Archiwum dla kategorii: ‘podróże’

Xue Xinran, „Dobre kobiety z Chin”, Fabienne Verdier, „Pasażerka ciszy”

Chiny, kraj wciąż w ogromnej mierze nieznany, tajemniczy i w pewnym sensie również złowrogi, oglądany pod różnymi kątami, to wdzięczny temat dla literatury zaangażowanej, i niewątpliwie ukazuje się sporo godnych uwagi książek, szczególnie socjologizujących reportaży na jego temat. Ostatnio miałam okazję przeczytać dwa, opublikowane nakładem wydawnictwa W.A.B. w serii Terra Incognita: Xue Xinran, Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia, oraz Fabienne Verdier, Pasażerka ciszy. Dziesięć lat w Chinach.

Xue Xinran była na początku lat dziewięćdziesiątych dziennikarką radiową, która w swoim nadawanym późna porą programie, „Słowa na wieczornym wietrze”, poruszała kwestie kobiece, i była w tym pionierką. Po paru latach, w 1997 roku, wyjechała do Anglii, gdzie pracowała w jednym z ośrodków studiów azjatyckich. Zdecydowała się opublikować swoje radiowe opowieści w formie książkowej. Autorka nie kryje swego warsztatu. Wspomina, w jaki sposób pozyskiwała tematy, dokąd jeździła, kto do niej pisał, kto dzwonił, co się działo za kulisami, wśród koleżanek i kolegów z redakcji, etc. Opowiada o swoich reakcjach na poznawane historie, jak również o swojej szokującej – w świetle jej własnych przeżyć z przeszłości – naiwności.

Porusza wszelkie „dyżurne” tematy feministyczne, charakterystyczne dla wczesnego etapu świadomości konieczności emancypacji. Uwzględnijmy także chińską specyfikę. Czytamy zatem historię dzieci „reedukowanych”, prześladowanych za domniemane winy rodziców w epoce rewolucji kulturalnej. Czytamy o nieszczęśliwych zamążpójściach. O parach rozdzielanych przez władze na długie dziesięciolecia. O profesorach zsyłanych do najbardziej zapadłych prowincjonalnych wiosek. Wyjaśnijmy – prowincjonalna wioska równa się kompletnemu upokorzeniu i deklasacji.

Potem czytamy o zmienionych już Chinach: o tygrysicy biznesu, z sercem złamanym przez wiarołomnego partnera (dodajmy, że w swoim czasie cudzołóstwo, czyli związki niezawarte jako śluby za zezwoleniem organizacji partyjnej, było przestępstwem). O wartości dziewictwa. O powinnościach rodziców wobec dzieci i vice versa. O próbie zalegalizowania chińskiego stowarzyszenia homoseksualistów.

Zebrane relacje, wspomnienia, zwierzenia, układają się w obraz upiorny. Prześladowania, niszczenie dorobku myśli i zasobów materialnych, rozbijanie rodzin – ze strony rewolucjonistów. Jednocześnie kultywowanie mizoginicznych tradycji, wiara w przesądy i samopotwierdzające stereotypy…

Dziennikarka, świadoma wieloletnich praktyk spychania intelektualistów na sam dół drabiny społecznej, dziwi się, gdy kobietami znakomicie wykształconymi okazują się na przykład zbieraczka śmieci, która żyje na ulicy (rozdział „Śmieciarka”) i stara wieśniaczka, w ramach reedukacji wygnana z akademii muzycznej i zmuszona do małżeństwa z przypadkowym chłopem, życia z pracy fizycznej, w osadzie pod partyjną kontrolą. Kiedy się nad tym zastanowić, wydaje się, że Xinran wypierała możliwość, iż podobnego degradującego, odbierającego materialne podstawy bytu i prestiż mogłoby się przydarzyć także i jej. Czuć, że powierniczki Xinran nigdy wcześniej nie miały z kim porozmawiać – tak, powiernictwo bywa wzajemne. Dziennikarka i wysłuchuje, i obnaża się sama (w rozdziale „Dzieciństwo, którego nigdy nie zapomnę”).

Niektóre z życiorysów oceniamy jako dobrowolne lub pełne rezygnacji poddanie się tokowi wydarzeń, które były do uniknięcia, na przykład przy ciut większej autorefleksyjności czy dzięki aktom obyczajowego nonkonformizmu. Inne epatują grozą sytuacji wszelkiego rodzaju zastraszenia, zniewolenia, przymusu, szantażu, przemocy, czy nieopisywalnej nędzy. Autorka przez długi czas nie zawadzała władzom. Pracowita, chętnie przyjmowana we wszystkich miejscach, w których zbierała materiały do programów, awansująca w radiowej hierarchii. Zdarzało się jednak, że odmawiano jej zgody na emisję audycji na określony temat, na przykład o wpędzeniu w chorobę psychiczną córki generała Kuomingu („Córka kuomintangowskiego generała”). Trafiały się też problemy z cenzurą „na żywo”, na przykład gdy do programu zadzwoniła kobieta domagająca się depenalizacji homoseksualizmu i szacunku dla homoseksualistów, a co więcej, wymuszająca na prowadzącej sformułowania opinii w tych kwestiach (rozdział „Kobieta, która kochała kobiety”). W przypadku owej rozmowy telefonicznej nie zadziałała aparatura opóźniająca emisję. Xinran nie mogła na antenie zbyć rozmówczyni, dowodząc wobec rzesz słuchaczy funkcjonowania cenzury, nie chciała też podpaść przełożonym. W kontrolce oddechy wstrzymywała cała ekipa radia, łącznie z dyrektorem.

Autorka porusza jeszcze jeden obowiązkowy, klasyczny feministyczny temat: kobiety i religia („W co wierzą Chinki”). W przypadku Chinek, z którymi rozmawiała, raziła bezrefleksyjność i interesowność wynikająca nie z potrzeb duchowych, a z koniunkturalizmu. Na przykład respondentki mówiły, że warto zostać chrześcijaninem, bo chrześcijan jest na świecie tak wielu, „że coś w tym musi być”, albo że modlą się ludzie starzy i biedni, czyli ci, którzy mają o co prosić: „Jeśli się wzbogacę, nie będę niczego wyznawać. A jeśli dalej będę taka biedna, to zacznę” (odpowiednio s. 115 i 116).

Dobre kobiety… czytałam z przerażeniem walczącym o lepsze z ulgą. To mnie nie dotyczy, to nie nasz świat. Lektura była tym ciekawsza, że niewiele wcześniej miałam okazję przeczytać Pasażerkę ciszy, wspomnienia Fabienne Verdier, młodej absolwentki francuskiej uczelni artystycznej, która uznała, że fascynuje ją malarstwo chińskie i po przeczytaniu jednego klasycznego chińskiego traktatu filozoficznego wystarała się o stypendium w Syczuanie. Była tam przez dziesięć lat. Wpierw w miejscu, w którym ją umieszczono, czyli w akademii sztuk pięknych, w której deprecjonowano dawne osiągnięcia artystyczne i zniechęcano do kontynuacji tych dróg, potem uczyła się od zapomnianych emerytowanych profesorów. Stopniowo nauczyła się języka, towarzyska i otwarta, pozyskiwała znajomości i przyjaźnie, jednak – z odbiorczego punktu widzenia – bardzo komplikowała życie osobom odpowiedzialnym za jej pobyt, wszędzie się wyróżniała (siłą rzeczy, jako Francuzka) i przyciągała uwagę. Nieprawdopodobnie razi jej ignorancja (kompetencje ogólnokulturowe) i pretensjonalność: snobistyczne powoływanie się na przypadkowo dobierane i wyrwane z kontekstu lektury, powierzchowność sądów, wybujałe aspiracje kamuflowane pokorą wobec „starożytnej wiedzy i sztuki”, słowem, dziecinada.

Jednak opisy Verdier oddają fascynujące i przerażające realia Chin sprzed ćwierćwiecza zarówno jeśli chodzi o materialne podstawy bytu, jak i organizację społeczną.

Xinran wspominała, że impuls do publikacji Dobrych kobiet… dało jej czyjeś stwierdzenie o tym, jakoby w Chinach panowało równouprawnienie kobiet i mężczyzn. Pierwsza myśl: któż mógł dokonać takiej „oceny” na podstawie faktu noszenia przez wszystkich obowiązkowych, niwelujących gender „mundurków”? Druga myśl: łatwo obśmiać ignorancję, trudniej ją rozproszyć. Zarówno Xinran, jak i Verdier opowiadają o świecie definiowanym przez rozbudowane struktury hierarchizujące ludzi, oczywiście ukazując bezmiar krzywd. Co łączy te dwie relacje, to uświadamianie – mimochodem – skali triumfu propagandy. Obie autorki u startu nie zdawały sobie sprawy z tego, jaka jest realna sytuacja w Chinach, niemal na wiarę biorąc oficjalne przekazy. Zdobywanie lepszej orientacji współzachodziło ze staraniami o poszerzenie przestrzeni własnej swobody, wpierw dość „na oślep”, potem z coraz większą empatią wobec osób, które mogły ponosić represje owych cudzych starań.

Verdier opisuje ponadto swoje – lekkomyślne podejmowane – podróże na prowincję, na tereny zamieszkiwane przez mniejszości etniczne, nawet nie tyle zmarginalizowane co spisane na straty czy metodycznie wyniszczane. Zauważmy, iż w czasie chińskiej dekady „pasażerki ciszy” światowa opinia publiczna była już poruszona wiedzą o prześladowaniach Tybetańczyków. Dzięki działalności XIV Dalaj Lamy była to tematyka poruszana na forach poświęconych obronom praw człowieka, tylko bądź samej Verdier nieznana, bądź celowo przez nią pomijana. Malarka do dzisiaj zachowuje dobre kontakty z Chinami (ergo chińskimi władzami), i może z rozmysłem unikać w swych publikacjach tematów klasyfikowanych przez Chiny jako kontrowersyjne.

Xinran z kolei interesująco balansuje pomiędzy rejestrowaniem historii jednostkowych a ogólnospołeczną a nawet polityczną skalą systemowych represji. Z pozoru jest idealistką, ale jej umocowanie zawodowe daje jej pewną moc sprawczą. Zresztą gdy Verdier podróżuje po terenach, w których zachowały się specyficzne zwyczaje, widzi jedynie folklor i popełnia gafę za gafą, co pociąga za sobą dość poważne konsekwencje… dla osób jej towarzyszących. Kiedy zaś Xinran jedzie do biednej osady na Wzgórzu Wołania, robi to w ramach pewnego rodzaju konwoju pomocowego. Chodziło tam wprawdzie o – pardon, taka idea przyświecała misji – cywilizowanie zakątków zapomnianych przez rewolucję, jednak Xinran jest pokorną obserwatorką, niezostawiającą za sobą zgliszcz.

Polaryzacja, to jest pochwała postawy Xinran i deprecjacja Verdier, byłaby niesprawiedliwa, tu potrzeba balansu. Jednak od strony podejścia życiowego Pasażerka ciszy budzi więcej moralnych oporów. Dodajmy, że autorka pojęła się później pracy w ambasadzie, z jednej strony legitymizując chiński porządek świata, z drugiej podkopując go swoimi niekonwencjonalnymi działaniami, sprawiając kłopoty osobom trzecim. Po upływie zatrudnienia w służbach dyplomatycznych powróciła do Francji i poświęciła się malarstwu.

Wnioski z obu lektur nie mogą być odkrywcze: Chiny to kraj kontrastów. Rozwarstwienie i nierówności społeczne były bolączkami i przed Mao Zedongiem, i za rewolucji kulturalnej w późnych latach 1960., i po jej najcięższej fali, i po otwarciu się na kapitalizm, przy czym dojmująco brakuje krytyki niesprawiedliwości, i przeciwdziałania jej. Pierwszym krokiem ku temu może być rozpoznanie tematyki, na przykład próba diagnoz opartych na herstoriach (choć przyznam, że bardzo nie lubię tego terminu). Xinran wyszła z nimi ku odbiorcy zachodniemu, po tym, jak wzbogaciła swą perspektywą poznawczą udziałem w życiu społeczeństwa demokratycznego i przynajmniej w pewnej mierze starającego się respektować jednostkowe prawa i wolności. Daleka od mitologizacji i pseudomistycznych uniesień, wypowiada się w sprawach zasadniczych, porusza świadomość czytelników. Nie kieruje się marzeniem o samorozwoju, ale jak najlepiej rozumianym interesem zbiorowym.

Przywołajmy słynne słowa bell hooks dotyczące akademickich narracji werbalizujących przeżycia podmiotów podporządkowanych obcej sobie władzy ekonomicznej, przekształcającej się we władzę retoryczną i ideową: „No need to hear your voice when I can talk about you better than you can speak about yourself”*. Xinran nie ukazuje „dobrych kobiet z Chin” z pozycji swej wyższości. Jest jedną z nich, jej własna historia jest również wstrząsająca. Dostała szansę, by stać się rzeczniczką „głosów z ukrycia” (tak – przypomnijmy – brzmi podtytuł książki), i szansę wykorzystała.

Paulina Szkudlarek

Xue Xinran, Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia, przeł. z angielskiego Katarzyna Kulpa, W.A.B., Warszawa 2008.
Fabienne Verdier, Pasażerka ciszy. Dziesięć lat w Chinach, przeł. Krystyna Arustowicz, W.A.B., Warszawa 2007.

*Cytowany artykuł bell hooks ukazał się pod tytułem Margines jako miejsce radykalnego otwarcia w przekładzie Ewy Domańskiej, w „Literaturze na Świecie” nr 01-02/2008.

Data wpisu: 26 listopada, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Julia Child, współpraca: Alex Prud’Homme, „Moje życie we Francji”

Kiedy na początku najnowszego filmu Woody Allena O północy w Paryżu poznajemy Strasznych Amerykańskich Przyszłych Teściów głównego bohatera (granego przez Owena Wilsona), miałam wrażenie, że rozpoznaję w nich współziomków Julii Child, których spotykała podczas swoich pobytów w Europie. Autobiograficzną książkę Julii Child (autorki żyjącej w latach 1912-2004) i najnowszy film Allena łączy nie tylko to, że akcja obu opowieści dzieje się w Paryżu. Oboje autorzy za pomocą swoich dzieł niewątpliwie starali się choć trochę przełamać stereotyp prowincjonalnego Amerykanina zapatrzonego w swoją ojczyznę jako raj kompletny i ostateczny. Część bohaterów Allena to ludzie aroganccy, nieprawdopodobnie ignoranccy, niewidzący niczego poza ukochanymi Stanami Zjednoczonymi, niemający kompletnie pojęcia o jakichkolwiek ideach intelektualnych – bardzo przypominali niektórych znajomych Julii, a także jej ojca, z którym Julia przez całe życie nie była w najlepszych stosunkach. O ile Allenowi nie udaje się jednak wyjść poza pretensjonalne uniki i popadanie w jeszcze gorsze stereotypy, Child znakomicie prezentuje się jako otwarta i chłonąca nowości nowoczesna kobieta. Co istotne, widzimy, jak ona sama wyzbywała się stereotypowych przedsądów: „(…) za sprawą artykułów w „Vogue” i hollywódzkich filmów, skłonna byłam sądzić, że Francja to kraj elegantów, gdzie wszystkie kobiety są filigranowymi i wytwornie ufryzowanymi złośliwymi stworzeniami, a wszyscy mężczyźni dandysami à la Adolphe Menjou, którzy raz po raz podkręcają wąsa, podszczypują dziewczęta i spiskują przeciwko amerykańskim prostaczkom” (s. 21, pisownia oryginalna).

Ale skąd w ogóle wspomnienia Julii Child w moich lekturach?

…Kiedy tylko poczujemy zmęczenie myślą, że jedzenie stało się gigantycznym przemysłem, w którym przyjemność smakowania, biesiadowania zanika na rzecz wyliczania wartości odżywczych przez dietetyków i gaży dla gwiazd kucharzenia, które nie zawsze gotują naprawdę, warto spojrzeć na początki obecności programów kulinarnych w telewizji, na czas, gdy przepisy kuchenne były często tajemnymi recepturami, i jedynie kucharze i kucharki znali i przekazywali sobie sekrety odpowiednich proporcji, przypraw, ingrediencji i składników. Warto przypomnieć sobie o kimś, dla kogo gotowanie było prawdziwą przyjemnością, pasją, sposobem życia, a nie tylko dochodowym biznesem.

Książki Julii Child nie napisała Julia Child. Za olbrzymi sukces wspomnień Julii odpowiada redaktor jej wspomnień i krewny, Alex Prud’Homme (Julia to jego cioteczna babka). W 2004 roku Julia i Alex zaczęli spotykać się, by spisać wspomnienia Julii z jej ulubionego okresu w życiu, gdy razem z mężem, Paulem Childem, w latach 1948 – 1954 mieszkali w Paryżu i w Marsylii. „Jest to książka o największych miłościach mojego życia: moim mężu, Paulu Childzie, la belle France oraz rozlicznych przyjemnościach gotowania i jedzenia”, czytamy we wstępnych partiach. Początkowo Prud’Homme próbował nagrywać słowa Julii na magnetofon, ale urządzenie rozpraszało ją. Skupił się zatem na spisywaniu jej opowieści, czytaniu listów, które Julia pisała do rodziny i przyjaciół, pracował również z wieloletnią redaktorką książek Julii, Judith Jones, która jako pierwsza dostrzegła potencjał bestsellerowy w projekcie Julii.

Moja pierwsza myśl o książce zredagowanej przez krewniaka Julii sprowadzała się do westchnienia: no tak, spadkobiercy do praw autorskich jej książki zauważyli, że produkt „Julia Child” jest już jedynie kuchennym dinozaurem. Należy więc coś wymyślić, aby produkt stworzyć na nowo, ładniej opakować i sprzedać ponownie. Nie da się wypromować ponownie Julii jako mistrzyni francuskiej kuchni, warto więc przedstawić to, co do tej pory chroniła, czyli prywatność i wspomnienia, pokazać Julię jako człowieka. Hurra, udało się! Kupiłam! Książka, która stanowi efekt współpracy z Prud’Homme, jest znakomitą, napisaną niezwykle lekkim piórem, sympatyczną, ciepłą, pełną ciekawostek i oczywiście przede wszystkim – pasji, opowieścią o szalonym życiu jeszcze bardziej szalonej młodej Amerykanki w Paryżu.

Jestem zatem pod wielkim wrażeniem tego, co wykreował Prud’Homme. Podczas lektury miałam wrażenie, że słyszę głos narratorki – upozowanej po trochę na idealną panią domu z reklam z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych a troszkę na towarzyszkę imprez Holly Gholightly. Zwariowana i jednocześnie świetnie zorganizowana. Pełna energii, z którą przemierza europejskie miasta z uśmiechem, gotowa na niespodzianki, które okiełzna poczuciem humoru i dystansem. Jak jednak było naprawdę? Według Julii Child, kobiety w jej czasach, głównie Amerykanki należące do klasy średniej, nie miały pojęcia o gotowaniu, które w ogóle nie leżało w polu ich zainteresowań. Kupowanie produktów spożywczych i przygotowywanie posiłków to było zajęcie służących i kucharzy. Wiele amerykańskich rodzin w czasach przedwojennych i powojennych, jak wspomina Julia, zatrudniało europejskich kucharzy, którzy często wzorowali się na ideale francuskiej kuchni. Niezdrowe, tłuste i wysokokaloryczne, smażone w dużej ilości tłuszczu jedzenie, które pojawiało się na amerykańskich stołach, wg Julii pochodziło od kucharek afroamerykańskich. Z taktem należnym pogodnej i w miarę beztroskiej rozrywce, w książce nie wspomina się, dlaczego akurat te kobiety znały przepisy głównie na potrawy dostarczające energii ludziom pracującym bardzo ciężko fizycznie.

Wspomnienia Julii Child są absolutnie rozkoszne. Bawi nawet stopień zafałszowania i „słodzenia” obrazów, które – jak sądzę – są dziełem głównie redaktora książki. Przypominam: oto Julia zjawia się z mężem we Francji zaraz po drugiej wojnie światowej, jednak niewiele tam refleksji na temat potworności światowego konfliktu zbrojnego. Właściwie tamta wojna była dla Julii i jej męża egzotyczną przygodą, pracowali razem w Azji (dla armii amerykańskiej na Cejlonie), a potem zjawili się w Paryżu, by nieść Europie pozytywne przesłanie na temat globalnej roli i zasług Stanów Zjednoczonych. Paul, pracownik amerykańskiego urzędu propagandy, był odpowiedzialny za popularyzację i utrwalanie jak najbardziej afirmatywnego obraz swej ojczyzny wśród alianckich sojuszników. Biorąc pod uwagę wspomnienia Julii, w Paryżu na pewno wybrali dobrą drogę zacieśniania przyjaźni amerykańsko–francuskiej zapoznając się z wyśmienitą kuchnią francuską i imprezując z interesującymi osobami. Poznali m. in. małżeństwo Baltrusatisów, zaglądała do nich Alicja B. Toklas, spotykali się z krewnym Hemingwaya, wpadali w restauracjach na Colette, etc., jednak to żadna rewia znanych nazwisk, a wspomnienie autentycznych przyjaciół. Niemal cukierkowa tonacja książki staje się groteskowa, gdy Julia i Paul po pobycie w Paryżu i Marsylii zostają przeniesieni z racji awansu pana Childa do Niemiec – Plittersdorfu. Julia zręcznie omija wszelkie smutne i poważne tematy, skupiając się na słusznej skądinąd uwadze, że absolutnym koszmarem było życie w kopii amerykańskiej prowincji, i że niesłusznie Amerykanie ignorowali miejscową kuchnię, sprowadzając absolutnie wszystko z USA. To zresztą nie był jedynie wybryk starych dobrych czasów. Kiedy czytałam – mniej więcej miesiąc temu – o jakiejś amerykańskiej jednostce stacjonującej w małym polskim mieście, dowiedziałam się, że olbrzymią popularnością wśród Amerykanów cieszyły się pierogi – ich kucharz używał na miejscu w jednostce… amerykańskich jajek w proszku. Nie zdziwiłabym się gdyby sprowadzali ze Stanów również wodę pitną!

Julia na początku boi się „życia w kraju potworów”, jak określa Niemcy. Ale kiedy próbuje miejscowego piwa w Plittersdorfie, a potem wędzonej kiełbasy i kiszonej kapusty, dochodzi do wniosku, że tam, gdzie jest tak dobre jedzenie, zło jest niemal niemożliwe. „Znów nas zaskoczyło, jak bardzo sympatyczni są Niemcy. Usiłowałam pogodzić jakoś obrazy Hitlera i obozów koncentracyjnych z tymi miłymi obywatelami. Czy to naprawdę ci sami ludzie, którzy kilka lat temu pozwolili Hitlerowi sterroryzować świat?” (s. 296). I to mimo pysznej kiełbasy i kiszonej kapusty, sacrebleu! Jednakże fragmenty o pobycie w Niemczech nie są, wbrew pozorom, świadectwem totalnej naiwności czy głupoty Julii. Wydaje się raczej, że na siłę próbowała wydobyć wszystkie pozytywne strony przebywania w małym miasteczku, klonie amerykańskiej „dziury zabitej dechami”. Pobyt w dość smutnym, nudnym i brzydkim miejscu, które na dodatek nie obfitowało w sympatyczne towarzystwo (Julia unikała przebywających tam Amerykanów jak tylko mogła), był niewątpliwie przygnębiającym doświadczeniem. W innych fragmentach książki powściągliwie, ale zdecydowanie krytykuje makkartyzm i „polowanie na czarownice”, które rozpoczęło się w Ameryce w 1950 roku (o tym niżej), chwali liberalizm i ubolewa nad przemianami w amerykańskiej polityce, które doprowadziły wedle niej do pogorszenia stosunków USA z państwami Europy Zachodniej.

Ciekawe są opinie Julii o zatrudnieniu Paula, który jako pracownik propagandy dbał o PR USA w Europie i przygotowywał grunt do wprowadzenia Planu Marshalla. Kiedy organizował z amerykańskim attaché kulturalnym rozmaite wystawy sztuki współczesnej, „musiał być zarazem dyplomatą, panienką lekkich obyczajów i łobuzem, bo tylko taka kombinacja pozwalała skutecznie lawirować między diametralne różnymi stylami francuskiej i amerykańskiej biurokracji” (s. 144). Paul nazywał Amerykanów „panienkami Planu Marshalla”. Czytamy o zderzeniu dwóch zupełnie innych podejść do życia i organizacji. Właściwie do opisu Francuzów pasuje zestaw cech: indywidualizm, lekceważenie procedur, przepisów, opór stawiany dyktatowi „produktywności i zyskowi”. Według Julii typowy Francuz na sugestie Amerykanów „jak podkręcić kapitalizm”, reagował następująco:

wzruszał ramionami, jakby chciał powiedzieć: „Te wasze pomysły są niezwykle fascynujące, bez wątpienia, ale pracuje nam się dobrze, i to nam wystarcza. Wszyscy zarabiają przyzwoite pieniądze, nikt nie choruje na wrzody. Ja mam czas, żeby pracować nad monografią o Balzaku, a mój brygadzista z pasją hoduje grusze na treliarzu. Właściwie nie mamy ochoty wprowadzać zmian, które nam proponujecie” (s. 144, 145).

I dalej: „Amerykanie nie potrafili nawet wystraszyć Francuzów na tyle, aby ci zmienili swoje stare obyczaje” (s. 146). Tu zapachniało [neo]kolonializmem idźmy więc dalej.

Choć Child wspomina jako najszczęśliwszy okres w życiu czas spędzony w Paryżu i Marsylii, nie zatrzymuje się jedynie na przeszłości i akcentuje, że gdy z różnych przyczyn stało się niemożliwe życie we Francji, poszli z Paulem do przodu.

Co się stało? Praca dla rządu z upływem czasu stawała się dla małżonków Child coraz trudniejsza i coraz bardziej męcząca. Ich cierpliwość wyczerpała się, gdy za McCarthy’ego nastały czasy „polowań na czarownice”, i Paul został wezwany do Waszyngtonu, by zostać poddanym ocenie, czy przypadkiem nie jest homoseksualistą. Wieloletni pracownik wydziału propagandy wybrał się do USA licząc na merytoryczną dyskusję, informację o awansie – cokolwiek, co ma związek z jego pracą. Zamiast tego kazano mu ściągnąć spodnie. Odmówił. W 1955 roku, kiedy przebywali na placówce w Niemczech, Paul dostał nagłe wezwanie do Waszyngtonu. Na miejscu okazało się, że wezwano go na przesłuchanie, które trwało cały dzień i część wieczoru – przesłuchiwali go agenci z Biura Bezpieczeństwa USIA (The United States Information Agency). Jak się wyjaśniło, ktoś napisał donos oskarżający Paula o zdradę i homoseksualizm. „(…) ten haniebny epizod zostawił niesmak i na zawsze zapadł w pamięć. Co się stało z Ameryką? Skutki polowania na czarownice nie ominęły naszych przyjaciół i kolegów z pracy. McCarthy rujnował ludziom kariery, a nieraz całe życie” (s. 302).

Pomijając towarzyskie i polityczne tło książki Prud’Homme’a i Julii, bardzo interesujące jest podejście Julii do tematyki kulinarnej. Jak już wspomniałam wyżej, pani Child podkreśla niejednokrotnie, że jej rówieśnice i znajome z Ameryki w ogóle nie interesowały się gotowaniem, ani dobrą kuchnią, bazującą na produktach dobrej jakości, które wybrało się samo, najlepiej na pobliskim targu. Kiedy Julia postanowiła, że nauczy się gotować, zrobiła wszystko. by swoje marzenie urzeczywistnić. Zdecydowała się na podjęcie nauki w słynnej od wieków (a dokładniej – od wieku XVI!) szkole Cordon Bleu, została potraktowana jak intruz i amerykański barbarzyńca, i z racji tegoż nie włączono jej do głównej grupy uczniów a dołączono do grupki mężczyzn która chciała poznać głównie podstawy gotowania. Niemniej jednak szkoliła się pod okiem mistrza kuchni, Maxa Bugnarda. Nie wspomina, by udało się jej wtedy zwerbować swoje amerykańskie znajome do wspólnego gotowania. Sama nauka bywała frustrująca głównie z powodów organizacyjnych. Złe zarządzanie finansami i brak chęci zainteresowania szkołą szerszego grona, które wykazywała ówczesna szefowa Cordon Bleu, sprawiały liczne nieprzyjemności. Niemal codziennie szwankowało zaopatrzenie i brakowało podstawowych produktów gastronomicznych na zajęciach (jak np. pieprz i sól!). Brak dbałości o stan budynku, w którym odbywały się zajęcia szkoły Cordon Bleu przyczynił się do tego, że psująca się kuchenka czy brak prądu bywały tam częstymi atrakcjami. Kolejną przeszkodą, której Julia musiała stawić czoło, była niechęć szefowej szkoły do niej jako Amerykanki. Dyrektorka Cordon Bleu wymyślała rozmaite przeszkody, by tylko Julia nie podeszła do egzaminu końcowego – ostatecznie Julia zdała go za drugim podejściem, tylko i wyłącznie dzięki swojej determinacji i licznym listom krytykującym postawę prowadzącej szacowną placówkę edukacji kulinarnej. Trzeba przyznać, że to bardzo interesujący opis słynnej obecnie na cały świat szkoły, która wtedy z całą pewnością potrzebowała reorganizacji w duchu nowego kapitalizmu. Z całą pewnością obywatelstwo jakiegokolwiek kraju nie jest obecnie przeszkodą, by podjąć tam naukę – najważniejsze, by uiścić opłaty. Obecnie Cordon Bleu szczyci się tym, że szkoliła się u nich Julia Child!

Czyż nie jest to najlepsza zachęta dla pasjonatów gotowania z USA?
Dla Julii chęć poznania francuskiej szkoły gotowania było częścią jej ogólnego, otwartego, liberalnego podejścia do świata. Przybyła do Europy karmiona nieprawdopodobnymi opowieściami na temat jej mieszkańców, jakie snuł jej ojciec (Europejczycy są ciemni i brudni, w dużym skrócie), zagorzały republikanin, filantrop, niestety o bardzo ograniczonym horyzoncie poznawczym. Julia wspomina go często jako bardzo hojnego i dobrego człowieka, ale też jako swego adwersarza światopoglądowego pod niemal każdym względem. Cierpiała nie mogąc zarazić go swoją radością życia i poznawania nowych miejsc i smaków. Julia przybyła z Paulem po to, by poznawać Paryż, Francję, by mieszkać jak Francuzi – wynajęli mieszkanie we francuskiej kamienicy (zatrudnili francuską służącą głównie dlatego, że „tak wypadało”), walczyli ze wszelkimi niedogodnościami, jakie się z tym wiązały, by wspomnieć choćby o braku porządnego ogrzewania – zimą trzeba było siedzieć w mieszkaniu w kurtce, ciepłych butach i rękawiczkach.

Zabawne są anegdoty o rozmaitych lapsusach językowych popełnianych przez Amerykanów we Francji. Od niewymawialnego paryskiego adresu państwa Child

Zbitka słowna „rue de l’ Université 81” okazała się trochę za dużym wyzwaniem dla naszych narządów mowy, więc nasz nowy dom szybko stał się „Ru de Lu” (s. 48)

po perypetie siostry Julii, Dort, która

dla komunikacji międzyludzkiej zdolna była zrobić wszystko (…). Dort z całą powagą usiłowała zapytać (fryzjera – dop. S.R.): „Czy obetnie mi pan włosy przed myciem, czy potem?”, ale wyszło: „Czy obetnie mi pan konie przed grzybem, czy po nim?” (s. 72).

Kiedy Julia ukończyła Cordon Bleu i spędziła trochę czasu w Marsylii, zaczęła myśleć o wydaniu na rynek amerykański książki o francuskiej kuchni. Przez kilka lat razem z dwiema współpracownicami – Simone Beck i na początku, z Louisette Bertholle, która później wycofała się projektu, opracowywała i doskonaliła przepisy. Warto odnotować, że wtedy, jak twierdzi Julia, praktycznie nie istniał spisany pewny przepis na np. majonez czy croissanty. Brakowało dokładnych wytycznych, określenia, jakie mają być dokładnie proporcje składników, jaką mają mieć temperaturę, co skąd brać. Dla Julii każdy przepis był potencjalnym polem doświadczalnym, ponieważ porównywała wszystkie składniki, których używała we Francji, i które można było dostać w Europie, z amerykańskimi. Odkrywała np. różnice w mące, oczywiście różnice w metryce, a także zetknęła się z tym, że w Ameryce wielu składników nie można było nigdzie dostać – np. …śmietany! Nawet gdy w 1961 r. ostatecznie książka została opracowana jako grube, ponad 700-stronicowe tomiszcze, gdzie każdy przepis krok po kroku został sprawdzony, zmodyfikowany i bardzo dokładnie opisany, wydawcy, z którymi wtedy autorki prowadziły wstępne pertraktacje, nie kwapili się, by to wydać. Twierdzili, że to pozycja zupełnie anachroniczna i zbyt trudna dla przeciętnego amerykańskiego czytelnika. Według wydawców wszyscy chcieli prostych i szybkich przepisów, które w dodatku można było przygotować w cudzie nowoczesnej kuchni – mikrofalówce. Dopiero po kolejnej długotrwałej i pracochłonnej redakcji (przy której pracowała też wspomniana Judith Jones), Mastering the Art of French Cooking, dzieło Julii i jej przyjaciółek zostało wydane i szybko stało się wielokrotnie wznawianym bestsellerem. Julia, wysoka i elegancka (miała 187 cm wzrostu, na zdjęciach i filmach wygląda dość komicznie, kiedy nachyla się nad współpracownikami niczym żeńska wersja Guliwera w krainie Liliputów) trafiła też do telewizji – były to pierwsze show kulinarne w historii! Nikt nie miał pojęcia, jak to powinno wyglądać. Programy emitowano na żywo! Bardzo często gdy Julia przybywała na plan zdjęciowy, odkrywała, że nie przygotowano niczego, o co prosiła – często musiała radzić sobie w dość ekstremalnych warunkach np. z niemal niedziałającą kuchenką, czy bez produktów kulinarnych. W przeciwieństwie do tego, co znamy z dzisiejszych programów kulinarnych, telewizyjna kuchnia nie przypominała sterylnego laboratorium ani pomieszczenia w salonie meblowym.

Nie znam filmu Julie i Julia Nory Ephron (2009), gdzie w naszą bohaterkę wcieliła się Meryl Streep. Jednak na YouTube można obejrzeć archiwalne audycje The French Chef (polecane linki znajdują się poniżej!). Kiedy je oglądałam, zastanawiałam się, czy razi mnie oczywista anachroniczność i rozbrajająca spontaniczność powiązana z epizodami kiedy pasja przerosła możliwości bohaterki (można być pewnym, że dziś nikt nie zaangażowałby biednej Julii do telewizji!), czy raczej fakt pokazania, jak gotowanie „tak po prostu” wygląda. Nie jest czynnością sterylną, zupełnie prostą i nie wychodzi doskonale, jak widzimy to w dzisiejszych programach. W gotowaniu bądź co bądź chodzi też o wiedzę i mnóstwo pożytecznych informacji, a te Julia zawsze przekazuje. Aktualnymi pozostaje wiele jej rad, choćby ta, by zaopatrywać się w warzywa, nabiał czy nawet mięso na lokalnym targu, by popierać miejscowych wytwórców żywności, a także by w miarę możliwości założyć własny mały ogródek z warzywami! Poza tym jak mawiała „nigdy nie przepraszaj w kuchni” – nawet jeśli coś się nie uda, pozostali powinni docenić trud gotującej osoby!

Prywatna kuchnia Julii była urządzona i zaopatrzona po stokroć lepiej, niż ta, z której zmuszona była korzystać w studio telewizyjnym. We Francji podczas nauki w Cordon Bleu Julia nabyła niesamowitą ilość gadżetów kuchennych. „Tu i tam poupychane były moje narzędzia specjalistyczne: miedziany rondel do rozpuszczania cukru, długie igły do natłuszczania pieczeni, owalna, szylkretowa łopatka do przecierania składników przez tamis, sito, stożkowe sitko nazywane chinois, patelenki używane wyłącznie do smażenia naleśników, formy do tart, rzeźbione z drewna klonowego łopatki do mieszania i niezliczone ciężkie miedziane pokrywki z długimi żelaznymi rączkami. Moja kuchnia dosłownie lśniła od gadżetów. A ja nigdy nie miałam dość” (s. 111). Wśród wyjątkowo rzadko spotykanych przyborów królował na pewno wielki i potwornie ciężki marmurowy moździerz służący do przygotowania jednego tylko dania – quenelles de brochet, utłuczonego i ugotowanego szczupaka, przetartego następnie przez sito i ubitego ze śmietaną nad miską z lodem.

Julia doskonaląc się jako we francuskiej kuchni (na marginesie: jej mąż Paul też dobrze gotował, w dodatku doskonale znał się na winach) oczywiście nie przejmowała się jakimiś tam dietetycznymi ograniczeniami. W ich menu masełko, pieczone mięsiwa i orgiastyczne desery przybierały gargantuiczne rozmiary, co nierzadko odbijało się na ich zdrowiu. Czasem nawet wspominali coś o konieczności walki z brzuszkami. Nigdy jednak nie poświęcili się bezużytecznej ascezie i kiedy tylko mogli, oddawali hołd pysznościom.

Co ciekawe, (jak zauważa choćby recenzent filmu na stronie Filmwebu, Julia Child ze swoją pasją, która w tradycyjnym ujęciu świata jest zajęciem typowo kobiecym, wkroczyła w świat praktycznie zarezerwowany dla mężczyzn. To mężczyźni byli i najczęściej nadal są utytułowanymi kucharzami, mężczyźni są smakoszami i recenzentami kulinarnymi, ogólnie rzecz ujmując, są na stanowiskach gdzie jest kasa i szacunek, a reszta może zmywać gary po gotowaniu. To zabawne, i już dawno odnotowane przez feministki choćby z pokolenia Julii, że tradycjonaliści chcą widzieć miejsce kobiety w domowej kuchni, ale już kobieta zarządzająca np. restauracją, jest już mniej mile widziana, a przynajmniej było tak w czasach prezenterki The French Chef. Jednak Julia w ogóle o tym nie wspomina. Mam wrażenie, że jako żona liczącego się dyplomaty amerykańskiego, w czasach gdy międzynarodowa sytuacja polityczna USA była bez porównania silniejsza niż obecnie, pokonywała wiele przeszkód – formalnych i nieformalnych – dzięki swojej pozycji. Nie wyobrażam sobie, by np. jej przyjaciółki, z którymi współtworzyła książkę, były zaproszone do telewizji, by poprowadzić program kulinarny. Co zabawne, kiedy razem z Simcą, jedną ze współautorek książki udzieliły razem wywiadu, Julia wspominając go podkreśliła, iż Simca źle radziła sobie w telewizji. Jak niewiele trzeba, by poczuć się celebrytką!
Z całą pewnością Prud’Homme’owi udało się wykreować portret Julii, którą chyba każdy chciałby poznać, i z którą chciałby porozmawiać, o wspólnym gotowaniu nie wspominając! Jej energia, pasja życia i zaangażowanie w tematy kulinarne sprawiają, że książkę czyta się z dużą przyjemnością, choć zgrzytem jest końcówka, w której wyraźnie czuje się, że wiele ze wspomnianych epizodów najchętniej nie byłoby w ogóle poruszanych, przede wszystkim – choroba i śmierć Paula, najbliższego jej człowieka czy dość burzliwa przyjaźń z jedną z współautorek książki – Simone Beck. Bon apetit, którego życzyła często Julia na zakończenie swoich programów kulinarnych, na pewno nie dotyczy tylko jedzenia, ale przede wszystkim – życia!

Sławomira Raczyńska

Julia Child, współpraca: Alex Prud’Homme, Moje życie we Francji, przeł. Anna Sak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010. Wszystkie cytaty i odniesienia pochodzą z tej edycji.

Julia i homary

Julia i croissanty

Data wpisu: 14 listopada, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Heather McElhatton, „Drobne błędy”

Żyje się tylko raz, a każdy dokonany wybór odbiera potencjał zaistnienia wszystkim pozostałym alternatywom, determinując z kolei powstawanie kolejnych opcji. Czy chcielibyśmy się przekonać, jak przebiegłyby czyjeś losy w wersjach „co by było gdyby…”, czyli we wszystkich wariantach, normalnie niemających szans na zaistnienie? Propozycję będącą próbę odpowiedzi stanowi powieść Heather McElhatton zatytułowana Drobne błędy. Oczywiście użycie generalnego kwantyfikatora jest nadużyciem: „wszystkie” drogi są niemożliwe do wskazania, a McElhatton zdecydowała się na odmalowanie tych najbardziej skontrastowanych.

Punkt wyjścia to ten moment w życiu, który niesie stereotypowe skojarzenia z przełomem mającym dla biografii decydujące znaczenie formacyjne. Bohaterka, o której konsekwentnie mowa jest w drugiej osobie, kończy liceum, i zastanawia się nad studiami oraz nad perspektywami związku ze swoim szkolnym chłopakiem. Od tego, czy pójdzie do college’u (i dalej: na jaki kierunek), czy też ruszy w podróż do Europy, autorka każe nam uzależniać dalszy tok lektury. Porady na ten temat zawarła w dwóch akapitach zatytułowanych „Jak czytać tę książkę”: nie od deski do deski, nie cofając się, a konsekwentnie podążając za jednym wybranym wariantem historii, a po skończeniu, za kolejnymi, „bo przecież każdy zasługuje na kolejną szansę” [s. 7]. Na tej podstawie wydawca zdecydował się na reklamowy chwyt porównujący Drobne błędy do Gry w klasy Cortazara, co jest sporym nadużyciem. Co paradoksalne, ale niezaskakujące, sugerowana strategia czytelnicza zdaje się być próbą odebrania odbiorcom wyboru właśnie! O tym jednak później.

Książki nie sposób streścić, choć książka sama zdaje się być zbiorem streszczeń. Na pierwszy rzut oka, bohaterce przydarza się wszystko: podróżuje, zdobywa wykształcenie, zyskuje majątek, winduje swoją pozycję na drabinie społecznej bądź się stacza, popełnia przestępstwa, za które jest karana albo unika odpowiedzialności, zabija, szantażuje, albo rezygnuje z tak okrutnych i niecnych czynów, wychodzi za mąż i się żeni, miewa dzieci, umiera przedwcześnie albo w wieku bardzo zaawansowanym. Śmierci następują w wyniku wypadków komunikacyjnych, problemów z jedzeniem, postrzelenia, oraz wielu innych. Daje to pozory niezwykłej różnorodności, oporu wobec narzucenia fatum czy poczucia nieuchronności. W istocie to, co McElhatton eksploatuje, jest spójne i jednorodne. Eksploatuje tedy tę samą postać? Niekoniecznie. Z jednej strony sugestia kieruje nas ku postrzeganiu każdego alter ego (?) bohaterki jako osobowości odmiennej, albowiem ukształtowanej przez inne warunki, z drugiej – niektóre historie się zbiegają. Na przykład podróże po Europie mogą odbyć się przed podjęciem studiów lub po ich zakończeniu, lecz niewykluczone, iż kobieta i tak spotka określone osoby i uwikła się w te same ciągi dalsze. Można w tym dostrzegać podległość wobec losu, można też konsekwencję w prowadzeniu postaci, którą poznajemy jako już dorosłą – to wciąż kobieta, Amerykanka z prowincji, jedynaczka, etc. Niestety jednocześnie wydaje się, że autorka ulega swoistej ograniczonej wizji świata, powtarzając pewne motywy. Przede wszystkim zauważalny jest akcent stawiany na branym stereotypowo, promowanym zarówno w wersji konserwatywnej, jak i liberalnej, tak zwanym amerykańskim stylu życia, prowadzić mającym do spełnienia przysłowiowego już marzenia o powodzeniu.

Aspiracje postaci: głównej bohaterki i jej – pour ainsi dire – rodzin, są zwykle finansowe. Na przykład niezależni niszowi artyści zgadzają się „iść w mainstream” i zarabiać, kiedy tylko mają do tego okazję. Poza tym podstawowym, jeśli nie jedynym źródłem inspiracji jest biografia, co widać szczególnie w wątku, kiedy jako malarka rozczarowana związkami, tworzy wizerunki kobiet mszczących się na mężczyznach, kiedy jest szczęśliwa z partnerem, muzy ją opuszczają, zaś gdy czuje zawód rolą matki, jej obrazy ukazują opiekunki dręczące dzieci.

W niektórych historiach bohaterka decyduje się na ścieżkę kariery akademickiej, jednak – co zaskakujące nie tylko z polskiego punktu widzenia – przyjmowanie i porzucanie pracy na uczelniach przychodzi jej niezwykle łatwo, a aktywność naukowa zdaje się być ograniczona do zajęć dydaktycznych, i nie wymagać dalszego rozwoju własnego. Słyszę tu rzecz jasna echa książki Cudowni chłopcy Michaela Chabona (przeł. Andrzej Jankowski, Rebis, Poznań 2003), w której – przypomnijmy – główny bohater, prof. Grady Tripp, jest zatrudniony jako wykładowca dzięki swemu jednorazowemu pisarskiemu sukcesowi osiągniętemu siedem lat przed zawiązaniem się akcji powieści.

Wracając do McElhatton, rozkręcanie interesu przez jej bezimienną (niekiedy, dzięki mężom, posiadającej znane czytelnikowi nazwisko) powodzi się zawsze, niezależnie od tego, czy zysk jest niejako ujęty w założeniach, czy intencje są charytatywne (w wariantach życia poświęconym pomocy bezdomnym kotom, koniom, czy promocji sztuki autorstwa więźniów i więźniarek). Dojście do wysokiego statusu finansowego, niezależnie od wcześniej mających miejsce zdarzeń, oznacza dla bohaterki egoistyczną konsumpcję, nabywanie rzeczy luksusowych i zbytkownych, zakup nieruchomości w „ciepłych krajach”, w lokalizacjach egzotycznych (a najlepiej – tropikalnych) dla osoby najlepiej znającej tzw. klimat umiarkowany. Generalnie świat poza USA prezentuje się jako karykaturalne uogólnienie. Dotyczy to narodowości, np. Włochów: pełnych temperamentu, produkujących najlepsze na świecie buty, czy będących machoidalnymi typami otoczonymi rodzinami skupionymi wokół „mammy”. Pojawiają się też opinie długo wśród Amerykanów, a raczej – Amerykanek pokutujące, a zdezaktualizowane, np. że europejskie jedzenie jest tuczące.

Walka z przeciwnościami losu jest wyrównana – jak odnotowali autorzy notki na Wikipedii, połowa wariantów biografii bohaterki ma happy endings, połowa zaś kończy się źle (trudno mi jednak wskazać na kryteria klasyfikacji). Jednak odnoszę wrażenie, że to, co pozytywne, szczególnie przypadki „szczęścia w nieszczęściu”, jest zbyt cukierkowe. Mam na myśli osobiste „upadki” jako pobudki skłaniające bohaterkę do działań dobroczynnych, rozmaite metody samodzielnego wydobywania się z bagna za włosy, czy losy rodziny, gdy kobiecie rodzi się syn z zespołem Downa.

Wątpliwość budzą wizje tego, co dzieje się po śmierci. Rezygnując z opisu konkretów, postawię jedynie pytanie: dlaczego możliwości są różne? Ich obecność ujawnia fakt, iż pisarka tylko się bawi swoimi pomysłami, przez co w odniesieniu do przygód bohaterki nie sposób się zaangażować, przyjąć perspektywy: „a co, gdybym to była ja?”.

Niezależnie od wachlarza „wyborów”, powieść Drobne błędy ofiarowuje nam amerykański mit, a ja przyjmuję tu nastawienie antyamerykańskie*. Jednak unikanie wieloznaczności, naskórkowość propozycji McElhatton, odróżniający ją od Cortazara brak umiejętności budowania nastroju, unikanie wszelkich form ironii intertekstualnej (przy – należy odnotować – niezaprzeczalnej obecności elementów humorystycznych) przekreślają element gry i odbierają książce szansę na roszczenia intelektualne, „wysokoartystyczne”. Nie jest psychologiczna, nie jest postmodernistyczna, nie jest krytyczna. Stanowi raczej zbiór scenariuszowych szkiców, jakie aspirujący filmowcy przedstawiają producentom. Czy jest „materiałem filmowym”? Niekoniecznie. Trudno wyobrazić sobie wytwórnię, której mogłoby się opłacić zaangażowanie środków, by doprowadzić wszystkie propozycje do realizacji. Pozostawiając powieść McElhatton na regale, pozostaje spytać, jakie egzystencjalne rozmyślania może pobudzać taka analiza SWOT?

Paulina Szkudlarek

Heather McElhatton, Drobne błędy, przeł. Agnieszka Pokojska, Muza, Warszawa 2008. Cytat pochodzi z tego wydania.

* To oczywiście nawiązanie do szkicu Umberta Eco pt. Mit amerykański trzech pokoleń nastawionych antyamerykańsko (przeł. Joanna Ugniewska, w: Umberto Eco, O literaturze, Muza, Warszawa 2003), przywołanego tu w ramach „zemsty” za zarysowany przez McElhatton obraz Włoch i Włochów.

Data wpisu: 7 maja, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Heather McElhatton, „Drobne błędy”

Żyje się tylko raz, a każdy dokonany wybór odbiera potencjał zaistnienia wszystkim pozostałym alternatywom, determinując z kolei powstawanie kolejnych opcji. Czy chcielibyśmy się przekonać, jak przebiegłyby czyjeś losy w wersjach „co by było gdyby…”, czyli we wszystkich wariantach, normalnie niemających szans na zaistnienie? Propozycję będącą próbę odpowiedzi stanowi powieść Heather McElhatton zatytułowana Drobne błędy. Oczywiście użycie generalnego kwantyfikatora jest nadużyciem: „wszystkie” drogi są niemożliwe do wskazania, a McElhatton zdecydowała się na odmalowanie tych najbardziej skontrastowanych.

Punkt wyjścia to ten moment w życiu, który niesie stereotypowe skojarzenia z przełomem mającym dla biografii decydujące znaczenie formacyjne. Bohaterka, o której konsekwentnie mowa jest w drugiej osobie, kończy liceum, i zastanawia się nad studiami oraz nad perspektywami związku ze swoim szkolnym chłopakiem. Od tego, czy pójdzie do college’u (i dalej: na jaki kierunek), czy też ruszy w podróż do Europy, autorka każe nam uzależniać dalszy tok lektury. Porady na ten temat zawarła w dwóch akapitach zatytułowanych „Jak czytać tę książkę”: nie od deski do deski, nie cofając się, a konsekwentnie podążając za jednym wybranym wariantem historii, a po skończeniu, za kolejnymi, „bo przecież każdy zasługuje na kolejną szansę” [s. 7]. Na tej podstawie wydawca zdecydował się na reklamowy chwyt porównujący Drobne błędy do Gry w klasy Cortazara, co jest sporym nadużyciem. Co paradoksalne, ale niezaskakujące, sugerowana strategia czytelnicza zdaje się być próbą odebrania odbiorcom wyboru właśnie! O tym jednak później.

Książki nie sposób streścić, choć książka sama zdaje się być zbiorem streszczeń. Na pierwszy rzut oka, bohaterce przydarza się wszystko: podróżuje, zdobywa wykształcenie, zyskuje majątek, winduje swoją pozycję na drabinie społecznej bądź się stacza, popełnia przestępstwa, za które jest karana albo unika odpowiedzialności, zabija, szantażuje, albo rezygnuje z tak okrutnych i niecnych czynów, wychodzi za mąż i się żeni, miewa dzieci, umiera przedwcześnie albo w wieku bardzo zaawansowanym. Śmierci następują w wyniku wypadków komunikacyjnych, problemów z jedzeniem, postrzelenia, oraz wielu innych. Daje to pozory niezwykłej różnorodności, oporu wobec narzucenia fatum czy poczucia nieuchronności. W istocie to, co McElhatton eksploatuje, jest spójne i jednorodne. Eksploatuje tedy tę samą postać? Niekoniecznie. Z jednej strony sugestia kieruje nas ku postrzeganiu każdego alter ego (?) bohaterki jako osobowości odmiennej, albowiem ukształtowanej przez inne warunki, z drugiej – niektóre historie się zbiegają. Na przykład podróże po Europie mogą odbyć się przed podjęciem studiów lub po ich zakończeniu, lecz niewykluczone, iż kobieta i tak spotka określone osoby i uwikła się w te same ciągi dalsze. Można w tym dostrzegać podległość wobec losu, można też konsekwencję w prowadzeniu postaci, którą poznajemy jako już dorosłą – to wciąż kobieta, Amerykanka z prowincji, jedynaczka, etc. Niestety jednocześnie wydaje się, że autorka ulega swoistej ograniczonej wizji świata, powtarzając pewne motywy. Przede wszystkim zauważalny jest akcent stawiany na branym stereotypowo, promowanym zarówno w wersji konserwatywnej, jak i liberalnej, tak zwanym amerykańskim stylu życia, prowadzić mającym do spełnienia przysłowiowego już marzenia o powodzeniu.

Aspiracje postaci: głównej bohaterki i jej – pour ainsi dire – rodzin, są zwykle finansowe. Na przykład niezależni niszowi artyści zgadzają się „iść w mainstream” i zarabiać, kiedy tylko mają do tego okazję. Poza tym podstawowym, jeśli nie jedynym źródłem inspiracji jest biografia, co widać szczególnie w wątku, kiedy jako malarka rozczarowana związkami, tworzy wizerunki kobiet mszczących się na mężczyznach, kiedy jest szczęśliwa z partnerem, muzy ją opuszczają, zaś gdy czuje zawód rolą matki, jej obrazy ukazują opiekunki dręczące dzieci.

W niektórych historiach bohaterka decyduje się na ścieżkę kariery akademickiej, jednak – co zaskakujące nie tylko z polskiego punktu widzenia – przyjmowanie i porzucanie pracy na uczelniach przychodzi jej niezwykle łatwo, a aktywność naukowa zdaje się być ograniczona do zajęć dydaktycznych, i nie wymagać dalszego rozwoju własnego. Słyszę tu rzecz jasna echa książki Cudowni chłopcy Michaela Chabona (przeł. Andrzej Jankowski, Rebis, Poznań 2003), w której – przypomnijmy – główny bohater, prof. Grady Tripp, jest zatrudniony jako wykładowca dzięki swemu jednorazowemu pisarskiemu sukcesowi osiągniętemu siedem lat przed zawiązaniem się akcji powieści.

Wracając do McElhatton, rozkręcanie interesu przez jej bezimienną (niekiedy, dzięki mężom, posiadającej znane czytelnikowi nazwisko) powodzi się zawsze, niezależnie od tego, czy zysk jest niejako ujęty w założeniach, czy intencje są charytatywne (w wariantach życia poświęconym pomocy bezdomnym kotom, koniom, czy promocji sztuki autorstwa więźniów i więźniarek). Dojście do wysokiego statusu finansowego, niezależnie od wcześniej mających miejsce zdarzeń, oznacza dla bohaterki egoistyczną konsumpcję, nabywanie rzeczy luksusowych i zbytkownych, zakup nieruchomości w „ciepłych krajach”, w lokalizacjach egzotycznych (a najlepiej – tropikalnych) dla osoby najlepiej znającej tzw. klimat umiarkowany. Generalnie świat poza USA prezentuje się jako karykaturalne uogólnienie. Dotyczy to narodowości, np. Włochów: pełnych temperamentu, produkujących najlepsze na świecie buty, czy będących machoidalnymi typami otoczonymi rodzinami skupionymi wokół „mammy”. Pojawiają się też opinie długo wśród Amerykanów, a raczej – Amerykanek pokutujące, a zdezaktualizowane, np. że europejskie jedzenie jest tuczące.

Walka z przeciwnościami losu jest wyrównana – jak odnotowali autorzy notki na Wikipedii, połowa wariantów biografii bohaterki ma happy endings, połowa zaś kończy się źle (trudno mi jednak wskazać na kryteria klasyfikacji). Jednak odnoszę wrażenie, że to, co pozytywne, szczególnie przypadki „szczęścia w nieszczęściu”, jest zbyt cukierkowe. Mam na myśli osobiste „upadki” jako pobudki skłaniające bohaterkę do działań dobroczynnych, rozmaite metody samodzielnego wydobywania się z bagna za włosy, czy losy rodziny, gdy kobiecie rodzi się syn z zespołem Downa.

Wątpliwość budzą wizje tego, co dzieje się po śmierci. Rezygnując z opisu konkretów, postawię jedynie pytanie: dlaczego możliwości są różne? Ich obecność ujawnia fakt, iż pisarka tylko się bawi swoimi pomysłami, przez co w odniesieniu do przygód bohaterki nie sposób się zaangażować, przyjąć perspektywy: „a co, gdybym to była ja?”.

Niezależnie od wachlarza „wyborów”, powieść Drobne błędy ofiarowuje nam amerykański mit, a ja przyjmuję tu nastawienie antyamerykańskie*. Jednak unikanie wieloznaczności, naskórkowość propozycji McElhatton, odróżniający ją od Cortazara brak umiejętności budowania nastroju, unikanie wszelkich form ironii intertekstualnej (przy – należy odnotować – niezaprzeczalnej obecności elementów humorystycznych) przekreślają element gry i odbierają książce szansę na roszczenia intelektualne, „wysokoartystyczne”. Nie jest psychologiczna, nie jest postmodernistyczna, nie jest krytyczna. Stanowi raczej zbiór scenariuszowych szkiców, jakie aspirujący filmowcy przedstawiają producentom. Czy jest „materiałem filmowym”? Niekoniecznie. Trudno wyobrazić sobie wytwórnię, której mogłoby się opłacić zaangażowanie środków, by doprowadzić wszystkie propozycje do realizacji. Pozostawiając powieść McElhatton na regale, pozostaje spytać, jakie egzystencjalne rozmyślania może pobudzać taka analiza SWOT?

Paulina Szkudlarek

Heather McElhatton, Drobne błędy, przeł. Agnieszka Pokojska, Muza, Warszawa 2008. Cytat pochodzi z tego wydania.

* To oczywiście nawiązanie do szkicu Umberta Eco pt. Mit amerykański trzech pokoleń nastawionych antyamerykańsko (przeł. Joanna Ugniewska, w: Umberto Eco, O literaturze, Muza, Warszawa 2003), przywołanego tu w ramach „zemsty” za zarysowany przez McElhatton obraz Włoch i Włochów.

Data wpisu: 7 maja, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Agnieszka Podolecka, „Żar Sahelu”

Mając w pamięci Blackwellowski podręcznik A Companion to Postcolonial Studies, ze świeżo wydanymi Miejscami kultury Homiego K. Bhabhy pod pachą, zabrałam się za lekturę cokolwiek lżejszą: Żar Sahelu Agnieszki Podoleckiej. Akcja powieści dzieje się w Mali, zaś tytułowy Sahel to zbiorcza nazwa terenów okołosaharyjskich, ulegających współcześnie procesom pustynnienia.

Główne bohaterki to matka – Anna, i córka – Izabella zwana Bellą. Anna jest podchodzącą pod pięćdziesiątkę idealną żoną polskiego dyplomaty, Marka, podróżującą razem z nim i osiadającą w kolejnych placówkach. Córka jest nastolatką multikulturową, oczytaną (w internecie…), wrażliwą, rozsądną, niezbuntowaną – z braku powodów, albowiem absolutnie idealnie dogaduje się z cudowną mamusią. Wokół tych dwóch orbituje przyjaciel rodziny, David, angielski biznesmen, rozwiedziony (żona miała inne priorytety życiowe) a bezdzietny. Nietrudno zatem odgadnąć, iż w odpowiednim momencie David stworzy z Anną, matką Belli, nową rodzinę. (Mąż Marek jest oczywiście nieczuły i obojętny, a poza tym i tak zdradzał żonę).

Aby jednak nie uprzedzać wypadków… Nierozbita jeszcze rodzina właśnie opuściła senegalski Dakar, w malijskim Bamako Bella zaczyna uczęszczać do nowej szkoły, amerykańskiej jako i poprzednie. Skutkiem takiego toku edukacji nie może uciec z niemiłego jej kraju do Polski, ponieważ w ojczyźnie nie zdałaby matury, a tak, po szkole – śladem dwóch starszych braci, w powieści nieobecnych – trafi do Oxfordu. Szkoła jest strzeżona przez dogońskiego ochroniarza–oddźwiernego, który na rozkaz szamana ze swego plemienia musi porwać Bellę, by można ją było złożyć w ofierze w intencji deszczu. Czemu ją? Gdyż ma na ramieniu znamię w kształcie ważnym dla Dogonów. Lud ten, co widać na przykładzie szkolnego ochroniarza, rozdarty jest między swą pierwotną wiarą o charakterze animistycznym, a dominującym dzisiaj w Mali islamem. Jednak czy z jednej, czy z drugiej perspektywy patrząc, Amerykanie i inni „biali” są gorszącymi bluźniercami.

W szkole Bella zyskuje przyjaciela, Williama, który kilkanaście stron przed końcem książki okazuje się być gejem tęskniącym za swoim zostawionym w Londynie chłopakiem. Niestety, czy to z powodu mojego przeczulenia, czy przez „typowo polską” nieumiejętność przyjęcia przez autorkę normalnej perspektywy (perspektywy nieujawniającej zadziwienia dla nieheteronormatywnych orientacji psychoseksualnych, rzecz jasna), „prawdziwą tożsamość” Williama „odkryłam” od razu. Młodzieniec ma odpowiednie, by nie powiedzieć: kanoniczne atrybuty, poza tym jest dziwnie obojętny na urodę Belli.

Kolejny perspektywiczny rzut oka na fabułę – Marek w Mali pracuje, Bella chodzi do szkoły, gdzie próbuje się z nią spoufalać ochroniarz, Anna się pociesza na różne sposoby, a wreszcie „na dobre” wiąże się z Davidem. Bella jedzie na szkolną wycieczkę, pod koniec trwania której zostaje porwana, William, przyjaciel–gej, przy okazji też, co inicjuje brawurową przygodę postkolonialnych Stasia i Nell. Aha, potem wszystko się dobrze kończy.

Mamy jednak dodatkową atrakcję. W rezydencji, w jakiej zakwaterowano rodzinę, Bella znajduje pamiętnik młodej Angielki, hm, kolonizatorki sprzed wieku. Dziewczyna z dobrego domu, córka postepowego i tolerancyjnego ojca, zbuntowana przeciw gorsetom, five o’clockom i innym konwenansom stosownym dla dam z imperium, nad którym nie zachodzi słońce, przeżywa bardzo krótki intensywny romans z francuskim lekarzem, François Mirabeau, zostaje porwana przez Dogonów, ucieka i już na wolności, po kilku dniach zmagań z głodem, pragnieniem i pustynią, ginie od ugryzienia jadowitego skorpiona, i to niemal w ramionach kochanka. Dla zobrazowania konwencji proponuję próbkę stylu; oto opis pozostawiony przez Mirabeau:

Spiąłem konia i zacząłem ją wołać. Usłuszała, zerwała się i zaczęła biec w naszą stronę. I wtedy upadła… Zeskoczyłem z konia. Elizabeth, Elizabeth… Tyle przeżyłaś, by teraz…
(s. 140).

Tu zaczyna się problem. Anna, matka, jest egzaltowaną wyznawczynią – mówiąc ogólnie – New Age, zresztą córka też. Medytowanie w celu proszenia o pomoc kwiaty, zdawanie się na słowa wróżb, które oczywiście okazują się trafna, ukłony w kierunku (?) czterech żywiołów i czakramy… nie chodzi mi o światopogląd bohaterek, ale o to, że autorka go podziela i pozwala, by te praktykowane przez matke i córkę rytuały działały w realistycznym bądź co bądź świecie jej powieści. Bella kontaktuje się zatem z wędrującą, nieukojoną duszą Elizabeth, autorki znalezionego pamiętnika. Kontaktuje? Przeprowadza rozmowy rozpisane na dialogi w języku etnicznym… angielskim zapewne. Dogoni, jak skądinąd wiadomo, spadli z Saturna i ich szaman ma prawdziwą moc sprawczą, ale „biali” – jeśli uda się im osiągnąć harmonię wewnętrzną promieniującą na świat zewnętrzny – mogą również mieć swoje czary-mary.

Umysł dziewczyny zaczął się bronić przed jego obecnością
(s. 144);
Pomóż mi, wodo – szepnęła. – Oczyść mnie. [...] Podziękowała wodzie i postanowiła, że teraz już nieodwołalnie powie swym lękom stanowcze NIE (s. 180).

Czy w ten sposób autorka widzi alternatywę wobec biurokracji i materializmu? Hm, David jest krezusem!

Razi też inny, dotyczący „zderzenia się światów” element powieści: świadomość postkolonializmu. Wydaje mi się, że podskórny komunikat płynący z narracji każe odbiorcy zawiesić polityczną poprawność, i uznać nieredukowalną odmienność, a posługując się anachronicznym określeniem: dzikość czarnych. Naświetlone są sprawy, które implicytnie gloryfikują niegdysiejszy porządek świata (zgodnie z tą konwencją zdecydowałam się wcześniej używać określenia „biali”, niezgodnego z moim pojęciem stosowności, ale adekwatnego do stylu narracji Podoleckiej). Nie można mówić o plantatorach ani o – ach, rety! – handlarzach niewolników, niech więc będą ambasador oraz biznesmen–obieżyświat. Co charakterystyczne, kraj „przydzielony” Markowi musi być odpowiednio nieważny, by bohaterowie nie uwikłali się przy okazji w polską politykę. Co jeszcze ciekawsze, autorka przemilcza szczegóły pracy Davida. Anna i on poznali się w Arabii Saudyjskiej, mężczyzna pracował też w Chinach (gdzie przy okazji zgłębił tajniki medytacji w odosobnieniu, co czyni go partnerem idealnym), teraz zaś w Mali, gdzie ubija interesy z rządem tego kraju.

W arabskich wspomnieniach pojawia się porównanie enklawy niemuzułmańskich kosmopolitów do getta. W końcu to – czytamy, dziwując się wizji świata, jaką ma Podolecka – wyizolowany teren rządzący się odrębnymi prawami i zamieszkały przez ludzi o innej przynależności etniczno-religijnej. Brak aksjologizacji, brak świadomości obciążenia słowa „getto” swoistymi konotacjami. A w owej saudyjskiej enklawie kobiety mogą się ubierać adekwatnie nie do szariatu, a do pogody. Przeniesienie takiego układu widzimy w Afryce. Izolacja, niechęć, obcość, wzmagane wytycznymi związanymi z po amerykańsku rozumianymi środkami bezpieczeństwa. Trzeba przyznać, że izolacja jest niejako na życzenie Afrykańczyków, którzy oczekują od „białych” iście pańskich i władczych zachowań – na przykład jeśli czarnoskóry personel zobaczy pracodawczynię podczas wykonywania służebnych właśnie czynności (sprzątanie itp.), straci szacunek i poniecha ochrony wobec takiej niegodnej rodziny. Cóż, to nie sprzyja niwelowaniu przepaści!

Można tylko pytać, po co w ogóle w Mali te placówki dyplomatyczne, skoro każdy gest ludzi reprezentujących Północ i Zachód globu przeczy idei kontaktu, poznania, współpracy i partnerstwa. Jaka jest zasadność „interwencji” w zastaną rzeczywistość? Czy ma sens działanie charytatywne, pomocowe, jeśli to zawracanie Wisły patykiem, w sensie braku środków do działania szerokiego i systemowego, mającego szansę na kontynuację niezależnie od antycypowanych następnych przeprowadzek inicjatorów? Inicjatorek raczej! Anna, do czasu będąca wzorową żoną swego męża, zgodnie z konwencjami obyczajowymi obowiązującymi takie damy, angażuje się społecznie. Dowiadujemy się o tym mniej-więcej tyle, ile o zawodowej pracy Davida, a może nawet mniej: ot, Annie świetnie idzie, kropka. To atrybut dowodzący jej szlachetności, w najgorszym zaś razie czynność odwracająca uwagę od sahelowo pustynniejącego małżeństwa.

Nie wątpię, iż autorka znakomicie zna opisywany przez siebie Sahel, jednak jej opowieść sprowadza się do romansidła w egzotycznej scenerii, i – jakby ona nie starczała – z dodanym sosem ezoterycznego bełkotu. Czy zainteresuje się tym ktoś z kompetencjami w zakresie krytyki postkolonialnej? Dość to wątpliwe, zwłaszcza gdy zauważymy, iż w tylnej części okładki rekomendacje Podoleckiej dają niegdyś modna prezenterka telewizyjna Katarzyna Dowbor, oraz pisarka Małgorzata Kalicińska. Ta ostatnia zachwyca się historią kobiet, które „poszukują miłości i odkrywają same siebie”. W innym akapicie tego blurba Pani Nad Rozlewiskiem mówi o Afryce „nieoswojonej nigdy przez nas – białych”. Tak, nadal jesteśmy na etapie W pustyni i w puszczy, ponadto przecież „my Polacy” nie skalaliśmy się okrucieństwami kolonizatorstwa. „My” tylko budowaliśmy mosty i po Afryce podróżowaliśmy na rowerach (z całym czacunkiem dla Kazimierza Nowaka). „My” wtedy byliśmy pod zaborami i sami walczyliśmy o zachowanie tożsamości narodowej. By jednak oddać autorce sprawiedliwość, małą polską diasporę charakteryzuje dość zaskakująca obojętność wobec religii instytucjonalnych – brak jest odniesień do katolicyzmu i – co mogłoby za tym pójść: misyjności.

Z mojego punktu widzenia książka, choć – co godne pochwały – nie razi nieudolnością warsztatową, nawet po odjęciu irytującego newage’owskiego sztafażu, książka jest moralnie wątpliwa. Gayatri Chakravorty Spivak w tytule swego słynnego eseju zapytała: Can The Subaltern Speak?, dowodząc następnie, iż odpowiedź musi być przecząca. Takoż dowodzi tego Podolecka, przy czym jej zamiarem nie było zabranie głosu w dyskusji teoretycznej. Żar Sahelu spełnia obietnice składane czytelnikom, czy raczej czytelniczkom, na rewersie okładki. Szkoda jednak, że nie wykorzystuje swej szansy, aby zaproponować coś więcej, aniżeli opowiastkę o „późnej” miłości i o wzorowych – nawet w myśl podstawowych założeń feminizmu korporalnego – relacjach matki i córki, coś więcej, aniżeli ostrzeżenie przed światem „nieoswojonym”.

Agnieszka Podolecka, „Żar Sahelu”, Wydawnictwo Poradnia K, Warszawa 2010. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 11 stycznia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Agnieszka Podolecka, „Żar Sahelu”

Mając w pamięci Blackwellowski podręcznik A Companion to Postcolonial Studies, ze świeżo wydanymi Miejscami kultury Homiego K. Bhabhy pod pachą, zabrałam się za lekturę cokolwiek lżejszą: Żar Sahelu Agnieszki Podoleckiej. Akcja powieści dzieje się w Mali, zaś tytułowy Sahel to zbiorcza nazwa terenów okołosaharyjskich, ulegających współcześnie procesom pustynnienia.

Główne bohaterki to matka – Anna, i córka – Izabella zwana Bellą. Anna jest podchodzącą pod pięćdziesiątkę idealną żoną polskiego dyplomaty, Marka, podróżującą razem z nim i osiadającą w kolejnych placówkach. Córka jest nastolatką multikulturową, oczytaną (w internecie…), wrażliwą, rozsądną, niezbuntowaną – z braku powodów, albowiem absolutnie idealnie dogaduje się z cudowną mamusią. Wokół tych dwóch orbituje przyjaciel rodziny, David, angielski biznesmen, rozwiedziony (żona miała inne priorytety życiowe) a bezdzietny. Nietrudno zatem odgadnąć, iż w odpowiednim momencie David stworzy z Anną, matką Belli, nową rodzinę. (Mąż Marek jest oczywiście nieczuły i obojętny, a poza tym i tak zdradzał żonę).

Aby jednak nie uprzedzać wypadków… Nierozbita jeszcze rodzina właśnie opuściła senegalski Dakar, w malijskim Bamako Bella zaczyna uczęszczać do nowej szkoły, amerykańskiej jako i poprzednie. Skutkiem takiego toku edukacji nie może uciec z niemiłego jej kraju do Polski, ponieważ w ojczyźnie nie zdałaby matury, a tak, po szkole – śladem dwóch starszych braci, w powieści nieobecnych – trafi do Oxfordu. Szkoła jest strzeżona przez dogońskiego ochroniarza–oddźwiernego, który na rozkaz szamana ze swego plemienia musi porwać Bellę, by można ją było złożyć w ofierze w intencji deszczu. Czemu ją? Gdyż ma na ramieniu znamię w kształcie ważnym dla Dogonów. Lud ten, co widać na przykładzie szkolnego ochroniarza, rozdarty jest między swą pierwotną wiarą o charakterze animistycznym, a dominującym dzisiaj w Mali islamem. Jednak czy z jednej, czy z drugiej perspektywy patrząc, Amerykanie i inni „biali” są gorszącymi bluźniercami.

W szkole Bella zyskuje przyjaciela, Williama, który kilkanaście stron przed końcem książki okazuje się być gejem tęskniącym za swoim zostawionym w Londynie chłopakiem. Niestety, czy to z powodu mojego przeczulenia, czy przez „typowo polską” nieumiejętność przyjęcia przez autorkę normalnej perspektywy (perspektywy nieujawniającej zadziwienia dla nieheteronormatywnych orientacji psychoseksualnych, rzecz jasna), „prawdziwą tożsamość” Williama „odkryłam” od razu. Młodzieniec ma odpowiednie, by nie powiedzieć: kanoniczne atrybuty, poza tym jest dziwnie obojętny na urodę Belli.

Kolejny perspektywiczny rzut oka na fabułę – Marek w Mali pracuje, Bella chodzi do szkoły, gdzie próbuje się z nią spoufalać ochroniarz, Anna się pociesza na różne sposoby, a wreszcie „na dobre” wiąże się z Davidem. Bella jedzie na szkolną wycieczkę, pod koniec trwania której zostaje porwana, William, przyjaciel–gej, przy okazji też, co inicjuje brawurową przygodę postkolonialnych Stasia i Nell. Aha, potem wszystko się dobrze kończy.

Mamy jednak dodatkową atrakcję. W rezydencji, w jakiej zakwaterowano rodzinę, Bella znajduje pamiętnik młodej Angielki, hm, kolonizatorki sprzed wieku. Dziewczyna z dobrego domu, córka postepowego i tolerancyjnego ojca, zbuntowana przeciw gorsetom, five o’clockom i innym konwenansom stosownym dla dam z imperium, nad którym nie zachodzi słońce, przeżywa bardzo krótki intensywny romans z francuskim lekarzem, François Mirabeau, zostaje porwana przez Dogonów, ucieka i już na wolności, po kilku dniach zmagań z głodem, pragnieniem i pustynią, ginie od ugryzienia jadowitego skorpiona, i to niemal w ramionach kochanka. Dla zobrazowania konwencji proponuję próbkę stylu; oto opis pozostawiony przez Mirabeau:

Spiąłem konia i zacząłem ją wołać. Usłuszała, zerwała się i zaczęła biec w naszą stronę. I wtedy upadła… Zeskoczyłem z konia. Elizabeth, Elizabeth… Tyle przeżyłaś, by teraz…
(s. 140).

Tu zaczyna się problem. Anna, matka, jest egzaltowaną wyznawczynią – mówiąc ogólnie – New Age, zresztą córka też. Medytowanie w celu proszenia o pomoc kwiaty, zdawanie się na słowa wróżb, które oczywiście okazują się trafna, ukłony w kierunku (?) czterech żywiołów i czakramy… nie chodzi mi o światopogląd bohaterek, ale o to, że autorka go podziela i pozwala, by te praktykowane przez matke i córkę rytuały działały w realistycznym bądź co bądź świecie jej powieści. Bella kontaktuje się zatem z wędrującą, nieukojoną duszą Elizabeth, autorki znalezionego pamiętnika. Kontaktuje? Przeprowadza rozmowy rozpisane na dialogi w języku etnicznym… angielskim zapewne. Dogoni, jak skądinąd wiadomo, spadli z Saturna i ich szaman ma prawdziwą moc sprawczą, ale „biali” – jeśli uda się im osiągnąć harmonię wewnętrzną promieniującą na świat zewnętrzny – mogą również mieć swoje czary-mary.

Umysł dziewczyny zaczął się bronić przed jego obecnością
(s. 144);
Pomóż mi, wodo – szepnęła. – Oczyść mnie. [...] Podziękowała wodzie i postanowiła, że teraz już nieodwołalnie powie swym lękom stanowcze NIE (s. 180).

Czy w ten sposób autorka widzi alternatywę wobec biurokracji i materializmu? Hm, David jest krezusem!

Razi też inny, dotyczący „zderzenia się światów” element powieści: świadomość postkolonializmu. Wydaje mi się, że podskórny komunikat płynący z narracji każe odbiorcy zawiesić polityczną poprawność, i uznać nieredukowalną odmienność, a posługując się anachronicznym określeniem: dzikość czarnych. Naświetlone są sprawy, które implicytnie gloryfikują niegdysiejszy porządek świata (zgodnie z tą konwencją zdecydowałam się wcześniej używać określenia „biali”, niezgodnego z moim pojęciem stosowności, ale adekwatnego do stylu narracji Podoleckiej). Nie można mówić o plantatorach ani o – ach, rety! – handlarzach niewolników, niech więc będą ambasador oraz biznesmen–obieżyświat. Co charakterystyczne, kraj „przydzielony” Markowi musi być odpowiednio nieważny, by bohaterowie nie uwikłali się przy okazji w polską politykę. Co jeszcze ciekawsze, autorka przemilcza szczegóły pracy Davida. Anna i on poznali się w Arabii Saudyjskiej, mężczyzna pracował też w Chinach (gdzie przy okazji zgłębił tajniki medytacji w odosobnieniu, co czyni go partnerem idealnym), teraz zaś w Mali, gdzie ubija interesy z rządem tego kraju.

W arabskich wspomnieniach pojawia się porównanie enklawy niemuzułmańskich kosmopolitów do getta. W końcu to – czytamy, dziwując się wizji świata, jaką ma Podolecka – wyizolowany teren rządzący się odrębnymi prawami i zamieszkały przez ludzi o innej przynależności etniczno-religijnej. Brak aksjologizacji, brak świadomości obciążenia słowa „getto” swoistymi konotacjami. A w owej saudyjskiej enklawie kobiety mogą się ubierać adekwatnie nie do szariatu, a do pogody. Przeniesienie takiego układu widzimy w Afryce. Izolacja, niechęć, obcość, wzmagane wytycznymi związanymi z po amerykańsku rozumianymi środkami bezpieczeństwa. Trzeba przyznać, że izolacja jest niejako na życzenie Afrykańczyków, którzy oczekują od „białych” iście pańskich i władczych zachowań – na przykład jeśli czarnoskóry personel zobaczy pracodawczynię podczas wykonywania służebnych właśnie czynności (sprzątanie itp.), straci szacunek i poniecha ochrony wobec takiej niegodnej rodziny. Cóż, to nie sprzyja niwelowaniu przepaści!

Można tylko pytać, po co w ogóle w Mali te placówki dyplomatyczne, skoro każdy gest ludzi reprezentujących Północ i Zachód globu przeczy idei kontaktu, poznania, współpracy i partnerstwa. Jaka jest zasadność „interwencji” w zastaną rzeczywistość? Czy ma sens działanie charytatywne, pomocowe, jeśli to zawracanie Wisły patykiem, w sensie braku środków do działania szerokiego i systemowego, mającego szansę na kontynuację niezależnie od antycypowanych następnych przeprowadzek inicjatorów? Inicjatorek raczej! Anna, do czasu będąca wzorową żoną swego męża, zgodnie z konwencjami obyczajowymi obowiązującymi takie damy, angażuje się społecznie. Dowiadujemy się o tym mniej-więcej tyle, ile o zawodowej pracy Davida, a może nawet mniej: ot, Annie świetnie idzie, kropka. To atrybut dowodzący jej szlachetności, w najgorszym zaś razie czynność odwracająca uwagę od sahelowo pustynniejącego małżeństwa.

Nie wątpię, iż autorka znakomicie zna opisywany przez siebie Sahel, jednak jej opowieść sprowadza się do romansidła w egzotycznej scenerii, i – jakby ona nie starczała – z dodanym sosem ezoterycznego bełkotu. Czy zainteresuje się tym ktoś z kompetencjami w zakresie krytyki postkolonialnej? Dość to wątpliwe, zwłaszcza gdy zauważymy, iż w tylnej części okładki rekomendacje Podoleckiej dają niegdyś modna prezenterka telewizyjna Katarzyna Dowbor, oraz pisarka Małgorzata Kalicińska. Ta ostatnia zachwyca się historią kobiet, które „poszukują miłości i odkrywają same siebie”. W innym akapicie tego blurba Pani Nad Rozlewiskiem mówi o Afryce „nieoswojonej nigdy przez nas – białych”. Tak, nadal jesteśmy na etapie W pustyni i w puszczy, ponadto przecież „my Polacy” nie skalaliśmy się okrucieństwami kolonizatorstwa. „My” tylko budowaliśmy mosty i po Afryce podróżowaliśmy na rowerach (z całym czacunkiem dla Kazimierza Nowaka). „My” wtedy byliśmy pod zaborami i sami walczyliśmy o zachowanie tożsamości narodowej. By jednak oddać autorce sprawiedliwość, małą polską diasporę charakteryzuje dość zaskakująca obojętność wobec religii instytucjonalnych – brak jest odniesień do katolicyzmu i – co mogłoby za tym pójść: misyjności.

Z mojego punktu widzenia książka, choć – co godne pochwały – nie razi nieudolnością warsztatową, nawet po odjęciu irytującego newage’owskiego sztafażu, książka jest moralnie wątpliwa. Gayatri Chakravorty Spivak w tytule swego słynnego eseju zapytała: Can The Subaltern Speak?, dowodząc następnie, iż odpowiedź musi być przecząca. Takoż dowodzi tego Podolecka, przy czym jej zamiarem nie było zabranie głosu w dyskusji teoretycznej. Żar Sahelu spełnia obietnice składane czytelnikom, czy raczej czytelniczkom, na rewersie okładki. Szkoda jednak, że nie wykorzystuje swej szansy, aby zaproponować coś więcej, aniżeli opowiastkę o „późnej” miłości i o wzorowych – nawet w myśl podstawowych założeń feminizmu korporalnego – relacjach matki i córki, coś więcej, aniżeli ostrzeżenie przed światem „nieoswojonym”.

Agnieszka Podolecka, „Żar Sahelu”, Wydawnictwo Poradnia K, Warszawa 2010. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 11 stycznia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Ministerstwo głupich komentarzy czyli Pan Tobołek w trasie. „W 80 dni dookoła świata z Michaelem Palinem”

Dwadzieścia lat po realizacji i emisji cyklu BBC „W 80 dni dookoła świata z Michaelem Palinem”, rządowa brytyjska stacja telewizyjna postanowiła odgrzać ten swego czasu dość smakowity kotlet i tak w 2008 roku pojawił się dokument „W 20 lat dookoła świata”. Jednocześnie wznowiono książkową relację Palina, opowiadającą o współczesnej próbie okrążenia kuli ziemskiej w czasie i trasą wyznaczoną przez bohatera powieści Juliusza Verne’a, Phileasa Fogga, do której autor dołączył króciutki apendyks. Polskie tłumaczenie „W 80 dni dookoła świata” pojawiło się dwa lata po brytyjskim wydaniu, czyli właściwie dwadzieścia dwa lata po pierwszej edycji oryginału! Biorąc pod uwagę niesłabnącą popularność wszelkiego rodzaju relacji podróżniczych i wysoką rozpoznawalność angielskiej grupy komediowej Monty Python, wydawnictwo Insignis mogło spodziewać się bestselleru, a czytelnik świetnej zabawy i wielu ciekawostek o najprzeróżniejszych zakątkach globu. O ile, jak podejrzewam, książka sprzedaje się dobrze, czyta zaskakująco źle. Zabrałam się za nią z optymistycznym entuzjazmem, za który zapewne należy „winić” przeczytane jakiś czas temu świetne „Błękitne przestrzenie” Tony’ego Hortwitza (dobrze napisana, bardzo interesująca książka poświęcona Jamesowi Cookowi, jego podróżom i odkryciom geograficznym), a który wyparował zostawiając smętkowaty niesmak. Panowie i Panie, kurtyna w górę – Skecz Który Się Nie Udał!

Oto Wielka Brytania nabiera wiatru w żagle i wypływa w rejs dookoła świata! Tego świata, który niegdyś niemal w całości należał do Albionu, świat kolonii brytyjskich; można było kiedyś rzec, opłynąć świat to opłynąć świat Anglii – podróż rozpoczyna się w Londynie i poprzez Kair, Bombaj, Madras, Hongkong, Jokohamę, Los Angeles, Nowy Jork, na Londynie kończy.

Czy tego rodzaju myślenie należy do innej niż nasza epoki? W zglobalizowanej rzeczywistości aktualnie pływamy raczej wokół USA, z małymi przystankami na lokalne bary. Tęsknota za starymi dobrymi czasami ma się jednak dobrze, do BBC (telewizji, podkreślmy, publicznej) najwidoczniej nie dotarło, że współczesnym trendem podróżowania jest tzw. turystyka łagodna (dziękuję Poważnej Damie Paulinie za fachowy terminJ), nakierowanie na ekologię, względnie niski koszt podróży i utrzymania, lokalny środek transportu publicznego, poznawanie miejscowych specjalności i oczywiście żadne tam „W siedem dni stolice Europy”, ale raczej – miesiąc w Toskanii, dwa miesiące w Prowansji, poznawanie potraw, zabytków, kupowanie lokalnych wyrobów, etc. Ponieważ w BBC w latach osiemdziesiątych chyba raczej nie przewidywano takiego nastawienia, pojawiła się idea „W 80 dni dookoła świata” plus gwiazda, która nikomu nie powinna przeszkadzać, komik z grupy Monty Python, Michael Palin.

Warto zadać pytanie – po co taka podróż? Przewodni pomysł, by udać się w imponującej długości podróż śladami literackiego bohatera Verne’a uważam za niezbyt ciekawy – wyścig z czasem w epoce samolotów wydaje się nieuzasadniony. Naturalnie pomysłodawcy zrezygnowali z samolotów, ale czy przez to podróż stała się ciekawsza? Z całą pewnością, po przeczytaniu książkowej relacji Michaela Palina mogę odpowiedzieć stanowczo – NIE! Strasznie nudne, zawiodłam się potwornie, a na dodatek pomyślałam niejeden raz bardzo niepochlebnie o panu Palinie, co jeszcze wyjaśnię.

Przede wszystkim książka mogłaby nosić tytuł „Jak w 80 dni przerzucono tobołek dookoła świata”, ponieważ Palin z takim bezwładnym i bezwolnym tobołkiem budzi moje skojarzenie. To nie jest opis podróży, to jest relacja ze sporej logistycznej operacji zaplanowanej i przeprowadzonej przez kilkunastoosobową grupę pracowników BBC, którzy odpowiadali za każdy fragment transportowania Palina, który był odpowiedzialny jedynie za wygłaszanie komentarzy przed kamerą, uśmiechanie się i zagadywanie do napotykanych ludzi. Odwołanie się do Phileasa Fogga ma tylko taki sens, że Palin podróżuje jedynie statkami – jak się okazuje, współcześnie morski i oceaniczny transport pasażerski nieomal nie istnieje, dlatego najczęściej Palin ląduje na kontenerowcach. Podobnie jak Fogg, Palin miewa problemy z odpowiednim skomunikowaniem środków transportu, ale ostatecznie po 79 dniach udaje mu się wrócić do Londynu. Podróże, noclegi, stołowanie – każdy element tej wyprawy podąża utartymi schematami, według oficjalnych rozpisek przewodników, zero jakichkolwiek poszukiwań „na własną rękę”. Nawet jeśli przez jakiś czas ekipa BBC wraz ze swym cennym, gwiazdorskim tobołkiem żegluje na pokładzie maleńkiego stateczku w spartańskich warunkach, cała załoga usłużnie uwija się wokół Anglików, którzy oczywiście po dotarciu do celu mają zapewniony nocleg w dobrym hotelu, w którym zapewne dość często formą wyżywienia gości jest szwedzki stół.

Szwedzki stół, jak wszyscy doskonale wiemy, pozwala gościom /konsumującym na swobodne wybieranie dań z podanych kilku bądź kilkunastu potraw na wspólnym stole (na początku transformacji ustrojowej w Polsce określenie szwedzki stół było niemal synonimem rogu obfitości, orgią gastronomiczną: duży wybór smakowitości połączony z demokratyczną możliwością samodzielnego wyboru. Nie, stołówkowy przymus, w którym wszyscy jedzą te same ochłapy, ale każdy według swoich upodobań wybiera sobie smaczne kąski). W książce Palina świat jawi się właśnie jako swego rodzaju szwedzki stół, do którego można podejść w dowolnej chwili by skubnąć coś interesującego, zamienić kilka niezobowiązujących słów z sąsiadem… zaraz zaraz, może jednak nie aż tak niezobowiązujących? Ciężko określić Palina jako mistrza lekkiej konwersacji, gdy w chińskim pociągu wdaje się w dyskusję z panem Xie, jednym z opiekunów wycieczki brytyjskiej, pracownikiem chińskiej telewizji, i zadaje mu pytanie: „Czy sądzi pan, że w Chinach odbędą się wolne wybory za, powiedzmy, dziesięć lat?” (s. 193). Pozdrowienia dla pana Xie w obozie pracy! Ok., lekko przesadziłam, ale zadawanie takiego pytania w roku 1988 pracownikowi chińskiej telewizji świadczy o… głębokiej i pozbawionej naiwności wiedzy o specyfice politycznej regionu? Tak przy okazji można przeczytać o tym np. tu albo tu.

Osobliwe jest to, że Palin właściwie w żadnym miejscu nie opowiada ani jednej sensownej i naprawdę interesującej anegdoty czy ciekawostki, a z jego komentarzy na temat danej lokalizacji można poważnie zwątpić w jego orientację historyczną i kulturowa, co może być bardzo mylące biorąc pod uwagę, że studiował historię współczesną! Niemniej jednak ten zupełny brak informacji o danym miejscu każe zastanowić się wręcz nad swoistą cenzurą – czy była to część umowy z BBC? Czy raczej sam uznał, że nie warto zadręczać widzów „jakąś tam” wiedzą? Co więcej, Palin nie przejawia zbytniej wrażliwości wobec obserwowanych szczegółów. Owszem, przeszkadza mu straszliwa awantura, która nie pozwala mu spać w amerykańskim pociągu, ale za to nie zająknie się nawet słóweczkiem nad chińską potrawą z kota – którą osobiście zamówił i zjadł. No problem, dzielny zdobywca i okrążyciel globu z niejednego pieca kota, pardon, chleb, jada! Tak, wiem, że w kraju, gdzie, jak się mawia, jedynie kamienie nie nadają się do jedzenia, nie ma nic dziwnego w jedzeniu zwierząt, które na Zachodzie są domowymi pupilami, zresztą nie tylko w Chinach jada się koty i psy. Nie bardzo jednak wierzę, że Palin nigdy i nigdzie nie odczuwał żadnych różnic kulturowych, nie zauważał ubóstwa, nieludzkich warunków życia zarówno ludzi jak i zwierząt. Globokrążca. Biorąc to wszystko pod uwagę, nie dziwi, że w roku 2000 Palin otrzymał z rąk królowej angielskiej Order Imperium Brytyjskiego za swoją pracę dla telewizji BBC, a przecież z całą pewnością jest w pełni świadomy kontrowersji takiego uhonorowania, nawet jeśli obecnie nie ma ono militarnego wydźwięku (z całą pewnością ma natomiast sygnifikować władzę, a władza pieniądza jest najpewniejsza).

Palin przybywa do Indii – pardon, zostaje dowieziony, na czas, według terminarza całej wyprawy i niemal odpakowany z folii, by się czasem nie uszkodził. Czy napomyka, choćby półgębkiem o brytyjskim panoszeniu się w Indiach w czasach kolonialnych? A może uświadamia potencjalnym odbiorcom, że swego czasu Brytyjczycy wpadali tłumnie do Indii nie tylko w celach turystycznych? Oczywiście nie sugeruję, że w pokutnym geście powinien paść na kolana i przeczołgać się od Delhi do Kerali, oddając po drodze nie tylko oszczędności, ale też nerki i wątrobę potrzebującym. Dla miłego i sympatycznego Brytyjczyka niegdysiejsza perła w koronie angielskiej okazuje się niestety fałszywa. Podczas przechadzki ulicami Bombaju Palin stwierdza: „Patrzę na życie ulicy i staromodne, wszechobecne samochody ambassador, wchłaniam zapachy i podziwiam, niszczejące hotele o nazwach takich jak „Evelyn” i „Shelley’s” – spotykaną tu na każdym kroku parodię Wielkiej Brytanii. To lepsze niż parodia Ameryki, którą była Arabia Saudyjska” (s. 113). Niemniej jednak nie jest totalnie źle – przychodzi czas na pochwałę Indii: „Z czasów brytyjskiego panowania pozostało coś więcej, niż tylko skrzynki i autobusy. Największa demokracja świata jeździ lewą stroną i gra w krykieta. Angielski łączy północ i południe, wschód i zachód kraju, który nie ma innego wspólnego języka. Jednak Indie, jak niewiele innych krajów, zachowują własne miejsce w świecie, pozostają archetypem państwa niezaangażowanego, przedkładają samowystarczalność nad luksus, są społeczną i gospodarczą strefą buforową pomiędzy agresywnymi aksjomatami wchodniego i zachodniego kapitalizmu” (s. 119). Jak ładnie i grzecznie powiedziane – zupełnie niczym komunikat z brytyjskiego ministerstwa, np. głupich komentarzy.

„Rozsuwam pomarańczowe zasłonki a tam Japonia” (s. 212) – stwierdza Palin gdy statek, którym płynie, dociera do Jokohamy. Króciutki pobyt w Japonii nie uchronił go niestety od wygłoszenia przynajmniej jednej głupiej uwagi – „Japończycy, kulturalne sroki, potrafią bardzo zręcznie naśladować wszystko, co zwróci ich uwagę, więc w końcu lądujemy na irlandzkiej kolacji w restauracji Mother Maguire’s, specjalizującej się w piwie i stekach” (s. 218). Mali, sprytni, elastyczni Japończycy siedzą cicho i dłubią sobie w plastiku wszystko, co im się spodoba na Zachodzie. Jak dobrze, że Wielka Brytania nie ma na swoim współczesnym wspaniałym terytorium żadnej restauracji indyjskiej, chińskiej, japońskiej, karaibskiej czy z jakiejkolwiek innej, bo jeszcze bym pomyślała, że próbują naśladować coś, co im się spodobało w tych dalekich egzotycznych państwach, w których dość często Anglicy stołowali się niczym u siebie.

Paradoksalnie, serial BBC z Palinem ogląda się nawet dzisiaj nienajgorzej – i oczywiście nie jest to zasługa ukrywania ekipy technicznej i wytwarzania złudzenia, że była to samotnicza i samodzielna podróż. Michael Palin wielokrotnie wymieniał i dziękował, w książce i telewizji, wszystkim osobom zaangażowanym w organizowanie i obsługę jego podróży, a podczas kręcenia serialu czasem prowokował operatorów, by skierowali kamery na siebie. Warto to podkreślić, ponieważ nawet dziś bohaterowie rozmaitych cyklów programowych często kreują się na „samotnicze wilki”, które potrafią przeżyć najbardziej nieprzyjazne warunki bez żadnej pomocy – groteskową perfekcję osiągnął w tym choćby Bear Grylls. Niezależnie od rzeczywistych umiejętności i znajomości technik przetrwania, podczas oglądania wyczynów Gryllsa nie można oprzeć się wrażeniu, że zazwyczaj niewidoczna ekipa wcina sobie spokojnie jakieś pyszne sałatki, które zaraz poda dzielnemu Bearowi, podczas gdy on sam przed kamerą połyka właśnie żywą żabkę, by „nie umrzeć z głodu w przerażającej dżungli”.

Serial pokazuje Palina jako otwartego, uprzejmego człowieka, który wydaje się być szczerze zainteresowany tym, co ludzie mają mu do powiedzenia, a okazji do spotkań z nimi miał aż nadto. Czy to podczas oczyszczania miasta z weneckimi śmieciarzami czy też podczas występu w barze karaoke w Tokio, świetnie się bawi z napotykanymi osobami – może dlatego, że właśnie cała ta dość wariacka wyprawa była właśnie tylko i wyłącznie dla niego zabawą. Pomijam fakt, że trudno byłoby dziś zrobić podobny program unikając pytań o odpowiedzialność zachodniego kapitalizmu za procesy przemian ekonomicznych i kulturowych na całym świecie. Lekkość i zabawa to ostatnie słowa, jakie mogłyby mi się skojarzyć z książką Palina – nudną, drętwą i ciężkawą niczym zimny brytyjski pudding z łoju zrobiony według przepisu z czasów imperialnych Wielkiej Brytanii.

Czy po dwudziestu latach od nakręcenia programu i spisania pierwszej relacji z „80 dni dookoła świata z Michaelem Palinem” autor dodał w książce cokolwiek nowego, istotnego? Film „Around The World in 20 Years” (pierwszą część można obejrzeć tutaj – dalsze części są również dostępne na Youtube) jest obszerną relacją z poszukiwań grupy indyjskich marynarzy, z którymi Palin i jego opiekunowie z BBC przepłynęli w spartańskich warunkach Morze Arabskie. Właśnie te chwile Palin zapamiętał najlepiej i bardzo chciał spotkać swoich towarzyszy podróży ponownie, co, z pewną niewielką pomocą innych, jak podczas pierwszej edycji, udało się – nie bez pewnych drobnych problemów. Podobnie jak poprzednio, zdecydowanie lepiej ogląda się telewizyjną produkcję BBC, niż czyta dość suchą i raczej ogólnikową relację w książce. Tak oto kończy się przydługi skecz, z którego najbardziej podobała mi się scenografia.

Sławomira Raczyńska

Michael Palin, W osiemdziesiąt dni dookoła świata, przeł. Roman Palewicz, Insignis Media, Kraków 2010.

Data wpisu: 5 września, 2010 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe