Mario Vargas Llosa, „Marzenie Celta”
Marzenie Celta to pierwsza książka Llosy opublikowana po tym, jak pisarz został uhonorowany nagrodą Nobla (2010). Prace nad powieścią zakończył jednak jeszcze przed ogłoszeniem decyzji sztokholmskiej komisji.
Kanwą fabuły jest życiorys Rogera Casementa, który był działaczem na rzecz walki z kolonializmem (w Kongo oraz w Peru, z którego pochodzi Llosa, obecnie obywatel Hiszpanii), zaangażował się też bardzo głęboko w ruch irlandzkiego wyzwolenia narodowego. Casement był postacią tak niesamowitą, że gdyby nie pewność, że on istniał i działał naprawdę, kreację powieściową można byłoby uznać wręcz za niewiarygodną. Chciałabym zaznaczyć, że w niniejszym omówieniu interesuje mnie bohater literacki, nie zaś prawda historyczna (przypomnę tylko, że „prawdziwy” Casement jest „odkryty” dla naszej pamięci w znakomitych Pierścieniach Saturna Sebalda). Llosa zresztą w wywiadach przyznawał, że tą ostatnią inspirował się dość luźno – choć przeczy temu imponująca lista podziękowań dla osób i instytucji wspomagających pisarza informacjami źródłowymi, potrzebnymi mu do pracy.
Urodzony w 1864 roku Casement był Irlandczykiem ze zanglicyzowanej rodziny, wychowany został przez wujostwo. Jak dziewiętnastolatek wyprawił się do Afryki, osiadł w Kongu. Kraj był własnością (!) belgijskiego króla Leopolda II, a Casement pracował w dyplomacji. Kongo było bezwzględnie eksploatowane jako producent kauczuku, a władze kolonialne charakteryzowały się niebywałym okrucieństwem: mieszkańcy pełnili rolę zwierząt roboczych. Notabene to właśnie Casement pokazał Josephowi Conradowi Kongo jako jądro ciemności.
Spędził w Kongu niemal 20 lat. Po powrocie do Londynu rozpoczął bardzo szeroką kampanię uświadamiającą, sporządzał raporty dla rządu, angażował się w dobroczynność. Jednocześnie odkrył swoje korzenie etniczne, zainteresował się historią Irlandii, językiem gaelickim. Uznał, że Irlandia jest również ofiarą angielskiego kolonializmu, wynarodowienia, i że należy się jej niepodległa państwowość.
Życiorys Casementa nie jest zapomniany, więc nie zdradzę sekretu zaburzając chronologię: powieść napisana jest z perspektywy kresu życia bohatera. Siedzi on w celi śmierci. Rozumiemy, że przyczyną skazania była proirlandzka i antyangielska działalność, lecz jej szczegóły zostaną odkryte stopniowo.
Jest szansa na ułaskawienie Casementa, w imię – prawdopodobnie – dawniejszych zasług dla dyplomacji (wszak za kampanię na rzecz zmian w Kongu otrzymał brytyjskie szlachectwo, choć z powodów ideologicznych nie przybył na królewską ceremonię jego nadania). Szansa jednak szybko znika. Podczas spotkania z pomocnikiem swego adwokata (to dla Casementa ważny znak: sam adwokat nie pofatygował się na widzenie) okazuje się, że na światło dzienne wyszły pamiętniki skazańca. Wszyscy ludzie, którym na Rogerze zależy, są przekonani, że to fejk, ale fejk mający bardzo silny wpływ na opinię publiczną, a zarazem na tok sprawy. O owych dziennikach napiszę jeszcze nieco później.
Parę lat po powrocie z Afryki Casement podjął pracę konsula brytyjskiego w Amazonii. Posługuję się nazwą terenu, gdyż w owych czasach w Ameryce Południowej było marnie z instytucjami państwowymi; o teren będący przedmiotem trosk Casementa starała się zawalczyć Kolumbia, zaś wpływ administracyjny Limy (albowiem te ziemie formalnie należały do Peru) był żaden. Realnie rządził tam pewien brytyjski potentat w produkcji kauczuku. Dodam, że zdaniem Casementa amazoński kauczuk cuchnął bardziej, niż kongijski. I tam właśnie – bynajmniej nie z powodu swądu – nasz dyplomata Korony uwikłał się w beznadziejną walkę z potężnym biznesem.
Poruszył wiele sumień, swą pracowitością, skrupulatnością (wszak musiał formułować zarzuty pewne, niepodważalne, niemożliwe do zdyskredytowania przez obrońców status quo), osobistym zaangażowaniem, i niezłomnością zasłużył na miejsce w historii. Prywatnie był niemal ascetą. Jedynie nałogowo palił, poza tym był wstrzemięźliwy, nieprzekupny, niełasy na luksusy. Wysoki, chudy brodacz o bardzo marnym zdrowiu (zresztą żył w potęgujących jego dolegliwości warunkach). Miał jeden problem. Problem z ówczesnego punktu widzenia: był homoseksualistą. Dyskretnym, niemającym szczęścia do w miarę trwałych relacji. Raczej cierpiętnik niż hedonista.
W czasie I wojny światowej padł pomysł, by dążący do niepodległości Irlandczycy wzięli stronę walczących z Brytyjczykami Niemców. Casement przez wiele miesięcy lobbował w Berlinie za stworzeniem irlandzkiego oddziału z tych jeńców, którzy zostali uwięzieni w Niemczech jako żołnierze brytyjscy. Zabiegał też o broń. W Irlandii separatyści szykowali powstanie, znane dziś jako wielkanocne. Casement zrekrutował bardzo niewielu jeńców – Irlandczyków. Nawet w obozie jego idea była uważana za zdradziecką: w grę wchodziło wszak złamanie przysięgi wojskowej i przejście na stronę dotychczasowego wroga.
Casement chciał, by przy braku dostatecznego wsparcia ze strony Niemiec powstanie zostało powstrzymane. Z taką misją do jego dowódców udał się do Irlandii… niemieckim statkiem. Na skutek zdrady, został pojmany, aresztowany i stanął przed sądem. Skazano go na karę śmierci, zauważmy: w czasie, gdy nadal toczyła się wojna.
Szansa na ułaskawienie została zaś zaprzepaszczona po tym, jak przegrzebujący rzeczy osobiste Rogera funkcjonariusze dokopali się do jego pamiętników relacjonujących życie seksualne mężczyzny. Znane są one w historii jako „czarne zeszyty”, i nie udało się dociec, w jakiej mierze wersja, która wyciekła i została upubliczniona, jest fałszywką. Kompromitacja zboczeńca, który dopuścił się haniebnej zdrady stanu (i został prawdopodobnie „sprzedany” przez jedynego partnera, z jakim udało mu się tworzyć w miarę trwały związek – Eivinda), była pełna. W 1916 Casement zginął na więziennej szubienicy.
By nie pomijać tego, co mi osobiście nie odpowiada, Casement jest człowiekiem bardzo potrzebującym duchowości. Odnajduje ją w pokładach irlandzkiej tradycji, ale niebagatelny jest dlań też aspekt religii instytucjonalnej. W swoich kongijskich i peruwiańskich podróżach spotyka i współpracuje z misjonarzami, przede wszystkim katolickimi zakonnikami. Dla niemoralnych „białych” wyzyskiwaczy, właścicieli firm i nadzorców, wiara nie ma znaczenia. Sam Casement oficjalnie należał do Kościoła anglikańskiego, ale prawdopodobnie jego przedwcześnie zmarła matka zapewniła mu jednak w dzieciństwie katolicki chrzest. Katolicyzm był rzecz jasna elementem irlandzkości. Ostatnie dni życia Casement spędza głównie z więziennym kapelanem, ojcem Careyem, czyta Tomasza z Kempis, a na egzekucję idzie z modlitwą na ustach.
Mimo porywającej historii zręcznie operującej elementami krytyki postkolonialnej, powieść Llosy wzbudza moje liczne zastrzeżenia.
Przede wszystkim pisarz przedobrzył. Wydobył z historii bohatera niezłomnego, charyzmatycznego, niesłusznie krzywdzonego idealistę. Napisałam „krzywdzonego” w czasie niedokonanym, ponieważ w formie dokonanej byłoby to zbyt łagodne określenie na karę śmierci, a wszelakie nękanie, rzucanie kłód pod nogi, sabotowanie działalności, oczernianie itp. były całożyciowym doświadczeniem Casementa.
Nie dowiadujemy się wiele ponad to, czego świadomy jest bohater. Może w związku z Eivindem, młodzieńcem, który okazał się agentem, Roger nie miał takiej jak ta sugerowana czytelnikom w narracji Llosy wiedzy o prawdziwym obliczu swego kochanka, jednak z perspektywy więziennej dociekł wszystkiego – a powieść opowiadana jest z perspektywy tego, co Roger rozumie poniewczasie. Zza murów nie docierają do niego informacje o kampanii obyczajowej rozpętanej przez treści pamiętników, „czarnych zeszytów”. Nigdzie nie jest wprost ujęte, o co chodziło, a od czytelnika zależy, kiedy stanie się dlań jasne, że przedmiotem nagonki jest homoseksualność Casementa.
- Te wszystkie okropne rzeczy, które wypisują w gazetach, to kalumnie, ohydne kłamstwa, prawda, Rogerze? (…)
- Nie wiem, co piszą o mnie w prasie (…) Nie dociera to do mnie. Ale – starannie dobrał słowa – to na pewno kalumnie. (…) Popełniłem w życiu wiele pomyłek, to jasne. Ale nie zrobiłem niczego, czego mógłbym się wstydzić [s. 30].
W czasach bardzo rozwiniętej krytyki postkolonialnej czy starań o równouprawnienie grup marginalizowanych w przeszłości to wszystko jest… banałem. Zacytowana wypowiedź, powieściowa, jest anachroniczna. W XXI wieku łatwo nobliście bronić Casementa, któremu wsparcia swego czasu poskąpił były przyjaciel, współideowiec i niedoszły noblista Conrad.
Rzecz jasna Llosa jest znany ze swej działalności prowolnościowej, to spora część jego publicznej persony, przez co pisarz (także jako polityk) wystawiał się na ciosy np. konserwatystów, choć bez porównania nie tak silne jak te, które dosięgały nieszczęsnego Casementa. Mimo to Marzenie Celta do mnie nie przemawia. Wydaje się być odpowiedzią na zapotrzebowanie słusznej etyczności ze strony autora zaangażowanego, a po Noblu niemal ucieleśniającego Sumienie.
Powieść jest zdecydowanie przegadana. Szczególnie nużą fragmenty poświecone… nie, nie więziennym rozważaniom religijnym (tam nie ma mowy o niczym konkretnie, a zresztą poczucie dobra i zła u Casementa rozwinęło się na drodze świeckiej, poprzez przeżycia kongijskie). Te niemieckie układy, plany militarne, irlandzka konspiracja. Wpierw, przez jakieś 100–200 stron Llosę czyta się gładko, jednak później, aż do następującego po ponad 400 stronach finału, coraz bardziej mozolnie i żmudnie.
Nie wiem, jak mogła wyglądać wersja znana jako „czarne zeszyty”, jednak Llosa przyjmuje, ze mężczyzna zapisywał nie tylko swe realne, dokonane akty i przeżycia, ale i nieudane próby, różne porażki w formie sugerującej „realizację”. Zresztą notatki były lakoniczne. Gdzie, kiedy, ewentualnie za ile (jeśli trafiał na prostytuującego się młodzieńca), plus kilka słów zachwytu nad urodą oraz uwagi bardzo techniczne (wielkość penisa, czy poszło lekko, itp.). W tym samym stylu rejestrował stosunki nieodbyte, wyobrażone. Oczywiście opinia publiczna nie rozróżniała dokonanych od jedynie opowiedzianych – prawdopodobnie nic w „czarnych zeszytach” takiej dystynkcji nie ułatwiało. W małym posłowiu Llosa dopowiada, że po egzekucji zbadano ciało Casementa by się przekonać, czy rzeczywiście praktykował on seks analny (ergo homoseksualny). Uznano, że tak.
Oczywiście nie tylko waloryzacja realizacji potrzeb cielesnych Casementa jest u Llosy anachroniczna. Trudno na przykład uznać za wiarygodną odpowiedź bohatera na pytanie, czy w Amazonii jest tak strasznie, jak w Kongu Leopolda II:
- Obawiam się, że tak, a być może gorzej (…). Chociaż wydaje mi się nieprzyzwoite ustanawianie hierarchii dla zbrodni tej skali [s. 248].
„Tej skali”? Pojawia się tu proste skojarzenie z tym, co działo się później, podczas II wojny światowej. Tymczasem Casementowi nie przeszkadzało braterstwo broni z Niemcami używającymi iperytu. To nie kwestia niekonsekwencji bohatera historycznego – to Llosa naginał bohatera literackiego, by go dopasować do tezy. Niekoniecznie z powodzeniem.
Budzący podziw i współczucie ze względu na działalność antykolonialną w Afryce i Ameryce Południowej, proirlandzki później Casement przede wszystkim drażni. Ma się poczucie, że swój zły los i śmierć sam sobie zgotował, i to nie dlatego, że prowadził kronikę swych stosunków seksualnych między linijkami dziennika wielkiego obrońcy praw człowieka (avant la lettre).
W pewien sposób deprymuje mnie też niewiedza co do tego, gdzie się zaczyna fikcja literacka. Czemu? Ponieważ wartość Marzenia Celta jest w pełni zależna od fascynującego życiorysu bohatera, od tego, że Casement to postać historyczna. Dla porównania bardziej współczesna narracja o amerykańskiej aktywistce uwikłanej w środowisko rządów Charlesa Taylora, powieść Russella Banksa Kochanie, bardzo mnie wciągnęła, ale nie sprowokowała pytań o realia (mąż głównej bohaterki był ministrem, wiec byłaby to sprawa weryfikowalna, jednak u Banksa przeważyła autonomia beletrystyki).
Jeśli zaś chodzi o Casementa, trudno przejąć się detaliczną fabularyzacją biografii, zaproponowaną przez Llosę. Interesujące, ale podane w sposób niemal wykluczający zaangażowanie, redundantne, statyczne literacko, skonstruowane w dość tradycyjny sposób. Nim podejmę się znalezienia niebeletryzowanej biografii Casementa – a niejedna taka powstała – będę raczej wracać do fragmentów z Sebalda.
Paulina Szkudlarek
Mario Vargas Llosa, Marzenie Celta, przeł. Marzena Chrobak, Znak, Kraków 2011. Wszystkie cytaty i odniesienia pochodzą z tego wydania.