Archiwum dla kategorii: ‘Skandynawia’

Trup w każdej szwedzkiej szafie. Marie Hermanson, „Plaża muszli”

W wywiadzie, jakiego po publikacji Plaży muszli portalowi Wirtualna Polska udzieliła Marie Hermanson, padło pytanie, co jest współcześnie (rozmowa miała miejsce trzy lata temu) rysem charakterystycznym w literaturze szwedzkiej. Pisarka odpowiedziała:

Kiedy odwiedzasz szwedzką księgarnię, nie możesz nie zauważyć powieści kryminalnych. Są one bardzo popularne i dominują na listach bestsellerów. Prawnicy, lekarze i dentyści odnoszą sukces jako autorzy kryminałów, ale również autorzy z dużym dorobkiem zaczynają tworzyć taką literaturę.

Jest wiele powieści, które w sposób realistyczny – czasem zabawny, czasem bardziej poważny – opisują trudności w połączeniu pracy zawodowej, życia rodzinnego i równouprawnienia w relacji kobiety i mężczyzny.

Innym nurtem jest literatura dokumentu osobistego. Autor jest jej głównym bohaterem, pozostałymi bohaterami są wydawcy, inni autorzy, dziennikarze itp., ludzie, którzy naprawdę istnieją, często dobrze znani czytelnikom.

Jak we wskazane przez siebie nurty wpasowuje się sama Hermanson? Wprawdzie poniżej ujawniam dość znaczące detale z fabuły, jednak wbrew pozorom nie przekreślam celowości lektury Plaży muszli, ani nie odbieram czytelniczej przyjemności – największym atutem powieści jest sfera obyczajowa i charakterologiczna, co spycha okoliczność „rzucania nowego światła na tajemnicę sprzed lat” – jak głosi wydawnicza zachęta na okładce – do roli kwestii trzecioplanowej. Zgodnie z blogowymi zwyczajami, to stwierdzenie można jednak traktować jako ostrzeżenie przed spoilerami.

Przez książkę prowadzi nas przede wszystkim narratorka, Urlika. Jest ona rozwiedzioną etnografką, utrzymuje wzorowe stosunki z byłym mężem, Andersem, w imię dobra dwóch synów. Nie wydaje się stać w punkcie zwrotnym, nie dąży do zmian.

W dzieciństwie zaprzyjaźniła się z dziewczynką Anne-Marie, której rodzina, Gottmanowie, mieli domek letniskowy w tej samej okolicy. Urlika lgnęła do nich, i wstydziła się swoich rodziców: nastawionych prawicowo, stawiających na ciężką pracę stanowiącą kartę wstępu do klasy średniej. Ojciec, wychowany przez przypadkowych krewnych i owdowiałego stosującego przemoc ojca–alkoholika, był człowiekiem awansu, dentystą z doktoratem. Matka Urliki, wpierw opiekująca się domem i małą córką, później pracowała na część etatu jako pomoc dentystyczna.

Rodzice Anne-Marie byli zaś lewicującymi intelektualistami – Åke i Karin, pisarz i dziennikarka „Dagens Nyheter”, pozwalający, by dzieci: Eva, Jens i Anne-Marie, mówiły im po imieniu. Przyjaźń dziewcząt przetrwała lata. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, progu dorosłości, latem, kiedy mają miejsca kluczowe zdarzenia, Anne-Marie imponowała urodą, a Urlika, pełna kompleksów, zafascynowana była Jensem, bratem Anne-Marie. Karin podczas dziennikarskiej podróży do Bangalore trafiła do sierocińca, który zrobił na niej takie wrażenie, że wraz z mężem adoptowała dziewczynkę z problemami rozwojowymi, Maję. Maja nie była zwykłym dzieckiem. Nigdy nie nauczyła się mówić, uwielbiała, chować i odnajdywać przedmioty, pływać i rysować według obieranych przez siebie konwencji… rysować rzeczy niepokojące. Nie pokochała też swoich rodziców adopcyjnych.

W następnym roku, gdy Gottmanowie wraz z gośćmi bawili na letnisku, Maja – szczególnie przywiązana do Anne-Marie, która wtedy właśnie sposobiła się do wypłynięcia łodzią – wymusiła na młodzieży zabranie jej na wyspę, na której zaplanowano obchody Midsommar (nocy świętojańskiej). Imprezowicze pili, łączyli się w pary, przeżywali swe olśnienia i rozczarowania, a rano Anne-Marie odkryła, że Maja znikła. Długie miesiące bezowocnych poszukiwań rozbiły idealną rodzinę. Ojciec przestał pisać i strasznie się rozpił, Anne-Marie, obwiniając się, popadła w patologiczne odrętwienie. Pozory normalności, poprzez trzymanie się codziennej rutyny, zachowywali dziadkowie – rodzice Åkego, Tor i Sigrid, oraz starająca się wspierać przyjaciółkę, wciąż przebywająca na letnisku Gottmanów Urlika.

Po długim czasie Maja została odnaleziona – cała, zdrowa, niezagłodzona, w tym samym, co w Midsommar stroju stała na dziwnej, niedostępnej półce skalnej. Zabrano ją do domu, co przyśpieszyło rozpad rodziny Gottmanów. Dziadkowie spali, gdy Maja wróciła. Po tak długim czasie nikt się nie spodziewał nagłego rozwiązania. Następnego ranka starsi państwo, podobnie jak dziewczynka, wstali wcześnie – skonfrontowany z niespodziewanym widokiem Mai Tor dostał wylewu. Karin i Åke się rozwiedli. Ojciec wszedł w inny, nieudany związek. Pił, miał zawały, skończył dosłownie (!) w rynsztoku. Matka zrezygnowała z etatu w dzienniku, pracowała jako wolny strzelec, poświęciła się Mai. Nigdy nie określono, czym była choroba dziewczynki, być może specyficzny przypadek autyzmu. Po latach Maja trafiła do domu opieki, w którym przy minimalnej zewnętrznej ingerencji mieszkała grupa osób o różnym stopniu niepełnosprawności umysłowej. Anne-Marie wyemigrowała do USA upadek piękności, brak sukcesu). Poza tym stateczna opinia publiczna uosabiana przez rodziców Urliki, nigdy nie uwierzyła w opisywaną wersję zdarzeń – że Maja po prostu znikła z imprezy i niespodziewanie się pojawiła. Urlika jest uznana za zbyt zafascynowaną Gottmanami. Porządni ludzie myślą co innego, doszukują się w swoim mniemaniu bardziej racjonalnych wyjaśnień – ot, Åke i Karin byli ze sobą skonfliktowani, i bądź ona ukryła dziecko przed nim, bądź on przed nią, np. u kochanki w Göteborgu.

Wszystkiego, co dotyczyło owych późniejszych losów rodziny Gottmanów, Urlika dowiedziała się z prasy i od spotkanego po latach Jensa, żonatego pracownika branży reklamowej, z którym przeżyła emocjonalno-seksualną przygodę. Ona sama – przypominam, etnografka – wyspecjalizowała się w ludowych opowieściach (i ich młodszych siostrach: urban legends) o „uprowadzeniu przez trolle”.

Konstrukcja książki podpowiada nam, że historia kryje w sobie jakąś tajemnicę. Przez większą część Urlika jest pierwszoosobową narratorką, cofającą się do czasów dzieciństwa i młodości. Inne rozdziały to trzecioosobowa relacja dotycząca niepełnosprawnej umysłowo, a może niedostosowanej do społecznych norm Kristiny. To mądra, ale zawsze milcząca uczennica, studentka, która uciekła z uczelni, by zostać sprzątaczką w szpitalu, później pensjonariuszka, dla której opieka społeczna znajduje doskonałe, choć kontrowersyjne rozwiązanie. Kristina zajmuje pozbawiony wszelkich wygód wiejski (nie mylić z letniskowym!) domek, urządza go po swojemu – zamiast łóżka ma barłóg, resztę przestrzeni wykorzystuje jako przedziwną pracownię do modyfikowania przedmiotów, które znajduje w okolicy – w lesie i na plaży. Ma to dla niej wymiar terapeutyczny, i tu zaskoczenie. Takie niekonwencjonalne rozwiązanie życiowych problemów kobiety to coś zgoła innego, niż siłowe normalizowanie, jakie znamy z innych powieści (np. Majgull Axelsson). Kobieta jest akceptowana przez miejscowych. Nie integruje się z nimi, jednak robi niezbędne zakupy, od czasu do czasu bywa kontrolowana przez swoją kuratorkę. Ta nabiera wyrozumiałości, nie upiera się już przy spaniu w łóżku i jedzeniu przy stole. W osadzie bywają też rodzice Kristiny, starający się doceniać plusy sytuacji: ich córka ma swe miejsce na świecie, tworzy sztukę, nawet… bierze leki. Okazuje się, że to właśnie Kristina, przypadkowo zadomowiona w okolicy (bez tego zbiegu okoliczności nie byłoby opowieści) i pływająca kajakiem w noc letniego przesilenia, porywa Maję i przez miesiące kryje ją przed światem. Gdy przygodni ludzie znajdują niemą dziewczynkę na skalnej półce, znanej tylko wtajemniczonym, widocznej tylko z wody, ukryta w rozpadlinie Kristina załamuje się, i choć wraca do domu i do swego samotnego życia, niedługo potem popełnia samobójstwo.

Opowieść Urliki rozpoczyna się, gdy kobieta odwiedza z synami plaże swego dzieciństwa. Na jednej, szczególnie trudno dostępnej, chłopcy znajdują szkielet w labiryncie wśród skał. Są przeszczęśliwi, że odkryli człowieka jaskiniowego, jednak zagadka zwłok jest zdecydowanie świeższej daty. W nawiązaniu do wypowiedzi Hermanson zacytowanej na początku: typowy dla tego, co kojarzę ze szwedzką literaturą XXI wieku, jest trup w każdej szafie z Ikei.

Młoda para, znana później jako małżeństwo Gottmanów, oddaje swe pierwsze nieplanowane dziecko, dziewczynkę, do adopcji. Ta, wedle wiedzy Jensa, umiera w wieku przedszkolnym.

Przeżycia z młodości naznaczają naukowe zainteresowania Urliki mitem motywem porwania przez trolle. Znane jej głównie z dawnych przekazów relacje, które opowiada na otwartych wykładach, brzmią dość banalnie, szczególnie w porównaniu ze Nie przed zachodem słońca Johanny Sinisalo. Być może autorka celowo nie pokazuje Urliki na uczelni – poziom pogadanek dla „młodych dziewczyn gustujących w New Age i starszych pań zainteresowanych swoim regionem” (s. 32) nie musi być akademicki. To jednak, co mówi „nastawiona na efekt” prelegentka sugeruje, że jej wiedza jest szeroka i dogłębna, a przede wszystkim wystarczy, by w tym kontekście wątek zaginięcia Mai miał posmak tajemniczości. Uważnie śledząca reakcje swego audytorium Urlika nie pomija przyziemnych i niekiedy brutalnych wyjaśnień, jak to z tymi rzekomymi uprowadzeniami bywało. Częstymi ofiarami były dzieci matek zbierających w lasach grzyby, jagody czy chrust… ofiarami niedopilnowania, nie uprowadzenia przez istotę nadprzyrodzoną, oczywiście. Łatwiej było opowiedzieć wspólnocie, np. sąsiadom z wioski, o winie trolli porywaczy, aniżeli ujawnić pragnienie pozbycia się własnego dziecka. Tu metafora skonstruowana przez Hermanson tanieje: rówieśnica pierwszej córki Gottmanów, niepasująca do swych rodziców Kristina staje się dzikuską, najlepszym możliwym odpowiednikiem trolla, i bez złych intencji, jako wcielenie woli mściwego fatum, porywa najmłodszą ukochaną córeczkę, rozbija rodzinę, dotkliwie karze wszystkich jej członków. W to zresztą wierzyła Karin.

Książka jest bardzo sprawnie napisana. Najciekawsze jest ujęcie tego, co dzieje się z mrzonkami, jakie na temat społecznego współżycia żywimy w dzieciństwie i młodości. To gorzkie i sentymentalne zarazem. Nie podoba mi się jednak kompletna niewiara w zbudowanie dobrego związku. Być może w takim żyją dziadkowie, Tor i Sigrid, lecz należą oni do innego pokolenia. Rodzice się rozwodzą, rozwodzą się Urlika i Anders, Jens zdradza z Urliką żonę. Nie, nie ubolewam nad rozpasaniem czy upadkiem moralności, dziwi mnie jedynie kompletna nieumiejętność ułożenia sobie życia – nie powiem: odpowiedzialnie, powiem: szczęśliwie. Obraz jest przygnębiający, ale pasuje do – by tak rzec – skandynawskiej ideologii social awareness. Idea rodziny – choćby była to rodzina rozbijana, rekonstruowana, niemniej zawsze normatywna – triumfuje. System wspomaga rozwiedzionych w taki sposób, by mogli bezkonfliktowo dzielić się opieką nad dziećmi. Co więcej, w młodości Karin bynajmniej nie chciała zrzekać się praw do opieki nad swym pierwszym dzieckiem. Została do tego nakłoniona. W dalszej konsekwencji jej ówczesna zgoda i podporządkowanie się woli lekarzy pozwoliły jej i Åkemu stworzyć rodzinę i przez wiele lat żyć w spokoju i dostatku. Jako zwolennicy, a przynajmniej – pragmatycznie – wyborcy SAP (Szwedzkiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej), przez wiele dziesięcioleci należeli do politycznego mainstreamu, popierali tak zwany progresywizm, który był de facto polityką państwową. Życiowa sielanka skończyła się, gdy lepsze stało się wrogiem dobrego: szlachetna decyzja o adopcji dziewczynki z „zacofanego” kraju była zarazem kaprysem i zadośćuczynieniem za niegdysiejszą krzywdę wyrządzoną – jak mniemała Karin – pierwszemu dziecku małżeństwa Gottmanów. Zauważmy jeszcze, że takie „fanaberie” miały miejsce w drugim pokoleniu beneficjentów welfare state (pierwsze stanowili również lewicowi Tor i Sigrid), ludzi mających wykształcenie humanistyczne, tu na swój sposób utożsamiane z dobrobytem. W rodzinie Urliki to ona jako pierwsza mogła sobie „pozwolić” na niepraktyczny, niemal hobbystyczny zawód. Ostatnie lata natomiast przewróciły wszystko do góry nogami. Popularnymi powieściopisarzami są prawnicy, lekarze i dentyści.

Wpierw Plaża muszli zdaje się powielać liczne schematy fabularne, jakie stały się już rozpoznawalnymi znakami firmowymi w literaturze skandynawskiej, odcinać kupony od konwencji niemal gwarantujących poczytność. Dalszy namysł ujawnia przewrotność powieściowej wizji, głębszą krytykę społeczną nieodnajdywalną wśród bezpośrednich deklaracji Hermanson. W ten sposób literatura piękna dowodzi swej przewagi nad teoriami i analizami socjopolitycznymi – mówi więcej, przystępniej, i nie obciąża się nachalną retoryką.

Paulina Szkudlarek

Marie Hermanson, Plaża muszli, przeł. Bratumiła Pawłowska, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2008. Cytat i nieoznaczone odwołania pochodzą z tego wydania. Kontekstem dla lektury może być opracowanie zbiorowe Szwecja. Przewodnik nieturystyczny, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2010.

Data wpisu: 5 września, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Trup w każdej szwedzkiej szafie. Marie Hermanson, „Plaża muszli”

W wywiadzie, jakiego po publikacji Plaży muszli portalowi Wirtualna Polska udzieliła Marie Hermanson, padło pytanie, co jest współcześnie (rozmowa miała miejsce trzy lata temu) rysem charakterystycznym w literaturze szwedzkiej. Pisarka odpowiedziała:

Kiedy odwiedzasz szwedzką księgarnię, nie możesz nie zauważyć powieści kryminalnych. Są one bardzo popularne i dominują na listach bestsellerów. Prawnicy, lekarze i dentyści odnoszą sukces jako autorzy kryminałów, ale również autorzy z dużym dorobkiem zaczynają tworzyć taką literaturę.

Jest wiele powieści, które w sposób realistyczny – czasem zabawny, czasem bardziej poważny – opisują trudności w połączeniu pracy zawodowej, życia rodzinnego i równouprawnienia w relacji kobiety i mężczyzny.

Innym nurtem jest literatura dokumentu osobistego. Autor jest jej głównym bohaterem, pozostałymi bohaterami są wydawcy, inni autorzy, dziennikarze itp., ludzie, którzy naprawdę istnieją, często dobrze znani czytelnikom.

Jak we wskazane przez siebie nurty wpasowuje się sama Hermanson? Wprawdzie poniżej ujawniam dość znaczące detale z fabuły, jednak wbrew pozorom nie przekreślam celowości lektury Plaży muszli, ani nie odbieram czytelniczej przyjemności – największym atutem powieści jest sfera obyczajowa i charakterologiczna, co spycha okoliczność „rzucania nowego światła na tajemnicę sprzed lat” – jak głosi wydawnicza zachęta na okładce – do roli kwestii trzecioplanowej. Zgodnie z blogowymi zwyczajami, to stwierdzenie można jednak traktować jako ostrzeżenie przed spoilerami.

Przez książkę prowadzi nas przede wszystkim narratorka, Urlika. Jest ona rozwiedzioną etnografką, utrzymuje wzorowe stosunki z byłym mężem, Andersem, w imię dobra dwóch synów. Nie wydaje się stać w punkcie zwrotnym, nie dąży do zmian.

W dzieciństwie zaprzyjaźniła się z dziewczynką Anne-Marie, której rodzina, Gottmanowie, mieli domek letniskowy w tej samej okolicy. Urlika lgnęła do nich, i wstydziła się swoich rodziców: nastawionych prawicowo, stawiających na ciężką pracę stanowiącą kartę wstępu do klasy średniej. Ojciec, wychowany przez przypadkowych krewnych i owdowiałego stosującego przemoc ojca–alkoholika, był człowiekiem awansu, dentystą z doktoratem. Matka Urliki, wpierw opiekująca się domem i małą córką, później pracowała na część etatu jako pomoc dentystyczna.

Rodzice Anne-Marie byli zaś lewicującymi intelektualistami – Åke i Karin, pisarz i dziennikarka „Dagens Nyheter”, pozwalający, by dzieci: Eva, Jens i Anne-Marie, mówiły im po imieniu. Przyjaźń dziewcząt przetrwała lata. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, progu dorosłości, latem, kiedy mają miejsca kluczowe zdarzenia, Anne-Marie imponowała urodą, a Urlika, pełna kompleksów, zafascynowana była Jensem, bratem Anne-Marie. Karin podczas dziennikarskiej podróży do Bangalore trafiła do sierocińca, który zrobił na niej takie wrażenie, że wraz z mężem adoptowała dziewczynkę z problemami rozwojowymi, Maję. Maja nie była zwykłym dzieckiem. Nigdy nie nauczyła się mówić, uwielbiała, chować i odnajdywać przedmioty, pływać i rysować według obieranych przez siebie konwencji… rysować rzeczy niepokojące. Nie pokochała też swoich rodziców adopcyjnych.

W następnym roku, gdy Gottmanowie wraz z gośćmi bawili na letnisku, Maja – szczególnie przywiązana do Anne-Marie, która wtedy właśnie sposobiła się do wypłynięcia łodzią – wymusiła na młodzieży zabranie jej na wyspę, na której zaplanowano obchody Midsommar (nocy świętojańskiej). Imprezowicze pili, łączyli się w pary, przeżywali swe olśnienia i rozczarowania, a rano Anne-Marie odkryła, że Maja znikła. Długie miesiące bezowocnych poszukiwań rozbiły idealną rodzinę. Ojciec przestał pisać i strasznie się rozpił, Anne-Marie, obwiniając się, popadła w patologiczne odrętwienie. Pozory normalności, poprzez trzymanie się codziennej rutyny, zachowywali dziadkowie – rodzice Åkego, Tor i Sigrid, oraz starająca się wspierać przyjaciółkę, wciąż przebywająca na letnisku Gottmanów Urlika.

Po długim czasie Maja została odnaleziona – cała, zdrowa, niezagłodzona, w tym samym, co w Midsommar stroju stała na dziwnej, niedostępnej półce skalnej. Zabrano ją do domu, co przyśpieszyło rozpad rodziny Gottmanów. Dziadkowie spali, gdy Maja wróciła. Po tak długim czasie nikt się nie spodziewał nagłego rozwiązania. Następnego ranka starsi państwo, podobnie jak dziewczynka, wstali wcześnie – skonfrontowany z niespodziewanym widokiem Mai Tor dostał wylewu. Karin i Åke się rozwiedli. Ojciec wszedł w inny, nieudany związek. Pił, miał zawały, skończył dosłownie (!) w rynsztoku. Matka zrezygnowała z etatu w dzienniku, pracowała jako wolny strzelec, poświęciła się Mai. Nigdy nie określono, czym była choroba dziewczynki, być może specyficzny przypadek autyzmu. Po latach Maja trafiła do domu opieki, w którym przy minimalnej zewnętrznej ingerencji mieszkała grupa osób o różnym stopniu niepełnosprawności umysłowej. Anne-Marie wyemigrowała do USA upadek piękności, brak sukcesu). Poza tym stateczna opinia publiczna uosabiana przez rodziców Urliki, nigdy nie uwierzyła w opisywaną wersję zdarzeń – że Maja po prostu znikła z imprezy i niespodziewanie się pojawiła. Urlika jest uznana za zbyt zafascynowaną Gottmanami. Porządni ludzie myślą co innego, doszukują się w swoim mniemaniu bardziej racjonalnych wyjaśnień – ot, Åke i Karin byli ze sobą skonfliktowani, i bądź ona ukryła dziecko przed nim, bądź on przed nią, np. u kochanki w Göteborgu.

Wszystkiego, co dotyczyło owych późniejszych losów rodziny Gottmanów, Urlika dowiedziała się z prasy i od spotkanego po latach Jensa, żonatego pracownika branży reklamowej, z którym przeżyła emocjonalno-seksualną przygodę. Ona sama – przypominam, etnografka – wyspecjalizowała się w ludowych opowieściach (i ich młodszych siostrach: urban legends) o „uprowadzeniu przez trolle”.

Konstrukcja książki podpowiada nam, że historia kryje w sobie jakąś tajemnicę. Przez większą część Urlika jest pierwszoosobową narratorką, cofającą się do czasów dzieciństwa i młodości. Inne rozdziały to trzecioosobowa relacja dotycząca niepełnosprawnej umysłowo, a może niedostosowanej do społecznych norm Kristiny. To mądra, ale zawsze milcząca uczennica, studentka, która uciekła z uczelni, by zostać sprzątaczką w szpitalu, później pensjonariuszka, dla której opieka społeczna znajduje doskonałe, choć kontrowersyjne rozwiązanie. Kristina zajmuje pozbawiony wszelkich wygód wiejski (nie mylić z letniskowym!) domek, urządza go po swojemu – zamiast łóżka ma barłóg, resztę przestrzeni wykorzystuje jako przedziwną pracownię do modyfikowania przedmiotów, które znajduje w okolicy – w lesie i na plaży. Ma to dla niej wymiar terapeutyczny, i tu zaskoczenie. Takie niekonwencjonalne rozwiązanie życiowych problemów kobiety to coś zgoła innego, niż siłowe normalizowanie, jakie znamy z innych powieści (np. Majgull Axelsson). Kobieta jest akceptowana przez miejscowych. Nie integruje się z nimi, jednak robi niezbędne zakupy, od czasu do czasu bywa kontrolowana przez swoją kuratorkę. Ta nabiera wyrozumiałości, nie upiera się już przy spaniu w łóżku i jedzeniu przy stole. W osadzie bywają też rodzice Kristiny, starający się doceniać plusy sytuacji: ich córka ma swe miejsce na świecie, tworzy sztukę, nawet… bierze leki. Okazuje się, że to właśnie Kristina, przypadkowo zadomowiona w okolicy (bez tego zbiegu okoliczności nie byłoby opowieści) i pływająca kajakiem w noc letniego przesilenia, porywa Maję i przez miesiące kryje ją przed światem. Gdy przygodni ludzie znajdują niemą dziewczynkę na skalnej półce, znanej tylko wtajemniczonym, widocznej tylko z wody, ukryta w rozpadlinie Kristina załamuje się, i choć wraca do domu i do swego samotnego życia, niedługo potem popełnia samobójstwo.

Opowieść Urliki rozpoczyna się, gdy kobieta odwiedza z synami plaże swego dzieciństwa. Na jednej, szczególnie trudno dostępnej, chłopcy znajdują szkielet w labiryncie wśród skał. Są przeszczęśliwi, że odkryli człowieka jaskiniowego, jednak zagadka zwłok jest zdecydowanie świeższej daty. W nawiązaniu do wypowiedzi Hermanson zacytowanej na początku: typowy dla tego, co kojarzę ze szwedzką literaturą XXI wieku, jest trup w każdej szafie z Ikei.

Młoda para, znana później jako małżeństwo Gottmanów, oddaje swe pierwsze nieplanowane dziecko, dziewczynkę, do adopcji. Ta, wedle wiedzy Jensa, umiera w wieku przedszkolnym.

Przeżycia z młodości naznaczają naukowe zainteresowania Urliki mitem motywem porwania przez trolle. Znane jej głównie z dawnych przekazów relacje, które opowiada na otwartych wykładach, brzmią dość banalnie, szczególnie w porównaniu ze Nie przed zachodem słońca Johanny Sinisalo. Być może autorka celowo nie pokazuje Urliki na uczelni – poziom pogadanek dla „młodych dziewczyn gustujących w New Age i starszych pań zainteresowanych swoim regionem” (s. 32) nie musi być akademicki. To jednak, co mówi „nastawiona na efekt” prelegentka sugeruje, że jej wiedza jest szeroka i dogłębna, a przede wszystkim wystarczy, by w tym kontekście wątek zaginięcia Mai miał posmak tajemniczości. Uważnie śledząca reakcje swego audytorium Urlika nie pomija przyziemnych i niekiedy brutalnych wyjaśnień, jak to z tymi rzekomymi uprowadzeniami bywało. Częstymi ofiarami były dzieci matek zbierających w lasach grzyby, jagody czy chrust… ofiarami niedopilnowania, nie uprowadzenia przez istotę nadprzyrodzoną, oczywiście. Łatwiej było opowiedzieć wspólnocie, np. sąsiadom z wioski, o winie trolli porywaczy, aniżeli ujawnić pragnienie pozbycia się własnego dziecka. Tu metafora skonstruowana przez Hermanson tanieje: rówieśnica pierwszej córki Gottmanów, niepasująca do swych rodziców Kristina staje się dzikuską, najlepszym możliwym odpowiednikiem trolla, i bez złych intencji, jako wcielenie woli mściwego fatum, porywa najmłodszą ukochaną córeczkę, rozbija rodzinę, dotkliwie karze wszystkich jej członków. W to zresztą wierzyła Karin.

Książka jest bardzo sprawnie napisana. Najciekawsze jest ujęcie tego, co dzieje się z mrzonkami, jakie na temat społecznego współżycia żywimy w dzieciństwie i młodości. To gorzkie i sentymentalne zarazem. Nie podoba mi się jednak kompletna niewiara w zbudowanie dobrego związku. Być może w takim żyją dziadkowie, Tor i Sigrid, lecz należą oni do innego pokolenia. Rodzice się rozwodzą, rozwodzą się Urlika i Anders, Jens zdradza z Urliką żonę. Nie, nie ubolewam nad rozpasaniem czy upadkiem moralności, dziwi mnie jedynie kompletna nieumiejętność ułożenia sobie życia – nie powiem: odpowiedzialnie, powiem: szczęśliwie. Obraz jest przygnębiający, ale pasuje do – by tak rzec – skandynawskiej ideologii social awareness. Idea rodziny – choćby była to rodzina rozbijana, rekonstruowana, niemniej zawsze normatywna – triumfuje. System wspomaga rozwiedzionych w taki sposób, by mogli bezkonfliktowo dzielić się opieką nad dziećmi. Co więcej, w młodości Karin bynajmniej nie chciała zrzekać się praw do opieki nad swym pierwszym dzieckiem. Została do tego nakłoniona. W dalszej konsekwencji jej ówczesna zgoda i podporządkowanie się woli lekarzy pozwoliły jej i Åkemu stworzyć rodzinę i przez wiele lat żyć w spokoju i dostatku. Jako zwolennicy, a przynajmniej – pragmatycznie – wyborcy SAP (Szwedzkiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej), przez wiele dziesięcioleci należeli do politycznego mainstreamu, popierali tak zwany progresywizm, który był de facto polityką państwową. Życiowa sielanka skończyła się, gdy lepsze stało się wrogiem dobrego: szlachetna decyzja o adopcji dziewczynki z „zacofanego” kraju była zarazem kaprysem i zadośćuczynieniem za niegdysiejszą krzywdę wyrządzoną – jak mniemała Karin – pierwszemu dziecku małżeństwa Gottmanów. Zauważmy jeszcze, że takie „fanaberie” miały miejsce w drugim pokoleniu beneficjentów welfare state (pierwsze stanowili również lewicowi Tor i Sigrid), ludzi mających wykształcenie humanistyczne, tu na swój sposób utożsamiane z dobrobytem. W rodzinie Urliki to ona jako pierwsza mogła sobie „pozwolić” na niepraktyczny, niemal hobbystyczny zawód. Ostatnie lata natomiast przewróciły wszystko do góry nogami. Popularnymi powieściopisarzami są prawnicy, lekarze i dentyści.

Wpierw Plaża muszli zdaje się powielać liczne schematy fabularne, jakie stały się już rozpoznawalnymi znakami firmowymi w literaturze skandynawskiej, odcinać kupony od konwencji niemal gwarantujących poczytność. Dalszy namysł ujawnia przewrotność powieściowej wizji, głębszą krytykę społeczną nieodnajdywalną wśród bezpośrednich deklaracji Hermanson. W ten sposób literatura piękna dowodzi swej przewagi nad teoriami i analizami socjopolitycznymi – mówi więcej, przystępniej, i nie obciąża się nachalną retoryką.

Paulina Szkudlarek

Marie Hermanson, Plaża muszli, przeł. Bratumiła Pawłowska, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2008. Cytat i nieoznaczone odwołania pochodzą z tego wydania. Kontekstem dla lektury może być opracowanie zbiorowe Szwecja. Przewodnik nieturystyczny, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2010.

Data wpisu: 5 września, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Wampir i pedofil. Cóż to, że ze Szwecji? John Ajvide Lindqvist, „Wpuść mnie”

Wśród polskich przekładów literatury skandynawskiej silny jest nurt rozliczający się z iluzjami tamtejszych państw opiekuńczych. Szczególną pozycję zajmują tu rzecz jasna trylogia Millenium Stiega Larssona czy pozycje ze znakomitej serii Terytoria Skandynawii wydawnictwa słowo/obraz terytoria. Do tego rodzaju powieści należy też książkowy debiut Johna A. Lindqvista, w naszym kraju rozsławiony przed dwoma laty dzięki ekranizacji o nieco zmodyfikowanym tytule: Pozwól mi wejść (reż. Tomas Alfredson, 2008). Podobnie, jak w przypadku Czarownic z Eastwick (tu), postaram się unikać porównań z filmem, ograniczając się do stwierdzenia, że literacki pierwowzór jest znacznie bogatszy [1]. To właśnie nieobecne u Alfredsona wątki uważam za kluczowe.

Skandynawskie dzieciństwo bywa pokazywane nie tylko jako sielanka (Dzieci z Bullerbyn Astrid Lindgren) albo jako piekło (Kwietniowa czarownica Majgull Axelsson). Swą reprezentację znajdują też wszelkie stany pośrednie – na przykład w Pałacu lodowym Norwega Tarjei Vesaasa znajdujemy historię zadziwiającą. Dziewczynka przeżywa traumę związaną z utratą szkolnej przyjaciółki w świecie wrogiej natury, jednak wśród życzliwych, pomocnych, cierpliwych i wyrozumiałych ludzi – zarówno dorosłych, jak i rówieśników. Ten szeroki wachlarz wart jest wzmianki dlatego, że w sposób charakterystyczny świadczy o istotności dzieciństwa i szacunku dlań.

W powieści Lindqvista dziecko jest potworem, być może – patrząc na tytuł niniejszej recenzji – kolejnym, trzecim. Oskar jest chłopcem u progu dojrzewania, mieszka z matką w podupadłym Blackebergu, sztokholmskim odpowiedniku krakowskiej Nowej Huty. O czasach jego zasiedlania czytamy: „Przyjeżdżali (…) samochodami, wozami meblowymi. Jedni za drugimi. Wsiąkali w gotowe mieszkania, niosąc ze sobą rzeczy. (…) Wychodzili ze swoich klatek, i odkrywali, że wszystko już podzielono. Musieli się więc do tego dostosować” [s. 7]. Z przekory dodam jeszcze, iż pośród terenów zielonych, ścieżek spacerowych i placów zabaw „brakowało (…) kościoła. Miejscowość z dziesięcioma tysiącami mieszkańców bez kościoła” [s. 8]. Jest to o tyle frapujące, że dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych zniesiono zasadę, wedle której każdy nowy obywatel Szwecji automatycznie przynależał do państwowego Kościoła ewangelicko-luterańskiego. Lindqvist umieścił akcję swej powieści we wczesnych latach osiemdziesiątych; tymczasem wróćmy do Blackebergu.

Trzydzieści lat po zasiedleniu niegdysiejsza ziemia obiecana (lub nowy wspaniały świat) jest poszarzała i zamieszkała przez smętnych ludzi – pechowców, biedaków i nieudaczników. Można rzec, iż Oskar wkomponowuje się w krajobraz: syn nieodpowiedzialnego alkoholika i rozwiedzionej z nim zapracowanej kobiety, klasowy kozioł ofiarny, otyły „prosiaczek” rekompensujący sobie szkolne upokorzenia drobnymi kradzieżami i próbami zastępczego odreagowania. Podczas jednej z tych ostatnich poznaje swoją nową sąsiadkę, dziwną dziewczynkę przedstawiającą się jako Eli. Chłopiec stosunkowo szybko się z nią zaprzyjaźnia: zaniedbana, niechlujna, wychudzona, zagubiona w rzeczywistości, zapewne zdaje się Oskarowi bardziej „poszkodowana”, aniżeli on sam. Ten motyw niechlubnego dowartościowania się na drodze konstatacji, że ktoś inny ma jeszcze gorzej, nie jest jednak eksponowany – autor sugeruje raczej, że Oskar nabiera pewności siebie dzięki wsparciu Eli. Nic jednak nie zmienia się z dnia na dzień. Bohater włącza relację przyjacielską w swoją wciąż dlań trudną, opresyjną codzienność. Tymczasem coraz bardziej widocznym jej elementem staje się zagrożenie ze strony grasującego w okolicach seryjnego mordercy. Dzięki narratorskim zmianom postaci ogniskujących odbiorcy od razu zdają sobie sprawę z tego, iż agresorem jest Håkan, domniemany ojciec Eli, w rzeczywistości zaś – zakochany w dziewczynce opiekun.

Mężczyzna to pedofil, który zmuszony był do porzucenia swojego dawnego życia – był nauczycielem języka szwedzkiego. Po długim doświadczeniu, by tak rzec, szlifowania stołecznych bruków i upodlenia, został przez Eli „odkryty” jako pożyteczny pomocnik, towarzysz życia. Dziewczynka okazała się być wampirzycą, potrzebującą świeżej krwi. Jej dziecięcy wygląd i specyficzna świadomość – jak w pewnym momencie mówi Oskarowi, ma zarazem 12 lat i ponad 200 lat – sprawiają, że Håkan na swój chory sposób zakochuje się w (drugim) potworze. Porzuca to, co do owej pory stanowiło jego raison d’être: literaturę, alkohol, przygodny seks z prostytuującymi się dziećmi, i poświęca się pozyskiwaniu pokarmu dla Eli. Trudno to opisywać jako miłość, niemniej pedofil jest zdolny do każdego poświęcenia: by nie narazić wampirzycy na niebezpieczeństwo, staje się społecznym „obcym”, rezygnuje z przywilejów obywatelskich – przysługujących wszak nawet przestępcom – na rzecz pełnej anonimowości. Na okoliczność ewentualnego przyłapania ma przygotowany słoik z kwasem, aby w ostateczności móc wypalić nim twarz i uniemożliwić identyfikację. Nic dziwnego, że pojawienie się Oskara w życiu–nieżyciu Eli budzi w nim zazdrość i frustrację.

Książka obfituje w momenty drastyczne i niesmaczne, powiedzmy: gore. Zgodnie z gatunkowymi wymogami, krew ofiar Eli i Håkana leje się strumieniami, ma miejsce wielka obława na okaleczonego niemal–trupa, itp., jednak nie te elementy sprawiają, że lektura może być dość szokująca. By n’épater pas les bourgeois ograniczę się do jednego przykładu. Håkan decyduje się na wyprawę do centrum miasta w poszukiwaniu sprzedających usługi seksualne chłopców. Nastolatek, który przychodzi go „obsłużyć” ma wybite zęby, aby skuteczniej zadawalać oralnie narzucanych mu klientów.

Wątek pedofilii zdaje mi się kluczowy, albowiem wiąże się z – by tak rzec – ontogenezą Eli, co jest wyeksponowane w książce, w filmie zaś pominięte. Mogę jedynie zgadywać, że uczyniono tak z chęci, by skondensować treść w scenariuszu wyzbytym tego, co najbardziej kontrowersyjne. Otóż Eli została stworzona jako zabawka dla pedofila. Z wizji przekazanej Oskarowi dowiadujemy się, iż to „pierwotnie” chłopski syn, w osiemnastym wieku noszący imię Eliasz, który był wybrany przez lokalnego arystokratę do kastracji. Cel tego okrutnego zabiegu nie jest ujawniony, ale powołanie do istnienia idealnego niewolnika seksualnego tkwi w podtekście.

Istota wyglądająca na dziewczynkę to jednak bezpłciowa lalka. Wprowadza to w lekturę ciekawy poznawczo trop „squeerowania Obcego” [2], jednak dla prostego śledzenia fabuły implikacje ograniczmy do dwóch. Oskar, zakochany w Eli, wpierw słysząc słowa podważające jego pewność, iż ma do czynienia z dziewczyną, potem widząc jej pozbawione genitaliów ciało, zaczyna zastanawiać się, co, jeśli przypadkiem jest homoseksualistą, potem – czy człowiek może nie być „ani chłopakiem, ani dziewczyną” [s. 148]. Takie pytania szóstoklasista zadaje nauczycielce, nieprzygotowanej do takiej rozmowy, jednak starającej się odpowiadać rzeczowo. Takie pytania – o status ontologiczny i epistemologiczny różnorodnych nienormatywnych tożsamości – stawiane są również przez współczesnych humanistów. Przy powieści Lindqvista po raz kolejny uznałam, że beletrystyka (także, albo: zwłaszcza) popularna, znacznie w tych kwestiach wyprzedza akademickie teorie, ilustruje niewypowiadalne. Oskar decyduje oddać się Eli. Jego rozterki w efekcie sprowadzają się do innych kwestii (zdobywanie pieniędzy, zabijanie ludzi dla ich krwi), a jedyny ślad pozostaje w formie gramatycznej: gdy Oskar poznaje historię wampira, zaczyna myśleć o nim w rodzaju męskim.

Druga kwestia dotyczy Håkana, który od dawna, jeśli nie od początku ich znajomości, zna ciało Eli, niezdolne do współżycia genitalnego bądź analnego. Pedofil nie wymusza innych form stosunków (np. oralnych), ba! pozostaje w pozycji petenta, oczekując zgody na spojrzenie czy dotyk. Wszelako jego miłosna obsesja, w sprzężeniu z siłą i bezwzględnością Eli, zdaje się nieść większe zagrożenie, aniżeli niegdysiejsze „proste” pożądanie małych chłopców. Na marginesie, zastanawia to, na ile w ówczesnej Szwecji pedofilia naprawdę mogła uchodzić bezkarnie.

W świecie Oskara i jego kolegów przemoc eskaluje. Próba zabójstwa na peronie kolejowym, piromańska zemsta, szereg kłamstw wobec ojca i matki, kolejna próba zabójstwa, czy raczej: zamęczenia na śmierć na szkolnym basenie – wet za wet, po akcji reakcja, a każda to krok na drodze do utraty człowieczeństwa. Tak chłopiec staje się gotowy, by dzielić życie z Eli(aszem).

Rozbite rodziny, brak Boga, przemoc, patologie seksualne – obraz jak z koszmaru tych rodzimych tradycjonalistów, którzy w otwartych społeczeństwach skandynawskich widzą straszliwe zagrożenie dla wartości kultywowanych przez nich, i przez nich uważanych za uniwersalne. Czy Lindqvist katalizuje myślenie katastroficzne? Ależ Wpuść mnie to tylko współczesny quasi-horror, czytadło w miękkiej… no dobrze, w broszurowej okładce. Statystyczny amator takiej literatury nie sięga po nią w poszukiwaniu elementów krytyki społecznej.

Paulina Szkudlarek

John Ajvide Lindqvist, Wpuść mnie, przeł. Elżbieta Frątczak-Nowotny, Amber, Warszawa 2008. Cytaty ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Przypisy:

[1] Scenarzystą jest sam autor powieści: nadaje to szczególny, „uprawniony” status skrótom i uproszczeniom, o czym wspominam z pełną świadomością odrębności i autonomiczności sztuki filmowej.
[2] Por. np. T. Basiuk , D. Ferens, T. Sikora (red.), Odmiany odmieńca. A Queer Mixture. Mniejszościowe orientacje seksualne w perspektywie gender. Gender Perspectives on Minority Sexual Identities, Wydawnictwo Naukowe Śląsk, Katowice 2002, zwł. K. Ancuta, They Wore Black Velvet: Transgenderism and (Bi)sexual Ambiguity of the Goth/ic.

Data wpisu: 18 lipca, 2010 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Johanna Sinisalo, „Nie przed zachodem słońca”

Mikael, bardzo przystojny, mieszkający w stolicy fotografik, zrywa krótkotrwały związek z Jorim, weterynarzem, próbuje związać się z pracującym w reklamie Martesem. Ten ostatni jest jednak zainteresowany głównym bohaterem na tyle tylko, na ile może Mikaela (z racji imienia i aparycji zwanego Aniołem) wykorzystać na gruncie zawodowym. Rozwojowi zdarzeń, z pozycji stołka barowego w ulubionej przez wszystkich tych mężczyzn Café Bongo, przygląda się zauroczony Mikaelem młody geek, Ecke. Dopełnieniem serialowego scenariusza jest postać Palomity, zniewolonej przez męża emigrantki z Filipin, i również zafascynowanej Mikaelem sąsiadki. Mamy zerwania i powroty, miłosno-erotyczne podchody i sceny obojętności, momenty humorystyczne i wzruszające, radość życia i śmierć. „Nie przed zachodem słońca” nie jest jednak romansidłem ani literaturą obyczajową przybliżającą polskim odbiorcom skandynawski raj tolerancji dla światka LGBTQetc. Emancypacja obyczajowa postąpiła tam dalej, a powieść Johanny Sinisalo łączy pytania o ludzką i zwierzęcą seksualność z… fińskimi opowieściami ludowymi. Oto bowiem niewymienionym dotąd bohaterem „Nie przed zachodem słońca” jest troll, w koncepcji autorki zwierzę niezwykle rzadkie, ale realnie istniejące, sklasyfikowane metodami taksonomii jako felipithecus trollius. Daje to pretekst do stworzenia biblioteki zajmującej się tym właśnie przedstawicielem zoologii fantastycznej. Niektóre z pozycji, z których cytaty znajdujemy w powieści, są prawdziwe (na przykład „Zamieniec” Selmy Lagerlöf), inne zręcznie wplecionymi w opowieść apokryfami. Status tych lektur, podejmowanych przez Mikaela, chcącego dowiedzieć się czegoś więcej o zwierzęciu, którym postanowił się zaopiekować, nie musi być oczywisty dla polskiego czytelnika. Odwrotnie: nieznajomość klasyków fińskiego folkloru może wzmagać atrakcyjność „Nie przed zachodem słońca”.Powieść rozpisana jest na głosy poszczególnych bohaterów. Wielość punktów widzenia nie prowadzi ani do poznania rzekomej prawdy obiektywnej. Konfrontacje, nieprzebiegające między postaciami, a jedynie przedstawiane odbiorcy, obnażają małość charakterów, miałkość motywacji, ale też szkicują ciekawą mapę interakcji.Akcja rozpoczyna się, gdy – jak już wiemy – Mikael znajduje młodego trolla i, wbrew administracyjnym zakazom, zabiera go do swego mieszkania. Fragmenty, w których stara się, usiłując nie budzić podejrzeń co do powodu stawiania takich pytań, zasięgnąć informacji o trybie życia trolli, należą do najzabawniejszych w książce. Wszelako życie w towarzystwie osobliwego zwierzęcia domowego jest katalizatorem wpierw perturbacji towarzyskich, potem wydarzeń tragicznych.Nie tak dawno gorącą dyskusję w części polskich mediów, i w środowiskach LGBTQ wzbudziła kolejna homofobiczna wypowiedź przyrównująca homoseksualizm do zoofilii. Mam oczywiście na myśli niesławny obrazek w „Rzeczypospolitej”, sugerujący, iż przyznanie parom jednopłciowym praw do zawierania małżeństw pociągnie za sobą prawne ukonstytuowanie związków międzygatunkowych. Nie będę się wikłać w niuanse przekazu „z kozą” ani jego recepcji, ale miejmy tą sprawę w pamięci, czytając Sinisalo. Otóż gdy wycieńczony początkowo Pesik – bo takie, zainspirowane jedną z lektur i konotujące pesymizm imię otrzymuje troll – zdrowieje, Mikael zaczyna znajdować w obcowaniu z nim przyjemność erotyczną (uprzedzam: do obcowania sensu stricte seksualnego nie dochodzi!). Mimo brzemiennego w skutki epizodu fotografowania zwierzęcia w ludzkim ubraniu, główny bohater nie uczłowiecza swego podopiecznego, stara się jedynie jakoś zorganizować jego bytowanie w mieszkaniu (a raczej apartamencie). Podziwia dzikość trolla, poddawanie się instynktom leśnym, jego niezależność, i zachowania zdecydowanie nieodpowiednie dla futrzastej maskotki. Mężczyzna nabiera ponadto „zwierzęcej charyzmy”: afrodyzjakiem dla jego partnerów okazuje się przenoszony na jego ubrania i skórę naturalny zapach Pesika, przez Martesa czy Joriego postrzegany jako znakomicie dobrana woda toaletowa.Nie ma tu miejsca na wulgarną dyskredytację homoseksualizmu kojarzonego ze zezwierzęceniem (jako seksualne rozpasanie) czy – jak w przykładzie z polskiego ogródka – zrównywanego z zoofilią. Przenikające powieść poważne pytanie o granice człowieczeństwa ma bowiem charakter inkluzywny, od ludowej personifikacji zwierząt (trolli, niedźwiedzi, wilków) po skojarzenia z kwestiami poruszanymi w etyce Petera Singera czy – na płaszczyźnie beletrystyki – w „Pod skórą” Michela Fabera (więcej tu). Wedle innej ścieżki interpretacyjnej, postać Pasika można odczytać jako „cień” Mikaela, spotkanie z dotąd wyciszonym głosem jego natury, ucieleśnienie pragnień o ucieczce od prawideł współżycia społecznego. Pamiętajmy także o licznych ruchach organizujących współczesnych mężczyzn wokół idei odzyskiwania przywilejów, jakie ta płeć utraciła na skutek emancypacji kobiet. Czy Mikael to gejowski odpowiednik Żelaznego Jana, próbującego się sprawdzić w starciu z siłami przyrody? Zabawna jest scena, kiedy bohater dobiera strój odpowiedni do leśnych wędrówek, a którego elementy wcześniej służyły tylko do wywierania odpowiedniego wrażenia na partnerach. Takie fragmenty w powieści Johanny Sinisalo pozwalają odbierać ją jako pogodną baśń, z pominięciem wątków kontrowersyjnych czy burzących psychiczny komfort człowieka – „pana stworzenia”. Przecież trolle i tak nie istnieją…Paulina SzkudlarekJohanna Sinisalo, „Nie przed zachodem słońca”, przeł. Sebastian Musielak, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2005.

Data wpisu: 5 kwietnia, 2010 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe