Archiwum dla kategorii: ‘niewolnictwo’

Edward P. Jones, „Znany świat”

Z grafiki na utrzymanej w kolorze sepii… pardon, w barwach ziemi okładce patrzy na nas trójka ludzi odjeżdżająca wozem. A może nie na nas, może odwracają się, by spojrzeć na pola rozciągające się po obu stronach drogi. Pod tytułem na zachętę wymienione są nagrody, jakich laureatem jest autor – Edward P. Jones. Objętość typowa dla ambitnej powieści obyczajowej. Gdy dodać, że książka to epickie zestawienie losów kilku pokoleń grupy żyjących po sąsiedzku rodzin naznaczonych doświadczeniem niewolnictwa, otrzymujemy zaangażowaną światopoglądowo lekturę dla cieszących się nadmiarem wolnego czasu intelektualistów. Zwłaszcza, że wyjątkowe są pewne okoliczności: przede wszystkim akcja Znanego świata dzieje się w USA przed zniesieniem niewolnictwa (skupiona jest wokół wydarzenia z 1855 roku). Wtedy po pierwsze, choć oczywiście liczni czarnoskórzy (lub osoby o pochodzeniu „międzyrasowym” – trudno używać takich określeń bez niesmaku, nie dość jednak, że były one stosowane, to pozostają zrozumiałe także dziś) byli wolni – wolni, póki nie trafiali na bariery społecznych podziałów, segregacji, w każdym jednak razie nie byli własnością panów, po drugie, zdarzało się, że… sami posiadali niewolników. Niektórzy wolni byli tym praktykom ogromnie przeciwni, i pewnie było to zjawisko o niewielkiej skali, jednak miało miejsce, i chyba rzadko się o tym mówi.

W posiadłości na farmie w miejscowości w południowym stanie Wirginia zmarł taki właśnie pan, Henry Townsend, u progu dorosłości wykupiony z niewoli, dekadę później stateczny mąż (bezdzietny), właściciel niedużej grupy niewolników, swego rodzaju protegowany, ulubiony sąsiad niegdysiejszego swego pana, Billa Robbinsa. Ów biały farmer w przeszłości pozwolił, by wykupili się od niego rodzice Henry’ego, z wielką niechęcią zgodził się później na wolność syna. Sam Robbins, obok białej prawowiernej żony ma czarnoskórą kochankę, również matkę jego dzieci. To tajemnica poliszynela, a wspominam o tym, by podkreślić – Robbins to mecenas „amerykańskiego snu”, nie sprawiedliwości i równości. Wierzy w konkurencję rynkową, dochodzenie do zamożności poprzez pracę (niekoniecznie własnoręczną). Jest człowiekiem Południa, i tyle. Odgrywa przede wszystkim rolę katalizatora niektórych zdarzeń, ale nie jest to postać pierwszoplanowa.

Poznajemy środowisko ludzi „o nie czysto białym pochodzeniu”. Oznacza to, że często realny, widzialny kolor skóry nie jest istotny, przecież i tak cała społeczność wie, kogo ma porcelanolica kobieta w siódmym pokoleniu przodków… Jest zatem Henry i jego rodzice, jest jego żona, Caldonia, i jej brat, Calvin. Jest Fern, okoliczna nauczycielka, dzięki której byli i obecni niewolnicy mogą się wyrwać z analfabetyzmu. Są niewolnicy Henry’ego. Wszystko to, co dzieje się w życiu bohaterów, jest interesujące, ale nie porusza ani po części tak, jak np. losy bohaterek i bohaterów Toni Morrison.

Skąd tytuł powieści? Autor podkreśla, że rozpadł się świat niewolników Henry’ego, im zaś było komfortowo w „znanym”. Kres życia ich pana ma sugerować zmiany, lecz zdaje się, iż ci niewolnicy Henry’ego nie byli jego własnością zbyt znów długo, poza tym dramaty wśród nich rozgrywały się niezależnie od zdrowia Townsenda. Jak wskazałam na początku, jego śmierć jest dość trafnie ustanowiona kompozycyjnym centrum powieści, jednak to, co wokół niego orbituje – przeszłość i przyszłość – to kontinuum; nie jestem przekonana o wielkiej zmianie, przewartościowaniu, utracie „znanego świata”. To nastąpiło chyba dopiero po wojnie secesyjnej! W samej zaś książce pojawia się wzmianka, że niewolnicy Townsenda mieli nadzieję, iż po śmierci Henry’ego wdowa ich uwolni. Ani to jej było w głowie, tym bardziej więc świat tych ludzi pozostał „znany”.

Fabuły powieści nie będę szczegółowo streszczać, zresztą byłoby to bezcelowe. Nie dziwią wysokie oceny wystawiane Znanemu światowi przez krytyków: trudno Jonesowi coś zarzucić. Wszystko jest spójne, z rozmachem, w miarę wciągające, niewątpliwie unikające nieudolności, imponujące zapleczem, jakiego autor potrzebował, by stworzyć opowieść o tak szczególnym etapie w historii amerykańskiego niewolnictwa. Są nawet fragmenty dość drastyczne – co podkreślam, by nie sugerować, że np. lektura Toni Morrison podnosi mi ciśnienie, a Edward Jones usypia. Jednak brak tu magii. Iskry. Nie umiałam się zaangażować w lekturę. Nie zależało mi, by noc zaczęła się nie wtedy, kiedy powinna, a wtedy, gdy ja przewrócę ostatnią stronicę (owszem, zdarza mi się czytać do skandalicznych godzin rannych). Niemal obojętnie doczytałam do końca, zresztą pod koniec narracja zdaje się zmierzać ku atrofii. Przeczy „dziejowemu” happy endowi (na który złożyło się zniesienie niewolnictwa, później polityka afirmacji), podkreślając wartość życia i osobistego doświadczenia, które tracone jest z każdą jednostkową śmiercią.

Istotne kwestie u Jonesa to m. in. obowiązkowa chyba współcześnie wrażliwość na praktyki niehumanitarne, pytania, czy posiadanie ludzi było oczywistością czy dylematem, oraz „cieniowanie”, relatywizowanie ocen zachowań we względu na odmienność sytuacji. Jeśli chodzi o długofalowe efekty pewnych osobistych wyborów, dowiadujemy się, co się z niektórymi osobami stało po latach: nic nie jest oczywiste. Na przykład najgorszy kobieciarz (seksista i być może seksoholik) z farmy Townsendów ustatkował się, wyjechał z żoną do Richmond. Tam oboje tak wsławili się pracą pedagogiczną, że po latach na ich cześć nazwano ulicę w mieście – z użyciem pełnych imion i dwuczłonowego nazwiska, by potomni nie mieli wątpliwości. Czy Jones jest honorowany i celebrowany za polityczną poprawność?

Niedawno miałam okazję obejrzeć ostatni film braci Coenów, Prawdziwe męstwo (remake klasyka Henry’ego Hathawaya, a może raczej nowa adaptacja powieści Charlesa Portisa). Twórczość tego reżyserskiego tandemu jest znana i lubiana, jednak w kilku słowach streszczę opowieść. Akcja dzieje się w ostatniej ćwiartce XIX wieku. Handlujący bodaj bawełną ojciec rodziny, w tym 14-letniej Mattie, został zastrzelony i obrabowany. Morderca znany jako Tom Chaney umknął prawdopodobnie na terytorium Indian, a w miasteczku, w którym doszło do tragedii, nikt nie jest zainteresowany pościgiem. Mattie sama wynajmuje tropiciela, nadużywającego alkoholu i przemocy Roostera Cogburna, i mimo jego sprzeciwu, wraz z nim oraz teksańskim rangerem, LaBoeufem, rusza na poszukiwanie Chaneya. Dziewczyna jest rezolutna, inteligentna, silna, zdeterminowana, „po kobiecemu” meandruje pomiędzy rywalizującymi (bynajmniej nie o nią) Roosterem i LaBoeufem. Mężczyźni są bufonami, ich wizerunki twardych, nieustępliwych i znających się na swoim fachu ludzi zachodu są doprowadzone do granicy karykatury. Prawdziwym męstwem jest wziąć podczas galopu lejce w zęby, i oburącz strzelać z dwóch pistoletów. Prawdziwym męstwem jest zajeździć i dobić konia, by ratować ugryziona przez węża damę. Niestety brawurowa pomoc okazała się spóźniona – Mattie utraciła ramię. Przyszło jej wrócić do kantorka zostawionego przez ojca przedsiębiorstwa, i życie w staropanieństwie (kara za szaleństwa młodości).

Kiedy się czeka, by Coenowie swoim zwyczajem przekłuli ten nadmuchiwany przez półtora godziny projekcji balon, oni robią coś przeciwnego – kończą film ów balon patynując, umieszczając na cokole. Rezygnują z pozycji zdystansowanej, konsekrują świat przedstawiony. Niemal bezkrytyczne odwoływanie się do wartości reprezentowanych szczególnie przez Roostera, ale również przez LaBoeufa i Mattie, to anachronizm ślepy na fakt, że świat się zmienił od czasu podboju „Dzikiego Zachodu”. Motorem działań głównej bohaterki jest chęć doprowadzenia mordercy pod właściwy sąd (mężczyzna i tak jest zastrzelony wcześniej, podczas sceny mającej zapewne robić wrażenie słusznego aktu samoobrony), przez co w cieniu pozostaje pytanie, czy aby na pewno kara śmierci, Prawo zabijające w swym majestacie jest cywilizacyjnym ideałem. To narracja waloryzująca stanowisko amerykańskich tradycjonalistów. Niezależnie od opinii licznych krytyków filmowych, zachwyconych nie tyle odnowieniem przez Coenów formy westernu, co doprowadzeniem jej jednocześnie do skrajności i do wersji „anty”, dla mnie film sakralizuje rzekomą wolność obywatelską, której wyrazem jest np. dążenie do powszechnego prawa do posiadania broni palnej (o sprzeciwie wobec prób zniesienia w USA kary śmierci nie wspominając).

Cóż, kiedy pomyślę o Coenowskiej apologii machoidów „Dzikiego Zachodu”, o zaserwowanym przez nich patosie powrotu do utopijnej przeszłości, w której męstwo było męstwem, kowboje mieli – za przeproszeniem – jaja, baby były zaradne, w której czarnoskórzy rezolutni stajenni połyskiwali białymi zębami, z uśmiechem mówiąc „Yes m’am”, a Indianie się poukrywali, i spokój…. zatem, kiedy o tym pomyślę, Jones prezentuje się po stokroć korzystniej. Wybieram bohaterów, których charakteryzuje – uwaga, modne słowo – sprawstwo. Coenowie ograniczyli się do eksploatacji historycznej już konwencji. Narracja Jonesa wprawdzie zdaje się być stylistycznie bardzo tradycyjna, niedekonstruująca, stonowana niczym kolorystyka okładki książki, lecz przekonuje, „przeciąga na swoją stronę” i nie razi anachronizmem. Znany świat może być pozbawiony fajerwerków, mimo to proponuje spojrzenie nań pod kątem nieznanym, i poucza bez zbędnego dydaktyzmu. Będę oczekiwała kolejnych publikacji tego autora.

Edward P. Jones, Znany świat, przeł. Witold Kurylak, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2005.

Data wpisu: 23 sierpnia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Edward P. Jones, „Znany świat”

Z grafiki na utrzymanej w kolorze sepii… pardon, w barwach ziemi okładce patrzy na nas trójka ludzi odjeżdżająca wozem. A może nie na nas, może odwracają się, by spojrzeć na pola rozciągające się po obu stronach drogi. Pod tytułem na zachętę wymienione są nagrody, jakich laureatem jest autor – Edward P. Jones. Objętość typowa dla ambitnej powieści obyczajowej. Gdy dodać, że książka to epickie zestawienie losów kilku pokoleń grupy żyjących po sąsiedzku rodzin naznaczonych doświadczeniem niewolnictwa, otrzymujemy zaangażowaną światopoglądowo lekturę dla cieszących się nadmiarem wolnego czasu intelektualistów. Zwłaszcza, że wyjątkowe są pewne okoliczności: przede wszystkim akcja Znanego świata dzieje się w USA przed zniesieniem niewolnictwa (skupiona jest wokół wydarzenia z 1855 roku). Wtedy po pierwsze, choć oczywiście liczni czarnoskórzy (lub osoby o pochodzeniu „międzyrasowym” – trudno używać takich określeń bez niesmaku, nie dość jednak, że były one stosowane, to pozostają zrozumiałe także dziś) byli wolni – wolni, póki nie trafiali na bariery społecznych podziałów, segregacji, w każdym jednak razie nie byli własnością panów, po drugie, zdarzało się, że… sami posiadali niewolników. Niektórzy wolni byli tym praktykom ogromnie przeciwni, i pewnie było to zjawisko o niewielkiej skali, jednak miało miejsce, i chyba rzadko się o tym mówi.

W posiadłości na farmie w miejscowości w południowym stanie Wirginia zmarł taki właśnie pan, Henry Townsend, u progu dorosłości wykupiony z niewoli, dekadę później stateczny mąż (bezdzietny), właściciel niedużej grupy niewolników, swego rodzaju protegowany, ulubiony sąsiad niegdysiejszego swego pana, Billa Robbinsa. Ów biały farmer w przeszłości pozwolił, by wykupili się od niego rodzice Henry’ego, z wielką niechęcią zgodził się później na wolność syna. Sam Robbins, obok białej prawowiernej żony ma czarnoskórą kochankę, również matkę jego dzieci. To tajemnica poliszynela, a wspominam o tym, by podkreślić – Robbins to mecenas „amerykańskiego snu”, nie sprawiedliwości i równości. Wierzy w konkurencję rynkową, dochodzenie do zamożności poprzez pracę (niekoniecznie własnoręczną). Jest człowiekiem Południa, i tyle. Odgrywa przede wszystkim rolę katalizatora niektórych zdarzeń, ale nie jest to postać pierwszoplanowa.

Poznajemy środowisko ludzi „o nie czysto białym pochodzeniu”. Oznacza to, że często realny, widzialny kolor skóry nie jest istotny, przecież i tak cała społeczność wie, kogo ma porcelanolica kobieta w siódmym pokoleniu przodków… Jest zatem Henry i jego rodzice, jest jego żona, Caldonia, i jej brat, Calvin. Jest Fern, okoliczna nauczycielka, dzięki której byli i obecni niewolnicy mogą się wyrwać z analfabetyzmu. Są niewolnicy Henry’ego. Wszystko to, co dzieje się w życiu bohaterów, jest interesujące, ale nie porusza ani po części tak, jak np. losy bohaterek i bohaterów Toni Morrison.

Skąd tytuł powieści? Autor podkreśla, że rozpadł się świat niewolników Henry’ego, im zaś było komfortowo w „znanym”. Kres życia ich pana ma sugerować zmiany, lecz zdaje się, iż ci niewolnicy Henry’ego nie byli jego własnością zbyt znów długo, poza tym dramaty wśród nich rozgrywały się niezależnie od zdrowia Townsenda. Jak wskazałam na początku, jego śmierć jest dość trafnie ustanowiona kompozycyjnym centrum powieści, jednak to, co wokół niego orbituje – przeszłość i przyszłość – to kontinuum; nie jestem przekonana o wielkiej zmianie, przewartościowaniu, utracie „znanego świata”. To nastąpiło chyba dopiero po wojnie secesyjnej! W samej zaś książce pojawia się wzmianka, że niewolnicy Townsenda mieli nadzieję, iż po śmierci Henry’ego wdowa ich uwolni. Ani to jej było w głowie, tym bardziej więc świat tych ludzi pozostał „znany”.

Fabuły powieści nie będę szczegółowo streszczać, zresztą byłoby to bezcelowe. Nie dziwią wysokie oceny wystawiane Znanemu światowi przez krytyków: trudno Jonesowi coś zarzucić. Wszystko jest spójne, z rozmachem, w miarę wciągające, niewątpliwie unikające nieudolności, imponujące zapleczem, jakiego autor potrzebował, by stworzyć opowieść o tak szczególnym etapie w historii amerykańskiego niewolnictwa. Są nawet fragmenty dość drastyczne – co podkreślam, by nie sugerować, że np. lektura Toni Morrison podnosi mi ciśnienie, a Edward Jones usypia. Jednak brak tu magii. Iskry. Nie umiałam się zaangażować w lekturę. Nie zależało mi, by noc zaczęła się nie wtedy, kiedy powinna, a wtedy, gdy ja przewrócę ostatnią stronicę (owszem, zdarza mi się czytać do skandalicznych godzin rannych). Niemal obojętnie doczytałam do końca, zresztą pod koniec narracja zdaje się zmierzać ku atrofii. Przeczy „dziejowemu” happy endowi (na który złożyło się zniesienie niewolnictwa, później polityka afirmacji), podkreślając wartość życia i osobistego doświadczenia, które tracone jest z każdą jednostkową śmiercią.

Istotne kwestie u Jonesa to m. in. obowiązkowa chyba współcześnie wrażliwość na praktyki niehumanitarne, pytania, czy posiadanie ludzi było oczywistością czy dylematem, oraz „cieniowanie”, relatywizowanie ocen zachowań we względu na odmienność sytuacji. Jeśli chodzi o długofalowe efekty pewnych osobistych wyborów, dowiadujemy się, co się z niektórymi osobami stało po latach: nic nie jest oczywiste. Na przykład najgorszy kobieciarz (seksista i być może seksoholik) z farmy Townsendów ustatkował się, wyjechał z żoną do Richmond. Tam oboje tak wsławili się pracą pedagogiczną, że po latach na ich cześć nazwano ulicę w mieście – z użyciem pełnych imion i dwuczłonowego nazwiska, by potomni nie mieli wątpliwości. Czy Jones jest honorowany i celebrowany za polityczną poprawność?

Niedawno miałam okazję obejrzeć ostatni film braci Coenów, Prawdziwe męstwo (remake klasyka Henry’ego Hathawaya, a może raczej nowa adaptacja powieści Charlesa Portisa). Twórczość tego reżyserskiego tandemu jest znana i lubiana, jednak w kilku słowach streszczę opowieść. Akcja dzieje się w ostatniej ćwiartce XIX wieku. Handlujący bodaj bawełną ojciec rodziny, w tym 14-letniej Mattie, został zastrzelony i obrabowany. Morderca znany jako Tom Chaney umknął prawdopodobnie na terytorium Indian, a w miasteczku, w którym doszło do tragedii, nikt nie jest zainteresowany pościgiem. Mattie sama wynajmuje tropiciela, nadużywającego alkoholu i przemocy Roostera Cogburna, i mimo jego sprzeciwu, wraz z nim oraz teksańskim rangerem, LaBoeufem, rusza na poszukiwanie Chaneya. Dziewczyna jest rezolutna, inteligentna, silna, zdeterminowana, „po kobiecemu” meandruje pomiędzy rywalizującymi (bynajmniej nie o nią) Roosterem i LaBoeufem. Mężczyźni są bufonami, ich wizerunki twardych, nieustępliwych i znających się na swoim fachu ludzi zachodu są doprowadzone do granicy karykatury. Prawdziwym męstwem jest wziąć podczas galopu lejce w zęby, i oburącz strzelać z dwóch pistoletów. Prawdziwym męstwem jest zajeździć i dobić konia, by ratować ugryziona przez węża damę. Niestety brawurowa pomoc okazała się spóźniona – Mattie utraciła ramię. Przyszło jej wrócić do kantorka zostawionego przez ojca przedsiębiorstwa, i życie w staropanieństwie (kara za szaleństwa młodości).

Kiedy się czeka, by Coenowie swoim zwyczajem przekłuli ten nadmuchiwany przez półtora godziny projekcji balon, oni robią coś przeciwnego – kończą film ów balon patynując, umieszczając na cokole. Rezygnują z pozycji zdystansowanej, konsekrują świat przedstawiony. Niemal bezkrytyczne odwoływanie się do wartości reprezentowanych szczególnie przez Roostera, ale również przez LaBoeufa i Mattie, to anachronizm ślepy na fakt, że świat się zmienił od czasu podboju „Dzikiego Zachodu”. Motorem działań głównej bohaterki jest chęć doprowadzenia mordercy pod właściwy sąd (mężczyzna i tak jest zastrzelony wcześniej, podczas sceny mającej zapewne robić wrażenie słusznego aktu samoobrony), przez co w cieniu pozostaje pytanie, czy aby na pewno kara śmierci, Prawo zabijające w swym majestacie jest cywilizacyjnym ideałem. To narracja waloryzująca stanowisko amerykańskich tradycjonalistów. Niezależnie od opinii licznych krytyków filmowych, zachwyconych nie tyle odnowieniem przez Coenów formy westernu, co doprowadzeniem jej jednocześnie do skrajności i do wersji „anty”, dla mnie film sakralizuje rzekomą wolność obywatelską, której wyrazem jest np. dążenie do powszechnego prawa do posiadania broni palnej (o sprzeciwie wobec prób zniesienia w USA kary śmierci nie wspominając).

Cóż, kiedy pomyślę o Coenowskiej apologii machoidów „Dzikiego Zachodu”, o zaserwowanym przez nich patosie powrotu do utopijnej przeszłości, w której męstwo było męstwem, kowboje mieli – za przeproszeniem – jaja, baby były zaradne, w której czarnoskórzy rezolutni stajenni połyskiwali białymi zębami, z uśmiechem mówiąc „Yes m’am”, a Indianie się poukrywali, i spokój…. zatem, kiedy o tym pomyślę, Jones prezentuje się po stokroć korzystniej. Wybieram bohaterów, których charakteryzuje – uwaga, modne słowo – sprawstwo. Coenowie ograniczyli się do eksploatacji historycznej już konwencji. Narracja Jonesa wprawdzie zdaje się być stylistycznie bardzo tradycyjna, niedekonstruująca, stonowana niczym kolorystyka okładki książki, lecz przekonuje, „przeciąga na swoją stronę” i nie razi anachronizmem. Znany świat może być pozbawiony fajerwerków, mimo to proponuje spojrzenie nań pod kątem nieznanym, i poucza bez zbędnego dydaktyzmu. Będę oczekiwała kolejnych publikacji tego autora.

Edward P. Jones, Znany świat, przeł. Witold Kurylak, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2005.

Data wpisu: 23 sierpnia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Tituba, genetrix et mater superstitionum. Maryse Condé, „Ja, Tituba, czarownica z Salem”

Im dalej wędrujesz w stronę północy
Tym więcej sadzy, wiedźm i złych mocy

(Goethe)

Salem w północnym stanie Massachusetts (tzw. Nowej Anglii) jak żadna chyba inna miejscowość samą już nazwą przywołuje skojarzenia z czarownicami, magią, i prześladowaniami tych pierwszych z powodu oskarżeń o tę drugą. Niewielkie miasto wykorzystuje najsłynniejszy epizod w swej historii jako kapitał turystyczny – w Salem zlokalizowano tematyczne muzeum, tamtejsza policja umieszcza na oficjalnych radiowozach wizerunek lecącej ku księżycowi czarownicy na miotle, podstawówka zaś nosi nazwę jak z Harry’ego Pottera – Witchcraft Heights Elementary School. To, co współcześnie stanowi źródło rozrywki dla przyjezdnych (i zarobku dla około czterdziestotysięcznej społeczności mieszkańców), a w czasach kolonialnych – pod koniec siedemnastego wieku – przysporzyło osadzie infamii, stało się inspiracją przynajmniej kilku godnych szczególnej uwagi utworów.

Blisko półtora dekady temu dużą popularnością (i przychylnymi recenzjami) cieszyły się Czarownice z Salem, nakręcony w gwiazdorskiej obsadzie film w reżyserii Nicholasa Hytnera. Scenariusz oparto o sztukę Arthura Millera, żyjącego w latach 1915-2005 autora Śmierci komiwojażera, laureata Nagrody Pulitzera, dramaturga znanego także jako mąż Marilyn Monroe. Stosunkowo niedawno ukazało się pełne polskie wydanie Czarownic z Salem [1], z obszernymi didaskaliami i autorskimi komentarzami. Utwór odczytywany jest jako metafora zimnowojennych „polowań na czarownice” (czyli rzekomych komunistów) zainicjowanych przez amerykańskiego senatora Josepha McCarthyego, niemniej jednak również – a może zwłaszcza – w oderwaniu od owego kontekstu stanowi lekturę wciągającą, nie zdezaktualizowała się bowiem nakreślona przez Millera diagnoza eskalacji zbiorowej histerii – rzecz jasna histerii w potocznym, nie medycznym znaczeniu tego słowa.

Uzupełnieniem dla klasycznego już dramatu zdawała się pochodząca z 1986 roku Ja, Tituba, czarownica z Salem pióra frankofońskiej pisarki Maryse Condé (ur. 1937). Pochodząca z Karaibów laureatka Grand Prix Littéraire de la Femme, ceniona jako beletrystka, dziennikarka i literaturoznawczyni specjalizująca się w studiach postkolonialnych, zaproponowała jakże modne prze-pisanie historii siedemnastowiecznych procesów o czary: z punktu widzenia barbadoskiej niewolnicy Tituby. Notka wydawnicza umieszczona na okładce zapowiada rekonstrukcję („ze strzępków relacji i faktów”) losów kobiety autentycznie osądzonej w Salem.

Dziecko gwałtu, przedwcześnie osierocona przez matkę i przybranego ojca, wychowywana przez starą znachorkę, piękna, samowystarczalna i wolna, z miłości do Johna Indiena, niewolnego mężczyzny postanawia oddać się na własność – przypomnijmy, Barbados było angielską kolonią [2], znakomicie prosperującą właśnie dzięki pracy niewolniczej – Susannie Endicott, pani swojego wybranka. Pewna siebie młoda zielarka i uzdrowicielka, imputująca sobie niemałe umiejętności magiczne, zostaje zdegradowana do roli pogardzanej pomywaczki. Nie mogąc pogodzić się z tak nędzną kondycją, zsyła na swoją właścicielkę uciążliwą, wyniszczającą chorobę. Śmierć Endicott oczywiście nie przynosi Titubie i Johnowi wyzwolenia. Para zostaje przekazana rodzinie pewnego purytańskiego pastora, Samuela Parrisa, jednego z głównych aktorów wydarzeń w Salem.

U Condé, inaczej aniżeli u Millera, samo polowanie na nowoangielskie czarownice zajmuje wprawdzie środkową część utworu, jednak nie jest jego punktem centralnym ani kulminacją. Tituba „spoufala się” (by użyć określenia z dykcjonarza relacji pan–sługa) z Elizabeth Parris, oraz dziewczętami związanymi z rodziną: córką Parrisów, Betsey, siostrzenicą pastora, Abigail, i ich przyjaciółkami, zabawia je rozpowiadanymi dalej historiami o gorszącej purytan wymowie, zachęca do rozmaitych form cielesnej autoekspresji. Tym samym ściąga na siebie nie tyle podejrzenia o czarostwo per se, ale o sprowadzenie nastolatek na drogę grzechu i sprowadzenie nań niemocy związanej z jakże oczywistym czarcim opętaniem. Chrześcijański Szatan to postać spoza quasi-religijnego imaginarium Tituby. Została ona „nawrócona”, a tym samym powiadomiona o diabelskich bytach antyboskich dopiero jako kobieta dorosła, wciąż kultywująca swe rytuały – kontaktująca się z przodkiniami za pomocą magii ofiarniczej. Bohaterka stoi pomiędzy dwoma światami, nie przynależąc do żadnego. Stopniowo rozpoznaje narzucaną jej rzeczywistość, a raczej Weltanschauung… od pewnego momentu zza więziennych krat. Procesy o czary toczą się niejako poza Titubą – nie angażuje jej gra nerwów, wyniszczające wojny sąsiedzkie toczone w osadzie. Podobnie jak każdy odbiorca opowieści Millera, niewolnica z narracji Condé jest w pełni świadoma manipulacji i konfabulacji, jakie okazały się pretekstem, a zarazem sygnałem do rozpoczęcia nagonki. Aby uniknąć egzekucji, Tituba dostosowuje swoje zeznania do oczekiwań sądu. Choć uznana za winną maleficiów, przetrwała, po pewnym czasie opuściła więzienie, by zostać sprzedaną kolejnemu panu. W tym momencie źródła historyczne milkną, i dalsze partie powieści to fikcja o tyle, o ile można przez nią rozumieć wyjście poza czysty reclaiming.

Teoretycznym tłem powieści Ja, Tituba, czarownica z Salem jest paradygmat feministyczny wzmocniony przekazem subaltern studies. To na pochodzących zeń zagadnieniach – jak płciowość, pożądanie, re-produkcja, zależność, nierówność, opresja, etc. – ma wedle intentio operis koncentrować się recepcja. Tituba jasno opowiada o swoich potrzebach seksualnych, dopomina się satysfakcji („Tej nocy po raz pierwszy, odkąd zamieszkaliśmy razem, John Indien nie kochał się ze mną. Skręcałam się przy nim roznamiętniona, szukając ręką przedmiotu, który dał mi tyle rozkoszy” – s. 48), bulwersuje ją, iż państwo Parris nie obnażają się przed sobą nawzajem w małżeńskiej sypialni. W tej kwestii trudno orzec, czy bohaterka powiela stereotypy dotyczące nieokiełznanej, nieucywilizowanej kobiecej chuci (w myśl zdezaktualizowanej dychotomii przypisującej kobiety naturze i instynktom, a mężczyzn kulturze i racjonalności), czy należy ją wpisać w feminizm korporalny oraz – by tak rzec – powrót do porządku naturalnego, i szerzej: nurt „odzyskujący” ciało, cielesność dla współczesnej humanistyki [3].

Jednak to, co wie współczesna czytelniczka, nie powinno być przedstawiane jako element świadomości żyjącej na przełomie XVII i XVIII wieku Tituby. Ewolucja jej kobiecej samoświadomości ukazana jest anachronicznie. O swoich umiejętnościach czarownica mówi, że ma dostęp do przeszłości (kontakt ze zmarłymi) i możliwość oddziaływania na teraźniejszość, ubolewa zarazem, że nie jest na tyle potężna, by jej moc sięgała przyszłości. Tymczasem jedynie magią można ewentualnie uzasadnić zwroty Tituby kierowane do odbiorców z przyszłości. Marzy ona na przykład o „państwie opiekuńczym” (s. 188) – na skalę globalną pojęcie to zaistniało dopiero po drugiej wojnie światowej [4]. Z kolei niejaka Hester, jedna ze współwięźniarek Tituby, dyskusję o utopii społeczności złożonej z samych kobiet podsumowuje z ubolewaniem: „Nigdy nie uczynię z ciebie feministki!” (s. 164). Wedle formuły Adrienne Rich feminizm to ruch „biorący swój początek z rozpoznania braku władzy” [5], i taką świadomość kobiety niewątpliwie mogły posiadać niezależnie od wykucia samego pojęcia, jednak taka wypowiedź rozmija się z realiami historycznymi, i należy do elementów zmieniających powieść w metanarrację traktującą o kanonicznych terminach związanych z dochodzeniem do głosu kobiet i innych przedstawicieli marginalizowanych dotąd grup społecznych. Gdy Tituba pyta: „Dlaczego (…) w tym społeczeństwie nadaje się funkcji ‘czarownicy’ negatywne znaczenie?” (s. 156), antycypuje eseistyczne i emocjonalnie zabarwione dociekania Julesa Micheleta [6], nie wspominając już o rehabilitacji postaci znachorek, akuszerek i innych mądrych kobiet w feminizmie, szczególnie boginicznym. W innym miejscu à propos tej samej kwestii czytamy: „Nie ukrywam, że pod wieloma względami wszystko to wydawało mi się naiwne. Na Antylach nasza wiedza jest szlachetniejsza i częściej odwołuje się do mocy tajemnych niż do rzeczy” (s. 90). Być może to zabieg czysto postmodernistyczny, jednak w utworze beletryzującym losy historycznej (choć nie pierwszoplanowej) postaci dyskwalifikujący artystycznie. Zamiast poruszać, budzi obojętność, gdyż ujawnia eksplicytnie swą pozycję (Umberto Eco pisał o uleganiu „pokusie nieustannego eksponowania stosowanych narzędzi, aby popisać się ich znajomością” [7]), zapewne licząc na poklask krytyki wypowiadającej się w optyce postkolonialnej i profeministycznej. Świadectwa recepcji prozy Maryse Condé zdają się potwierdzać tę diagnozę.

Z tyłu okładki Tituby możemy znaleźć fragment recenzji opublikowanej w „The New York Times”, chwalącej autorkę za „skupienie się na bohaterach” [8], tymczasem komplement ten należy się raczej autorowi przejmujących Czarownic z Salem. Arthur Miller ze swoimi polsko-żydowskimi korzeniami to bynajmniej nie typowy WASP, jednak w społeczeństwie patriarchalnym z pewnością cieszył się większym prestiżem, aniżeli mogącym – w czasach największej popularności dramatopisarza – przypadać kobiecie czarnoskórej i niewykształconej. Mimo to, jakkolwiek Millerowi może brakować czegoś, co we współczesnej metodologii nauk o kulturze nazywamy „subaltern conciousness”, jego bohaterowie, z pogłębionymi charakterami i złożonymi emocjami, są jednak bliżej piekła życia. Nikomu nie jest dana łatwa ekspiacja ani fabularny „prezent” od autora (tymczasem Condé w Nocie historycznej oznajmia, że podarowała Titubie „koniec zgodny z moim [M.C.] życzeniem”). Nieco już zapomniany Miller przekonuje bardziej niż nieudana rewindykacja zaproponowana przez postkolonialną prymuskę, Maryse Condé.

Paulina Szkudlarek

Maryse Condé, Ja, Tituba, czarownica z Salem, przeł. Krystyna Arustowicz, W.A.B., Warszawa 2007. Cytaty i inne odniesienia, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Przypisy:
[1] Arthur Miller, Czarownice z Salem, przeł. Anna Bańkowska, Prószyński Media, Warszawa 2009.
[2] Dziś należy do British Commonwealth.
[3] Na polskim gruncie por. np. Ucieleśnienia. Ciało w zwierciadle współczesnej humanistyki, red. Anna Wieczorkiewicz i Joanna Bator, Wydawnictwo IFiS PAN, Warszawa 2007, i Ucieleśnienia II. Płeć między ciałem i tekstem, red. Anna Wieczorkiewicz i Joanna Bator, Wydawnictwo IFiS PAN, Warszawa 2008.
[4] Najbliższy francuski odpowiednik, l’état-providence, pojawił się wprawdzie w XIX wieku, ale jako określenie pejoratywne, wykorzystywane w sporach z oponentami ideologicznymi. W tym też stuleciu pojawiły się działania polityczne nakierowane na tworzenie państwa opiekuńczego ante litteram.
[5] Adrienne Rich, Zrodzone z kobiety. Macierzyństwo jako doświadczenie i jako instytucja, przeł. Joanna Mizielińska, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2000, s. 115-116.
[6] Por. Jules Michelet, Czarownica, przeł. Maria Kaliska, Puls, Londyn 1993.
[7] Umberto Eco, O stylu, w: tegoż, O literaturze, przeł. Joanna Ugniewska, Anna Wasilewska, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2003, s. 159.
[8] Patrz Howard F. Mosher, Staying Alive, „NYT”, Oct. 25, 1992, dostępne tu.

Data wpisu: 3 września, 2010 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Władza słodsza niż cukier. O „Własności” Valerie Martin

Amerykańskie Południe wieku dziewiętnastego literatura i kinematografia zmitologizowała przede wszystkim jako krainę pełną dostatku, płynącą nie tyle miodem, co cukrem i krwią niewolników. Obraz, jaki utrwalił się zapewne większości polskich czytelników, wydaje się połączeniem powieści „Przeminęło z wiatrem” Margaret Mitchell i „Chaty wuja Toma” Harriet Beecher Stowe. Odbiorcy książek i filmów o tym okresie mogą poczuć pewną dezorientację, wynikającą z możliwości sympatyzowania z każdą grupą społeczną przedstawioną w dziełach kultury popularnej. Z jednej strony biali, bogaci plantatorzy, z drugiej, wyzyskiwani czarnoskórzy niewolnicy. Przedstawiciele oświeconego, rozwiniętego cywilizacyjnie i chrześcijańskiego Zachodu kontra ciemni analfabeci nadający się jedynie do prac polowych, kultywujący w ukryciu swoje pogańskie rytuały. Albo – okrutni i chciwi właściciele plantacji wobec szlachetnych i cierpiących Afrykanów. Wydaje mi się, że bardzo słaba recepcja krytyki feministycznej i postkolonialnej w Polsce, spowodowała zniechęcenie potencjalnych czytelników do literatury dotyczącej wspomnianego okresu historii amerykańskiej, zajmującej się losami niewolników i ich potomków. Problem wydaje się przecież tak odległy, że równie dobrze można sięgnąć po powieść fantasy. Dodatkowo widmo wspomnianych na początku książek budzi usprawiedliwione wątpliwości – czy nie trafię na ckliwą i rzewną powieść, mającą jedynie wartość historyczną, która romansidłowym stylem opisuje problemy z nurtu szczególnie nielubianej w Polsce „poprawności politycznej”? Myślę, że ofiarą takiego myślenia padła np. twórczość Toni Morrison, laureatki literackiego Nobla z 1993 roku, autorki m. in. „Ukochanej”, „Miłości” i „Raju”.

Tymczasem zainteresowanym tematem Holokaustu na terenach dwudziestowiecznej Europy bliski może wydać się zamysł Morrison, by choć w części uświadomić współczesnym ogrom wieloletniego ludobójstwa dokonywanego na Afrykanach w ramach handlu niewolnikami. Dla uspokojenia polskiego czytelnika: powieści Morrison nie są roszczeniowym głosem prześladowanej grupy, która pragnie odwetu – głównie finansowego – na współczesnych. Autorka, świadoma związków ruchów feministycznych i abolicjonistycznych, porusza w swoich książkach również problemy zderzania się tradycjonalistycznego stylu myślenia i życia z – by posłużyć się przykładem „Raju” – nowoczesnością lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku, a przede wszystkim próbuje nakreślić, jak jednostka, oderwana od swoich korzeni (rodzinnych, językowych, kulturowych), ograniczana biologicznie, finansowo i fizycznie, usiłuje budować swoją własną tożsamość. Taką postacią może być zarówno dziewiętnastowieczna niewolnica jak i biała kobieta żyjąca współcześnie.
Lora Romero, analizując wspomnianą wyżej „Chatę wuja Toma”, stara się nie oddzielać powieści od biografii jej autorki, by rozważyć, na ile fabuła powieści i losy Stowe odnoszą się do Foucaultowskiej biowładzy i biopolityki [1]. Przywołuje też zdanie Jane Tompkins, dla której krytyka feministyczno–abolicjonistyczna była alternatywą wobec: „władzy politycznej i instytucji społecznych. Opór polityczny rodzi się w w domu, czyli poza ustanowionymi relacjami politycznymi” [2].

Przywołuję te fragmenty krytyki feministycznej nieco przekornie, ponieważ chcę napisać o książce, której fabuła niezupełnie pasuje do powyższych rozważań. W świetnej „Własności” Valerie Martin (nagrodzonej Orange Prize), bohaterkami są kobiety, które są jednocześnie ofiarami przemocy i władzy, jak również jej sprawczyniami wobec siebie nawzajem. Plantacja w pobliżu Nowego Orleanu w 1828 roku nie przypomina wspaniałej, bogatej posiadłości znanej choćby z powieści Margaret Mitchell. Nie roi się na niej od wesołych plantatorów i podśpiewujących niewolników. Wycinka lasu, dbanie o plony trzciny cukrowej i bawełny, nadzór nad niewolnymi i krnąbrnymi (w opinii właścicieli) pracownikami, kataklizmy pogodowe i choroby dziesiątkujące robotników, zajmują niemal cały czas i uwagę właściciela, męża głównej bohaterki i jednocześnie narratorki – Manon Gaudet. Pan Gaudet w opinii swojej pięknej małżonki cierpi na coś, co ojciec Manon nazywał „chorobą plantatora”, a co objawia się tym, że kupuje ziemię, na której obsadzenie trzciną cukrową go nie stać. Mężczyzna nie zna się na rachunkach i wydaje się być nieświadomy faktu, że jego poczynania mogą go doprowadzić do bankructwa. Za to doskonale zdaje sobie sprawę z tego jego żona. Inteligentna i bystra obserwatorka Manon jest niemal śmiertelnie znudzona życiem na plantacji. Małżeństwo, a dokładnie pożądanie seksualne męża, które on zaspokaja bez zwracania uwagi na jej potrzeby, rozczarowuje ją i napawa głęboką frustracją. Przed ślubem przyszły małżonek wydawał się Manon delikatnym i wyrafinowanym mężczyzną, tym bardziej zszokowały ją, a może raczej odrzuciły, jego chciwość i okrucieństwa, których dopuszczał się bezustannie na plantacji. Jednak pani Gaudet nie jest szlachetną kobietą walczącą o poprawę losu nieszczęsnych niewolników. Kiedy jej mąż katuje ciemnoskóre dzieci, Manon ogląda to przez lornetkę niczym niesmaczne, ale mimo wszystko zajmujące widowisko. Nigdy nie wstawia się za cierpiącymi ludźmi. Manon została wychowana przez swojego ojca w duchu ścisłej segregacji rasowej. Jako dziecko nie bawi się z małymi niewolnikami, ponieważ jej ojciec jest temu przeciwny: „Inni plantatorzy pozwalali na to swoim dzieciom, ale ojciec uważał te praktyki za przewrotne. Jego zdaniem prowadziły do pospolicenia pańskich dzieci i stawały się się źródłem nieodpowiednich oczekiwań ze strony czarnych, (…) przyzwyczaiłam się więc, że jedynymi towarzyszkami moich zabaw mogą być lalki” [3]. Nie interesuje się postulatami ruchu abolicjonistycznego – w ogóle nie porusza tej kwestii. Jedyne, co ją obchodzi, to myśl, jak uwolnić się od męczącego męża. Zazdrości pewnej kobiecie, której udało się doprowadzić do rozwodu – rzecz wręcz niebywała w tamtych czasach, z czego Manon zdaje sobie sprawę. Przypuszcza, że ona sama byłaby w stanie próbować dokonać tego, gdyby jej mąż stracił wszystkie pieniądze należące do niej. Wolność okupiona finansową katastrofą jest jednak równie przerażająca, co całkowita zależność ekonomiczna od męża. Ten pat paraliżuje decyzyjność pani Gaudet, która uprawia coś, co można nazwać biernym oporem – stara się unikać męża zarówno na plantacji, jak i planując długie wizyty u swojej matki w Nowym Orleanie. Państwo Gaudet nie mają dzieci, mimo starań męża. Jednak w ich małżeństwie są obecne jeszcze dwie osoby, których istnienie i towarzystwo jest jednocześnie dla obojga małżonków zarówno oczywiste, jak i problematyczne. Manon wniosła do małżeństwa posag nie tylko w postaci pieniędzy czy ziemi i rezydencji, ale również w „majątku żywym”, którym jest piękna choć posępnie milcząca niewolnica Sarah. Uroda ciemnoskórej kobiety okazuje się jej przekleństwem. Pani Gaudet domyśla się z czasem, że otrzymała Sarah od ciotki, która w ten sposób próbowała ratować swoje małżeństwo z wujkiem mającym obsesję na punkcie ślicznej niewolnicy. Jednak mąż Manon błyskawicznie zauważa wartość nowego „nabytku” w plantacji. Sarah przebywa w rezydencji Gaudetów trzy tygodnie przed ich ślubem. Kiedy Manon przybywa do nowego domu, Sarah szuka w niej sprzymierzeńca w obronie przed napastliwością właściciela. Niewolnica zachodzi w ciążę z lokajem Gaudetów i prosi Manon o pozwolenie na ślub z ojcem swego dziecka. Nieświadoma rozmiarów obsesji swojego męża na punkcie Sarah, Manon przekazuje mu prośbę niewolnicy. Gwałtowna reakcja pana Gaudet, uświadamia Manon, że jej mąż uważa Sarah za swoją niezbywalną własność i nigdy nie pozwoli jej na jakąkolwiek formę niezależności od niego. Okalecza niedpszłego męża Sarah i sprzedaje go. Dziecko, które rodzi niewolnica, zostaje od razu sprzedane na inną plantację, zaś ona sama staje się zamkniętą w sobie, milczącą kobietą. Po upływie roku rodzi kolejne dziecko, którego podobieństwo do ojca jest widoczne dla wszystkich odwiedzających plantację. Pan Gaudet nareszcie doczekał się potomka –z tym, że chłopiec nazwany Walterem, jest głuchy i z braku odpowiedniej opieki, nie zsocjalizowany. Uważany za małego szaleńca, Walter biega wolno po rezydencji, wzbudzając szok i niesmak u gości Gaudetów. Dla każdego jasne jest, czyim dzieckiem jest Walter. Manon, która nie ma dzieci, ze złośliwą satysfakcją pozwala Walterowi na samowolę. Niepełnosprawne, niemal dzikie dziecko ma przypominać mężowi Manon, że jest w stanie spłodzić tylko potworka. Chociaż wszyscy bliscy i znajomi Manon uważają, że powinna mieć ona potomstwo, kobieta nie zachodzi w ciążę. Zaprowadzona do lekarza, który ma sprawdzić, co jest tego przyczyną, sama mu ją wyjaśnia: to pogarda dla męża. Udaje się jej wyprosić u lekarza narkotyczne środki na sen, które zażywa na noc. Z czasem mąż Manon przestaje oczekiwać od niej seksu i pozwala jej na spanie w osobnym pokoju. Lekarstwo na sen przynosi rezultat – pan Gaudet przestaje pragnąć oszołomionej i znieczulonej laudanum kobiety. Dba o swoją przyjemność wykorzystując Sarah. Piękna niewolnica jest niemal jedyną towarzyszką Manon. Między kobietami nie wykształca się praktycznie żadna więź, oprócz tej opartej na władzy. Pani Gaudet, choć czuje się poniżona faktem, że mąż zdradził ją z niewolnicą i zrobił jej dziecko (na co skarży się lekarzowi, określając to jako żenująco pospolitą sytuację), nie zamierza oddalić czy pozwolić Sarah odejść. Akceptuje właściwie nieustanne towarzystwo Sarah, ponieważ nie ma żadnego innego. Sporadyczne wizyty na plantacji znajomych męża, czy przyjaciela rodziny, lekkoducha Joela Bordena zalecającego się do Manon, nie likwidują samotności pani Gaudet. Nieszczęsna Sarah, sponiewierana i wykorzystywana przez właścicieli, nieustannie milczy i wydaje się całkowicie obojętna na wydarzenia wokół niej. Opiekuje się swoimi dziećmi (oprócz Waltera jest jeszcze maleńka dziewczynka, której ojca nie poznajemy) niczym wynajęta niania – nie okazując im zbędnej czułości ani przywiązania. Trudno się dziwić, pamiętając, co stało się z jej pierwszym dzieckiem. Lepiej nie kochać za bardzo kogoś, kto i tak zostanie zabrany i sprzedany. Może oprócz Waltera. Jednak nawet Sarah posiada osobliwą władzę nad Manon. Jest przecież matką syna jej męża. Daje panu Gaudet rozkosz, której na pewno nie zaznał w związku ze swoją żoną. Manon widzi z czasem bardzo wyraźnie, jak mocno jej mąż jest przywiązany do Sarah. Kiedy obie kobiety udają się do Nowego Orleanu, w odwiedziny do matki głównej bohaterki, ta czuje osobliwą zazdrość, świadoma, że to nie za nią będzie tęsknił jej mąż i nie o jej wygody w podróży się troszczył.

Wydarzenia nabierają tempa po strasznej śmierci matki Manon, zmarłej podczas epidemii cholery panującej w Nowym Orleanie. Odziedziczywszy spory majątek, pani Gaudet tym intensywniej marzy, by jej małżonek zniknął z jej życia, zanim doprowadzi ich oboje do ruiny. Po rozdysponowaniu niewolnikami, którzy zostali w domu matki, Manon wraca z Sarah do domu. Tymczasem w pobliżu plantacji wybuchł bunt niewolników. Zbiegowie docierają nocą do rezydencji Gaudetów i pod nieobecność męża Manon, terroryzują kobiety. Ku zaskakującemu dla czytelnika zdumieniu Manon, Sarah decyduje się dołączyć do buntowników. Kiedy ściga się z Manon, by dopaść konia, na którym może odjechać, gryzie i odtrąca swoją panią. Powrót pana Gaudeta ratuje życie jego żony – Manon, choć zostaje postrzelona w rękę, w której już nie odzyska pełni władzy, ucieka przed napastnikami. Zanim to jednak zrobi, widzi, jak ginie jej mąż, ścięty maczetą. Przed śmiercią pan Gaudet wykrzykuje imię Sarah.

„Powstanie” niewolników zostało szybko i bardzo brutalnie stłumione. Manon, dochodząc do siebie, troszczy się tylko o dwie rzeczy – czy jej uroda nie ucierpi po zdjeciu szwów z twarzy i: gdzie uciekła Sarah? Jest przecież jej własnością. Manon nie rozumie, dlaczego niewolnica zdecydowała się na ucieczkę, chociaż widziała śmierć pana Gaudet. Teraz, gdy Manon może objąć kontrolę nad swoim majątkiem, nie zamierza być jakkolwiek stratna. Powierza szwagrowi sprzedaż plantacji, by pokryć długi męża i wraca do Nowego Orleanu. Czuje ulgę, że jej pieniądze już nie mają związku z cukrem. Oczekuje, że jej dawny absztyfikant, Joel Burden, oświadczy się jej, gdy tylko minie żałoba. Przy całej inteligencji Manon i jej braku złudzeń, czytelnika może dziwić jej przywiązanie do nałogowego hazardzisty, którego jedynym zajęciem było szukanie przyjemności. Manon uważa wręcz, że z Joelem z pewnością miałaby dzieci – uważa go za błyskotliwego i pełnego wdzięku mężczyznę i dostrzega, że jest pożądany przez wiele kobiet jako doskonały towarzysz zabaw. Jednak złudzenie co do wspólnej przyszłości szybko pryska. Manon uświadamia Joelowi, że chociaż jest całkowicie niezależna finansowo, nie jest już tak bogata, jak przed nieudanymi inwestycjami zmarłego męża. Bon vivantowi jest niezmiernie przykro, ale w tych okolicznościach perspektywa związku z Manon odpływa w siną dal. Wdowa Gaudet dowiaduje się niedługo potem, że Joel oświadczył się innej kobiecie – pospolitej i niezbyt ładnej, ale bardzo bogatej. Pociechą dla Manon jest myśl, że być może w małżeństwie z Joelem powtórzyłby się koszmar z jej nieżyjącym mężem. Ona nie chce mieć dzieci, więc pewnie Joel skierowałby swoją żądzę ku niewolnicom, które rodziłyby jego synów i córki, nigdy nie uznawane jako prawowici potomkowie. Manon dochodzi do wniosku, że woli własną niezależność niż wikłanie się w kolejny związek pełen kłamstw i hipokryzji. Swoją uwagę skupia na sprawie odzyskaniu zbiegłej Sarah. Sprzeciwia się niezwykle hojnej ofercie bogatego wyzwoleńca, pana Roget, który pragnie wykupić niewolnicę by uczynić ją swoją żoną i dać jej choć trochę normalne życie. Nie rozumie zupełnie jego starań, zastanawia się: „Co go opętało? (…) musiałby zapłacić za sprowadzenie jej tutaj, potem wziąć dwoje nie swoich dzieci, jedno ciemne i szpetne, drugie nie lepsze od wściekłego kundla” [4]. Swoje, nie swoje, wszystko zależy od tego, kto czyją jest własnością. Sarah należy do Manon i z tego stanu posiadania biała kobieta nigdy nie zrezygnuje. Dysponuje losem niewolnicy niczym bibelotem. Podczas negocjacji z panem Roget, Manon obserwuje byłego niewolnika z niesmakiem, jak na przedmiot znajdujący się na niewłaściwym miejscu: „Zauważył drobinę zaprawy murarskiej w szwie i pozbył się jej pstryknięciem paznokcia. Upadła na dywan obok jego stopy. Skoncentrowałam się na tej białej kruszynie. Jej widok wprawił mnie we wściekłość, opanowałam się jednak. Pan Roget czekał na moją odpowiedź, nie zdając sobie sprawy, że ten biały okruszek przypieczętował los jego i Sarah” [5]. Piękną Sarah sprowadza ostatecznie do jej właścicielki zawodowy łowca niewolników. Jak się okazuje, Sarah (która prawdopodobnie miała jednego z rodziców o jaśniejszej karnacji skóry), dostała się do siedziby kwakrów w Nowym Jorku w męskim przebraniu. Manon nie ma pojęcia kim są kwakrzy i, że sprzeciwiali się oni niewolnictwu. Najważniejsze, że Sarah została odnaleziona i niedługo dotrze do swojej prawowitej właścicielki. Manon, ostrzeżona, że niewolnica mogła się zmienić podczas swojej ucieczki – którą wszyscy bliscy Manon łącznie z nią samą uważali za nieodpowiedzialną eskapadę – ponieważ „Uchodziła za kobietę wolną, a tego rodzaju doświadczenie z zasady wypacza charakter u czarnoskórych” , odpowiada swojej krewnej: „Doświadczyła czegoś więcej (…). Posmakowała wolności, jakiej tobie i mnie nigdy nie przyjdzie zaznać. (…) Podróżowała po kraju jako wolny, biały mężczyzna” [6]. Powrót Sarah wydaje się uspokoić Manon – coś, co wymknęło się spod jej kontroli i panowania, wraca do niej.

Valerie Martin świetnie pokazuje rozmaite stopnie zależności i wolności, jakim podlegają zarówno białe kobiety, jak i niewolnicy. Władza jest jedyną pewną relacją między ludźmi. Małżeństwo Gaudetów mogło faktycznie nie funkcjonować, ale musiało trwać ze względu na przewagę racji męża nad propozycjami żony. Właścicielka niewolników, Manon, choć sprawuje władzę nad wieloma istnieniami ludzkimi, jest zależna od decyzji mężczyzn z jej rodziny. Jeśli zdobywa pewną niezależność egzystencji, to dzięki zarówno świetnie rozegranej kwestii spadku po mężu, którym okazują się głównie długi do spłacenia, jak i majątkowi odziedziczonemu po matce. Nieudany flirt z Joelem uświadamia Manon, że jej wdowieństwo po panu Gaudet być może nigdy nie będzie zakończone powtórnym małżeństwem. Tym bardziej Manon pragnie korzystać z każdej władzy nad innymi, którą posiada, ponieważ to część przywilejów panów świata – białych mężczyzn. Niewolnica Sarah jest dla Manon ucieleśnieniem pamięci o wszystkich upokorzeniach doznawanych od męża, a mimo to Manon nie decyduje się jej pozbyć. Towarzystwo milczącej kobiety, praktycznie rywalki o względy męża, matki jego dziecka, nie jest miłe dla Manon, a jednak nie zamierza z niego rezygnować. Toksyczne uzależnienie jest powodowane jedynie faktem, że Sarah jest własnością wdowy Gaudet i niczym zaginiony przez przypadek lub akt kradzieży przedmiot, musi wrócić na swoje miejsce. Z kolei Sarah funkcjonuje jak niemal zupełnie niemy byt, dbający jedynie o fizyczne przetrwanie. Jej ciałem i jej dziećmi rozporządza się dowolnie niczym przychówkiem na farmie pełnej młodych zwierząt. Sarah nie wyraża się poprawnie, na pewno nie dlatego, że nie jest w stanie opanować reguł języka angielskiego, ale dlatego, że używanie bezokoliczników i mówienie o kimś w trzeciej osobie pomaga budować niezbędny dystans, nie przywiązywanie się do bliskich. Tak Sarah wyraża się o swoim trzecim dziecku – również wtedy, gdy odpowiada Manon na pytanie, co stało się z małą dziewczynką podczas jej ucieczki z plantacji Gaudetów – „Ona nieżywa”. Obecność Waltera, syna Sarah i męża Manon, jest dla niewolnicy bardziej przykra niż dla jej właścicielki. Zrodzone z gwałtu dziecko, z którym praktycznie nie ma kontaktu werbalnego, budzi wstręt i niechęć matki. I właśnie dlatego też Manon nie pozbywa się Waltera. Najpierw miał uświadamiać gościom rezydencji na plantacji, jak podłym i niskich pobudek człowiekiem jest pan Gaudet, a potem zostaje jako przyszła kara dla zbiegłej niewolnicy. Sarah nie ukrywa swojej odrazy do Waltera, milcząc daje również do zrozumienia Manon, jak bardzo nią gardzi. Jej zachowanie przypomina chwilami automat – przerażający tym bardziej, że tylko się domyślamy, ile cierpienia i słusznego gniewu musi kryć.

Valerie Martin opisując swoją główną bohaterkę, pozbawia ją cech najczęściej używanych podczas portretowania dam tamtych czasów. Przede wszystkim Manon Gaudet (której panieńskie nazwisko brzmiało Gray) nie jest religijna. Obojętność wobec religii niejako odziedziczyła po ojcu, którego idealizowała do czasu, gdy odkryła, że jego śmierć i życie spowijało kłamstwo. Ponadto Manon nie cierpi na „histerię”, a bólów głowy, których doświadcza, nie nazywa migreną i nie ograniczają jej aktywności. Jest egoistyczna i pozbawiona empatii, traktuje niewolników niczym lalki, którymi bawiła się w dzieciństwie. W jej otoczeniu nie zna nikogo, kto szerzyłby idee abolicjonizmu. Myśl o tym, że pogardzani przez nią czarni mogliby żyć niczym biali, jest dla niej niesłychana: to zaburzałoby „porządek rzeczy”, zgodny z poglądami jej ojca. Manon myśli wyłącznie o tym, jak ocalić własne, wąskie terytorium egzystencji, jak uzyskać majątek należący tylko do niej, niezależność od pogardzanego przez nią męża. Choć widzimy wszystkie ograniczenia jej bytowania w społeczeństwie, dostrzegamy osoby w nieporównanie gorszej sytuacji. Domyślamy się też dramatów przeżywanych w skrytości przez butnych panów świata. Już po tym jak owdowiała, Manon dowiaduje się, że jej ojciec najprawdopodobniej nie został zabity, jak głosi oficjalna wersja śmierci pana Graya, ale popełnił samobójstwo. Po śmierci młodszych braci Manon odmówił zupełnie swojej żonie współżycia seksualnego, co główna bohaterka przyjmuje jako akt odmowy uczestniczenia w produkowaniu kłamstwa, polegającego na zdradzaniu żon plantatorów z niewolnicami. Można też zadać sobie pytanie, co kierowało mężem Manon w jego okrutnych „zabawach” młodymi niewolnikami. Czy był to „tylko” sadyzm, czy też wyraz wypieranego pożądania homoseksualnego? A może jeszcze inaczej – karał chłopców za niemożliwe do opanowania podniecenie, ponieważ sam nie potrafił zapanować nad swoim?

Obie bohaterki, Manon i Sarah, są odmalowane w „męski” sposób. Niezmiernie rzadko ulegają emocjom, nie ukazują ich otoczeniu. Panują nad sobą, wiedząc, że to wyprowadza z równowagi pana Gaudet – Manon uczy się tego od Sarah. Pani Gaudet zna się na rachunkach, w przeciwieństwie do męża. Poważnie zraniona podczas napadu zbiegłych niewolników, niemal nie okazuje bólu podczas opatrywania ran i usuwania kul przez lekarza. Z kolei Sarah nieustannie milczy i wystrzega się gestów świadczących o cieplejszych uczuciach wobec kogokolwiek z otoczenia. Czy są to pozy osób straumatyzowanych? Czy raczej ciągłe napięcie między władcami i poddanymi?

Pomiędzy Manon i Sarah nie ma choćby cienia fascynacji erotycznej. Seksualność jest sferą ohydnej przemocy, której dopuszczają się biali mężczyźni. Również tylko oni mogą czerpać przyjemność z wykorzystywania ciał kobiet. Seks służy prokreacji, ale autorka wyraźnie odcina się od jakiegokolwiek przeciwstawienia oziębłej białej kobiecie, pełnej życia i ciepła niewolnicy. Nie sugeruje, między wierszami, że „zdrowe, czarne masy” rodzą tłumy zdrowych i energicznych Mulaciątek. Jest wręcz przeciwnie – powstają pokolenia dzieci pochodzących z gwałtów, zdarzają się niepełnosprawne. Przy tym można mieć wrażenie, że niezależnie od tego, czy Walter byłby synem Manon czy Sarah, jego głuchota stawiałaby takie same bariery przed opiekunami. Może okazywano by mu więcej cierpliwości, ale prawdopodobnie byłby tak samo niezsocjalizowany.

„Chcemy, aby wszyscy zrozumieli i zapamiętali jedno – konstytucja tego stanu uczyniła Toma, Dicka i Harry’ego w ł a s n o ś c i ą, uczyniła Polly, Nancy i Molly w ł a s n o ś c i ą; i nawet, jeśli ktoś to nazwie nikczemnością, przekleństwem i Bóg wie czym jeszcze, nie zamierzamy z tej własności rezygnować” – czytamy w motto powieści fragment autentycznego listu do gazety „Richmodn Whig” z 1832 roku. Wszelka władza nad drugą osobą jest słodsza niż jakikolwiek cukier powstały na plantacjach i jej smak pozostaje dłużej.

Sławomira Raczyńska

[1] Lora Romero: „Biopolityczny opór w ideologii ogniska domowego i Chata wuja Toma” w: „Kultura, tekst, ideologia. Dyskursy współczesnej amerykanistyki”, wyd. Universitas, Kraków 2004.
[2] Tamże, s. 329.
[3] Valerie Martin, „Własność”, przeł. Michał Majchrzak, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2003, s. 31.
[4] Tamże, s. 193.
[5] Tamże, s. 193.
[6] Tamże, s. 215.

Data wpisu: 15 lutego, 2010 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe