zo­stał on odesłany transportem zbiorowym do KL Buchenwald. Jego starych rodziców osadzo­no 25 kwietnia 1942 roku w obozie przejściowym Holbeckshof w Essen-Steele, skąd 21 lipca zo­stali przeniesieni do obozu w Theresienstadt, gdzie zginęli. On sam trafił 15 września 1942 roku do KL Gross Rosen, a stamtąd 16 października 1942 roku do KL Auschwitz. 26 listopada 1942 roku Komendantura KL Auschwitz poinformowała ge­stapo w Dusseldorfie, że Ernst Ellson „[…] zmarł 23.11.1942 w godz. 09.30 w szpitalu obozowym KL Auschwitz na pneumonię… Należy poinformo­wać rodzinę, że zwłoki były spalone na koszt pań­stwa, a urnę złożono na cmentarzu popielnicowym tutejszego krematorium”.

Zarówno przyczyna śmierci Ernsta Ellsona, jak i cmentarz, na którym miano spalić jego zwłoki, zo­stały zmyślone. Warto zwrócić uwagę na fakt, że prawie półtora roku przeżył ten Żyd i gej w obo­zach koncentracyjnych Buchenwald i Gross Rosen, natomiast pięć tygodni pobytu w KL Auschwitz wy­starczyło, by go wykończyć. Świadczy to o warun­kach i rygorze, jakie panowały w tym obozie w porównaniu do innych.

Liczba więźniów z różowymi trójkątami była w KL Auschwitz zawsze stosunkowo niska. 20 stycznia 1942 roku naliczono ich w obozie macie­rzystym 22, a 21 sierpnia tego samego roku w ca­łym kompleksie lagrów Auschwitz — 28. Mężczyź­ni, skłonni do tej samej płci, nosili jednak i inne trójkąty. Zielonym trójkątem oznaczony był na przykład reichsdeutsch Franz Waldhauser, prze­stępca zawodowy, skazany 28 listopada 1935 roku za zboczony nierząd oraz szantaż i kradzież na tle homoseksualnym na pięć i pół roku ciężkiego więzienia i skierowany do obozu koncentracyjne­go 30 maja 1940 roku. Innym, podobnym przykła­dem więźnia z zielonym trójkątem, jest reichs­deutsch, kapo Michael Unger. Na początku 1944 roku zmusił on w obozie Buna dwudziestoletnie­go niemieckiego Żyda do stosunku analnego. Sprawa doszła do wiadomości kierownika obozu. Po przesłuchaniu ukarano ofiarę 25 uderzeniami kijem za spełnienie wezwania do zboczonego nie­rządu. W dokumentach obozowych nie ma dal­szych śladów o Ungerze, dlatego też nie wiemy, czy został on wykastrowany, co według relacji Hermanna Langbeina praktykowano w Auschwitz w takich przypadkach.

Rudolf Brazda bf 300x192 Dla moich towarzyszy   Karl
Rudolf Brazda ze swoim chłopakiem

Homoseksualiści trafiali także do KL Auschwitz jako więźniowie polityczni. Niektórych z nich aresz­towano z powodów politycznych, bez zwracania uwagi na ich orientację seksualną. Inni potrafili zmienić kategorię uwięzienia, na przykład w trak­cie przewożenia do innego obozu. To właśnie uda­ło się zrobić Karłowi Gorathowi. W KL Neuengamme nosił on różowy trójkąt i był zatrudniony jako fleger. Na początku czerwca 1943 roku został prze­wieziony do KL Auschwitz razem z czterema inny­mi kolegami-flegerami. 11 czerwca 1943 roku zo­stał w KL Auschwitz zarejestrowany jako schutzhaftling, tj. więzień polityczny. Ewakuowany do KL Mauthausen w styczniu 1945 roku, przeżył obóz. Po wojnie osiedlił się na stałe w RFN.
W swoich wspomnieniach opowiada, że w ma­cierzystym obozie w Auschwitz został blokowym. Znalazł tam przyjaciół. Dwaj młodsi od niego Pola­cy, Tadeusz i Zbigniew, zostali jego kochankami. W 50 lat później przybył do Oświęcimia, do byłego obozu, by pokazać swoim kolegom, gejom mały pokoik na drugim piętrze w jednym z Bloków, gdzie przebywał.

Opowiadał: „Tu miałem swoją własną sztubę jako blokowy … było to właśnie tu … tu spędziłem najszczęśliw­szy okres swojego życia …ze Zbigniewem … Głos mu się załamywał, gdy mówił ze łzami w oczach, że jeden jedyny raz doznał w życiu tak głębokiej miłości ze strony innego mężczyzny i to było: — tu, w obozie, wśród całej nędzy wokół nas, nigdy wcześniej, i nigdy później — nigdy więcej. W Auschwitz miałem swoją największą miłość”.

Później, w archiwum Państwowego Muzeum Au­schwitz-Birkenau dowiedział się, że Tadeusz i Zbigniew zginęli w Auschwitz. Tuż przed powrotem do Niemiec złożył wraz ze swymi kolegami przy po­mniku w Birkenau wieniec ku czci wszystkich gejowskich ofiar hitleryzmu. Obok wieńca Karl położył mały bukiet różowych róż z odręcznie napisaną kartką:
„Dla moich towarzyszy Zbigniewa i Tadeusza – Karl”.

 

Joachim Neander

 — urodzony w Gdańsku, do 1999 roku mieszkał w Niemczech, potem w Krakowie, dr filozofii, matematyk, fizyk, autor licznych publikacji, m.in. o obozie koncentracyjnym Mittelbau, w 2002 roku stypendysta United States Holocaust Memoriał Museum w Waszyngtonie.


Data wpisu: 3 listopada, 2011 autor wpisu: Joachim Neander  |  Komentowanie nie jest możliwe

Aż tyle kobiet czuje lesbijskie pożądanie

Naukowcy: to zupełnie normalne.

Nowe badania wskazują, że ponad połowa kobiet na świecie czuje pociąg seksualny także do innych kobiet. Biseksualizm jest zgodny z naturą kobiety i pojawia się z wiekiem – donosi “The India Times”.

811300 58030171 Aż tyle kobiet czuje lesbijskie pożądanieNa wydziale psychologii amerykańskiego uniwersytetu stanowego w Boise, stan Idaho, zbadano blisko 500 heteroseksualnych kobiet. 60 proc. czuło pociąg seksualny do innych kobiet, 45 proc. całowało się kiedyś z kobietą a połowa miała fantazje erotyczne na temat innej kobiety.

Uczucie silniejsze niż przyjaźń rodzi się u kobiet przez długie rozmowy przez telefon i tulenie się do siebie podczas oglądania romantycznych filmów. Kobiety całe życie zachęca się do większej intymności między sobą. Dlatego przyjaźnie kobiet są tak bardzo podobne do związków dwojga partnerów – zauważa gazeta.

Tworząc odpowiedni klimat, łatwiej kobietom rozpocząć romans.


Data wpisu: 3 listopada, 2011 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Geje mają lepsze stosunki z własnymi ojcami

Za to lesbijki nie dogadują się z żadnym z rodziców.

Badanie kilkuset kobiet i mężczyzn z Finlandii pokazało, że potoczne określanie złych relacji syna z ojcem jako źródło homoseksualizmu obarczone jest błędem – donosi crosswalk.com.

990508 73031080 Geje mają lepsze stosunki z własnymi ojcamiO ile bowiem lesbijki w badaniu opisywały swoje relacje z obojgiem rodziców jako chłodne a heteroseksualne jako ciepłe, to spostrzeżenia mężczyzn homo i heteroseksualnych zaskoczyły.

Geje częściej niż heteroseksualni mężczyźni wskazywali układy z ojcem jako dobre i przepełnione uczuciem rodzicielskim – czytamy w recenzji badań na serwisie narth.com.

Co ciekawe, dużo ostrzejsze w wychowaniu i oczekujące podporządkowania były matki gejów niż mężczyzn heteroseksualnych.

Badania przeprowadzono na wydziale psychologii uniwersytetu Åbo Akademi. 


Data wpisu: 2 listopada, 2011 autor wpisu: Monika admin Czaplicka  |  Komentowanie nie jest możliwe

Różowe piekło nazizmu

O tragicznym losie homoseksualistów w czasach nazizmu w Polsce się nie pisze. Tysiące Polaków — homoseksualistów, ofiar obozów śmierci, nie doczekało się żadnej publikacji. Zwykły wstyd powoduje, że o homoseksualnych ofiarach nazistowskich prześladowań naukowcy milczą.

MagnusHirschfeld Różowe piekło nazizmu
Magnus Hirschfeld

Złote lata Niemiec

Wiek XIX to okres, w którym po raz pierwszy, dają się zauważyć na szerszą skalę głosy otwarcie broniące homoseksualizmu i nie uznające go za zachowanie godne potępienia. Wzorem tego postępu był Kodeks Napoleoński z 1804 roku. Pod wpływem Rewolucji Francuskiej, Bawaria usunęła w 1813 roku prawo uznające związki homoseksualne za podlegające karze; podobnie postąpił wkrótce rząd Hanoweru. Po wojnie francusko-pruskiej proklamowano w 1871 roku Cesarstwo Niemieckie z Bismarckiem na czele rządu. Zunifikowano prawo wprowadzając paragraf 175 mówiący, że „mężczyzna, który dopuszcza się nieprzyzwoitych stosunków z innym mężczyzną, lub który bierze udział w takich stosunkach będzie karany więzieniem”.

Żarliwym przeciwnikiem paragrafu 175 był berliński lekarz Magnus Hirschfeld. W 1897 roku utworzył on Komitet Naukowo-Humanitarny mający na celu zniesienie paragrafu 175 i edukację w sprawach homoseksualizmu. Komitet skupiał znanych naukowców niemieckich oraz silny ruch kobiet. Pomimo wielu trudności natury prawnej, Komitet pomagał w tworzeniu miejsc spotkań dla gejów i lesbijek. Mottem życia Hirschfelda, było per scientiam ad justitiam (przez wiedzę do sprawiedliwości). To właśnie Hirschfeld był organizatorem pierw­szego kongresu Światowej Ligi na rzecz Reformy Seksualnej zorganizowanego w 1928 roku w Kopenhadze.

Hiller tract against Paragraph 175 224x300 Różowe piekło nazizmu
Traktat Hillera przeciwko Parafrafowi 175

Zagadnienie homoseksualizmu było w owych czasach bardzo często podejmowane w niemieckiej  prasie, literaturze i kinematografii. Dyskutowa­no o tym wszędzie. Powstawały coraz to nowe klu­by, bary i inne miejsca spotkań dla gejów i lesbijek. W samym Berlinie istniało około 100 takich barów.

Rosnąca inflacja i recesja gospodarcza w poło­wie lat dwudziestych XX wieku umocniła nazizm. Nacjonalistyczna prawica kładła nacisk na das Volk, czystość rasy i krwi, rolę i świętość życia rodzinne­go. Republika Weimarska była coraz częściej ata­kowana za zgodę na zbytnią rozwiązłość seksual­ną. Żydów zaś oskarżano o obniżanie morale Niem­ców, a przede wszystkim o sterowanie akcją mają­cą na celu zniszczenie rasy aryjskiej i spadek po­pulacji. Umacniający swoją władzę Hitler oskarżał młodą demokrację o to, że jest „cieplarnią dla wzmocnionego wzrostu pokus i zachęt”. Jako Żyd i homoseksualista, Hirschfeld stał się idealnym ce­lem ataków nazistów. Na początku lat dwudziestych antysemici organizowali kilkakrotnie napady na nie­go, a podczas jego odczytu w Wiedniu, w 1923 roku, młody człowiek otworzył ogień do słuchaczy raniąc kilku z nich. Albert Moll, przyjaciel Hirschfelda i ko­lega po fachu, podobnie jak on też Żyd, w 1926 roku zorganizował w Berlinie pierwszy Kongres na temat Badań Seksuologicznych.

Bucherverbrennung book burning Nazi 1933 Institute 300x216 Różowe piekło nazizmu
1933 nazistowska parada przed budynkiem Instytutu Badań Seksualnych w Berlinie

Hirschfeld i jego współpracownicy szukali przez pewien czas oparcia dla swojej działalności w Związku Radzieckim, jednak sympatia do tego kraju opadła, gdy na skutek rozporządzenia Stali­na zaczęto umieszczać coraz więcej radzieckich homoseksualistów w szpitalach dla psychicznie chorych.

Wkrótce jedna z nazistowskich gazet napisała: „Wśród wielu diabelskich instynktów, jakie charak­teryzują żydowską rasę, jeden szczególnie doty­czy związków seksualnych. Żydzi zawsze próbują popierać związki seksualne pomiędzy rodzeń­stwem, człowiekiem a zwierzętami oraz mężczy­zną a mężczyzną. My Narodowi Socjaliści wkrótce postawimy i potępimy ich przed prawem. Te czyny są niczym innym jak wulgarnymi, zboczonymi prze­stępstwami, a my je ukarzemy przez banicję lub powieszenie winnych”. Słowa te były zapowiedzią nowej epoki.

Dojście narodowych socjalistów do władzy 6 maja 1933 roku, w trzy miesiące po wyborze Hitlera na Kanclerza Niemiec, kilka ciężarówek za­jechało przed Instytut Nauk Seksualnych Magnusa Hirschfelda w Berlinie. Około 100 studentów wtargnęło do budynku i rozpoczęło dewastację In­stytutu rozrzucając dokumenty, niszcząc mienie i materiały badawcze oraz wynosząc książki z bi­blioteki. Po południu, inne ciężarówki, tym razem hitlerowskich szturmówek pojawiły się by dokoń­czyć operację. Kilka dni później, przed operą ber­lińską spłonęły pokaźne ilości książek i dokumen­tów oraz

WHK1901 300x144 Różowe piekło nazizmu
Zarząd WHK (Wissenschaftlich-humanitäres Komitee) w 1901 roku; od lewej: Georg Plocku, dr Ernst Burchard, dr Magnus Hirschfeld, Baron Hermann von Teschenberg

popiersie Hirschfelda na oczach licznie zgromadzonej przez hitlerowców publiczności. Hirschfeld był już w tym czasie poza krajem (ni­gdy do niego nie powrócił) i oglądał niszczenie Instytutu w jednym z paryskich kin. Wkrótce po­tem nazistowski rząd Niemiec pozbawił go oby­watelstwa. Zmarł w wieku 67 lat, 15 maja 1935 roku w Nicei, gdzie do ostatnich dni swego życia pracował nad utworzeniem Instytutu podobnego do berlińskiego.

Atak na Instytut Hirschfelda był pierwszym tak drastycznym krokiem nazistów wobec homoseksu­alistów, a po części także Żydów. Zniszczenie In­stytutu zostało poprzedzone stwierdzeniami, że „jest to międzynarodowe centrum sprzedaży białych nie­wolników i niekontrolowane podłoże dla hodowli brudu i nieczystości”. W roku 1930, Wilhelm Frick, nazistowski członek Reichstagu, a później minister Spraw Wewnętrznych w rządzie Hitlera, przedsta­wił projekt kastracji homoseksualistów, tej żydow­skiej zarazy. Gazety nazistowskie domagały się kary śmierci za akty homoseksualne.

himmler 219x300 Różowe piekło nazizmu
Heinrich Himmler

Wielu niemieckich gejów, podobnie jak i Żydów, sądziło jednak, że polityka nazistów zmieni się, gdy tylko przejmą oni władzę. Niektórych zaślepił kult męskości propagowany przez hitlerowców. Partia nazistowska trzymała nawet z homoseksualistami — jak pisał w 1931 roku ówczesny gejowski aktywi­sta Adolf Brand. Tym z czego jednak sympatycy nazistów nie zdawali sobie sprawy było to, doda­wał Brand, że „trzymali oni już sznur wisielca w swo­ich kieszeniach”.


Nienawiść do homoseksualizmu wypływała za­równo z ideologii partii jak i z osobistych obsesji jej przywódców, a szczególnie Heinricha Himmlera, głównego twórcy planu eksterminacji homoseksu­alistów. Dla Himmlera oraz innych nazistowskich ideologów, homoseksualiści, podobnie jak i Żydzi, stanowili uosobienie degeneracji. Żydzi i homosek­sualiści byli widziani jako outsaiderzy, ludzie gorsi, stanowiący zagrożenie dla czystości der Volku. Jak zauważa George Z. Mosse w swojej książce Nationalism and Sexuality, nacjonalistyczni i nazistow­scy typologowie przedstawiali Żydów i homosek­sualistów w bardzo podobny sposób; traktując ich jako agresywnych, niewyżytych seksualnie przez co nie potrafiących kontrolować swojego pożąda­nia, egoistycznych i bezużytecznych. Żydzi i ho­moseksualiści byli oskarżani o używanie swojej odmienności jako broni przeciwko społeczeństwu. Żydzi mieliby ponoć szaleć za chrześcijańskimi kobietami, a homoseksualiści za młodymi aryjczykami. Naziści wierzyli w międzynarodową konspi­rację żydowską i o to samo oskarżali homoseksu­alistów.

rhmwienerwerkstaettepos 204x300 Różowe piekło nazizmu
Ernst Röhm

Żył jednak w Niemczech człowiek, szef sztabu SA, który był gejem i to na tyle nieznośnym gejem, że nie ukrywał tego faktu. Tym człowiekiem był Ernst Röhm, prawa ręka Hitlera. Jego upadek, w pierw­szych dniach Rzeszy, przesądził o przyszłym losie homoseksualistów pod władzą Adolfa Hitlera. Prze­ciwstawiając się stereotypom propagowanym przez jego partię, Ernst Rohm był „nadętym chciwcem, surowym tatuśkiem dla swoich wojsk, prostakiem nie wyczuwającym taktu”, jak go określił Richard Plant w swojej książce The Pink Triangle. Syn ba­warskich urzędników, ranny podczas I wojny świa­towej, Röhm został wciągnięty w nurt nacjonali­stycznej polityki w atmosferze upokorzenia po przegranej Niemiec. Szybko stał się jednym z najbliż­szych i najbardziej zaufanych przyjaciół Hitlera — jedynym, do którego Hitler zwracał się koleżeńskim zwrotem „du”. Będąc szefem szturmówek SA, zło­żonych głównie z byłych żołnierzy i szczególnie wyselekcjonowanych chuliganów, odpowiadał za ich akcje polegające przede wszystkim na gnębie­niu Żydów i przeciwników Hitlera. To właśnie ta tak­tyka odegrała główną rolę w dojściu Hitlera do wła­dzy. Hitler ignorował homoseksualizm Röhma ze względu na jego organizacyjne sukcesy w budo­waniu SA. Ale tylko do roku 1925, do momentu gdy wybuchła między nimi kłótnia. Wówczas Hitler wy­słał Röhma na wygnanie do Boliwii, gdzie szkolił on armię boliwijską. Gdy w 1929 roku bunt wstrzą­snął SA, przestraszony Hitler zlecił Röhmowi na­tychmiastowy powrót do kraju. Stosunki między nimi widocznie się poprawiły, bo gdy do Hitlera dotarły skargi na niemoralne zachowanie Röhma, bronił go twierdząc, że [SA — przyp. red.] „nie jest instytu­cją edukacji moralnej dla delikatnych panienek, ale formacją zaprawionych bojowników. „Jego [Röhma — przyp. red.] życie prywatne” — dodawał — „nie może być obiektem krytyki dopóty dopóki nie popada on w konflikt z głównymi zasadami ideologii narodowo-socjalistycznej”.

Hitler portrait crop 224x300 Różowe piekło nazizmu
Adolf Hitler

W 1932 roku, w rok przed przejęciem władzy przez nazistów, do prasy przedostało się kilka li­stów kompromitujących Röhma, które stały się dla jego wrogów dowodami potwierdzającymi jego skłonności seksualne. Gdy Hitler został kanclerzem, Röhm nie był mu już tak potrzebny, jak przedtem, nie miał więc powodów, do tolerowania jego sek­sualnych poczynań. Poza tym Rohm, radykalny nazista, zamierzał zastąpić regularną armię nie­miecką wojskiem SA, co było w sprzeczności z ówczesnymi planami Hitlera, który zabiegał o po­parcie arystokracji i przemysłowców. Zarówno za­tem Röhm, jak i wielu jego kolegów, stało się dla Hitlera kulą u nogi, której musiał się pozbyć.

28 czerwca 1934 roku, w Noc Długich Noży, na rozkaz Hitlera rywalizująca z SA, himmlerowska SS, zaatakowała pensjonat Hanelbauer nad jeziorem Wiessee, niedaleko Monachium. W pensjonacie tym przebywał Ernst Röhm oraz inni liderzy brązo­wych koszul. Atak ten był częścią ogólnokrajowe­go planu, który przewidywał zamordowanie około 300 osób. Rohm znalazł się wśród aresztowanych. W trzy dni później, oficer SS wszedł do jego celi więziennej i podał mu rewolwer mówiąc: „Będę z powrotem za 15 minut”. Rohm odpowiedział: „Po­zwól to zrobić Adolfowi, nie zamierzam robi

ć jego roboty”. Tego samego dnia Rohm został stracony. W świat poszła wiadomość, że jakoby Röhm pota­jemnie przygotowywał pucz.

135px SA Logo.svg  Różowe piekło nazizmu
Logo SA (Sturmabteilung)

W oświadczeniach wydanych 30 czerwca nie było mowy o puczu ani nawet o jego próbie, a jedy­nie o „najcięższych zaniedbaniach, konfliktach, cho­robliwych skłonnościach”, a jeżeli nawet pojawia się słowo „spisek”, przeważa wrażenie, że motywy in­terwencji Hitlera były czysto moralne. Jak to Hitler ujął w jednej ze swych mniej szczęśliwych meta­for: „Führer wydał rozkaz bezlitosnego usunięcia tego wrzodu; w przyszłości nie dopuści, by poje­dyncze osoby o chorobliwych skłonnościach obcią­żały i kompromitowały miliony przyzwoitych ludzi”.

Homoseksualizm Röhma został wykorzystany przez propagandę komunistyczną jako przykład „prawdziwej natury III Rzeszy”. W latach trzydziestych i czterdziestych obydwa rządy, zarówno nazistow­ski jak i stalinowski, przedstawiały homoseksualizm jako zwyrodnienie i dewiację wroga. Tak ujęty ho­moseksualizm prezentowały liczne obrazy filmowe, wyprodukowane na potrzeby propagandy.

569px Hitler Nürnberg 1935 284x300 Różowe piekło nazizmu
Hitler w Nürnberg 1935 razem z SA

Unicestwienie Röhma i jego SA pozwoliło Heinrichowi Himmlerowi, przywódcy SS, zostać drugą po Hitlerze najważniejszą osobą w Niemczech. Podobnie jak inni nacjonaliści w tym czasie, Himmler miał obsesję na punkcie der Volku. W prze­mowie do lejtnantów SS z 1937 roku ostrzegał, że rozwój homoseksualizmu jest zagrożeniem dla re­produkcji narodu. Dodawał, że w klubach homo­seksualistów zarejestrowanych jest dwa miliony członków; eksperci pracujący nad homoseksualizmem obliczyli, że w kraju jest od dwóch do czte­rech milionów homoseksualistów. „Nasz Volk jest niszczony przez tę epidemię” — twierdził Himmler. „Naród, który ma wiele dzieci, ma kwalifikacje, by być światowym mocarstwem i panem świata. Ra­sowo czysty Volk, który ma mało dzieci, ma pewną drogę do zagłady”. Kontynuował: „Musimy być pew­ni czy chcemy nadal nosić ten ciężar [homoseksu­alizmu — przyp. red.] w Niemczech nie mogąc go zwalczyć. Grozić to może końcem Niemiec, końcem germańskiego świata. Niestety, nie jest to ta­kie łatwe, jak było dla naszych przodków. Dla nich te indywidua były po prostu czymś niemoralnym. Homoseksualiści, nazywani urningami, byli topieni w bagnach. Panowie profesorowie, którzy odnaj­dują te ciała na moczarach nie zdają sobie, z pew­nością, sprawy, że w dziewięćdziesięciu na sto przy­padków mają homoseksualistów przed sobą, któ­rzy w ubraniach i całej reszcie byli tam topieni. To nie była kara — to było po prostu pozbywanie się czegoś nienormalnego”.

