Archiwum dla kategorii: ‘seks’

GDZIE JEST TWÓJ SEKS? warsztat o życiu (seksualnym). OSTATNI TERMIN PRZED WAKACJAMI

17 maja I etap

Zapraszamy Was na warsztat poświęcony w 100 % naszemu życiu seksualnemu icon smile GDZIE JEST TWÓJ SEKS? warsztat o życiu (seksualnym). OSTATNI TERMIN PRZED WAKACJAMI

319840 4113 199x300 GDZIE JEST TWÓJ SEKS? warsztat o życiu (seksualnym). OSTATNI TERMIN PRZED WAKACJAMI
kobieta

Od 27 lutego przeprowadziłyśmy 4 takie warsztaty, w których wzięło udział około 50 osób. Jesteśmy bardzo szczęśliwe z powodu tak dużego zainteresowania dlatego ogłaszamy kolejne terminy icon smile GDZIE JEST TWÓJ SEKS? warsztat o życiu (seksualnym). OSTATNI TERMIN PRZED WAKACJAMI
Przygotowałyśmy również cykl sześciu kolejnych warsztatów pod tym samym tytułem „Gdzie jest Twój seks” który będziemy realizować systematycznie, raz w miesiącu do końca roku.

W zeszłym tygodniu odbył się po raz pierwszy warsztat II stopnia. Kolejne termin II i III stopnia planujemy na lipiec.

17 maja w Warszawie odbędzie się ostatni przed wakacjami I stopień warsztatu „Gdzie jest Twój seks? warsztat o życiu (seksualnym)” po którym wziąć można udział w II i kolejnych stopniach.
Kolejna, czwarta już edycja odbywa się ostatni raz przed wakacjami. Zapraszamy wszystkich!

Czy wiesz co Cię podnieca?
Jak sprawiasz sobie przyjemność?
Czy zdarza Ci się czuć seksualne pobudzenie w nieseksualnych sytuacjach?
Gdzie mieszka Twój seks?
I co to tak naprawdę znaczy mieć udane życie seksualne?

Człowiek jest istotą seksualną. Rodzimy się seksualne_i. Jako niemowlęta cieszymy się całą gamą zmysłowych doznań. Jednak często, poddane_i edukacyjnej tresurze, wtłoczone_eni w ramy kulturowych i społecznych ról płciowych, wyszkolone_eni aby dążyć i osiągać, tracimy naturalną zdolność do odczuwania rozkoszy.

Jak ją odzyskać?

Na tym warsztacie dowiesz się, jakie mechanizmy rządzą Twoim życiem seksualnym.
Poznasz przekonania, schematy i mity, które mu szkodzą.
Dostaniesz narzędzia i metody, dzięki którym zaprosisz pożądanie i przyjemność do swojego codziennego życia.
Dowiesz się, być może ku swojemu zaskoczeniu, że możesz codziennie doświadczać seksualnej przyjemności, bez względu na to czy jesteś w intymnej relacji z partnerką_rem czy też nie (lub czy masz dziś randkę czy nie:)
Co więcej – że możesz cieszyć się seksualnymi doznaniami nie robiąc nic z tego, co powszechnie uznawane jest za seks (nic temu nie ujmując:).

Zainteresowana_y?
Zapraszamy serdecznie.

Warsztat ma charakter praktyczny. Przygotuj się na trochę ruchu, pracy indywidualnej i w grupie.

Zapraszają Cię:

Karo Aquabal – trenerka i edukatorka z zakresu seksualności i relacji. Prowadzi zajęcia, warsztaty i sesje indywidualne. Wspiera w odkrywaniu własnej seksualności, towarzyszy w podróży w głąb siebie w poszukiwaniu własnej drogi do spełnienia, szczególnie w obszarze relacji intymnych i seksualności. W swojej pracy wykorzystuje elementy tantry, szamańskie metody pracy z seksualnością, dalekowschodnie praktyki uważności, wizualizacje, pracę z przekonaniami oraz metodę komunikacji w relacjach – Porozumienie bez Przemocy (NVC Marshalla Rosenberga).
Kontakt: karolina.morelove@gmail.com

Agata Loewe – zajmuje się pracą na rzecz promocji ruchu pozytywnej seksualności, bezpieczniejszych, odpowiedzialnych i konsensualnych zachowań oraz świadomych związków. Jest absolwentką Institute for Advanced Studies of Human Sexuality w San Francisco, gdzie uzyskała tytuł Doctor of Human Sexuality. Działa w organizacjach pozarządowych zajmujących się wyrównywaniem szans dla osób narażonych na wykluczenie społeczne oraz promocją zdrowia seksualnego. Jej specjalizacją są badania nad płcią, orientacją seksualną, preferencjami seksualnymi i identyfikacjami płciowymi.
Kontakt: achmurka@post.home.pl

Karo i Agata wspólnie z Agnieszką Weseli Furją tworzą e-magazyn MoreLove.eu o świadomym seksie i wolności w relacjach, (www.morelove.eu – premiera wkrótce)


Data wpisu: 16 maja, 2012 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Gdzie jest Twój seks? warsztat o życiu (seksualnym) NOWY TERMIN !

Zapraszamy na warsztat, którego pierwsza edycja (27 lutego) spotkała się z ogromnym zainteresowaniem.
Na specjalne życzenie ogłaszamy kolejny termin.

1154755 94471742 300x300 Gdzie jest Twój seks? warsztat o życiu (seksualnym) NOWY TERMIN !

kwiatki

Czy wiesz co Cię podnieca?
Jak sprawiasz sobie przyjemność?
Czy zdarza Ci się czuć seksualne pobudzenie w nieseksualnych sytuacjach?
Gdzie mieszka Twój seks?
I co to tak naprawdę znaczy mieć udane życie seksualne?

18 kwietnia 18.00

Człowiek jest istotą seksualną. Rodzimy się seksualne_i. Jako niemowlęta cieszymy się całą gamą zmysłowych doznań. Jednak często, poddane_i edukacyjnej tresurze, wtłoczone_eni w ramy kulturowych i społecznych ról płciowych, wyszkolone_eni aby dążyć i osiągać, tracimy naturalną zdolność do odczuwania rozkoszy.

Jak ją odzyskać?

Na tym warsztacie dowiesz się, jakie mechanizmy rządzą Twoim życiem seksualnym.
Poznasz przekonania, schematy i mity, które mu szkodzą.
Dostaniesz narzędzia i metody, dzięki którym zaprosisz pożądanie i przyjemność do swojego codziennego życia.
Dowiesz się, być może ku swojemu zaskoczeniu, że możesz codziennie doświadczać seksualnej przyjemności, bez względu na to czy jesteś w intymnej relacji z partnerką_rem czy też nie (lub czy masz dziś randkę czy nie:)
Co więcej – że możesz cieszyć się seksualnymi doznaniami nie robiąc nic z tego, co powszechnie uznawane jest za seks (nic temu nie ujmując:).

Zainteresowana_y?
Zapraszamy serdecznie.

Warsztat ma charakter praktyczny. Przygotuj się na trochę ruchu, pracy indywidualnej i w grupie.

Zapraszają Cię:

Karo Aquabal – trenerka i edukatorka z zakresu seksualności i relacji. Prowadzi zajęcia, warsztaty i sesje indywidualne. Wspiera w odkrywaniu własnej seksualności, towarzyszy w podróży w głąb siebie w poszukiwaniu radości, satysfakcji i spełnienia w każdym obszarze życia. W swojej pracy wykorzystuje elementy tantry, dalekowschodnie praktyki uważności, wizualizacje, pracę z przekonaniami oraz metodę komunikacji w relacjach – Porozumienie bez Przemocy (NVC Marshalla Rosenberga).
Kontakt: karolina.morelove@gmail.com

Agata Loewe – zajmuje się pracą na rzecz promocji ruchu pozytywnej seksualności, bezpieczniejszych, odpowiedzialnych i konsensualnych zachowań oraz świadomych związków. Jest absolwentką Institute for Advanced Studies of Human Sexuality w San Francisco, gdzie uzyskała tytuł Doctor of Human Sexuality. Działa w organizacjach pozarządowych zajmujących się wyrównywaniem szans dla osób narażonych na wykluczenie społeczne oraz promocją zdrowia seksualnego. Jej specjalizacją są badania nad płcią, orientacją seksualną, preferencjami seksualnymi i identyfikacjami płciowymi.
Kontakt: achmurka@post.home.pl

Karo i Agata wspólnie z Agnieszką Weseli Furją tworzą e-magazyn MoreLove.eu o świadomym seksie i wolności w relacjach, (www.morelove.eu – premiera wkrótce)

Wstęp: 50 zł
konieczna rezerwacja miejsca na maila warsztaty.seks@gmail.com
ilość miejsc ograniczona do max 20.


Data wpisu: 12 kwietnia, 2012 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Mario Vargas Llosa, „Marzenie Celta”

Marzenie Celta to pierwsza książka Llosy opublikowana po tym, jak pisarz został uhonorowany nagrodą Nobla (2010). Prace nad powieścią zakończył jednak jeszcze przed ogłoszeniem decyzji sztokholmskiej komisji.

Kanwą fabuły jest życiorys Rogera Casementa, który był działaczem na rzecz walki z kolonializmem (w Kongo oraz w Peru, z którego pochodzi Llosa, obecnie obywatel Hiszpanii), zaangażował się też bardzo głęboko w ruch irlandzkiego wyzwolenia narodowego. Casement był postacią tak niesamowitą, że gdyby nie pewność, że on istniał i działał naprawdę, kreację powieściową można byłoby uznać wręcz za niewiarygodną. Chciałabym zaznaczyć, że w niniejszym omówieniu interesuje mnie bohater literacki, nie zaś prawda historyczna (przypomnę tylko, że „prawdziwy” Casement jest „odkryty” dla naszej pamięci w znakomitych Pierścieniach Saturna Sebalda). Llosa zresztą w wywiadach przyznawał, że tą ostatnią inspirował się dość luźno – choć przeczy temu imponująca lista podziękowań dla osób i instytucji wspomagających pisarza informacjami źródłowymi, potrzebnymi mu do pracy.

Urodzony w 1864 roku Casement był Irlandczykiem ze zanglicyzowanej rodziny, wychowany został przez wujostwo. Jak dziewiętnastolatek wyprawił się do Afryki, osiadł w Kongu. Kraj był własnością (!) belgijskiego króla Leopolda II, a Casement pracował w dyplomacji. Kongo było bezwzględnie eksploatowane jako producent kauczuku, a władze kolonialne charakteryzowały się niebywałym okrucieństwem: mieszkańcy pełnili rolę zwierząt roboczych. Notabene to właśnie Casement pokazał Josephowi Conradowi Kongo jako jądro ciemności.

Spędził w Kongu niemal 20 lat. Po powrocie do Londynu rozpoczął bardzo szeroką kampanię uświadamiającą, sporządzał raporty dla rządu, angażował się w dobroczynność. Jednocześnie odkrył swoje korzenie etniczne, zainteresował się historią Irlandii, językiem gaelickim. Uznał, że Irlandia jest również ofiarą angielskiego kolonializmu, wynarodowienia, i że należy się jej niepodległa państwowość.

Życiorys Casementa nie jest zapomniany, więc nie zdradzę sekretu zaburzając chronologię: powieść napisana jest z perspektywy kresu życia bohatera. Siedzi on w celi śmierci. Rozumiemy, że przyczyną skazania była proirlandzka i antyangielska działalność, lecz jej szczegóły zostaną odkryte stopniowo.

Jest szansa na ułaskawienie Casementa, w imię – prawdopodobnie – dawniejszych zasług dla dyplomacji (wszak za kampanię na rzecz zmian w Kongu otrzymał brytyjskie szlachectwo, choć z powodów ideologicznych nie przybył na królewską ceremonię jego nadania). Szansa jednak szybko znika. Podczas spotkania z pomocnikiem swego adwokata (to dla Casementa ważny znak: sam adwokat nie pofatygował się na widzenie) okazuje się, że na światło dzienne wyszły pamiętniki skazańca. Wszyscy ludzie, którym na Rogerze zależy, są przekonani, że to fejk, ale fejk mający bardzo silny wpływ na opinię publiczną, a zarazem na tok sprawy. O owych dziennikach napiszę jeszcze nieco później.

Parę lat po powrocie z Afryki Casement podjął pracę konsula brytyjskiego w Amazonii. Posługuję się nazwą terenu, gdyż w owych czasach w Ameryce Południowej było marnie z instytucjami państwowymi; o teren będący przedmiotem trosk Casementa starała się zawalczyć Kolumbia, zaś wpływ administracyjny Limy (albowiem te ziemie formalnie należały do Peru) był żaden. Realnie rządził tam pewien brytyjski potentat w produkcji kauczuku. Dodam, że zdaniem Casementa amazoński kauczuk cuchnął bardziej, niż kongijski. I tam właśnie – bynajmniej nie z powodu swądu – nasz dyplomata Korony uwikłał się w beznadziejną walkę z potężnym biznesem.

Poruszył wiele sumień, swą pracowitością, skrupulatnością (wszak musiał formułować zarzuty pewne, niepodważalne, niemożliwe do zdyskredytowania przez obrońców status quo), osobistym zaangażowaniem, i niezłomnością zasłużył na miejsce w historii. Prywatnie był niemal ascetą. Jedynie nałogowo palił, poza tym był wstrzemięźliwy, nieprzekupny, niełasy na luksusy. Wysoki, chudy brodacz o bardzo marnym zdrowiu (zresztą żył w potęgujących jego dolegliwości warunkach). Miał jeden problem. Problem z ówczesnego punktu widzenia: był homoseksualistą. Dyskretnym, niemającym szczęścia do w miarę trwałych relacji. Raczej cierpiętnik niż hedonista.

W czasie I wojny światowej padł pomysł, by dążący do niepodległości Irlandczycy wzięli stronę walczących z Brytyjczykami Niemców. Casement przez wiele miesięcy lobbował w Berlinie za stworzeniem irlandzkiego oddziału z tych jeńców, którzy zostali uwięzieni w Niemczech jako żołnierze brytyjscy. Zabiegał też o broń. W Irlandii separatyści szykowali powstanie, znane dziś jako wielkanocne. Casement zrekrutował bardzo niewielu jeńców – Irlandczyków. Nawet w obozie jego idea była uważana za zdradziecką: w grę wchodziło wszak złamanie przysięgi wojskowej i przejście na stronę dotychczasowego wroga.

Casement chciał, by przy braku dostatecznego wsparcia ze strony Niemiec powstanie zostało powstrzymane. Z taką misją do jego dowódców udał się do Irlandii… niemieckim statkiem. Na skutek zdrady, został pojmany, aresztowany i stanął przed sądem. Skazano go na karę śmierci, zauważmy: w czasie, gdy nadal toczyła się wojna.

Szansa na ułaskawienie została zaś zaprzepaszczona po tym, jak przegrzebujący rzeczy osobiste Rogera funkcjonariusze dokopali się do jego pamiętników relacjonujących życie seksualne mężczyzny. Znane są one w historii jako „czarne zeszyty”, i nie udało się dociec, w jakiej mierze wersja, która wyciekła i została upubliczniona, jest fałszywką. Kompromitacja zboczeńca, który dopuścił się haniebnej zdrady stanu (i został prawdopodobnie „sprzedany” przez jedynego partnera, z jakim udało mu się tworzyć w miarę trwały związek – Eivinda), była pełna. W 1916 Casement zginął na więziennej szubienicy.

By nie pomijać tego, co mi osobiście nie odpowiada, Casement jest człowiekiem bardzo potrzebującym duchowości. Odnajduje ją w pokładach irlandzkiej tradycji, ale niebagatelny jest dlań też aspekt religii instytucjonalnej. W swoich kongijskich i peruwiańskich podróżach spotyka i współpracuje z misjonarzami, przede wszystkim katolickimi zakonnikami. Dla niemoralnych „białych” wyzyskiwaczy, właścicieli firm i nadzorców, wiara nie ma znaczenia. Sam Casement oficjalnie należał do Kościoła anglikańskiego, ale prawdopodobnie jego przedwcześnie zmarła matka zapewniła mu jednak w dzieciństwie katolicki chrzest. Katolicyzm był rzecz jasna elementem irlandzkości. Ostatnie dni życia Casement spędza głównie z więziennym kapelanem, ojcem Careyem, czyta Tomasza z Kempis, a na egzekucję idzie z modlitwą na ustach.

Mimo porywającej historii zręcznie operującej elementami krytyki postkolonialnej, powieść Llosy wzbudza moje liczne zastrzeżenia.

Przede wszystkim pisarz przedobrzył. Wydobył z historii bohatera niezłomnego, charyzmatycznego, niesłusznie krzywdzonego idealistę. Napisałam „krzywdzonego” w czasie niedokonanym, ponieważ w formie dokonanej byłoby to zbyt łagodne określenie na karę śmierci, a wszelakie nękanie, rzucanie kłód pod nogi, sabotowanie działalności, oczernianie itp. były całożyciowym doświadczeniem Casementa.

Nie dowiadujemy się wiele ponad to, czego świadomy jest bohater. Może w związku z Eivindem, młodzieńcem, który okazał się agentem, Roger nie miał takiej jak ta sugerowana czytelnikom w narracji Llosy wiedzy o prawdziwym obliczu swego kochanka, jednak z perspektywy więziennej dociekł wszystkiego – a powieść opowiadana jest z perspektywy tego, co Roger rozumie poniewczasie. Zza murów nie docierają do niego informacje o kampanii obyczajowej rozpętanej przez treści pamiętników, „czarnych zeszytów”. Nigdzie nie jest wprost ujęte, o co chodziło, a od czytelnika zależy, kiedy stanie się dlań jasne, że przedmiotem nagonki jest homoseksualność Casementa.

- Te wszystkie okropne rzeczy, które wypisują w gazetach, to kalumnie, ohydne kłamstwa, prawda, Rogerze? (…)
- Nie wiem, co piszą o mnie w prasie (…) Nie dociera to do mnie. Ale – starannie dobrał słowa – to na pewno kalumnie. (…) Popełniłem w życiu wiele pomyłek, to jasne. Ale nie zrobiłem niczego, czego mógłbym się wstydzić [s. 30].

W czasach bardzo rozwiniętej krytyki postkolonialnej czy starań o równouprawnienie grup marginalizowanych w przeszłości to wszystko jest… banałem. Zacytowana wypowiedź, powieściowa, jest anachroniczna. W XXI wieku łatwo nobliście bronić Casementa, któremu wsparcia swego czasu poskąpił były przyjaciel, współideowiec i niedoszły noblista Conrad.
Rzecz jasna Llosa jest znany ze swej działalności prowolnościowej, to spora część jego publicznej persony, przez co pisarz (także jako polityk) wystawiał się na ciosy np. konserwatystów, choć bez porównania nie tak silne jak te, które dosięgały nieszczęsnego Casementa. Mimo to Marzenie Celta do mnie nie przemawia. Wydaje się być odpowiedzią na zapotrzebowanie słusznej etyczności ze strony autora zaangażowanego, a po Noblu niemal ucieleśniającego Sumienie.

Powieść jest zdecydowanie przegadana. Szczególnie nużą fragmenty poświecone… nie, nie więziennym rozważaniom religijnym (tam nie ma mowy o niczym konkretnie, a zresztą poczucie dobra i zła u Casementa rozwinęło się na drodze świeckiej, poprzez przeżycia kongijskie). Te niemieckie układy, plany militarne, irlandzka konspiracja. Wpierw, przez jakieś 100–200 stron Llosę czyta się gładko, jednak później, aż do następującego po ponad 400 stronach finału, coraz bardziej mozolnie i żmudnie.

Nie wiem, jak mogła wyglądać wersja znana jako „czarne zeszyty”, jednak Llosa przyjmuje, ze mężczyzna zapisywał nie tylko swe realne, dokonane akty i przeżycia, ale i nieudane próby, różne porażki w formie sugerującej „realizację”. Zresztą notatki były lakoniczne. Gdzie, kiedy, ewentualnie za ile (jeśli trafiał na prostytuującego się młodzieńca), plus kilka słów zachwytu nad urodą oraz uwagi bardzo techniczne (wielkość penisa, czy poszło lekko, itp.). W tym samym stylu rejestrował stosunki nieodbyte, wyobrażone. Oczywiście opinia publiczna nie rozróżniała dokonanych od jedynie opowiedzianych – prawdopodobnie nic w „czarnych zeszytach” takiej dystynkcji nie ułatwiało. W małym posłowiu Llosa dopowiada, że po egzekucji zbadano ciało Casementa by się przekonać, czy rzeczywiście praktykował on seks analny (ergo homoseksualny). Uznano, że tak.

Oczywiście nie tylko waloryzacja realizacji potrzeb cielesnych Casementa jest u Llosy anachroniczna. Trudno na przykład uznać za wiarygodną odpowiedź bohatera na pytanie, czy w Amazonii jest tak strasznie, jak w Kongu Leopolda II:

- Obawiam się, że tak, a być może gorzej (…). Chociaż wydaje mi się nieprzyzwoite ustanawianie hierarchii dla zbrodni tej skali [s. 248].

„Tej skali”? Pojawia się tu proste skojarzenie z tym, co działo się później, podczas II wojny światowej. Tymczasem Casementowi nie przeszkadzało braterstwo broni z Niemcami używającymi iperytu. To nie kwestia niekonsekwencji bohatera historycznego – to Llosa naginał bohatera literackiego, by go dopasować do tezy. Niekoniecznie z powodzeniem.

Budzący podziw i współczucie ze względu na działalność antykolonialną w Afryce i Ameryce Południowej, proirlandzki później Casement przede wszystkim drażni. Ma się poczucie, że swój zły los i śmierć sam sobie zgotował, i to nie dlatego, że prowadził kronikę swych stosunków seksualnych między linijkami dziennika wielkiego obrońcy praw człowieka (avant la lettre).

W pewien sposób deprymuje mnie też niewiedza co do tego, gdzie się zaczyna fikcja literacka. Czemu? Ponieważ wartość Marzenia Celta jest w pełni zależna od fascynującego życiorysu bohatera, od tego, że Casement to postać historyczna. Dla porównania bardziej współczesna narracja o amerykańskiej aktywistce uwikłanej w środowisko rządów Charlesa Taylora, powieść Russella Banksa Kochanie, bardzo mnie wciągnęła, ale nie sprowokowała pytań o realia (mąż głównej bohaterki był ministrem, wiec byłaby to sprawa weryfikowalna, jednak u Banksa przeważyła autonomia beletrystyki).

Jeśli zaś chodzi o Casementa, trudno przejąć się detaliczną fabularyzacją biografii, zaproponowaną przez Llosę. Interesujące, ale podane w sposób niemal wykluczający zaangażowanie, redundantne, statyczne literacko, skonstruowane w dość tradycyjny sposób. Nim podejmę się znalezienia niebeletryzowanej biografii Casementa – a niejedna taka powstała – będę raczej wracać do fragmentów z Sebalda.

Paulina Szkudlarek

Mario Vargas Llosa, Marzenie Celta, przeł. Marzena Chrobak, Znak, Kraków 2011. Wszystkie cytaty i odniesienia pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 3 kwietnia, 2012 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Na początku był seks

Prehistoryczne źródła nowoczesnej seksualności, czyli nowa książka wydawnictwa Czarna Owca.

na poczatku byl seks sz500 xht 260 small 195x300 Na początku był seks

Na początku był seks

Na początku był seks przedstawia rewolucyjne spojrzenie na to, dlaczego żyjemy i kochamy tak, a nie inaczej.

Od czasów Darwina wpajano nam, że monogamia jest naturalna dla naszego gatunku. Nauka, instytucje religijne i kulturowe utrzymywały, że mężczyźni i kobiety mogą czuć się bezpiecznie w zalegalizowanych związkach, ponieważ mąż zapewnia kobiecie ochronę i byt, a żona odwdzięcza mu się płodnością i wiernością. Jednak ta teoria nie sprawdza się w dzisiejszych czasach. Śluby zawiera się coraz rzadziej, seks pozamałżeński i spadek wzajemnego pożądania dotykają nawet pozornie dobre małżeństwa, rośnie liczba rozwodów. Jak pogodzić z rzeczywistością tę dawno przyjętą teorię? Według myślicieli Christophera Ryana i Cacildy Jethy to niemożliwe. Obalają oni niemal wszystko, co wiemy o seksie, i przedstawiają odważne alternatywne wyjaśnienie. Splatając zbieżne, często zapomniane dowody, których dostarczają różne dziedziny nauki, pokazują, jak bardzo teza o ludzkiej skłonności do monogamii nie przystaje do rzeczywistości. Zastanawiają się, dlaczego tak trudno być wiernym i dlaczego seksualna namiętność zanika nawet wtedy, gdy miłość rozkwita. Dlaczego wielu mężczyzn w średnim wieku ryzykuje krótkotrwałe romanse z młodymi kobietami, dlaczego homoseksualizm nie zanika, na przekór logice standardowego podejścia do ewolucji, co o prehistorycznych korzeniach współczesnej seksualności mówią nam nasze ciała.

Jedna z najbardziej oryginalnych książek, jakie czytałem w ciągu minionych lat. Autorzy wykazują się zarówno erudycją, jak i wyjątkowym poczuciem humoru. Ryan i Jethá prześlizgują się bez wysiłku przez miliony lat, od prehistorycznej Afryki do współczesnej sypialni, prezentując najnowsze badania w sposób jasny i dowcipny.
Tony Perrottet, autor Napoleon’s Privates

„Na początku był seks” to książka, która przewartościowuje nasze podejście do początków i natury ludzkiej seksualności. Przekonująca i oparta na szeroko zakrojonych badaniach interdyscyplinarnych… pełna humoru, pasji i zrozumienia.
Stanley Krippner, profesor psychologii na Saybrook University

Christopher Ryan – literaturoznawca, psycholog. Przez 20 lat podróżował po świecie i podejmował się nietuzinkowych zajęć (m.in. patroszył pstrągi na Alasce, uczył angielskiego prostytutki w Bangkoku i samoobrony działaczy politycznych w Meksyku). Wielokulturowe doświadczenie wykorzystał w pracy naukowej. Jego rozprawa doktorska dotyczy prehistorycznych korzeni ludzkiej seksualności i powstała pod kierunkiem światowej sławy psychologa, Stanleya Krippnera.

Cacilda Jethá – psychiatra w Hospital San Joan de Déu. Ma twarz Hinduski, wykształcenie Europejki i duszę Afrykanki. Urodziła się w Mozambiku w rodzinie Hindusów. Jako młoda dziewczyna wyjechała do Portugalii, gdzie zdobyła wykształcenie medyczne. Pod koniec lat 80. wróciła do Mozambiku i tam jako jedyna lekarka na rozległym wiejskim obszarze przez 7 lat leczyła 50 tys. ludzi. Powadziła również badania nad zrachowaniami seksualnymi mieszkańców wiejskich terenów Mozambiku. Badania te miały na celu opracowanie skuteczniejszych metod zapobiegania AIDS.

ico Na początku był seks
Zajrzyj do książki
Tytuł oryginału: Sex at Dawn: The Prehistoric Origins of Modern Sexuality
Przekład: Monika Betley
Wydanie: I
Data wydania: 21 marca 2012
Ilość stron: 400
Format: 150 x 230 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN: 978–83-7554–320-9


Data wpisu: 25 marca, 2012 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

2012.03.27. Warszawa — Gdzie jest Twój seks

Warsztat o życiu (seksualnym) ”Gdzie jest Twój seks? prowadzony przez Karo Aquabal i Agatę Loewe 27 marca (wtorek) o godz. 18.00 (w Warszawie – miejsce wkrótce) i potrwa ok. 4 godzin. Prosimy Was o zgłoszenia uczestnictwa na adres mailowy: warsztaty.seks@gmail.com. Tylko 20 miejsc.

1 1 300x187 2012.03.27. Warszawa   Gdzie jest Twój seks

wibrator

Szczegóły:

Czy wiesz co Cię podnieca?
Jak sprawiasz sobie przyjemność?
Czy zdarza Ci się czuć seksualne pobudzenie w nieseksualnych sytuacjach?
Gdzie mieszka Twój seks?
I co to tak naprawdę znaczy mieć udane życie seksualne?

Człowiek jest istotą seksualną. Rodzimy się seksualne_i. Jako niemowlęta cieszymy się całą gamą zmysłowych doznań. Jednak często, poddane_i edukacyjnej tresurze, wtłoczone_eni w ramy kulturowych i społecznych ról płciowych, wyszkolone_eni aby dążyć i osiągać, tracimy naturalną zdolność do odczuwania rozkoszy.

Jak ją odzyskać?

Na tym warsztacie dowiesz się, jakie mechanizmy rządzą Twoim życiem seksualnym.
Poznasz przekonania, schematy i mity, które mu szkodzą.
Dostaniesz narzędzia i metody, dzięki którym zaprosisz pożądanie i przyjemność do swojego codziennego życia.
Dowiesz się, być może ku swojemu zaskoczeniu, że możesz codziennie doświadczać seksualnej przyjemności, bez względu na to czy jesteś w intymnej relacji z partnerką_rem czy też nie (lub czy masz dziś randkę czy nie:)
Co więcej – że możesz cieszyć się seksualnymi doznaniami nie robiąc nic z tego, co powszechnie uznawane jest za seks (nic temu nie ujmując:).

Zainteresowana_y?
Zapraszamy serdecznie.

Warsztat ma charakter praktyczny. Przygotuj się na trochę ruchu, pracy indywidualnej i w grupie.

Zapraszają Cię:

Karo Aquabal – trenerka i edukatorka z zakresu seksualności i relacji. Prowadzi zajęcia, warsztaty i sesje indywidualne. Wspiera w odkrywaniu własnej seksualności, towarzyszy w podróży w głąb siebie w poszukiwaniu radości, satysfakcji i spełnienia w każdym obszarze życia. Szczególnie interesują ją następujące zagadnienia: ecoseksualność, inner marriage (wewnętrzne małżeństwo) i queer tantra. W swojej pracy wykorzystuje elementy tantry, dalekowschodnie praktyki uważności, wizualizacje, pracę z przekonaniami oraz metodę komunikacji w relacjach – Porozumienie bez Przemocy (NVC Marshalla Rosenberga).
Kontakt: karolina.morelove@gmail.com

Agata Loewe – zajmuje się pracą na rzecz promocji ruchu pozytywnej seksualności, bezpieczniejszych, odpowiedzialnych i konsensualnych zachowań oraz świadomych związków. Jest absolwentką Institute for Advanced Studies of Human Sexuality w San Francisco, gdzie uzyskała tytuł Doctor of Human Sexuality. Działa w organizacjach pozarządowych zajmujących się wyrównywaniem szans dla osób narażonych na wykluczenie społeczne oraz promocją zdrowia seksualnego. Jej specjalizacją są badania nad płcią, orientacją seksualną, preferencjami seksualnymi i identyfikacjami płciowymi.
Kontakt: pozytywnaseksualnosc@pozytywnaseksualnosc.pl

Karo i Agata wspólnie z Agnieszką Weseli Furją tworzą e-magazyn MoreLove.eu o świadomym seksie i wolności w relacjach, (www.morelove.eu – premiera wkrótce)

Koszt: 50 zł
konieczna rezerwacja miejsca na maila warsztaty.seks@gmail.com

Zajrzyj na stronę Seksualność kobiet


Data wpisu: 14 marca, 2012 autor wpisu: Seksualnosc_Kobiet  |  Komentowanie nie jest możliwe

Elżbieta Czykwin, „Stygmat społeczny”, cz. 2

Część 1 tu.

Dominującym tonem w – nigdy nie dość przypominania – w książce pretendującej do ujęcia akademickiego (sine ira et studio) jest najczystszej wody homofobia. Nieheteronormatywność to dla autorki nienaturalna seksualność (s. 424) Na stronach 113-114 omawia działalność kontrowersyjnej katolickiej grupy Odwaga działającej w Lublinie i dążącej do „reperacji” osób o niezgodnych z katechizmem kościoła katolickiego preferencjach psychoseksualnych. Czykwin o stosowanej tam „terapii” pisze bezkrytycznie i bezrefleksyjnie. W przywołanej tam narracji niesławnego Richarda Cohena widzi „tekst stygmatyzujący”, jednak gładko prześlizguje się do kolejnego przykładu z jakże szerokiego repertuaru. W charakterystyczny homofobiczny sposób przyjmuje, że geje mają ideologię (a nie mają? „Tremble, hetero swine!”)… choć jako przykład z owej ideologii podaje obawę przed wykryciem (s. 310). Jego konsekwencje są wszak tak straszliwe, że „homoseksualiści się żenią i opowiadają dowcipy o swoich »towarzyszach niedoli«” (s. 142). Nie, to nie pomyłka. Chodzi o zinternalizowaną bądź demonstracyjną homofobię mężczyzn (kobiety się nie „żenią”, nie w Polsce Elżbiety Czykwin) wyśmiewających przegięcie tych, których marnego losu („niedola”!) – mimo analogicznych preferencji psychoseksualnych – żonatym udało się uniknąć. Nie dziwi tedy groza sceny, w której pewien nieustraszony gej „wyznał całą prawdę rodzicom” (s. 159). To niejedyny przypadek straceńczej odwagi. Inny jej akt miał miejsce podczas wyborów mera Paryża – gej „mimo przyznania się do homoseksualnych skłonności zwyciężył w wyborach przytłaczającą ilością głosów” (s. 158). W książce pozostaje anonimowy, jednak rzecz jasna chodzi o zwycięzcę wyborów z 2001 roku, Bertranda Delanoë, który jest nadal na tym stanowisku. Może zatem wygrywa, ponieważ ma dobre program polityczny i koncepcję rozwoju miasta, a jego życie prywatne jest w tym miejscu sprawą trzeciorzędną? Dopowiem, że z uwagi na potencjał emancypacyjny sukces polityka-geja jest niezmiernie istotny, jednak Czykwin koncentrowała się na osobistej odwadze, jakiej wymaga coming out. Jak śliską sprawą jest obecność gejów (nigdy lesbijek, o osobach transseksualnych nie wspominając) w polityce dowiadujemy się od autorki w innym miejscu: „Wśród współczesnych przywódców faszystów przedstawiciele orientacji homoseksualnej mają swoją nadreprezentację” (s. 328). Przypisuje się tu gejom fetyszyzację atrybutów nazistowskich.

Nie wymaga chyba dopowiedzenia fakt, iż Czykwin postrzega homoseksualność w kategoriach esencjonalnych, na dodatek przez swą strategię retoryczną obnażając brak podstawowych kompetencji. Pisze „homoseksualizm” na wzór nazwy z niegdysiejszej klasyfikacji jednostek chorobowych, mając na myśli raczej „homoseksualność” jako zespół stałych bądź nie praktyk opartych na psychoseksualnych preferencjach. Tak, „-izm” jest piętnujący. Cóż, zawsze można sięgnąć do jeszcze bardziej archaicznego słownika. W innym miejscu czytamy, iż „pacjenci szpitali psychiatrycznych nie chcą, aby został ujawniony fakt ich sodomii” (s. 144). Sodomię, czyli – w myśl tej wizji świata – praktykowanie męsko-męskich stosunków seksualnych leczy się w szpitalach psychiatrycznych?

W rzeczywistości, w której z uwagi na pojawienie się i wdrożenie coraz skuteczniejszych metod leczenia czy przedłużania ogólnego dobrostanu osób chorych na AIDS wiele ludzi skłania się do bagatelizacji zagrożenia wirusem HIV (co oznacza, że należałoby działać ku ponownemu uczuleniu na kwestie bezpiecznego seksu), Czykwin tymi słowy kwituje starania, by uniknąć zakażenia HIV – „Całkowicie odzierają one kontakty seksualne ze spontaniczności, romantyzmu i unikalności” (s. 208). Dla autorki zresztą możliwość zakażenia to obawa „ostatnich lat” (s. 208). Otóż w Polsce badania epidemiologiczne wykrywające obecność wirusa prowadzone są od 1985 roku, kiedy obecni studenci Czykwin nie byli jeszcze w planach życiowych swoich rodziców.

Czykwin opisuje rozpowszechnianie się AIDS (jako choroby śmiertelnej) jako epidemii współgrającej z autodestrukcyjnością gejów: „Przywołanie przedwczesnej śmierci jest tu równoznaczne z uwolnieniem od mroków starości. Otwiera perspektywę życia krótkiego, ale intensywnego, bez ograniczeń związanych z obowiązkowym uczestnictwem w wyścigu szczurów, pracy zawodowej, liczenia się z innymi, na których to polach geje są na ogół i tak skazani na niepowodzenie” (s. 210). To najwyraźniej znaczy, że geje nie umieją liczyć się z innymi ludźmi i są skazani na niepowodzenie w pracy zawodowej (niezależnie od tego, czy założymy, że wyścig szczurów istotnie jest obowiązkowy). Sąd tyle bulwersujący, ile osobliwy.

Rozmaite inne stwierdzenia Czykwin również wprawiają w osłupienie, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z enumeracją i jeden z klocków zdaje się pochodzić z zupełnie innego kompletu. Na przykład na s. 224 opisuje negatywną samoocenę osób z nadwagą, które widzą swoją otyłość jako przejaw „lenistwa, opieszałości, braku kontroli, tajemniczości i chciwości” (co to znaczy w świetle przyjmowanej przez autorkę Goffmanowskiej klasyfikacji stygmatów jako jawnych i ukrytych?). „Jednym ze sposobów przeciwdziałania agresji np. kibiców na stadionach sportowych jest (…) ustawienie bilboardów na stadionach (…), co pozwala złamać poczucie anonimowości i ograniczyć agresję” (s. 302). Co w opisanej sytuacji dają bilboardy? Co ma być na nich umieszczone? A może chodzi o telebimy? W innym miejscu, w kontekście ukrywania stygmatu (w celu wykluczenia wszelkich podejrzeń, bo – patrz wyżej) Czykwin dopatruje się „nadreprezentacji osób o skłonnościach homoseksualnych” wśród kiboli, kleryków i taterników (s. 148).

Kompletnej ignorancji dowodzi utrzymywanie, iż „bulimia dotyczy najczęściej osób otyłych, natomiast anoreksja ekstremalnie szczupłych” (s. 351).

Podobnie z prognozowaniem: „moda na banki spermy, w których można zostać matką dziecka sławnego ojca, staną się modne” (s. 123). Pomijając niegramatyczność sformułowania, nie można, a w każdym razie nie ma sposobu, by się o tym dowiedzieć: wedle obowiązujących uregulowań dawca spermy pozostaje anonimowy.

Dyskusyjnie i kontrowersyjnie brzmi rekapitulacja kwestii polskiego antysemityzmu „bez Żydów”. Czykwin utrzymuje, iż „niewielka liczba polskich Żydów jest zasymilowana, w podeszłym wieku, samotna i rozproszona” (s. 380). Przeczy temu to, co widać na krakowskim Kazimierzu, gdy nastaje szabas, przeczą temu ci wszyscy, którzy odkrywając swe rodzinne korzenie dążą do poznania i odzyskania dla siebie judaizmu, czego bynajmniej nie kryją. Wyrazem złej woli byłoby odczytywanie słów Czykwin jako antysemickich, jednak ich wymowa (i oderwanie od realiów XXI wieku) skłania mnie do opinii, iż lepiej byłoby, gdyby się w Stygmacie społecznym nie pojawiły.

Swoją drogą, dobór kategorii osób stygmatyzowanych jest w omawianej książce bardzo chaotyczny. Skoro jednak w tym miejscu odnoszę się do niezręczności popełnianych przez autorkę w jej staraniach scharakteryzowania np. homoseksualistów i Żydów, nadmienię, iż oczywiście szeroki nurt kontinuum specyficznych uprzedzeń wobec pierwszych i drugich umknął jej uwadze. Kwestią tą zajmowała się np. Agnieszka Graff (Rykoszetem, W.A.B., Warszawa 2008). Mniej w Polsce znane jest zestawienie dwóch rozpraw: Réflexions sur la question juive Jean-Paula Sartre’a i celowo napisanej w Sartre’owskim idiomie Réflexions sur la question „gay” Didiera Eribona.

Charakterystyczne dla podejścia epistemologicznego autorki jest ponadto zdanie: „Ktoś, kto urodził się z matki Żydówki, jest, obiektywnie rzecz biorąc, Żydem, jakkolwiek może się czuć np. Amerykaninem” (s. 24). Otóż nie. Ktoś taki jest Żydem w myśl halachy (czy de facto wszystkich współczesnych odłamach judaizmu), co w zestawieniu z innymi kryteriami uznawania żydostwa (np. Żydem jest ktoś, kto przeszedł wymagany przez prawo religijne proces konwersji) dyskredytuje pretensje do „obiektywności”. Ta zaś jest również pojęciem cokolwiek przeterminowanym i usprawiedliwianym jedynie celami retorycznymi, nie zaś poznawczymi. Nie mamy jednak do czynienia z czystą retoryką. Czykwin opowiada się w innym miejscu za totalizującą rolą rzekomej obiektywności. Ubolewa nad upadkiem sfery publicznej: na agorze wypracowywano niegdyś „prawdy pozajednostkowe, wspólne i obiektywne”, teraz zaś nie mają się one gdzie krystalizować (s. 395).

Wiarę w wielką wagę „obiektywności” głosi również wskazując na nędzę osoby pozbawionej odniesienia „uniwersalnego i transcendentnego”, która będzie „wyizolowana i samotna”, a jej tożsamość pozostanie niezintegrowana (s. 395). Ratunkiem, przede wszystkim dla osoby stygmatyzowanej, będzie „funkcjonowanie w grupach wsparcia oraz wkład znaczących innych” (s. 266). Takie zestawienie dwóch sfer wpływów oznacza przekonanie autorki o kompletnej niemożności radzenia sobie samodzielnie. Trzeba jednak uważać, kogo uczynimy naszymi „znaczącymi innymi”. Jawność autoekspresji bez względu na stygmat wobec wybranej grupy (wspierającej tudzież znaczącej) w parze z ukrywaniem stygmatu w kontaktach z „niewtajemniczonymi” – jak czytamy – „prowadzi do zamykania się w społecznych enklawach” niczym w więzieniach zaludnionych przez sobie podobnych (s. 207). Jest to zbyt kategorycznym (czy też mylnym) stwierdzeniem, jako że ukrywanie stygmatu równie dobrze może skłaniać do dążeń przeciwnych, na przykład odcięcia się od danej społeczności. W każdym razie sytuacja zdaje się być bez wyjścia.

Mimo to Czykwin nie szczędzi udzielanie rad osobom stygmatyzowanym rad będących zbiorem pustych sloganów oraz infantylizacją, upupieniem potencjalnych adresatów (s. 268).

Są u Czykwin momenty, w których w swym słusznym zapędzie posuwa się cokolwiek zbyt daleko. Spójrzmy: „pojawienie się AIDS oraz permanentne mylenie homoseksualizmu z pedofilią, transseksualizmem i transwestytyzmem (w Polsce) zdaje się podtrzymywać społeczne odium zarówno wobec kobiet, jak i gejów” (s. 300). Odium to synonim wstrętu czy odrazy. Trudno zaprzeczyć istnieniu licznych form dyskryminacji kobiet, jednak wstręt i odraza?

„Określenia: chory na AIDS, lesbijka, bezrobotny, otyły czy dziecko z chorobą Downa etc. mają negatywną konotację, ale nie można przecież z nich zrezygnować. Próbuje się więc zamienić takie określenia słowami nieobciążonymi (np. gej, puszysta pani, sprawni inaczej) lub zmienić negatywne konotacje (…) na przyjaźniejsze” (s. 28). Zupełnie nie rozumiem, w myśl jakich uzusów językowych słowo „lesbijka” niesie konotację negatywną, a – do kompletu – „gej” jest neutralne, poza tym dość zabawne wrażenie robi zestawienie szeregów „nie do pary”. Czykwin jednak podsuwa nam politycznie poprawne ekwiwalenty wyrażeń niestosownych na s. 96. Znajdziemy wśród nich kuriozalnych „puszystych”, „kochających inaczej” i „sprawnych inaczej”, jednak możemy odetchnąć z ulgą, posługiwanie się nimi nie jest przymusowe. Ku wyraźnej uldze Czykwin postulaty poprawnego politycznie języka nie są powszechnie aprobowane (s. 97). Rzeczowa wymiana myśli w języku niewykluczającego dialogu nie ucierpi, jeśli ktoś raz czy drugi chlapnie „pedałem” (zdanie zbudowane z fraz ze s. 96). Choć we wskazanych passusach autorka jasno deklaruje się swe sceptyczne nastawienie do politycznej poprawności, w innym miejscu powołuje się na nieokreślonych przeciwników tej konwencji. Czykwin pisze, iż wedle argumentacji owych przeciwników „political correctness zmusza do wprowadzenia do języka np. polskiego określeń obcych, np. gej, co oznacza zachwaszczanie języka, a przede wszystkim nie jest powszechnie zrozumiałe lub może mieć groteskowy charakter jak w przypadku (…) propozycji zmiany nazwy Placu Inwalidów w Warszawie na »Plac Niepełnosprawnych«” (s. 418). To moment godny uwagi, gdyż przy okazji mamy tu błąd logiczny. Czykwin myli skutek z przyczyną.

W Stygmacie społecznym rażą ponadto usterki spowodowane niedostateczną kompetencją jeżeli chodzi o rozmaite niuanse nie tylko dzisiejszej, ale nawet „wczorajszej” humanistyki. To, co na s. 361 jest dla Czykwin odkrytym w etnometodologii zjawiskiem et cetera, to raczej – jak wynika z kontekstu – działanie Jakobsonowskiej funkcji fatycznej języka. Lingwistyka to najwyraźniej wiedza tajemna, skoro Czykwin pisze: „Stwierdzenia w rodzaju: »Wszyscy dyrektorzy honorują święta prawosławne i pracownicy oczekują tego od pana«, wydają się mocnym argumentem” (s. 272). W świetle wymogów, jakie uczestnikom racjonalnej dyskusji stawia się w logicznej teorii języka, przytoczony argument (posługujący się na domiar złego kwantyfikatorem generalnym) należy do słabych (vide prace np. Teresy Hołówki). Idźmy dalej. Zgromadzone na s. 388 przykłady paniki moralnej, mające ilustrować to pojęcie, są niejasne w polskich realiach jako przynależne brytyjskiej popkulturze. Przepisane z innego opracowania i niejasne także dla autorki, skoro członków subkultury rockersów nazywa „rokersami”.

Czykwin postanawia pochylić się też nad kwestią deprecjacji przedmałżeńskiej biografii żony, czego znamieniem jest utrata panieńskiego nazwiska (s. 94). Gdzie indziej wszelako jako rzecz niegdyś oczywista określone jest „pozostawanie przez kobiety przy nazwisku panieńskim” (s. 133). Ależ odwrotnie: oczywistym, a nawet nieuniknionym było przybieranie nazwiska mężowskiego. Studia feministyczne w sposób wieloaspektowy tłumaczyły te uwikłania i przywołanie zdawkowej ich rekapitulacji pióra Czykwin nie jest konieczne, jednak odnotować należy, że autorka utrzymuje, iż w języku angielskim „gramatyka stygmatyzowała kobiety zamężne” (sic!) jako te, o które – z uwagi na Mrs przed nazwiskiem – nie należy zabiegać. Miss nie jest (czy też nie było, bo tu użyty jest czas przeszły) wedle Czykwin stygmatem staropanieństwa. Nie ma mowy o niedyskryminującym honoryfikatorze Ms., który w ogromnej mierze dezaktualizuje problem. Czykwin nie wspomina również, że nie jest on rozwiązany raczej w języku francuskim, gdzie – o ile mi wiadomo – do dzisiaj pokutuje podział „dwuwartościowy” i brak neutralnej, albo choć neutralizującej paternalizm formy. Osobliwe uwagi Czykwin dotyczące myśli feministycznej możemy znaleźć na s. 49-50.

Deklarowana (vide tylna część okładki) „interdyscyplinarność” książki każe sytuować ją na polach socjologii, pedagogiki i psychologii społecznej (zresztą to ostatnie to dla mnie „chłoporobotnik i boa grzechotnik”), w których istotną rolę odgrywają badania własne. Czykwin takich nie wykonała. Zdecydowana większość przykładowych przypadków, jakimi ilustruje swe wywody, wzięta jest z opracowań cytowanych – obcojęzycznych (by nie powiedzieć: amerykańskich) i pochodzących sprzed lat. Zasadniczo Stygmat społeczny zawiera liczne propozycje klasyfikacji wpływów i skutków piętnowania na tożsamość. Jednak systematyzacje dokonane przez Czykwin w myśl różnych teorii psychologicznych (głównie z akcentem na interakcje) kompletnie tracą na znaczeniu. Ich wartość perswazyjną – a nawet poznawczą – przekreśla światopoglądowy wydźwięk książki. W rzekomo zainspirowanych dziełami Pierre’a Bourdieu partiach rozdziału pt. Obrona Ja przed skutkami stygmatyzacji znajdziemy takie spojrzenie na istotę społecznych protestów (w których „celują” rozmaite mniejszości):

W wyniku walk tych, którzy są za, z tymi, którzy są przeciw, to co partykularne powoli drąży zastany ład i porządek rzeczy oraz wyobrażenie tego porządku przez konserwatywnych obywateli. Jest to denerwujące, ponadto dążenie do społecznie wynegocjowanego ładu przeciąga się w czasie, grożąc permanentnym chaosem. Mniejszości, na wzór terrorystów, uniemożliwiają utworzenie społecznego ładu (s. 332).

Tak, dominujące życie społeczne grupy interesów (by było egzotycznie i absurdalnie, Czykwin stawia na misz-masz: poza mniejszościami narodowymi i seksualnymi wymienia przeciwników „stacji benzynowych, pornografii, agencji towarzyskich, spalarni śmieci, dzwonów kościelnych” oraz miłośników sportów ekstremalnych i… parkingów) „zaprzątają głowy spokojnych obywateli niekończącymi się sporami, które utrudniają wszelkie działanie” (s. 331). Aktywiści, strzeżcie się; lepiej zapomnijcie o Strukturalnych przeobrażeniach sfery publicznej Jürgena Habermasa i Antagonistycznych przestrzeniach publicznych i polityce demokratycznej Chantal Mouffe!

Wracając do zacytowanego wyżej retorycznego pytania ze s. 261, wedle autorki przynajmniej akceptacja homoseksualności przez społeczeństwo „jest w rozsądnej perspektywie czasowej nieosiągalne” (s. 210). Dzięki postawie zaprezentowanej w rzetelnym, wyczerpującym i wielostronnym opracowaniu teoretycznych i praktycznych aspektów piętnowania i dyskryminacji, jakim jest Stygmat społeczny, rzeczywiście nieosiągalne. Książka jest skandalicznym popisem niekompetencji sankcjonowanej tytułem naukowym autorki i renomą wydawnictwa. Notabene renomą niegdyś zasłużoną, dziś będącą pretekstem do dyktowania zawyżonych cen przy czynieniu oszczędności na pracy korektorskiej i redakcyjnej (co w omawianym opracowaniu poświadcza treść stopki). To co dla odbiorców niewyrobionych, np. studentów, szkodliwą dezinformacją, dla innych może być po prostu źródłem żartów.

Przybliżając we wstępie do Wynaleźć codzienność 2 myśl Michela de Certeau Luce Giard zauważa, że ujmowanie „rzeczy w formie wielkich projektów”, wypowiadanie się w sposób pompatyczny i tworzenie „ogólnego i uogólniającego dyskursu o społeczeństwie” znamionuje „niewystarczające opracowanie konceptualne”. Autorka notuje dalej: „Mając zazwyczaj odpowiedź na każde pytanie, dyskurs ów nie dopuszcza sprzeciwu, zręcznie omija konfrontację z rzeczywistością i nigdy nie spotyka się z odrzuceniem”. Deskrypcja ta może być przyłożona do Stygmatu społecznego. Kwestionowanie oczywistości wydaje się w naukach społecznych niemal obowiązkowe, tymczasem Czykwin wręcz chętnie posługuje się komunałami i zahacza swoją retoryką o teologię pastoralną. W jej duchu formułuje postulaty tolerancji, demarginalizacji i przeciwdziałania wykluczeniom (por. np. s. 38). Z nieco mniej zaściankowego punktu widzenia nietrudno zauważyć, że takie ujęcie służy jedynie dobremu samopoczuciu autorki, niewątpliwie uważającej się za osobę o otwartym umyśle i wyzbytą uprzedzeń. Otóż cała książka zdaje się być staraniem, by dopasować teorię Goffmana do własnych uprzedzeń. Czykwin nie widzi jednostek mogących być przedmiotem jej wywodów – realnych osób zagrożonych stygmatyzacją (jeśli w ogóle zgodzimy się na przyjęcie tego terminu) – a buduje ich abstrakcyjne grupowe reprezentacje. Wspomniany postulat tolerancji funkcjonuje u niej na zasadzie dobroczynności: jako pochylanie się nad nieświadomymi maluczkimi (wzmiankując „ideologię gejów” autorka nie odwołuje się do żadnej znaczącej pozycji z dorobku studiów genderowych, LGBT czy queer). W nieco bardziej życzliwej interpretacji można powiedzieć, iż Czykwin deklaruje zwiększoną wrażliwość na różnorodność współczesnych strategii życiowych, jednak czyni to w celu umocnienia swej własnej pozycji poprzez poddanie opisywanych cudzych doświadczeń dyskursywizacji. Poddanie nieudolne i umotywowane koniunkturalizmem w wersji o tyle nietrafionej, że – wbrew konwencjom cieszącym się największym uznaniem – pozbawionej cienia osobistej rękojmi i najmniejszej próby okazania współprzynależności. My i oni. Hołd dla mocno już przykurzonego paradygmatu każącego przemawiać z wyżyn odseparowanej od świata akademickiej Katedry w tym temacie nie mógł się sprawdzić.

Paulina Szkudlarek

Elżbieta Czykwin, Stygmat społeczny, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007. Cytaty lokalizuję w tekście, wytłuszczenia pochodzą ode mnie. Luce Giard przywołuję za jej Wprowadzeniem do: Michel de Certeau, Luce Giard i Pierre Mayol, Wynaleźć codzienność 2, przeł. Katarzyna Thiel-Jańczuk, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2011, s. XII.

Data wpisu: 7 lutego, 2012 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Seks i aids

Uprawiasz seks? Masz AIDS. Truizm? Tak zdają się jednak twierdzić twórcy mini-testu dla licealistów.

Jak powinna wyglądać profilaktyka przeciwko wirusowi HIV dla młodzieży? Wspominanie o punktach badania? Uczenie odpowiedzialności za swoje i cudze zdrowie i życie? I – najważniejsze – wpojenie konieczności używania prezerwatyw? Test rozdawany w liceach przed poprzednimi wakacjami miał całkowicie inne priorytety.

1 Seks i aids

Test wpadł mi w ręce przypadkiem. Podręczny format, ciekawa szata graficzna. Mój młodszy brat dostał go na zakończeniu roku szkolnego w liceum. Przejrzawszy go, nie mogłam powstrzymać cisnącej mi się na usta ironii. Odpowiem więc na testowe pytania, życzę także miłego rozwiązywania indywidualnego.

  1. 1.Czy z utratą dziewicwa należy się śpieszyć?

    ?

Co to znaczy śpieszyć się? Nie czekać na tego „jedynego“? Wykorzystać pierwszą okazję, jaka się nadarzy? I przede wszystkim co to ma do AIDS, skoro pamięta się o prezerwatywach?

  1. 2. Czy masz już za sobą pierwszy raz?

Tak. Czy to oznacza, ze mam AIDS? Ach, jednak nie. Ale jestem już na prostej drodze w dół, bowiem jeśli raz posmakuje się tej grzesznej rzeczy, nigdy się już nie przestanie… Słowo „prezerwatywa“ jeszcze do tej pory nie padło, po co, przecież to nie tak istotne jak pytania o „pierwszy raz“.

  1. 3. Czy pierwsza miłość musi dla ciebie łączyć się z seksem?

Nie, z papieżem i kremówkami. Zdałam?

  1. 4. Ryzyko?

No co wy. Nawet do wesołego miasteczka nie mogę pójść przez tą nieodporność na adrenalinę. Poza tym, specjalnie dla autorów tego testu, użyję określenia, które tu nie przeszło im przez usta: Czy używasz gumek Czy używasz gumek Czy używasz gumek.

  1. 5. Czy miałaś/miałeś wielu partnerów?

Wielu to ile? Dwóch i pół na rok to dużo czy mało? Azja powiedziałaby pewnie, że bogato. Europa zrobiłaby sceptyczną minę, Ameryka ulitowałaby się nad ubogą dolą. A Bliski Wschód pierwszy rzuciłby kamieniem.

  1. 6. Czy nie troszczysz się o zabezpieczenie, zrzucając obowiązek na partnera?

Nareszcie. Kto by się spodziewał. Tak, regularnie zakładam gumki. Jak wiadomo, femidony są w każdym supermarkecie.

  1. 7. Czy prezerwatywa jest dla ciebie „przestarzałym przeżytkiem“ i nie używasz jej?

To pytanie jest bowiem bardzo nieważne, może znaleźć się na samym końcu testu. Na początku należy młodzieży przetrzepać sumienie z faktu uprawiania seksu.

I cóż dalej czytam? „Jeżeli na choć jedno pytanie odpowiedziałeś/aś tak, jesteś narażony/a na AIDS“.

Nie ma bowiem nic gorszego niż uprawianie seksu. To tak samo złe jak wsiadanie do samochodu, na drogach jest tyle wypadków! Oczywistością jest, że trudniej założyć prezerwatywę, niż zrezygnować z seksu. Ten test na pewno przekona grzesznice posiadające dwóch i pół partnera na rok do wstrzemięźliwości, która jest najskuteczniejszym sposobem w walce z AIDS. Znajdą sobie także natychmiast młodzieńczą miłość, której najważniejszą częścią będzie wspólna pasja w postaci budowania modeli statków w butelkach. Rodzice ucieszeni, biskup ucieszony, organizacja ucieszona. A wątek gazety.pl „brak seksu w małżeństwie“ będzie rósł jak pieczarki na kompoście.

Zajrzyj na stronę Seksualność kobiet


Data wpisu: 7 lutego, 2012 autor wpisu: Seksualnosc_Kobiet  |  Komentowanie nie jest możliwe

Kobiety uprawiające/planujące seks z kobietami — badanie

Badanie WSW – kobiet uprawiających seks z kobietami

Zapraszamy do wzięcia udziału w pierwszym ogólnopolskim badaniu kobiet uprawiających seks (lub mających na to ochotę) z kobietami.

855434 28884487 300x226 Kobiety uprawiające/planujące seks z kobietami   badanie
pisanie

Ankietę można wypełnić pod adresem: http://moje-ankiety.pl/respond-16315.html Aby zachęcić do udziału partnerem projektu został serwis Frywolnie.pl, który przygotował z tej okazji konkurs – szczegółów dowiecie się po wypełnieniu ankiety. Zależy nam na jak największej liczbie udzielonych odpowiedzi, dlatego prosimy o dzielenie się tą ankietą ze wszystkimi osobami, które mogą być zainteresowane wypełnieniem.

Planowane jest stworzenie kompleksowej publikacji dotyczącej seksu między kobietami w Polsce. Ty również możesz być częścią tego badania! W razie jakichkolwiek pytań możecie zgłaszać się do twórczyni ankiety: Moniki Czaplickiej monika.czaplicka@gmail.com


Data wpisu: 27 stycznia, 2012 autor wpisu: Monika admin Czaplicka  |  Komentowanie nie jest możliwe

Seks a religia

Hipolit był młodym mężczyzną, niezbyt zainteresowanym sprawami seksu, „bał się małżeńskiego łoża i nie chciał mieć z małżeństwem nic do czynienia”. Przyjemność sprawiało mu jedynie uganianie się po lasach w okolicach greckiego miasta Trojzen i polowanie na dzikie zwierzęta.

1 Seks a religia

Tekst pochodzi ze wstępu do książki Seks a religia

Hipolita nienawidziła bogini miłości Afrodyta. Ten młody człowiek, przedkładając życie myśliwego ponad seks, demonstrował tym samym obojętność względem bogini i dawał jej do zrozumienia, że jest „najgorszą pośród wszystkich bogów”. Afrodyta nie pozwoliła, by zignorowanie jej domeny, jaką jest życie seksualne, uszło Hipolitowi bezkarnie. Piękny młodzieniec został wyrzucony ze swego powozu, a następnie stratowany kopytami własnych koni, spłoszonych przez bestie, które właśnie w tym celu nasłali bogowie.

Opowieść ta jest czymś więcej aniżeli tylko porywającą historią pochodzącą z greckiego uniwersum przekazanych nam mitów. Los Hipolita w rzeczywistości odzwierciedla religijne przekonanie, że bogowie nie tyle sobie życzą, ile wręcz wymagają naszej aktywności seksualnej. Wstrzemięźliwość w tej kwestii jest dla nich po prostu nie do przyjęcia.

Religia za seksem i przeciw seksowi

Mit o Afrodycie i Hipolicie nie zgadza się z najbardziej rozpowszechnionym wyobrażeniem o zależnościach między seksem a religią. Dzisiejsze nagłówki wiadomości mogą sprawiać wrażenie, że religie są zajęte sprawami seksu bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, z tym że sytuacja wygląda zupełnie inaczej niż w przypadku Hipolita. To, co obserwujemy – to religijny sprzeciw wobec seksu. Poszczególne wyznania potępiają seks z niewłaściwymi osobami, uprawiany w niewłaściwy sposób, w nieodpowiednim czasie, w nieodpowiednim miejscu; oburzają się na to, że za wiele mówi się i pisze o seksie oraz że robi się to, ich zdaniem, w niestosowny sposób. Napiętnowanie bywa często tak masowe, tak jednostronne, że wielu może odnieść wrażenie, iż seks sam w sobie jest przez religie odrzucany w wymiarze absolutnym.

Jak to możliwe, że jedno wyznanie potępia tych, którzy powstrzymują się od seksu, podczas gdy jakieś inne zwalcza większość osób mających z nim do czynienia? Jest to pytanie pozostające bez jednoznacznej odpowiedzi. Również i religia grecka, do której przynależeli Afrodyta i Hipolit, nie głosiła ogólnej akceptacji wszelkich form seksualności. Jeśli ktoś nie przestrzegał całego zestawu skomplikowanych reguł określających religijnie akceptowalny seks, mogło to nieść ze sobą poważne konsekwencje. Mimo że tragiczny los Hipolita ukazuje ważne i centralne wyobrażenia religijne panujące w starożytnej Grecji, prezentuje zaledwie pojedynczy element skomplikowanej układanki tworzącej całościowy obraz zależności między seksem a właśnie tą konkretną religią.

Ale i dziś obraz ten jest o wiele bardziej zawiły aniżeli ten, który możemy sobie wykreować, sugerując się tytułami nagłówków medialnych. W owym dość jednostronnym skoncentrowaniu się na religijnym sprzeciwie wobec różnorodnych form seksu niełatwo jest dostrzec niuanse. Często nie zauważamy więc, że obok napiętnowania znajdujemy również pewne akceptowalne (ale tylko na określonych warunkach) formy seksu. Zarówno potępianie, jak i błogosławienie seksu idą zazwyczaj ramię w ramię. Przyglądając się relacji zachodzącej między seksem a poszczególnymi religiami, uwagę należy zwrócić na to, gdzie przebiegają granice między tym, co zostaje odrzucone, a tym, co jest akceptowane; między tym, co święte, a tym, co przeklęte.

Podstawowe reguły gry seksualnej

1151878 38392777 300x269 Seks a religia

Witraż

Żadne ze znanych nam społeczeństw nie pozostawało bez reguł dotyczących sfery seksualnej. Być może niektórym marynarzom, artystom i antropologom społecznym wydawało się czasami, że mieli szczęście, gdyż udało im się odnaleźć gdzieś na jakiejś rajskiej wyspie mórz południowych społeczność całkowicie wyzwoloną i pozbawioną jakichkolwiek zahamowań seksualnych. Ale było to zawsze tylko złudzeniem. Owi podróżnicy docierali do kultur, w których znajdowali niewiele (a może nawet żadnych) restrykcji seksualnych znanych im z własnej ojczyzny. Równocześnie nie byli w stanie zidentyfikować wszystkich lokalnych ograniczeń, które pozostawały dla nich zupełnie obce.

Niezwykle trudno rozstrzygnąć – o ile w ogóle jest to możliwe – co właściwie było pierwsze: kulturowe wzorce zachowań seksualnych czy religijne zasady dotyczące seksu. Czy różnorodne zakazy i nakazy seksualne powstały najpierw, niezależnie od wyznania, i jedynie później zostało im przypisane religijne znaczenie? Czy było też tak, że religijne przepisy powstały niezależnie od tego, co ludzie czynili w sferze seksualnej, aby później nadać tym zachowaniom zupełnie nowy, wyznaczony przez religię kierunek? Czy religie nałożyły sankcje na już istniejące wzorce seksualne, czy też owe sankcje istniały od samego początku?

Wydaje się oczywiste, że przodkowie ludzi uprawiali seks na długo przed powstaniem religii. Współżycie seksualne praktykujemy od milionów lat, od czasów gdy nasi praprzodkowie byli zaledwie małymi skupiskami pojedynczych komórek. Ale to, czy przed powstaniem religii posiadaliśmy jasne reguły dotyczące zachowań seksualnych, jest już zagadnieniem bardziej problematycznym. Zoolodzy dowodzą, że nawet zwierzęta mają wrodzone określone wzorce zachowań seksualnych, choć czy można je uważać za zasady, jest już czymś mniej pewnym. W przeciwieństwie do zwierząt wszelkie znane nam społeczności ludzkie mają wyraźne reguły odnoszące się do życia seksualnego, ale problem w tym, że nie wiemy, kiedy one powstały.

Przedmiot naszego badania stanowią fenomeny, które pojawiły się tak dawno, że wyciąganie jakichkolwiek jednoznacznych konkluzji na ich temat jest niemożliwością.

Zwierzęta nie wyznają religii. Starodawne malowidła ścienne oraz pieczołowite ceremonie pogrzebowe pokazują, że religia towarzyszy człowiekowi od zarania jego dziejów. Dlatego też właściwą kwestią jest pytanie, czy rzeczywiście religia od zawsze próbowała kontrolować seksualność człowieka. Wiemy na pewno, iż odkąd dysponujemy pisanymi źródłami religijnymi, znajdujemy w nich religijne sankcje i obostrzenia ograniczające różnorodne formy seksualności. To samo dotyczy znanych nam kultur nieposiadających pisma. Zarówno w tych pradawnych, pierwotnych społecznościach, jak i w źródłach pisanych zauważamy istnienie pewnej korelacji między wyznaniowymi a bardziej społeczno-kulturowymi regułami seksualnymi.

Niezależnie od tego, w jaki sposób powstały owe sprzężenia między religią a seksualnością, wydaje się jasne, że ta niesamowita różnorodność skomplikowanych struktur religijnych, obejmujących ludzką seksualność we wszystkich społeczeństwach, została uformowana w trakcie złożonych procesów religijno-kulturowych. Nie istnieje zatem żaden ogólny wzór opisujący relację między religią a ludzką seksualnością; tym samym jeden rodzaj życia seksualnego, wywyższany i przedstawiany jako wzór przez jedno wyznanie, przez inne jest uznawany za obrzydliwy. Istnieje jednak wspólna cecha przynależna wszystkim tym wzorcom: żaden z modeli seksualności eksponowanych przez różne religie nie reprezentuje naturalnego pojmowania kwestii seksualnych, gdyż zawsze mamy do czynienia z konstruktami kulturowymi.

Zajrzyj na stronę Seksualność kobiet


Data wpisu: 23 stycznia, 2012 autor wpisu: Seksualnosc_Kobiet  |  Komentowanie nie jest możliwe

Lesbijki i seks lesbijski

Jedne z najbardziej zaskakujacych informacji dotyczacych lesbijskiego seksu pochodza z badan socjologów Philipa Blumsteina i Pepper Schwartz, opublikowanych w American Couples. Badania te uzywają duzej, dobrze dobranej proby i porownuja malzenstwa heteroseksualne, pary heteroseksualne, pary gejowskie i lesbijskie pod wzgledem wielu wymiarow zycia – miedzy innymi zycia seksualnego. Odkryto, ze pary lesbijskie uprawiaja seks znacznie rzadziej niz kazda z wyzej wymienionych par.

5 Lesbijki i seks lesbijskiO tym, co powyzej, dowiedzialam sie pewnego lata, gdy moja kolezanka (lesbijka) przetlumaczyla ten fragment z jakiejs ksiazki. Bylam zaskoczona. Gdy zaczelysmy drazyc, odkrylysmy nawet termin “lesbjska smierc lozkowa”, ktory opisuje zjawisko zanikania namietnosci i spadek czestotliwosci uprawiania seksu w parach lesbijskich. Czasem po kilku latach zwiazku partnerki juz w ogole sie nie kochaja. Mysle, ze to zachowanie lesbijek, bardzo duzo mowi o seksualnosci wszystkich ko biet, takze heteroseksualnych. Wychowane do biernosci, nauczone, ze nie wypada, ze seks jest be i ze to zawsze facet musi zrobic ten pierwszy krok – czy nie jestesmy ograniczone przez kulture? Czym to skutkuje? Przeczytajcie te teksty:

Pary lesbijskie i seks lesbijski

oraz Intymnosc oraz seksualnosc (i jej nieobecnosc) w zwiazkach lesbijskich

.

A dla tych wszystkich, ktorym bedzie za malo, jest jeszcze nowa, swiezutka, pachnaca ksiazka:Radosc seksu lesbijskiego. 

 Lesbijki i seks lesbijski

Stereotyp, ze wszystkie lesbijki lubia seks oralny i nigdy nie fantazjuja o facetach, lamie ten wywiad: Lesbijki (nie) mowia o seksie

. Serdecznie polecam!


Data wpisu: 19 grudnia, 2011 autor wpisu: Seksualnosc_Kobiet  |  Komentowanie nie jest możliwe

Lesbijski seks wykańcza kobiety

Mężczyźni znoszą to lepiej.

Biseksualne kobiety częściej popadają w alkoholizm i depresję niż biseksualni mężczyźni – przekonują badacze z amerykańskiego George Mason University w stanie Wirginia.

SL Lesbijski seks wykańcza kobietyNaukowcy z tej uczelni przeprowadzilibadanie, wykazując różnice w presji psychicznej wywieranej na biseksualnych osobach przez ich styl życia. Ryzykociężkiej depresji i picia alkoholu w nadmiarze są równie wysokie, gdy chodzi o biseksualne nastolatki. Gdy osoby takie wchodzą w wiek dorosły, pojawia się dysproporcja.

Dorośli mężczyźni łatwiej znoszą psychiczny ciężar uprawiania seksu z kobietami i innymi mężczyznami. Panie lesbijski seks wykańcza - zauważa pinkpaper.com.

Co ciekawe, problemy dotyczą tylko kobiet i mężczyzn którzy nie są jednoznacznie określeni. Raport z badania opublikowano w piśmie “American Journal of Public Health”.


Data wpisu: 23 listopada, 2011 autor wpisu: Sfora  |  Komentowanie nie jest możliwe

One są najbardziej chętne na ostry seks

Te kobiety lubią w łóżku eksperymentować.

Najnowsze badania tożsamości seksualnej Amerykanek i Amerykanów pokazały ciekawy trend w grupie osób biseksualnych i homoseksualnych.

Autorzy Sexual Behavior, Sexual Attraction, and Sexual Identity in the United States pokazali, żekobiety biseksualne (55 proc.) i lesbijki (41 proc.) częściej uprawiają seks analny z mężczyznami, niż kobiety heteroseksualne (30 proc.) - dodaje portal.

132365 8861 One są najbardziej chętne na ostry seksSlate.com zwraca uwagę, że te ostatnie chętniej uprawiają z mężczyznami seks oralny i stosunki waginalne.

Z kolei u mężczyzn, im mocniejsze przekonanie o własnym homoseksualizmie, tym mniejsze szanse, by miał kontakty seksualne z kobietą - donosi slate.com.

Inaczej to wygląda w przypadku pań. Magazyn tłumaczy to prawdopodobnie większą u kobiet biseksualnych i lesbijek niż u kobiet heteroseksualnych chęcią eksperymentowania w seksie.

Dlatego też panie wolące panów częściej niż inne uprawiają klasyczny seks, jak oralny czy waginalny, ale wstrzymują się przed obcowaniem z kobietami czy właśnie seksem analnym – podkreśla portal.

JS


Data wpisu: 4 listopada, 2011 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Seks, miłość i gejowskie rodeo

Debiutancka powieść Dariusza Chęcińskiego „Poniżej pasa, czyli bezpruderyjna miłość”, to historia dwudziestopięcioletniego geja – Kuby, który opowiada o swoim beztroskim, młodzieńczym życiu.  Miłości i Zdradzie. Uśmiechu i łzach smutku.

okładka na strone 202x300 Seks, miłość i gejowskie rodeo

Poniżej pasa, czyli bezpruderyjna miłość

Ukazuje dwa różne światy, z którymi przyszło mu się zmierzyć. Obraz świata zewnętrznego – uczuciowy, a także świat bezpruderyjnego nierządu i seksu, pełen opisów i obrazów żywego porno.

Najpierw olśnienie: jestem gejem. Chyba? Na pewno! Pierwszy seks – testowanie siebie. Wynik dodatni. Ulga i trauma coming outu. Wczesna dorosłość – z wyboru czy z konieczności? Zaliczanie… kolejnych seksualnych egzaminów. Wielka sesja. Rajd po klubach, darkroomach, wyrach. Gdzie w tym wszystkim ja? Dajcie mi miłość, a podniosę Ziemię! Nadzieje i frustracje. Złudzenia zyskiwane i tracone. Czas odnaleziony. Ten ostatni seks – znowu testowanie. Wynik dodatni. Jak teraz żyć? To droga Kuby. To droga niejednego geja. Przejdź ją ponownie z bohaterem książki Dariusza Chęcińskiego. Zastanów się chwilę. Znowu olśnienie: to tylko twoja, tylko twoja wina – i chwała Bogu, świetnie. Niech prawda pozostanie naga i podniecona. Idźmy dalej.

To historia pełna nieodpowiedzialnych i pełnych zawirowań wyborów. Wyborów, które często prowadzą donikąd, ukazując negatywne konsekwencje nieostrożnego współżycia.

Prezentując „program na lepsze”, publikacja ta przybiera formę poradnika, który może być pomocny w odpowiedzi na wiele nurtujących pytań, związanych z naturą osób homoseksualnych, sposobem i trybem ich życia. Drogowskazem dla młodych gejów i lesbijek w swoim coming out’cie, ucząc samoakceptacji i  psychicznego przetrwania w odtrąceniu.

Książkę można nabyć w cenie 25 złotych na bearbook.pl, allegro.pl – a także w wybranych klubach.


Data wpisu: 30 października, 2011 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Cienie zakwitających dziewcząt, noce więdnących starców. Kawabata Yasunari, „Dom śpiących piękności”, cz. 1

Przyjaciel i protegowany pierwszego japońskiego noblisty w dziedzinie literatury, Yukio Mishima, nazywał go „mistrzem pogrzebów”. Kawabata Yasunari (1899 – 1972), o którym mowa, z lat dzieciństwa i wczesnej młodości właśnie ten ceremoniał zapamiętał najlepiej. Kiedy w latach trzydziestych dwudziestego wieku wydawał w odcinkach swoje „Listy do rodziców”, wyznał w nich, że nie chciał nigdy mieć dzieci, ponieważ bał się, że je osieroci. Strach i smutek towarzyszący życiu osamotnionego dziecka poznał bowiem aż za dobrze. Jego rodzice zmarli, gdy był kilkulatkiem – rozdzielony z jedyną siostrą, pod opieką dziadków najpierw przeżył śmierć babki, a niedługo później – siostry oddanej do ciotek. Jako dorosły człowiek napisał, że byłoby mu wtedy lepiej między zwierzętami niż między ludźmi. Wspominał też trud opieki nad ślepym i niemal sparaliżowanym dziadkiem, od którego noc w noc uciekał z domu. Lata później świadomość, że przysparzał tym dodatkowych mąk ukochanej osobie (jedynej, która pozostała z całej rodziny), straszliwie go męczyła. Smutek opuszczenia, trud starości, żal i tęsknota za ciepłem matczynej miłości przeniknęła do jego pisarstwa, nadając powieściom głęboko osobisty, intymny ton.

Warto wspomnieć, że początki jego twórczości przypadły na trudne, przedwojenne lata trzydzieste XX w., w których rosnące głównie w Europie wpływy polityczne ideologii faszystowskiej nie ominęły Japonii. Chociaż Paul Varley w swojej książce o kulturze japońskiej podkreśla, że Japonia „nie miała swojego Hitlera czy Mussoliniego” (s. 290), trudno zaprzeczyć, że na jej politycznej i militarnej scenie znalazły się równie charyzmatyczne i kontrowersyjne postaci (warto tutaj zajrzeć do recenzji Pauliny Szkudlarek książki „Japan. A Reinterprtation” Patricka Smitha) jak cesarz Hirohito, premier – generał Hideki Tojo (sprawujący ówcześnie faktyczną władzę w Japonii) czy premier Koki Hirota. Japonia była w istocie państwem policyjnym, w którym armia sprawowała niepodzielną władzę również nad artystami: „(…) militaryści doszli do władzy nie przez zdobycie masowego poparcia dla swoich działań przeciwko rządowi, ale po prostu zastępując parlamentarzystów (to znaczy partie polityczne) jako najbardziej wpływowa grupa w narodowej polityce” (s. 290). Choć politycznie najmilej widziano „dzieła sztuki” sławiące japońską armię jako skarbnicę cnót narodowych, a także gorące nawoływania do „powrotu do źródeł” i odrzucenia „zgniłych moralnie treści Zachodu”, cenzura oszczędzała twórczość Kawabaty Yasunariego, który omijał propagandowe hasła w swych powieściach – czasem jedynie wykreślano parę słów. Co więcej, w 1937 roku, kiedy otrzymał rządową nagrodę za powieść „Kraina śniegu” – nie odrzucił jej.

To neutralne, a może raczej: ambiwalentne stanowisko pisarza sprawiło, że choć gdy dziesięć lat później, po nadejściu amerykańskiej okupacji bardzo istotne stały się polityczne preferencje każdego liczącego się w swoim kraju Japończyka, nie doznał on żadnych restrykcji czy szykan ze strony nowych władz. Z jednej strony kojarzono Kawabatę z prawicowym skrzydłem liderów „renesansu literackiego”, z drugiej zauważano i podkreślano, że przez lata wojennej zawieruchy poglądy samego Kawabaty niewiele się zmieniły. Nie pisał o nacjonalizmie, militaryzmie, głosił raczej liberalne poglądy (szerzej wyjaśnia to Donald Keene, uczony wyspecjalizowany w literaturze i sztuce japońskiej, jej tłumacz na język angielski i popularyzator). Cytowany już Varley pisze:

Kawabata Yasunari chyba najbardziej przejmująco ze wszystkich wyraził wszechogarniającą rozpacz, którą tak wielu Japończyków odczuwało pod koniec wojny: „Mam silne, nieodparte przeczucie, że moje życie dobiegło już końca. Pozostał mi już tylko samotny powrót do gór i rzek przeszłości. Od tej chwili, jako już umarły, zamierzam pisać tylko o nieszczęsnym pięknie Japonii, ani słowa o czymkolwiek innym”. Choć Kawabata twierdził, że przywiodła go do tego klęska wojenna, naprawdę do pisania o „nieszczęśliwym pięknie Japonii” – zarówno kraju, jak i jego ludzi – pchał go artystyczny temperament. Pomimo związków z neosensualizmem pod koniec lat dwudziestych i w latach trzydziestych XX wieku, był on chyba bardziej japoński w tradycyjnym tego słowa znaczeniu niż którykolwiek z pozostałych pisarzy współczesnych. Jak wspomniano w poprzednim rozdziale, często mówi się o nim jako o autorze prozy haiku, która używa oszczędnego, wyrafinowanego estetycznie języka poezji, by nakreślać tło i wywołać nastrój. Czytając powieść Kawabaty, tak samo jak czytając wiersze starożytnych dworskich poetów, cały czas jesteśmy świadomi stanu natury i zmian pór roku, a ściślej rzecz biorąc – szczególnej natury i jedynych w swoim rodzaju pór roku w Japonii, które ukształtowały temperament jej mieszkańców (s. 305).

Kiedy w 1968 roku sztokholmska komisja przyznała literacką nagrodę Nobla po raz pierwszy Japończykowi – Kawabacie Iasunariemu, jego rodacy nie mogli się nadziwić, dlaczego akurat jemu, takiemu „japońskiemu”, niemal „rdzennie ich”. Zastanawiano się, czy na pewno został właściwie i w pełni zrozumiany na tym dziwnym i dalszym niż najdalszy horyzont Zachodzie. Z kolei Donald Keene w „Five Modern Japanese Novelists” (2002) sugeruje, że podczas toczących się w kuluarach negocjacjach co do tego, którego z wybitnych japońskich pisarzy wybrać, Tanizaki odpadł ponieważ nie żył, Mishima z kolei podpadł swoimi prawicowymi i antyamerykańskimi sympatiami, pozostał więc Kawabata Yasunari, wobec którego wysunięto nadzieję, że jego zaawansowany wiek nie pozwoli mu już na żadne skandaliczne wyskoki… Jednak z całą pewnością Kawabata nie dostał swojej nagrody jedynie za grzeczną postawę podczas burzliwych czasów przedwojennych, wojennych i powojennych. Podczas noblowskiego przemówienia, ten znawca klasycznej literatury japońskiej i piewca tradycyjnej estetyki mono no aware, chwalił klasyczny utwór – prawdopodobnie pierwszą powieść na świecie w historii literatury w ogóle, „Genji Monogatari”, a także tradycje kulturalne i literackie dworskiej epoki Heian. To właśnie one były dla niego inspiracją. Pełen nostalgii podziw nad przemijającym pięknem natury, nieustająca świadomość kruchości wszelkich relacji międzyludzkich i samego życia, wydestylowane w krystalicznie świetlisty smutek będący językiem Kawabaty. Varley przytacza fragment noblowskiego przemówienia pisarza:

W świecie Orientu w słowie oznaczającym pejzaż, dosłownie „góra – woda”, przywołującym na myśl malarstwo pejzażowe i kamienne ogrody, zawiera się element tego, co zwiędłe i zmarniałe, a nawet smutne i zużyte. Jednak w smutnych, surowych, jesiennych wartościach, tak cenionych przez ceremonię herbacianą, którą można opisać jako „pełną łagodnego szacunku, niezakłócającą ciszy”, kryje się wielkie bogactwo ducha, a w pawilonie herbacianym, tak niewielkim i prostym, jest bezkresna przestrzeń i nieograniczona elegancja (306 s.).

O ile kultura zachodnia umiejscawia melancholię w duchowej krainie ruin i zniszczenia, przez którą płynie tylko czarna rzeka atramentu, dla japońskiej poczucie przemijalności jest niezbywalną częścią postrzegania świata i zmysłu estetycznego.

Varley pisze dalej: „Jest w tym coś niesamowitego, że podczas gdy Japonia jak feniks odradzała się z popiołów wojny, by wznieść się na niewyobrażalne wyżyny rozwoju gospodarczego, Kawabata, czołowy powieściopisarz tego kraju, śpiewał światu rapsod o innej, niezwykle pięknej Japonii – Japonii, która mogła się okazać zbyt krucha, by przetrwać pogoń za bogactwem i kupiecki wyzysk, a także środowiskowe i kulturowe zanieczyszczenia, które umożliwiły ekonomiczny sukces” (s. 306).

I jeszcze tenże:

Według Kawabaty świat przyrody i życie w nim rządzą się swoimi prawami, rzeczy, które się nam przydarzają i dzieją się wokół nas, są nieskończenie różne i zawsze zmienne, a wszelkie próby narzucenia im zbyt silnych pęt racjonalizmu są skazane na niepowodzenie, będące fałszem bądź nieuczciwością ze strony artysty. Takie podejście umożliwiło Kawabacie zachowanie uderzającej „wrażliwości na świat”, a w szerszym sensie było ogniwem łączącym go z estetyczną tradycją mono no aware, przenikającą całą klasyczną literaturę, którą tak jak Tanizaki – bardzo dobrze znał (s. 306).

Powyższy krótki opis twórczości Kawabaty nie ma jednak pełnego zastosowania w odczytaniu jego „Śpiących piękności”, wg mnie pasuje raczej tutaj opinia Joanny Bator o japońskiej kulturze, iż jest ona spełnionym snem (fantazją erotyczną) mężczyzny. Próbowałam wyobrazić sobie, że utwór mówi o starej kobiecie, a nie o starym mężczyźnie, ale nie dało się, z bardzo wielu względów, w których braki mojej wyobraźni grają najmniejszą rolę. Dodam, gdyż to istotne, że Kawabata odebrał sobie życie w podeszłym wieku – po śmierci jego najzdolniejszego ucznia, Mishimy Yukio, pisarz, którego życie nagroda Nobla niewiele zmieniła, borykając się z biedą, samotnością i świadomością ciężkiej choroby – wykryto u niego chorobę Parkinsona – Kawabata wolał odkręcić kurek w piecyku gazowym, niż umierać w niedołężności i osamotnieniu. Choć niektórzy, jak Donald Keene, sugerowali, że Kawabata zmarł przez przypadek, trudno uwierzyć, że ktoś, kto był świadkiem męczarni, jaką może być starość (pisarz na pewno doskonale pamiętał, co przeżywał jego dziadek, którym opiekował się przez kilka bardzo trudnych lat), i kto być może coraz silniej odczuwał brak obecności bliskich osób w życiu, nie rozważał samobójstwa.

„Śpiące piękności” nie jest tylko japońską „baśnią zimową – baśnią o starości”, ale również swego rodzaju autoportretem starzejącego się człowieka, którego horyzont emocjonalny zawęża się do jedynie cieniutkiej kreseczki pozwalającej widzieć tylko siebie. Wiele lat temu czytałam książkę Ryszarda Przybylskiego i pamiętam uderzający opis postępującej izolacji od świata i ludzi przez słabnące zmysły, przytępienie zmysłu społecznego. W refleksjach narratora – starca, w „Baśni zimowej – eseju o starości” (Sic!, Warszawa 1998) niewiele było troski o innych, czy empatycznego spojrzenia na swoich współtowarzyszy. Książka Przybylskiego to raczej rozprawienie się – okrutne w swej szczerości – z mitem starości jako wieku zmagazynowanej mądrości, którą można przekazywać z pożytkiem dla innych i szacunkiem dla siebie. Wręcz przeciwnie – starość to postępujące ogłupienie, przytępienie wszelkich zdolności intelektualnych, a co za tym idzie – emocjonalnych, ponieważ nie ma intelektu bez emocji. Starzec to ruina, irytująca i zrzędliwa. Mający cechy autobiograficzne esej Przybylskiego pozostawia po sobie pewien niedosyt, że tylko taki aspekt starości autor zdecydował się pokazać, bez wskazania jak można pewne negatywne zjawiska przełamywać, choćby nie zaniedbując kontaktów z ludźmi.

W powieści Kawabaty główny bohater, starzec Eguchi, trafia do sekretnego „domu śniących piękności”, w którym płaci się za spędzenie nocy z uśpioną, nieświadomą niczego, dziewczyną. Dom ma swoje zasady, o których przestrzeganie prosi się klientów – aby nie stosowali przemocy wobec bezbronnych nagich dziewczyn, w tym przemocy seksualnej. Owe zasady mają pomóc raczej właścicielom i organizatorom tejże rozrywki w uniknięciu ewentualnego skandalu, bowiem trudno odczytać to jako przejaw empatii, gdy używa się młodych dziewczyn usypianych niebezpiecznymi lekami tylko po to, by starcy mogli zabawiać się nimi w nocy.

Stary człowiek pragnie spędzić noc z pięknością, która jest uśpiona twardym, nienaturalnym, farmakologicznym snem i chce się przy niej ugrzać, chce zaznać towarzystwa pięknej młodej kobiety, która nie może go wyśmiać, natrząsać się z jego starości, jego niedołężności i brzydkiego ciała. Eguchi chce się też przy niej wyspać. Pierwsze pragnienie to jakby chęć powrotu do towarzystwa matki – podobno często Japończycy wspominają jako najszczęśliwszy w życiu okres, gdy jako małe dzieci tkwią przy matczynej piersi. Biada temu, który jest pozbawiony tych szczęśliwych wspomnień! Eguchi pragnie, by towarzysząca mu dziewczyna była piękna, ponieważ nie chce, by jego towarzyszka przypominała mu dodatkowo o jego własnej starczej brzydocie. Eguchi chełpi się jeszcze seksualną potencją, ale zobowiązuje się do nieuprawiania seksu z śpiącymi pięknościami. Pokój, w którym śpi, ma karmazynowe zasłony z aksamitu, na wszystkich ścianach, przez co stwarza wrażenie, jakby był niejako nierealną przestrzenią marzeń lub wnętrzem ciała. Uśpione kobiety leżą zupełnie nagie i nieświadome tego, co się z nimi dzieje. Towarzyszący im starzec musi odejść rano zanim się przebudzą. „Nie ma takich rzeczy jak żywe lalki, więc nie zamieniła się ona w żywą lalkę, ale żeby nie zawstydzać starego człowieka, który przestał być mężczyzną, została przeistoczona w żywą zabawkę, gdyż dla tego rodzaju starych mężczyzn jest ona mimo wszystko samym życiem. Żywą istotą, której mogą dotykać z ufnością” (s.190).

Ten dom to również dom tajemnicy. Znajomy głównego bohatera ujmuje to jako „spanie z tajemnym Buddą”, istotą pełną miłości, wybaczenia, której można bezgranicznie zaufać.

Pierwsza kobieta pachnie mlekiem przez co nasuwa skojarzenia z macierzyństwem i Eguchi przypomina sobie też swoje własne dzieci, córki, ich dzieciństwo i dorastanie, a także wnuki. Wspomina poza tym burzliwy romans z dziewczyną, której podczas namiętnego spotkania pogryzł piersi do krwi. „Może to zabrzmi banalnie, ale ta właśnie dziewczyna, z której piersi spijał krew, nauczyła go, że wargi mężczyzny mogą krew wycisnąć z każdej cząstki ciała kobiety (…)” (s.195).

Eguchi wraca też wspomnieniami do dawnej, wielkiej miłości z młodych lat. Potem śni koszmar, w którym jego córka rodzi kalekie dziecko. W książce powtarza się kilkakrotnie zestawienie kalectwo i brzydota, szczególnie połączone ze starością, są złem, demoniczną siłą, stąd strach przed nimi. Eguchi dopowiada sobie charakter dziewczyn w zależności od wyglądu, przypisując każdej cesze fizycznej, która nie przypadła mu do gustu jakąś wadę, skazę osobowości. W innym utworze autora, w „Tysiącu żurawi” niemal demoniczne cechy podstępnej manipulatorki posiada dawna kochanka ojca bohatera opowiadania, która ma fizyczną skazę w postaci wielkiego włochatego znamienia na piersi, które wg bohatera, jest znakiem oszpeconej duszy.

część 2 i informacje bibliograficzne tu

Data wpisu: 24 października, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Cienie zakwitających dziewcząt, noce więdnących starców. Kawabata Yasunari, „Dom śpiących piękności”, cz. 2

część 1 tu

Eguchi zjawia się po raz kolejny w tajemnym domu po jakimś czasie, bowiem nie planował regularnych wizyt, ba, może nawet nie przypuszczał po pierwszej spędzonej tam nocy, że w ogóle powróci do „śniących piękności”. Jego pierwsza towarzyszka bardzo przypadła mu do gustu i kiedy obudził się rano, ciężko było mu ją opuścić. „Kiedy starca przepełniło uczucie głębokiej tkliwości, a w sercu zawitało też dziecinne złudzenie, że dziewczyna go pieści, zapomniał nawet o sennych koszmarach. Przesunął rękę i delikatnie ujął w dłoń jej pierś. We wrażeniu dotyku migotało coś tajemniczego, wydawało mu się, że dotknął piersi własnej matki, gdy jeszcze znajdował się w jej łonie” (s. 204, 205).

Zatem kiedy Eguchi pojawia się po raz kolejny, pyta prowadzącej domu, czy nie może spędzić nocy z tą samą dziewczyną, okazuje się to jednak niemożliwe. Dialogi Eguchiego z „recepcjonistką” – choć owa kobieta na pewno jest kimś więcej dla tego „biznesu”, zawsze przysparzają bohaterowi przykrości, bowiem odbiera jej słowa jako kpiące z jego grzecznie sugerowanych postulatów – by spać znów z tą samą dziewczyną. Prowadząca dom nielegalnych przyjemności kpi z jego „stałości” i z tego, że spanie z inną dziewczyną to „niestałość”.

- Pan myśli, że to niestałość, a przecież kobieta śpi i nie wie, z kim spędza tę noc. Ta poprzednia i ta dzisiejsza nic nie będą wiedzieć o panu, więc mówić tu o niestałości to trochę…
- Rzeczywiście. To nie są stosunki międzyludzkie.
- Co pan przez to rozumie?
Brzmi to zabawnie, gdy starzec, który przestał być mężczyzną, nieludzkimi nazywa stosunki z uśpioną dziewczyną przychodząc do niej z własnej woli (s. 206, 207).

Obrażony starzec – tak przynajmniej czuł się Eguchi – zastanawia się czy nie zgwałcić swej śpiącej i bezbronnej towarzyszki w ramach zemsty za siebie i „Za wszystkich pogardzanych i obrażanych tu starców” (s. 207) – ale tak naprawdę to nie jest słuszny głos oburzenia na pogardę okazywaną ludziom starym. To cichnący ryk władcy życia, mężczyzny, pana losu rodziny, bliskich, kobiet, to wściekłość zdetronizowanego króla. Właśnie to poczucie utraty władzy społecznej powtarza się w opisie uczuć starca – co znamienne, ponieważ tę władzę właściwie zawdzięczał jedynie swojej płci; nie wiemy kim jest czy był Eguchi „z zawodu”, ale sądząc po jego wspomnieniach, nie żył w niedostatku, nie musiał rozpaczliwie walczyć o pieniądze na utrzymanie rodziny i siebie. Jednak nie tylko aspekt władzy finansowej jest tu istotny. Ta obraza, prawdziwa czy urojona, budzi w Eguchim demona.

Brzydota starości tych biednych ludzi, którzy przychodzą do tego domu, w końcu nie ominie za parę lat Eguchiego. Obraz seksu jest niewymierny, głębia seksu jest bezdenna – jaką z tego cząstkę poznał Eguchi w swej sześćdziesięciosiedmioletniej przeszłości? Dokoła starych mężczyzn rodzą się nadal, rodzą bezustannie nowe ciała kobiet, młode ciała pięknych dziewcząt. Czyż w tym tajemniczym domu nie skupiały się właśnie tęsknoty i nie spełnione sny żałosnej starości, żale za dniami, które utracili bezpowrotnie? Śpiące i nie budzące się dziewczęta są właśnie dla starców ucieleśnieniem wolności poza czasem (…). Śpiąca i milcząca dziewczyna jednak mówi, mówi właśnie to, czego oczekują od niej starzy mężczyźni (s. 207, 208).

Eguchi z kolejną dziewczyną zabawia się niczym z manekinem, pragnie również zgwałcić uśpioną i bezbronną – ponieważ opiekunka domu powiedziała o niej, że jest „doświadczona”, Eguchi doznaje szoku gdy odkrywa (!), że dziewczyna jest dziewicą. Zaprzestaje gwałtu z zaskoczenia: przecież uważał tą dziewczynę za prostytutkę: „(…) teraz tym bardziej zdał sobie sprawę z tego, wiedział, że starzy mężczyźni, goście tego domu, przychodzą tutaj i z większą żałosną radością, mocniejszym pragnieniem i ze znacznie większym smutkiem niż sądził Eguchi. Mimo, że była to na starość łatwo osiągalna igraszka, prosty sposób powrotu do młodości, to jednak na samym dnie kryło się coś, co mimo najgłębszego żalu już nigdy nie mogło powrócić; nie dałoby się wyleczyć, mimo walki o nie na śmierć i życie. To, że ta „doświadczona”, a przecież nierządnica, pozostała do dzisiejszej nocy dziewicą, jest bez wątpienia bardziej dowodem okrutnego upadku starych mężczyzn niż ich czci dla niej i dotrzymywania obietnicy. Przeciwnie, czystość tej dziewczyny jest wyrazem brzydoty tych mężczyzn” (s. 211). Eguchi zaczyna nawet martwić się o jej przyszłość, o dalsze losy, i czuje, że te ojcowskie instynkty to oznaka starzenia. Zaczyna na nowo myśleć o innych klientach tego domu i dochodzi do wniosku, że „(…) leżenie obok takiej dziewczyny daje na pewno radość płacącym starcom, radość nieosiągalną w inny sposób na tym świecie. Ponieważ wykluczone, żeby dziewczyna się obudziła, jej goście nie muszą się wstydzić swej starczej niedołężności, wolno im swobodnie, bez ograniczenia snuć szalone marzenia i wspominać. Może właśnie dlatego nie żałują, płacą więcej niż za kobiety czuwające przy nich? Czują się bezpieczni, ponieważ dziewczyna się nie obudzi i nie będzie w ogóle wiedziała jacy oni są. Starcy również nic nie wiedzą o dziewczynie, ani w jakich warunkach żyje, ani jaki ma charakter. (…) Chyba nie chodzi tu tylko o tak prostą sprawę, jak nienarażanie gości na późniejsze komplikacje. Są one tajemnym światłem na dnie głębokiego mroku” (s. 212, 213).

Zatem Eguchi znów wspomina. Swoje romanse, swoje kontakty z trzema córkami (o żonie nie pisze prawie w ogóle). Trudno nazwać jego uczucie tęsknotą, raczej – oglądaniem znanych obrazów w nowym, czy raczej, intensywniejszym, świetle. Wiele spotkań z bliskimi mu kobietami obfitowało w piękno otoczenia – czy to krajobrazu, w którym podziwiał pierwszy zimowy śnieg, czy kwiaty kamei w świątyni.. Uderza pewien brak metaforyzacji, kobiety nie są porównywane do kwiatów, ale są bramami wyobraźni i emocji. Kobieta, choć wyraźnie podległa w strukturze społecznej i zawsze postrzegana przez bohatera jako ta, która powinna ulec jego woli i żądaniom, jest jednak źródłem najintensywniejszych pragnień i najwspanialszego ukojenia mężczyzny.

Prowadząca dom schadzek doradza Eguchiemu: „Najlepiej po prostu dotrzymać towarzystwa śpiącej dziewczynie i nie poddawać się nierozsądnym namiętnościom. Ponieważ ona w ogóle nie wie, że śpi z panem, nie sprawi panu potem żadnych kłopotów. (…) śpiącą dziewczynę proszę jako śpiącą miłować i otaczać opieką” (s. 223).

Ale młode kobiety są takie kuszące… Powieść jest pełna opisów prób fizycznego zbliżenia Eguchiego z towarzyszkami nocy. Kobieta opiekująca się nimi przestrzega Eguchiego przed robieniem im krzywdy, głupich figli, prosi, by pilnował, by było im ciepło – bowiem są nagie. Ale oczywiście nie robi tego z dobrego serca, po prostu chce uniknąć ewentualnych kłopotów, bowiem cały proceder jest nielegalny. Młode kobiety nie poznają starców, którzy je odwiedzają, istnieje też ryzyko, że mogą się nie obudzić z farmakologicznego snu. Są ciałami zamieszkiwanymi przez pragnienia odwiedzających ich starców.

Trzecia towarzyszka nocy Eguchiego okazuje się bardzo młoda, być może dopiero szesnastoletnia. „Miał wrażenie, że smakuje gorycz niedojrzałego życia” (s. 225), „Ciało młodej dziewczyny skrywało w sobie cień smutku, rozbudzający u starca myśl o śmierci” (s. 225). „Czuł nieodpartą pokusę, chciał zasnąć jak zabity razem z dziewczyną śpiącą snem umarłej” (s. 226) – pod poduszką Eguchiego są zawsze dwie tabletki środku nasennego i choć on chciałby tego samego, co podaje się dziewczynom, dostaje inne leki. Są niczym jak zaproszenie do snu, ale i do śmierci, jednak Eguchi nie poddaje się pokusie.

Za to kiedy ogląda trzecią śniącą piękność, odczuwa nagłą chęć zrobienia jej krzywdy: „Eguchi zajrzał w (jej – dop. S.R.) otwarte usta. Ciekawe, czy zaczęłaby drgać konwulsyjnie, gdyby ścisnął ją za szyję. Przypomniało mu się z dawnych lat spotkanie z nieletnią prostytutką, młodszą nawet od tej dziewczyny. Nie gustował w takich, ale tym razem podsunął mu ją pewien znajomy, u którego gościł” (s. 231); notabene wspomniana dziewczyna z przeszłości miała 14 lat. Eguchi zaczyna czuć coraz silniejszą pokusę, by włożyć dziewczynie palce w gardło i dotknąć jej języka. „Lecz zła pokusa nie przekształciła się w duszy Eguchiego w okrucieństwo i towarzyszący mu lęk. Co jest największym złem, jakie popełnić może mężczyzna wobec kobiety? (…) Poślubienie kobiety, wychowywanie córek uchodzi za coś dobrego, a przecież przez ten długi okres ich życia Eguchi sprawował nad nimi kontrolę, wiązał ich swobodę, a może nawet przyczynił się do skrzywienia charakterów. Może to właśnie jest największym złem. Niewykluczone, że kryteria zła, zatarte przez zwyczaje i porządek społeczny, uległy stępieniu. Leżenie obok uśpionej dziewczyny jest z pewnością złem. Tym bardziej złem byłoby jej zamordowanie. Powieszenie, zatkanie ust i nosa i powstrzymanie oddechu nie byłoby trudne. Mała kobieta śpi z otwartymi ustami. (…) Może właśnie dlatego, że dziewczyna jest zbyt młoda, w sercu Eguchiego zamigotały ogniki zła, natomiast starcy odwiedzający po kryjomu dom „śniących piękności” nie tylko smucili się i ubolewali nad młodością, która minęła, lecz także niektórzy z nich przychodzili po to, by zapomnieć zło, jakie popełnili w ciągu całego życia. (…) Z potocznego punktu widzenia byli to zapewne ludzie sukcesu, a nie przegrani. Lecz wśród nich musieli być tacy, którzy zdobyli powodzenie czyniąc zło, i ze swoich złych uczynków ustawicznie ciągnęli zyski. Targani niepokojem jednak stali się raczej rozbitkami żyjącymi w ustawicznym lęku. Kiedy leżeli tu dotykając nagiego ciała młodej dziewczyny, serca ich ogarniał nie tylko lęk przed zbliżającą się śmiercią, lecz także bolesny żal za utraconą młodością. Być może ukrywali głęboko niepowodzenia rodzinne, tak częste dla tych, którzy odnieśli sukces, ukrywali żal z powodu popełnionych przez siebie nikczemności. Ci starzy mężczyźni nie mają swojego Buddy przed którym mogliby ugiąć kolana i pomodlić się. Nagie piękności o niczym nie będą wiedzieć, oczu w żadnym wypadku nie otworzą, nawet jeśli mężczyźni będą trzymać je mocno w objęciach, oblewać zimnymi łzami albo łkać i szlochać. Starzy nie czują wstydu i nie ranią swej godności osobistej. Mogą do woli żałować, do woli się smucić. Czyż więc „śpiące piękności” nie są dla nich czymś w rodzaju Buddy? Są przy tym żywe” (s. 232, 233).

Nie wiadomo, jak długo jeszcze żywe. Gdy Eguchi zadaje prowadzącej dom pytanie „A co jest największym kaprysem, na który można sobie pozwolić w tym domu?”, w odpowiedzi „Kobieta spojrzała na starca potępiającym wzrokiem i uśmiechnęła się wątło”(s. 236) – i już samo to niemal wystarcza za niepokojącą odpowiedź.

Próbowałam podczas lektury tego opowiadania zmieniać perspektywę na kobiecą – oto staruszka przychodzi do domu przytulić się w nocy do młodych uśpionych pięknych mężczyzn… Ale czy można sobie ją wyobrazić? Mnie przychodzi raczej na myśl ktoś, to po prostu woli ciało doświadczone życiem, a nie nieskażone przeżyciami, gładkie i bezmyślne. Przychodzi mi jeszcze na myśl prawicowa polska prasa (oczywiście nie tylko polska) która uwielbia od czasu do czasu wrzucać „kontrowersyjne” artykuły w rodzaju „studentka szuka sponsora”, czy „zwierzenia luksusowej dziwki” – przykładem takiego myślenia jest także film „Galerianki” (reż. Katarzyna Rosłaniec, 2009), ponieważ zawsze zwraca się uwagę na kobiety. To ich moralność, prowadzenie się, styl życia, zostają ocenione, zbadane i zanalizowane. To ich stan ducha może być „sygnałem alarmowym” tak zwanej „moralności narodu” (to jedno z określeń przy których istnienie jednorożców nabiera fascynującego prawdopodobieństwa). .Nikt nie pyta o klientów, o mężczyzn, którzy są „usługobiorcami”, czy sponsorami nastolatek w galeriach, nikt się nie zastanawia czyimi są tatusiami czy wujkami. W pewnym sensie opowiadanie o śpiących pięknościach jest o tyle interesujace, bo właśnie taką perspektywę odwraca, pokazuje kim jest kupujący „usługę erotyczną”. Powracając jednak do powieści Kawabaty…

Eguchi ponownie pojawia się w domu tajemnych uciech. Tym razem wdaje się w dłuższą i zaskakującą pogawędkę z prowadzącą przybytek. Zadaje jej znowu pytanie o największy kaprys, który można spelnić w tym domu. Słyszy odpowiedź „śpiąca dziewczyna”, zadaje więc pytanie inaczej „co jest największym złem, które starzec może wyrządzić?” (s. 239).

Kobieta odpowiada jednak „W tym domu nie ma zła”. Eguchi prowadzi jednak dalej swoje rozważania. Zastanawia się, czy zabicie uśpionej dziewczyny nie jest „znakomitą okazją do wymuszonego samobójstwa we dwoje” (czynu dobrze w japońskiej obyczajowości znanego). Kiedy jednak wchodzi do pokoju, w którym leży uśpiona dziewczyna, zaczyna interesować się kobietą na tyle, że zastanawia się co by było, gdyby zapłodnił ją, zupełnie nieświadomą, co by było, gdyby w wieku 67 lat pozostawił po sobie jeszcze jedno dziecko. „Ciało kobiety wiedzie mężczyznę ku najdalszym regionom piekieł”, konstantuje Eguchi (s. 242). Jej bezbronność rozbraja jednak i jego. „Eguchi poczuł litość dla niej, przejmującą go bólem do głębi serca, i powiedział w duchu ku własnemu zaskoczeniu: dla starych – śmierć, dla młodych – miłość, śmierć zdarza się tylko jeden raz, miłość po wielokroć się powtórzy” (s. 242). Ale pragnienie zabawy bezbronną istotą znowu się odezwało silnym głosem. Eguchi znowu się zastanawia, co mogłoby obudzić śpiącą. „Jak silna musiałaby być podnieta, a przy tym jakiego rodzaju podnieta, żeby uśpiona dziewczyna odzyskała przytomność i spojrzała choćby tylko przez mgłę? Na pewno nie mogłaby spać, gdyby na przykład ucięto jej rękę, przekłuto pierś albo brzuch” (s. 244).

Podczas kolejnych tygodni Eguchi dowiaduje się od znajomego o śmierci jednego ze starców w domu śpiących piękności. Aby uniknąć skandalu, był bowiem wysoko sytuowanym w społecznej hierarchii prezesem Ważnej Dużej Firmy, przeniesiono jego zwłoki do sąsiedniego hotelu. Jednakże dziennikarze odkryli, że w noc śmierci była z nim dziewczyna. Tym razem udało się zatuszować skandal, rodzina zmarłego nie dowiedziała się o niczym, ale prowadzący dom „śniących piękności” wiedzieli, że jeszcze jeden taki wypadek i nie uda się utrzymać istnienia tego przybytku w bezpiecznej tajemnicy. Znajomi zmarłego podejrzewali, że popełnił on samobójstwo. Eguchi trochę zazdrości zmarłemu śmierci w towarzystwie pięknej dziewczyny. Podczas wizyty po tym feralnym wydarzeniu. dostaje do towarzystwa dwie kobiety, w tym jedną, którą autor określa jako „czarną”, jednak nie wiadomo, czy chodzi o ciemniejszy odcień skóry, czy rzeczywiście dziewczyna pochodziła spoza Japonii i nie była Azjatką. Jest opisywana raczej w kategoriach ciekawostki przyrodniczej, niż jako atrakcyjna kobieta. Skontrastowana z nią towarzyszka jest odmalowana jako piękność rodem ze starych japońskich obrazów, delikatna, krucha i jasna. Duża, silna, ciemna dziewczyna ma się kojarzyć ze zwierzęciem, jednak kiedy Eguchi próbuje wysłuchać bicia jej serca, ma wrażenie, że bije ono nierówno, ale składa to na karb swojego niedoskonałego już słuchu. Eguchi zaczyna się zastanawiać, czy nie popełnić samobójstwa, ale ostatecznie jak podczas poprzednich nocy, połyka nasenne tabletki i zapada w sen, majacząc o swojej matce jako swej pierwszej kobiecie, jednak koryguje myśli i przypomina sobie żonę. „Naprawdę jego pierwszą kobietą była chyba jednak żona. To dobrze, lecz jego stara żona, która wydała już trzy córki za mąż, tej nocy zimowej śpi samotnie. Nie, może jednak nie śpi? Tam nie ma fal jak tutaj, ale chłód zimowy jest pewnie ostrzejszy” (s. 261). To chyba najokrutniejsze zdanie całego opowiadania. Trudno bowiem litować się nad uśpionymi dziewczynami, które dla zysku, i zapewne z głupoty, wystawiają się na niebezpieczne noce bez świadomości tego, co się dzieje – ryzykują podwójnie, bowiem zarówno środek, jakim są usypiane może je zabić, jak i ich towarzysze mogą mieć nienajprzyjemniejsze dla nich pomysły na spędzenie nocy. Trudno również litować się nad starym Eguchim, choć można zrozumieć jego uczucia i smutek starości. Jednak świadomość, że w jego domu pozostaje ktoś o wiele bardziej kruchy i bezbronny niż on, któremu nie jest dane żadne towarzystwo mroźnej zimowej nocy, ktoś, kto spędza samotnie czas, podczas gdy Eguchi rozczula się nad sobą w sekretnym domu „uciech”, poraża, bowiem dlaczego starzec pragnie opieki, szacunku i słodkich uczuć dla siebie, gdy nie potrafi je przekazać komuś, kto dzieli z nim życie rodzinne i starość?

Tymczasem Eguchi budzi się po nieprzyjemnym i dziwnym śnie – „Potrząsnął dziewczyną za szyję, lecz nadal czul się zamroczony. Leżal zwrócony w stronę ciemnoskórej. Jej cialo było zimne. Drgnął ze strachu. Położył rękę na sercu, lecz nie wyczuł bicia. (…) – Czy udusiłem ją w czasie snu, nic o tym nie wiedząc?” (s. 262). Kiedy wzywa prowadzącą przybytek, ona stwierdza, że kobieta żyje, ale wynosi ją, ciągnąc ciało po schodach, do pomocnika, który pomoże jej podrzucić gdzieś zwłoki. Każe Eguchiemu zostać do końca nocy, by nie uciekał i nie wzbudzał podejrzeń. Eguchi przypomina sobie, że faktycznie, została jeszcze jedna dziewczyna i wraca do pokoju, gdzie biała dziewczyna kusi swoją olśniewającą pięknością. Słyszy jeszcze warkot samochodu i zastanawia się, czy dziewczynę wywożą do tego samego hotelu, co zmarłego dyrektora. Na tym opowiadanie się kończy, a my nie dowiadujemy się, czy był to koniec tajemnego domu śpiących piękności, ani jak resztę nocy spędził Eguchi…

Ciekawe też jest to, że Kawabata pokazuje, że Eguchi raczej zwalczał z powodzeniem kuszące myśli o samobójstwie. Towarzystwo niewinnych piękności pozwalało mu kierować myśli i uczucia ku jaśniejszym stronom życia?… Można jedynie spekulować czy Kawabata marzył o podobnym domu dla siebie. Wzmianka pisarza o samotnej starej żonie bohatera być może sugeruje, że identyfikował się bardziej z osobą, której poznajemy jedynie wątły cień niż z głównym bohaterem Eguchim. „Był delikatny i kruchy, w kontakcie z dziennikarzami przypominał jelenia oślepionego reflektorami”, pisał Keene. Pozostaje jedynie domniemywać, czy oślepiała go również śmierć.

Sławomira Raczyńska

Kawabata Yasunari, Tysiąc żurawi. Śpiące piękności, przeł. z japońskiego Mikołaj Melanowicz, PIW, Warszawa 1987. Nieoznaczone cytaty i odwołania pochodzą z tego wydania. Odwołania do Paula Varleya za tegoż: Kultura japońska, przeł. Magdalena Komorowska, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2006.

Data wpisu: 24 października, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

[konkurs] Kolejny magiczny wieczór

Kolejny magiczny wieczór. Czym jest jego magia? Czym wobec Twoich oczu?

Siedzimy w tłumie rozchichotanych dziewcząt, gdzie dolną linię dźwięku wyznacza męski bas. Szkło dzwoni obijając się o siebie, szklanki, butelki, a gdzieś z drugiego końca stołu słychać zgrzyt otwierającej się puszki. Słowa bez wszelkiego ładu wędrują w przestrzeń obijając się o moje uszy. Mężczyzna obok opowiada nieprzyzwoity dowcip, euforia alkoholowej rozkoszy rozlewa się na wszystkich. Czerwone, przepite, roześmiane twarze, uprawiające pijacką mądrość i humor od ostatniej klepki. Jeszcze kilka głębszych i faceci zaczną dobierać się do dziewczyn, swoich, nie swoich, nie ważne w kogo. Cel jest jeden. Nie chcę o tym myśleć, nie teraz, w głowie mam tylko jedno – ciebie. Siedzisz kawałek dalej, zajęta rozmową z przyjaciółką. Rozmawiaj, ale wiedz, że przegryzam wargę, na samą myśl, co mogę tobie zrobić. Rozmawiaj, jeszcze chwila…

Zauważasz moje spojrzenie, nie da się ukryć, że swoim wzrokiem już dawno rozebrałam cię. Moja cierpliwość już dawno przekroczyła granice, pożądanie, które rosło od samego początku wieczoru, stało się nie do opanowania. Nie odrywając wzroku wstaję, podchodzę do ciebie i chwytam za dłoń. Już wiesz, co masz robić. Milczymy obie, słów nie trzeba, nie teraz.

Biegniemy ulicą, jest pusta, wiatr pieści nasze twarze, stukot butów odbija się od kamienic, echo wyprzedza nas, niosąc swą wiadomość daleko w ciemność. Droga się dłuży, choć już tyle pozostało za nami. Oczekiwany cel został osiągnięty. Wpadamy do mrocznej klatki schodowej, a jej zimno przeszywa ciało. Popycham cię na odrapaną, zimną ścianę, oddech przeszywa nicość. Wpijam się w usta, mocno, stanowczo, przegryzając do krwi dolną wargę. Syknęłaś z bólu. Bez pozwolenia wdzieram się pod twą koszulę, nienasyconymi dłońmi szukam piersi, są takie kształtne, tak spragnione mojego dotyku. Odpychając mnie mówisz:

- Tutaj chcesz mnie? W mieszkaniu będzie bezpieczniej…

- Będę cię pieprzyć gdzie mi się podoba.

Twój śmiech łamie mrok, jest jak słońce w nicości zdartych ścian.

- Chodź, wariacie, chodź do domu.

 


Data wpisu: 24 września, 2011 autor wpisu:  |  Komentowanie nie jest możliwe

O demitologizacji American dream w „Co widziały wrony” Ann-Marie MacDonald

Perfekcyjna rodzina typu „dwa plus dwa”, piękna, zakochana w atrakcyjnym partnerze kobieta, oraz dwójka rezolutnych dzieci. Znakomita gospodyni domowa (z zawodu – a jakże! – pielęgniarka), żona wspinającego się po ścieżkach awansu oficera, niedoszłego bohatera wojennego. Na szczęście okres zimnej wojny, nawet w latach dzisiaj postrzeganych jako jej kulminacja, to na Zachodzie, a zatem i w Kanadzie, gdzie opowieść się toczy, czasy pokoju i dobrobytu. Mężczyzna może poświęcać się rodzinie w sposób, jaki wówczas był najstosowniejszy, a i dzisiaj – szczególnie w kontekście polskiego patriarchalnego macho-piekiełka – zasługujący na podziw. Opiekun, nie tyran. Kocha, rozmawia, rozumie. Taka jest ekspozycja drugiej powieści kanadyjskiej pisarki Ann-Marie MacDonald, znanej już w Polsce jako autorka „rasowej” sagi zatytułowanej Zapach cedru.

Na okładce widzimy odwróconą tyłem do obiektywu małą dziewczynkę w pustym pokoju – ni to w jego kącie, ni to pod oknem. Taki graficzny wybór „twarzy” książki ma dwa uzasadnienia. Główną bohaterką – i przez zdecydowaną większość czasu akcji również postacią ogniskującą – jest bowiem dziewięciolatka, Madeleine. Obraz osamotnienia, opresji i smutku, jaki prezentuje okładka, rzecz jasna koliduje z wizją szczęśliwej rodziny, jaką przedstawiłam powyżej. Dziewczynka będzie bowiem miała sekret, smutny i straszny.

Rodzina osiedla się w mieszkalnej części bazy wojskowej. Ojciec, Jack McCarthy, rozpoczyna pracę w oddziale szkoleniowym Kanadyjskich Królewskich Sił powietrznych. Matka, Mimi, urządza dom i zaczyna budować siatkę relacji towarzyskich, dzieci zaś idą do szkoły.

Pan March, nauczyciel w klasie, do której trafia Madeleine, wprowadza system ustawicznego oceniania uczniów poprzez przypisywanie im cokolwiek specyficznie dobranych cech zwierząt: głupoty żółwia, poprawności delfina i chyżości i roztrzepania zająca [s. 158-159]. Mężczyzna od pierwszego dnia wydaje się szczegolnie zawzięty na Madeleine, jak gdyby chciał zrobić z niej klasową ofiarę. Szybko się okazuje, że jego zainteresowanie ma nieco inny charakter: March jest pedofilem. Typuje kilka dziewczynek, by zostawały po lekcjach, a on jest napastuje w sali lekcyjnej – po kolei, a odbywa się to pod pozorem ćwiczeń wyrównawczych. Uczennice mają przyjmować różne pozycje gimnastyczne, rzekomo na poprawę koncentracji. Ujęłam rzecz drastycznie, wszelako pisy tego, co się rzeczywiście dzieje, są skąpe i dawkowane oszczędnie. Madeleine jest za mała, aby rozumieć sytuację. Autorka przedstawia to wszystko w sposób zgodny z tym, co w przeszłości czytałam o mechanizmach przyjmowania brzemienia ofiary przestępstw seksualnych – obarczanie winą siebie, milczenie wobec innych poszkodowanych, rodziców i opiekunów. Niektóre aspekty tego wszystkiego zdają się grzeszyć naiwnością, jednak narracja jest przejmująca, angażująca. Poszkodowane dziewczynki są trzy. Poza Madeleine, to Grace, z rodziny stojącej nisko w hierarchii ułożonej wedle stopni wojskowych ojców, zaniedbana, w oczach swoich koleżanek – obrzydliwa: niemyta, nietrzymająca moczu, nieprzestrzegająca zasad odpowiedniego zachowania. Trzecia jest Sara, niemal żywa lalka, typ pretensjonalnej „małej damy”, w życiu domowym zmagająca się z chorobami swej matki. Podejmowane zrazu przez Sarę próby zaprzyjaźnienia się z główną bohaterką okazały się odrzucające dla tej ostatniej. Szkolne zdarzenia natomiast sprawiają, że Sara zbliża się do Grace, a trudno o bardziej niedobrane szkolne papużki nierozłączki! Co jeszcze bardziej szokujące – Sara odbiera „ćwiczenia” polekcyjne jako przywilej, i również o niczym nie mówi dorosłym.

Madeleine odruchowo i skutecznie kryje sekret przed rodzicami. O zakrwawionych majtkach mówi, że to skutek upadku i uderzenia się w ramę roweru. Matka gani wtedy ojca, ze nie kupił córce tzw. damki, ale wyjaśnienie dziewczynki zostaje przyjęte bez zastrzeżeń co do jego prawdziwości – taka rowerowa kontuzja po prostu do ruchliwej Madeleine pasuje. W innym miejscu, dziewczynka bawi się z ojcem w coś, co oboje angażuje cieleśnie: jakieś łaskotki, kotłowanina. Choć to wszystko jest absolutnie niewinne, i dotąd obu stronom sprawiało frajdę, w napiętnowanej nieodpowiednią dla jej wieku świadomości Madeleine na widok krocza ubranego bądź co bądź w dżinsy ojca, budzi się wspomnienie i skojarzenie. Bohaterka sztywnieje, przerażona, choć za nic nie chce zakłócać dalszej zabawy. Później rodzice rozmawiają i uznają, że ich córka stała się na takie wygłupy za duża, bo najwyraźniej zaczyna się wstydzić. Są zatem uważnymi obserwatorami, jednak sedno sprawy zostaje przed nimi ukryte. Rozmowy o tym, co dzieci robią w szkole, nie dają powodów do podejrzeń. Jack jedynie uważa nauczyciela za zbyt surowego, niepotrzebnie straszącego dzieci – przypomnijmy, trwa kryzys kubański, alianci NATO boją się możliwości ataku nuklearnego ze strony ZSRR. Gdy jednak pan McCarthy wybiera się do szkoły spotkać się z Marchem tuż po lekacjach (!), nagle obowiązki wzywają go w inne miejsce.

Pozostawmy tu na chwilę zgnębioną Madeleine. W książce ważny jest motyw… szpiegowski. I najpilniej strzeżoną tajemnicą w opisywanej rodzinie jest opieka Jacka nad Oskarem Friedem, powojennym emigrantem-uciekinierem, naukowcem zza żelaznej kurtyny. Mężczyzna zostaje rozpoznany jako nazista przez innego naukowca, podczas drugiej wojny światowej zmuszanego do niewolniczej pracy Fried jest jednak cenny dla USA, i Kanada „wybiela” jego życiorys dla swojego sojuszniczego sąsiada. Tymczasem nawarstwiają się komplikacje, ponieważ kryjący się ze swą misja Jack naraża się na podejrzenia, iż ma romans i zdradza żonę.

Zabita zostaje Claire McCarroll, dziewczynka z klasy Madeleine, jednorazowa ofiara pedofila Marcha. To córka oficera armii USA, który został Jackowi przydzielony do ostatniego etapu w historii z „emigrantem” Friedem. Syn sąsiada McCarthych, Henry’ego Froelicha, mężczyzny, który rozpoznał w nieznajomym swego oprawcę z czasów wojennych, zostaje wskutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności oskarżony o zabójstwo. Rick Froelich to ledwie nastolatek. Z jednej strony grożąca McCarthy’emu demaskacja, z drugiej – rozpacz McCarrolla, ojca, którego jedyne dziecko zginęło; Jack nigdy nie przekazuje sprawy temu amerykańskiemu oficerowi, zatem nie może dać alibi niesłusznie uważanemu za mordercę młodzieńcowi.

Dochodzi do kuriozalnego procesu. Na podstawie kłamliwych zeznań Grace i Sary – tak, to dziewięciolatki zaprzysiężone przed sądem (Madeleine też) – z braku innych podejrzanych, z braku alibi dla Ricka, dochodzi do skazania nastolatka wpierw na śmierć, potem jednak na dożywocie.

Z czasem poszczególne rodziny przenoszą się do innych baz. Jak występuje z armii, zaczyna się sprawdzać w biznesie. Mimo prób, on i Mimi, nie mają trzeciego dziecka. Michel, straszy brat Madeleine, zaciąga się do wojska, jedzie na wojnę w Wietnamie i tam ginie. Madeleine nie kończy studiów, decyduje się na karierę sceniczną. Zgodnie z dziecięcym marzeniem zostaje komikiem, i cieszy się rosnącą popularnością. Zgodnie też z rzucanymi przez autorkę sugestiami dotyczącymi bohaterki jako małej dziewczynki (jest chłopczycą, nie chce socjalizacji w dziewczęctwo, nie lubi Sary), dorosła Madeleine okazuje się być lesbijką. Nie może się z tym pogodzić matka, coraz bardziej oddana religii katolickiej.

„Madeleine marzy się na Gwiazdkę zestaw rewolwerów z pasem i kaburami. Dziewczynki nigdy nie dostają nic fajnego”, czytamy o bohaterce rozczarowanej po otrzymaniu kolejnej lalki [s. 80]. Oczywiście zauważamy tu kolejny prosty chwyt – MacDonald zaczyna rozsiewać sugestie dotyczące „nieheteronormatywności”, nim rozpocznie się feralny rok szkolny, nim pojawi się pan March – to aby dobitnie podkreślić, że orientacja psychoseksualna bohaterki nie ukształtowała się pod wpływem traumy molestowania seksualnego, a jeśli już – raczej w geście buntu przeciwko idealnej kobiecości pięknej matki, domowej bogini, mistrzyni w kuchni, hurysy w sypialni, damy na salonach. Nie podobałby mi się ten rodzaj politycznej poprawności, przy czym muszę uczynić dwa zastrzeżenia. Po pierwsze, mam świadomość, że taka długa powieść musiała zostać zakomponowana z użyciem „wyrachowanych” rozwiązań fabularnych – nazwałabym to kwestią orkiestracji. Po wtóre, z pozatekstowych źródeł dowiadujemy się, iż Co widziały wrony zawiera istotne tropy autobiograficzne; Ann-Marie MacDonald dorastała w kanadyjskich bazach wojskowych, i jest zadeklarowaną lesbijką. Wróćmy jednak do fabuły!

Gdy Madeleine jest już po trzydziestce, kieruje się ku swej przeszłości. Dowiaduje się z akt sądowych, co zeznawały jej szkolne koleżanki – otóż opowiedziały wszystko o Marchu, ale przypisując czyny oskarżonemu, Rickowi. Dokładność straszliwych opisów była przekonująca dla sądu, ławników oraz publiczności, i choć młodzieniec miał w wojskowej osadzie znakomitą opinię, dano wiarę małym oskarżycielkom. Skazaniec przechodził w więzieniu piekło, był poddawany nieludzkim zabiegom quasi-medycznym, narkotyzowany. Nie przyznał się jednak do morderstwa, którego nie popełnił. Służby więzienne uznawały tymczasem akt konfesji za konieczny etap resocjalizacji. W końcu Rickowi zrobiono z mózgu ser szwajcarski i wypuszczono na wolność. Mężczyzna póki mógł, pracował fizycznie. Żył ze swoimi siostrami, Colleen i Elizabeth – i tu znów coś ciekawego. Rodzice tej trójki, żydowscy ocaleńcy, ich adoptowali – później jeszcze dwoje dzieci, które w 1962 są niemowlakami – dwójka to „naturalne” rodzeństwo, para osieroconych metysów. Trzecia dziewczynka jest niepełnosprawna fizycznie. Jeździ na wózku, niewyraźnie mówi, jednak zawsze była w pełni sił umysłowych. Jej świadczenie o bracie, z którym przebywała w czasie, gdy dokonano mordu, nie interesuje jednak sądu. Upośledzenia ruchowe są utożsamione z psychicznymi i najważniejsza świadkini nie zeznaje wcale.

Powieść jest skonstruowana w sposób każący czytelnikowi uznać, że rzeczywistym zabójcą jest pan March. Pieczołowita rekonstrukcja wszystkich okoliczności ujawnia, że był on, owszem, świadkiem, jednak zbrodni dokonała Grace. Happy endu nie ma. Parę lat po wydarzeniach w bazie owa dziewczyna zaginęła i nigdy jej nie odnaleziono. Pan March dożył starości, lecz zmarł niedługo przed tym, jak Madeleine zdecydowała się na konfrontację z nim. Również Jack wziął swoją tajemnicę do grobu. Rozmowa Madeleine z matką, o molestowaniu, jest już po nic. Daremność jako punkt dojścia i konkluzja całości czyniłaby powieść straszliwie przygnębiającą, wszelako Co widziały wrony jest „amerykańskie” na tyle, by w finale zasugerować obietnicę osobistego szczęścia Madeleine.

Znakomita jest kreacja Jacka – to opowieść o bohaterze–antybohaterze i o tym, jak może działać trucizna kaskadowego kłamstwa. Uczciwy i odpowiedzialny, a zarazem „postępowy” (tak w jednym z wywiadów określiła go autorka) ojciec rodziny, wierny i kochający mąż (tak w jednym z wywiadów określiła go autorka), wartościowy pracownik, karny żołnierz… jest moralnie skompromitowany. Wszelako nie da się go ukazać jako złego człowieka. Zły jest ciąg jego czynów, złe są szerokie i nieprzewidywalne konsekwencje, ciążą na McCarthym do końca życia.

Powieść jest rozwlekła (w polskiej edycji – 840 stron), ale – by tak rzec – realizująca „teorię strzelby Czechowa”, i precyzyjnie złożona na wszystkich poziomach, nawet tych, jakich zazwyczaj nie poddaje się analizom. Na przykład ponury wydźwięk ma zestawienie niemieckich nazwisk Fried (pseudonim kojarzący się z pokojem, nadany naziście w USA) i Froelich (nieszczęśliwa, gorzko doświadczona rodzina jako Państwo Weseli). Najważniejszym jednak motywem, powracającym i dobitnym, jest krzywda cielesna. Szczęśliwe pożycie małżeńskie dane jest ambiwalentnemu Jackowi i jego żonie, katoliczce, czyli członkini Kościoła uważanego za zamknięty na kwestie przyjemności zmysłowych. Ciała młodych bohaterów są natomiast molestowane (Madeleine, Grace, Sara), kaleczone (Grace, Claire), i „niespełnione” (Rick), zatrzymane w naturalnych dążeniach rozwojowych. Madeleine, choć to stała klientka/pacjentka psychoanalityków, jest w stanie samodzielnie przekroczyć swoją traumę. Nie otrzyma żadnego zadośćuczynienia, będzie jednak wchodzić w związki niepozbawione intymności. Nie wygra, lecz zostanie ocalona.

Paulina Szkudlarek

Ann-Marie MacDonald, Co widziały wrony, przeł. Sławomir Studniarz, Świat Książki – Bertelsmann Media, Warszawa 2006. Cytaty ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 8 sierpnia, 2010 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Wampir i pedofil. Cóż to, że ze Szwecji? John Ajvide Lindqvist, „Wpuść mnie”

Wśród polskich przekładów literatury skandynawskiej silny jest nurt rozliczający się z iluzjami tamtejszych państw opiekuńczych. Szczególną pozycję zajmują tu rzecz jasna trylogia Millenium Stiega Larssona czy pozycje ze znakomitej serii Terytoria Skandynawii wydawnictwa słowo/obraz terytoria. Do tego rodzaju powieści należy też książkowy debiut Johna A. Lindqvista, w naszym kraju rozsławiony przed dwoma laty dzięki ekranizacji o nieco zmodyfikowanym tytule: Pozwól mi wejść (reż. Tomas Alfredson, 2008). Podobnie, jak w przypadku Czarownic z Eastwick (tu), postaram się unikać porównań z filmem, ograniczając się do stwierdzenia, że literacki pierwowzór jest znacznie bogatszy [1]. To właśnie nieobecne u Alfredsona wątki uważam za kluczowe.

Skandynawskie dzieciństwo bywa pokazywane nie tylko jako sielanka (Dzieci z Bullerbyn Astrid Lindgren) albo jako piekło (Kwietniowa czarownica Majgull Axelsson). Swą reprezentację znajdują też wszelkie stany pośrednie – na przykład w Pałacu lodowym Norwega Tarjei Vesaasa znajdujemy historię zadziwiającą. Dziewczynka przeżywa traumę związaną z utratą szkolnej przyjaciółki w świecie wrogiej natury, jednak wśród życzliwych, pomocnych, cierpliwych i wyrozumiałych ludzi – zarówno dorosłych, jak i rówieśników. Ten szeroki wachlarz wart jest wzmianki dlatego, że w sposób charakterystyczny świadczy o istotności dzieciństwa i szacunku dlań.

W powieści Lindqvista dziecko jest potworem, być może – patrząc na tytuł niniejszej recenzji – kolejnym, trzecim. Oskar jest chłopcem u progu dojrzewania, mieszka z matką w podupadłym Blackebergu, sztokholmskim odpowiedniku krakowskiej Nowej Huty. O czasach jego zasiedlania czytamy: „Przyjeżdżali (…) samochodami, wozami meblowymi. Jedni za drugimi. Wsiąkali w gotowe mieszkania, niosąc ze sobą rzeczy. (…) Wychodzili ze swoich klatek, i odkrywali, że wszystko już podzielono. Musieli się więc do tego dostosować” [s. 7]. Z przekory dodam jeszcze, iż pośród terenów zielonych, ścieżek spacerowych i placów zabaw „brakowało (…) kościoła. Miejscowość z dziesięcioma tysiącami mieszkańców bez kościoła” [s. 8]. Jest to o tyle frapujące, że dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych zniesiono zasadę, wedle której każdy nowy obywatel Szwecji automatycznie przynależał do państwowego Kościoła ewangelicko-luterańskiego. Lindqvist umieścił akcję swej powieści we wczesnych latach osiemdziesiątych; tymczasem wróćmy do Blackebergu.

Trzydzieści lat po zasiedleniu niegdysiejsza ziemia obiecana (lub nowy wspaniały świat) jest poszarzała i zamieszkała przez smętnych ludzi – pechowców, biedaków i nieudaczników. Można rzec, iż Oskar wkomponowuje się w krajobraz: syn nieodpowiedzialnego alkoholika i rozwiedzionej z nim zapracowanej kobiety, klasowy kozioł ofiarny, otyły „prosiaczek” rekompensujący sobie szkolne upokorzenia drobnymi kradzieżami i próbami zastępczego odreagowania. Podczas jednej z tych ostatnich poznaje swoją nową sąsiadkę, dziwną dziewczynkę przedstawiającą się jako Eli. Chłopiec stosunkowo szybko się z nią zaprzyjaźnia: zaniedbana, niechlujna, wychudzona, zagubiona w rzeczywistości, zapewne zdaje się Oskarowi bardziej „poszkodowana”, aniżeli on sam. Ten motyw niechlubnego dowartościowania się na drodze konstatacji, że ktoś inny ma jeszcze gorzej, nie jest jednak eksponowany – autor sugeruje raczej, że Oskar nabiera pewności siebie dzięki wsparciu Eli. Nic jednak nie zmienia się z dnia na dzień. Bohater włącza relację przyjacielską w swoją wciąż dlań trudną, opresyjną codzienność. Tymczasem coraz bardziej widocznym jej elementem staje się zagrożenie ze strony grasującego w okolicach seryjnego mordercy. Dzięki narratorskim zmianom postaci ogniskujących odbiorcy od razu zdają sobie sprawę z tego, iż agresorem jest Håkan, domniemany ojciec Eli, w rzeczywistości zaś – zakochany w dziewczynce opiekun.

Mężczyzna to pedofil, który zmuszony był do porzucenia swojego dawnego życia – był nauczycielem języka szwedzkiego. Po długim doświadczeniu, by tak rzec, szlifowania stołecznych bruków i upodlenia, został przez Eli „odkryty” jako pożyteczny pomocnik, towarzysz życia. Dziewczynka okazała się być wampirzycą, potrzebującą świeżej krwi. Jej dziecięcy wygląd i specyficzna świadomość – jak w pewnym momencie mówi Oskarowi, ma zarazem 12 lat i ponad 200 lat – sprawiają, że Håkan na swój chory sposób zakochuje się w (drugim) potworze. Porzuca to, co do owej pory stanowiło jego raison d’être: literaturę, alkohol, przygodny seks z prostytuującymi się dziećmi, i poświęca się pozyskiwaniu pokarmu dla Eli. Trudno to opisywać jako miłość, niemniej pedofil jest zdolny do każdego poświęcenia: by nie narazić wampirzycy na niebezpieczeństwo, staje się społecznym „obcym”, rezygnuje z przywilejów obywatelskich – przysługujących wszak nawet przestępcom – na rzecz pełnej anonimowości. Na okoliczność ewentualnego przyłapania ma przygotowany słoik z kwasem, aby w ostateczności móc wypalić nim twarz i uniemożliwić identyfikację. Nic dziwnego, że pojawienie się Oskara w życiu–nieżyciu Eli budzi w nim zazdrość i frustrację.

Książka obfituje w momenty drastyczne i niesmaczne, powiedzmy: gore. Zgodnie z gatunkowymi wymogami, krew ofiar Eli i Håkana leje się strumieniami, ma miejsce wielka obława na okaleczonego niemal–trupa, itp., jednak nie te elementy sprawiają, że lektura może być dość szokująca. By n’épater pas les bourgeois ograniczę się do jednego przykładu. Håkan decyduje się na wyprawę do centrum miasta w poszukiwaniu sprzedających usługi seksualne chłopców. Nastolatek, który przychodzi go „obsłużyć” ma wybite zęby, aby skuteczniej zadawalać oralnie narzucanych mu klientów.

Wątek pedofilii zdaje mi się kluczowy, albowiem wiąże się z – by tak rzec – ontogenezą Eli, co jest wyeksponowane w książce, w filmie zaś pominięte. Mogę jedynie zgadywać, że uczyniono tak z chęci, by skondensować treść w scenariuszu wyzbytym tego, co najbardziej kontrowersyjne. Otóż Eli została stworzona jako zabawka dla pedofila. Z wizji przekazanej Oskarowi dowiadujemy się, iż to „pierwotnie” chłopski syn, w osiemnastym wieku noszący imię Eliasz, który był wybrany przez lokalnego arystokratę do kastracji. Cel tego okrutnego zabiegu nie jest ujawniony, ale powołanie do istnienia idealnego niewolnika seksualnego tkwi w podtekście.

Istota wyglądająca na dziewczynkę to jednak bezpłciowa lalka. Wprowadza to w lekturę ciekawy poznawczo trop „squeerowania Obcego” [2], jednak dla prostego śledzenia fabuły implikacje ograniczmy do dwóch. Oskar, zakochany w Eli, wpierw słysząc słowa podważające jego pewność, iż ma do czynienia z dziewczyną, potem widząc jej pozbawione genitaliów ciało, zaczyna zastanawiać się, co, jeśli przypadkiem jest homoseksualistą, potem – czy człowiek może nie być „ani chłopakiem, ani dziewczyną” [s. 148]. Takie pytania szóstoklasista zadaje nauczycielce, nieprzygotowanej do takiej rozmowy, jednak starającej się odpowiadać rzeczowo. Takie pytania – o status ontologiczny i epistemologiczny różnorodnych nienormatywnych tożsamości – stawiane są również przez współczesnych humanistów. Przy powieści Lindqvista po raz kolejny uznałam, że beletrystyka (także, albo: zwłaszcza) popularna, znacznie w tych kwestiach wyprzedza akademickie teorie, ilustruje niewypowiadalne. Oskar decyduje oddać się Eli. Jego rozterki w efekcie sprowadzają się do innych kwestii (zdobywanie pieniędzy, zabijanie ludzi dla ich krwi), a jedyny ślad pozostaje w formie gramatycznej: gdy Oskar poznaje historię wampira, zaczyna myśleć o nim w rodzaju męskim.

Druga kwestia dotyczy Håkana, który od dawna, jeśli nie od początku ich znajomości, zna ciało Eli, niezdolne do współżycia genitalnego bądź analnego. Pedofil nie wymusza innych form stosunków (np. oralnych), ba! pozostaje w pozycji petenta, oczekując zgody na spojrzenie czy dotyk. Wszelako jego miłosna obsesja, w sprzężeniu z siłą i bezwzględnością Eli, zdaje się nieść większe zagrożenie, aniżeli niegdysiejsze „proste” pożądanie małych chłopców. Na marginesie, zastanawia to, na ile w ówczesnej Szwecji pedofilia naprawdę mogła uchodzić bezkarnie.

W świecie Oskara i jego kolegów przemoc eskaluje. Próba zabójstwa na peronie kolejowym, piromańska zemsta, szereg kłamstw wobec ojca i matki, kolejna próba zabójstwa, czy raczej: zamęczenia na śmierć na szkolnym basenie – wet za wet, po akcji reakcja, a każda to krok na drodze do utraty człowieczeństwa. Tak chłopiec staje się gotowy, by dzielić życie z Eli(aszem).

Rozbite rodziny, brak Boga, przemoc, patologie seksualne – obraz jak z koszmaru tych rodzimych tradycjonalistów, którzy w otwartych społeczeństwach skandynawskich widzą straszliwe zagrożenie dla wartości kultywowanych przez nich, i przez nich uważanych za uniwersalne. Czy Lindqvist katalizuje myślenie katastroficzne? Ależ Wpuść mnie to tylko współczesny quasi-horror, czytadło w miękkiej… no dobrze, w broszurowej okładce. Statystyczny amator takiej literatury nie sięga po nią w poszukiwaniu elementów krytyki społecznej.

Paulina Szkudlarek

John Ajvide Lindqvist, Wpuść mnie, przeł. Elżbieta Frątczak-Nowotny, Amber, Warszawa 2008. Cytaty ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Przypisy:

[1] Scenarzystą jest sam autor powieści: nadaje to szczególny, „uprawniony” status skrótom i uproszczeniom, o czym wspominam z pełną świadomością odrębności i autonomiczności sztuki filmowej.
[2] Por. np. T. Basiuk , D. Ferens, T. Sikora (red.), Odmiany odmieńca. A Queer Mixture. Mniejszościowe orientacje seksualne w perspektywie gender. Gender Perspectives on Minority Sexual Identities, Wydawnictwo Naukowe Śląsk, Katowice 2002, zwł. K. Ancuta, They Wore Black Velvet: Transgenderism and (Bi)sexual Ambiguity of the Goth/ic.

Data wpisu: 18 lipca, 2010 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Żyd i gej. Yossi Avni, „Ciotka Farhuma nie była dziwką”

Żyd i gej – oto moje wyobrażenie chwytliwego i prowokacyjnego nagłówka. To jednocześnie synonimy wroga publicznego w polskiej publicystyce prawicowej oraz w głosach „z ulicy” (by nie powiedzieć, spod przystadionowej budki pod piwem) – spotykają się w osobie głównego bohatera powieści pod osobliwym tytułem: Ciotka Farhuma nie była dziwką. Co z tego spotkania wynika? Tytuł nie brzmi zbyt żydowsko; w połączeniu ze zdobiącą okładkę ilustracją przedstawiającą orientalną tancerkę, nasuwa raczej skojarzenia z drag queen, jest to jednak trop mylący.

Zastanawiając się, jakim też państwem jest Izrael, zwykle przyjmujemy perspektywę zogniskowaną na konflikcie palestyńskim albo na historii holokaustu, w efekcie którego możliwa okazała się realizacja idei syjonistycznych. Możemy się też przerażać powszechnością służby wojskowej, bądź cieszyć się, że jest takie miejsce na świecie, gdzie w owej kwestii obowiązuje równouprawnienie płci. Myśląc o sztuce czy spuściźnie kulturowej, mamy przede wszystkim skojarzenia ze spuścizną europejskiej diaspory. Powieść Yossi Avniego przypomina, iż do współtwórców wolnego państwa Izrael należą też przybysze ze Wschodu. Posiłkujący się językiem perskim, niewyzbyci zdradzającego ich pochodzenie akcentu, należący do mniej zamożnych warstw społecznych Tel Awiwu (miasta znacznie bardziej „otwartego”, aniżeli Jerozolima), zanurzeni w zapachu charakterystycznych przypraw – w takiej rodzinie wychował się narrator, Jonatan. Przez lata słuchał komentarzy nie bez powodów imputujących Fahrumie, sąsiadce, trudnienie się prostytucją. Zdawałoby się, że plotkarsko-tradycjonalistyczna moralność będzie dla niego oznaczać odrzucenie, wszelako rodzice akceptują życiowe wybory syna–homoseksualisty. Nic wprost! Fascynujące są wzmianki, na podstawie których możemy odtworzyć ewolucję stosunku matki mężczyzny do jego partnera, szczególnie w świetle polsko-izraelskich paraleli. Oto kraje sankcjonujące pewną perspektywę religijną kosztem innych, czyniące ją niejako naturalnym środowiskiem i przejrzystym punktem odniesienia dla obywateli. To niewątpliwie antykościelne uproszczenie, porzucę jednak ten trop, i skoncentruję się na sferze osobistej.

Jonatan rozpacza po utracie ukochanego partnera, z którym spędził szczęśliwe pięć lat. Wspomina rozmaite epizody ze swego życia, koncentrując się głównie na historii swojego związku. Z początku jawi się jako niesprawiedliwie potraktowana ofiara porzucenia, stopniowo jednak poznajemy coraz więcej przewin, jakich mężczyzna dopuścił się w stosunku do swego Arika, od konfliktu wokół kwestii wychowywania potencjalnych dzieci [1] czy lekceważącego traktowania w domu, przez upokorzenia publiczne, aż po zdradę. Zauważamy tu ciekawy zabieg narracyjny. Perspektywa przyjęta przez postać ogniskującą sprawia, iż czytelnik od początku widzi daremność podjętych przez Jonatana poszukiwań Arika. Z czasem natomiast dostrzega rzeczywisty charakter związku dwóch Izraelczyków, rozumie, iż skorodowaną przeszłość Jonatan pomalował farbą kryjącą, i trzymają się swej wersji dotyczącej rozpadu relacji, mając pełną świadomość wymowy zdarzeń, o jakich opowiada. Tok opowieści jest samousprawiedliwieniem i nieuświadomioną strategią zmywania winy, na drodze powolnego ukazywania jej warstw. Tym samym narracja Jonatana pozbawiona jest elementu autoterapeutycznego – nie uczy, nie odkupia, nie wyzwala. Czy tego bym oczekiwała? W sposób nieunikniony nasuwają mi się „kobiece” sposoby opowiadania, analizowanie życiowej tkaniny, etap po etapie, jak ma to miejsce na przykład w Fun Home Alison Bechdel czy Kazirodztwie Christine Angot [2]. Wypowiedź Jonatana jest niemeandryczna, stanowi raczej podróż sentymentalną, przy czym partie dotyczące dzieciństwa, życia rodziców i sąsiadów, zmagań z biedą, dają – mimo wszystko – obraz arkadyjski, zaś lata dostatku i miłości prezentują wykrzywiony grymas, świadectwo egoizmu, czas, podczas którego złe postępki naznaczyły Jonatanowy odpowiednik portretu Doriana Graya… przy czym tu malowidło nie jest ukrywane. To opowieść o mężczyźnie, który doprowadził do ruiny swój związek i próbuje na różne sposoby cofnąć czas – poszukując Arika, uciekając się do wspomnień, nawiązując nowe relacje. To fabuła wręcz klasyczna, wykorzystywana wiele razy również w książkach z bohaterami albo bohaterkami o nienormatywnej seksualności. Jedynym novum u Avniego jest tu sefadryjska egzotyka, wprowadzona jednak „dla ozdoby”, malownicza, obca odbiorcy z kręgu euroatlantyckiego. W finale bohater książki wraca do tego świata, właściwie tylko po to, by dowiedzieć się, iż Farhuma nie była dziwką. Farhuma została nagrodzona przez los za to, że przez długie lata nie poddawała się konwencjom, nie ulegała presji otoczenia. Przed Jonatanem jest wciąż szansa na wyzwolenie z samemu sobie nałożonych ograniczeń, na zmycie „śliskości”. Stojący na rozdrożu mężczyzna w średnim wieku może wrócić do świata wyznaczonego przez zakres jego służbowych obowiązków, czyli na Bałkany, gdzie jego pozycja zapewnia mu tak chętnie przezeń wykorzystywany status bogacza. Może zatopić się w Tel Awiwie swojego dzieciństwa i młodości, pozostać ze starzejącymi się rodzicami i tropić byłego kochanka. Autor nie sugeruje rozwiązania, zapewne świadom, że żaden z wyborów – ani jeden z tych dwóch, ani jakikolwiek inny – nie byłby happy endem ani nie zaowocowałby happily ever after dla Jonatana. Tu warunkiem jest zmiana wewnętrzna, a impulsem do niej może być „degeneracja” zewnętrzna – niepożądana utrata fizycznej atrakcyjności, wymuszona przez czas i tryb życia. Bohater nie jest jednak rzeczonym Dorianem Grayem. Może żyć dalej, siłą impetu i bezwładu, w świecie bezpiecznym dla Żydów i homoseksualistów. Bezpiecznym, bo oddającym głos osobie jeszcze kilka dekad temu pozbawionej prawa do snucia takiej historii. Fakt, iż dzisiaj słuchamy Jonatana odnajdując – i postrzegając jako oczywiste – uniwersalne (a raczej: ogólnoludzkie), a nawet zgrane już motywy, jest chyba jedynym pozytywnym wnioskiem.

Paulina Szkudlarek

Yossi Avni, Ciotka Farhuma nie była dziwką, przeł. Leszek Kwiatkowski, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2007

[1] Wedle Magdaleny Mosiewicz w Izraelu chęć rodzicielstwa jest powszechna, a z bezdzietności trzeba się tłumaczyć. „Dzieci się ma, fajnie jest mieć dzieci, wszyscy chcą mieć dzieci, to się uznaje za oczywiste bez względu na orientację seksualną” – Nie ma ślubów – są rozwody, z Magdaleną Mosiewicz rozmawia Anna Laszuk, „Furia”, 12/2009, s. 42.
[2] Alison Bechdel, Fun Home. Tragikomiks rodzinny, przeł. Sebastian Buła, Wojciech Szot, wyd. Abiekt.pl, Warszawa 2009; Christine Angot, Kazirodztwo, przeł. Ewa Wieleżyńska, W.A.B., Warszawa 2005.

Data wpisu: 16 czerwca, 2010 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Johanna Sinisalo, „Nie przed zachodem słońca”

Mikael, bardzo przystojny, mieszkający w stolicy fotografik, zrywa krótkotrwały związek z Jorim, weterynarzem, próbuje związać się z pracującym w reklamie Martesem. Ten ostatni jest jednak zainteresowany głównym bohaterem na tyle tylko, na ile może Mikaela (z racji imienia i aparycji zwanego Aniołem) wykorzystać na gruncie zawodowym. Rozwojowi zdarzeń, z pozycji stołka barowego w ulubionej przez wszystkich tych mężczyzn Café Bongo, przygląda się zauroczony Mikaelem młody geek, Ecke. Dopełnieniem serialowego scenariusza jest postać Palomity, zniewolonej przez męża emigrantki z Filipin, i również zafascynowanej Mikaelem sąsiadki. Mamy zerwania i powroty, miłosno-erotyczne podchody i sceny obojętności, momenty humorystyczne i wzruszające, radość życia i śmierć. „Nie przed zachodem słońca” nie jest jednak romansidłem ani literaturą obyczajową przybliżającą polskim odbiorcom skandynawski raj tolerancji dla światka LGBTQetc. Emancypacja obyczajowa postąpiła tam dalej, a powieść Johanny Sinisalo łączy pytania o ludzką i zwierzęcą seksualność z… fińskimi opowieściami ludowymi. Oto bowiem niewymienionym dotąd bohaterem „Nie przed zachodem słońca” jest troll, w koncepcji autorki zwierzę niezwykle rzadkie, ale realnie istniejące, sklasyfikowane metodami taksonomii jako felipithecus trollius. Daje to pretekst do stworzenia biblioteki zajmującej się tym właśnie przedstawicielem zoologii fantastycznej. Niektóre z pozycji, z których cytaty znajdujemy w powieści, są prawdziwe (na przykład „Zamieniec” Selmy Lagerlöf), inne zręcznie wplecionymi w opowieść apokryfami. Status tych lektur, podejmowanych przez Mikaela, chcącego dowiedzieć się czegoś więcej o zwierzęciu, którym postanowił się zaopiekować, nie musi być oczywisty dla polskiego czytelnika. Odwrotnie: nieznajomość klasyków fińskiego folkloru może wzmagać atrakcyjność „Nie przed zachodem słońca”.Powieść rozpisana jest na głosy poszczególnych bohaterów. Wielość punktów widzenia nie prowadzi ani do poznania rzekomej prawdy obiektywnej. Konfrontacje, nieprzebiegające między postaciami, a jedynie przedstawiane odbiorcy, obnażają małość charakterów, miałkość motywacji, ale też szkicują ciekawą mapę interakcji.Akcja rozpoczyna się, gdy – jak już wiemy – Mikael znajduje młodego trolla i, wbrew administracyjnym zakazom, zabiera go do swego mieszkania. Fragmenty, w których stara się, usiłując nie budzić podejrzeń co do powodu stawiania takich pytań, zasięgnąć informacji o trybie życia trolli, należą do najzabawniejszych w książce. Wszelako życie w towarzystwie osobliwego zwierzęcia domowego jest katalizatorem wpierw perturbacji towarzyskich, potem wydarzeń tragicznych.Nie tak dawno gorącą dyskusję w części polskich mediów, i w środowiskach LGBTQ wzbudziła kolejna homofobiczna wypowiedź przyrównująca homoseksualizm do zoofilii. Mam oczywiście na myśli niesławny obrazek w „Rzeczypospolitej”, sugerujący, iż przyznanie parom jednopłciowym praw do zawierania małżeństw pociągnie za sobą prawne ukonstytuowanie związków międzygatunkowych. Nie będę się wikłać w niuanse przekazu „z kozą” ani jego recepcji, ale miejmy tą sprawę w pamięci, czytając Sinisalo. Otóż gdy wycieńczony początkowo Pesik – bo takie, zainspirowane jedną z lektur i konotujące pesymizm imię otrzymuje troll – zdrowieje, Mikael zaczyna znajdować w obcowaniu z nim przyjemność erotyczną (uprzedzam: do obcowania sensu stricte seksualnego nie dochodzi!). Mimo brzemiennego w skutki epizodu fotografowania zwierzęcia w ludzkim ubraniu, główny bohater nie uczłowiecza swego podopiecznego, stara się jedynie jakoś zorganizować jego bytowanie w mieszkaniu (a raczej apartamencie). Podziwia dzikość trolla, poddawanie się instynktom leśnym, jego niezależność, i zachowania zdecydowanie nieodpowiednie dla futrzastej maskotki. Mężczyzna nabiera ponadto „zwierzęcej charyzmy”: afrodyzjakiem dla jego partnerów okazuje się przenoszony na jego ubrania i skórę naturalny zapach Pesika, przez Martesa czy Joriego postrzegany jako znakomicie dobrana woda toaletowa.Nie ma tu miejsca na wulgarną dyskredytację homoseksualizmu kojarzonego ze zezwierzęceniem (jako seksualne rozpasanie) czy – jak w przykładzie z polskiego ogródka – zrównywanego z zoofilią. Przenikające powieść poważne pytanie o granice człowieczeństwa ma bowiem charakter inkluzywny, od ludowej personifikacji zwierząt (trolli, niedźwiedzi, wilków) po skojarzenia z kwestiami poruszanymi w etyce Petera Singera czy – na płaszczyźnie beletrystyki – w „Pod skórą” Michela Fabera (więcej tu). Wedle innej ścieżki interpretacyjnej, postać Pasika można odczytać jako „cień” Mikaela, spotkanie z dotąd wyciszonym głosem jego natury, ucieleśnienie pragnień o ucieczce od prawideł współżycia społecznego. Pamiętajmy także o licznych ruchach organizujących współczesnych mężczyzn wokół idei odzyskiwania przywilejów, jakie ta płeć utraciła na skutek emancypacji kobiet. Czy Mikael to gejowski odpowiednik Żelaznego Jana, próbującego się sprawdzić w starciu z siłami przyrody? Zabawna jest scena, kiedy bohater dobiera strój odpowiedni do leśnych wędrówek, a którego elementy wcześniej służyły tylko do wywierania odpowiedniego wrażenia na partnerach. Takie fragmenty w powieści Johanny Sinisalo pozwalają odbierać ją jako pogodną baśń, z pominięciem wątków kontrowersyjnych czy burzących psychiczny komfort człowieka – „pana stworzenia”. Przecież trolle i tak nie istnieją…Paulina SzkudlarekJohanna Sinisalo, „Nie przed zachodem słońca”, przeł. Sebastian Musielak, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2005.

Data wpisu: 5 kwietnia, 2010 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe