Archiwum dla kategorii: ‘opinie’

Parada musi być świętem przegiętych ciot

zdjęcie do art 300x205 Parada musi być świętem przegiętych ciot
flaga parada zabawa tęcza ludzie

tęczowa flaga

Skoro obchodzimy w Polsce np. dzień asystentki i sekretarki (25 stycznia), to dlaczego nie powinniśmy/powinnyśmy obchodzić święta np. wszystkich zmaskulinizowanych lesbijek i sfeminizowanych gejów?Znam ten kontrargument. „Nie pójdę na Paradę, bo tam są przegięte cioty, które nie pomagają nam w walce o tolerancję . Tylko szkodzą środowisku.”.  Zamiast „przegięte cioty” możecie wstawić „obrzydliwe drag queen”, „transwestyci” lub „obściskujący się geje”. Wszystko jedno. Traktuję  ten epitet jako symbol i określenie pewnej kategorii, która może nam podczas marszy przeszkadzać.
Pozwólcie, że rozłożę to zdanie na czynniki pierwsze, by ukazać, jakim jest bezsensowym bełkotem.

„Bo tam są przegięte cioty”

58491867 p Parada musi być świętem przegiętych ciot
trans, parada

EuroPride 2010 w Warszawie

Oczywiście, że są. Bo dlaczego miałoby ich nie być? Środowiska LGBTQ są wszędzie zróżnicowane. Macie racje, nie łączy nas nic poza „niestandardową” orientacją seksualną lub „niestandardową” identyfikacją płciową. To tak, jakby zebrać ludzi z niebieskimi oczami i oczekiwać, że będą do siebie pod innymi względami podobne. Nie będą. Tak samo my nie jesteśmy.
Są wśród nas przegięte cioty. Są i męskie. Jest mnóstwo męskich lesbijek. Znajdzie się sporo hiperkobiecych. Jesteśmy bardzo różnorodną grupą (w sensie socjologicznym nie jesteśmy nawet grupą społeczną, a jedynie zbiorowością, tłumem). Maszerujemy jednak razem, bo mamy pewne wspólne cele do osiągnięcia. (O tym, że trudno te cele wskazać – za chwilkę).  Ale maszerujemy też, bo chcemy się dobrze bawić. Parada Równości jest także świętem radości, świętem różnorodności. Takim jednym dniem w roku, gdy wszystkie osoby będące w mniejszości chcą zebrać się razem i poczuć się silniejsze.
Nie chodzi o to, że dzięki Paradzie Równości ludzie nagle stwierdzą: „ej, oni/one jednak są fajni/fajne, musimy ich lubić!”.
Osobiście uważam, że Parada Równości jest przede wszystkim napędzającym [do czego? W życiu?] mnie na pozostałe 364 dni roku wydarzeniem. W świecie, w którym na co dzień jesteśmy w mniejszości, czujemy się czasem zagrożeni/zagrożone, mamy różne obawy, jesteśmy traktowani/traktowanie niesprawiedliwie – mamy ten jeden jedyny marsz [nie taki jedyny, bo jest kilka w kilku miastach icon wink Parada musi być świętem przegiętych ciot — przyp. red. oj tam, Parada jest jedna i warszawocentrycznie twierdzę, że jest wyjątkowa i inna niż pozostałe manifestacje icon wink Parada musi być świętem przegiętych ciot — przyp. JP], gdy możemy poczuć się silniejsi/silniejsze. Gdy możemy wspólnie stworzyć, choć na chwilę, front walki o uszanowanie naszych wyborów, naszych odmienności.
I dlatego będą z nami przegięte cioty. Bo chcemy, żeby i przegięte cioty czuły się w Polsce okej. Żeby przegięte cioty nie bały się wyjść na ulicę. Żeby przegięte cioty – które czasem są naszymi braćmi, siostrami [? No skoro to jest tylko nazwa pewnej kategorii, to mogą być też siostrami przecież], przyjaciółmi, znajomymi, wykładowcami, uczniami, pracownikami, pracodawcami, usługodawcami, klientami – żeby mogli być sobą i czuć się bezpiecznie. Za każdym razem, gdy chcemy, żeby nie chodzili/chodziły na Paradę Równości, stosujemy ten sam argument, który stosują wobec nas w szkole/pracy, gdy na informację, że wyjeżdżamy z partnerem/partnerką tej samej płci na wakacje, pytają nas: „musisz się tak obnosić ze swoją orientacją seksualną?”

„Nie pomagają nam”

Nie? Naprawdę? A udział w Paradzie Równości nie jest formą pomocy? Jasne, Parada jako zgromadzenie publiczne nie jest przestrzenią do wyrażania skomplikowanych, racjonalnych argumentów popartych badaniami i sondażami. Parada to festyn, to święto – chodzi o to, byśmy sami/same poczuli się wówczas dobrze, ale i żebyśmy sami/same sobie pokazali/pokazały, że jest nas wielu/wiele i że są inni/inne takie jak my. Że jest okej być innym/inną. Że nie trzeba się tego bać. Że można być LGBT i być osobą szczęśliwą. To ma też pomagać tym z nas, którzy/które nadal się boją tego, że coming out zniszczy im życie.
Parada Równości jest symbolem. Nie jest sposobem osiągania celów sama w sobie. Szacunek dla nas i naszych potrzeb to coś, co możemy osiągnąć edukując. Formalne związki partnerskie poprzez działania w Sejmie RP. I tak dalej, i tak dalej. Parada Równości jest od tego – będę to powtarzać do znudzenia – byśmy nabrali/nabrały sił do codziennej walki, byśmy poczuli/poczuły się lepiej ze sobą, byśmy zobaczyli/zobaczyły, że jest nas wiele.
Organizacje działające na rzecz LGBTQ oraz osoby będące kimś, kogo nazywam „aktywist(k)ą dnia codziennego” walczą na innych polach przez cały rok. Organizują konferencje, panele, spotkania, dyskusje, wykłady, pokazy filmowe. Wysyłają listy, pisma, skargi, wnioski, zapytania. Przygotowują projekty ustaw, organizują happeningi, rozmawiają z ludźmi. Pomagają osobom, które nie radzą sobie w swoich środowiskach, udzielają porad, kierują do specjalistów. To jest walka, która pozwala osiągać wymierne efekty. Parada Równości ma jedynie wzmacniać te osiągnięcia. Ale i być momentem, kiedy zobaczymy, jak wiele się zmieniło od początku – od pierwszej Parady Równości w 2001 roku (kilkanaście osób w maskach zakrywających twarze). I oczywiście, że liczebność ma znaczenie. Że im więcej nas, tym lepiej. Dlatego cieszmy się, że są z nami także przegięte cioty. Że chcą z nami iść, że się nie boją, że są dumne z tego, że potrafią być sobą każdego dnia.
A co Ty zrobiłeś/zrobiłaś dla innych osób LGBT? Jak Ty pomogłeś/pomogłaś „nam”?

„W walce o tolerancję”

431411 30303855 300x225 Parada musi być świętem przegiętych ciot
Parada w Amsterdamie

Parada w Amsterdamie

Z tolerancją jest problem. Ze słowem „tolerancja”. Nie lubię go, przyznaję się szczerze. Wolę mówić o otwartości, poszanowaniu różnorodności. Tolerujący jest bowiem zawsze ponad tolerowanym. W dyskursie ustawia się te słowa tak, że tolerujący (heteroseksualiści) łaskawie zgodzą się tolerować tych gorszych (nieheteroseksualistów). Nigdy nikt nie pyta nas, czy niehetero tolerują hetero. To pytanie brzmi wręcz głupio, prawda?
CBOS nie pyta w sondażu czy zdaniem respondenta/respondentki stosunki seksualne pomiędzy osobami różnej płci powinny być dozwolone. A robi tak, pytając o stosunki osób tej samej płci (kilkanaście procent badanych uważa, że powinny być zakazane…).
Dopóki nie będzie symetrii, równego traktowania, nie będzie mowy o osiągnięciu celu. Nie chodzi mi o to, by ktoś mnie/nas łaskawie zgodził się tolerować. Bo taka tolerancja, rozumiana jako „zgoda na to, żebyście istnieli obok nas” zawsze może być wycofana. Zależy mi na tym, byśmy szanowali swoją różnorodność. Wezwanie do poszanowania różnorodności – w przeciwieństwie do pytania o bycie tolerancyjnym – odnosi się do wszystkich tak samo. Szanuję to, że ktoś jest hetero. Szanuję to, że ktoś nie jest hetero. Szanuję to, że jesteśmy różnorodni.
Wydaje się też, że różnorodność ta powinna być powodem do dumy. Badania jednoznacznie wskazują, że firmy dbające o różnorodność (tak wśród pracowników/pracowniczek jak i klientów/klientek) po prostu więcej zarabiają, lepiej trzymają się na rynku (Microsoft przekazał w tym roku 100 tys. dolarów na walkę o małżeństwa jednopłciowe w swoim rodzinnym stanie).
W dupie mam to, czy ktoś mnie toleruje czy nie. Chcę by mnie i moją różnorodność szanowano. Wówczas obiecuję szanować różnorodność innych osób.

„Szkodzą środowisku”

58516 sdc10674 300x225 Parada musi być świętem przegiętych ciot

Marsz we Wrocławiu

Nie ma jednego „środowiska”. Na tym polega fałsz w tej części zdania. Nie ma jednej cechy, którą osoby LGBTQ miałyby wspólną. A nawet, gdyby się uprzeć i próbować znaleźć (np. że wszystkie te osoby podlegają opresji w Polsce), to i tak nie tworzy z nas środowiska – tak jak to, że wszystkie dzieci w wieku 8 lat chodzą do szkoły podstawowej nie tworzy środowiska z tych dzieci.
Jest nas wiele, mamy różne cele, różne potrzeby, różne doświadczenia. Są wśród nas osoby żyjące w małych miastach, zagubione i zastraszone, ale są i żyjące w metropoliach, dobrze ustawione i akceptowane w swoim najbliższym otoczeniu. To dwie zupełnie inne osoby, dwa zupełnie inne światy. Szukać można, oczywiście, zawsze jakiś maksymalnie wspólnych celów – takich, które uznaje większość z nas. I pewno legalne związki partnerskie będą czymś takim. Podobnie jak walka o rzetelną edukację nt. ludzkiej seksualności czy zwiększenie nakładów na opiekę nad osobami z HIV i chorymi na AIDS. Ale znów: to nie są cele nas wszystkich. Jesteśmy różnorodni/różnorodne i to jest okej.
Oczywiście, w mediach będziemy prezentowani jako jednorodna grupa – „ci geje i te lesbijki”. To – z jednej strony – ułatwia nam walkę polityczną w pewnych kwestiach, ale  z drugiej świadczy o tym, że trzeba innym też uświadamiać, że różnorodność jest wśród nas ogromna i jest czymś, z czego jesteśmy dumni/dumne.

Przegięte cioty muszą iść w Paradzie

Tegoroczny odpowiednik Parady Równości w Pradze idzie pod hasłem dbania o mniejszości w mniejszości. Zajmować się będą osobami biseksualnymi, transwestytami i osobami interseksualnymi. To piękny przykład tego, jak warto zwracać uwagę na tych, których i które sami/same wykluczamy z naszych – i tak już wykluczonych – społeczności.
Dlatego właśnie przegięte cioty muszą iść w Paradzie Równości. Dlatego musimy być dumni/dumne z tego, że są z nami. Dlatego musimy jeszcze mocniej walczyć o ich godność, o ich życie, o poszanowanie tego, kim są i kim chcą być. W ten sposób pokazujemy tak naprawdę na jakich wartościach nam zależy. Nie wspominając o tym, że gdybyśmy wszyscy/wszystkie byli tacy sami/takie same, Parada Równości byłaby strasznie nudnym wydarzeniem.


Data wpisu: 20 maja, 2012 autor wpisu: Jej Perfekcyjność  |  Komentowanie nie jest możliwe

Parada musi być świętem przegiętych ciot

W dupie mam to, czy ktoś mnie toleruje czy nie.

Skoro obchodzimy w Polsce np. dzień asystentki i sekretarki (25 stycznia), to dlaczego nie powinniśmy/powinnyśmy obchodzić święta np. wszystkich zmaskulinizowanych lesbijek i sfeminizowanych gejów?Znam ten kontrargument. „Nie pójdę na Paradę, bo tam są przegięte cioty, które nie pomagają nam w walce o tolerancję . Tylko szkodzą środowisku.”.  Zamiast „przegięte cioty” możecie wstawić „obrzydliwe drag queen”, „transwestyci” lub „obściskujący się geje”. Wszystko jedno. Traktuję  ten epitet jako symbol i określenie pewnej kategorii, która może nam podczas marszy przeszkadzać.
Pozwólcie, że rozłożę to zdanie na czynniki pierwsze, by ukazać, jakim jest bezsensowym bełkotem.

„Bo tam są przegięte cioty”

58491867 p Parada musi być świętem przegiętych ciot

EuroPride 2010 w Warszawie

Oczywiście, że są. Bo dlaczego miałoby ich nie być? Środowiska LGBTQ są wszędzie zróżnicowane. Macie racje, nie łączy nas nic poza „niestandardową” orientacją seksualną lub „niestandardową” identyfikacją płciową. To tak, jakby zebrać ludzi z niebieskimi oczami i oczekiwać, że będą do siebie pod innymi względami podobne. Nie będą. Tak samo my nie jesteśmy.
Są wśród nas przegięte cioty. Są i męskie. Jest mnóstwo męskich lesbijek. Znajdzie się sporo hiperkobiecych. Jesteśmy bardzo różnorodną grupą (w sensie socjologicznym nie jesteśmy nawet grupą społeczną, a jedynie zbiorowością, tłumem). Maszerujemy jednak razem, bo mamy pewne wspólne cele do osiągnięcia. (O tym, że trudno te cele wskazać – za chwilkę).  Ale maszerujemy też, bo chcemy się dobrze bawić. Parada Równości jest także świętem radości, świętem różnorodności. Takim jednym dniem w roku, gdy wszystkie osoby będące w mniejszości chcą zebrać się razem i poczuć się silniejsze.
Nie chodzi o to, że dzięki Paradzie Równości ludzie nagle stwierdzą: „ej, oni/one jednak są fajni/fajne, musimy ich lubić!”.

zdjęcie do art 300x205 Parada musi być świętem przegiętych ciot

tęczowa flaga

Osobiście uważam, że Parada Równości jest przede wszystkim napędzającym mnie na pozostałe 364 dni roku wydarzeniem. W świecie, w którym na co dzień jesteśmy w mniejszości, czujemy się czasem zagrożeni/zagrożone, mamy różne obawy, jesteśmy traktowani/traktowanie niesprawiedliwie – mamy ten jeden jedyny marsz, gdy możemy poczuć się silniejsi/silniejsze. Gdy możemy wspólnie stworzyć, choć na chwilę, front walki o uszanowanie naszych wyborów, naszych odmienności.
I dlatego będą z nami przegięte cioty. Bo chcemy, żeby i przegięte cioty czuły się w Polsce okej. Żeby przegięte cioty nie bały się wyjść na ulicę. Żeby przegięte cioty – które czasem są naszymi braćmi, siostrami, przyjaciółmi, znajomymi, wykładowcami, uczniami, pracownikami, pracodawcami, usługodawcami, klientami – żeby mogli być sobą i czuć się bezpiecznie. Za każdym razem, gdy chcemy, żeby nie chodzili/chodziły na Paradę Równości, stosujemy ten sam argument, który stosują wobec nas w szkole/pracy, gdy na informację, że wyjeżdżamy z partnerem/partnerką tej samej płci na wakacje, pytają nas: „musisz się tak obnosić ze swoją orientacją seksualną?”

„Nie pomagają nam”

Nie? Naprawdę? A udział w Paradzie Równości nie jest formą pomocy? Jasne, Parada jako zgromadzenie publiczne nie jest przestrzenią do wyrażania skomplikowanych, racjonalnych argumentów popartych badaniami i sondażami. Parada to festyn, to święto – chodzi o to, byśmy sami/same poczuli się wówczas dobrze, ale i żebyśmy sami/same sobie pokazali/pokazały, że jest nas wielu/wiele i że są inni/inne takie jak my. Że jest okej być innym/inną. Że nie trzeba się tego bać. Że można być LGBT i być osobą szczęśliwą. To ma też pomagać tym z nas, którzy/które nadal się boją tego, że coming out zniszczy im życie.
Parada Równości jest symbolem. Nie jest sposobem osiągania celów sama w sobie. Szacunek dla nas i naszych potrzeb to coś, co możemy osiągnąć edukując. Formalne związki partnerskie poprzez działania w Sejmie RP. I tak dalej, i tak dalej. Parada Równości jest od tego – będę to powtarzać do znudzenia – byśmy nabrali/nabrały sił do codziennej walki, byśmy poczuli/poczuły się lepiej ze sobą, byśmy zobaczyli/zobaczyły, że jest nas wiele.
Organizacje działające na rzecz LGBTQ oraz osoby będące kimś, kogo nazywam „aktywist(k)ą dnia codziennego” walczą na innych polach przez cały rok. Organizują konferencje, panele, spotkania, dyskusje, wykłady, pokazy filmowe. Wysyłają listy, pisma, skargi, wnioski, zapytania. Przygotowują projekty ustaw, organizują happeningi, rozmawiają z ludźmi. Pomagają osobom, które nie radzą sobie w swoich środowiskach, udzielają porad, kierują do specjalistów. To jest walka, która pozwala osiągać wymierne efekty. Parada Równości ma jedynie wzmacniać te osiągnięcia. Ale i być momentem, kiedy zobaczymy, jak wiele się zmieniło od początku – od pierwszej Parady Równości w 2001 roku (kilkanaście osób w maskach zakrywających twarze). I oczywiście, że liczebność ma znaczenie. Że im więcej nas, tym lepiej. Dlatego cieszmy się, że są z nami także przegięte cioty. Że chcą z nami iść, że się nie boją, że są dumne z tego, że potrafią być sobą każdego dnia.
A co Ty zrobiłeś/zrobiłaś dla innych osób LGBT? Jak Ty pomogłeś/pomogłaś „nam”?

„W walce o tolerancję”

431411 30303855 300x225 Parada musi być świętem przegiętych ciot

Parada w Amsterdamie

Z tolerancją jest problem. Ze słowem „tolerancja”. Nie lubię go, przyznaję się szczerze. Wolę mówić o otwartości, poszanowaniu różnorodności. Tolerujący jest bowiem zawsze ponad tolerowanym. W dyskursie ustawia się te słowa tak, że tolerujący (heteroseksualiści) łaskawie zgodzą się tolerować tych gorszych (nieheteroseksualistów). Nigdy nikt nie pyta nas, czy niehetero tolerują hetero. To pytanie brzmi wręcz głupio, prawda?
CBOS nie pyta w sondażu czy zdaniem respondenta/respondentki stosunki seksualne pomiędzy osobami różnej płci powinny być dozwolone. A robi tak, pytając o stosunki osób tej samej płci (kilkanaście procent badanych uważa, że powinny być zakazane…).
Dopóki nie będzie symetrii, równego traktowania, nie będzie mowy o osiągnięciu celu. Nie chodzi mi o to, by ktoś mnie/nas łaskawie zgodził się tolerować. Bo taka tolerancja, rozumiana jako „zgoda na to, żebyście istnieli obok nas” zawsze może być wycofana. Zależy mi na tym, byśmy szanowali swoją różnorodność. Wezwanie do poszanowania różnorodności – w przeciwieństwie do pytania o bycie tolerancyjnym – odnosi się do wszystkich tak samo. Szanuję to, że ktoś jest hetero. Szanuję to, że ktoś nie jest hetero. Szanuję to, że jesteśmy różnorodni.
Wydaje się też, że różnorodność ta powinna być powodem do dumy. Badania jednoznacznie wskazują, że firmy dbające o różnorodność (tak wśród pracowników/pracowniczek jak i klientów/klientek) po prostu więcej zarabiają, lepiej trzymają się na rynku (Microsoft przekazał w tym roku 100 tys. dolarów na walkę o małżeństwa jednopłciowe w swoim rodzinnym stanie).
W dupie mam to, czy ktoś mnie toleruje czy nie. Chcę by mnie i moją różnorodność szanowano. Wówczas obiecuję szanować różnorodność innych osób.

„Szkodzą środowisku”

58516 sdc10674 300x225 Parada musi być świętem przegiętych ciot

Marsz we Wrocławiu

Nie ma jednego „środowiska”. Na tym polega fałsz w tej części zdania. Nie ma jednej cechy, którą osoby LGBTQ miałyby wspólną. A nawet, gdyby się uprzeć i próbować znaleźć (np. że wszystkie te osoby podlegają opresji w Polsce), to i tak nie tworzy z nas środowiska – tak jak to, że wszystkie dzieci w wieku 8 lat chodzą do szkoły podstawowej nie tworzy środowiska z tych dzieci.
Jest nas wiele, mamy różne cele, różne potrzeby, różne doświadczenia. Są wśród nas osoby żyjące w małych miastach, zagubione i zastraszone, ale są i żyjące w metropoliach, dobrze ustawione i akceptowane w swoim najbliższym otoczeniu. To dwie zupełnie inne osoby, dwa zupełnie inne światy. Szukać można, oczywiście, zawsze jakiś maksymalnie wspólnych celów – takich, które uznaje większość z nas. I pewno legalne związki partnerskie będą czymś takim. Podobnie jak walka o rzetelną edukację nt. ludzkiej seksualności czy zwiększenie nakładów na opiekę nad osobami z HIV i chorymi na AIDS. Ale znów: to nie są cele nas wszystkich. Jesteśmy różnorodni/różnorodne i to jest okej.
Oczywiście, w mediach będziemy prezentowani jako jednorodna grupa – „ci geje i te lesbijki”. To – z jednej strony – ułatwia nam walkę polityczną w pewnych kwestiach, ale  z drugiej świadczy o tym, że trzeba innym też uświadamiać, że różnorodność jest wśród nas ogromna i jest czymś, z czego jesteśmy dumni/dumne.

Przegięte cioty muszą iść w Paradzie

Tegoroczny odpowiednik Parady Równości w Pradze idzie pod hasłem dbania o mniejszości w mniejszości. Zajmować się będą osobami biseksualnymi, transwestytami i osobami interseksualnymi. To piękny przykład tego, jak warto zwracać uwagę na tych, których i które sami/same wykluczamy z naszych – i tak już wykluczonych – społeczności.
Dlatego właśnie przegięte cioty muszą iść w Paradzie Równości. Dlatego musimy być dumni/dumne z tego, że są z nami. Dlatego musimy jeszcze mocniej walczyć o ich godność, o ich życie, o poszanowanie tego, kim są i kim chcą być. W ten sposób pokazujemy tak naprawdę na jakich wartościach nam zależy. Nie wspominając o tym, że gdybyśmy wszyscy/wszystkie byli tacy sami/takie same, Parada Równości byłaby strasznie nudnym wydarzeniem.


Data wpisu: 20 maja, 2012 autor wpisu: Jej Perfekcyjność  |  Komentowanie nie jest możliwe

Otwarte drzwi

Tak naprawdę to szukam żony. Mam 31 lat i chcę mieć dzieci, może nie od razu gromadę, może tylko jedno. Z kimś dojrzałym, inteligentnym. Nie, raczej nie z kimś, ale z ktosią, bo kocham tylko kobiety. W idealnej wizji rodziny jest też miejsce dla ojca/-ów dziecka, którzy uczestniczą w wychowaniu. Mieszkamy blisko siebie, wszyscy mamy czas, pieniądze i możliwości. Dziecko ma dzieciństwo, my mamy rodzicielstwo, sielanka z problemami wyłącznie dźwigalnymi, biały płotek i golden w ogródku.

990508 73031080 300x225 Otwarte drzwi

rodzina

A teraz, moi drodzy, wróćmy do rzeczywistości. Zlikwidowali moją firmę, mam 2 dyplomy SGH, za sobą 10 lat praktyki zawodowej i odruchy wymiotne na samą myśl o szukaniu kolejnego etatu w biurze, w którym będę musiała spędzać 13 godzin na dobę 7 dni w tygodniu, oblepiona intrygami, podgryzaniem oraz „zrób jeszcze to, bo taka jesteś świetna”. Będę zarabiać mało i to na działalności, więc za co dziecko? Jak żyć, panie Premierze? I gdzie poznać przyszłą żonę, która w tak sprzyjających warunkach będzie chciała zakładać ze mną rodzinę?
Jak zawsze – mam dwie opcje. Pierwsza: czekać na księżniczkę na białej klaczy, pielęgnować celibat i walczyć z myślą, że umrę samotnie, potem zaś zjedzą mnie kundle sąsiadki. Słabo brzmi, chyba sami przyznacie? Opcja druga, nieco bardziej atrakcyjna: wchodzić w inne relacje, aktywnie poszukiwać, mieć bliskość, której potrzebuję na co dzień, ale nie oszukiwać partnerek, że zmieniłam plany, zapomniałam o dzieciach/ wyjeździe zagranicę czy co tam jeszcze macie w grafiku na nadchodzące lata. Czyli… relacja otwarta.
Poznałam Małą Aktywistkę nie tak dawno temu. Wpadła mi w oko swoimi tekstami, później doszła wizualizacja i ot, zagięłam na nią parol. Czy jest to kandydatka na żonę? Nie. Jest młoda, zakochana w różnych dziewczynach i ma jeszcze dużo przed sobą. Nie myśli o dzieciach, za to sporo o seksie, nie myśli o pracy, bo za dużo ma pasji icon smile Otwarte drzwi . Jest cudowna, spędzamy razem sporo czasu na naprawdę fajnych rozmowach, świetnym seksie, na tuleniu się czy wspólnym działaniu w akcjach. Kochamy się, ale ja nie jestem tą jedyną, ani ona nią nie jest. Nie czuję zazdrości, gdy idzie na randkę, ona nie wariuje, gdy ja się z kimś umawiam. Mam mniejsze libido, więc Mała zaspokaja je również we własnym zakresie, z innymi kobietami. Nic mi od tego nie ubywa, tak samo jak moje tulenie się do innej nie sprawia, że odmówię tego Małej. Co w tym wszystkim złego?
Myślę, że jest nam łatwiej, bo zasada otwartości towarzyszy nam od początku. I pełna szczerość co do uczuć, kobiet, planów życiowych. Na pewno trudniej jest parom, które chcą otworzyć związek na inne osoby niż nam – dwóm niezależnym bytom w relacji otwartej. Bo kto lubi zmiany? Kto nie poczuje się odepchnięty? Ale nie znaczy to, że łatwiej nam borykać się z kłopotami. Bo bycie w otwartej relacji wcale nie zwalnia z odpowiedzialności, jak mogą myśleć niektórzy. Nie, wtedy to nie są drzwi otwarte, tylko obrotowe, moi drodzy. Dzielimy problemy jej, moje, innych, jak to bywa zawsze, choćby i w kręgu przyjaciół. Bo przecież przyjaźnimy się, szanujemy, respektuję też jej relacje z innymi partnerkami, więc i tu staram się być na bieżąco. I vice versa.  No i pozostaje kwestia czasu, który dla poliamorystów nie wydłuża się niestety, doba wciąż ma 24 godziny. Ale dla mnie to zaleta. Czasem fajnie mieć łóżko dla siebie, zjeść śniadanie przeglądając Facebooka, zdrzemnąć się w pojedynkę na kanapie, zatęsknić. Nie być lesbijską parka, która nie może ruszyć się nigdzie bez siebie.
Nie jestem radykałem i nie wyobrażam sobie, że kobieta, z którą będę starać się o dziecko, przechodzić ciążę, poród, okres niemowlęcy, poniemowlęcy, przedszkolny, będzie wyskakiwać na randki. Nie będzie na to czasu. Nie widzę tego, choć wierzę, że niektórzy ludzie tak potrafią. Jednak i ja nie zamierzam wiecznie zasłaniać się dzieckiem czy dziećmi, żeby uzasadnić monogamię. Chcę, żeby było wiadomo od początku, że ten związek możemy spróbować kiedyś otworzyć. Bo można się kochać, ale i kochać kogoś innego, uprawiać seks z inną osobą albo włączyć ją do rodziny, bo jest nam bliska. Jakoś ten cały ‘tradycyjny’ model niezbyt się sprawdza. Masa rozwodów lub bycie ze sobą na siłę – czy to jest naprawdę to, czego chcemy dla siebie i naszych dzieciaków? Może jednak warto rozważyć opcje pośrednie?


Data wpisu: 18 maja, 2012 autor wpisu: Oho  |  Komentowanie nie jest możliwe

Biamoria… ?

Biseksualizm – podwójna szansa na randkę w sobotnią noc? Singlem być – piękna rzecz, gdy można robić co się chce. Jeszcze piękniejsza – gdy nie trzeba się ograniczać co do wyboru płci. Jak to mówią: „żeby życie miało smaczek raz dziewczynka, raz chłopaczek”. Sielanka? Być może, gdy nie szuka się nic poza przygodną znajomością.

1039362 66014409 225x300 Biamoria... ?

kobieta + żelazko

A co ze związkiem? Potrzebuję męskiego ramienia – jestem z facetem. Potrzebuję niewieściego ciepła – jestem z kobietą. Albo zupełnie mi obojętnie. Nawet, jeśli „rasowe” lesbijki z mężczyzną nie chcą mieć nic wspólnego nawet „pośrednio”, to już rzadko który mężczyzna nie będzie tolerował biseksualnej dziewczyny (z powodów zapewne wiadomych).

Problem pojawia się, gdy wraz ze znalezieniem stałego partnera jednej płci, nagle tęsknimy do tej drugiej. I to nie jest tak, że po prostu zaczyna się nuda w związku i potrzeba odskoczni. Wiele osób biseksualnych jest bi nie dlatego, że mogą być i z kobietą i z mężczyzną– lecz potrzebują ich JEDNOCZEŚNIE. To powód, dla którego wiele z nich jest niezdolnych do stworzenia trwałego związku i lojalności.

Chociaż ten desperacki skok w bok w poszukiwaniu „brakującego składnika” nie powinien nawet być nazywany zdradą. Skoro potrzebuję do szczęścia dwóch pierwiastków, jak można mieć mi to za złe? Te braki nie wynikają z jakiegokolwiek niezadowolenia w związku– nie jestem niewyżyta. Po prostu kobieta i mężczyzna dają mi zupełnie różne rzeczy, których nie może dać jedna osoba (chyba, że łączyłaby je wszystkie w sobie, ale to bardzo rzadko się zdarza).

Taka jestem! Nie zdradzę swojego mężczyzny z innym facetem, ani kobiety z inną. Sumienie by mi nie pozwoliło. Ale biseksualizm dla mnie oznacza już biamorię, a gdyby to było wykonalne– bigamię. Tylko jak coś takiego zrealizować? Mieszkać w 3 pod jednym dachem? Większość facetów marzy o trójkątach, ale łączyć 2 takich relacji na dłuższą metę się nie da; w łóżku byłoby ciężko, a co dopiero w życiu codziennym? Nawet, gdyby partner nie był zazdrosny o partnerkę i vice versa.

Na chwilę obecną nie widzę dla siebie innej rady, niż stały partner, z którym jestem już od kilku lat i planuję z nim przyszłość, a obok tego ustatkowanego, pozornie heteroseksualnego życia… przyjaciółka. Która jednak może czuć się wykorzystywana. Uczucia prędzej czy później wybuchną. Więc pewnie pozostanę cichą żoną, która będzie marzyła o swojej serdecznej przyjaciółce. Czy mąż będzie o tym wiedział – nie wiem…

Zajrzyj na stronę Seksualność kobiet


Data wpisu: 17 maja, 2012 autor wpisu: Seksualnosc_Kobiet  |  Komentowanie nie jest możliwe

Małżeństwa – nie, związki partnerskie – tak

Artykuł 18. Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej wyraźne definiuje małżeństwo, jako związek kobiety i mężczyzny. Państwo powinno działać na rzecz tego, aby ta definicja nigdy nie została zmieniona. Jestem jednak za tym, aby nadać związkom osób homoseksualnych status prawny. Najrozsądniejszy byłby status związków partnerskich.

1086444 44405007 300x199 Małżeństwa – nie, związki partnerskie – tak

kredki

Nie jestem osobą homoseksualną, od ponad pięciu lat jestem w związku z jedną kobietą. Jestem stały w uczuciach, jak na swój wiek. Nie można tego powiedzieć o osobach homoseksualnych. Michał Witkowski, autor książki „Lubiewo”, która opowiada o gejach z Wrocławia, twierdzi, że nie są to osoby o stałych uczuciach, często zmieniają partnerów. Poza tym publicznie zachowują się inaczej, a w swoim środowisku inaczej – często mówią o sobie w żeńskim rodzaju, są bardziej wulgarni i używają slangu.

Nie znam osób homoseksualnych. Oczywiście, słyszałem, że ktoś, gdzieś jest gejem, ale raczej nie są to moi bliscy znajomi. Nie dlatego, że unikam takich kontaktów. Nie jestem w stanie określić czy homoseksualistą człowiek się staje, czy od zawsze nim jest. Pewnie obie wersje są prawdziwe. Jednak pytanie, jakie sobie postawiliśmy, brzmi: „Czy powinniśmy zalegalizować małżeństwa homoseksualistów”. Moja odpowiedź: oczywiście, że nie!

Termin „małżeństwo” powinien być zarezerwowany tylko i wyłącznie dla osób różnych płci. Osoby tej samej płci nie powinny adoptować dzieci, gdyż wychowują je w nienormalnej rodzinie. Nie ma znaczenia czy nazwiemy tę orientację dewiacją, wynaturzeniem czy chorobą. Polacy nie akceptują i mam nadzieję – nigdy nie zaakceptują – wychowywania dzieci przez dwie kobiety czy, tym bardziej, dwóch mężczyzn.

Jak tolerować nietolerancyjnych?

Nie chciałbym poświęcać Robertowi Biedroniowi zbyt wiele miejsca, bo jak słusznie określił go Krzysztof Bosak w rozmowie tuż po wydarzeniach z 11 listopada 2010 roku, Biedroń jest „zawodową ofiarą”. Wszyscy go dyskryminują, wszyscy są nietolerancyjni, a on jeden jest ostoją kultury, tolerancji i dobrego wychowania. Żeby się przekonać, że to wszystko bujda wystarczy posłuchać pana posła w akcji.

Gdy pisaliśmy o Marszu Niepodległości stanąłem po stronie ochrony prawa do organizowania zgromadzenia i nieskrępowanego przemarszu ulicami stolicy. Każdy bowiem ma swój marsz i nikt nie może go blokować. Mój wewnętrzny sprzeciw budzi sytuacja, w której Kolorowa Niepodległa blokuje Marsz Niepodległości. Niesmak czuję także wtedy, kiedy organizuje się w dniu Parady Równości kontrmanifestację pod nazwą Marsz Tradycji i Kultury. Skutki konfrontacji tych grup społecznych widzieliśmy 11 listopada 2010 roku, a także rok później.

Przenoszenie takich sporów na ulicę może być niebezpieczne

Niech jednego dnia przejdzie sobie jeden marsz, drugiego następny, a kolejnego jeszcze inny. A wtedy postronny obserwator oceni z kim się zgadza i utożsamia. Najczęściej nie utożsami się z nikim, bo jak słusznie zauważył Robert Winnicki, przewodniczący Młodzieży Wszechpolskiej, Polacy mają tylko jedno święto – „święty spokój”. I podobnie jest w tej sytuacji. Polacy akceptują fakt, że takie osoby w Polsce są, że nawet ich reprezentant utrzymuje się z podatków płaconych przez cały naród, ale już nie zaakceptują obnoszenia się z seksualnością. Parada Równości nie wygląda jak normalna manifestacja. Członkowie parady celowo szokują i robią to publicznie. Mężczyźni się całują i chodzą pół nadzy, po ulicach chodzą ludzie nie podobni ani do kobiet, ani do mężczyzn. Nikt nie chce na to patrzeć – ani na ulicy, ani w telewizji, ani w gazetach. Niech seksualność tych osób pozostanie ich prywatną sprawą.


Data wpisu: 16 maja, 2012 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Czy ja jestem staromodna?

Może i okażę się być staromodną, a nawet nietolerancyjną, ale czy ludzie to poupadali  na głowy z tym wymyślaniem nowych konfiguracji  łóżkowo – emocjonalnych??? Pewnie ktoś mi zarzuci, że poligamia i poliamoria nie istnieją od dziś, ale czy my aby nie idziemy w rozwoju ogólno cywilizacyjnym trochę jednak do przodu a nie wstecz?

363795 15811 300x225 Czy ja jestem staromodna?

trzymanie za ręce

Nie czuję się osobą indoktrynowaną w  młodości przez matki i ciotki przesiąknięte patriarchalnym i tradycyjnym modelem rodziny.  Wychowywały mnie głównie kobiety, bardzo silne kobiety i naprawdę postępowe kobiety.  Nie słyszałam więc nigdy historii z przyszłości o zamążpójściu, o szczęśliwej rodzinie stworzonej z heteroseksualnych rodziców płodzących potomstwo w standardowym pakiecie „chłopiec + dziewczynka”.  Najważniejsze bym była szczęśliwa. Może dlatego też nie miałam problemu z budzącym się we mnie biseksualizmem, moje matki i ciotki również. Czułam się emocjonalnie i seksualnie wyzwolona. Nikt przecież nie narzucał mi żadnych barier, nikt nie wpajał utartych schematów. Mogłam robić co chcę i z kim chcę. Nie będę ukrywać, że korzystałam z tej wolności. Najpierw przeszłam przez temat pt. Chłopcy, potem Mężczyźni dochodząc w końcu do Kobiet…szczęśliwie dochodząc i to nie tylko w dosłownym znaczeniu. Miałam nawet epizod, który przyjaciółka określiła jako przejaw moich poliamorycznych skłonności. Zajęło mi trochę czasu  nim zrozumiałam o co w tym chodzi.  I gdy wreszcie pojęłam te wszystkie nowe kategorie doszłam do wniosku, że jednak jestem starzejącą się, monogamiczną konserwą.

Zanim jednak dostąpiłam oświecenia i zanim doszłam do tematu pt. Kobiety mój ówczesny partner, w ramach modernizacji naszego związku zaproponował mi związek otwarty. Oczywiście nie zgodziłam się na jego wizję naszego przyszłego małżeństwa (sic!) i zdecydowałam się zostać szczęśliwą singielką. Poza pierścionkiem zaręczynowym, który sprzedałam w celu zakupienia 0,7 czystej wódki, zostało mi po nim nurtujące mnie wciąż pytanie: czym tak naprawdę jest otwarty związek i czemu ludzie się decydują na taką formę bycia ze sobą? Przewertowałam dziesiątki stron internetowych, brałam udział w wielu dyskusjach na różnego rodzaju forach i prawie udało mi się uwierzyć, że jest to naprawdę coś niewiarygodnie ekscytującego i świeżego w życiu miłosno-seksualnym człowieka. Na jednym z for poznałam buddystę, wielkiego entuzjastę otwartego związku, który w charakterystyczny dla nawiedzonych buddystów sposób opowiadał, że związek nie może być więzieniem, że nie możemy zatrzymywać przy sobie drugiego, wolnego człowieka, że dając wolność, rozumianą jako wolność w wybieraniu seksualnych partnerek, stajemy się dojrzałymi partnerami, mogącymi stworzyć naprawdę udaną relację. Inny buddysta przekonywał, że tylko w takim związku rzeczywiście się staramy o partnera, że monogamia zabija namiętność, szacunek, że myśląc o kimś jako o naszej własności, przestajemy dbać o uczucia. Jeszcze ktoś inny dodał, że w takim związku nie ma zdrady, bo seks na boku jest jawny. Prawie uwierzyłam. Bo czy mamy się starać o kogoś tylko dlatego, że boimy się odejścia tej osoby? Nie trzeba otwierać związku, by mieć świadomość, że drugi człowiek nie jest nam dany raz na zawsze i bez względu na wszystko.  Jawna zdrada? Rozumiem, że coraz więcej osób zdradza, że monogamia staje się przeżytkiem, ale czy o to chodzi w byciu kimś?

Wiem, że są udane związki otwarte, związki bigamiczne i poliamoryczne, że są nawet udane rodziny stworzone na bazie takich relacji, jednak ja tego nie kupuję i twardo będę upierać się przy tym, że monogamiczny związek to najpiękniejsza z form bycia razem. Nie chcę demonizować wszystkiego co nie jest mono, ale nie jestem w stanie zaakceptować poglądu, że mono jest passe, a znakiem nowoczesności i wolności jest poliamoria i wszystkie te jej poli-pochodne. Związek jest dla mnie niemal żywym organem, który by funkcjonował prawidłowo, należy go właściwie pielęgnować. Mając więcej niż jedną osobę pod opieką, żadnej nie poświęcimy zbyt wiele uwagi. Owszem, jest to dobra opcja na „tymczas”, na okres młodzieńczych szaleństw, ale jeśli rozmawiamy o dorosłych i dojrzałych, mam wrażenie, że jest to idealna forma wiązania się dla osób, które albo nie potrafią się w pełni emocjonalnie zaangażować albo są zbyt leniwe i zbyt skoncentrowane na sobie, by móc i chcieć codziennie pracować nad związkiem z drugą osobą. Związek to także praca, czasami bardzo ciężka praca. Nie wspominam o tzw. docieraniu się, uczeniu wzajemnych przyzwyczajeń, próbach dzielenia wspólnej przestrzeni.  Mam na myśli przeszkody, na które codziennie natyka się wiele par. Szara rzeczywistość potrafi skutecznie zabić uczucia i namiętność, a wszędzie czające się pokusy mają jeszcze bardziej niszczycielską moc. Jedni zechcą wybrać prostą drogę i pozornie angażują się otwarty związek, drudzy podejmą wyzwanie i będą czerpać satysfakcję z pokonywania kolejnego etapu na krętej ścieżce. Nic nie daje mi większej radości jak praca nad tym, by umieć przy sobie zatrzymać ukochaną kobietę. Nie uwiązać ją przy sobie, ale pracować nad sobą i nad nami tak, by nie myślała zbyt długo o blondynce na której dłużej zawiesiła wzrok na ostatniej imprezie. By codziennie wracała do wspólnego domu z radością ujrzenia mnie, która czeka z obiadem, bym ja po kilku latach związku potrafiła pisać o tęsknocie, gdy przez kilka dni nie będzie jej przy mnie. To jest prawdziwym wyzwaniem! A nie jakieś tam „nowozwiązki”, które tylko próbują utwierdzić nas, że jesteśmy istotami chcącymi jedynie zaspakajać swoje instynkty i dać na to pełne przyzwolenie w imię nowoczesności. Cudownie jest być tą jedyną i mieć tę jedyną, wciąż patrzeć na siebie z czułością i pożądaniem.

Nie, nie jestem nowoczesna. Próbowałam wyjść z tej konserwatywnej skorupy i bawić się życiem jak młodsi ode mnie znajomi. I nie mogę napisać, że nie potrafię, bo bawiłam się, ale jedyne co mi pozostało z tamtych czasów, to wyrzuty sumienia, że skrzywdziłam tym nie tylko siebie, ale przede wszystkim bliskie mi wtedy osoby. Nie umiem połączyć związku otwartego ze słowem „szacunek”. Mimo że zasady są z góry ustalone, nadal pozostajemy istotami emocjonalnymi, czy tego chcemy czy nie. I nie jesteśmy w stanie przestawić się na tryb „open relationship” ot tak po prostu i działać według przyjętych zasad. Technika idzie do przodu w zawrotnym tempie, ale człowiek od wieki wieków w drugiej osobie szukał i szukać będzie odwzajemnionej miłości, najlepiej takiej na całe życie.


Data wpisu: 10 maja, 2012 autor wpisu: Emi  |  Komentowanie nie jest możliwe

Czy ja jestem staromodna?

Może i okażę się być staromodną, a nawet nietolerancyjną, ale czy ludzie to poupadali  na głowy z tym wymyślaniem nowych konfiguracji  łóżkowo – emocjonalnych??? Pewnie ktoś mi zarzuci, że poligamia i poliamoria nie istnieją od dziś, ale czy my aby nie idziemy w rozwoju ogólno cywilizacyjnym trochę jednak do przodu a nie wstecz?

363795 15811 300x225 Czy ja jestem staromodna?

trzymanie za ręce

Nie czuję się osobą indoktrynowaną w  młodości przez matki i ciotki przesiąknięte patriarchalnym i tradycyjnym modelem rodziny.  Wychowywały mnie głównie kobiety, bardzo silne kobiety i naprawdę postępowe kobiety.  Nie słyszałam więc nigdy historii z przyszłości o zamążpójściu, o szczęśliwej rodzinie stworzonej z heteroseksualnych rodziców płodzących potomstwo w standardowym pakiecie „chłopiec + dziewczynka”.  Najważniejsze bym była szczęśliwa. Może dlatego też nie miałam problemu z budzącym się we mnie biseksualizmem, moje matki i ciotki również. Czułam się emocjonalnie i seksualnie wyzwolona. Nikt przecież nie narzucał mi żadnych barier, nikt nie wpajał utartych schematów. Mogłam robić co chcę i z kim chcę. Nie będę ukrywać, że korzystałam z tej wolności. Najpierw przeszłam przez temat pt. Chłopcy, potem Mężczyźni dochodząc w końcu do Kobiet…szczęśliwie dochodząc i to nie tylko w dosłownym znaczeniu. Miałam nawet epizod, który przyjaciółka określiła jako przejaw moich poliamorycznych skłonności. Zajęło mi trochę czasu  nim zrozumiałam o co w tym chodzi.  I gdy wreszcie pojęłam te wszystkie nowe kategorie doszłam do wniosku, że jednak jestem starzejącą się, monogamiczną konserwą.

Zanim jednak dostąpiłam oświecenia i zanim doszłam do tematu pt. Kobiety mój ówczesny partner, w ramach modernizacji naszego związku zaproponował mi związek otwarty. Oczywiście nie zgodziłam się na jego wizję naszego przyszłego małżeństwa (sic!) i zdecydowałam się zostać szczęśliwą singielką. Poza pierścionkiem zaręczynowym, który sprzedałam w celu zakupienia 0,7 czystej wódki, zostało mi po nim nurtujące mnie wciąż pytanie: czym tak naprawdę jest otwarty związek i czemu ludzie się decydują na taką formę bycia ze sobą? Przewertowałam dziesiątki stron internetowych, brałam udział w wielu dyskusjach na różnego rodzaju forach i prawie udało mi się uwierzyć, że jest to naprawdę coś niewiarygodnie ekscytującego i świeżego w życiu miłosno-seksualnym człowieka. Na jednym z for poznałam buddystę, wielkiego entuzjastę otwartego związku, który w charakterystyczny dla nawiedzonych buddystów sposób opowiadał, że związek nie może być więzieniem, że nie możemy zatrzymywać przy sobie drugiego, wolnego człowieka, że dając wolność, rozumianą jako wolność w wybieraniu seksualnych partnerek, stajemy się dojrzałymi partnerami, mogącymi stworzyć naprawdę udaną relację. Inny buddysta przekonywał, że tylko w takim związku rzeczywiście się staramy o partnera, że monogamia zabija namiętność, szacunek, że myśląc o kimś jako o naszej własności, przestajemy dbać o uczucia. Jeszcze ktoś inny dodał, że w takim związku nie ma zdrady, bo seks na boku jest jawny. Prawie uwierzyłam. Bo czy mamy się starać o kogoś tylko dlatego, że boimy się odejścia tej osoby? Nie trzeba otwierać związku, by mieć świadomość, że drugi człowiek nie jest nam dany raz na zawsze i bez względu na wszystko.  Jawna zdrada? Rozumiem, że coraz więcej osób zdradza, że monogamia staje się przeżytkiem, ale czy o to chodzi w byciu kimś?

Wiem, że są udane związki otwarte, związki bigamiczne i poliamoryczne, że są nawet udane rodziny stworzone na bazie takich relacji, jednak ja tego nie kupuję i twardo będę upierać się przy tym, że monogamiczny związek to najpiękniejsza z form bycia razem. Nie chcę demonizować wszystkiego co nie jest mono, ale nie jestem w stanie zaakceptować poglądu, że mono jest passe, a znakiem nowoczesności i wolności jest poliamoria i wszystkie te jej poli-pochodne. Związek jest dla mnie niemal żywym organem, który by funkcjonował prawidłowo, należy go właściwie pielęgnować. Mając więcej niż jedną osobę pod opieką, żadnej nie poświęcimy zbyt wiele uwagi. Owszem, jest to dobra opcja na „tymczas”, na okres młodzieńczych szaleństw, ale jeśli rozmawiamy o dorosłych i dojrzałych, mam wrażenie, że jest to idealna forma wiązania się dla osób, które albo nie potrafią się w pełni emocjonalnie zaangażować albo są zbyt leniwe i zbyt skoncentrowane na sobie, by móc i chcieć codziennie pracować nad związkiem z drugą osobą. Związek to także praca, czasami bardzo ciężka praca. Nie wspominam o tzw. docieraniu się, uczeniu wzajemnych przyzwyczajeń, próbach dzielenia wspólnej przestrzeni.  Mam na myśli przeszkody, na które codziennie natyka się wiele par. Szara rzeczywistość potrafi skutecznie zabić uczucia i namiętność, a wszędzie czające się pokusy mają jeszcze bardziej niszczycielską moc. Jedni zechcą wybrać prostą drogę i pozornie angażują się otwarty związek, drudzy podejmą wyzwanie i będą czerpać satysfakcję z pokonywania kolejnego etapu na krętej ścieżce. Nic nie daje mi większej radości jak praca nad tym, by umieć przy sobie zatrzymać ukochaną kobietę. Nie uwiązać ją przy sobie, ale pracować nad sobą i nad nami tak, by nie myślała zbyt długo o blondynce na której dłużej zawiesiła wzrok na ostatniej imprezie. By codziennie wracała do wspólnego domu z radością ujrzenia mnie, która czeka z obiadem, bym ja po kilku latach związku potrafiła pisać o tęsknocie, gdy przez kilka dni nie będzie jej przy mnie. To jest prawdziwym wyzwaniem! A nie jakieś tam „nowozwiązki”, które tylko próbują utwierdzić nas, że jesteśmy istotami chcącymi jedynie zaspakajać swoje instynkty i dać na to pełne przyzwolenie w imię nowoczesności. Cudownie jest być tą jedyną i mieć tę jedyną, wciąż patrzeć na siebie z czułością i pożądaniem.

Nie, nie jestem nowoczesna. Próbowałam wyjść z tej konserwatywnej skorupy i bawić się życiem jak młodsi ode mnie znajomi. I nie mogę napisać, że nie potrafię, bo bawiłam się, ale jedyne co mi pozostało z tamtych czasów, to wyrzuty sumienia, że skrzywdziłam tym nie tylko siebie, ale przede wszystkim bliskie mi wtedy osoby. Nie umiem połączyć związku otwartego ze słowem „szacunek”. Mimo że zasady są z góry ustalone, nadal pozostajemy istotami emocjonalnymi, czy tego chcemy czy nie. I nie jesteśmy w stanie przestawić się na tryb „open relationship” ot tak po prostu i działać według przyjętych zasad. Technika idzie do przodu w zawrotnym tempie, ale człowiek od wieki wieków w drugiej osobie szukał i szukać będzie odwzajemnionej miłości, najlepiej takiej na całe życie.


Data wpisu: 10 maja, 2012 autor wpisu: Gosia  |  Komentowanie nie jest możliwe

Viva la revolution!

Była rewolucja seksualna. I co z niej zostało? Mniejszości seksualne nadal są niesprawiedliwie traktowane i pozbawiane praw. Była walka o emancypację kobiet. I co? Też nic, może tylko parytety. Skoro oni mogą prowadzić wojny i zabijać w imię niższych cen ropy, to my chcemy wolności i prawa do wyborów – słusznych lub nie, ale własnych!

470762 72700959 300x225 Viva la revolution!
radość

Patrząc na to, co dzieje się wokół, na palące problemy społeczne, które nie są rozwiązywane, na wojny ogarniające powoli większą część świata, myślę sobie tak… Żeby ludzie byli szczęśliwi, przekonani o wolności, tolerancji i równych prawach powinno się pozwolić na:

1. Zawieranie związków małżeńskich przez homoseksualistów….

… na całym świecie. Bez względu na obowiązującą religię i ustrój polityczny. Ludzie wszędzie chcą tak samo kochać i pragną być szczęśliwi. Dajmy im tę szansę!

2. Adoptowanie dzieci przez małżeństwa homoseksualne…

W końcu nikt nie udowodnił, że to byłoby szkodliwe dla ich psychiki i rozwoju. Skoro chcą mieć dzieci, w inny sposób nie mogą, to dlaczego nie? W domach dziecka setki dzieci czekają na ludzi, którzy stworzą im prawdziwy dom…

3. Legalną aborcję.

Może nawet bez podawania powodu? Bo po co? Jak kobieta nie chce, to nie, jej sprawa. A że to też dziecko jakiegoś mężczyzny? Przecież faceci i tak nie lubią dzieci. Żaden nie będzie po nich płakał.

4. Swobodną eutanazję.

Kto chce, niech umiera, jego sprawa. Wolność, przede wszystkim. Niech każdy sam decyduje o sobie, nie powinno się tego kontrolować.

5. Ułatwianie samobójcom zadania.

Skoro i tak chcą umrzeć? To może niech podpisują jakiś papierek, że w dniu takim a takim postanawiają rozstać się z życiem i proszą łaskawie o wydanie im odpowiedniej dawki takiego a takiego leku, który im to umożliwi? Oszczędzilibyśmy nieestetycznych widoków ludziom, którzy muszą zajmować się zwłokami wisielców, topielców i innych.

6. Legalizację prostytucji.

I tak wszyscy wiedzą, że jest. Jak ktoś chce, to i tak skorzysta. Nie lepiej by to zalegalizować i opodatkować? Załatalibyśmy dziurę budżetową. A w końcu praca jak każda inna.

7. Legalizację narkotyków.

Jak ktoś chce – weźmie, jak nie – to nie. Przecież nikt nikogo nie zmusza! Można by zaproponować takie ceny, żeby tylko niektórzy mogli sobie na to pozwolić. I proszę bardzo, kolejne źródło dochodów.

8. Prywatne szkolnictwo …

Uczyliby się ci, którzy by chcieli. Nauczyciele nie musieliby użerać się z gówniarzami, którzy nie są nauką zainteresowani, mogliby skupić się na tych, z których coś w przyszłości będzie. Byłaby mniejsza przemoc w szkołach. Młodzież zdolna i inteligentna nie byłaby zmuszona do obcowania z tą, której IQ odpowiada poziomowi szympansów. Nie obrażając tych ostatnich.

9. I służbę zdrowia!

Nie stać cię – nie leczysz się, proste! Koniec kolejek do lekarzy specjalistów. Szybsza selekcja sprawiłaby, że nie bylibyśmy społeczeństwem starzejącym się.

10. Swobodną eliminację dresów i plastików.

To już kiedyś było, tylko w innej formie. Ale skoro dążymy do społeczeństwa maksymalnie wydajnego, produktywnego i na poziomie, to trzeba wyeliminować tych, którzy zaniżają poziom i przyczyniają się do upadku intelektualnego populacji.

Wyobrażacie sobie taki świat? Piękny. Wolny, tolerancyjny (no, może nie do końca). Właściwe – czemu nie? Do takich właśnie ideałów dążymy. Po drodze zgubiliśmy moralność, sens życia i elementarne wartości. Krzyczymy coraz głośniej, że chcemy praw, wolności i swobody. Z której niestety nie wynika nic…


Data wpisu: 7 maja, 2012 autor wpisu: Balala  |  Komentowanie nie jest możliwe

Seks jest dobry!

Artykuł o wstrzemięźliwości seksualnej po raz kolejny znalazł się pod ostrzałem negatywnych opinii. Które nie są co prawda oparte na żadnych racjonalnych przesłankach, ale autorzy mają złudzenie, że są bardziej nowocześni, wyzwoleni i lepiej znają życie. W gruncie rzeczy – idą za tłumem, ślepo przyjmuję serwowaną im współczesną moralność.

132365 8861 300x224 Seks jest dobry!
kobieta

Wszystkie komentarze czytam zawsze bardzo uważnie. Przede wszystkim dlatego, żeby zrozumieć stanowisko innych osób. Spojrzeć na temat z ich perspektywy. Ale nie zawsze mi się to udaje. Niektóre opinie czy stwierdzenia są tak absurdalne i w ogóle nie uzasadnione, że mimo szczerych chęci – muszę stanowczo oponować!

Staroświecki moherowy beret!

Zostałam uznana za staroświecką, bo bronię czystości przedmałżeńskiej. W porządku. Czyli znakiem nowoczesności jest rozwiązłość, rozpusta i puszczanie się na lewo i prawo? Moi drodzy, opozycje „staroświecki-nowoczesny” w kontekście seksu nie istnieją! Jeżeli ktoś się szanuje, to dlaczego traktuje się go jak przeżytek? Po drugie: idea czystości jest bardzo mocno utożsamiana z kościołem katolickim. W sumie nic dziwnego, ale pragnę zaznaczyć, że nie każda dziewczyna, która chce być dziewicą aż do ślubu, musi być zagorzałą katoliczką! Tak samo, nie każda, która chce zachować swoją cnotę, jest fanatyczką religijną! Takie etykietowanie ludzi świadczy o wąskich horyzontach myślowych i sztywnym posługiwaniu się stereotypami!

Seks na nie!

Nie ukrywam, że rozczarowały mnie komentarze w stylu: „Tereska pokazuje sprzeciw co do wszelkich stosunków seksualnych”. Nigdy nie mówiłam, że seks jest zły, nieczysty albo powinien być zakazany. Wręcz przeciwnie! Stoję na stanowisku, że seks jest wyrazem największej miłości między dwojgiem ludzi, że jest maksymalnym zbliżeniem, ale powinien wyrastać z intymności, bliskości i zaufania a nie zwierzęcych instynktów! Tak, jestem wrogiem seksu uprawianego przez głupie małolaty w toaletach dyskotek czy knajp, w parkach albo na parkingach! Tylko dlatego, że seks nie jest zabawką, formą spędzania wolnego czasu albo dowartościowywania się! Mówię nie masturbacji, bo jest pseudo-seksem w pojedynkę, żałosną imitacją stosunku, po którą sięgają ci, którzy nie mają władzy nad własnymi popędami!

Większość ma zawsze rację!

Może jestem w mniejszości. Może mówię coś, co spotyka się z falą krytyki. Ale „opinia większości jest opinią najmniej zdolnych”. Poza tym wiadomo, że zdrowe ryby płyną pod prąd, a martwe z prądem. Dlatego nie boję się głośno i zdecydowanie mówić, że czystość i samokontrola są lepsze niż bycie ladacznicą. Jestem przekonana, że każda kobieta w głębi serca chce być kochana i szanowana, a nie da się tego uzyskać przez szybki numerek z nowo poznanym kolesiem. To, że większość młodych ludzi chce uprawiać seks – nie znaczy, że mają racje. Najczęściej nie są na to gotowi. Wystarczy popatrzeć co się dzieje, gdy wyzwolona nastolatka zajdzie w ciąże. Albo ją usuwa, albo oddaje do adopcji, albo opiekują się niemowlakiem dziadkowie. Wszyscy tacy dorośli, tacy wyzwoleni i z duchem czasu, tylko jak przyjdzie co do czego, to chłopczyk ucieka przed odpowiedzialnością a dziewczynka biegnie z płaczem do mamy i „nie wie jak to się stało”.

Litości. Jeżeli czystość seksualna kojarzy się wam tylko z moherowymi beretami, Radiem Maryja i księdzem grzmiącym z ambony, to żal mi was. Czystość to świadomy wybór – pragnienie bycia dojrzałym, wyjątkowym dla swojego partnera, nieskalanym i przede wszystkim – wolnym! To nie jest łatwa droga. Trzeba zmagać się z pokusami, trzeba mówić „nie”, panować nad sobą a często znosić upokorzenia. Ale można z dumą spojrzeć na siebie w lustrze. Poczucie godności jest najważniejsze!


Data wpisu: 5 maja, 2012 autor wpisu: Balala  |  Komentowanie nie jest możliwe

Jak to powiedzieć?

Często pytacie jak powiedzieć rodzicom, znajomym o odmiennej orientacji niż homoseksualna. Staram się w jakiś sposób pomóc ale pamiętajcie przy tym że to wy znacie waszych najbliższych najlepiej!:)

1095340 23680402 201x300 Jak to powiedzieć?

liście

W moim przypadku zadziałało to w różne sposoby. Były osoby z którymi się spotkałem na hm… „wolnej przestrzeni” tzn np w parku. Okolice szkoły gdzie w weekendy nie ma nikogo itp. Tak powiedziałem kuzynce. Latem spacerowaliśmy i jej od tak powiedziałem. Nawet tego nie planowałem nie uczyłem się tekstu na pamięć. Samo z siebie wyszło chodź nie pamiętam już nawet jak to brzmiało.
Jeżeli boicie się powiedzieć to w oczy to miałem też sposób „na Skype” też wyszło samo z siebie tyle że wcześniej napisałem jej że musimy pogadać o mnie i że ma się przygotować ;D
To takie moje przeżycia a oto kilka opcji od czytelników:

Maciej: Pokazałem zdjęcie moje i mojego chłopaka w objęciach koleżance i zapytałem : rozumiesz?

Marcelina: Mamo nigdy nie urodzę Ci dzieci bo moja dziewczyna nie jest mi wstanie tego uczynić

Kuba: ja powiedziałem po imprezie jak leżałem z przyjaciółką na pośladkach naszej śpiącej kumpeli xD


Jak widzicie można do tego podejść z dystansem;) ważne by się nie bać. Nie możecie myśleć że jesteście jacyś gorsi. Trzeba czuć się komfortowo. Myśleć że będzie dobrze mówić płynnie nie zawieszać się icon wink Jak to powiedzieć?  
Bądźcie pełni pozytywnej energii !!!!
No i badajcie rynek icon wink Jak to powiedzieć?  

1635171183962048260 5631887725403450569?l=homoseksualnyotoja.blogspot Jak to powiedzieć?


Data wpisu: 20 kwietnia, 2012 autor wpisu: Dawid  |  Komentowanie nie jest możliwe

Wyszła ciota z Palikota

Muszę przyznać, że nigdy Januszowi Palikotowi nie ufałam. Pamiętam, bolesną pewnie nie tylko dla mnie, okładkę magazynu „Ozon”, który onegdaj biznesmen wydawał, przedstawiającą młode osoby szczycące się swoją dyskryminacyjną postawą trzymające znak „Zakaz pedałowania” i artykuł „Wszyscy jesteśmy homofobami” w tymże numerze.

sejm rp 300x225 Wyszła ciota z Palikota

sejm_rp

Później nadszedł czas PO, happeningów, sponsoringu kultury, wywiadów dla kolorowych pism, założenia własnej partii z nazwiskiem lidera w nazwie (wiara w jednego wodza i promocja jednej osoby też budzi bolesne wspomnienia z historii). Nowa partia, jako jedna z nielicznych w Polsce, miała być nastawiona na tolerancję, akceptację, różnorodność, nowoczesność. Kilkoro moich kolegów i koleżanek, aktywistów i aktywistek ruchu LGBTQ, wstąpiło nawet w jej szeregi.
Co prawda, zaniepokoił mnie klip wyborczy głównego kandydata RPP. Heterenorma z niego biła. Palikot prezentował się na łonie polskiej zielonej przyrody, z blondwłosymi dziećmi. Rodzina, ziemia, swojskość, serial „Klan”…- o tym wszystkim myślałam oglądając tę wyborczą reklamę. Dziwiło mnie, że nawet w tle, nie mignęła drag queen, drag king, tęczowa flaga ani nawet liść marihuany, o legalizację której kandydat na posła także zabiega.
Ale działania lidera partii to przecież nie tylko ten krótki film. Palikot pokazał się na 10. urodzinach KPH we wrześniu zeszłego roku, na wiecu Kolorowa Niepodległa 11 listopada 2011 roku w Warszawie – na składanym krzesełku i w błysku fleszy, w spocie festiwalu „Równe prawa do miłości”. Obiecywał polskiej społeczności LGBTQI ustawę o związkach partnerskich, zakaz mowy nienawiści.
I udało mu się zdobyć przychylność znaczącej części polskiego społeczeństwa, procent głosów, który dziwnym trafem pokrywa się z ilością osób nieheteronormatywnych w Polsce.
Po czym, kilka dni temu, na swoim Twitterze napisał „Gowin zachowuje się jak katolicka ciota. To, że biskup gwałci dziecko, nie ma znaczenia, dopóki nikt się o tym nie dowie”. Dla mnie to była ewidentna powtórka z „Ozonu” i zakazu pedałowania, za które polityk tak żarliwie przepraszał.
Po co tak napisał?- bo chciał Gowinowi dołożyć. A jak najlepiej dołożyć w Polsce? Przyrównując kogoś do osoby homoseksualnej. I niech polityk nie mówi, że jego intencje były inne. Owszem, pewnie dołożył Gowinowi, i pewnie zrobił to jego własnym językiem. Natomiast rykoszetem dostało się wszystkim osobom nieheteronormatywnym w RP. Śmiem spekulować, że dostało się też tym, którzy zaufali Palikotowi jako światłemu i rozumiejącemu mniejszości politykowi, jednemu z nielicznych, na jakiego się kreował.
Smuci mnie też coś innego. Robert Biedroń, do niedawna aktywista LGBTQI, którego bardzo ceniłam, jeden z najwytrwalszych, współzałożyciel Kampanii Przeciw Homofobii, obecnie poseł na sejm z RPP, mówi (za „Gazetą Wyborczą”), że „ciota to nie wyzwisko, lecz wyrafinowany opis świadczący o oczytaniu Palikota w Witkowskim i Gombrowiczu”. A dla mnie Janusz Palikot dzięki tej wypowiedzi, to bynajmniej nie miłośnik literatury polskiej, Gombrowicza czy Witkowskiego (w tej kolejności), a zwyczajny homofob!
Obrona Palikota przez część tęczowych działaczy smuci tym bardziej, że Robert Biedroń, zanim oddał się politycznej karierze, w czasie swojej pracy w KPH, poznał wyniki raportu organizacji na temat mowy nienawiści w Polsce, i jak wysokie miejsce zajęła tam „ciota”.
I jeszcze jedno, żeby to nie była mowa nienawiści, albo, żeby można było na ten temat dyskutować „Only a ginger can call another ginger ginger”, a pan, panie Palikot, szczególnie w swoim hetenormatywnym klipie wyborczym, do „ciot” się raczej nie zalicza. Proszę więc nie przejmować naszego języka, bo nikt, może oprócz posła RPP, pana do tego nie upoważnił. Inaczej jest pan tylko kolejną w Polsce osobą używającego uwłaczającego języka nienawiści. Szkoda, bo obiecywał pan z niego uwolnić Polskę i wiele „ciot” i „lesb” dało się na to nabrać i panu zaufało. Nie wiem, jak długo będzie pan musiał to zaufanie odbudowywać i czy kiedykolwiek się to uda…


Data wpisu: 10 kwietnia, 2012 autor wpisu: Ania Urbanczyk  |  Komentowanie nie jest możliwe

Nie chcemy męskich mężczyzn

Ciężko jest być mężczyzną w XXI wieku, nie przeczę! Trzeba redefiniować swoją rolę, dostosowywać się do nowych wymagań i oczekiwań. Typowy samiec alfa odchodzi do lamusa i ustępuje miejsca zwykłemu, przeciętnemu facetowi! Specjalnie dla was wyselekcjonowane dowody na to, że kobiety nie chcą już męskich mężczyzn!

877661 78371318 300x258 Nie chcemy męskich mężczyzn
facet

Chłopców od dziecka wychowuje się w kulcie siły, dominacji i odwagi. Potem to pokutuje – gdy taki twardziel spotyka kobietę i chce się z nią związać. Do tej pory miał nie płakać i nie okazywać uczuć, teraz powinien zacząć. Ale to nie jedyny problem…

1. Są agresywni!

Według wielu facetów bycie męskim wyraża się przez okazywanie siły i bycie agresywnym. Siła owszem, imponuje kobietom, w sytuacjach uzasadnionych – fajnie, gdy mężczyzna potrafi obronić siebie, swoją wybrankę i najbliższych. Ale agresywność werbalna, nieustępliwość, kłótliwość i upór nie są już tak mile widziane!

2. Dowodzą innymi!

Mali chłopcy w czasie zabawy wyznaczają sobie role, mają przywódcę, każdy zajmuje określoną pozycję w hierarchii. Dziewczynki współpracują, negocjują role i tworzą wspólnoty. Duzi chłopcy, tak zwani mężczyźni, którzy chcą być męscy, mają tendencję do dominowania, przewodzenia i mówienia innym, co mają robić. A żadna kobieta nie lubi być kierowana i ustawiana przez faceta. Mężczyźni, którzy dyskutują, współpracują i są tolerancyjni, są bardziej atrakcyjni od dominujących samców alfa.

3. Są brutalni.

Silne męskie ramie to coś, co kobiety lubią najbardziej. Ciepła kluska i maminsynek wywołują zażenowanie, pogardę i lekceważenie. Ale! Silny brutal jest dobry tylko na chwilę. Szorstki, cyniczny, niezależny i tajemniczy mężczyzna jest pociągający tylko w niektórych sytuacjach. Dobrze jest, gdy potrafi w odpowiednich momentach stać się czuły, opiekuńczy i wrażliwy, gdy okazuje uczucia, jest ciepły i delikatny.

4. Zarabiają pieniądze i uprawiają seks!

Dzisiaj to już nie wystarczy. Współczesny mężczyzna ma być nie tylko głową rodziny i kochankiem, ale ojcem, przyjacielem, powiernikiem i towarzyszem. Ma być aktywny i zaradny zawodowo, powinien być troskliwym i dobrym ojcem, wiernym mężem, doskonałym kochankiem. Świetnie gdy potrafi gotować, zajmować się domem, gdy pielęgnuje kwiatki, piecze ciasta i prasuje koszule. Żeby robić to wszystko, trzeba zejść z piedestału męskości i upodobnić się nieco do kobiet.

5. Wiedzą wszystko najlepiej!

Urażona męska duma to coś okropnego. Kobiety wcale nie lubią upartych facetów, którzy nigdy nie ustąpią (nawet trochę). Wcale nie szukają ideałów i mężczyzn znających odpowiedź na każde pytanie. Zazwyczaj wybierają takich, którzy mają coś w głowie, z którymi można rozmawiać, śmiać się, bawić i robić wiele innych rzeczy. Mężczyźni wcale nie powinni twardo obstawać przy swoim, żeby zyskać aprobatę!

Panowie – nie musicie być twardzi, niezłomni i wyzuci z uczuć! Możecie płakać, gdy czujecie taką potrzebę, nie będziecie przez to mniej męscy – tylko bardziej ludzcy! Nie bójcie się swoich emocji, popełniajcie błędy, przyznawajcie się do tego, że czasem się boicie albo czegoś nie wiecie! Takich kochamy was najbardziej!


Data wpisu: 28 lutego, 2012 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Romans z nauczycielem– to się dzieje naprawdę.

Temat tabu? Już nie. Romanse międzypokoleniowe są coraz powszechnejsze. W szkole, czyli zbieraninie różnych indywidualności romansowanie na lini pedagog – uczeń to powoli norma. Oczywiście nie obligatoryjna – raczej coraz częściej spotykana.

a60ac3a1344387ed92c8244c191433c1 Romans z nauczycielem  to się dzieje naprawdę.Burza hormonów

Choć tytuł może wskazywać, że problem międzypokoleniowego szkolnego romansu tyczy nauczycieli płci męskiej, to niestety równie często romansują nauczycielki. Uczniowie decydują się na romans głównie ze względu na własne korzyści. Uczennice chcące podciągnąć oceny nie cofną się przed niczym, jeżeli są w desperacji. Decydują się współżyć z mężczyzną dużo od siebie starszym za przysłowiową 5- tkę na świadectwie czy w dzienniku. Rzadko kiedy decydują się na to ze względu na przygodę lub gdy nauczyciel im się podoba. Oczywiście takie zjawisko istnieje, ale jest częściej spotykane u uczniów, którzy czują miętę do swojej nauczycielki, najczęściej młodej. Głównie w liceum poziom testosteronu jest zdecydowanie podwyższony, gdy w pobliżu pojawia się młoda nauczycielka o długich nogach. Fantazje chłopców mogą się przerodzić w romans, ale to już zależy od indywidualnych predyspozycji nauczycieli.

Nauczycielskie motywy.

Dlaczego nauczyciele decydują się na romans? Nauczyciele kierują się testosteronem jeżeli mają przed sobą wydekoltowaną uczennicę, która ewidentnie flirtuje. Mimo tego, że mogą zostać wyrzuceni z pracy lub pozbawieni prawa wykonywania zawodu, chęć przeżycia seksualnej przygody z młodą dziewczyną jest silniejsza. Podobnie nauczycielki, które nie mają jeszcze ustabilizowanej sytuacji osobistej. Niektórzy nauczyciele traktują to jak hobby. Uwodzą dziewczyny niedojrzałe emocjonalnie i szukające miłości u dojrzałego mężczyzny, który pozornie odnosi się do nich z sympatią. Takie sytuacje też się zdarzają.

Tylko romans?

Czy z romansu na linii uczeń – nauczyciel może powstać trwały związek? Zdarzały się przypadki kontynuowania związków po opuszczeniu przez ucznia/uczennicę szkoły, lecz nigdy nie trwały one długo. Część przypadków kończyła się ciążą, lecz nigdy owoc związku nie był wychowywany wspólnie. Młoda matka była pozostawiana samej sobie. Różnica pokoleń jest zbyt duża, choć moim zdaniem głównym czynnikiem powodującym nietrwałość tych romansów jest brak dojrzałości młodych ludzi. Są sprawni seksualnie, świadomi swoich możliwości, jednak dojrzałość psychiczna to już inna sprawa. Szukanie swojej miłości i kierowanie jej w złą stronę skutkuje tylko bliznami na sercu. A w przypadku takich niekonwencjonalnych romansów może się to skończyć tylko źle.


Data wpisu: 13 grudnia, 2011 autor wpisu: Balala  |  Komentowanie nie jest możliwe

Lesbijki nie gęsi

Dlaczego tak wiele mówi się o literaturze gejowskiej, a literatura lesbijska wciąż spoczywa w cieniu? Owiana aurą tajemniczości, przemilczana lub pisana między wierszami tak, by nikt nie odebrał jej wprost. Czyżbyśmy wstydziły się pisać otwarcie o tym, co czujemy i czego doświadczamy? 188292 8256 Lesbijki nie gęsiCzy jest to kwestia braku odwagi czy raczej pewnej idealizacji i skupienia się na sferze wyłącznie duchowej? Jest kilka tytułów, kilka powieści, które mniej lub bardziej zasługują na miano literatury lesbijskiej, ale i o tym nie mówi się wiele. Co jest w nas kobietach takiego, że ukrywamy potencjał, wykorzystujemy go w sposób nieadekwatny do zdolności, podczas gdy mężczyźni bez ogródek piszą i mówią o swoich doznaniach i uczuciach?

Warto zatem zadać sobie pytanie czy lesbijki są twórczo bezpłodne czy ukrywają się ze swoją twórczością, przekazem, odcinają od środowiska branżowego, bo tak wygodniej? A może wręcz przeciwnie – może wszystkie szturmują wydawnictwa, ale żadne nie otwiera przed nimi drzwi? Znam kilka portali poetyckich (choć w internecie można ich znaleźć całe mnóstwo) z bliższego wglądu, tzn. z publikacji dzieł własnych i muszę przyznać, że do tej pory natknęłam się na 2 (słownie: dwie) autorki, które nie wstydziły się swojej orientacji i pisały utwory o charakterze homoerotycznym (można rzec, że wręcz programowym w obliczu dość ostrych dyskusji i kpin pod ich adresem).

Przyznam, że sama jako mało odważna przynajmniej początkowo pisałam pod pseudonimem (i to nie jednym); w sieci można gdzieś nawet znaleźć dość obszerne opowiadanie mojego autorstwa. Niemniej patrząc na owo usilne kamuflowanie się
“współsióstr” postanowiłam wyrazić to, co czuję za pomocą języka, którym przecież posługuję się na co dzień – czy to w domu, w pracy, czy w związku. Bo przecież lesbijki nie gęsi i swój język mają…

A jakie są Wasze doświadczenia w tym względzie?

 


Data wpisu: 29 listopada, 2011 autor wpisu: Ilona  |  Komentowanie nie jest możliwe

Mamo, chce Ci przedstawić mojego partnera

Jestem młodą mama po raz drugi. Córka ma 14 lat skończone i lubi chłopców i chce się im podobać , ma koleżanki ( jako koleżanki ) i kolegów ( jako kolegów) ,ale twierdzi ,ze na razoe chłopcy jej nie kręcą . I nie dziwię się , mnie w tym wieku też jeszcze nie kręcili. Ale nie o niej chcę pisać , córa jest wg mnie hetero. Ale może jakiś psycholog lub psychiatra tu czasem zagląda i odpowie mi czy 4-latk już można zauważyc symptomy homo?

trans Mamo, chce Ci przedstawić mojego partnera

Więcej…

34904 419179892341 11494607341 4514983 5866536 n 213x300 Mamo, chce Ci przedstawić mojego partnera

kampania ILGA Europe

Mam synka , który właśnie skończył 4 –ry latka i czasami mówię w żartach ,że ma dziwne zachwania czy upodobania. I zawsze podkreślam i wszystkim powtarzam ,że TO JEST MOJE DZIECKO i nie ważne jaką orientację eksualną bedzie miał , to JA I TAK BĘDĘ GO KOCHAŁA. Bo jest ze mnie i z mojej krwi.
Ktoś może powiedzieć ,że jestem durna i nawymyślać mi , ale ja mam takie właśnie podejście do homoseksualizmu. Nikt nie wybiera sobie partnera na złość rodzinie , nikt nie chce nikogo krzywdzić – człowiek rodzi się już z określoną orientacją seksualną.
I jeśli kiedyś mój synek przyjdzie i powie : ” mamo , chce Ci przedstawić mojego partnera ” , to będę dumna z tego ,że wychowałam Go na porządnego człowieka ,który ma szacunek dla matki i siebie , że ma do mnie zufanie i może ze mną swobodnie rozmawiać i nie boi się mojej reakcji na jego zachowanie i chce żebym cały czas aktuwnie uczestniczyła w jego życiu.
A wszystkim kobietom – MATKOM ( podobno matka kocha BEZGRANICZNIE ??? !!! ) , życzę zdrowego podejścia do życia , więcej wiary w swoje dzieci i siebie !!!
I KOBIETY MATKI – OBUDŹĆIE SIĘ !!!! Syn gej czy córka lesbijak a, to nie koniec świata. To niczyja wina , seksualność kształtuje się już w wieku płodowym, więc żadna terapia prychologiczna , tym bardziej katolicka tu nie pomoże.
Pokochajcie swoje dzieci na nowo, tak jak w momencie pojawienia się ich na świecie i przyjmijcie do wiadomości ,że wasz syn kocha faceta na swój sposób , niekoniecznoe tak jak wy byście tego chciały, ale to jego życie i jego wybór.
Pozdrawiam

Zudka


Data wpisu: 24 listopada, 2011 autor wpisu: Zudka  |  Komentowanie nie jest możliwe

Dlaczego mężczyźni boją się miłości ?

Miłość płci nie rozróżnia. Trafia każdego niespodziewanie. Natomiast reakcja na jej skutki, pozytywne i negatywne, jest różna i często właśnie płeć o tym decyduje. Po burzliwych doświadczeniach, podczas których zostaliśmy zranieni, każdy ma przez pewien czas wstręt do miłości. Zależy to właśnie od oczekiwań. Jak to wygląda u mężczyzn ?

877661 78371318 Dlaczego mężczyźni boją się miłości ?Facet to świnia ? Raczej zbity pies.

Pojęcie bycia singlem dotyczy obu płci, ale w zależności od wieku nazwanie kogoś singlem jest jak poprawność polityczna. Kobieta coraz starsza przestaje być singielką, a zaczyna być starą panną. Mężczyzna na początku swojej drogi miłosnej drogi, deklarujący się jako singiel, to po prostu facet bez powodzenia lub Casanova. Przy czym Casanovą staje się wraz z wiekiem, więc w niektórych wypadkach po prostu nie potrafi znaleźć partnerki. Kiedy już znajdzie, zakochuje się bardzo szybko. Zakochujemy się szybciej niż kobiety. I często na tym tracimy. My nie potrafimy kalkulować jeżeli chodzi o uczucia. Pierwsza miłość to coś, na co wszyscy czekamy. Przychodzi, i choć może się nie udać ( na pewno się nie uda ), po ,,rekonwalescencji” nie żałujemy. Traktujemy to jako niezbędne doświadczenie. Kobiety, czy wtedy jeszcze dziewczyny, przy pierwszej miłości już zaczynają kalkulacje, czy to się opłaci. A może nie ten, może nie jestem gotowa, co będzie później, czy to na pewno miłość itp. Ta niepewność powoduje katastrofalne skutki w przyszłości dla mężczyzny.

Nie mam siły na zabawę w przyjaźń.

Najgorszą rzeczą (oprócz zdrady) dla mężczyzny jest rozkochanie i rzucenie przez niepewną własnych uczuć kobietę. Kobiety potrafią doprowadzić facetów do szczęścia i miłosnego uniesienia, w przypływie którego ci zaczynają postrzegać je jako idealne i nieskazitelne (z biegiem czasu to mija, ale to już rzecz normalna dla obu płci). Jednak wtedy u kobiet zaczynają się wątpliwości i kalkulowanie – czyli coś, czego nie znosimy. Czasami wydaje się, że kobiety angażujące się w związek muszą poczuć miłość wyjątkową, jak Ania z Zielonego Wzgórza. Jeżeli tego nie poczują, wycofują się, zostawiając faceta z wyrwanym sercem. To nic, że fajnie spędzili razem czas, że była ta ,,chemia”. Chemia to dla kobiety za mało. Gdy nie poczuje miłości filmowej, widzi przed oczami swojego adoratora jako Ferdka Kiepskiego, z piwem w ręku. Mężczyzna nie myśli w ten sposób. Jeżeli nadaje na tych samych falach, miło spędza czas z kobietą, która pociąga go fizycznie i daje mu do zrozumienia, że ona czuje podobnie, zakochuje się momentalnie i bardzo mocno. Jednak gdy ona ma wątpliwości (często bardzo błahe) i rzuca go, on trafia na sam dół. Przez pewien czas zaczyna przypominać Hemingwaya – chce być sam, mieć pod ręką tylko whisky, papierosa i horyzont. Musi też podzielić się tym z przyjacielem – w końcu czuje jakby cały świat sprzymierzył się przeciw niemu. Choć zależy mu bardzo, nie będzie robił tego, czego oczekują kobiety – nie będzie walczył. Może i kobiety nie wiedzą czego chcą, ale faceci tym bardziej nie wiedzą, co im siedzi w głowach. Gdy nie widzą szans odpuszczają, pogrążając się w myślach i wspomnieniach.

Doświadczenie to nauka.

U facetów poczucie bliskości jest ważniejsze niż potrzeba miłosnej stabilizacji. Po takich doświadczeniach z kobietami to poczucie zmienia się w skrajną postać przygody i przypadkowych kontaktów, bez angażowania się miłosnego. Mężczyzn preferujących seksualne przygody jest więcej niż kobiet. Wynika to właśnie z tego typu doświadczeń. Zdrady, zbyt idealistycznego podejścia do kobiet i w efekcie rozczarowania. Kobiety, które czekają zaś na księcia z bajki i trafiają właśnie na takiego faceta, zostają ranione i następuje błędne koło. Zatem nie pozostaje mi nic innego jak apelować do kobiet. Jeżeli czujecie miłość ze strony faceta, nie kalkulujcie. Zwłaszcza, gdy same czujecie do niego coś podobnego albo jesteście zauroczone. Jeżeli jemu zależy, podoba się wam, zakochacie się w nim tak jak on w was, tylko troszkę później. Inaczej nigdy nie znajdziecie księcia na białym koniu, który będzie was szanował. To po prostu mniejsze ryzyko.


Data wpisu: 23 listopada, 2011 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Czy on jest kobietą?

Mówi o sobie „kolorowy ptak”, muzyka to jego życie, poszukuje alternatyw a swoje miejsce widzi na scenie. Michał Szpak zajął drugie miejsce w programie X-Factor, ale można go spokojnie uznać za zwycięzcę. Prawdziwy talent czy kontrowersyjna stylizacja? Ma głos czy po prostu wie jak zrobić show? Śmieszny i godny politowania czy odważny i z własnym stylem? Jaki by nie był – wzbudza kontrowersje!

1 300x200 Czy on jest kobietą?
Michał Szpak

Jak bardzo można okaleczyć legendarną piosenkę – Dziwy jest ten świat Czesława Niemena? Bardzo. You are so beautiful wypadło znacznie lepiej. No dobra, to akurat było ekstra. Californication byłoby ok., gdyby nie jego śmieszny akcent i stylizacja, która rozmijała się z klimatem utworu, ale przecież dopiero zaczyna. Za to w Alleluyah pokazał klasę. Czy mimo to jest się czym zachwycać?

Jak on w ogóle wygląda?

Michał jest postacią kolorową, oryginalną, charakterystyczną i budząca wielkie emocje. Jedni uwielbiają jego głos, inni utopiliby go w łyżce brudnej wody tylko dlatego, że wygląda inaczej. Może dziwnie, ale przecież nie wszystkim musi się podobać! Tak sobie myślę – jeżeli dobrze się czuje ze sobą, lubi i akceptuje siebie i jest wierny sobie, to co komu do tego? Niech wygląda jak chce! Nie bardzo rozumiem, dlaczego ludzie krytykują go, obrażają i wyśmiewają tylko z powodu wyglądu? Że jest niemęski. No i co? Może tak lubi? Fakt, nie wygląda jak typowy mężczyzna, niektórzy mają problemy z trafnym zidentyfikowaniem jego płci, ale żyjemy w świecie i społeczeństwie, w którym, przynajmniej pozornie, każdy może być kim chce. Więc Michał też ma prawo do swojej stylizacji.

Show must go on?

Mnie najbardziej interesuje, czy on naprawdę jest autentyczny czy świetnie się zgrywa? Czy zachowuje się tak, jak czuje, czy raczej wymyślił sobie wizerunek artystyczny, który robi wokół niego wiele szumu i przysparza mu popularności? Jak jest rzeczywiście, to wie tylko on. Wielu artystów na scenie wygląda dziwnie, ale akurat Michał reprezentuje taki dziwny styl także w życiu prywatnym. Może więc jest to jego sposób i pomysł na siebie? Jeśli tak, to ok – jest indywidualnością, nietypowa jednostką, która potrafi się wyróżniać. Jeśli to tylko poza – to trochę szkoda. Chyba wolałabym wierzyć, że pokazuje takiego siebie, jakim naprawdę jest.

Po co tyle nienawiści?

Zastanawia mnie też, skąd tyle nienawiści w ludziach, którzy piszą pełne obelg komentarze pod jego adresem. Zazdrość, homofobia czy zwykła nietolerancja? A może raczej dotkliwa zazdrość, że komuś się udało? Inność nie jest w modzie, bycie innym jest trudne i kosztuje wiele samozaparcia, odwagi i wiary w siebie. Już za sam fakt tego, że odważył się pokazać światu, zasługuje na uznanie. Tradycjonaliści są oburzeni, że co to za zwyczaje i sposób bycia, zaburzona identyfikacja z płcią, na pewno ma problemy seksualne i tak dalej. Może i ma, ale to i tak jego sprawa. Poza tym – nie takie rzeczy widujemy na co dzień. Co jest bardziej godne pożałowania: Doda biegająca pół-nago po scenie (bo już nic więcej do zaoferowania nie ma), czy chłopak który ma głos i nieźle śpiewa, ale wygląda nietypowo?

De gustibus et colores non disputandum est!

Jeśli muzyka łagodzi obyczaje, to nie powinna wywoływać tylko negatywnych emocji. O gustach się nie dyskutuje, tak więc tym, którzy uważają Michała za odmieńca i wariata proponuję po prostu go nie słuchać ani nie oglądać. Jeśli ktoś jest masochistą i mimo wielkiego uprzedzenia podziwia jego występy – robi to na własną odpowiedzialność. Tak, owszem, mamy wolność słowa, ale w granicach kultury. Nie wiem, czy to, jak Michał wygląda i jak się zachowuje, jest normalne. Ale na pewno są ludzie, którzy robią gorsze rzeczy i zasługują na potępienie. Jemu dałabym spokój. Jest artystą, to jest jego wizerunek – czas pokaże, czy zrobi karierę. Osobiście życzę mu powodzenia.


Data wpisu: 21 listopada, 2011 autor wpisu: Balala  |  Komentowanie nie jest możliwe

Homoseksualista to normalny człowiek

Łukasz mieszka w dużym mieście i angażuje się w sprawy LGBTQ. Postanowiłam z nim porozmawiać, żeby przekonać się dlaczego ktoś, komu zależy na naszej emancypacji nie uznaje Parady Równości, jak postrzega szanse na związki partnerskie i jak sobie radzi z homofobią. Czas pokazać, że nie tworzymy zwartej grupy i każdy sposób może być dobry, żeby poprawiać naszą sytuację.

565244 76738308 Homoseksualista to normalny człowiekJaki powinien być gej?

Przede wszystkim, gej powinien być odważnym mężczyzną, który twardo stąpa po ziemi i codziennie na nowo wyzbywa się swoich kompleksów. Nie powinien się ukrywać, ale także uciekać w „bycie oryginalnym”, żeby na siłę zostać zauważonym i zaakceptowanym. Spełniać się jako człowiek.

Czy chodzisz na Paradę Równości?

Nie chodzę na Parady Równości ponieważ uważam, że pokazuje skrzywiony obraz rzeczywistości polskich homoseksualistów, robi więcej szkody niż pożytku. Oczywiście – można powiedzieć, że to media kreują wizerunek Parady. Jednak Parada pokazuje to, co chce pokazać, promując to na swoim „czole”. Na przykład – media nie zmusiły w tym roku dwóch panów do założenia obcisłych kostiumów kąpielowych i podskakiwania z burzą tęczowych balonów na samym przedzie. Co to miało wspólnego ze związkami partnerskimi, o które postulowała Parada na ogromnym transparencie, ale już nieco dalej? Nic. Stacje telewizyjne pokazują to, co charakterystyczne i co przyciągnie uwagę widzów, a więc draq queen, panów w kostiumach kąpielowych, platformy z muzyką techno, a na nich pastor z tęczową stułą i politycy. Transparent już niekoniecznie. Gdyby twórcy Parady zaprezentowali kontrowersyjny performens o sytuacji polskich gejów w szpitalach, kiedy jeden z partnerów zaczyna chorować, a drugi nie może być informowany, czasem nawet nie ma prawa go odwiedzać, bo takie jest prawo, to zapewne uruchomiliby dyskusję na ten temat. W wieczornych programach publicystycznych właśnie na to zwrócono by uwagę, nie na „tęczową rewolucję” w rytmach techno. Zainteresowano by się związkami partnerskimi, a być może widzowie zastanowiliby się nad tymi problemami i nad propozycją ich rozwiązania. Przecież o to postuluje Parada, prawda? Niestety – co roku mamy ten sam schemat: platformy sponsorowane przez kluby gejowskie z ogrooooomnymi reklamami sponsorów, opłacone draq queen, podskakujące na obcasach, politycy lewicy podszywający się w obiektywach kamer pod obrońców gejów, a kiedy porozmawia się z nimi na osobności to okazuje się, że tak naprawdę ustawa „wymaga głębokiego przemyślenia”, zaś wprowadzenie świeckiego państwa „jest błędem”. Właśnie to oglądają Polacy w wieczornych serwisach informacyjnych, o tym rozmawiają, wyrabiając sobie zdanie o homoseksualistach. Dopóki Paradą rządzić będzie marketing, pieniądze oraz PR polityczny, dopóty nie warto na nią iść.

Nie da się zmusić społeczeństwa do tolerowania i akceptowania czegoś, co uchodzi za odejście od heteronormy, nie ma sensu z tym walczyć, uważa Łukasz

Czy uważasz, że ustawa o związkach partnerskich jest priorytetowa dla środowiska LGBTQ?

Jak najbardziej. Wraz z moim partnerem jesteśmy obecnie na etapie zakupu mieszkania, będziemy w nie wspólnie inwestować, mamy plany na przyszłość, a jak wiadomo – wszystko może się zdarzyć. Nie chcemy, aby to, co wspólnie budujemy przejął nagle ktoś, kto nie powinien. Mnie osobiście bardzo dotknęła także historia Przemka z Krakowa, którego partnera śmiertelnie potrącił samochód, a któremu nie chciano udzielić w szpitalu żadnych informacji na temat jego stanu zdrowia, bo nie był spokrewniony z pacjentem. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, tego stresu. Polskie prawo trzeba zmienić.

Czy Robert Biedroń i Ania Grodzka są dobrymi reprezentantami naszych interesów?

To trudne pytanie. Jeśli pytasz mnie ogólnie, odpowiem dyplomatycznie, że trzeba poczekać na rezultaty działań podejmowanych w obronie naszych interesów. Jeśli pytasz o chwilę obecną to odpowiedź brzmi: niech zaczną nas w końcu reprezentować zamiast wygrzewać się w świetle jupiterów. Kiedy widzę Biedronia w Sejmie obok Kalisza, w garniturze i ze szmacianą torebką na zakupy z marketu na ramieniu, który przekonuje, że krzyż to zło, a Konwent Seniorów jest „zebraniem najstarszych posłów” to się zastanawiam, po co on tam jest. Bo przecież nie po to, żeby załatwić mi odwiedziny mojego partnera w szpitalu i współdecydowanie o jego leczeniu oraz wspólne rozliczanie. Mniej lansu, więcej działania, choć obawiam się, że w przypadku Anny i Roberta tendencje będą odwrócone.

Walka z heteronormą na co dzień to dla Ciebie jakie zachowania czy sytuacje?

Nie walczę z heteronormami, ponieważ nie przylepiam sobie łatki „jestem gejem”. Nie daję sobie dzikiego przyzwolenia do tego, by żądać tolerancji czy akceptacji mnie, mojej orientacji, mojego związku. Takie przyzwolenie nadają sobie ruchy gejowskie. Ja żądam praw, bo tylko dzięki posiadaniu takich samych praw jak reszta społeczeństwa będę spokojny o przyszłość. Uważam, że akceptacja i tolerancja, o którą walczą stowarzyszenia to rzeczy, które nie poprawią komfortu naszego życia, mojego i mojego partnera. Bo po co mi akceptacja wszystkich Polaków, skoro sąsiedzi z naprzeciwka przynoszą nam klucze do swojego mieszkania przed wyjazdem na urlop i mówią „Panowie, prosimy co jakiś czas zapalić światło i podlewać kwiaty. My wracamy z dziećmi za dwa tygodnie”. To mi wystarczy. Nie da się zmusić społeczeństwa do tolerowania i akceptowania czegoś, co uchodzi za odejście od heteronormy, nie ma sensu z tym walczyć.

1118479 57096606 Homoseksualista to normalny człowiek
pudełka

Zaprzeczasz stereotypowi promiskuitycznego geja – od kilku lat jesteś w stałym związku – nie ciągnie Cię do innych mężczyzn? Nie chcesz otwartego związku?

W tej kwestii mam konserwatywne poglądy i jestem monogamistą.

Czy wierzysz, że można kochać kilka osób jednocześnie i tworzyć z nimi związki?

Nie wierzę w miłość do kilku osób jednocześnie. Nie można dzielić serca na części, zazwyczaj chodzi o seks, pociąg seksualny czy niespełnione napięcie, które celowo nazywamy miłością aby siebie usprawiedliwić. Tak się dzieje zarówno u homo– jaki heteroseksualistów. I tu znowu pojawiają się zw. partnerskie. Brak uregulowań prawnych, czyli tych granic prawnych, które wspierają związek powoduje, że geje i lesbijki sami muszą podtrzymywać granice, zbudowane podczas tworzenia związku. Dlatego związki homo łatwiej się rozpadają, kiedy pojawia się wizja drugiego, trzeciego, czy drugiej i trzeciej. U „heteryków” państwo i Kościół wzmacniają te granice. To powoduje, że po fali pierwszego kryzysu czy przelotnego romansu trudniej podjąć decyzję o rozwodzie, pozostawieniu rodziny. Opinia, że tylko geje i lesbijki tworzą otwarte związki jest błędna. Bo czym są wieloletnie kontakty mężów i żon z kochankami, jeśli nie formą otwartego związku?

Bliższe są Ci ideały lewicowe czy prawicowe, czy jeszcze może jakieś inne?

Zdecydowanie lewicowe. Nigdy nie zagłosowałem na Platformę, ale zdarzyło mi się zagłosować na PiS. Wstydzę się tego do dziś.

Wymuszanie tolerancji i akceptacji poprzez tęczowe parady jest błędem

Twój najlepszy przyjaciel zaczyna się zmieniać aż pewnego dnia oznajmia Ci, że jest w trakcie przyjmowania hormonów, bo chce dokonać korekcji płci. Co czujesz i co odpowiadasz mu na to wyznanie?

Na pewno zdziwienie, ale również podziw, że decyduje się na taki krok. Poznałem osoby trans. W mojej ocenie to osoby bardzo poranione wewnętrznie. Nie chciałbym, żeby on taki był, dlatego postarałbym się być z nim i wspierać go.

Przez pewien czas byłeś wolontariuszem KPH – dlaczego odszedłeś?

Głównym powodem były zamieszki o kierowanie grupą, do której należałem, które pochłaniały w pewnym momencie większą część spotkań. Poza tym, walka o tolerowanie i akceptowanie czegoś, co nigdy nie zostanie zaakceptowane w tym kraju, sposób walki, czyli tęczowe flagi, konferencje, z których nic nie wynikało, rozdawanie prezerwatyw w klubach – w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że jestem ponad to i „nie kręci” mnie to, bo zupełnie się z tym nie zgadzam. Nadal trzymam kciuki za realizację idei, promowanych przez KPH, aczkolwiek w pewnych kwestiach apeluję o nie wypowiadanie się w imieniu całego środowiska homoseksualistów.

Zostajesz zaproszony na debatę o tym co geje i lesbijki powinni robić, żeby żyło się nam lepiej – co powiedziałbyś jako mówca?

Homoseksualizm nie jest łatką, którą można przypinać w celu odróżnienia od reszty społeczeństwa. Homoseksualista to normalny człowiek, który pracuje, zarządza personelem, awansuje, a po pracy robi zakupy, gotuje i spotyka się ze znajomymi, ale także imprezuje, chodzi do kina. W dowolnej kolejności. Łatka „jestem gejem” czy „jestem lesbijką” nie jest do niczego potrzebna. Wymuszanie tolerancji i akceptacji poprzez tęczowe parady jest błędem. Dlatego uważam, że współcześni geje i lesbijki powinni pamiętać, iż mają prawo być wyjątkowi sami w sobie, a mam wrażenie, że panuje jakaś dziwna moda na przyjmowanie pewnych kanonów zachowań, dyktowanych przez tak zwane „środowisko”. To nie jest dobre, bo jeśli w młodości człowiek nie odkryje swojej wyjątkowości to później będzie to już niemożliwe. A podążanie za modą i za środowiskiem w wieku 40 lat jest śmieszne i budzi śmiech, nie tylko mój. Patrz: Jacyków.

Czy spotkałeś się z przejawami homofobii w stosunku do siebie – jeśli tak, to jakimi i jak sobie poradziłeś?

Homofobia była obecna w mojej rodzinie. Poradziłem sobie najlepiej jak mogłem – odciąłem się od tej osoby.


Data wpisu: 18 listopada, 2011 autor wpisu: Monika admin Czaplicka  |  Komentowanie nie jest możliwe

Facet w pończochach karma

Ludzie to majo pomysły!

Moja przyjaciółka Pata, kobieta pracująca i mieszkająca w Mieście Łodzi, ma dziwny zwyczaj chadzania do wróżek, jasnowidzów i innych gurów, do których mnie nikt by siłą nie zaciągnął, zwłaszcza jeśli musiałabym za to jeszcze zapłacić (gdyby mnie płacono za wysłuchiwanie historyjek jasnowidza to co innego, ale jeszcze mi się nie zdarzyła podobna oferta).

Zatem. Poszła Pata do jasnowidzki płci żeńskiej i zadała jej kilka pytań o własną teraźniejszość,  przeszłość i przyszłość, a jak się rozmachnęła, to i zapytała o mnie i Żonę przy okazji. Tu jasnowidzka zmarszczyła się (co niełatwe, bo młoda jest jeszcze i jędrna), zafrasowała i wyjawiła, że żona i ja, obie po równo, mamy przechlapane z powodu posiadania czegoś, co nazwała obciążeniem karmicznym. Dodatkowo pani jasnowidzka, gmerając w swoich wizjach, ogłosiła, że moja żona jest ni mniej, ni więcej, tylko mężczyzną uwięzionym w ciele kobiety.

Biada, pomyślałam sobie, wysłuchując tych rewelacji przez telefon, bo Pata nie omieszkała się ze mną nimi podzielić. Nie dość że karmicznie jesteśmy obciążone (co akurat mocno mnie zastanowiło, bo żywimy się karmą niemal wyłącznie roślinną, zdrową i strawną, co to raczej wątroby ni trzustki nie obciąża), to jeszcze moja żona jest de facto mężem, o czym żadna z nas nie miała bladego pojęcia.

Na szczęście dzięki dobrej cioci Guglarce udało mi się nabyć skromną wiedzę na temat obciążeń karmicznych i znalazłam mnóstwo, ale to mnóstwo cennych informacji.

Okazuje się, że nie trzeba być wierzącą i praktykującą hinduistką, żeby mieć przechlapane z powodu obciążenia karmicznego, bo jak pisze ten oto pan ,

W Polsce obciążenia karmiczne wpływają “zaledwie” na 1.400.000 ludzi.

Ciekawe, czy podobny procent Hindusów ma przechlapane z powodu grzechu pierworodnego, bo to chyba powinno działać w obie strony, prawda?

Na innej stronce ten sam pan pisze:

Bardzo skomplikowane są związki i powiązania seksualne byłych kapłanek bogiń płodności, czy kapłanek Eleuzis.

Powyższy cytat układa się w spójną całość z poniższymi słowami (cytat stąd ):

Homoseksualizm może być wywołany przez wiele sytuacji. Często jest karmiczny – jest rezultatem aktu przemocy czy bycia podmiotem przemocy – co powoduje, że osoba taka chce ukarać siebie lub kogoś innego. W niektórych wypadkach są to osoby, które ucierpiały w w procesach społecznych i chcą wziąć na społeczeństwie odwet. W innych wypadkach jest rezultatem niezrównoważonych energii seksualnych rodziców, co powoduje nierównowagę w duszy wchodzącej. Mogą również występować przesunięcia w osiach biegunów, co sprawić może, że niektóre istoty są na wejściu niezrównoważone, a potem stają się bardziej niż byłoby to wskazane aktywne w pewnych ośrodkach gruczołowych. Wreszcie, jest też karma grupowa. Wielu spośród zwolenników Beliala z czasów atlantydzkich inkarnuje w ten sposób z powodu traktowania mniej od siebie rozwiniętych jak „rzeczy”.

I wszystko jasne! Jedna z nas ani chybi czciła Beliala na Atlantydzie (to pewnie ja, bo boję się pływać), a druga odbywała liczne rytualne stosunki seksualne – to zapewne żona, bo temperament ma nielichy.

Nie wiem co prawda za jakie przeszłe występki moja żona (mój mąż?) jest facetem zaklętym w ciało kobiety, ale to wyjaśnia żoniną słabość do pończoch. Nic tak bowiem nie kręci Prawdziwego Faceta jak nogi w pończochach. Nawet własne.

kartka przod6 Facet w pończochach karma

 

obrazek ukradziony stąd

I już wiem co mnie czeka w wigilię. Kot Kita pewnie przy okazji porwie mojemu Mężowi pończochy. Karma, nic tylko karma.


Data wpisu: 17 listopada, 2011 autor wpisu: natalia_oreiro@gazeta.pl  |  Komentowanie nie jest możliwe

Brazylia dziś

Kolejny kraj dołącza do grona tych, które gwarantują parom homoseksualnym możliwość zawarcia małżeństwa. Jest nim Brazylia. Nie jest to niczym zadziwiającym zważywszy na to, że Sąd Najwyższy tego kraju już w bieżącym roku zagwarantował prawa przysługujące małżeństwom parom homoseksualnym, aczkolwiek bez oficjalnego zawarcia małżeństwa na podstawie przepisów o związkach de facto.

352863 8196 300x225 Brazylia dziś

świat

Jesteśmy dziś świadkami kolejnego etapu (r)ewolucji brazylijskiej. Pary homoseksualne od prawa do zawarcia małżeństwa dzieli już tylko jeden głos sędziego Sądu Najwyższego Brazylii. W dniu 20 października 2011 4 sędziów zagłosowało za zniesieniem dyskryminacji osób homoseksualnych w kwestii małżeństw. Trwa oczekiwanie na głos Marco Buzziego. Z tego powodu nie jest znana dokładna data wyroku, ale jest pewnym, że będzie to miało miejsce w 2011 roku. Jego głos nie ma już nawet żadnego znaczenia z tego względu, że wszyscy pozostali sędziowie zagłosowali już za równością w dostępie do instytucji małżeństwa.
Sprawa, która toczy się w Sądzie Najwyższym Brazylii została zapoczątkowana przez parę lesbijek ze stanu Rio Grande do Sul, które mieszkają razem od pięciu lat i wystąpiły o zmianę ich stanu cywilnego. Para ta złożyła wniosek o ślub cywilny przed podjęciem decyzji Sądu Najwyższego Brazylii z maja 2011, który zrównał prawa związków tej samej płci ze związkami heteroseksualnymi w ramach przepisów o związkach de facto. Parze lesbijek odmówiono zarejestrowania małżeństwa. Zaskarżyły one decyzję urzędu do sądu. Sąd w Rio Grande do Sul jednak oddalił skargę, co doprowadziło do zajęcia się sprawą przez Sąd Najwyższy.

Jeden z sędziów – Luis Felipe Salomeo – powiedział przed oddaniem głosu, że ślub cywilny jest najbezpieczniejszym sposobem na zagwarantowanie praw rodziny, także homoseksualnej. Salomão dodał, że odmowa prawa do ślubu cywilnego osobom homoseksualnym jest “znieważa zasady konstytucyjne takie jak wolność i równość”

http://hyakinthos1978.blogspot.com/2011/10/brazylia-dzis.html


Data wpisu: 27 października, 2011 autor wpisu: Hyakinthos  |  Komentowanie nie jest możliwe