Sachsenhausen2 300x197 Różowe piekło nazizmu
więźniowie w Sachsenhausen z różowymi trójkątami

W dwudziestowiecznych Niemczech nie topio­no już ludzi w bagnach. Dla homoseksualistów SS przygotowywała jednak coś o wiele bardziej wyra­finowanego: „Ci ludzie będą z pewnością publicz­nie pozbawiani stanowisk, zwalniani i stawiani przed sądem. Po wyroku sądowym będą zabierani do obozów koncentracyjnych, a tam rozstrzeliwani w razie próby ucieczki”.

Himmler chciał stworzyć tzw. Mannerstaadt — państwo, którego celem byłaby jak pisał Moss: „współpraca mężczyzn tworzących komunę jako rządzącą elitę”. W społeczeństwie opartym na sile i wytrzymałości, homoseksualiści, przedstawiani jako trzecia płeć, nie mieli swojego miejsca.

Nie jest w pełni jasne, co na temat homoseksualizmu myślał Hitler. Jego obawy były natury głów­nie politycznej: bał się, że homoseksualiści mogli­by inwigilować niewielką elitę polityczną i stworzyć państwo w państwie. Rudolf Diels, szef Gestapo, przypomina rozmowę, w której Hitler wyraził jako­by obawę, że homoseksualiści na wysokich stano­wiskach mogli wykazywać niesubordynację tylko z powodu odmiennej orientacji seksualnej. Według Dielsa, Hitler przedstawił mu pewnego dnia taką oto analogię: „Popatrz, gdybym miał wybór między kochaną ale niekompetentną dziewczyną jako se­kretarką i taką, która jest odpowiednia ale ohydna, zdecydowałbym się z pewnością, na kochaną nie­kompetentną. Tak więc jeżeli homoseksualiści prze­jęliby władzę i wpływy, nazistowskie Niemcy znala­złyby się w rękach tych kreatur i ich kochanków”.

berlin1939.hgb .400 300x207 Różowe piekło nazizmu
Berlin 1939

W niecały miesiąc po przejęciu władzy przez Hitlera, zdelegalizowano wszystkie działające w Niemczech organizacje gejowskie. Kurt Hiller, któ­rego Magnus Hirschfeld mianował szefem swoje­go Komitetu Naukowo-Humanitarnego, został zesłany do obozu koncentracyjnego w Oranienburgu i z nieznanych dotąd powodów zwolniony w dzie­więć miesięcy później. Do lata 1933 roku brązowe koszule Röhma atakowały bary gejowskie na tere­nie całego kraju; wiele z nich zamknięto, a te, które zostały, musiały działać nielegalnie. Dla przykładu, na spotkaniu przedstawicieli administracji miasta Hamburga, 13 listopada 1933 roku, naczelnik poli­cji otrzymał polecenie „zwrócenia szczególnej uwa­gi na transwestytów i przekazywania ich do obo­zów koncentracyjnych”. W 1934 roku, gestapo wy­słało list do wszystkich posterunków policji w kraju by sporządziły listy wszystkich „w jakikolwiek spo­sób aktywnych homoseksualnie osób”. W ten spo­sób berlińskiej policji udało się stworzyć listę około trzydziestu tysięcy homoseksualistów. W maju 1935 roku gazeta wewnętrzna SS „Das Schwarze Korps” domagała się kary śmierci dla gejów.

pic berlin yogyakarta 300x211 Różowe piekło nazizmu
Berlin Yogyakarta

Legalna podstawa do oskarżenia o homoseksualizm zaczęła się rozszerzać o nowe paragrafy. 28 czerwca 1935 roku do paragrafu 175 dodano posądzenie o jakikolwiek kontakt fizyczny między dwoma mężczyznami. Miało to związek z wprowa­dzeniem praw norymberskich, które określiły róż­nice pomiędzy rasą aryjską i niearyjską. W kilka miesięcy później okazało się, że za rasę niearyj­ską naziści zaczęli uważać przede wszystkim Ży­dów i Romów. W rezultacie tego, według oficjal­nych statystyk gestapo, oskarżenia o pogwałcenie paragrafu 175 wzrosły z 853 przypadków w 1933 roku do 2106 w 1935, by w 1938 osiągnąć liczbę 8562 oskarżeń. W roku 1936 przy Kwaterze Głów­nej Gestapo w Berlinie utworzono Federalny De­partament Obrony do zwalczania Aborcji i Homoseksualizmu, którego szefem został Joseph Meisinger. Nowe dyrektywy otwierały drogę do umiesz­czania coraz to większej liczby homoseksualistów w obozach koncentracyjnych. W 1938 roku usta­nowiono, że mężczyzna oskarżony o stosunek z innym mężczyzną może być bezzwłocznie prze­transportowany do obozu koncentracyjnego. W 1940 roku rozporządzenie to rozszerzono sta­nowiąc, że aresztowany homoseksualista, który miał więcej niż jednego partnera, po odbyciu wyro­ku musi być natychmiast przekazany do obozu kon­centracyjnego. Według ciekawej pracy Wolfganga Harthausera Die Verfolgung der Homosexuellen im Dritten Reich, w latach 1931–1934 w III Rzeszy pro­wadzono 3261 spraw dotyczących oskarżeń o homoseksualizm. Liczba ta drastycznie wzrosła w la­tach 1936–1939 do 29771. „Przeznaczeniem homo­seksualistów jest stać się ‘pokarmem’ obozów kon­centracyjnych” — głosił w 1935 roku wyrok jednego z sądów, orzekający winę człowieka, który podglą­dał w parku spółkującą parę, a w śledztwie wyznał, że obserwował jedynie mężczyznę.

logo berlin yogyakarta 300x71 Różowe piekło nazizmu
berlin-yogyakarta

W miarę łatwe pokonanie Röhma ośmieliło nazistów do ataku na groźniejszego wroga — kościół katolicki. Propaganda hitlerowska oskarżyła księ­ży i zakonników o homoseksualizm. Oskarżenia te osiągnęły swoje apogeum w roku 1937, gdy Joseph Goebbels, minister propagandy Rzeszy, ogło­sił w radiu, że „zakrystia stała się burdelem, a klasz­tory męskie są miejscami rozwoju podłego homo­seksualizmu”. Między 1934 a 1937 rokiem miały miejsce głośne procesy o homoseksualizm, które kończyły się jednak z reguły tylko na oskarżeniach. W roku 1938 dowódca sił zbrojnych Werner von Fritsch został oskarżony o sodomię i zdegradowa­ny ze swojego stanowiska. Mówiło się, że von Fritsch krytycznie odnosił się do planów Hitlera wobec wojny w Europie. Twierdził, że Niemcy są zbyt słabe militarnie by tę wojnę wygrać. Oskarża­jąc go o homoseksualizm, Hitler chciał ośmieszyć przywódców wojskowych i wyeliminować z armii tych, którzy chcieli być wobec niego niezależni. Aby pozbyć się rywala, Himmler i Göring, którzy dzia­łali wspólnie, przedstawili podobnie jak w przypad­ku eliminacji Röhma, policyjne dossier oraz świad­ka na poparcie zarzutu praktyk homoseksualnych von Fritscha. Zanim udowodniono, że dossier do­tyczyło nie von Fritscha, tylko emerytowanego ofi­cera kawalerii Frischa (fakt, o którym gestapo wie­działo przez cały czas), pomówienie spełniło swo­je zadanie. Hitler zwiększył kontrolę nad siłami zbrojnymi obsadzając ważne politycznie stanowi­ska zaufanymi ludźmi.
W1936 roku akcja zwalczania homoseksualizmu nieco osłabła. W Berlinie odbywała się wówczas olimpiada. Otwarto więc na nowo niektóre bary gejowskie, a policji nakazano, by nie zatrzymywała za­granicznych homoseksualistów odwiedzających tego typu miejsca. Rok ten stanowił jednak wyjątek i nie spowodował przerwania represji.

20090117514 Aimee i Jaguar 183x300 Różowe piekło nazizmu
Aimee i Jaguar – opowiada historię romansu dwóch kobiet z okres II wojny światowej

Lesbijkom, w większym stopniu niż gejom, uda­ło się uniknąć prześladowań. Nigdy nie rozszerzo­no paragrafu 175 na związki lesbijskie, mimo iż naziści rozważali taką możliwość. Himmler nie wi­dział jednak żadnego zagrożenia za strony kobiet dla swego Mannerstaadt. Miłość między dwiema kobietami była, według nazistów, obca aryjskim kobietom. Zresztą, od momentu gdy kobiety zosta­ły wykluczone z zajmowania wysokich stanowisk w partii, trudno było przewidywać realne zagroże­nie ze strony „lesbijskiej konspiracji”.

Podczas gdy w Niemczech naziści dokładali sta­rań by zlikwidować problem homoseksualizmu cał­kowicie, w okupowanych przez nich podczas II wojny światowej krajach nie przywiązywano do niego tak dużego znaczenia, gdyż Himmler wie­rzył, że homoseksualizm osłabia wigor podbitych narodów. Na skutek tego nie zakazano prawnie związków homoseksualnych. W Holandii, która według planów Hitlera miała stać się częścią Wiel­kiej Rzeszy, zunifikowano prawo z prawem niemiec­kim. Rozszerzono obowiązywanie paragrafu 175, mimo że w tym kraju prawo nie dyskryminowało homoseksualistów od 1811 roku. Zamknięto też działający od 1911 roku Naukowy Komitet Huma­nitarny (NWHK), walczący m.in. o prawa homosek­sualistów. Na skutek tego cała gejowska subkultu­ra została zmuszona do przeniesienia się do pod­ziemia. Policja holenderska niechętnie odwiedzała miejsca, w których spotykali się homoseksualiści, a listy z ich nazwiskami nigdy nie zostały doręczo­ne Niemcom.

jean cocteau5 280x300 Różowe piekło nazizmu
Jean Cocteau

Polska, według nazistowskich planów, miała pozostać poza granicami Rzeszy. Jej mieszkańcy byli bowiem postrzegani jako genetycznie gorsi od Niemców. Bliskie sąsiedztwo Polski z Niemcami napawało jednak nazistów obawą, że z tych wła­śnie terenów może rozchodzić się degeneracja. W Polsce od 1932 roku obowiązywało prawo za­kazujące karania za stosunki homoseksualne. W czasie niemieckiej okupacji polscy homoseksu­aliści byli jednak również prześladowani.

We Włoszech za czasów Mussoliniego, którego poglądy na sprawy seksualne nie były zbyt surowe, homoseksualistów nigdy nie prześladowano tak bar­dzo, jak w Niemczech i w innych okupowanych kra­jach. Nie karano np. za akty homoseksualne.

W okupowanym Paryżu artyści będący gejami nie byli na ogół prześladowani, jeżeli ich pochodze­nie było aryjskie. Pronazistowski rząd Vichy oskar­żył, po zawieszeniu broni w 1940 roku, przedwojen­ne społeczeństwo francuskie o dekadencję. Jednym z oskarżonych o propagowanie degeneracji stał się nowelista, dramaturg i reżyser filmowy Jean Cocteau. „Wierz lub nie” — pisał do przyjaciela — „ci, którzy tworzą teraz wartości zadecydowali, że Gide i ja je­steśmy winni wszystkiego”. Gdy wystawiano w oku­powanym Paryżu sztuki Cocteau, ktoś podłożył w teatrze dwie bomby z gazem, a kilku chuliganów wdarło się na scenę obrażając dramaturga i jego partnera, aktora Jean’a Marais. Cocteau, na szczę­ście, nigdy nie wypowiadał się publicznie na ten te­mat, co było prawdopodobnie powodem pozosta­wienia go przez faszystów w spokoju.

Eksterminacja homoseksualistów

bent ver1 1584 199x300 Różowe piekło nazizmu
Bent z Owenem i Bluteau, opowiada romans dwóch więźniów w Dachau

Homoseksualiści byli jedną ze specjalnie wyse­lekcjonowanych grup w obozach koncentracyjnych. Mimo że liczebnie było ich znacznie mniej niż in­nych więźniów, przeżywali szczególne piekło. Je­sienią 1933 roku do obozu koncentracyjnego w Fuhlsbuttel przybył pierwszy, odnotowany przez nazistów, transport homoseksualistów. Była to nowa kategoria więźniów. Oznaczano ich literą A, który to znak zamieniono później na różowe trójkąty (Rosę Winkeln). W przeciwieństwie do Żydów i Romów, zamiarem nazistów nie było całkowite zlikwidowanie homoseksualistów, lecz ich „reedukowanie”. Śmiertelność wśród homoseksualistów była wysoka, szczególnie w porównaniu z innymi grupami, więzionymi z zamiarem „reedukacji”. W obozach zmarło 55 proc. więźniów homoseksualnych, w przeciwieństwie do 40 proc. więźniów po­litycznych i 34,7 proc. Świadków Jehowy. W obo­zach zginęło od 5000 do 15 000 gejów, chociaż liczba ta mogła być znacznie wyższa, bowiem ho­moseksualiści, w przeciwieństwie do Żydów czy Romów, mogli łatwo ukryć swoją odmienność.

Homoseksualistów traktowano jako najniżej usytuowaną w społeczności więzniarskiej grupę społeczną. Z reguły otrzymywali oni najgorsze pra­ce, często byli odrzucani przez współwięźniów i traktowani jak zboczeńcy. Również obozowi kapo, którzy nadzorowali komanda robocze, odmawiali im pomocy. Mieli ograniczony kontakt ze światem zewnętrznym; rzadko zdarzało się, by rodziny utrzy­mywały kontakt z więźniami noszącymi różowe trój­kąty, a przyjaciele pozostający na wolności woleli nie mieć nic wspólnego z tymi, którzy znajdowali się w obozie. Sporadycznie spotykało się odruchy solidarności między samymi homoseksualistami. Jak pisze Raimund Schnabel w swym studium o Dachau: „Pomiędzy homoseksualistami rzadko byli ci, których zachowanie można by nazwać zbo­czonym; jednak byli też i lizusi i oszuści. Więźnio­wie noszący różowe trójkąty nigdy nie żyli długo. Byli mordowani przez SS szybko i systematycznie”.

l b206a96b9ef7481894ba9d3a4c24f1f2 210x300 Różowe piekło nazizmu
oznaczenia w obozach koncetracyjnych

Niewiele wiadomo o lesbijkach przebywających w obozach. Historykom znany jest jedyny dokument, który podaje homoseksualizm kobiety jako powód umieszczenia w obozie w Ravensbrück. Na jedena­stym miejscu listy transportowej kobiet, przywiezio­nych do tego obozu 30 listopada 1940 roku, wymie­niona jest Żydówka, dwudziestosześcioletnia Ella S. Obok jej nazwiska dopisano: lesbijka. Została ona umieszczona z więźniarkami politycznymi, niewiele jednak wiadomo o jej późniejszym losie.

W Sachsenhausen mężczyźni noszący różowe trójkąty byli odseparowani od reszty więźniów w tzw. ciotowskim bloku. W byłym akademiku skupiono ich ponad 180 bez żadnych zróżnicowań; od nie­wykwalifikowanych robotników, sklepikarzy, po muzyków, profesorów i duchownych, a nawet ary­stokratów i wielmożów. Homoseksualistom nie było wolno pełnić żadnych funkcji. Zakazano im także rozmów z więźniami z innych bloków. Obawiano się prawdopodobnie, że będą oni nakłaniać innych do zachowań homoseksualnych. Są jednak dowo­dy, że do aktów tych dochodziło częściej w innych blokach, niż homoseksualne.

15410 46235 300x300 Różowe piekło nazizmu
Rudolf Brazda, ostatni znany ocalały z „Różowych trójkątów”; zmarł w sierpniu 2011 we Francji w wieku 98 lat

Więzieni homoseksualiści zmuszani byli do spa­nia w koszulach nocnych i trzymania rąk na pościeli, co miało zapobiec masturbacji. Jeden z więźniów wspomina, że „osoba przyłapana bez bielizny lub z rękoma pod pościelą — a było nawet po kilka kon­troli w ciągu nocy — była wyciągana na zewnątrz, wy­lewano na nią kilka wiader wody i kazano stać tak przez dobrą godzinę. Tylko nieliczni przeżywali, zwłaszcza gdy na szybach był centymetr lodu. W re­zultacie panował bronchit, a rzadko się zdarzało, by jakiś homoseksualista wychodził żywy ze szpitala”.
Z wyjątkowego okrucieństwa słynął blokowy z KL Gross-Rosen (obecnie Rogoźnica). Jak opisu­je Józef Gielo w swych wspomnieniach obozowych z Gross-Rosen: „ten niemiecki kryminalista i zboczeniec seksualny zwabiał do siebie młodych chłopców i po kilku dniach współżycia mordował ich z zimną krwią. Mordował też tych, którzy nawet przez przypadek byli świadkami procederu, jaki uprawiał”.

Homoseksualistów kierowano do szczególnie ciężkich robót w obozach w Sachsenhausen, Buchenwald, Mauthausen, Auschwitz i innych. Pracowali oni w cementowniach Sachsenhausen i w podziemnych fabrykach produkujących rakiety V-2 koło Buchenwaldu. Rudolf Hoss, pełniący funk­cję komendanta obozu Sachsenhausen przed prze­niesieniem go do KL Auschwitz, był przekonany, że można zmienić orientację seksualną ciężką pra­cą. Rezultaty tej reedukacji były tragiczne — więk­szość poddanych jej więźniów zmarła.

Rudolf Brazda 482pxk 263x300 Różowe piekło nazizmu
Rudolf Brazda w młodości przed zesłaniem do obozu

Duża liczba homoseksualistów przebywała w obozie Sachsenhausen, który do 1942 roku był uważany za „Auschwitz dla homoseksualistów”. Pra­cowali oni głównie w obozie przy wydobywaniu gli­ny i produkcji cegieł. Niezależnie od pogody, zmu­szani byli do pchania wózków pełnych gliny w kie­runku maszyny produkującej cegły. Praca ta była szczególnie uciążliwa, gdy doły po wykopanej gli­nie były prawie puste. Półżywi więźniowie pchają­cy wózki pod górę, przynaglani byli ciągle przez esesmanów i pilnujących ich kapo. Wózki często zsuwały się z szyn i pędziły z powrotem w dół, przy­gniatając bezbronnych więźniów, nie próbujących nawet uciekać. Słychać było tylko trzask łamanych kości i razy batów wymierzane pozostającym przy życiu więźniom.
L. D. von Classen-Neudegg, który przeżył po­byt w KL Sachsenhausen, opisuje śmierć około 300 homoseksualistów pracujących w cementowni. „Dowiedzieliśmy się, że mamy być podzieleni roz­kazem karnym i następnego ranka przeniesieni do jednostki pracującej w cementowni. Drżeliśmy, bo śmiertelność w tej fabryce była większa niż gdzie indziej. Nadzorowani przez żołnierzy z karabinami maszynowymi, musieliśmy biec w rzędach po pię­ciu do miejsca pracy. Poganiali nas kolbami kara­binów i pejczami. Zmuszeni do ciągnięcia ze sobą dwudziestu trupów, reszta, cała we krwi, dotarła na miejsce. To był niestety początek ich gehenny. Pod­czas dwóch miesięcy zginęło 2/3 współwięźniów. Zabić kogoś z uciekających było opłacalnym inte­resem dla żołnierzy. Za każdego zabitego żołnierz dostawał 5 marek i 3 dni przepustki. Pejczy używa­no najczęściej rano, gdy zmuszano nas do zejścia w doły kopalniane. ‘Tylko pięćdziesięciu jeszcze żyje’ — wyszeptał kilka dni potem mężczyzna obok. Pewien sierżant powiedział do mnie pewnego ran­ka: Wystarczy Chcesz iść na drugą stronę? To nie będzie bolało. Jestem świetnym strzelcem’”.

Rudolf Brazda bf 300x192 Różowe piekło nazizmu
Rudolf Brazda ze swoim chłopakiem

Autor książki Widma, Tadeusz Gędziorowski przedstawia, jakie stosunki łączyły kapo komanda w obozie Dachau, Georga Schittkechta z młodymi więźniami: „Był to niski i szczupły mężczyzna, ma­jący coś kociego w ruchach. Niemal bezszelestnie snuł się po korytarzach i piwnicy, w której magazy­nowano kartofle. Jego nieruchoma twarz nie zdra­dzała żadnych uczuć. Kamienne rysy łagodniały jedynie wtedy, kiedy zatrzymywał się, żeby poroz­mawiać ze swoimi ulubieńcami w komandzie. Byli nimi dwaj młodzi chłopcy: jeden łodzianin, drugi Polak z Francji, pieszczotliwie zwany Bubi. Bubi miał pulchną twarz o miękkich dziewczęcych ry­sach, a w biodrach kołysał się również zgoła nie po męsku. Pomocnikiem kapo był krępy, młody Nie­miec z czarnym trójkątem”.

Z upływem czasu, naziści doskonalili techniki eksterminacji homoseksualistów nie tylko poprzez wykańczanie pracą. W obozie Flossenbürg, utwo­rzyli np. dom publiczny i zmuszali homoseksualistów do wizyt, by ich leczyć w ten sposób. Prostytutkami były Żydówki i Romki z pobliskiego obozu dla ko­biet. W ścianach wydrążono dziury, przez które ob­serwowano postępowanie homoseksualnych więź­niów. Wyleczony z „choroby” homoseksualista był za dobre sprawowanie wysyłany do dywizji Dirlewangera, utworzonej z więźniów do walki przeciwko ro­syjskim partyzantom na froncie wschodnim.

holocaust 247x300 Różowe piekło nazizmu
ocaleni więźniowie obozu

Wydane w 1943 roku nowe zarządzenie Himmlera pozwalało na opuszczenie obozów tym homo­seksualistom, którzy poddadzą się kastracji i będą dobrze się sprawować. Niektórzy skorzystali z tego rozporządzenia, jednak opuszczenie bram obozów nie oznaczało dla nich końca opieki nazistów. Przy­dzieleni do dywizji karnej Dirlewangera, byli wysy­łani do walki, co oznaczało wyrok śmierci. W dywizji tej znanej z brutalności wobec rosyjskich party­zantów, śmiertelność wśród żołnierzy była bardzo wysoka.

Homoseksualistów poddawano eksperymentom medycznym. Duński endokrynolog, Carl Vaernet, wykastrował w obozie Buchenwald osiemnastu homoseksualnych więźniów i zaaplikował im sporą dawkę męskich hormonów. Celem eksperymentu było wykazanie, czy po takim zabiegu będą oni zaintere­sowani płcią przeciwną. Rezultaty pozostały niezna­ne, gdyż na skutek epidemii żółtaczki w obozie eks­peryment został przerwany. Vaernet przeprowadzał podobne eksperymenty w obozie w Neuengamme.

gay holocaust 300x173 Różowe piekło nazizmu
Różowe Trójkąty

Po zakończeniu II wojny światowej zwolniono z obozów na terenie obu państw niemieckich więk­szość homoseksualistów. Jednak homofobia wo­bec nich w społeczeństwie była silna. Paragraf 175 — na podstawie którego zesłano tysiące niewinnych ludzi do obozów koncentracyjnych — obowiązywał w NRD do roku 1967, a w RFN do 1969. Wśród amerykańskich i brytyjskich prawników byli i tacy, którzy domagali się odbycia reszty kary przez ho­moseksualistów skazanych na podstawie paragra­fu 175. Tak więc, jeżeli ktoś był skazany np. na osiem lat, z czego odbył pięć w więzieniu, a trzy lata w obozie, to domagano się aby odsiedział jesz­cze te trzy lata w więzieniu. Nie wiadomo ile osób musiało w taki sposób dokończyć swoje wyroki. Do dzisiaj nie wypłacono też finansowego zadośćuczy­nienia ofiarom hitlerowskiej polityki antyhomoseksualnej, mimo że rząd Niemiec zaproponował je ofiarom pochodzenia żydowskiego, więźniom poli­tycznym i innym grupom, które przetrwały obozo­we piekło, pominięto tylko homoseksualistów. Wielu ludzi odmawia homoseksualistom prawa do takich odszkodowań twierdząc, że kochający inaczej byli słusznie więzieni i „sami byli sobie winni”.

Znacząca część ocalałych w czasie wojny ho­moseksualistów nie miała możliwości powrotu do swych rodzin i środowisk po obozowych doświad­czeniach. Powodów było wiele. Przede wszystkim jednak wstyd i lęk przed napiętnowaniem sprawia­ły, że homoseksualiści zmieniali nie tylko miejsca zamieszkania ale i wszystko, co mogło być koja­rzone z ich wcześniejszym życiem.

pinktriangle pic Różowe piekło nazizmu
Różowy trójkąt na obozowym „pasiaku”

Próby ukrycia przez homoseksualistów obozo­wej przeszłości oraz stosunki panujące w powojennej Europie utrudniały naukowcom dotarcie do wielu z tych, którzy skazani byli z paragrafu 175. Jak zauważył w swojej książce The Pink Triangle Richard Plant, jeden z badaczy tego zagadnienia: „Pomimo tego, iż nie musieli już nosić znaczących ich różowych trójkątów, pozostali naznaczeni do końca życia”.

4e4e78254ef81 wr Różowe piekło nazizmu
Robert Biedroń
Polski działacz na rzecz osób LGBT, założyciel i wieloletni prezes Kampanii Przeciw Homofobii, publicysta i polityk, poseł-elekt na Sejm VII kadencji. Jest właścicielem Wydawnictwa “AdPublik”. Zajmował się także działalnością publicystyczną, pisał m.in. w “Gazecie Wyborczej”, “Trybunie”, “Polityce” i “Rzeczpospolitej”. Jest założycielem i prezesem Instytutu Podkarpackiego, prowadził program Robert Biedroń Subiektywnie w Pino TV.


Data wpisu: 1 listopada, 2011 autor wpisu: Robert Biedroń  |  Komentowanie nie jest możliwe

Geje zmuszani są do ślubów… z kobietami

765082 92440274 200x300 Geje zmuszani są do ślubów... z kobietami
765082_92440274

To samo spotyka żyjące w Europie lesbijki.

Rodziny nie są w stanie zaakceptować odmienności gejów. Dlatego wpływają na nich wszelkimi możliwymi sposobami, by zawierali małżeństwa z kobietami - wynika ze statystyk opublikowanych w Wielkiej Brytanii.

W ciągu ostatniego roku liczba takich ślubów wzrosła aż o 65 procent - pisze „Daily Mail”.

Są zwykle młodzi. Mają od 15 do 24 lat. Rodziny zmuszają ich do małżeństw przemocą fizyczną, a nawet seksualnąEksperci twierdzą, że to już prawdziwa plaga.

Rocznie dotyczy aż 10 tysięcy ludzi. 20 procent z nich to mężczyźni  - pisze gazeta.

Większość takich sytuacji zdarza się w rodzinach emigrantów z Indii, Bangladeszu i Pakistanu. Gdy się sprzeciwiają, rodziny decydują się nawet na wysłanie ich poza granice Anglii.

http://www.dailymail.co.uk/news/article-1291072/Rise-gay-men-forced-marriage-families-refuse-accept-sexuality.html


Data wpisu: 15 października, 2011 autor wpisu: Sfora  |  Komentowanie nie jest możliwe

Polacy chcą zamykać gejów w gettach. To nie ludzie?

854019 48730485 300x225 Polacy chcą zamykać gejów w gettach. To nie ludzie?Nie chcemy im dać żadnych praw.

Tylko 30 proc. Polaków uważa, że geje powinni mieć prawo do publicznych wypowiedzi – podał CBOS w swoim ostatnim badaniu z lipca 2010.

Niemal połowa z nas opowiada się też za segregacją zawodową dla homoseksualistów - pisze dziennik.pl.

Im mniejsze wykształcenie, miasto w którym się mieszka i dochody, tym większa niechęć do osób homoseksualnych. Większą niechęć deklarują także osoby religijne.

raportu ”Postawy wobec gejów i lesbijek” wynika, że 44 proc. osób nie życzy sobie, by geje mogli pracować np. jako nauczyciele i pielęgniarki.

W stosunku do lesbijek niechęć jest mniejsza (36 proc.). Najwięcej osób (77 proc. wobec gejów, 82 proc. wobec lesbijek) boi się kontaktów osób homoseksualnych z dziećmi.

Aż 86 proc. Polaków uważa homoseksualizm za odstępstwo od normy, które jednak należy tolerować. Tolerować nie chce 23 proc.

Choć aż co czwarty Polak zna jakiegoś geja, dwóch na trzech nie godzi się by mogli publicznie się wypowiadać.

Znajomość gejów i lesbijek częściej deklarują osoby młode – w wieku 25-34 lat, mieszkańcy dużych miast oraz respondenci z wyższym wykształceniem – czytamy na portalu.

W ciągu ostatnich pięciu lat przybyło 10 proc. osób nie mających nic przeciwko manifestacjomosób homoseksualnych.

Jednak dwie trzecie ankietowanych odpowiedziało, że pary homoseksualne nie powinny mieć prawa do publicznego pokazywania swojego stylu życia; przeciwnego zdania była ponad jedna czwarta badanych (29 proc.) – dodaje dziennik.pl.

Od badania z 2005 roku nastąpiła zmiana wśród osób które wyrażały dezaprobatę, ich liczba zmniejszyła się o 14 proc.

Zdaniem 45 proc. dorosłych ankietowanych powinno istnieć prawo, które umożliwiłoby gejom i lesbijkom zawieranie związków gwarantujących możliwość wspólnego opodatkowania czy dziedziczenia po zmarłym partnerze – zauważa serwis.

Podobna ilość jest przeciwna.

http://www.sfora.pl/Polacy-chca-zamykac-gejow-w-gettach-To-nie-ludzie-l46304


Data wpisu: 11 października, 2011 autor wpisu:  |  Komentowanie nie jest możliwe

Jestem lesbijką i chcę mieć dziecko!

Dlaczego przez moją orientację seksualną odbiera mi się prawo do posiadania potomstwa? Niby mogę mieć dziecko i być samotna matką, ale nie tego chcę! Chcę razem z moją dziewczyną mieć dziecko i stworzyć rodzinę! Dlaczego ktoś decyduje za nas?! Dlaczego ktoś inny, kto w ogóle nas nie zna stwierdził, że nie będziemy dobrymi matkami?! Dlaczego nikt nas nie słucha?!Trudno jest być inną. Życie osoby naznaczonej, z etykietką nie jest proste. Pogodziłam się już z tym, jak traktuje mnie rodzina. Nawet trochę ich rozumiem, że nie chcą mieć ze mną nic wspólnego. Wyrosłam już z potrzebowania kontaktu z nimi. Moja dziewczyna i kilku bliskich przyjaciół wystarczają mi w zupełności do szczęścia. Boli mnie tylko i doprowadza do szału, że z powodu czyjejś ignorancji nie mogę mieć dziecka!

Nie zasłużyłyśmy na to!

I ja, i moja dziewczyna, mamy wykształcenie wyższe. Obie jesteśmy czynne zawodowo i przyzwoicie zarabiamy. Mieszkamy razem, w bardzo dobrych warunkach. Na pieniądzach nie śpimy, ale na pewno nasza sytuacja finansowa jest lepsza niż niejednej polskiej rodziny. Mogłybyśmy naszemu dziecku zapewnić dobre warunki, edukację w porządnych szkołach, odpowiednią opiekę lekarską. Nie musiałybyśmy martwić się o to, skąd wziąć na szczepienia, wózek czy lekcje angielskiego. Dziecko nie byłoby problemem, balastem ani dodatkowym wydatkiem. Jedna z nas pracuje zdalnie, więc nie byłoby nawet problemu z opiekunką. Poza tym, urlop macierzyński też bez problemu wchodzi w grę – firma, dla której pracuję ja, ma naprawdę dobry pakiet socjalny.

Inni wiedzą lepiej!

Nie jesteśmy chore psychicznie ani niepełnosprawne, żadna z nas nie pali, alkohol pijemy okazyjnie, żadna z nas nigdy nie ćpała. Nie szlajamy się po knajpach ani klubach, nie słuchamy głośno muzyki, nie bierzemy udziału w orgiach seksualnych. Po prostu kochamy się i chcemy być razem, poza tym jesteśmy takie jak wszyscy. Ale inni, czyli rząd, państwo, kościół i społeczeństwo wiedzą lepiej od nas, że nie nadajemy się na matki! Nieważne, że to krzywdzące i niesprawiedliwe! Inni zadecydowali za nas – nie będziemy mieć dziecka. Co z tego, że jedna z nas może urodzić dziecko, jeśli druga będzie dla niego zupełnie OBCA?! To bez sensu.

Rodzina jak każda inna.

In vitro jest kosztowne, owszem. Jest to jedna z opcji dla nas, lesbijek. Można też spróbować szczęścia i skorzystać z bezpośredniej pomocy jakiegoś mężczyzny. Ale problem polega na tym, że i tak nie będziemy rodziną! Nikt nie przyzna mojej dziewczynie prawa do opieki nad biologicznie moim dzieckiem. Możemy mieszkać w 3 na jakiś chorych zasadach, w sposób nieformalny i częściowo nielegalny. To jest okropne. Jesteśmy lesbijkami, owszem, ale chciałybyśmy mieć dziecko, może nawet dzieci. Nie możemy wziąć ślubu, nie możemy wziąć kredytu, nie możemy nic! Czym zawiniłyśmy, że nas to spotyka?!

Straty psychiczne!

A ja się pytam, które dziecko jest bardziej pokrzywdzone: to, które mieszka z ojcem alkoholikiem, który katuje całą rodzinę, czy to, które żyje z dwoma matkami albo ojcami? Co jest gorsze – bieda, nienawiść w rodzinie, brak środków do życia albo molestowanie czy wychowywanie się w rodzinie homoseksualnej? Mówi się, że my (homoseksualiści) będziemy dzieci deprawować i powodować szkody psychiczne. Szkoda, że nikt nie kontroluje rodzin naprawdę patologicznych! Ludzie, my jesteśmy tacy jak wy! Nasza sprawa z kim sypiamy! To nie powinno mieć wpływu na to, czy możemy mieć dzieci!
http://balala.pl/artykul/287-jestem_lesbijka_i_chce_miec_dziecko


Data wpisu: 30 września, 2011 autor wpisu:  |  Komentowanie nie jest możliwe

Już tylu homoseksualistów adoptowało dzieci

Rewolucja się już dokonała.

Coraz więcej par homoseksualnych w USA adoptuje dzieci. I nie przeszkadzają im bariery prawne, które stawiają takie rodziny w gorszej sytuacji niż rodziny heteroseksualne.

O ile jeszcze w 2000 roku tylko 8 proc. par gejów i lesbijek wychowywało adoptowane przez siebie dzieci, to w 2009 roku odsetek ten wzrósł do 19 proc. – informuje rmf.fm.

Według amerykańskich ekspertów, wzrost liczby adopcji przez pary homoseksualne wynika z dużego zapotrzebowania na domy rodzinne, dla dzieci oczekujących na przysposobienie.

Poza tym, w Stanach Zjednoczonych społeczeństwo zaczęło bardziej akceptować homoseksualistów.

Jednak społeczeństwo sobie a prawo sobie.

Wyraźny zakaz adoptowania dzieci przez pary homoseksualne istnieje w dwóch stanach: Utah i Missisipi – czytamy na stronie RMF FM.

Natomiast w przeważającej części pozostałych stanów, geje i lesbijki wciąż nie mogą zawierać małżeństw. A to oznacza, że adoptowane przez nich dzieci nie mają takich samych praw jak ich rówieśnicy z heteroseksualnych rodzin.

http://www.sfora.pl/Juz-tylu-homoseksualistow-adoptowalo-dzieci-a33221


Data wpisu: 21 września, 2011 autor wpisu:  |  Komentowanie nie jest możliwe

Żydzi, geje i wojna cywilizacji

„trzeba rozgłosić że wśród nich są jakieś Icki z Izraela to zaraz jakiś Arab wyskoczy z granatem” -wypowiedź użytkownika internetowego forum kibiców Wisły Kraków w trakcie przygotowywania napaści na Marsz Tolerancji 21.04.2004 „Nie polujemy na tych ludzi, bo to nie jest ten etap życia cywilizacyjnego”. – poseł Antoni Stryjewski z Ruchu Katolicko-Narodowego na posiedzeniu sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży 7.01.2004
W grudniu 2004 „Nasz Dziennik” zamieścił osobliwą analizę sytuacji politycznej w USA. Stefan Kurowski pisze w niej o „nowym zderzeniu cywilizacji”, którego areną stała się amerykańska polityka wewnętrzna. „Cywilizacja śmierci”, propagowana zwłaszcza przez „środowiska dewiacyjne ulokowane w Partii Demokratycznej”, usiłuje zniszczyć klasyczną cywilizację zachodnią opartą na rodzinie i wartościach konserwatywnych, spychając ją „do ograniczonych enklaw terytorialnych”. Ofensywą kieruje „lobby żydowskie”, stanowiące „główną siłę” wśród Demokratów. Ale i w Partii Republikańskiej znacznym wpływem cieszą się środowiska żydowskie, które – choć tymczasowo wstrzymały swoje działania na froncie obyczajowym – w istocie mają (jako byli trockiści, jak wyjaśnia autor) te same cele co liberałowie: zniszczenie lub osłabienie chrześcijaństwa, narodu i państwa narodowego, a przede wszystkim zniszczenie rodziny poprzez legalizację aborcji i związków homoseksualnych. 

Artykuł ten stanowi doskonały przykład obowiązującej na łamach „Naszego Dziennika” wyobraźni. Polityczne współdziałanie amerykańskich Żydów i gejów, sugerowane przez gazetę powiązania gejów i komunistów („ruch homoseksualny jest odnogą ruchu komunistycznego” – M. Pabis, Uznać zagrożenie, „Nasz Dziennik” z 11.02.2004) oraz stereotyp „żydokomuny” (notabene zastosowany tym razem wobec ważnych postaci administracji Busha) łączą się w jedną złowrogą całość. Nad światem krąży widmo żydowsko-gejowsko-komunistycznej konspiracji, w której – jakżeby inaczej – to Żydzi pociągają za sznurki.

Stary dyskurs, nowy wróg

W obrazie tym niewiele jest nowych elementów. Przedwojenny antysemicki dyskurs prasy katolickiej (zwłaszcza franciszkańskiego „Rycerza Niepokalanej” i „Małego Dziennika”) zawierał z grubsza te same treści. Wtedy również podkreślano cywilizacyjne i moralne zagrożenie, jakie rzekomo stanowili Żydzi, którzy w swoim dążeniu do opanowania świata nie wahają się osłabiać chrześcijańskich narodów poprzez demoralizację młodzieży i niszczenie rodziny, handel żywym towarem, szerzenie pornografii, propagowanie aborcji i rozwodów, a także relatywizmu moralnego i materialistycznego stosunku do życia (taką postawę wobec chrześcijan, przypisywaną wówczas Żydom, prasa katolicka nazywała „etyką talmudyczną”). Według katolickich publicystów dwudziestolecia Żydzi dążyli do swych celów nie tylko bezpośrednio, ale także posługując się masonerią i komunizmem jako narzędziami w walce o zniszczenie chrześcijańskiej cywilizacji. Dziś w dyskursie „Naszego Dziennika” mamy to samo z niewielkimi zmianami: „cywilizacja śmierci” zastępuje „etykę talmudyczną” (przy czym treść obu pojęć jest bardzo zbliżona), a geje (zapewne jako grupa bardziej malownicza i aktywna w życiu publicznym) zajmują do pewnego stopnia miejsce masonów. Poza tym – wszystko się zgadza.

Powyższe spostrzeżenia mogłyby być najwyżej kolejną ilustracją zadziwiającej trwałości polskiego „antysemityzmu bez Żydów”. Konstatacja dość banalna: nie ma w końcu nic dziwnego w tym, że antysemici posługują się antysemickim językiem. Znacznie ciekawsze będzie stwierdzenie, że przedwojenny antysemicki język powraca obecnie nie tylko w antysemickich wypowiedziach; język ten i towarzyszące mu praktyki powtarzają się dziś także (a nawet przede wszystkim) w kontekstach, w których w ogóle nie ma mowy o Żydach. Nowym obiektem tego dyskursu są homoseksualiści.

Zestawiając wypowiedzi i działania „Polaków-katolików” wobec Żydów w latach II RP z wypowiedziami i działaniami katolickiej prawicy wobec gejów we współczesnej Polsce, odkrywamy wiele interesujących analogii. Daleko posunięte podobieństwo antysemityzmu i homofobii można interpretować rozmaicie, zanim jednak postawimy pewne hipotezy, przyjrzyjmy się, w czym się to podobieństwo przejawia.

Echo teorii spiskowych

Przede wszystkim, gejom przypisuje się dziś te same cele, które przed wojną przypisywano Żydom. Konflikt opisywany jest jako „zderzenie cywilizacji”: po jednej stronie mamy zagrożoną cywilizację chrześcijańską, po drugiej – „cywilizację śmierci” lub „etykę talmudyczną”. Jest to więc wojna, w której chodzi o sprawy zasadnicze, a druga strona jest przedstawiana jako agresor, zmierzający do destrukcji odwiecznego ładu.

Ponadto geje stosują dla osiągnięcia swych celów podstępne metody. Dowiadujemy się więc, że „założyciele ruchu homoseksualnego […] przeniknęli w latach 50. do partii politycznych w Europie i w Stanach Zjednoczonych” (M. Pabis), że „homoseksualizm społeczny jest grupą świadomą swego zbiorowego »my«, zorganizowaną na różne sposoby i kierującą się w swej działalności właściwą sobie orientacją ideologiczną” (T. Ślipko, Przemyślana akcja, „Nasz Dziennik” z 24.11.2004). Nie dziwimy się, kiedy polski deputowany (Bogusław Rogalski z Ligi Polskich Rodzin) wzywa Parlament Europejski do samorozwiązania, uzasadniając to tym, że parlament stał się „zakładnikiem homoseksualnego lobby”. Mamy tu do czynienia ze sposobem myślenia bardzo zbliżonym do „stereotypu spiskowego” (tak jak go charakteryzuje Mirosław Kofta): o stosowanie podstępnych metod nie podejrzewa się typowego homoseksualisty, lecz gejów jako grupę o określonych interesach.

Nawet w oficjalnych dokumentach Watykanu możemy przeczytać, że katolicy domagający się zaakceptowania skłonności homoseksualnych przez Kościół pozostają pod wpływem „zewnętrznych grup” głoszących („chociaż nie w sposób całkowicie świadomy”) materialistyczną ideo-logię; że „wielu jest takich, którzy usiłują wywołać zamęt w odniesieniu do nauczania Kościoła i powstałe zamieszanie wykorzystać do swoich celów” i że „różne grupy nacisku o różnych nazwach i różnym zasięgu” próbują wpłynąć na zmianę stanowiska Kościoła w tej właśnie sprawie (list o duszpasterstwie osób homoseksualnych). Ten zawiły język sugeruje zorganizowane i nie całkiem jawne działania gejów, pozwalające im uzyskiwać wpływ na partie polityczne, parlamenty, a nawet na Kościół. List dopuszcza różne lektury: nie pojawia się w nim pełny stereotyp spiskowy, a tylko pewne treści związane z takim stereotypem. Nie propaguje on myślenia spiskowego, ale może aktywizować stereotyp spiskowy. Czytelnik przekonany o istnieniu homoseksualnego spisku wyczyta z tego tekstu potwierdzenie swoich sądów, czytelnik przekonany o istnieniu żydowskiego spisku może uznać, że geje też spiskują, lub nawet uznać (co z całą pewnością nie było intencją autorów listu), że za postulatami gejów-katolików stoją w istocie Żydzi. Czytelnik, który nie ma skłonności do myślenia spiskowego, może w ogóle nie zwrócić uwagi na ten fragment.

Trzeba jednak zaznaczyć, że analogia do wyobrażenia „spisku żydowskiego” nie jest kompletna: spiskowy obraz gejów jest w porównaniu ze spiskowym stereotypem Żydów znacznie osłabiony. Widmo żydowskiej konspiracji było bowiem (i jest) przywoływane na dwa sposoby: po pierwsze, w bezpośrednim kontekście „kwestii żydowskiej” (obraz Żyda przywołuje myśl o spisku), po drugie – co ważniejsze – dla wyjaśnienia przyczyn dowolnego (społecznego, ekonomicznego, politycznego) problemu współczesnego świata (publiczne nieszczęście wywołuje obraz „żydowskiego spisku”). Natomiast obraz „homoseksualnego lobby” nie służy jako wyjaśnienie wszelkich problemów, używa się go tylko w kontekście walki gejów o własną emancypację. Jeśli już zdarza się przypisywanie gejom odpowiedzialności za różne katastrofy – jak zamach na World Trade Center lub tsunami – to nie wynika to z ich podstępnych działań, lecz jest karą zesłaną przez Boga za tolerowanie lub propagowanie „grzechu sodomii”. Np. tsunami miało być nauczką dla Szwedów za „prześladowanie” pewnego pastora, skazanego za obelżywe wypowiedzi o homoseksualistach na miesiąc więzienia. W wymyślaniu tego typu wyjaśnień celują pro-testanccy fundamentaliści w USA, ale są one słuchane i po-wtarzane także nad Wisłą. Tak więc to, co w przypadku antysemityzmu jest ze sobą powiązane w schemacie „przyczynowości diabolicznej” (widmo żydowskiej konspiracji oraz odpowiedzialność Żydów za wszelkie zło), w przypadku homofobii występuje osobno; mówi się zarówno o podstępnych manipulacjach gejów, ich „międzynarodowych powiązaniach” itp., jak i o ich odpowiedzialności za różne katastrofy (także naturalne), ale te dwa elementy pozostają rozdzielone.

Żyd, gej, nasz bliźni…

Zarówno przedwojenny antysemityzm w jego katolicko-narodowym wydaniu, jak i dzisiejsza homofobia niezwykle chętnie podkreślają swój szczególny szacunek dla „osoby ludzkiej”. Żyda lub geja należy – przynajmniej na poziomie programowych deklaracji – szanować jako osobę, bez względu na jego niemoralne i szkodliwe postępowanie. Przykazanie miłości bliźniego, które obejmuje przecież nawet nieprzyjaciół, nakazuje dążyć nie do zniszczenia, lecz do konwersji: nawrócenia (lub co najmniej przymusowej emigracji) Żydów, „terapii” (lub co najmniej izolacji w getcie obowiązkowej prywatności) homoseksualistów. W obu przypadkach deklarowana wrogość nie dotyczy zatem przeciwnika jako istoty cielesnej, która zawsze przecież może zostać ochrzczona lub „wyleczona”, a tylko jego społecznej i duchowej tożsamości. Trzeba też zauważyć, że w obu przypadkach społeczna dystrybucja „szacunku do osoby ludzkiej” jest nierówna: wysoki poziom deklarowanego szacunku można stwierdzić wśród biskupów i uczonych, znacznie mniejszy wśród polityków i bojówkarzy. Im bliżej realnego życia, tym mniej szacunku i tym więcej innego typu postaw, np. obrzydzenia.

Z pojęciem „osoby ludzkiej” ściśle wiąże się ambiwalentny stosunek do przemocy. Z jednej strony, na poziomie ogólników przemoc fizyczna wobec Żydów lub gejów jest prawie zawsze potępiana. Ale z drugiej strony, w przypadku konkretnych zajść i pogromów najczęściej znajduje się jakieś usprawiedliwienie. Przed wojną często tłumaczono antysemickie wybryki młodym wiekiem sprawców, szczególnymi okolicznościami, wyjątkowo bezczelnym zachowaniem ofiar, które same sprowokowały napaść. Podobne słowa usłyszeliśmy w maju 2004 roku po brutalnej napaści skrajnie prawicowych bojówek i grupek kibiców na krakowski Marsz Tolerancji (pokojowa demonstracja m.in. gejów i lesbijek została obrzucona kamieniami i butelkami). Bezpośrednio po tych wydarzeniach biskup Tadeusz Pieronek wyjaśniał lokalnemu wydaniu „Gazety Wyborczej”, że „nastroje społeczne mają swoje prawa”, że „gdy się kogoś drażni, nie ma się co dziwić”, że „wina jest tu po obu stronach”. Dwa dni później kardynał Stanisław Nagy usprawiedliwiał działania neofaszystów, nazywając Marsz Tolerancji „bezwstydną prowokacją”, „upokarzającą to miasto stu kościołów z jego świętościami”. Można zatem sądzić, że ogólne potępianie przemocy w stosunku do nieakceptowanych grup, a zarazem usprawiedliwianie niektórych spośród jej konkretnych przejawów należy do stałych elementów prawicowo-katolickiego dyskursu.

…ale której kategorii?

Przedwojenny antysemityzm wytworzył nie tylko własny wizerunek Żyda i własne uzasadnienia przemocy, lecz również cały zestaw różnorodnych antyżydowskich działań, ściśle związanych z kontekstem przedwojennego życia. Wiele z tych pomysłów nie da się dziś powtórzyć z powodów obiektywnych różnic w sytuacji ówczesnych Żydów i dzisiejszych gejów. Pomysły „unarodowienia handlu” są dziś wymierzone przeciw zagranicy, a nie krajowym mniejszościom. Nikt też nie myśli o numerus clausus ani o getcie ławkowym. Z bogatego repertuaru antysemickich akcji z lat trzydziestych powraca dziś bodaj tylko postulat wykluczenia z zawodu nauczyciela. Uzasadniane jest to szczególną troską o dzieci i młodzież, których nie wolno wystawiać na ryzyko demoralizacji. Przed wojną prawica miała duże sukcesy w usuwaniu ze szkół nauczycieli (oraz uczniów) pochodzenia żydowskiego, głównie metodą zastraszania konkretnych osób. Niedawno narodowo-katolicka prawica próbowała pozbawić gejów i lesbijki prawa do wykonywania zawodu nauczyciela drogą ustawową: proponując nowelizację Karty nauczyciela, która zabraniałaby pracy w szkole osobom uważającym, że małżeństwo może być czymś innym niż związkiem mężczyzny i kobiety. Właściwy sens tej propozycji ujawnił się podczas dyskusji na posiedzeniu sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży 7 stycznia 2004 r. Poseł Andrzej Fedorowicz (LPR) wyjaśniał, że „chodzi o to, aby zamknąć drogę do nauczania osobom, które publicznie deklarują swoją […] inną orientację seksualną” oraz że „musimy ostrzegać i uchronić naszą młodzież przed dewiantami”. (Stenogram z posiedzenia komisji zawiera wiele ciekawych stwierdzeń, m.in. rozczulające wręcz wyznanie posła Antoniego Stryjewskiego z RKN: „Nie polujemy na tych ludzi, bo to nie jest ten etap życia cywilizacyjnego”. Już nie czy… jeszcze nie?)

U korzeni lęku

Przedstawioną tu listę analogii między dyskursem antysemickim i homofobicznym można by oczywiście wydłużyć. Zajmowały nas dotąd właściwie tylko polityczne aspekty obu dyskursów. Tymczasem nie ulega wątpliwości, że zarówno na stosunku do gejów, jak i na stosunku do Żydów ciąży również dużo starsze dziedzictwo, znakomicie opisane w artykule Joanny Tokarskiej-Bakir na temat demonizowania Żydów i judaizowania „czarownic”. Echa atawistycznych lęków odżywają np. w przekonaniu, że geje – podobnie jak Żydzi lub „czarownice” – kalają (profanują) miejsce, w którym przebywają. Także uporczywe (przy całej swej oczywistej bezpodstawności) kojarzenie homoseksualności z pedofilią wydaje się mieć źródło w pradawnym przesądzie, zgodnie z którym „obcy” są szczególnie niebezpieczni dla dzieci. Porywają je, aby wykorzystać do swoich niecnych celów: Żydzi – żeby uzyskać krew na macę, czarownice – „na maść”, homoseksualiści – dla zaspokojenia zboczonych chuci. Gejów, podobnie jak kiedyś Żydów, oskarża się o roznoszenie niebezpiecznych chorób, zwłaszcza – choć nie tylko – w sytuacji budzą-cej lęk epidemii (dżuma i tyfus w przypadku Żydów, AIDS w przypadku gejów). Judaizowanie gejów w polskim dyskursie prawicowo-katolickim świadczy zatem o trwałości nie tylko antysemityzmu politycznego z okresu dwudziestolecia, lecz również jego wcześniejszych, przedpolitycznych wersji.

Wydaje się jasne, że antysemityzm i homofobię łączy coś więcej niż „powinowactwo z wyboru”. Powtarzanie antysemickich schematów w wypowiedziach na temat gejów nie wyklucza, ale też nie wymaga tego, by autorzy tych wy-powiedzi byli antysemitami. Można wręcz przypuszczać (sprawdzenie tego wymagałoby dalszych badań), że dyskurs o gejach najwierniej naśladuje antysemickie formy tam właśnie, gdzie nie tyle wiąże się z antysemityzmem, ile przejmuje jego rolę.

Mechanizm, który działa

Wydaje się, że powiązania i podobieństwa dyskursu antysemickiego i homofobicznego można interpretować przy pomocy dwóch uzupełniających się hipotez. Z jednej strony, charakter polskiego antysemityzmu pozwala zrozumieć charakter polskiej homofobii: powtarzanie w dyskursie homofobicznym antysemickich schematów można tłumaczyć jako nawiązywanie przez dyskurs antygejowski do przekazanego kulturowo zestawu gotowych wyobrażeń – homofobia podejmuje niektóre kluczowe treści antysemickiej wyobraźni. Mamy więc do czynienia z historyczną ciągłością w nieciągłości, z przypadkiem długiego trwania, z przymusem powtarzania agresywnych gestów i wypowiedzi, który mógłby zainteresować historyka mentalności. Ale z drugiej strony, to homofobia pozwala lepiej zrozumieć antysemityzm, jeśli bowiem mają one identyczną strukturę (lub – inaczej mówiąc – jeśli istnieje jakaś głębsza struktura, w której gejom przypada dziś miejsce niegdyś zajmowane przez Żydów), to wynika z tego, że dopiero dzięki porównaniu ze współczesną homofobią można zobaczyć, co tworzyło istotnie trwały szkielet przedwojennego antysemityzmu.

Ofensywa homofobicznego języka w ostatnich latach jest odpowiedzią na emancypację społeczną gejów i lesbijek oraz pojawienie się organizacji reprezentujących ich postulaty. Prawa homoseksualistów stały się kwestią polityczną i jakby w reakcji na to również homofobia przyjęła polityczny charakter. Kształtowanie nowego dyskursu nie odbywało się jednak w kulturowej próżni. Przeciwnicy emancypacji lesbijek i gejów nie musieli wymyślać swojego języka od podstaw, mieli bowiem do dyspozycji gotowy zespół wyobrażeń związanych z politycznym antysemityzmem. To wyjaśnia, dlaczego homofobia tak bardzo przypomina antysemityzm pod względem głoszonych treści.

Nowy wróg, stary cel

Polityczna homofobia pełni jednak ważne funkcje także w strukturze narodowej wyobraźni. Przed wojną to Żydzi byli grupą, która umożliwiała Polakom polityczną artykulację lęku przed modernizacją. W polskiej kulturze lęk przed modernizacją przybiera – co najmniej od połowy XIX wieku – postać lęku o „polską rodzinę”. W wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” Maria Janion przypomniała pogląd księdza Hieronima Kajsiewicza, że Żydzi (frankiści) zostają prawnikami, aby „pracować nad sprawą rozwodów: zaczęli przeprowadzać rozwody i zniszczyli naród polski”. Jako prawnicy Żydzi przeprowadzali rozwody, jako lekarze – robili skrobanki, jako politycy – wspierają małżeństwa homoseksualne, a wszystko tylko po to, żeby zniszczyć polską rodzinę, czyli naród polski… Doprawdy, w badaniach nad antysemityzmem zbyt często skupiano się na tym, jaki jest antysemicki wizerunek Żyda, a zdecydowanie zbyt rzadko na tym, czego właściwie chcą antysemici przed Żydami bronić.

Trwałość polskiego antysemityzmu można zatem wiązać z utrwaloną w polskim habitusie narodowym potrzebą, by „polska rodzina” była przez kogoś zagrożona. Tylko takie zagrożenie pozwala bowiem utrzymywać w pogotowiu narodowo-katolicką tożsamość. Umysłową podstawą zarówno antysemityzmu, jak i homofobii są zatem nie tyle jakieś błędne wyobrażenia na temat znienawidzonych grup, ile chybiona konstrukcja własnej zbiorowej tożsamości. Lęk przed nowoczesnością i obsesyjne przywiązanie do fantazmatu zagrożonej „polskiej rodziny” są właściwą przyczyną przypisywania Żydom i gejom takich, a nie innych właściwości. Ten lęk domaga się wskazania „elementu rozkładowego”; kiedyś tę rolę odgrywali Żydzi, dziś w coraz większym stopniu – geje. Tym, co łączy te dwie grupy, jest ich miejsce w zdominowanej przez endecki nacjonalizm konstrukcji polskiej tożsamości. Struktura narodowego habitusu domaga się wrogów. Wrogowie są znajdowani. Homofobia to antysemityzm: kontynuowany w nowych warunkach tymi samymi metodami.

Adam Ostolski
źródło: op.cit, nr 23 (2/2005)
http://www.opcit.art.pl/cms/index.php?p=text23_01


Data wpisu: 1 lipca, 2011 autor wpisu:  |  Komentowanie nie jest możliwe

Ile jest osób homoseksualnych?

2%? 5%, 7%, a może 10%? „Ilu jest homoseksualistów?” pytają zarówno osoby sprzyjające, jak i przeciwnicy. Niestety, nie ma jednej, prostej odpowiedzi. I dlatego tyle szumu wokół tego tematu.

1. `W społeczeństwie jest 10% homoseksualistów’. Ten procent został wymyślony, aby podkreślić jak dużą grupą społeczną są homoseksualiści. Ostatnio propagandziści zaczynaja podawać 6-7%, aby liczba nie była zbyt okrągła. Wiarygodne źródła natomiast podają jednak ten odsetek na 1%, łącznie z biseksualistami. Nigdy i nigdzie nie było ich więcej, i nie mogło być, w przeciwnym wypadku w strukturach społecznych musiałyby wykształcić się mechanizmy i zachowania uwzględniające potrzeby tak licznej grupy społecznej, oraz nadające jej specyficzne funkcje.
http://jasiokatafol.blog.onet.pl/2,ID428792793,index.html

Przez wieki kobiety, których jest około 50% nie były uwzględniane jako grupa społeczna. To ma świadczyć o tym, że kobiet jest mniej, czy, że jednak, coś nie tak jest z naszym systemem społecznym? A może fakt, że uprzywilejowani są biali, heteroseksualni mężczyźni, pełnosprawni, bogaci, Katolicy, z wyższym wykształceniem, młodzi* – którzy są w mniejszości – świadczy o tym, że coś jest nie tak z naszym systemem?

* dyskryminowane grupy to: kobiety, osoby nie-heteroseksualne, kolorowe, niepełnosprawni, biedni, nie-Katolicy, z niższym wykształceniem, starsi – po zsumowaniu wszystkich tych czynników (zakładając, że nakładają się na siebie) wychodzi na to, że dyskryminowanych jest dużo więcej niż uprzywilejowanych, prawda?

W przypadku liczenia ilości osób homoseksualnych zawsze problemem są dwie główne kwestie: kogo liczyć oraz coming outy. Jeśli chodzi o drugą kwestię – strach ludzi przed konsekwencjami bycia w piętnowanej grupie powoduje, że trudno oszacować ile osób się ukrywa. Co do pierwszej kwestii – istnieje wiele podejść teoretycznych. Czy lesbijką jest kobieta kochająca kobietę? A co jeśli nigdy się nie zakochała, a jednak czuje pociąg fizyczny? Jeśli nie czuje pociągu, ale się tak identyfikuje? Możnaby badać osoby używające takiej tożsamości, ale wtedy nic nie stoi na przeszkodzie (w myśl teorii queer), żeby utożsamiać się z byciem kaloryferem (nie, nie trzeba być rozpoznawanym przez społeczeństwo). Trudno liczyć tylko tych, którzy uprawiali seks jednopłciowy, bo trzeba by wtedy też badać jego jakość i satysfakcję, a to byłoby bardzo trudne. Poza tym nasze kategorie seksualności zakładają sztywne kategorie płciowe: kobieta kochająca kobiety. A interseksualiści? Osoby trans? Queer? Chodzi o biologiczną kobietę czy genderową? Poza tym czy seksualność nie jest płynna? Chyba każdy z nas zna przypadki, że komuś się „zmieniła” seksualność (albo jak to się często uważa, „odkrył/a swoje prawdziwe ja”) – przecież można stworzyć szczęśliwy związek np. z mężczyzną, a później być w szczęśliwym związku z kobietą i nie trzeba być do tego bi (zakładając, że nie podobają się nam przedstawiciele obu płci). A czy jeśli ktoś jest szczęśliwy z osobą tej samej płci, ale miał/a romans, satysfakcjonujący, z osobą przeciwnej płci, ale nie interesują ją żadne inne osoby przeciwnej płci (tylko tej samej), to jaka kategoria pasuje do tej osoby? Że ma fazę? Jeśli pytamy o pociąg to pytamy o emocje czy np. o ostatni stosunek seksualny (np wiele lesbijek, które „odkrywają” swoją seksualność miało kontakty z mężczyznami)?
Świat społeczny dotyczący seksualności i płci jest cholernie skomplikowany, dlatego wartości szacunków mogą się wahać nawet o kilka-kilkanaście procent.

No dobra. Ale może do konkretów. Weźmy przykład Wielkiej Brytanii. Fronda podaje (za: Wellings K. et al (1994) Sexual Behaviour in Britain, London, Penguin), że osób homoseksualnych na Wyspach jest 1,5% z czego 30-40% to biseksualiści).

Z kolei Avert (międzynarodowe centrum HIV/AIDS) stwierdza, na podstawie badań z 1990 (19 tys. badanych) i 2000 (11 tys. badanych) co następuje:

mężczyźni:

NATSAL I (%) 1990 NATSAL II (%) 2000
Miał/a Pan/i seksualne doświadczenie, nie koniecznie kontakt z narządami płciowymi z osobą tej samej płci? 5.3 8.4
Miał/a Pan/ sex z osobą tej samej płci (włączając kontakt z narządami)? 3.7 6.3
Miał/a Pan/ partnera/kę tej samej płci w ciągu ostatnich 5 lat? 1.4 2.6

kobiety (te same pytania, pozostawiam po angielsku):

NATSAL I (%) 1990 NATSAL II (%) 2000
Ever had a sexual experience, not necessarily including genital contact, with a partner of the same sex? 2.8 9.7
Ever had sex with a same sex partner, including genital contact? 1.9 5.7
Have you had a same sex partner in the last five years? 0.6 2.6

Zostawmy już Wyspy (pamiętając, że rozmawiamy tylko o osobach, które przyznały się do posiadania seksu z osobą tej samej płci) – zajrzyjmy do USA. Fronda podaje (za: http://www.jstor.org/pss/2136206), że w Stanach jest 1% gejów i lesbijek.
Ja przytoczę badania Kinsey’a (tak, to ten co stworzył skalę Kinsey’a): po analizie 12 tys. osób okazało się, że:

37% mężczyzn miało kontakty z osobą tej samej płci, 13% więcej homoseksualnych niż heteroseksualnych, a 4% tylko homoseksualne kontakty. Wśród kobiet odpowiednio 13%, 4% i 1%.

William Institute obliczył, że osób homo i biseksualnych w USA jest 3,5%, 8,2% miało kontakty seksualne z osobą tej samej płci, a 11% odczuło pociąg do osoby tej samej płci.
Jak określa Harriet Whitehead w swoim tekście „Łuk i nosidełko. Nowe spojrzenie na zinstytucjonalizowany homoseksualizm wśród Indian Ameryki Północnej”: niezależnie od tego czy homoseksualność jest potępiana może występować często (jak np. w USA w XX wieku) lub rzadko (jak na Triobriandach), tam gdzie jest na nią przyzwolenie społeczne występuje rzadko (jak u Nambikwara) lub często (jak u plemienia Desana). Chodź są przykłady społeczności, które czegoś takiego nie znają: Bakongo (Afryka), Ilongot (Filipiny), Szerpowie (Nepal).

 

Można przytoczyć jeszcze wiele badań. Pytanie brzmi: po co? Niezależnie od tego czy jest nas 1% czy 20% i jak definiujemy osoby homoseksualne nikogo nie można dyskryminować, a mniejszości należą się prawa, które będą ją chronić i wspierać. Tak jak mniejszość narodowa może mieć swoją szkołę, miewa miejsca w Sejmie czy inne „specjalne” prawa, tak osoby, które są zainteresowane powinny mieć możliwość zawarcia związku jednopłciowego, który obejmowałby ten związek ochroną prawną. Po prostu.


Data wpisu: 29 czerwca, 2011 autor wpisu: Monika admin Czaplicka  |  Komentowanie nie jest możliwe

Sztuka sojuszy

Adam Ostolski napisał swego czasu Sztukę sojuszy – tekst odnoszący się do połączenia sztuki, przestrzeni miejskiej i kampanii Niech nas zobaczą. Poniżej streszczenie tego tekstu.

Czy sztuka wpływa na społeczeństwo? Autor ma wątpliwości co do używanego słowa “wpływ”. Nie do końca ma zaufanie do pojęcia „wpływu”. Ponieważ jednak pojęcie wpływu jest głęboko naznaczone przez hierarchie (kojarzy się z dominacją) kluczowym może być pojęcie „udziału”. Artyści i artystki mogą mieć udział w komunikacji społecznej, w społecznych walkach… Wskazując, w czym dana praktyka artystyczna ma udział, wykraczamy poza techniczną kwestię wpływu i kierujemy uwagę na pytania bardziej zasadnicze: Jaką konkretnie zmianę dana praktyka artystyczna chce wesprzeć lub powstrzymać? W jakie podziały społeczne się wpisuje i po czyjej stronie się opowiada?

 

Autor przy pytaniu o udział sztuki w zmianie społecznej przywołuje przykład kampanii z 2003 roku “Niech nas zobaczą”. Był to zarazem projekt artystyczny – seria fotografii trzymających się za ręce par lesbijek i gejów autorstwa Karoliny Breguły – oraz kampania społeczna zrealizowana przez Kampanię Przeciw Homofobii. Zdjęcia Breguły zawisły na billboardach w kilku polskich miastach i zaczęto organizować ich wystawy w galeriach sztuki, wzbudziło to natychmiastową reakcję środowisk konserwatywnych. Odezwały się głosy oburzenia, pojawiły się naciski na właścicieli galerii, żeby nie dopuszczali do wystawy, doszło do aktów wandalizmu. Władze samorządowe, właściciele galerii, firmy reklamowe, publicyści, obywatele zostali po części tym samym przymuszeni opowiedzenia się po którejś stronie. Spór o granice wolności słowa połączył się z kwestią o to, kto ma, a kto nie ma prawa do widzialności w sferze publicznej. Po raz pierwszy po stronie środowisk gejowskich opowiedzieli się wyraźnie nie tylko ich „naturalni” sojusznicy, lecz także kilku konserwatywnych intelektualistów. Rok później, po krakowskim Marszu Tolerancji w 2004 r. nastąpiła regularna debata o granicach obywatelstwa, zaś spór o prawa obywatelskie mniejszości seksualnych stał się na pewien czas jedną z głównych osi konfliktu w polskim życiu publicznym. Towarzyszyła temu zmiana postaw społecznych: według badań CBOS w roku 2005 akceptacja dla marszów równości wzrosła w ciągu kilku miesięcy z 20% do 33%.

 

Aby zrozumieć rolę, jaką w zmianie społecznej odegrała sztuka Breguły, Ostolski chce uwolnić się od pewnego wyobrażenia awangardy. Klasyczne pojęcie awangardy obejmuje kilka ściśle ze sobą powiązanych elementów m.in:

–>artystę jako pioniera wyprzedzającego ogół i wskazującego mu kierunek;

–>sztukę jako nieustanne kwestionowanie społecznych norm i przekraczanie granic tego, co dopuszczalne;

 

Takie wyobrażenie awangardy znamienne było dla polskiej „sztuki krytycznej” lat 90.

–> negatywna idea wolności: jako nieograniczonej wolności wypowiedzi i jako wolności od opresji ze strony kultury, religii i tradycji.

–>wizja postępu jako nieustannego poszerzania jednostkowej wolności poprzez krytykę stosunków władzy i dominacji

–> ideał autonomii sztuki jako prawa do bycia pozostawioną samej sobie.

–> koncepcja artysty jako członka elity, narażonego na notoryczne niezrozumienie ze strony mas . Te założenia wyznaczały kierunek najbardziej twórczych poszukiwań artystycznych w latach 90. W ostatnich latach dokonuje się przejście od modelu sztuki krytycznej do nowej formy sztuki politycznej, dla której charakterystyczna jest postać artysty-obywatela. Znakiem tej nowej tendencji są m.in. najnowsze prace i interwencje Joanny Rajkowskiej (Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich, Dotleniacz) czy Artura Żmijewskiego (Prace wybrane, Demokracje).

 

Kampania „Niech nas zobaczą” sytuowała się w momencie przejściowym między tymi dwoma nurtami. Wiązała się z naruszeniem granic, ale zarazem wpisywała się w pewien już istniejący podział. Była krytyczna wobec zastanej rzeczywistości z jej opresyjnymi normami, ale zarazem niosła ze sobą pewną utopię i własną propozycję unormowania tego, co wspólne.  Poruszyła emocje wrogów, ale też przyciągnęła nieoczekiwanych przyjaciół. Była sztuką krytyczną, ale była także czymś więcej – głosem zaangażowanej we wspólne sprawy artystki-obywatelki.

 

Korzystając z przestrzeni miasta, co chwila napotykamy różnych sprzymierzeńców i wrogów. Niektórzy z nich to właśnie obiekty artystyczne. Pomnik, rzeźba, forma architektoniczna czy instalacja nie są nigdy do końca bezstronne. Mogą pełnić funkcje dyscyplinujące, mobilizujące, podburzające. Przypominać o społecznych podziałach lub zamazywać je. Dlatego nie można mówić o jednolitym „wpływie” „sztuki” na „społeczeństwo”.

 


Data wpisu: 9 czerwca, 2011 autor wpisu:  |  Komentowanie nie jest możliwe

Badanie o związkach partnerskich w Polsce

Zapraszamy do wypełnienia ankiety o związkach partnerskich w Polsce. Wyniki wykorzystane będą w pracy magisterskiej (i opublikowane na naszym portalu). Witam, jestem studentką V roku socjologii i piszę moją pracę magisterską o związkach partnerskich w Polsce. Chciałabym zaprosić do wypełnienia ankiety, która pomoże mi w zweryfikowaniu niektórych tez mojej pracy. Z góry dziękuję za pomoc [czytaj dalej..]


Data wpisu: 19 kwietnia, 2011 autor wpisu: Monika admin Czaplicka  |  Komentowanie nie jest możliwe

Dzielnica gejowsko-lesbijska w Warszawie?

Dlaczego w Warszawie nie ma dzielnicy gejowsko-lesbijskiej? Jak to się działo, że one powstawały w innych miastach. I jakie mamy szanse, że kiedyś powstanie? Pochodzące z języka angielskiego określenie dzielnic lub części miasta zamieszkanych i silnie ustrukturowanych przez gejów lub szerzej – osoby LGBTQ (Lesbijki, Geje, osoby Biseksualne, osoby Transpłciowe, osoby Queer) Na terenie gay [czytaj dalej..]


Data wpisu: 11 kwietnia, 2011 autor wpisu: Monika admin Czaplicka  |  Komentowanie nie jest możliwe