Co nauka mówi… Bardzo ważny tekst na naszej stronie!
Plik pobierz tu
przewodnik kulturalny lesbijki
Hipolit był młodym mężczyzną, niezbyt zainteresowanym sprawami seksu, „bał się małżeńskiego łoża i nie chciał mieć z małżeństwem nic do czynienia”. Przyjemność sprawiało mu jedynie uganianie się po lasach w okolicach greckiego miasta Trojzen i polowanie na dzikie zwierzęta.

Tekst pochodzi ze wstępu do książki Seks a religia
Hipolita nienawidziła bogini miłości Afrodyta. Ten młody człowiek, przedkładając życie myśliwego ponad seks, demonstrował tym samym obojętność względem bogini i dawał jej do zrozumienia, że jest „najgorszą pośród wszystkich bogów”. Afrodyta nie pozwoliła, by zignorowanie jej domeny, jaką jest życie seksualne, uszło Hipolitowi bezkarnie. Piękny młodzieniec został wyrzucony ze swego powozu, a następnie stratowany kopytami własnych koni, spłoszonych przez bestie, które właśnie w tym celu nasłali bogowie.
Opowieść ta jest czymś więcej aniżeli tylko porywającą historią pochodzącą z greckiego uniwersum przekazanych nam mitów. Los Hipolita w rzeczywistości odzwierciedla religijne przekonanie, że bogowie nie tyle sobie życzą, ile wręcz wymagają naszej aktywności seksualnej. Wstrzemięźliwość w tej kwestii jest dla nich po prostu nie do przyjęcia.
Religia za seksem i przeciw seksowi
Mit o Afrodycie i Hipolicie nie zgadza się z najbardziej rozpowszechnionym wyobrażeniem o zależnościach między seksem a religią. Dzisiejsze nagłówki wiadomości mogą sprawiać wrażenie, że religie są zajęte sprawami seksu bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, z tym że sytuacja wygląda zupełnie inaczej niż w przypadku Hipolita. To, co obserwujemy – to religijny sprzeciw wobec seksu. Poszczególne wyznania potępiają seks z niewłaściwymi osobami, uprawiany w niewłaściwy sposób, w nieodpowiednim czasie, w nieodpowiednim miejscu; oburzają się na to, że za wiele mówi się i pisze o seksie oraz że robi się to, ich zdaniem, w niestosowny sposób. Napiętnowanie bywa często tak masowe, tak jednostronne, że wielu może odnieść wrażenie, iż seks sam w sobie jest przez religie odrzucany w wymiarze absolutnym.
Jak to możliwe, że jedno wyznanie potępia tych, którzy powstrzymują się od seksu, podczas gdy jakieś inne zwalcza większość osób mających z nim do czynienia? Jest to pytanie pozostające bez jednoznacznej odpowiedzi. Również i religia grecka, do której przynależeli Afrodyta i Hipolit, nie głosiła ogólnej akceptacji wszelkich form seksualności. Jeśli ktoś nie przestrzegał całego zestawu skomplikowanych reguł określających religijnie akceptowalny seks, mogło to nieść ze sobą poważne konsekwencje. Mimo że tragiczny los Hipolita ukazuje ważne i centralne wyobrażenia religijne panujące w starożytnej Grecji, prezentuje zaledwie pojedynczy element skomplikowanej układanki tworzącej całościowy obraz zależności między seksem a właśnie tą konkretną religią.
Ale i dziś obraz ten jest o wiele bardziej zawiły aniżeli ten, który możemy sobie wykreować, sugerując się tytułami nagłówków medialnych. W owym dość jednostronnym skoncentrowaniu się na religijnym sprzeciwie wobec różnorodnych form seksu niełatwo jest dostrzec niuanse. Często nie zauważamy więc, że obok napiętnowania znajdujemy również pewne akceptowalne (ale tylko na określonych warunkach) formy seksu. Zarówno potępianie, jak i błogosławienie seksu idą zazwyczaj ramię w ramię. Przyglądając się relacji zachodzącej między seksem a poszczególnymi religiami, uwagę należy zwrócić na to, gdzie przebiegają granice między tym, co zostaje odrzucone, a tym, co jest akceptowane; między tym, co święte, a tym, co przeklęte.
Podstawowe reguły gry seksualnej
Żadne ze znanych nam społeczeństw nie pozostawało bez reguł dotyczących sfery seksualnej. Być może niektórym marynarzom, artystom i antropologom społecznym wydawało się czasami, że mieli szczęście, gdyż udało im się odnaleźć gdzieś na jakiejś rajskiej wyspie mórz południowych społeczność całkowicie wyzwoloną i pozbawioną jakichkolwiek zahamowań seksualnych. Ale było to zawsze tylko złudzeniem. Owi podróżnicy docierali do kultur, w których znajdowali niewiele (a może nawet żadnych) restrykcji seksualnych znanych im z własnej ojczyzny. Równocześnie nie byli w stanie zidentyfikować wszystkich lokalnych ograniczeń, które pozostawały dla nich zupełnie obce.
Niezwykle trudno rozstrzygnąć – o ile w ogóle jest to możliwe – co właściwie było pierwsze: kulturowe wzorce zachowań seksualnych czy religijne zasady dotyczące seksu. Czy różnorodne zakazy i nakazy seksualne powstały najpierw, niezależnie od wyznania, i jedynie później zostało im przypisane religijne znaczenie? Czy było też tak, że religijne przepisy powstały niezależnie od tego, co ludzie czynili w sferze seksualnej, aby później nadać tym zachowaniom zupełnie nowy, wyznaczony przez religię kierunek? Czy religie nałożyły sankcje na już istniejące wzorce seksualne, czy też owe sankcje istniały od samego początku?
Wydaje się oczywiste, że przodkowie ludzi uprawiali seks na długo przed powstaniem religii. Współżycie seksualne praktykujemy od milionów lat, od czasów gdy nasi praprzodkowie byli zaledwie małymi skupiskami pojedynczych komórek. Ale to, czy przed powstaniem religii posiadaliśmy jasne reguły dotyczące zachowań seksualnych, jest już zagadnieniem bardziej problematycznym. Zoolodzy dowodzą, że nawet zwierzęta mają wrodzone określone wzorce zachowań seksualnych, choć czy można je uważać za zasady, jest już czymś mniej pewnym. W przeciwieństwie do zwierząt wszelkie znane nam społeczności ludzkie mają wyraźne reguły odnoszące się do życia seksualnego, ale problem w tym, że nie wiemy, kiedy one powstały.
Przedmiot naszego badania stanowią fenomeny, które pojawiły się tak dawno, że wyciąganie jakichkolwiek jednoznacznych konkluzji na ich temat jest niemożliwością.
Zwierzęta nie wyznają religii. Starodawne malowidła ścienne oraz pieczołowite ceremonie pogrzebowe pokazują, że religia towarzyszy człowiekowi od zarania jego dziejów. Dlatego też właściwą kwestią jest pytanie, czy rzeczywiście religia od zawsze próbowała kontrolować seksualność człowieka. Wiemy na pewno, iż odkąd dysponujemy pisanymi źródłami religijnymi, znajdujemy w nich religijne sankcje i obostrzenia ograniczające różnorodne formy seksualności. To samo dotyczy znanych nam kultur nieposiadających pisma. Zarówno w tych pradawnych, pierwotnych społecznościach, jak i w źródłach pisanych zauważamy istnienie pewnej korelacji między wyznaniowymi a bardziej społeczno-kulturowymi regułami seksualnymi.
Niezależnie od tego, w jaki sposób powstały owe sprzężenia między religią a seksualnością, wydaje się jasne, że ta niesamowita różnorodność skomplikowanych struktur religijnych, obejmujących ludzką seksualność we wszystkich społeczeństwach, została uformowana w trakcie złożonych procesów religijno-kulturowych. Nie istnieje zatem żaden ogólny wzór opisujący relację między religią a ludzką seksualnością; tym samym jeden rodzaj życia seksualnego, wywyższany i przedstawiany jako wzór przez jedno wyznanie, przez inne jest uznawany za obrzydliwy. Istnieje jednak wspólna cecha przynależna wszystkim tym wzorcom: żaden z modeli seksualności eksponowanych przez różne religie nie reprezentuje naturalnego pojmowania kwestii seksualnych, gdyż zawsze mamy do czynienia z konstruktami kulturowymi.
Zajrzyj na stronę Seksualność kobiet
Teraz jedyna sprawa, jaka mi została, to pogodzić moją orientację z wiarą. Nie chcę być jakimś wilkiem, który wchodzi do kościoła boczkiem. Chcę wejść główną bramą. Bo przecież nie robię nic złego
“Drogi Ojcze Święty! Apelujemy o potępienie przemocy wobec lesbijek, gejów, osób biseksualnych i transpłciowych oraz o współpracę w sprawie zniesienia karalności aktów homoseksualnych na całym świecie. Milczenie Waszej Świątobliwości jest interpretowane przez ludzi dokonujących morderstw, tortur i przemocy jako przyzwolenie na te działania” – taki list złożyli w czerwcu w Watykanie przedstawiciele Europejskiego Forum Chrześcijan Gejów, Lesbijek, Osób Biseksualnych i Transpłciowych w Watykanie przy okazji odbywającej się w Rzymie EuroPride – ogólnonarodowej parady mniejszości seksualnych.
Odpowiedzi nie dostali.
Inicjatorami listu byli Polacy z grupy Wiara i Tęcza. Później na swojej stronie opublikowali list do polskich biskupów. “Chcemy pozostać we wspólnocie Kościoła, gdyż wierzymy Jezusowi, który go założył i pozostawił nam wszystkim jako szczególną przestrzeń swojej żywej obecności. ( ) Jednocześnie nie możemy wbrew własnemu sumieniu zrezygnować z tak istotnej części naszej osobowości, jaką jest zdolność do pięknej miłości do drugiego człowieka. (…) Nie możemy milczeć i udawać, że nie istniejemy” – napisali.
Listu jeszcze nie dostarczyli biskupom. Chcieli go wręczyć sami, ale siostra zakonna w sekretariacie Konferencji Episkopatu Polski powiedziała, że nie przyjmie takiego przesłania. Wyślą go więc niebawem poleconym.
Boże, daj mi odwagę
Grupa Wiara i Tęcza powstała nieco ponad rok temu w Krakowie. Skupia chrześcijan – gejów, lesbijki, są też osoby heteroseksualne. To w większości katolicy. Mówią: – Chcemy zmienić Kościół. Aby to zrobić, trzeba rozpocząć merytoryczną dyskusję.
Kiedy w lutym w “Dużym Formacie” ukazał się tekst “Gej twoim bratem w kościele”, do grupy dołączyło wielu nowych członków. Ludzie zaczęli spotykać się nie tylko w Krakowie, ale też w Katowicach, Trójmieście, Opolu, Poznaniu i w Warszawie.
Piątkowy wieczór, siedziba Lambdy Warszawa przy Żurawiej. Ta organizacja, która od lat walczy o prawa mniejszości seksualnych, użyczyła miejsca chrześcijanom z Wiary i Tęczy, by nie musieli spotykać się w kawiarniach. Siadamy wokół stołu, na którym leżą Biblie. Niektórzy są tu pierwszy raz.
Karol niedawno wstąpił do jednego z Kościołów Ekumenicznej Wspólnoty Katolickiej, jest studentem. Agnieszka – katoliczka, później dowiem się, że od sześciu lat ma partnerkę. Maks – lider grupy, katolik, świeżo po studiach. Kazimierz – starszy mężczyzna, katolik, ma ze sobą kieszonkowe wydanie Pisma Świętego, z którego wystaje mnóstwo kolorowych karteczek. Jest też Kacper – w Warszawie jest przejazdem, nie mieszka w Polsce.
Na stojaku wyeksponowane są zasady obowiązujące w czasie spotkań: nie przerywamy sobie, nie obrażamy się, szanujemy poglądy innych.
Maks: – Zacznijmy od modlitwy.
Wstajemy. “Dobry Boże, boję się następnego kroku, mam ochotę uciec. Problemy przerastają mnie i przygniatają. Daj mi odwagę, by ustać i zmierzyć się z tymi wszystkimi problemami. Amen”.
Agnieszka: Zrodził się we mnie spokój
Przez wiele lat działałam w grupie związanej z Odnową w Duchu Świętym. Przeżywałam dramat. Liczyłam na cudowne uzdrowienie. Czekałam na tego właściwego mężczyznę. Myślałam o wspólnocie zakonnej, o życiu w samotności. Ale to nie było moje powołanie. W końcu odważyłam się – związałam się z dziewczyną. I automatycznie zerwałam z Kościołem, przez lata nie czułam się jego częścią. Aż w pewnym momencie potrzeba bycia z Bogiem stała się silniejsza. Sama sobie powiedziałam, że nie mogę odwrócić się od Kościoła.
Wierzę głęboko, że Bóg nie chce, żebym zrezygnowała z relacji z Nim. Moja orientacja to nie jest jakiś wyskok, coś, co można zmienić lub poskromić. To przecież nie są tylko akty seksualne, ale też kwestia psychiki. Decydując się na abstynencję seksualną – jak chce tego Kościół katolicki – spłaszczyłabym moje życie emocjonalne. Zresztą wydaje mi się to schizofreniczne.
Wcześniej czułam złość, bunt. Kiedy odkryłam w swoim sumieniu, że to, że jestem lesbijką, nie jest dla Boga problemem, zrodził się we mnie spokój. Już wiem, że nie muszę walczyć z całym światem, z Kościołem.
Ważne, żebyśmy sami, w środku, dojrzewali do tego, kim jesteśmy. I po to jest ta grupa. Bo jeżeli wiem, że jest jedna, druga, trzecia osoba, która czuje się podobnie jak ja, utwierdzam się w przekonaniu, że moje myślenie nie jest odosobnione. I uznaję, że – jeżeli chodzi o podejście do osób homoseksualnych – to Kościół katolicki się myli. Opiera się na literalnym i oderwanym od kontekstu historycznego tłumaczeniu Biblii, a przecież, jeżeli chodzi np. o niewolnictwo czy prawa kobiet, od takiego interpretowania odszedł.
Karol: Czuję potrzebę celibatu
Byłem ministrantem, prawie kościelnym. Działałem w oazach, scholach. Kiedy uświadomiłem sobie, że jestem gejem, przeżyłem bunt. Nie tylko przeciwko Kościołowi katolickiemu, ale ogólnie przeciwko nauce chrześcijańskiej. Wydawało mi się, że inne Kościoły mają podobny stosunek do homoseksualizmu jak katolicy. A księża katoliccy – miałem wrażenie – żyją w innym świecie. Dla większości ważne jest, że św. Paweł napisał, iż mężczyźni sypiający z mężczyznami nie odziedziczą Królestwa Bożego. I koniec. Nie ma o czym dyskutować.
Zacząłem się interesować tym tematem. Pytałem w cerkwi. Tam też jest tradycjonalistyczne spojrzenie na te sprawy. Ale tu więcej zależy od człowieka. Jest więcej miejsca na dialog. Rozmawiałem z przedstawicielami Kościołów protestanckich. I o ile na świecie takie Kościoły otwierają się na związki homoseksualne, niektóre nawet błogosławią je, o tyle w Polsce jeszcze nam do tego daleko. Duchowni protestanccy boją się rozłamu.
Dowiedziałem się, że jest coś takiego jak teologia starokatolicka. Spotkałem się z księdzem jednego z Kościołów Ekumenicznej Wspólnoty Katolickiej. Obowiązuje w niej zakaz dyskryminacji z jakiegokolwiek powodu. Każdy człowiek, też gej, ma prawo uczestniczyć w pełnym życiu wspólnoty. Przystąpiłem do niej. Nie chodzi tylko o moją orientację. Odpowiada mi podejście liberalnych starokatolików do współczesnego świata. Na przykład bezżeństwo nie może być narzucone z góry. Ja chciałbym zachować celibat. Czuję taką potrzebę.
Maks: Chciałem żyć w związku
Działałem w ruchu Światło – Życie. Początkowo odrzucałem swoją seksualność. Myślałem, że to minie. Ale miałem 16–17 lat i nie mijało. Poszedłem do spowiedzi indywidualnej. Ksiądz powiedział, że to, co czuję, może wynikać z mojego wychowania, z trudnej sytuacji rodzinnej. Zalecił szukać specjalisty. Znalazłem. Podjąłem terapię w celu reorientacji. Tak to się nazywa. W grupie terapeutycznej byłem przez dwa lata. Modliłem się, żeby nie być gejem. Mówiono mi, że jeżeli reorientacja się nie uda, to żeby być prawym chrześcijaninem, będę musiał żyć w czystości.
W międzyczasie przeprowadziłem się do Warszawy na studia. Zamieszkałem w akademiku. Poznałem parę gejów, którzy byli z sobą już od dziesięciu lat. I kiedy zobaczyłem, że są szczęśliwi, że między nimi jest coś więcej niż tylko łóżko, to cała terapia, cała ta reorientacja legła w gruzach. Zrezygnowałem z grupy. Czułem, że chcę żyć w związku. Potrzeba znalezienia kogoś bliskiego była najważniejsza. A kiedy już taką osobę znalazłem, wróciłem do chrześcijaństwa. Szukałem odpowiedzi na pytanie, czy mogę pogodzić moją orientację z religią.
Jestem w Kościele katolickim, ale nie utożsamiam się z nim. Narzucanie osobom homoseksualnym wyzbycia się seksualności uważam za wielki błąd Kościoła. Mój katolicyzm jest w zawieszeniu, ale chrześcijaństwo z całą pewnością nie.
Kazimierz: Staram się wyczuć spowiedników
W innych czasach dorastałem. Już w szkole interesowałem się kolegami. I to mnie denerwowało. Wyznałem to spowiednikowi. Ostrzegł mnie, żebym uważał, bo sodomia – tak powiedział – to najgorsze, co może być. Po jego sugestii zgłosiłem się do seksuologa. To było kilkadziesiąt lat temu. Miałem może 18 lat. Seksuolog pokazywał mi obrazki roznegliżowanej kobiety. Inny wprowadził mnie w hipnozę. Po tych seansach czułem się jeszcze gorzej, miałem nawet samobójcze myśli. Nic z tego leczenia nie wyszło. A trwało lata. Kolejni lekarze, kolejne kliniki. A później przyszedł postęp w nauce i okazało się, że homoseksualizmu w ogóle się nie leczy, bo nie jest chorobą.
I teraz jedyna sprawa, jaka mi została, to pogodzić moją orientację z wiarą. Najbardziej boję się spowiedzi. Staram się wyczuć spowiedników, co mogę powiedzieć, a co nie. W ogóle mówię krótko, raczej nie poruszam tych spraw. Rzadziej też się spowiadam. Ale według mnie w Piśmie Świętym nie ma potępienia homoseksualizmu. Jest potępienie rozwiązłości. W Biblii jest też napisane: “Komu odpuścicie, będzie odpuszczone. Komu zatrzymacie, będzie zatrzymane”. To jedna z podstawowych rzeczy, które mam na względzie, idąc do spowiedzi. Kapłan reprezentuje Chrystusa – jeżeli odpuści mi, to dobrze.
Czy Bóg boi się inności
Po tekście w “Dużym Formacie” do grupy Wiara i Tęcza zgłosiło się kilku rzymskokatolickich księży, którzy zaoferowali swoją posługę, m.in. spowiedź. Maks mówi, że nie traktują homoseksualizmu jak choroby, nie próbują ich nawracać. Grupa była nawet na kilkudniowych rekolekcjach w jednym z rzymskokatolickich zakonów w Polsce. Zaprosił ich tam duchowny.
Karol: – Nie chcę być jakimś wilkiem, który wchodzi gdzieś boczkiem. Chcę wejść główną bramą. Bo przecież nie robię nic złego.
Agnieszka: – Zmiany zachodzą bardzo wolno. Jeżeli dopiero 25 lat temu wykreślono homoseksualizm z listy chorób psychicznych, to proces przekonywania Kościoła katolickiego też musi potrwać. My chcemy rozpocząć dyskusję, bo jako członkowie tego Kościoła mamy takie prawo. Mamy prawo pytać, podważać. Przecież Kościół katolicki to nie tylko papież i hierarchowie, to też wspólnota. Przystępuję do komunii. Św. Tomasz pisał, że sumienie ma pierwszeństwo przed wszystkim. I to, czy mogę przystąpić do komunii, to jest osąd mojego sumienia.
Maks: – Współżycie homoseksualne nie jest grzechem, jeżeli tak jak współżycie heteroseksualne wiedzie ku dobru człowieka. Jeżeli jest to współżycie w miłości, z szacunkiem do drugiej osoby.
Na stronach Wiary i Tęczy kilku innych członków grupy zamieściło swoje opowieści nazwane “świadectwami”. Ze świadectwa Sławy: “Ludzie boją się inności. A czy Bóg boi się inności, jeśli sam je stworzył?”.
Zapraszamy na spotkanie trójmiejskiej grupy Wiara i Tęcza
Jesteśmy grupą polskich chrześcijan i chrześcijanek LGBTQ. Spotykamy się by tworzyć przyjazne środowisko, w którym lesbijki, geje, osoby biseksualne i transpłciowe mogą czuć się akceptowani i akceptowane całościowo, również ze swoją seksualnością, oraz mogą rozwijać swoją wiarę i życie duchowe.
Jeśli jesteś wierzący, wątpiąca, poszukujący lub niewierząca ale chcąca rozwijać swoją duchowość zapraszamy na spotkanie, które odbędzie się 8 listopada 2011 r. o godz. 18.00 w siedzibie Kampanii Przeciw Homofobii w Gdańsku Wrzeszczu, ul Miszewskiego 17
W razie pytań prosimy o kontakt telefoniczny 500–168-166 lub mailowy wiara2011@wp.pl
WiT KPH Trójmiasto
Jak było, a jak jest nacechowane słowo Żyd? Czy to obelga? Określenie, którego należy unikać w imię szacunku (wszak obelgą nadal bywa), a może dumnie używać, ponieważ zostało poddane skutecznemu reclaimingowi, zmieniło swój wydźwięk z negatywnego, pogardliwego, a przez ludzi „na poziomie” unikanego, na neutralny i opisowy? Nie, nie sięgnę tu po Walczące słowa Judith Butler (przeł. Adam Ostolski, Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”, Warszawa 2010)! Chcę tylko – pod pretekstem tego pytania – wskazać wagę kontekstów, intencji nadawczej i odbiorczej, oraz szerokiego spektrum interpretacji określonych wypowiedzi, zarówno prac naukowych, jak i apelatywów. Pozwoli to umotywować moją krytykę jednej książki, i aprecjację drugiej, gdzie obie poświęcone są dość zbliżonej tematyce: to Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów oraz Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945.
Nie miałam okazji sięgnąć po wcześniejsze prace Jana Tomasza Grossa. Rzecz jasna śledziłam publicystykę wokół nich, jeszcze w Poznaniu uczestniczyłam w poświęconej im dyskusji. Ponadto kwestią hamującą moje zainteresowanie tematyką żydowską jest podstawowa dystynkcja, tu ustanowiona przez wierzenia religijne – a mnie odrzucają wszelkie. Jednak ostatnio, podobnie jak współautorka tego bloga, sięgnęłam po Złote żniwa. Gross (jako współpracowniczkę w autorstwie podana jest jego żona, więc nie wiem, czy może należy pisać: Grossowie), pozyskał i zreprodukował zdjęcie, na którym widać ludzi siedzących wokół rozkopanych mogił. Ma być to fotografia spod Treblinki, ukazująca usankcjonowaną, uporządkowaną działalność hien cmentarnych. Gross nie opowiada, że tam i wtedy było właśnie tak, a nie inaczej, tylko bierze ów punkt wyjścia, by relacjonować grabieże (i nie tylko) – jak podpowiada podtytuł – „na obrzeżach zagłady Żydów”. W skrócie, albowiem Złotym żniwom poświęcony już jest poprzedni wpis, autorowi nie chodzi o hitlerowców, lecz o osoby zamieszkujące teren okupowanej Rzeczpospolitej: co mówiło narzucone prawo, co praktykowano, jak pomagano (Gross koncentruje się na niskich pobudkach, czyli: ukrywaniu czy dożywianiu za słonymi opłatami) i jak szkodzono: poprzez upokorzenia, donosy, tortury, przepędzanie, obławy, zabijanie. Jak zachowywano się po wyzwoleniu wobec tych, którzy przetrwali w obozach, tych, którym do końca udało się kryć, tych, którzy wracali w swe dawne miejsca zamieszkania. Gross poświęca rzecz jasna rozdział obojętności oraz antysemityzmowi kleru i Kościoła katolickiego.
Książka asekuracyjnie została przez wydawców nazwana esejem historycznym: dla uniknięcia oskarżeń, że to przecież nie jest „własna” praca badawcza. Zebrane i wykorzystywane są wyłącznie gotowe opracowania, z czego większość pochodzi z ostatnich lat, czyli odkąd problem polskiej odpowiedzialności za zbrodnie przeciw Żydom został nagłośniony w największej mierze przez Grossa właśnie: odkąd znani są jego Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka (Fundacja Pogranicze, Sejny 2000).
To mój kolejny zarzut: koniunkturalizm, odcinanie kuponów od wcześniejszych osiągnięć – i niejednoznacznej sławy. Gross zdaje się ukazywać siebie jako niezłomnego głosiciela gorzkiej i niewygodnej dla Polaków prawdy, napiętnowanego przez tych nietolerancyjnych antysemitów jako wróg publiczny (co potwierdza publicystyka reprezentująca skrajnie prawą stronę sceny politycznej). Wydawnictwu „Znak” nie przeszkadza otaczająca autora antykatolicka fama, wszak na Grossie można zarobić. Opublikowano już zresztą Wokół „Złotych Żniw”. Debatę o ksiażce Jana Tomasza Grossa i Ireny Grudzińskiej-Gross.
„Znak” to mainstream w swojej branży, balans między zaściankowością a kontrowersyjnością, wydawnictwo aktualnie specjalizujące się we wznowieniach przekładów beletrystycznego kanonu współczesności. Publikuje Grossa znanego, zapoznanego, i po tym, jak jego Sąsiedzi zostali wchłonięci w społeczny krwioobieg. Pamiętajmy choćby o ówcześnie urzędującym Prezydencie RP w 2001 roku oficjalnie przepraszającym za zbrodnię w Jedwabnem. Jakkolwiek dla prawej strony tutejszej sceny politycznej był to skandal, upokorzenie Polaków, dowód na to, na czyjej smyczy chadza Kwaśniewski, do kogo się łasi i macha ogonkiem (do dzisiaj wypowiedzi krytyczne i antysemickie są na szczycie listy wyszukiwania frazy Kwaśniewski Jedwabne), i jakkolwiek mnie ten gest wydawał się spóźniony i niewystarczający, dziś należy podkreślać, iż był to rzadki moment, kiedy władze tego kraju zdobyły się na coś godnego szacunku, coś czego jako obywatelka nie muszę się wstydzić. Przez lata, które od tamtych przeprosin minęły, podobnie godne pochwały wydarzenie się nie powtórzyło. W każdym razie to dowód uznania Grossowych racji, mimo warsztatowych wątpliwości, jakie Sąsiedzi budzili. Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści (Znak, Kraków 2008) był już skazany na status bestsellera.
O ostatniej książce zaś z goryczą można rzec, iż „żniwa” to sobie Gross urządził, sięgając po wiele szczegółowych (lecz ze względu na charakterystyczny obieg literatury naukowej niemogących liczyć na dużą popularność) opracowań, na nich, na cudzym wysiłku badawczym opierając swój sukces wydawniczy. Nic wtedy dziwnego, że metodologii tu brak. Jest wzmianka o antropologicznym pojęciu opisu gęstego, ale to chyba jedynie retoryczny sztafaż mający zaimponować odbiorcom niezorientowanym.
Problem, jaki mam ze Złotymi żniwami, to… obojętność. Nie ruszają mnie nienawistność, okrucieństwo, bezduszność, chciwość, bezmyślność czy antysemickie zacietrzewienie, o jakich w książce mowa, ponieważ opisy są z drugiej ręki, rzecz jasna, zamieszczone zgodnie z regułami cytowania. Rzekome „szkalowanie” Polaków przez autora również nie budzi mej pasji polemicznej – o świętym oburzeniu nie wspominając – gdyż nie dość, że jestem bardzo daleka od jakichkolwiek ideowych i retorycznych form gloryfikacji tej grupy (jako ofiar historii czy osobników szczególnie szlachetnych), to jeszcze niemiłe jest mi myślenie o pojęciu „naród” jako definiowalnej, adekwatnej (do czegokolwiek) kategorii poznawczej. Jedyna naprawdę istotna dla mnie rzecz: Gross domaga się przezwyciężenia prymatu liczb i statystyk, pragnie pamięci o każdej skrzywdzonej osobie jako indywiduum, kimś wyjątkowym, kto czuł, przeżywał, cierpiał, kogo udziałem był strach, głód, zimno, kogo raniło lekceważenie, obojętność, kogo pełne prześladowań ostatnie lata życia zakończyła anonimowa śmierć, czyje szczątki były porzucane gdziekolwiek bądź, przeszukiwane… Zaraz zaraz! Tak naprawdę mnie interesuje, wzrusza, bulwersuje to, co miało miejsce przed śmiercią, gdy człowiek – z pełnią szacunku dla nie-ludzkich form życia – jest człowiekiem. To, co się robi z zwłokami, jest istotne tylko dla żywych – ku ich pocieszeniu, satysfakcji, znieczuleniu sumienia, ba, z najbardziej przyziemnego punktu widzenia: dla odsunięcia groźby epidemiologicznej. A jednak to za mało: Gross mnie nie przekonuje na przykład dlatego, że jego wywody nie przewartościowują moich poglądów. Po drugie: nie wierzę, że przewartościowują czyjekolwiek. Ci bowiem, którzy przyznają mu rację, badają, zgłębiają, dopowiadają, edukują, przepraszają już od lat. Osobom nastawionym indyferentnie przychodzi jedynie przełączyć kanał, gdy w telewizji pojawia się ten irytujący temat, gdzieś tam w końcu trafią się utalentowane gwiazdy tańczące na lodzie.
Zetknęłam się również z inną, opublikowaną bardziej „niszowo” (przez Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów) pozycją: Jest taki piękny słoneczny dzień… losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942 – 1945 Barbary Engelking. To już praca oparta na bogatych badaniach własnych, odwołująca się do źródeł historycznych: dokumentów sądowych (archiwa IPN, sprawy głównie z województw warszawskiego, kieleckiego, etc. – słowem, z hitlerowskiej Generalnej Gubernii), zbiorach warszawskiego ŻIH i jerozolimskiego Yad Vashem – by wymienić kilka, plus rzecz jasna literatura przedmiotu.
Autorka chce ukazywać świat wojennego ukrywania się z perspektywy Żydów, i tych, którzy przetrwali, i tych, którzy zginęli. Obficie cytuje relacje jednych ukrywających się o innych, pamiętniki niekiedy odkrywane w gruzach, itp. Każda możliwa do zidentyfikowania osoba otrzymuje godność na kartach tej książki – a „godność” jest przecież staroświeckim synonimem „nazwiska” – tym samym Engelking spełnia najmocniejszy postulat Grossa – w kwestii dopominania się o indywidualizację ofiar więcej już zrobić nie można.
Wszystko opisane jest bardzo systematycznie. Skąd się wzięli szukający pomocy ludzie? Uciekli z miast. Uciekli z gett. Uciekli z transportów. Albo już przed wojną mieszkali na wsiach. Jak się utrzymywali? Znów kilka grup, oczywiście niekoniecznie rozłącznych: spieniężyli przedwojenny majątek; nie spieniężyli, ale stopniowo upłynniali, by opłacić haracze za swe utrzymanie; pracowali nadal w swoich skromnych zawodach (np. krawcy); pracowali gdziekolwiek (np. na roli); byli w pełni zdani na swoich gospodarzy; byli zdani na swój spryt, szczęście i przyrodę. Czemu musieli ukrywać się nawet przed własnymi sąsiadami? Okoliczności wyzwalały najgorsze instynkty. Chłopi wzajemnie sobie zazdrościli – czemu on, a nie ja, się ma bogacić żydowskim złotem? Trzeba na niego donieść. Albo z zięciem sami załatwimy sprawę. (To akurat nie cytat; słowa osób autentycznie zamieszanych w opisywane procedery są po stokroć bardziej drastyczne). Równie dobrze budziły się zadawnione animozje: imperatyw kategoryczny szkodzenia bliźniemu. Kolejny powód: w wioskach niemieckie kontrole nie były częste, ale przed okupantami odpowiadali sołtysi i polska policja. Zaniechanie i niesubordynacja wszelkiego rodzaju dawały powody do karania. Tu uzasadnieniem był strach, owszem. Gross pisał w Złotych żniwach, że Polacy starają się forsować w świecie „usprawiedliwienie”, jakoby w okupowanej Polsce, inaczej niż np. we Francji, za ukrywanie Żydów groziła kara śmierci. Według Grossa to propaganda tuszująca winy. Tymczasem Engelking opowiada o właśnie takim zabijaniu ludzi niosących pomoc, pardon, przyłapanych na niesieniu pomocy. Kończyło się też puszczaniem z dymem gospodarstw. Przy tym potworną rzeczywistością było ochotnicze karanie, np. przez sołtysa albo wioskową grupkę brutalnych osiłków–terrorystów. Autorka mówi, że hitlerowcy byli „na służbie zła”, zaś ci Polacy byli jego „wolontariuszami” (s. 153), szkodzili, dręczyli, zabijali brutalnie, spontanicznie, chaotycznie, chętniej uprawiając „rękodzieło” albo wyszukując improwizowaną broń. Wskazane jest, że w – proszę wybaczyć to określenie – odmętach pamięci narodowej pozostali na powierzchni ci, którym pomagano (s. 17). Tych skrzywdzonych i pokrzywdzonych wyparto. W aktach oskarżeń polskich zbrodniarzy najczęściej bezimienne ofiary określane są jako mężczyźni lub kobiety N. N., ewentualnie dzieci. Oczywiście powojenne losy ocalonych też były dramatyczne, i choć Engelking zatrzymuje się na 1945 roku, cytowane dokumenty sądowe są powojenne. Tedy w przypadku wielu opisywanych procesów Żydzi – świadkowie nie oczekiwali wyroków (albo wyników apelacji): byli już w Izraelu. Ostracyzm czekał ich wybawicieli – wiemy o ludziach, którzy wstydzili się odznaczeń „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”, kryli się z nimi lub je wyrzucali.
W czasach wojny nie mówiono: Polacy i Żydzi, tylko zawsze: chrześcijanie i żydzi. Wydaje mi się, że wprowadzony później przepis ortograficzny „powiększający” wiadomą pierwszą literę jest proizraelski, w sensie politycznym (wskazuje wspólnotę etniczną), nie zaś honoryfikującym (czyli nie podkreśla wyjątkowego szacunku dla wiary religijnej). Przecież nie trzeba wyznawać judaizmu, by być Żydem. Żydem czy Izraelczykiem? Zauważyłam, że w historycznych dokumentach częstym synonimem żyda jest izraelita. W nawiązaniu do konstatacji otwierających dzisiejszego posta, myślę, że to swego rodzaju niegdysiejszy eufemizm, dzisiaj odbierany jako pogardliwy, obok typowo grubiańskich obelg, których przykładów nie będę jednak starała się sobie przypomnieć.
Porzucając dygresję dodam, iż wiadomym jest, że w okupacyjnym antysemickim kontekście z żydowską identyfikacją było dokładnie odwrotnie. Osoby, które z obywateli wieloetnicznego państwa spadły do poziomu podludzi, w większości uważały się za Polaków (s. 154) – nie byli ani syjonistami optującymi za osobnym krajem dla swej wspólnoty krwi i wiary, ani odklejonymi od dowolnej rzeczywistości politycznej i gospodarczej ortodoksami. Celowo piszę w rodzaju męskoosobowym. Z nazistowskiego punktu widzenia Żyd był lepiej rozpoznawalny niż Żydówka. Niezależnie od płci można było mieć wygląd „dobry” bądź „ujemny” – ale to na pierwszy, niekiedy złudny rzut oka. Wydaje się, choć praca Engelking o tym milczy, że we wsiach semicka aparycja nie robiła tak wielkiej różnicy, jak w miastach. W większych skupiskach ludności anonimowość przechodniów, współpasażerów i innych przypadkiem się spotykających osób, sprzyjała ocenie „na oko”. Mieszkańcy wsi znali się nawzajem, wiedzieli, nie musieli szacować i klasyfikować bliźnich na podstawie proporcji części twarzy czy koloru włosów.
U Engelking opisywane są warunki bytowe Żydów: w jakich pomieszczeniach, lub gdzie na polach i w lasach ludzie się chowali, jak dawali sobie radę z głodem, pragnieniem, zimnem, upałem, opadami, dusznością, etc., jak się komunikowali z osobami niemuszącymi się kryć i ze sobą nawzajem. Co dość interesujące, wielkim zagrożeniem była partyzantka: AL, AK, BCh, ktokolwiek. Żydzi często nie rozpoznawali specyfiki poszczególnych ideowych odnóg, zresztą zaiste: co to w ich sytuacji była za różnica?
Na wsiach – wedle relacji dostępnych i przywołanych przez autorkę – nigdy się nie zdarzały brawurowe odbicia podczas transportów. Zresztą główna teza mówi, że to, co się działo, przekracza tradycyjną triadę: kat, ofiara, świadek (np. s. 257). Niemcy rozpisali inne role: ściganej zwierzyny, naganiacza, myśliwego. Żydzi nigdy nie mogli zmienić swego emploi w tym teatrze śmierci, natomiast Polacy bywali i myśliwymi, i naganiaczami, i gapiami. Och, ofiarami też.
Praca Engelking jest socjologiczno-historyczna. Jej mankamentem są aspiracje do wzniesienia się poza tę dziedzinową atrybucję. Mianowicie dla objęcia uroków ludzkiej natury autorka sięga po psychologię. „Na doświadczenie Zagłady można spojrzeć z perspektywy psychologicznej także jako na swoiste laboratorium natury ludzkiej, gdzie ścierają się tkwiące w niej dobro i zło (…). W owym laboratorium rozpoznajemy wyraźnie, że linia oddzielająca dobro od zła jest umowna, a ludzie są nie tyle źli, ile raczej mają dyspozycję do czynienia zarówno zła, jak i dobra” (s. 189). Gdzie indziej przeczytamy: „Zło (…) jest bardziej wyraziste niż dobro, zarówno z punktu widzenia doświadczenia psychologicznego, jak i ze względu na obiektywną szkodę, jaką wyrządza. Doznane dobro nie wymazuje doświadczonego zła (…)” (s. 155, wyróżnienie moje – P.S.). Dalej mowa o tym, jak psychologiczna reguła asymetrii pozytywno–negatywnej uczy nas, że „wpływ przeżyć negatywnych jest silniejszy, niż pozytywnych”, choćby „obiektywnie” plusy i minusy się równoważyły, oraz o tym, dlaczego jest to mechanizm ewolucyjny i efektywny w życiu społecznym (s. 155). W podobnym guście wyjaśniane są takie zjawiska psychiczne jak zawiść i zazdrość (s. 107-108), czy chciwość: „jedna z wielkich namiętności, kierujących ludzkim działaniem” (s. 111).
Drażniący bywa sposób wysławiania się autorki. Co to jest doświadczenie psychologiczne z cytatu przywołanego w poprzednim akapicie? Eksperyment dokonany w ramach dziedziny nauki, która nazywana jest psychologią? Formalnie tak. A może to doznanie w jakiś sposób odciskające się na psychice jednostki? Kontekstowo tak. Innymi słowy, w ferworze kwiecistym autorka przegapiła działanie konwencji każącej mówić o „doświadczeniu psychicznym”, nie psychologicznym.
Podobne wątpliwości budzi we mnie aplikacja licznych innych „uczonych” sformułowań. Engelking pisze – by ograniczyć się do dwóch zaledwie przykładów – o „dedykowanym zabójcom aktom” (s. 227). Cóż za zbędny anglicyzm, by ograniczyć się do wymownego uniesienia brwi. Szczególnie przyciąga uwagę jedno z najchętniej współcześnie nadużywanych określeń, przestrzeń. Słowa: „ukrywanie się w przestrzeni wiejskiej” (s. 101) czy [t]opografia przestrzeni wiejskiej” (s. 85) brzmią niemal karykaturalnie.
Engelking uruchamia mnóstwo tanich, nawet nie religijnych, a dewocyjnych i stereotypowych skojarzeń. Wspomina o wydarzeniach mających strukturę odpowiadającą narracji ewangelii, o gestach ewangelicznych, o Żydzie–tułaczu, o żłóbku, o pustyni… Autorka pisze o tej ostatniej, gdzie ludzie dopraszają się wspomożenia: „Chodzi nie tylko o dosłowny sens – braku pomocy, obijania się o ludzi, ich strach lub niechęć (…). Pustynia ludzka ma także wymiar psychologiczny – jest bezskutecznym poszukiwaniem współczucia oraz nadziei i wiary w drugiego człowieka. W wymiarze topograficznym to doświadczenie włóczęgi, bezdomności, braku schronienia, a w wymiarze duchowym – doznanie najgłębszego cierpienia i egzystencjalnej samotności” (s. 259). Taka narracja nosi znamiona szantażu emocjonalnego, gdyż jako takie odbieram te fragmenty apelujące do chrześcijańskich sumień (należy zarazem zauważyć, iż deprecjonująca deskrypcja tak zwanego doświadczenia pustyni nie jest teologicznie relewantna). I chociaż owe odniesienia czysto religijne powodują tylko kolejny przypływ irytacji z powodu wszechobecności tej retoryki, legitymizującej jedynie słuszny porządek opartego na Biblii świata, to podbudowa treści merytorycznej, która zdecydowanie mówi sama za siebie, nie potrzebuje ciągłych argumentów ad miseriacordiam. Natomiast ktoś, komu i tak brak empatii czy kto jest obojętny wobec akurat tego aspektu czasów Zagłady – i tak przez Jest taki piękny słoneczny dzień nie przebrnie. Jeżeli zaś ktoś ostrzy swe pióro przeciw naukowcom i publicystom dopominającym się pamięci o polskiej odpowiedzialności za udrękę Żydów (czyli współodpowiedzialności za Zagładę), sięgnie raczej po efekciarskiego Grossa i otrzyma wodę na swój młyn. Pozostaje zatem dopominać się o jak najszerszą dystrybucję i recepcję publikacji Barbary Engelking.
Paulina Szkudlarek
Barbara Engelking, Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2011.Wszystkie nieoznaczone cytaty i odwołania pochodzą z tego wydania.
Jak było, a jak jest nacechowane słowo Żyd? Czy to obelga? Określenie, którego należy unikać w imię szacunku (wszak obelgą nadal bywa), a może dumnie używać, ponieważ zostało poddane skutecznemu reclaimingowi, zmieniło swój wydźwięk z negatywnego, pogardliwego, a przez ludzi „na poziomie” unikanego, na neutralny i opisowy? Nie, nie sięgnę tu po Walczące słowa Judith Butler (przeł. Adam Ostolski, Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”, Warszawa 2010)! Chcę tylko – pod pretekstem tego pytania – wskazać wagę kontekstów, intencji nadawczej i odbiorczej, oraz szerokiego spektrum interpretacji określonych wypowiedzi, zarówno prac naukowych, jak i apelatywów. Pozwoli to umotywować moją krytykę jednej książki, i aprecjację drugiej, gdzie obie poświęcone są dość zbliżonej tematyce: to Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów oraz Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945.
Nie miałam okazji sięgnąć po wcześniejsze prace Jana Tomasza Grossa. Rzecz jasna śledziłam publicystykę wokół nich, jeszcze w Poznaniu uczestniczyłam w poświęconej im dyskusji. Ponadto kwestią hamującą moje zainteresowanie tematyką żydowską jest podstawowa dystynkcja, tu ustanowiona przez wierzenia religijne – a mnie odrzucają wszelkie. Jednak ostatnio, podobnie jak współautorka tego bloga, sięgnęłam po Złote żniwa. Gross (jako współpracowniczkę w autorstwie podana jest jego żona, więc nie wiem, czy może należy pisać: Grossowie), pozyskał i zreprodukował zdjęcie, na którym widać ludzi siedzących wokół rozkopanych mogił. Ma być to fotografia spod Treblinki, ukazująca usankcjonowaną, uporządkowaną działalność hien cmentarnych. Gross nie opowiada, że tam i wtedy było właśnie tak, a nie inaczej, tylko bierze ów punkt wyjścia, by relacjonować grabieże (i nie tylko) – jak podpowiada podtytuł – „na obrzeżach zagłady Żydów”. W skrócie, albowiem Złotym żniwom poświęcony już jest poprzedni wpis, autorowi nie chodzi o hitlerowców, lecz o osoby zamieszkujące teren okupowanej Rzeczpospolitej: co mówiło narzucone prawo, co praktykowano, jak pomagano (Gross koncentruje się na niskich pobudkach, czyli: ukrywaniu czy dożywianiu za słonymi opłatami) i jak szkodzono: poprzez upokorzenia, donosy, tortury, przepędzanie, obławy, zabijanie. Jak zachowywano się po wyzwoleniu wobec tych, którzy przetrwali w obozach, tych, którym do końca udało się kryć, tych, którzy wracali w swe dawne miejsca zamieszkania. Gross poświęca rzecz jasna rozdział obojętności oraz antysemityzmowi kleru i Kościoła katolickiego.
Książka asekuracyjnie została przez wydawców nazwana esejem historycznym: dla uniknięcia oskarżeń, że to przecież nie jest „własna” praca badawcza. Zebrane i wykorzystywane są wyłącznie gotowe opracowania, z czego większość pochodzi z ostatnich lat, czyli odkąd problem polskiej odpowiedzialności za zbrodnie przeciw Żydom został nagłośniony w największej mierze przez Grossa właśnie: odkąd znani są jego Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka (Fundacja Pogranicze, Sejny 2000).
To mój kolejny zarzut: koniunkturalizm, odcinanie kuponów od wcześniejszych osiągnięć – i niejednoznacznej sławy. Gross zdaje się ukazywać siebie jako niezłomnego głosiciela gorzkiej i niewygodnej dla Polaków prawdy, napiętnowanego przez tych nietolerancyjnych antysemitów jako wróg publiczny (co potwierdza publicystyka reprezentująca skrajnie prawą stronę sceny politycznej). Wydawnictwu „Znak” nie przeszkadza otaczająca autora antykatolicka fama, wszak na Grossie można zarobić. Opublikowano już zresztą Wokół „Złotych Żniw”. Debatę o ksiażce Jana Tomasza Grossa i Ireny Grudzińskiej-Gross.
„Znak” to mainstream w swojej branży, balans między zaściankowością a kontrowersyjnością, wydawnictwo aktualnie specjalizujące się we wznowieniach przekładów beletrystycznego kanonu współczesności. Publikuje Grossa znanego, zapoznanego, i po tym, jak jego Sąsiedzi zostali wchłonięci w społeczny krwioobieg. Pamiętajmy choćby o ówcześnie urzędującym Prezydencie RP w 2001 roku oficjalnie przepraszającym za zbrodnię w Jedwabnem. Jakkolwiek dla prawej strony tutejszej sceny politycznej był to skandal, upokorzenie Polaków, dowód na to, na czyjej smyczy chadza Kwaśniewski, do kogo się łasi i macha ogonkiem (do dzisiaj wypowiedzi krytyczne i antysemickie są na szczycie listy wyszukiwania frazy Kwaśniewski Jedwabne), i jakkolwiek mnie ten gest wydawał się spóźniony i niewystarczający, dziś należy podkreślać, iż był to rzadki moment, kiedy władze tego kraju zdobyły się na coś godnego szacunku, coś czego jako obywatelka nie muszę się wstydzić. Przez lata, które od tamtych przeprosin minęły, podobnie godne pochwały wydarzenie się nie powtórzyło. W każdym razie to dowód uznania Grossowych racji, mimo warsztatowych wątpliwości, jakie Sąsiedzi budzili. Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści (Znak, Kraków 2008) był już skazany na status bestsellera.
O ostatniej książce zaś z goryczą można rzec, iż „żniwa” to sobie Gross urządził, sięgając po wiele szczegółowych (lecz ze względu na charakterystyczny obieg literatury naukowej niemogących liczyć na dużą popularność) opracowań, na nich, na cudzym wysiłku badawczym opierając swój sukces wydawniczy. Nic wtedy dziwnego, że metodologii tu brak. Jest wzmianka o antropologicznym pojęciu opisu gęstego, ale to chyba jedynie retoryczny sztafaż mający zaimponować odbiorcom niezorientowanym.
Problem, jaki mam ze Złotymi żniwami, to… obojętność. Nie ruszają mnie nienawistność, okrucieństwo, bezduszność, chciwość, bezmyślność czy antysemickie zacietrzewienie, o jakich w książce mowa, ponieważ opisy są z drugiej ręki, rzecz jasna, zamieszczone zgodnie z regułami cytowania. Rzekome „szkalowanie” Polaków przez autora również nie budzi mej pasji polemicznej – o świętym oburzeniu nie wspominając – gdyż nie dość, że jestem bardzo daleka od jakichkolwiek ideowych i retorycznych form gloryfikacji tej grupy (jako ofiar historii czy osobników szczególnie szlachetnych), to jeszcze niemiłe jest mi myślenie o pojęciu „naród” jako definiowalnej, adekwatnej (do czegokolwiek) kategorii poznawczej. Jedyna naprawdę istotna dla mnie rzecz: Gross domaga się przezwyciężenia prymatu liczb i statystyk, pragnie pamięci o każdej skrzywdzonej osobie jako indywiduum, kimś wyjątkowym, kto czuł, przeżywał, cierpiał, kogo udziałem był strach, głód, zimno, kogo raniło lekceważenie, obojętność, kogo pełne prześladowań ostatnie lata życia zakończyła anonimowa śmierć, czyje szczątki były porzucane gdziekolwiek bądź, przeszukiwane… Zaraz zaraz! Tak naprawdę mnie interesuje, wzrusza, bulwersuje to, co miało miejsce przed śmiercią, gdy człowiek – z pełnią szacunku dla nie-ludzkich form życia – jest człowiekiem. To, co się robi z zwłokami, jest istotne tylko dla żywych – ku ich pocieszeniu, satysfakcji, znieczuleniu sumienia, ba, z najbardziej przyziemnego punktu widzenia: dla odsunięcia groźby epidemiologicznej. A jednak to za mało: Gross mnie nie przekonuje na przykład dlatego, że jego wywody nie przewartościowują moich poglądów. Po drugie: nie wierzę, że przewartościowują czyjekolwiek. Ci bowiem, którzy przyznają mu rację, badają, zgłębiają, dopowiadają, edukują, przepraszają już od lat. Osobom nastawionym indyferentnie przychodzi jedynie przełączyć kanał, gdy w telewizji pojawia się ten irytujący temat, gdzieś tam w końcu trafią się utalentowane gwiazdy tańczące na lodzie.
Zetknęłam się również z inną, opublikowaną bardziej „niszowo” (przez Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów) pozycją: Jest taki piękny słoneczny dzień… losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942 – 1945 Barbary Engelking. To już praca oparta na bogatych badaniach własnych, odwołująca się do źródeł historycznych: dokumentów sądowych (archiwa IPN, sprawy głównie z województw warszawskiego, kieleckiego, etc. – słowem, z hitlerowskiej Generalnej Gubernii), zbiorach warszawskiego ŻIH i jerozolimskiego Yad Vashem – by wymienić kilka, plus rzecz jasna literatura przedmiotu.
Autorka chce ukazywać świat wojennego ukrywania się z perspektywy Żydów, i tych, którzy przetrwali, i tych, którzy zginęli. Obficie cytuje relacje jednych ukrywających się o innych, pamiętniki niekiedy odkrywane w gruzach, itp. Każda możliwa do zidentyfikowania osoba otrzymuje godność na kartach tej książki – a „godność” jest przecież staroświeckim synonimem „nazwiska” – tym samym Engelking spełnia najmocniejszy postulat Grossa – w kwestii dopominania się o indywidualizację ofiar więcej już zrobić nie można.
Wszystko opisane jest bardzo systematycznie. Skąd się wzięli szukający pomocy ludzie? Uciekli z miast. Uciekli z gett. Uciekli z transportów. Albo już przed wojną mieszkali na wsiach. Jak się utrzymywali? Znów kilka grup, oczywiście niekoniecznie rozłącznych: spieniężyli przedwojenny majątek; nie spieniężyli, ale stopniowo upłynniali, by opłacić haracze za swe utrzymanie; pracowali nadal w swoich skromnych zawodach (np. krawcy); pracowali gdziekolwiek (np. na roli); byli w pełni zdani na swoich gospodarzy; byli zdani na swój spryt, szczęście i przyrodę. Czemu musieli ukrywać się nawet przed własnymi sąsiadami? Okoliczności wyzwalały najgorsze instynkty. Chłopi wzajemnie sobie zazdrościli – czemu on, a nie ja, się ma bogacić żydowskim złotem? Trzeba na niego donieść. Albo z zięciem sami załatwimy sprawę. (To akurat nie cytat; słowa osób autentycznie zamieszanych w opisywane procedery są po stokroć bardziej drastyczne). Równie dobrze budziły się zadawnione animozje: imperatyw kategoryczny szkodzenia bliźniemu. Kolejny powód: w wioskach niemieckie kontrole nie były częste, ale przed okupantami odpowiadali sołtysi i polska policja. Zaniechanie i niesubordynacja wszelkiego rodzaju dawały powody do karania. Tu uzasadnieniem był strach, owszem. Gross pisał w Złotych żniwach, że Polacy starają się forsować w świecie „usprawiedliwienie”, jakoby w okupowanej Polsce, inaczej niż np. we Francji, za ukrywanie Żydów groziła kara śmierci. Według Grossa to propaganda tuszująca winy. Tymczasem Engelking opowiada o właśnie takim zabijaniu ludzi niosących pomoc, pardon, przyłapanych na niesieniu pomocy. Kończyło się też puszczaniem z dymem gospodarstw. Przy tym potworną rzeczywistością było ochotnicze karanie, np. przez sołtysa albo wioskową grupkę brutalnych osiłków–terrorystów. Autorka mówi, że hitlerowcy byli „na służbie zła”, zaś ci Polacy byli jego „wolontariuszami” (s. 153), szkodzili, dręczyli, zabijali brutalnie, spontanicznie, chaotycznie, chętniej uprawiając „rękodzieło” albo wyszukując improwizowaną broń. Wskazane jest, że w – proszę wybaczyć to określenie – odmętach pamięci narodowej pozostali na powierzchni ci, którym pomagano (s. 17). Tych skrzywdzonych i pokrzywdzonych wyparto. W aktach oskarżeń polskich zbrodniarzy najczęściej bezimienne ofiary określane są jako mężczyźni lub kobiety N. N., ewentualnie dzieci. Oczywiście powojenne losy ocalonych też były dramatyczne, i choć Engelking zatrzymuje się na 1945 roku, cytowane dokumenty sądowe są powojenne. Tedy w przypadku wielu opisywanych procesów Żydzi – świadkowie nie oczekiwali wyroków (albo wyników apelacji): byli już w Izraelu. Ostracyzm czekał ich wybawicieli – wiemy o ludziach, którzy wstydzili się odznaczeń „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”, kryli się z nimi lub je wyrzucali.
W czasach wojny nie mówiono: Polacy i Żydzi, tylko zawsze: chrześcijanie i żydzi. Wydaje mi się, że wprowadzony później przepis ortograficzny „powiększający” wiadomą pierwszą literę jest proizraelski, w sensie politycznym (wskazuje wspólnotę etniczną), nie zaś honoryfikującym (czyli nie podkreśla wyjątkowego szacunku dla wiary religijnej). Przecież nie trzeba wyznawać judaizmu, by być Żydem. Żydem czy Izraelczykiem? Zauważyłam, że w historycznych dokumentach częstym synonimem żyda jest izraelita. W nawiązaniu do konstatacji otwierających dzisiejszego posta, myślę, że to swego rodzaju niegdysiejszy eufemizm, dzisiaj odbierany jako pogardliwy, obok typowo grubiańskich obelg, których przykładów nie będę jednak starała się sobie przypomnieć.
Porzucając dygresję dodam, iż wiadomym jest, że w okupacyjnym antysemickim kontekście z żydowską identyfikacją było dokładnie odwrotnie. Osoby, które z obywateli wieloetnicznego państwa spadły do poziomu podludzi, w większości uważały się za Polaków (s. 154) – nie byli ani syjonistami optującymi za osobnym krajem dla swej wspólnoty krwi i wiary, ani odklejonymi od dowolnej rzeczywistości politycznej i gospodarczej ortodoksami. Celowo piszę w rodzaju męskoosobowym. Z nazistowskiego punktu widzenia Żyd był lepiej rozpoznawalny niż Żydówka. Niezależnie od płci można było mieć wygląd „dobry” bądź „ujemny” – ale to na pierwszy, niekiedy złudny rzut oka. Wydaje się, choć praca Engelking o tym milczy, że we wsiach semicka aparycja nie robiła tak wielkiej różnicy, jak w miastach. W większych skupiskach ludności anonimowość przechodniów, współpasażerów i innych przypadkiem się spotykających osób, sprzyjała ocenie „na oko”. Mieszkańcy wsi znali się nawzajem, wiedzieli, nie musieli szacować i klasyfikować bliźnich na podstawie proporcji części twarzy czy koloru włosów.
U Engelking opisywane są warunki bytowe Żydów: w jakich pomieszczeniach, lub gdzie na polach i w lasach ludzie się chowali, jak dawali sobie radę z głodem, pragnieniem, zimnem, upałem, opadami, dusznością, etc., jak się komunikowali z osobami niemuszącymi się kryć i ze sobą nawzajem. Co dość interesujące, wielkim zagrożeniem była partyzantka: AL, AK, BCh, ktokolwiek. Żydzi często nie rozpoznawali specyfiki poszczególnych ideowych odnóg, zresztą zaiste: co to w ich sytuacji była za różnica?
Na wsiach – wedle relacji dostępnych i przywołanych przez autorkę – nigdy się nie zdarzały brawurowe odbicia podczas transportów. Zresztą główna teza mówi, że to, co się działo, przekracza tradycyjną triadę: kat, ofiara, świadek (np. s. 257). Niemcy rozpisali inne role: ściganej zwierzyny, naganiacza, myśliwego. Żydzi nigdy nie mogli zmienić swego emploi w tym teatrze śmierci, natomiast Polacy bywali i myśliwymi, i naganiaczami, i gapiami. Och, ofiarami też.
Praca Engelking jest socjologiczno-historyczna. Jej mankamentem są aspiracje do wzniesienia się poza tę dziedzinową atrybucję. Mianowicie dla objęcia uroków ludzkiej natury autorka sięga po psychologię. „Na doświadczenie Zagłady można spojrzeć z perspektywy psychologicznej także jako na swoiste laboratorium natury ludzkiej, gdzie ścierają się tkwiące w niej dobro i zło (…). W owym laboratorium rozpoznajemy wyraźnie, że linia oddzielająca dobro od zła jest umowna, a ludzie są nie tyle źli, ile raczej mają dyspozycję do czynienia zarówno zła, jak i dobra” (s. 189). Gdzie indziej przeczytamy: „Zło (…) jest bardziej wyraziste niż dobro, zarówno z punktu widzenia doświadczenia psychologicznego, jak i ze względu na obiektywną szkodę, jaką wyrządza. Doznane dobro nie wymazuje doświadczonego zła (…)” (s. 155, wyróżnienie moje – P.S.). Dalej mowa o tym, jak psychologiczna reguła asymetrii pozytywno–negatywnej uczy nas, że „wpływ przeżyć negatywnych jest silniejszy, niż pozytywnych”, choćby „obiektywnie” plusy i minusy się równoważyły, oraz o tym, dlaczego jest to mechanizm ewolucyjny i efektywny w życiu społecznym (s. 155). W podobnym guście wyjaśniane są takie zjawiska psychiczne jak zawiść i zazdrość (s. 107-108), czy chciwość: „jedna z wielkich namiętności, kierujących ludzkim działaniem” (s. 111).
Drażniący bywa sposób wysławiania się autorki. Co to jest doświadczenie psychologiczne z cytatu przywołanego w poprzednim akapicie? Eksperyment dokonany w ramach dziedziny nauki, która nazywana jest psychologią? Formalnie tak. A może to doznanie w jakiś sposób odciskające się na psychice jednostki? Kontekstowo tak. Innymi słowy, w ferworze kwiecistym autorka przegapiła działanie konwencji każącej mówić o „doświadczeniu psychicznym”, nie psychologicznym.
Podobne wątpliwości budzi we mnie aplikacja licznych innych „uczonych” sformułowań. Engelking pisze – by ograniczyć się do dwóch zaledwie przykładów – o „dedykowanym zabójcom aktom” (s. 227). Cóż za zbędny anglicyzm, by ograniczyć się do wymownego uniesienia brwi. Szczególnie przyciąga uwagę jedno z najchętniej współcześnie nadużywanych określeń, przestrzeń. Słowa: „ukrywanie się w przestrzeni wiejskiej” (s. 101) czy [t]opografia przestrzeni wiejskiej” (s. 85) brzmią niemal karykaturalnie.
Engelking uruchamia mnóstwo tanich, nawet nie religijnych, a dewocyjnych i stereotypowych skojarzeń. Wspomina o wydarzeniach mających strukturę odpowiadającą narracji ewangelii, o gestach ewangelicznych, o Żydzie–tułaczu, o żłóbku, o pustyni… Autorka pisze o tej ostatniej, gdzie ludzie dopraszają się wspomożenia: „Chodzi nie tylko o dosłowny sens – braku pomocy, obijania się o ludzi, ich strach lub niechęć (…). Pustynia ludzka ma także wymiar psychologiczny – jest bezskutecznym poszukiwaniem współczucia oraz nadziei i wiary w drugiego człowieka. W wymiarze topograficznym to doświadczenie włóczęgi, bezdomności, braku schronienia, a w wymiarze duchowym – doznanie najgłębszego cierpienia i egzystencjalnej samotności” (s. 259). Taka narracja nosi znamiona szantażu emocjonalnego, gdyż jako takie odbieram te fragmenty apelujące do chrześcijańskich sumień (należy zarazem zauważyć, iż deprecjonująca deskrypcja tak zwanego doświadczenia pustyni nie jest teologicznie relewantna). I chociaż owe odniesienia czysto religijne powodują tylko kolejny przypływ irytacji z powodu wszechobecności tej retoryki, legitymizującej jedynie słuszny porządek opartego na Biblii świata, to podbudowa treści merytorycznej, która zdecydowanie mówi sama za siebie, nie potrzebuje ciągłych argumentów ad miseriacordiam. Natomiast ktoś, komu i tak brak empatii czy kto jest obojętny wobec akurat tego aspektu czasów Zagłady – i tak przez Jest taki piękny słoneczny dzień nie przebrnie. Jeżeli zaś ktoś ostrzy swe pióro przeciw naukowcom i publicystom dopominającym się pamięci o polskiej odpowiedzialności za udrękę Żydów (czyli współodpowiedzialności za Zagładę), sięgnie raczej po efekciarskiego Grossa i otrzyma wodę na swój młyn. Pozostaje zatem dopominać się o jak najszerszą dystrybucję i recepcję publikacji Barbary Engelking.
Paulina Szkudlarek
Barbara Engelking, Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2011.Wszystkie nieoznaczone cytaty i odwołania pochodzą z tego wydania.
Wspominaliśmy niedawno o powstaniu grup Wiara i Tęcza łączących osoby nieheteronormatywne różnych wyznań. Dziś zapraszamy do Warszawy na zjazd i do uczestniczenia w paradzie pod transparentem grupy.
W sobotę 11 czerwca 2011 w godzinach 10-12.00 odbędzie się w Warszawie pierwsze ogólnopolskie zebranie WiT.
Temat spotkania – „Nasza podwójna tęcza”
Temat wspólnej modlitwy – „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego”
Szczegółowe informacje dla zainteresowanych – barka.202@gmail.com lub telefon +48 604945676
Osoby, które chcą i mogą, udadzą się następnie o godzinie 13,00 na warszawską paradę równości – mamy transparent z naszym logo! Po paradzie – miasteczko równości, można także wziąć udział w modlitwach ze Zjednoczonym Kościołem Chrześcijańskim.
Zapraszamy WiTowców z całej Polski! Do zobaczenia w Warszawie!
Pojawił się majowo-czerwcowy numer “Repliki”. Wraz z nim dla prenumeratorów/ek prezent w postaci książki poświęconej Izabeli Jarudze-Nowackiej „Drogi równości” pod red. B. Maciejewskiej, K. Kądzieli i Z. Dąbrowskiej. A dla nowych prenumeratorów/ek raport „Przemilczani, przemilczane” dotyczący sytuacji osób LGBT na Uniwersytecie Warszawskim. Zasady prenumeraty – patrz poniżej.
Z okładki spogląda Karol Radziszewski, uznany artysta młodego pokolenia, który w wywiadzie opowiada m.in. o tym, co sądzi o sztuce gejowskiej, o nagości i zdradza, jakich facetów najbardziej lubi fotografować.
W numerze także:
- O nowej płycie „Spider Web”, Paradach Równości i uwielbieniu dla Kaliny Jędrusik – rozmowa z Tatianą Okupnik;
- Bóg lesbijek, czyli przyjaciółki i partnerka Darii Chmielewskiej opowiadają o słynnej już mszy po śmierci Darii, a działaczki LGBT mówią o swoim stosunku do wiary i Kościoła katolickiego;
- „Miśki dla początkujących” – o subkulturze gejowskiej, która w Polsce dopiero raczkuje. Klasyfikacja miśków, a na zdjęciach Mister Bear Internet 2010;
- Prezentacja Intergrupy LGBT w Europarlamencie i wypowiedź jedynej Polki będącej członkinią grupy – prof. Joanny Senyszyn;
- Nowy dział „Biznes LGBT”, a w nim prezentacja prowadzonej przez lesbijki firmy budowlanej (BUDLES);
- O „Drogach Równości” poświęconych Izabeli Jarudze-Nowackiej, czyli opowieść o tym, że możemy zmieniać świat na lepsze.
- „Nieobecni” – nowa powieść Bartosza Żurawieckiego o wykluczonych, którzy sami zaczynają wykluczać… cały świat;
- Transakcje: Trzy etapy zmiany płci w Polsce: zmiana prawna, zmiana wizerunku płciowego i korekta płci cielesnej;
- W dziale „Lewica a LGBT”, tym razem Szwecja, kraj Abby i Jonasa Gardella;
- W opiniach: Szypuła o ustawie o związkach partnerskich; Jej Perfekcyjność o Paradzie Równości 2011; Mikołajewska i Paplińska o Turnieju Siatkówki Lesbijek 2011;
- Seriale: „Glee”, „Współczesna rodzina” i „Will & Grace” na DVD oraz Przewodnik Krytyki Politycznej” – „Seriale”.
A poza tym:
- „Lustra i symptomy” Leny Magnone – monografia Marii Konopnickiej prezentująca mało znane fakty z życia poetki;
- CALBiA, czyli Koalicja na rzecz Rozwoju Przedsiębiorczości Lesbijek – nowa organizacja będąca odpowiedzią na rosnącą przemoc wobec lesbijek i osób transpłciowych w Afryce;
- Ikona LGBT – piosenkarka k.d.lang;
- KPH Wałbrzych boksuje się z homofobią;
- Ranking księgarni Bearbook – bestsellery książkowe i filmowe marca i kwietnia 2011;
- W rubryce „Męskie filmy bezkostiumowe” Bartosza Żurawickiego – klasyczne „Powertool” z Jeffem Strykerem;
- Anna Adamczyk kolejną bohaterką “Ludzi KPH”;
- „Piękni, młodzi, kosztowni”, „Kiedy Amor traci głowę”, „Lemon”, „Pluszowe bestie” w nowościach książkowych;
- recenzje teatralne: „Polaroidy” i „Rocky Horror Show”;
- w Stylu stylizacja na niegrzecznego chłopca i dokument „Szalona miłość – Yves Saint Laurent”.
- Szpak, Ciachorowski, Piróg i Grabowski w Czajniku, czyli o orientacjach gwiazd i orientacji na gwiazdy;
„Replika” dostępna jest w najlepszych klubach gej-les, oddziałach KPH w całej Polsce oraz w prenumeracie!
Prenumerata (6 numerów) kosztuje tylko 60 zł. Co dwa miesiące otrzymasz „Replikę” prosto do domu. Wpłat na prenumeratę należy dokonywać na: Kampania Przeciw Homofobii, numer konta: 51 2130 0004 2001 0344 2274 0004, z dopiskiem: Replika – prenumerata (darowizna) oraz podaniem dokładnego adresu do przesyłania magazynu.
“Replika” w internecie: www.replika.kph.org.pl
Najnowszego i archiwalnych numerów szukaj na allegro.pl
W naszym działaniu rozpowszechniamy wiedzę, która pomaga pogodzić fakt bycia osobą LGBTQ z wiarą i przynależnością do Kościoła, bez żądania wyrzeczenia się swojej seksualności. Mamy świadomość, że poglądy związane z akceptacją związków jednopłciowych oraz związków osób transpłciowych – różnią się od aktualnego nauczania Kościoła katolickiego, Kościoła prawosławnego oraz części Kościołów protestanckich. Przez wieki liczni chrześcijanie zmagali się [czytaj dalej..]
Musiało minąć kilka dni zanim ochłonęłam z emocji, zarówno tych po śmierci, jak i tych z mszy, żebym czuła się gotowa do napisania tego tekstu. Wiele osób po przeczytaniu listu do księdza Andrzeja nie wiedziało o co chodzi i dlaczego został napisany. Pora wyjaśnić. Daria „Jedyna” Chmielewska była znaną działaczką lesbijską: prowadziła portal Lesbijka.net, organizowała [czytaj dalej..]
Wielebny Księże Proboszczu, w dniu 11 marca br. odprawiał Ksiądz mszę żałobną za zmarłą Darię Chmielewską. Przyszłyśmy i przyszliśmy do kościoła okryte i okryci smutkiem i żalem po jej stracie. Tego wieczora przyszłyśmy i przyszliśmy do kościoła, mimo, że wiele z nas nie jest członkiniami i członkami Kościoła lub przestałyśmy/przestaliśmy uczestniczyć we mszach. Przyszliśmy i [czytaj dalej..]
Drogi Katoliku, Dziękuję za Twoje starania, aby mnie edukować w kwestiach praw boskich. Nauczyłam się bardzo wiele i staram się dzielić tą wiedzą dalej. Kiedy ktoś próbuje bronić swojego homoseksualnego stylu życia, biorąc pierwszy przykład z brzegu, przypominam mu Księga Kapłańska 18:22, która jasno mówi, że to skandal i nie należy na to pozwalać. Koniec [czytaj dalej..]
Zapraszamy do grupy wsparcia dla chrześcijan ze środowiska LGBT oraz ich rodzin i przyjaciół. Parę słów o nas Odcinamy się zdecydowanie od grup typu „Odwaga”, mających na celu nakłanianie do zmiany orientacji seksualnej lub życia w seksualnej abstynencji. Uważamy takie postępowanie za nieetyczne i niezgodne z aktualnym stanem wiedzy naukowej. Jesteśmy przekonani, że oparte na miłości [czytaj dalej..]
Wyobraź sobie taką sytuację. Jesteś osobą głęboko wierzącą, katolikiem. Chcesz żyć zgodnie z przykazaniami swojej religii i zasłużyć na wieczną nagrodę po śmierci. Są pewne zasady, które mówią Ci jak tego dokonać. Jednak coś, co jest absolutnym fundamentem Twojego życia, nie zgadza się z naukami przewodników duchowych. Coś, czego nie potrafisz w sobie zdusić, uciszyć; [czytaj dalej..]
girl with teddy bear from Crestock Stock Images Po Marszu Równości w Krakowie otrzymałam maila od pewnego Człowieka. Napisał, żeby nie przesadzać z tą wiernością – rozumianą jako wyłączność seksu w związku dwóch osób. Że nie każdy ma do niej predyspozycje. Że ludzie mogą być równie szczęśliwi bez tej wyłączności, pod warunkiem uczciwego informowania partnera [czytaj dalej..]
Byłam u mądrego księdza. Poszłam porozmawiać o moich poglądach i działalności.No, no, nie bójcie się! Nie miałam zamiaru zmieniać zdania w przypadku braku akceptacji… (zdanie mogę zmienić tylko pod wpływem własnego przekonania). Opowiedziałam o udziale w marszach równości, transparentach, o liście protestacyjnym do księdza Rektora Papieskiego Uniwersytetu Teologicznego w Krakowie, o blogu i o poglądach. [czytaj dalej..]
Flag of the USA from Crestock Stock Photos Świeża porcja informacji ze świata. Dużo, jak zawsze, ze Stanów zjednoczonych. USA: Znaleziono i zatrzymano trzy sprawczynie rzekomego napadu i porwania na lesbijkę Cheyenne Williams. 16 sierpnia dwie 18 latki i jedna 17 latka zaprowadziły Cheyenne nad klif, gdzie obezwładniły, biły kijem, zawiązały łańcuchem i groziły, że [czytaj dalej..]
Kolejna garść informacji ze świata. Jak widać – związki partnerskie nadal gorącym tematem. Wielka Brytania: 20 lat temu miał wielki coming out. Prawdziwy szok spowodował jednak tydzień temu, gdy ogłosił, że już nie jest homoseksualistą. O kim mowa? o pilocie helikoptera Patricku Muirheadzie. Odmienił go widok ojca z synem fryzjera. Po tym przeżyciu poszedł do [czytaj dalej..]
Homoseksualność Kilka procent ludzi jest orientacji homoseksualnej, taka jest ich natura. Przyczyny nie są do końca wyjaśnione, obecnie prowadzone jest dużo badań naukowych (teorie genetyczne, hormonalne, neurorozwojowe, wpływ środowiska). Odpowiedź w swoim czasie będzie znana. Obecnie nie jest konieczna do praktycznego postępowania. W szkołach średnich wszyscy uczniowie powinni być rzeczowo informowani na temat tego zjawiska. [czytaj dalej..]
Witajcie! Jestem kobietą, rocznik 1961. Używam pseudonimu dr Mouse . Mam męża i troje dzieci, tak więc można by mnie zaliczyć do ludzi heteroseksualnych (chociaż przyznaję się do fragmentów dwóch liter ze skrótu LGBT). Z zawodu jestem lekarzem medycyny. Jestem osobą wierzącą i należę do Kościoła katolickiego (Kk) z własnego głębokiego przekonania. Byłam w tym [czytaj dalej..]