Archiwum dla kategorii: ‘płeć’

Płeć pod kontrolą? Sytuacja osób transpłciowych w Polsce i na świecie

Fundacja Trans-Fuzja i Fundacja im. Heinricha Bölla zapraszają serdecznie do udziału w konferencji

1215262 40803649 300x214 Płeć pod kontrolą? Sytuacja osób transpłciowych w Polsce i na świecie

gender płeć trans

Płeć pod kontrolą? Sytuacja osób transpłciowych w Polsce i na świecie

21 kwietnia (sobota), godz. 11:00–13:30

Centrum Konferencyjne „Zielna”, ul. Zielna 37, Warszawa

 

Jednym z najważniejszych problemów, z jakimi borykają się osoby, które chciałyby skorygować swoją płeć metrykalną w Polsce, jest brak dostępu do kompleksowego prawa gwarantującego szybki i mało inwazyjny proces. W przeciwieństwie do wielu państw europejskich u nas nie ma takich rozwiązań prawnych. Tymczasem na świecie coraz więcej krajów, opierając się na międzynarodowych standardach praw człowieka, ułatwia swoim obywatelom i obywatelkom korektę płci. Ustawodawcy wychodzą tam z założenia, że korekta płci jest przede wszystkim kwestią osobistą, a nie procesem wymagającym nieustannej medycznej kontroli.

Zapraszamy do udziału w konferencji, której celem jest dyskusja nad prawnymi aspektami ochrony osób transpłciowych, interseksualnych oraz płciowo nienormatywnych. Przedstawimy rozwiązania prawne dotyczące możliwości korekty płci obowiązujące w innych krajach oraz założenia projektu ustawy, która ureguluje te kwestie w Polsce. W dyskusji skupimy się na następujących zagadnieniach:

§  W jaki sposób na świecie zmienia się podejście do kwestii korekty płci?

§  W jaki sposób w porządku prawnym różnych krajów europejskich uwzględnia się kwestie związane z prawną ochroną tożsamości płciowej?

§  Czy prawa osób transpłciowych są w Polsce przestrzegane?


Data wpisu: 20 kwietnia, 2012 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Płeć pod kontrolą?

Sytuacja osób transpłciowych w Polsce i na świecie. Zapraszamy serdecznie do udziału w konferencji

ts Płeć pod kontrolą?

płeć gender trans

Fundacja Trans-Fuzja i Fundacja im. Heinricha Bölla

zapraszają serdecznie do udziału w konferencji

pod patronatem prof. Ireny Lipowicz, Rzeczniczki Praw Obywatelskich

 

Płeć pod kontrolą?

Sytuacja osób transpłciowych w Polsce i na świecie

21 kwietnia (sobota), godz. 11:00–13:30

Centrum Konferencyjne „Zielna”, ul. Zielna 37, Warszawa

 

Jednym z najważniejszych problemów, z jakimi borykają się osoby, które chciałyby skorygować swoją płeć metrykalną w Polsce, jest brak dostępu do kompleksowego prawa gwarantującego szybki i mało inwazyjny proces. W przeciwieństwie do wielu państw europejskich u nas nie ma takich rozwiązań prawnych. Tymczasem na świecie coraz więcej krajów, opierając się na międzynarodowych standardach praw człowieka, ułatwia swoim obywatelom i obywatelkom korektę płci. Ustawodawcy wychodzą tam z założenia, że korekta płci jest przede wszystkim kwestią osobistą, a nie procesem wymagającym nieustannej medycznej kontroli.

Zapraszamy do udziału w konferencji, której celem jest dyskusja nad prawnymi aspektami ochrony osób transpłciowych, interseksualnych oraz płciowo nienormatywnych. Przedstawimy rozwiązania prawne dotyczące możliwości korekty płci obowiązujące w innych krajach oraz założenia projektu ustawy, która ureguluje te kwestie w Polsce. W dyskusji skupimy się na następujących zagadnieniach:

- W jaki sposób na świecie zmienia się podejście do kwestii korekty płci?

- W jaki sposób w porządku prawnym różnych krajów europejskich uwzględnia się kwestie związane z prawną ochroną tożsamości płciowej?

- Czy prawa osób transpłciowych są w Polsce przestrzegane?

 

Program:

 

10:30–11:00 – rejestracja gości / poczęstunek

 

11:00–11:15 – otwarcie konferencji:

- Lalka Podobińska, prezeska Fundacji Trans-Fuzja

- Wolfgang Templin, dyrektor Fundacji im. Heinricha Bölla w Polsce

 

11:15–12:45 – Prawna ochrona osób transpłciowych w Unii Europejskiej. Wystąpienia zaproszonych gości:

- Ulrike Lunacek, posłanka do Parlamentu Europejskiego, Grupa Zielonych / Wolne Przymierze Europejskie – Możliwości prawnej ochrony tożsamości płciowej na szczeblu Unii Europejskiej

- Jerzy Szczęsny, referent ds. polityki antydyskryminacyjnej i polityki społecznej grupy Bündnis 90 / Die Grünen w Bundestagu – Prawna ochrona osób transpłciowych w Niemczech

- Maria Sundin, RFSL (Swedish Federation for Lesbian, Gay, Bisexual and Transgender Rights) / Malmö i Transgender Europe – Prawna ochrona osób transpłciowych w Szwecji

- dr Anna Śledzińska-Simon, Wydział Prawa, Administracji i Ekonomii, Uniwersytet Wrocławski, Potrzeba prawnego uregulowania korekty płci metrykalnej w Polsce

- Anna Grodzka, posłanka Ruchu Palikota – Założenia ustawy dotyczącej określania płci metrykalnej

- Mirosław Wróblewski, Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich, Dyrektor Zespołu Prawa Konstytucyjnego i Międzynarodowego  – Prawna ochrona osób transpłciowych w Polsce

 

12:45–13:30 – dyskusja

Moderacja: Wiktor Dynarski, Fundacja Trans-Fuzja, Transgender Europe

 

Konferencja odbędzie się w języku polskim i angielskim.

Po debacie zapraszamy na poczęstunek.

 

Prosimy o potwierdzenie udziału w debacie do czwartku 19.04.2012 roku na adres:

Greta Puchała: greta.puchala@transfuzja.org


Data wpisu: 15 kwietnia, 2012 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Drogi Facebooku, pozwól wybierać płeć „inną”

W liście skierowanym do Marka Zuckerberga, założyciela i szefa Facebooka, Sunil Babu Pant, pierwszy nepalski poseł-gej prosi go o umożliwienie użytkownikom wybierania płci „innej”. 

facebook Drogi Facebooku, pozwól wybierać płeć „inną”

facebook

W chwili obecnej Facebook wymaga od użytkowników, by wybrali płeć męską lub żeńską, choć daje możliwość ukrycia odpowiedzi, jakiej się udzieliło. W liście, jaki członek Zgromadzenia Narodowego a zarazem szef organizacji na rzecz praw osób LGBT Blue Diamond, czytamy jakie argumenty przemawiają za zmianą.

Pant pisze do Zuckerberga m.in.: „rząd Nepalu od kilku lat pracuje nad tym, by we wszystkich dokumentach i formularzach urzędowych można było wybrać opcję trzeciej płci, podpisaną jako >inna<. Dlatego zachęcam Pana do tego, by dla dobra i okazania szacunku osób o zróżnicowanej płci na całym świecie, którzy chcą brać udział w dwudziestopierwszowiecznej rewolucji internetowej, uczynił pan taką możliwość na facebooku. Zachęcam Facebook do celebrowania różnorodności”.

http://gejowo.pl/index.php?pid=3&n_id=11306


Data wpisu: 4 kwietnia, 2012 autor wpisu: Gejowo za Pink News  |  Komentowanie nie jest możliwe

Elżbieta Czykwin, „Stygmat społeczny”, cz. 1

Dla osób zajmujących się naukami humanistycznymi i społecznymi (z odchyleniem w kierunku studiów kulturowych) problematyka emancypacji i demarginalizacji umożliwiających współuczestnictwo w życiu społecznym i pełnię praw obywatelskich zajmuje miejsce poczesne. Kibicuję temu trendowi i na moją niewielką skalę angażuję się weń, co wiąże się także ze śledzeniem publikacji tematycznych. Dają się zauważyć dwa bieguny, pomiędzy którymi budowane są coraz mocniejsze mosty – teoria akademicka i aktywizm. Książka, której chcę się dzisiaj przyjrzeć, sadowi się po stronie teorii, jednak jest jej niezamierzoną parodią, dowodem kompletnego niezrozumienia podjętej problematyki. Pewnego rodzaju impulsem do niniejszego omówienia był artykuł Błażeja Warkockiego i Tomasza Basiuka Odpadki energii, czyli o nieudanym wyparciu politycznego przez Joannę Tokarską-Bakir („Krytyka Polityczna”, nr 16/17, 2009), demaskujący homofobiczną wymowę wstępu, jakim Tokarska-Bakir poprzedziła polską edycję Czystości i zmazy Mary Douglas (przeł. Marta Bucholc, PIW, Warszawa 2007).

Elżbieta Czykwin kieruje obecnie Zakładem Pedagogiki i Kulturoznawstwa Wyższej Szkoły Administracji Publicznej w Białymstoku, a w 2007 roku nakładem szacownego Wydawnictwa Naukowego PWN opublikowała pracę Stygmat społeczny.

Książka obywa się bez podtytułu, co dość zaskakuje. Sugeruje jednak ambicję, by kwestią zająć się wieloaspektowo, a znajduje to potwierdzenie w rozdziale ostatnim, Stygmatyzacja jako ponaddyscyplinarna perspektywa badań. Nim jednak do niego dotrzemy, trzeba powiedzieć, że przyjęta w opracowaniu optyka uprzywilejowuje ujęcie zaproponowane pół już wieku temu przez Ervinga Goffmana w książce Stigma. Notes on the Management of Spoiled Identity (1963). Polska edycja, Piętno. Rozważania o zranionej tożsamości, pojawiła się w 2005 roku (przeł. Aleksandra Dzierżyńska, Joanna Tokarska-Bakir, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne). Co zrozumiałe ze względu na długość cyklu wydawniczego, Czykwin się nią nie posługuje, co jednak bardziej zastanawiające – w żadnym momencie nie odwołuje się też do wyeksponowanego w bibliografii anglojęzycznego oryginału (wszystkie cytaty, o odniesieniach nie wspominając, podawane są z drugiej ręki). W połączeniu z faktem, iż w stopce książki Czykwin brakuje wzmianki o recenzentach, zaufanie do rzetelności merytorycznej Stygmatu społecznego zostaje zachwiane jeszcze przed podjęciem lektury. Niestety, w jej trakcie jest jeszcze gorzej.

Skoro jednak Stygmat społeczny znajduje koncepcyjne oparcie u Goffmana, przypomnijmy, iż zdefiniował on piętnowanie jako proces, na drodze którego normalna tożsamość jednostki jest niszczona przez reakcję innych osób na ową jednostkę. W konsekwencji tego do mgławicy terminów pokrewnych stygmatowi (piętnu) włączone są: stereotyp, dewiacja, uprzedzenia (antysemityzm, rasizm, homofobia, etc.), wykluczenie, marginalizacja. Ja dodałabym tu też przemoc.

Autorka wspomina próby kwalifikacji dewiacji jako przypisanych lub osiągniętych, i wyrokuje, iż kryterium podziału „nasuwa wątpliwości”. Tu przykładem dewiacji osiągniętej jest prostytucja, homoseksualizm zaś sprawia kłopoty: to niewątpliwie dewiacja, ale nie da się orzec: przypisana czy osiągnięta, z uwagi na jego nieustaloną genezę (s. 32). Zaś stygmatyzacja w przypadku dewiantów jest „konieczna i oczywista” (s. 33). Po cóż zatem zadawać następujące pytanie: „Pozostaje jednak kwestia podstawowa: czy jeśli wszelkie przejawy dyskryminacji zostaną wyeliminowane, to zapanuje równość płci?” (s. 261).

Niebywale razi sentencjonalność i potoczny charakter sformułowań obnażających światopogląd, który Umberto Eco nazwał niegdyś „katastroficznym”. Czykwin ubolewa choćby: „Większość telewizyjnych seriali ukazuje jedynie powierzchniową stronę życia” (s. 385). Gdzie indziej objawia nam, iż podrasowane cyfrowo wizerunki modelek czy celebrytek burzą właściwy ogląd świata: „Niczego nieświadomy widz przyjmuje zdjęcia jako dowody istnienia ciał idealnie pięknych” (s. 345). Zaiste, rzadko kto widuje postaci ludzkie poza billboardami czy bez ekranowego pośrednictwa, powszechna nieświadomość wpędza każdego w „silne poczucie negatywnej nieadekwatności” (s. 344). Na tej samej zasadzie sierota z domu dziecka „nie wie, co to znaczy być ojcem dla swojego syna” (s. 160). Internet, prasa, filmy, spotkania ze znajomymi najwyraźniej nie są w stanie dać żadnego pojęcia o ojcostwie, a już na pewno nie tak cennego, jak bezpośrednie wzorce czerpane z życia w tzw. pełnych rodzinach.

Skoro zaś ubolewamy wraz z Czykwin nad współczesnym upadkiem wartości, warto przeczytać, jak skomentowany został film dokumentalny (paradokumentalny?) Mama Masza Michała Bukojemskiego (Polska, 2002, krótki opis tu ). Lesbijka, niemonogamistka, rosyjska Żydówka, emigrantka, matka adopcyjna, matka biologiczna dziecka spłodzonego dzięki pomocy dawcy spermy… „Czy takie spiętrzenie nietypowych zdarzeń życia nie jest też sprokurowane na potrzeby mediów? Tak właśnie sądzę. Potrzeba medialnego rozgłosu, popularności, jest współcześnie praktycznie jedyną drogą zaistnienia” (s. 359). Biografia Maszy Gessen nie mieści się Czykwin w głowie, dlatego sprowadza wybory życiowe kobiety do przemożnej chęci zaistnienia w mediach. Przekreśla też możliwość, iż Masza Gessen postępowała zgodnie ze swą wolą: nietypowe wydarzenia się spiętrzyły, bo tak chciał los bądź wspomagający mającą niebywałe parcie na szkło bohaterkę medialni demiurgowie.

Cóż, wszak ujawnianie czyichś technik seksualnych (czyli: „jak inni to robią”), osobliwie sekretów współżycia nie(hetero)normatywnego tak fascynuje: „Ikony lesbijek, gejów, transseksualistów, transwestytów, seksoholików etc. zawsze mogą liczyć na sporą widownię” (s. 362). Dlaczego jednak „ikony”? Przy okazji popularny przed kilku laty rosyjski duet Tatu to dla Czykwin „przykład inkorporacji problemu lesbijskich skłonności przez kulturę komercji” (s. 352). Oj, tak tak, o tempora…!

Niegdyś dla porządku społecznego niezwykle ważny był podział dzieci na legitymizowane i bękarty. Nieślubne pochodzenie mogło się kłaść cieniem na całej egzystencji. Zwykle jednak poza miejscem pochodzenia nie dało się tak łatwo określić, czy dana osoba została poczęta w małżeńskim łożu przez parę połączoną prawnie obowiązującą przysięgą. Zacytujmy Stygmat społeczny: „Jeśli zadasz sobie pytanie, Czytelniku: czy związałbyś swoje życie z osobą poczętą in vitro…” (s. 159). Ja zadam inne pytania. A po czym to poznać? A co to za różnica? A może należy spytać Czytelnika, czy związałby się z osobą urodzoną przez cesarskie cięcie? Uwypuklam absurdalność, by tym silniej ukazać, jak taka retoryka w opracowaniu mającym być uznane za naukowe co najmniej zdumiewa. Podobnie fragmenty, w których autorka określa „ogólne wrażenie (…) po lekturze” tygodnika „Nie” (s. 371). Tu czai się sugestia, że jej wrażenie jest po prostu słuszne i adekwatne, a jako takie musi być podzielane jeśli nie przez Wszystkich, to chociaż przez odbiorców Stygmatu społecznego.

Klątwą ogólnodostępnych programów edytorskich jest pokusa przestawiania partii tekstu. Stygmat społeczny nie jest jedyną książką naukową, której uważna lektura ujawnia nadużywanie komend „kopiuj / wklej”, jednak dla uniknięcia gołosłowności wskażę, iż Czykwin dwukrotnie wyjaśnia Bourdieu’ańską koncepcję doksy, ortodoksy i heterodoksy (s. 133 i 335) oraz – by przy tym samym nazwisku pozostać – dwa razy definiuje Bourdieu’ański habitus (s. 131 i 334).

Autorka zbyt często luźno podchodzi do podawanych przez siebie danych. Na przykład strona 423: liczby ofiar procesów o czary w różnych europejskich krajach rzucone są bez odwołania bibliograficznego czy jakiegokolwiek uściślenia, a przecież szacunki dotyczące owych liczb są przedmiotem wieloletnich sporów o dociekań co najmniej od połowy XIX wieku, kiedy Jules Michelet napisał Czarownicę, i nie, historycy ani etnolodzy nie osiągnęli konsensusu. Inny przykład podobnej nierzetelności: „Zdaniem homoseksualistów orientacja ta jest wrodzona, choć nie genetyczna” (s. 311) – brak odwołania, brak odnośnika. Pewnie umknęło mi, że homoseksualiści ustalili swoje wspólne stanowisko na walnym zgromadzeniu wszechświatowego kongresu homoseksualistów. Na stronie 158 znajdujemy natomiast anegdotę o politykach-hipokrytach z gejowskiego miesięcznika „Zero”. Z hiszpańskiego miesięcznika „Zero”, z cytatem wypowiedzi redaktora tego pisma – i przy znów braku odwołania. Jeśli redaktor-gej nie zasługuje na rzetelność autorki, tym bardziej nie zasługuje Adolf Hitler. Akapity o stosunku nazistowskich przywódców do homoseksualności mogą tylko przy maximum dobrej woli uznane za luźno oznaczone przez Czykwin jako ustalenia Christiana Adolfa Isermeyera (Czykwin pomija jego drugie imię, ja zaś je dopisuję – jakimś dziwnym trafem mnie ono się również nie podoba, ale Isermeyer sam go sobie nie nadał), nieobecnego w bibliografii.

W licznych przypadkach przykłady podawane przez Czykwin są dyskusyjne, w niektórych innych – zupełnie chybione i nieadekwatne. Wbrew woli autorki przywołane na s. 416 wypowiedzi polityków, (nieparlamentarne obelgi wobec oponentów) nie są przykładami stygmatyzacji. Podobnie opis sytuacji matki trójki dzieci, która „bardzo przybrała na wadze” (i długo przebywając w domu, nie zdawała sobie z tego sprawy), mający być egzemplifikacją życia w enklawie (s. 303), mija się z rozumieniem tego ostatniego pojęcia. Opisywana kobieta nie mieszka w dobrowolnym getcie osób otyłych, a w domu, do którego co dnia po pracy wraca jej mąż (i ojciec dzieci). O posturze mężczyzny niczego się nie dowiadujemy.

Kolejną kategorią są błędy słowne, w dużej mierze zawinione przez brak czujności redakcyjnej. Należą do nich powtórzenia niejako bezpośrednie, np. podwójne „osoby zaangażowane” (s. 217), ale też powielanie wyrazów o tym samym rdzeniu: “Odkrycie bliskości z najbliższymi” (s. 183) , “Istnieje istotny” (s. 124), i in. Idąc dalej, na s. 181 mamy „skłonności perfekcyjne” zamiast: perfekcjonistyczne, na s. 218 – „wypadek motoryzacyjny”, choć kolokacja kazałaby powiedzieć: drogowy. Czykwin nie wie również, iż osoby transseksualne nie poddają się ani operacji zmiany płci, ani konwersji (s. 233), a tranzycji. Międzynarodowa komercja (s. 424) jako ewidentny anglicyzm powinna być zastąpiona po prostu handlem. Podczas wyliczenia warunków Goffmanowskiej interakcji na s. 110 Czykwin pisze, jakoby „dostępność” (rzeczownik) byłaby polskim odpowiednikiem „accessible” (przymiotnik). Warto najwyraźniej posługiwać się (prostym) angielskim. To tak mądrze brzmi. Na stronach 127–128 autorka powtarza określenia: self-esteem i face to face, które jak wiadomo nie mają żadnych satysfakcjonujących ekwiwalentów w języku polskim.

Na s. 138 znajdujemy ciekawostkę – wizualne telefony komórkowe, których upowszechnienie zapowiada autorka.

Parokrotnie obnaża ona swoją uległość wobec stereotypu spojrzenia na marsze tolerancji jako na czas demonstracyjnej manifestacji seksualności gejów (s. 157), co przybiera „nieraz ostentacyjny i prowokujący wyraz”. Jednak do błędnego użycia konkretnego określenia dochodzi, gdy uparcie (np. s. 157, 211, 301 i 319) nazywa marsze i manifestacje typu gay pride – nieważne, czy mają one istotnie charakter parad – mianem Love Parade. Otóż Love Parade jest wyłączną nazwą organizowanej przez ok. 20 lat w Berlinie (1989-2010, zatem także wtedy, gdy książka Czykwin powstawała i została opublikowana) ulicznej imprezy tanecznej. Kolejna osobliwość: „Miarą wzrostu znaczenia wyglądu, który stał się obowiązkiem nie tylko kobiet, ale i mężczyzn” jest coraz wyższa sprzedaż męskich kosmetyków (s. 139). Nie: zadbany wygląd, nie: atrakcyjny wygląd. Wygląd stał się obowiązkiem. Niefortunnym sformułowaniem niewątpliwie jest: „Kobiety stojące u progu wdowieństwa” (s. 424) – to takie z małżonkami na łożach śmierci? A może planujące mężobójstwo? Kolokwializmem razi też: „Społeczna akceptacja wiejskich głupków” (s. 171), staroświecczyzną zaś „lekkie prowadzenie” (s. 143).

Część 2 i notki bibliograficzne tu.

Data wpisu: 7 lutego, 2012 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Elżbieta Czykwin, „Stygmat społeczny”, cz. 2

Część 1 tu.

Dominującym tonem w – nigdy nie dość przypominania – w książce pretendującej do ujęcia akademickiego (sine ira et studio) jest najczystszej wody homofobia. Nieheteronormatywność to dla autorki nienaturalna seksualność (s. 424) Na stronach 113-114 omawia działalność kontrowersyjnej katolickiej grupy Odwaga działającej w Lublinie i dążącej do „reperacji” osób o niezgodnych z katechizmem kościoła katolickiego preferencjach psychoseksualnych. Czykwin o stosowanej tam „terapii” pisze bezkrytycznie i bezrefleksyjnie. W przywołanej tam narracji niesławnego Richarda Cohena widzi „tekst stygmatyzujący”, jednak gładko prześlizguje się do kolejnego przykładu z jakże szerokiego repertuaru. W charakterystyczny homofobiczny sposób przyjmuje, że geje mają ideologię (a nie mają? „Tremble, hetero swine!”)… choć jako przykład z owej ideologii podaje obawę przed wykryciem (s. 310). Jego konsekwencje są wszak tak straszliwe, że „homoseksualiści się żenią i opowiadają dowcipy o swoich »towarzyszach niedoli«” (s. 142). Nie, to nie pomyłka. Chodzi o zinternalizowaną bądź demonstracyjną homofobię mężczyzn (kobiety się nie „żenią”, nie w Polsce Elżbiety Czykwin) wyśmiewających przegięcie tych, których marnego losu („niedola”!) – mimo analogicznych preferencji psychoseksualnych – żonatym udało się uniknąć. Nie dziwi tedy groza sceny, w której pewien nieustraszony gej „wyznał całą prawdę rodzicom” (s. 159). To niejedyny przypadek straceńczej odwagi. Inny jej akt miał miejsce podczas wyborów mera Paryża – gej „mimo przyznania się do homoseksualnych skłonności zwyciężył w wyborach przytłaczającą ilością głosów” (s. 158). W książce pozostaje anonimowy, jednak rzecz jasna chodzi o zwycięzcę wyborów z 2001 roku, Bertranda Delanoë, który jest nadal na tym stanowisku. Może zatem wygrywa, ponieważ ma dobre program polityczny i koncepcję rozwoju miasta, a jego życie prywatne jest w tym miejscu sprawą trzeciorzędną? Dopowiem, że z uwagi na potencjał emancypacyjny sukces polityka-geja jest niezmiernie istotny, jednak Czykwin koncentrowała się na osobistej odwadze, jakiej wymaga coming out. Jak śliską sprawą jest obecność gejów (nigdy lesbijek, o osobach transseksualnych nie wspominając) w polityce dowiadujemy się od autorki w innym miejscu: „Wśród współczesnych przywódców faszystów przedstawiciele orientacji homoseksualnej mają swoją nadreprezentację” (s. 328). Przypisuje się tu gejom fetyszyzację atrybutów nazistowskich.

Nie wymaga chyba dopowiedzenia fakt, iż Czykwin postrzega homoseksualność w kategoriach esencjonalnych, na dodatek przez swą strategię retoryczną obnażając brak podstawowych kompetencji. Pisze „homoseksualizm” na wzór nazwy z niegdysiejszej klasyfikacji jednostek chorobowych, mając na myśli raczej „homoseksualność” jako zespół stałych bądź nie praktyk opartych na psychoseksualnych preferencjach. Tak, „-izm” jest piętnujący. Cóż, zawsze można sięgnąć do jeszcze bardziej archaicznego słownika. W innym miejscu czytamy, iż „pacjenci szpitali psychiatrycznych nie chcą, aby został ujawniony fakt ich sodomii” (s. 144). Sodomię, czyli – w myśl tej wizji świata – praktykowanie męsko-męskich stosunków seksualnych leczy się w szpitalach psychiatrycznych?

W rzeczywistości, w której z uwagi na pojawienie się i wdrożenie coraz skuteczniejszych metod leczenia czy przedłużania ogólnego dobrostanu osób chorych na AIDS wiele ludzi skłania się do bagatelizacji zagrożenia wirusem HIV (co oznacza, że należałoby działać ku ponownemu uczuleniu na kwestie bezpiecznego seksu), Czykwin tymi słowy kwituje starania, by uniknąć zakażenia HIV – „Całkowicie odzierają one kontakty seksualne ze spontaniczności, romantyzmu i unikalności” (s. 208). Dla autorki zresztą możliwość zakażenia to obawa „ostatnich lat” (s. 208). Otóż w Polsce badania epidemiologiczne wykrywające obecność wirusa prowadzone są od 1985 roku, kiedy obecni studenci Czykwin nie byli jeszcze w planach życiowych swoich rodziców.

Czykwin opisuje rozpowszechnianie się AIDS (jako choroby śmiertelnej) jako epidemii współgrającej z autodestrukcyjnością gejów: „Przywołanie przedwczesnej śmierci jest tu równoznaczne z uwolnieniem od mroków starości. Otwiera perspektywę życia krótkiego, ale intensywnego, bez ograniczeń związanych z obowiązkowym uczestnictwem w wyścigu szczurów, pracy zawodowej, liczenia się z innymi, na których to polach geje są na ogół i tak skazani na niepowodzenie” (s. 210). To najwyraźniej znaczy, że geje nie umieją liczyć się z innymi ludźmi i są skazani na niepowodzenie w pracy zawodowej (niezależnie od tego, czy założymy, że wyścig szczurów istotnie jest obowiązkowy). Sąd tyle bulwersujący, ile osobliwy.

Rozmaite inne stwierdzenia Czykwin również wprawiają w osłupienie, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z enumeracją i jeden z klocków zdaje się pochodzić z zupełnie innego kompletu. Na przykład na s. 224 opisuje negatywną samoocenę osób z nadwagą, które widzą swoją otyłość jako przejaw „lenistwa, opieszałości, braku kontroli, tajemniczości i chciwości” (co to znaczy w świetle przyjmowanej przez autorkę Goffmanowskiej klasyfikacji stygmatów jako jawnych i ukrytych?). „Jednym ze sposobów przeciwdziałania agresji np. kibiców na stadionach sportowych jest (…) ustawienie bilboardów na stadionach (…), co pozwala złamać poczucie anonimowości i ograniczyć agresję” (s. 302). Co w opisanej sytuacji dają bilboardy? Co ma być na nich umieszczone? A może chodzi o telebimy? W innym miejscu, w kontekście ukrywania stygmatu (w celu wykluczenia wszelkich podejrzeń, bo – patrz wyżej) Czykwin dopatruje się „nadreprezentacji osób o skłonnościach homoseksualnych” wśród kiboli, kleryków i taterników (s. 148).

Kompletnej ignorancji dowodzi utrzymywanie, iż „bulimia dotyczy najczęściej osób otyłych, natomiast anoreksja ekstremalnie szczupłych” (s. 351).

Podobnie z prognozowaniem: „moda na banki spermy, w których można zostać matką dziecka sławnego ojca, staną się modne” (s. 123). Pomijając niegramatyczność sformułowania, nie można, a w każdym razie nie ma sposobu, by się o tym dowiedzieć: wedle obowiązujących uregulowań dawca spermy pozostaje anonimowy.

Dyskusyjnie i kontrowersyjnie brzmi rekapitulacja kwestii polskiego antysemityzmu „bez Żydów”. Czykwin utrzymuje, iż „niewielka liczba polskich Żydów jest zasymilowana, w podeszłym wieku, samotna i rozproszona” (s. 380). Przeczy temu to, co widać na krakowskim Kazimierzu, gdy nastaje szabas, przeczą temu ci wszyscy, którzy odkrywając swe rodzinne korzenie dążą do poznania i odzyskania dla siebie judaizmu, czego bynajmniej nie kryją. Wyrazem złej woli byłoby odczytywanie słów Czykwin jako antysemickich, jednak ich wymowa (i oderwanie od realiów XXI wieku) skłania mnie do opinii, iż lepiej byłoby, gdyby się w Stygmacie społecznym nie pojawiły.

Swoją drogą, dobór kategorii osób stygmatyzowanych jest w omawianej książce bardzo chaotyczny. Skoro jednak w tym miejscu odnoszę się do niezręczności popełnianych przez autorkę w jej staraniach scharakteryzowania np. homoseksualistów i Żydów, nadmienię, iż oczywiście szeroki nurt kontinuum specyficznych uprzedzeń wobec pierwszych i drugich umknął jej uwadze. Kwestią tą zajmowała się np. Agnieszka Graff (Rykoszetem, W.A.B., Warszawa 2008). Mniej w Polsce znane jest zestawienie dwóch rozpraw: Réflexions sur la question juive Jean-Paula Sartre’a i celowo napisanej w Sartre’owskim idiomie Réflexions sur la question „gay” Didiera Eribona.

Charakterystyczne dla podejścia epistemologicznego autorki jest ponadto zdanie: „Ktoś, kto urodził się z matki Żydówki, jest, obiektywnie rzecz biorąc, Żydem, jakkolwiek może się czuć np. Amerykaninem” (s. 24). Otóż nie. Ktoś taki jest Żydem w myśl halachy (czy de facto wszystkich współczesnych odłamach judaizmu), co w zestawieniu z innymi kryteriami uznawania żydostwa (np. Żydem jest ktoś, kto przeszedł wymagany przez prawo religijne proces konwersji) dyskredytuje pretensje do „obiektywności”. Ta zaś jest również pojęciem cokolwiek przeterminowanym i usprawiedliwianym jedynie celami retorycznymi, nie zaś poznawczymi. Nie mamy jednak do czynienia z czystą retoryką. Czykwin opowiada się w innym miejscu za totalizującą rolą rzekomej obiektywności. Ubolewa nad upadkiem sfery publicznej: na agorze wypracowywano niegdyś „prawdy pozajednostkowe, wspólne i obiektywne”, teraz zaś nie mają się one gdzie krystalizować (s. 395).

Wiarę w wielką wagę „obiektywności” głosi również wskazując na nędzę osoby pozbawionej odniesienia „uniwersalnego i transcendentnego”, która będzie „wyizolowana i samotna”, a jej tożsamość pozostanie niezintegrowana (s. 395). Ratunkiem, przede wszystkim dla osoby stygmatyzowanej, będzie „funkcjonowanie w grupach wsparcia oraz wkład znaczących innych” (s. 266). Takie zestawienie dwóch sfer wpływów oznacza przekonanie autorki o kompletnej niemożności radzenia sobie samodzielnie. Trzeba jednak uważać, kogo uczynimy naszymi „znaczącymi innymi”. Jawność autoekspresji bez względu na stygmat wobec wybranej grupy (wspierającej tudzież znaczącej) w parze z ukrywaniem stygmatu w kontaktach z „niewtajemniczonymi” – jak czytamy – „prowadzi do zamykania się w społecznych enklawach” niczym w więzieniach zaludnionych przez sobie podobnych (s. 207). Jest to zbyt kategorycznym (czy też mylnym) stwierdzeniem, jako że ukrywanie stygmatu równie dobrze może skłaniać do dążeń przeciwnych, na przykład odcięcia się od danej społeczności. W każdym razie sytuacja zdaje się być bez wyjścia.

Mimo to Czykwin nie szczędzi udzielanie rad osobom stygmatyzowanym rad będących zbiorem pustych sloganów oraz infantylizacją, upupieniem potencjalnych adresatów (s. 268).

Są u Czykwin momenty, w których w swym słusznym zapędzie posuwa się cokolwiek zbyt daleko. Spójrzmy: „pojawienie się AIDS oraz permanentne mylenie homoseksualizmu z pedofilią, transseksualizmem i transwestytyzmem (w Polsce) zdaje się podtrzymywać społeczne odium zarówno wobec kobiet, jak i gejów” (s. 300). Odium to synonim wstrętu czy odrazy. Trudno zaprzeczyć istnieniu licznych form dyskryminacji kobiet, jednak wstręt i odraza?

„Określenia: chory na AIDS, lesbijka, bezrobotny, otyły czy dziecko z chorobą Downa etc. mają negatywną konotację, ale nie można przecież z nich zrezygnować. Próbuje się więc zamienić takie określenia słowami nieobciążonymi (np. gej, puszysta pani, sprawni inaczej) lub zmienić negatywne konotacje (…) na przyjaźniejsze” (s. 28). Zupełnie nie rozumiem, w myśl jakich uzusów językowych słowo „lesbijka” niesie konotację negatywną, a – do kompletu – „gej” jest neutralne, poza tym dość zabawne wrażenie robi zestawienie szeregów „nie do pary”. Czykwin jednak podsuwa nam politycznie poprawne ekwiwalenty wyrażeń niestosownych na s. 96. Znajdziemy wśród nich kuriozalnych „puszystych”, „kochających inaczej” i „sprawnych inaczej”, jednak możemy odetchnąć z ulgą, posługiwanie się nimi nie jest przymusowe. Ku wyraźnej uldze Czykwin postulaty poprawnego politycznie języka nie są powszechnie aprobowane (s. 97). Rzeczowa wymiana myśli w języku niewykluczającego dialogu nie ucierpi, jeśli ktoś raz czy drugi chlapnie „pedałem” (zdanie zbudowane z fraz ze s. 96). Choć we wskazanych passusach autorka jasno deklaruje się swe sceptyczne nastawienie do politycznej poprawności, w innym miejscu powołuje się na nieokreślonych przeciwników tej konwencji. Czykwin pisze, iż wedle argumentacji owych przeciwników „political correctness zmusza do wprowadzenia do języka np. polskiego określeń obcych, np. gej, co oznacza zachwaszczanie języka, a przede wszystkim nie jest powszechnie zrozumiałe lub może mieć groteskowy charakter jak w przypadku (…) propozycji zmiany nazwy Placu Inwalidów w Warszawie na »Plac Niepełnosprawnych«” (s. 418). To moment godny uwagi, gdyż przy okazji mamy tu błąd logiczny. Czykwin myli skutek z przyczyną.

W Stygmacie społecznym rażą ponadto usterki spowodowane niedostateczną kompetencją jeżeli chodzi o rozmaite niuanse nie tylko dzisiejszej, ale nawet „wczorajszej” humanistyki. To, co na s. 361 jest dla Czykwin odkrytym w etnometodologii zjawiskiem et cetera, to raczej – jak wynika z kontekstu – działanie Jakobsonowskiej funkcji fatycznej języka. Lingwistyka to najwyraźniej wiedza tajemna, skoro Czykwin pisze: „Stwierdzenia w rodzaju: »Wszyscy dyrektorzy honorują święta prawosławne i pracownicy oczekują tego od pana«, wydają się mocnym argumentem” (s. 272). W świetle wymogów, jakie uczestnikom racjonalnej dyskusji stawia się w logicznej teorii języka, przytoczony argument (posługujący się na domiar złego kwantyfikatorem generalnym) należy do słabych (vide prace np. Teresy Hołówki). Idźmy dalej. Zgromadzone na s. 388 przykłady paniki moralnej, mające ilustrować to pojęcie, są niejasne w polskich realiach jako przynależne brytyjskiej popkulturze. Przepisane z innego opracowania i niejasne także dla autorki, skoro członków subkultury rockersów nazywa „rokersami”.

Czykwin postanawia pochylić się też nad kwestią deprecjacji przedmałżeńskiej biografii żony, czego znamieniem jest utrata panieńskiego nazwiska (s. 94). Gdzie indziej wszelako jako rzecz niegdyś oczywista określone jest „pozostawanie przez kobiety przy nazwisku panieńskim” (s. 133). Ależ odwrotnie: oczywistym, a nawet nieuniknionym było przybieranie nazwiska mężowskiego. Studia feministyczne w sposób wieloaspektowy tłumaczyły te uwikłania i przywołanie zdawkowej ich rekapitulacji pióra Czykwin nie jest konieczne, jednak odnotować należy, że autorka utrzymuje, iż w języku angielskim „gramatyka stygmatyzowała kobiety zamężne” (sic!) jako te, o które – z uwagi na Mrs przed nazwiskiem – nie należy zabiegać. Miss nie jest (czy też nie było, bo tu użyty jest czas przeszły) wedle Czykwin stygmatem staropanieństwa. Nie ma mowy o niedyskryminującym honoryfikatorze Ms., który w ogromnej mierze dezaktualizuje problem. Czykwin nie wspomina również, że nie jest on rozwiązany raczej w języku francuskim, gdzie – o ile mi wiadomo – do dzisiaj pokutuje podział „dwuwartościowy” i brak neutralnej, albo choć neutralizującej paternalizm formy. Osobliwe uwagi Czykwin dotyczące myśli feministycznej możemy znaleźć na s. 49-50.

Deklarowana (vide tylna część okładki) „interdyscyplinarność” książki każe sytuować ją na polach socjologii, pedagogiki i psychologii społecznej (zresztą to ostatnie to dla mnie „chłoporobotnik i boa grzechotnik”), w których istotną rolę odgrywają badania własne. Czykwin takich nie wykonała. Zdecydowana większość przykładowych przypadków, jakimi ilustruje swe wywody, wzięta jest z opracowań cytowanych – obcojęzycznych (by nie powiedzieć: amerykańskich) i pochodzących sprzed lat. Zasadniczo Stygmat społeczny zawiera liczne propozycje klasyfikacji wpływów i skutków piętnowania na tożsamość. Jednak systematyzacje dokonane przez Czykwin w myśl różnych teorii psychologicznych (głównie z akcentem na interakcje) kompletnie tracą na znaczeniu. Ich wartość perswazyjną – a nawet poznawczą – przekreśla światopoglądowy wydźwięk książki. W rzekomo zainspirowanych dziełami Pierre’a Bourdieu partiach rozdziału pt. Obrona Ja przed skutkami stygmatyzacji znajdziemy takie spojrzenie na istotę społecznych protestów (w których „celują” rozmaite mniejszości):

W wyniku walk tych, którzy są za, z tymi, którzy są przeciw, to co partykularne powoli drąży zastany ład i porządek rzeczy oraz wyobrażenie tego porządku przez konserwatywnych obywateli. Jest to denerwujące, ponadto dążenie do społecznie wynegocjowanego ładu przeciąga się w czasie, grożąc permanentnym chaosem. Mniejszości, na wzór terrorystów, uniemożliwiają utworzenie społecznego ładu (s. 332).

Tak, dominujące życie społeczne grupy interesów (by było egzotycznie i absurdalnie, Czykwin stawia na misz-masz: poza mniejszościami narodowymi i seksualnymi wymienia przeciwników „stacji benzynowych, pornografii, agencji towarzyskich, spalarni śmieci, dzwonów kościelnych” oraz miłośników sportów ekstremalnych i… parkingów) „zaprzątają głowy spokojnych obywateli niekończącymi się sporami, które utrudniają wszelkie działanie” (s. 331). Aktywiści, strzeżcie się; lepiej zapomnijcie o Strukturalnych przeobrażeniach sfery publicznej Jürgena Habermasa i Antagonistycznych przestrzeniach publicznych i polityce demokratycznej Chantal Mouffe!

Wracając do zacytowanego wyżej retorycznego pytania ze s. 261, wedle autorki przynajmniej akceptacja homoseksualności przez społeczeństwo „jest w rozsądnej perspektywie czasowej nieosiągalne” (s. 210). Dzięki postawie zaprezentowanej w rzetelnym, wyczerpującym i wielostronnym opracowaniu teoretycznych i praktycznych aspektów piętnowania i dyskryminacji, jakim jest Stygmat społeczny, rzeczywiście nieosiągalne. Książka jest skandalicznym popisem niekompetencji sankcjonowanej tytułem naukowym autorki i renomą wydawnictwa. Notabene renomą niegdyś zasłużoną, dziś będącą pretekstem do dyktowania zawyżonych cen przy czynieniu oszczędności na pracy korektorskiej i redakcyjnej (co w omawianym opracowaniu poświadcza treść stopki). To co dla odbiorców niewyrobionych, np. studentów, szkodliwą dezinformacją, dla innych może być po prostu źródłem żartów.

Przybliżając we wstępie do Wynaleźć codzienność 2 myśl Michela de Certeau Luce Giard zauważa, że ujmowanie „rzeczy w formie wielkich projektów”, wypowiadanie się w sposób pompatyczny i tworzenie „ogólnego i uogólniającego dyskursu o społeczeństwie” znamionuje „niewystarczające opracowanie konceptualne”. Autorka notuje dalej: „Mając zazwyczaj odpowiedź na każde pytanie, dyskurs ów nie dopuszcza sprzeciwu, zręcznie omija konfrontację z rzeczywistością i nigdy nie spotyka się z odrzuceniem”. Deskrypcja ta może być przyłożona do Stygmatu społecznego. Kwestionowanie oczywistości wydaje się w naukach społecznych niemal obowiązkowe, tymczasem Czykwin wręcz chętnie posługuje się komunałami i zahacza swoją retoryką o teologię pastoralną. W jej duchu formułuje postulaty tolerancji, demarginalizacji i przeciwdziałania wykluczeniom (por. np. s. 38). Z nieco mniej zaściankowego punktu widzenia nietrudno zauważyć, że takie ujęcie służy jedynie dobremu samopoczuciu autorki, niewątpliwie uważającej się za osobę o otwartym umyśle i wyzbytą uprzedzeń. Otóż cała książka zdaje się być staraniem, by dopasować teorię Goffmana do własnych uprzedzeń. Czykwin nie widzi jednostek mogących być przedmiotem jej wywodów – realnych osób zagrożonych stygmatyzacją (jeśli w ogóle zgodzimy się na przyjęcie tego terminu) – a buduje ich abstrakcyjne grupowe reprezentacje. Wspomniany postulat tolerancji funkcjonuje u niej na zasadzie dobroczynności: jako pochylanie się nad nieświadomymi maluczkimi (wzmiankując „ideologię gejów” autorka nie odwołuje się do żadnej znaczącej pozycji z dorobku studiów genderowych, LGBT czy queer). W nieco bardziej życzliwej interpretacji można powiedzieć, iż Czykwin deklaruje zwiększoną wrażliwość na różnorodność współczesnych strategii życiowych, jednak czyni to w celu umocnienia swej własnej pozycji poprzez poddanie opisywanych cudzych doświadczeń dyskursywizacji. Poddanie nieudolne i umotywowane koniunkturalizmem w wersji o tyle nietrafionej, że – wbrew konwencjom cieszącym się największym uznaniem – pozbawionej cienia osobistej rękojmi i najmniejszej próby okazania współprzynależności. My i oni. Hołd dla mocno już przykurzonego paradygmatu każącego przemawiać z wyżyn odseparowanej od świata akademickiej Katedry w tym temacie nie mógł się sprawdzić.

Paulina Szkudlarek

Elżbieta Czykwin, Stygmat społeczny, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007. Cytaty lokalizuję w tekście, wytłuszczenia pochodzą ode mnie. Luce Giard przywołuję za jej Wprowadzeniem do: Michel de Certeau, Luce Giard i Pierre Mayol, Wynaleźć codzienność 2, przeł. Katarzyna Thiel-Jańczuk, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2011, s. XII.

Data wpisu: 7 lutego, 2012 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Premiera filmu Gender check! połączona z dyskusją Czy pieniądze mają płeć?

Program Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP) zaprasza na premierę filmu „Gender check!” połączoną z dyskusją pt.
„Czy pieniądze mają płeć? Budżet wrażliwy na płeć i ekonomia społeczna.”

373247 217707571647939 1782452539 n Premiera filmu Gender check! połączona z dyskusją Czy pieniądze mają płeć?

gender check

Program Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP) razem z partnerem – Stowarzyszeniem Homo Faber w lipcu 2011 zrealizował w Lublinie ogólnopolskie, dwutygodniowe warsztaty na temat rynku pracy polityki społecznej i równości płci (Gender check!). Na kanwie tego wydarzenia powstał film dokumentalny autorstwa Tomasza Ciężkiego (Heavy Man Films) dotyczący tematyki równości płci na rynku pracy i problematyki równości szans.

W dyskusji udział wezmą:
Sylwia Chutnik – prezeska Fundacji MaMa;
Dr Zofia Łapniewska – ekonomistka, wykładowczyni Gender Studies na Uniwersytecie Warszawskim i Uniwersytecie Jagiellońskim;
Anna Mateja – publicystka, współautorka raportu “Wszystko o Ewie”;
Michał Pawlęga – ekspert ds. równości szans ze względu na płeć;
Bogna Stawicka – Pełnomocniczka Prezydenta Miasta Łodzi ds. Równego Traktowania;

Moderacja: Anna Szadkowska – Ciężka (UNDP)

Serdecznie zapraszamy!

3 luty 18.00 Kino Luna


Data wpisu: 17 stycznia, 2012 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Xue Xinran, „Dobre kobiety z Chin”, Fabienne Verdier, „Pasażerka ciszy”

Chiny, kraj wciąż w ogromnej mierze nieznany, tajemniczy i w pewnym sensie również złowrogi, oglądany pod różnymi kątami, to wdzięczny temat dla literatury zaangażowanej, i niewątpliwie ukazuje się sporo godnych uwagi książek, szczególnie socjologizujących reportaży na jego temat. Ostatnio miałam okazję przeczytać dwa, opublikowane nakładem wydawnictwa W.A.B. w serii Terra Incognita: Xue Xinran, Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia, oraz Fabienne Verdier, Pasażerka ciszy. Dziesięć lat w Chinach.

Xue Xinran była na początku lat dziewięćdziesiątych dziennikarką radiową, która w swoim nadawanym późna porą programie, „Słowa na wieczornym wietrze”, poruszała kwestie kobiece, i była w tym pionierką. Po paru latach, w 1997 roku, wyjechała do Anglii, gdzie pracowała w jednym z ośrodków studiów azjatyckich. Zdecydowała się opublikować swoje radiowe opowieści w formie książkowej. Autorka nie kryje swego warsztatu. Wspomina, w jaki sposób pozyskiwała tematy, dokąd jeździła, kto do niej pisał, kto dzwonił, co się działo za kulisami, wśród koleżanek i kolegów z redakcji, etc. Opowiada o swoich reakcjach na poznawane historie, jak również o swojej szokującej – w świetle jej własnych przeżyć z przeszłości – naiwności.

Porusza wszelkie „dyżurne” tematy feministyczne, charakterystyczne dla wczesnego etapu świadomości konieczności emancypacji. Uwzględnijmy także chińską specyfikę. Czytamy zatem historię dzieci „reedukowanych”, prześladowanych za domniemane winy rodziców w epoce rewolucji kulturalnej. Czytamy o nieszczęśliwych zamążpójściach. O parach rozdzielanych przez władze na długie dziesięciolecia. O profesorach zsyłanych do najbardziej zapadłych prowincjonalnych wiosek. Wyjaśnijmy – prowincjonalna wioska równa się kompletnemu upokorzeniu i deklasacji.

Potem czytamy o zmienionych już Chinach: o tygrysicy biznesu, z sercem złamanym przez wiarołomnego partnera (dodajmy, że w swoim czasie cudzołóstwo, czyli związki niezawarte jako śluby za zezwoleniem organizacji partyjnej, było przestępstwem). O wartości dziewictwa. O powinnościach rodziców wobec dzieci i vice versa. O próbie zalegalizowania chińskiego stowarzyszenia homoseksualistów.

Zebrane relacje, wspomnienia, zwierzenia, układają się w obraz upiorny. Prześladowania, niszczenie dorobku myśli i zasobów materialnych, rozbijanie rodzin – ze strony rewolucjonistów. Jednocześnie kultywowanie mizoginicznych tradycji, wiara w przesądy i samopotwierdzające stereotypy…

Dziennikarka, świadoma wieloletnich praktyk spychania intelektualistów na sam dół drabiny społecznej, dziwi się, gdy kobietami znakomicie wykształconymi okazują się na przykład zbieraczka śmieci, która żyje na ulicy (rozdział „Śmieciarka”) i stara wieśniaczka, w ramach reedukacji wygnana z akademii muzycznej i zmuszona do małżeństwa z przypadkowym chłopem, życia z pracy fizycznej, w osadzie pod partyjną kontrolą. Kiedy się nad tym zastanowić, wydaje się, że Xinran wypierała możliwość, iż podobnego degradującego, odbierającego materialne podstawy bytu i prestiż mogłoby się przydarzyć także i jej. Czuć, że powierniczki Xinran nigdy wcześniej nie miały z kim porozmawiać – tak, powiernictwo bywa wzajemne. Dziennikarka i wysłuchuje, i obnaża się sama (w rozdziale „Dzieciństwo, którego nigdy nie zapomnę”).

Niektóre z życiorysów oceniamy jako dobrowolne lub pełne rezygnacji poddanie się tokowi wydarzeń, które były do uniknięcia, na przykład przy ciut większej autorefleksyjności czy dzięki aktom obyczajowego nonkonformizmu. Inne epatują grozą sytuacji wszelkiego rodzaju zastraszenia, zniewolenia, przymusu, szantażu, przemocy, czy nieopisywalnej nędzy. Autorka przez długi czas nie zawadzała władzom. Pracowita, chętnie przyjmowana we wszystkich miejscach, w których zbierała materiały do programów, awansująca w radiowej hierarchii. Zdarzało się jednak, że odmawiano jej zgody na emisję audycji na określony temat, na przykład o wpędzeniu w chorobę psychiczną córki generała Kuomingu („Córka kuomintangowskiego generała”). Trafiały się też problemy z cenzurą „na żywo”, na przykład gdy do programu zadzwoniła kobieta domagająca się depenalizacji homoseksualizmu i szacunku dla homoseksualistów, a co więcej, wymuszająca na prowadzącej sformułowania opinii w tych kwestiach (rozdział „Kobieta, która kochała kobiety”). W przypadku owej rozmowy telefonicznej nie zadziałała aparatura opóźniająca emisję. Xinran nie mogła na antenie zbyć rozmówczyni, dowodząc wobec rzesz słuchaczy funkcjonowania cenzury, nie chciała też podpaść przełożonym. W kontrolce oddechy wstrzymywała cała ekipa radia, łącznie z dyrektorem.

Autorka porusza jeszcze jeden obowiązkowy, klasyczny feministyczny temat: kobiety i religia („W co wierzą Chinki”). W przypadku Chinek, z którymi rozmawiała, raziła bezrefleksyjność i interesowność wynikająca nie z potrzeb duchowych, a z koniunkturalizmu. Na przykład respondentki mówiły, że warto zostać chrześcijaninem, bo chrześcijan jest na świecie tak wielu, „że coś w tym musi być”, albo że modlą się ludzie starzy i biedni, czyli ci, którzy mają o co prosić: „Jeśli się wzbogacę, nie będę niczego wyznawać. A jeśli dalej będę taka biedna, to zacznę” (odpowiednio s. 115 i 116).

Dobre kobiety… czytałam z przerażeniem walczącym o lepsze z ulgą. To mnie nie dotyczy, to nie nasz świat. Lektura była tym ciekawsza, że niewiele wcześniej miałam okazję przeczytać Pasażerkę ciszy, wspomnienia Fabienne Verdier, młodej absolwentki francuskiej uczelni artystycznej, która uznała, że fascynuje ją malarstwo chińskie i po przeczytaniu jednego klasycznego chińskiego traktatu filozoficznego wystarała się o stypendium w Syczuanie. Była tam przez dziesięć lat. Wpierw w miejscu, w którym ją umieszczono, czyli w akademii sztuk pięknych, w której deprecjonowano dawne osiągnięcia artystyczne i zniechęcano do kontynuacji tych dróg, potem uczyła się od zapomnianych emerytowanych profesorów. Stopniowo nauczyła się języka, towarzyska i otwarta, pozyskiwała znajomości i przyjaźnie, jednak – z odbiorczego punktu widzenia – bardzo komplikowała życie osobom odpowiedzialnym za jej pobyt, wszędzie się wyróżniała (siłą rzeczy, jako Francuzka) i przyciągała uwagę. Nieprawdopodobnie razi jej ignorancja (kompetencje ogólnokulturowe) i pretensjonalność: snobistyczne powoływanie się na przypadkowo dobierane i wyrwane z kontekstu lektury, powierzchowność sądów, wybujałe aspiracje kamuflowane pokorą wobec „starożytnej wiedzy i sztuki”, słowem, dziecinada.

Jednak opisy Verdier oddają fascynujące i przerażające realia Chin sprzed ćwierćwiecza zarówno jeśli chodzi o materialne podstawy bytu, jak i organizację społeczną.

Xinran wspominała, że impuls do publikacji Dobrych kobiet… dało jej czyjeś stwierdzenie o tym, jakoby w Chinach panowało równouprawnienie kobiet i mężczyzn. Pierwsza myśl: któż mógł dokonać takiej „oceny” na podstawie faktu noszenia przez wszystkich obowiązkowych, niwelujących gender „mundurków”? Druga myśl: łatwo obśmiać ignorancję, trudniej ją rozproszyć. Zarówno Xinran, jak i Verdier opowiadają o świecie definiowanym przez rozbudowane struktury hierarchizujące ludzi, oczywiście ukazując bezmiar krzywd. Co łączy te dwie relacje, to uświadamianie – mimochodem – skali triumfu propagandy. Obie autorki u startu nie zdawały sobie sprawy z tego, jaka jest realna sytuacja w Chinach, niemal na wiarę biorąc oficjalne przekazy. Zdobywanie lepszej orientacji współzachodziło ze staraniami o poszerzenie przestrzeni własnej swobody, wpierw dość „na oślep”, potem z coraz większą empatią wobec osób, które mogły ponosić represje owych cudzych starań.

Verdier opisuje ponadto swoje – lekkomyślne podejmowane – podróże na prowincję, na tereny zamieszkiwane przez mniejszości etniczne, nawet nie tyle zmarginalizowane co spisane na straty czy metodycznie wyniszczane. Zauważmy, iż w czasie chińskiej dekady „pasażerki ciszy” światowa opinia publiczna była już poruszona wiedzą o prześladowaniach Tybetańczyków. Dzięki działalności XIV Dalaj Lamy była to tematyka poruszana na forach poświęconych obronom praw człowieka, tylko bądź samej Verdier nieznana, bądź celowo przez nią pomijana. Malarka do dzisiaj zachowuje dobre kontakty z Chinami (ergo chińskimi władzami), i może z rozmysłem unikać w swych publikacjach tematów klasyfikowanych przez Chiny jako kontrowersyjne.

Xinran z kolei interesująco balansuje pomiędzy rejestrowaniem historii jednostkowych a ogólnospołeczną a nawet polityczną skalą systemowych represji. Z pozoru jest idealistką, ale jej umocowanie zawodowe daje jej pewną moc sprawczą. Zresztą gdy Verdier podróżuje po terenach, w których zachowały się specyficzne zwyczaje, widzi jedynie folklor i popełnia gafę za gafą, co pociąga za sobą dość poważne konsekwencje… dla osób jej towarzyszących. Kiedy zaś Xinran jedzie do biednej osady na Wzgórzu Wołania, robi to w ramach pewnego rodzaju konwoju pomocowego. Chodziło tam wprawdzie o – pardon, taka idea przyświecała misji – cywilizowanie zakątków zapomnianych przez rewolucję, jednak Xinran jest pokorną obserwatorką, niezostawiającą za sobą zgliszcz.

Polaryzacja, to jest pochwała postawy Xinran i deprecjacja Verdier, byłaby niesprawiedliwa, tu potrzeba balansu. Jednak od strony podejścia życiowego Pasażerka ciszy budzi więcej moralnych oporów. Dodajmy, że autorka pojęła się później pracy w ambasadzie, z jednej strony legitymizując chiński porządek świata, z drugiej podkopując go swoimi niekonwencjonalnymi działaniami, sprawiając kłopoty osobom trzecim. Po upływie zatrudnienia w służbach dyplomatycznych powróciła do Francji i poświęciła się malarstwu.

Wnioski z obu lektur nie mogą być odkrywcze: Chiny to kraj kontrastów. Rozwarstwienie i nierówności społeczne były bolączkami i przed Mao Zedongiem, i za rewolucji kulturalnej w późnych latach 1960., i po jej najcięższej fali, i po otwarciu się na kapitalizm, przy czym dojmująco brakuje krytyki niesprawiedliwości, i przeciwdziałania jej. Pierwszym krokiem ku temu może być rozpoznanie tematyki, na przykład próba diagnoz opartych na herstoriach (choć przyznam, że bardzo nie lubię tego terminu). Xinran wyszła z nimi ku odbiorcy zachodniemu, po tym, jak wzbogaciła swą perspektywą poznawczą udziałem w życiu społeczeństwa demokratycznego i przynajmniej w pewnej mierze starającego się respektować jednostkowe prawa i wolności. Daleka od mitologizacji i pseudomistycznych uniesień, wypowiada się w sprawach zasadniczych, porusza świadomość czytelników. Nie kieruje się marzeniem o samorozwoju, ale jak najlepiej rozumianym interesem zbiorowym.

Przywołajmy słynne słowa bell hooks dotyczące akademickich narracji werbalizujących przeżycia podmiotów podporządkowanych obcej sobie władzy ekonomicznej, przekształcającej się we władzę retoryczną i ideową: „No need to hear your voice when I can talk about you better than you can speak about yourself”*. Xinran nie ukazuje „dobrych kobiet z Chin” z pozycji swej wyższości. Jest jedną z nich, jej własna historia jest również wstrząsająca. Dostała szansę, by stać się rzeczniczką „głosów z ukrycia” (tak – przypomnijmy – brzmi podtytuł książki), i szansę wykorzystała.

Paulina Szkudlarek

Xue Xinran, Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia, przeł. z angielskiego Katarzyna Kulpa, W.A.B., Warszawa 2008.
Fabienne Verdier, Pasażerka ciszy. Dziesięć lat w Chinach, przeł. Krystyna Arustowicz, W.A.B., Warszawa 2007.

*Cytowany artykuł bell hooks ukazał się pod tytułem Margines jako miejsce radykalnego otwarcia w przekładzie Ewy Domańskiej, w „Literaturze na Świecie” nr 01-02/2008.

Data wpisu: 26 listopada, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Rozdźwięk pomiędzy K i M — Dieter van Tease

Wśród nas jest wiele osób, które są utalentowane, interesujące i mają szanse na karierę (przynajmniej na naszym podwórku). Ostatnio rozmawialiśmy z Marishą, tym razem do rozmowy zaprosiliśmy drag king Dieter van Tease, czyli na codzień Edytę Edie Maciejewską. O różnicy między postacią sceniczną a rzeczywistą osobą, o jej sławie i po co być drag kingiem.
[pullquote] Aranżuję swoje ciało, tak jak mi się podoba, mówi Edyta/Dietter.[/pullquote]

Dawno, dawno temu mała Edyta lubiła bawić się…?
Szmacianymi lalkami. Miałam trzy takie duże, które tylko twarze miały plastikowe. Była też krakowianka wypełniona trocinami. Strasznie się z niej sypało. Nawet kiedy już dostałam lalkę Barbie – taką oryginalną Mattel, to i tak wolałam szmacianki. Fakt– Barbie nie była taka, jak bym chciała. Była brunetką w kowbojskim stroju, a ja marzyłam o blondynce w różowej sukience. To chyba bardziej pasuje do wspomnień Drag Queen <uśmiech>.blank Rozdźwięk pomiędzy K i M   Dieter van Tease

267701 10150312355363488 767508487 9450822 2587626 n 300x225 Rozdźwięk pomiędzy K i M   Dieter van Tease

Edyta Edie Maciejewska

Sukienki czy spodnie?
Sukienki! Rzadko chodzę w spodniach i nie mam zbyt wielu par. Uważam, że w sukienkach czy spódnicach inaczej się poruszam i zwyczajnie lepiej się prezentuję. Poza tym lubię ten kontrast pomiędzy Edytą a Dieterem. Edyta raczej nie jest butch. blank Rozdźwięk pomiędzy K i M   Dieter van Tease


Pierwsza przygoda z dragiem była na Queer Studies?

Nie do końca… Warsztaty Drag w ramach QS, które prowadziła Ania Świrek, zbiegły się w czasie z warsztatami w ramach projektu Razem Bezpieczniej, którego jestem częścią. Dopiero później, przeczytałam wiadomość na grupie QS, że Ania potrzebuje wsparcia na scenie podczas występu na imprezie organizowanej przez portal Kobiety Kobietom. Spotkałyśmy się kilka razy i wystąpiłyśmy z trzema innymi Drag Kingami, z czego dla dwóch, był to także debiut.

Jara Cię przebieranie się za faceta?
Jarają mnie występy. Jara mnie przebieranie się. Bycie facetem na scenie, daje mi satysfakcję. Czuję, że gram na nosie systemowi – pieczołowicie pielęgnowanej przez moich rodziców, otoczenie, media konstrukcji kobiecości. Jestem kobietą, nakładam męski strój i zarost – jestem prototypem mężczyzny, który w interakcji z publicznością ma poczucie, że tak właśnie czuje się “prawdziwy” mężczyzna. Fascynuje mnie drag – możliwość wielokrotnego nakładania tożsamości, zmian postaci na scenie. To tak jak mieć loft i robić z nim, co tylko się chce. Aranżuję swoje ciało, tak jak mi się podoba. Raz jestem hip hopowcem, raz mafioso, kobietą, mężczyzną, postacią androgyniczną. Jestem Sidneyem Polakiem i postacią a’la Jezus.

Skąd sceniczny pseudonim?
Dita Von Teese – to akurat proste.
Poza tym Dieter brzmi trochę rubasznie, wulgarnie, jak z filmów dla dorosłych.
Van – jak ciężarówka, ale to też część nazwiska, jak u malarzy flamandzkich. Można to też uprościć – holendersko <uśmiech>
Tease – od angielskiego “teasing”, czyli zaczepianie, igranie, flirt z publicznością, ale też “dokuczanie” orędownikom heteronormatywności.

302284 300468333303967 254205427930258 1431719 660496006 n 300x199 Rozdźwięk pomiędzy K i M   Dieter van Tease
Dieter van Tease

Na koncie masz już kilka występów, prawda?
Kilka… W sumie wiele, biorąc pod uwagę tak krótki czas. Występowałam w Warszawie, Wrocławiu, Łodzi, Zielonej Górze i… Bernie w ramach Dragnite. Poznałam wtedy Bridge Markland – dragowe guru.

Starasz się ukrywać swoje “drugie wcielenie”, czy wręcz przeciwnie – chwalisz się nim?
Mam stronę na Facbooku. Ani nie ukrywam, ani się nie chwalę. Do pracy raczej maluję rzęsy, a nie doklejam wąsy<śmiech>. Inna sprawa, że nawet bezpośrednio po występie, ludzie często mnie nie rozpoznają. To też pokazuje, jak wiele znaczą długie włosy jako atrybut kobiecości. Kiedy ukrywam je pod np. czapką albo peruką, amputuję część osoby płci żeńskiej. Im więcej stereotypowo kobiecych cech, tym większy rozdźwięk pomiędzy K i M we mnie. Publiczność to docenia. Po występach, w przeciwieństwie do innych Drag Kingów, raczej nie jestem zaczepiana. Może teraz to się zmieni <uśmiech>.

Zapewne masz w zanadrzu jakąś wesołą historię…
Cały ten mój drag to jest wesoła historia. Mam sporo dystansu do siebie. Nie przeszkadza mi, że pani w second – handzie dziwnie na mnie patrzy, kiedy przymierzam męskie koszule. W innym ciucholandzie, pani od razu wręczyła kartę rabatową, kiedy usłyszała, że dres, który u niej kupiłam, będzie “na scenie”. W kalendarzu zapisała sobie czas i miejsce najbliższego występu. To było miłe i… naprawdę zabawne, kiedy tak oczywistym był kompletny brak wiedzy na temat Drag Kings. Zarzuciłam próbę podania definicji – uznałam, że dowie się, jeśli przyjdzie na występ. blank Rozdźwięk pomiędzy K i M   Dieter van Tease

Na Festiwalu Równe Prawa do Miłości pokazywany będzie film o dragach, w którym również występujesz. Czujesz się już sławna?
Niesamowite, jak wiele się dzieje wokół mnie, od kiedy zaczęłam występować. Wiele zawdzięczam sławnym koleżankom, które dragiem zajmują się już od dawna. DK Tivv i DK Morfi to profesjonaliści blank Rozdźwięk pomiędzy K i M   Dieter van Tease Nie czuję się sławna, może trochę bardziej rozpoznawalna w społeczności LGBTQ .blank Rozdźwięk pomiędzy K i M   Dieter van Tease

Plany na przyszłość?
Jako Edyta mam ich wiele, nie będę zdradzać, żeby nie zapeszać. Jako Dieter – będę dążyć do oswojenia ludzi z dragiem, ośmielić do eksperymentowania, otworzyć na inność.

Jaki jest Dieter?
Wulgarny, obleśny, szowinista. Jest też luzakiem, ale ma porządek w szafie. Zwierzę sceniczne z parciem na szkło. Potrafi jednak być czarujący. Czaruje pewnością siebie i bezpośredniością.

Jaka jest Edyta?
Spóźnialska, egoistyczna, złośliwa.
Towarzyska, racjonalna, asertywna.

Dzięki za wywiad! 


Data wpisu: 4 listopada, 2011 autor wpisu: Monika admin Czaplicka  |  Komentowanie nie jest możliwe

Danuta Gwizdalanka, „Muzyka i płeć”

Zagadnienia muzyczne niezwykle rzadko podejmowane są w obrębie badań nad płcią kulturową i społeczną – o ile nie jest to muzyka zwana popularną czy rozrywkową. Na gruncie polskim nie jest obecny nawet rewindykacyjny namysł nad historią udziału kobiet w życiu muzycznym, w wielowiekowym rozwoju tej gałęzi sztuki. Tym mocniej w „genderowej biblioteczce” wyróżnia się wydana w 2001 roku przez Polskie Wydawnictwo Muzyczne praca Danuty Gwizdalanki, Muzyka i płeć. Autorka ma na swoim koncie podręczniki dla dzieci, a ponadto książki łączące z muzyką rozmaite tematy, na przykład politykę [1].

Rozpocznę od drobnych uwag krytycznych. Widać, że wprawdzie feministyczne i genderowe lektury Gwizdalanki są raczej ubogie, mimo to jedyne rzeczywiste potknięcia jakie da się zauważyć, dotyczą kwestii spoza specjalizacji muzykologicznej. Nietrafnie na przykład rekapituluje wnioski do jakich w swoim słynnym eseju Dlaczego nie było wielkich artystek? [2] doszła Linda Nochlin. Gwizdalanka podpiera odnośny paragraf odwołaniem do Kazimierza Ślęczki [3], choć pisząca – we wzmiankowanym artykule – o malarstwie Nochlin jest dostępna po polsku. Ślęczka z kolei w tym miejscu korzysta z wywiadu prasowego z Camillą Paglią. Owo spiętrzenie w sposób niemal nieunikniony doprowadziło do przeinaczenia: czytamy, że owych artystek nie było na tej zasadzie, na jakiej w historii litewskiej brak jazzmanów czy eskimoskiej – tenisistów: „nie tę dziedzinę uprawiali”. Tymczasem w moim odczytaniu Nochlin wskazywała na to, że w przeszłości koncepcja geniuszu nie obejmowała kobiet. Podobnie Gwizdalanka zdaje się chybić pisząc, że w akademiach sztuk pięknych barierą uniemożliwiającą kobietom wstęp było aż do dwudziestego wieku studium nagiego modela. Z historii sztuki wiemy, iż bariera upadła już wcześniej, a po drugie obostrzenia nie dotyczyły wstępu jako takiego, a jedynie tych konkretnych zajęć, tego konkretnego tematu. Warto dodać, choć nie jest to już argument w sprawie, a jedynie feministyczna ciekawostka, że kobiety zyskały możliwość uczestnictwa w zajęciach rysowania ciała męskiego z natury dokładnie w okresie, gdy ta odmiana aktu zdecydowanie straciła prestiż, popularność w hierarchii artystycznych przedsięwzięć. Wszelako w tematyce muzycznej autorka porusza się kompetentnie. Książka jest raczej historyczno–socjologiczna, aniżeli muzykologiczna. Rozważania fachowe są niezwykle rzadkie, na przykład kwestia nazywania żeńskimi lub męskimi końcówek kadencji rytmicznej z pewnością nie zakłóci odbioru lektury osobie niezaznajomionej z tą terminologią.

Muzyka i płeć obejmuje problematykę kompozytorstwa i wykonawstwa, w optyce nie tylko feministycznej. Tytuł pracy nie jest bowiem na wyrost. Autorka poświęca na przykład ciekawy rozdział kastratom. Poza tym gromadzi relacje o próbach ukazywania muzyki jako domeny męskiej, jako domeny męskości. Odtwarza historyczne listy tego, co męskie (tematy, gatunki, instrumenty, czynności, na przykład dyrygentura), i tego, co męskie być chciało. Problem emocjonalności, nastrojowości muzyki odwoływał się bowiem do stereotypowej kobiecości, jednak podejmowano wysiłki, głównie na polu retorycznym, by to niepożądane zniewieścienie zakamuflować. Mamy tu więc przede wszystkim podkreślanie matematycznej precyzji niezbędnej w pracy kompozytorskiej. Gwizdalanka przypomina uwagi ogólne: stanowisko, wedle którego kobieta jest niezdolna do opanowania emocji, a więc do sięgania ku nim z namysłem i celowo, czy też uwagi szczegółowe: kobieta nigdy nie opanuje kontrapunktu, odwoływanie się do „heroicznej męskości” kompozytorów (Beethoven, Wagner), oraz negowanie skojarzeń, że z męskością muzyka jest „coś nie tak”. Anegdota na ten temat: bywało, że po ustaniu mody na kastratów, śpiewacy o wyglądzie mogącym wywoływać niechciane przez nich skojarzenia, anonsowali się na afiszach jako ojcowie rodzin [s. 71]. Gwizdalanka opisuje też dzieje muzycznej obecności kobiet w Kościele („mulier taceat in ecclesia”) i wskazuje na rozkwit twórczej działalności w wyizolowanych żeńskich wspólnotach (klasztorach, ale nie tylko).

Autorka i we wstępie, i w paru innych miejscach [vide np. s. 128] deklaratywnie odcina się od feminizmu. Książka pochodzi sprzed dekady, a był to okres mody czy raczej plagi stwierdzeń „nie jestem feministką, ale…” – po czym zazwyczaj przychodziły słowa poparcia dla jakiegoś typowo feministycznego postulatu. Próba takiej retoryki u Gwizdalanki: „Tyleż ciekawe, co odstraszające dla nieuprzedzonego czytelnika są monografie kobiecej martyrologii, gdyż ze względu na obfitość dokumentów zazwyczaj krępuje je ideologiczny gorset” [s. 126]. Do czego „nieuprzedzony” ma być czytelnik? Jeśli nie baczy na przekonującą warstwę merytoryczną, to znaczy, że uprzedzony jest, skoro „odstrasza” go retoryka – to ostatnie przy zgodzie na sformułowanie o „gorsecie”. Jakie jednak „skrępowanie”? Odwrotnie, to uwolnienie od wieloletniego, ba! Wielowiekowego milczenia i jest, istotnie „obfitość” tego o czym należy mówić. Dotyczy to także historii muzyki, i właśnie Gwizdalanka podnosi owe tematy. Wskazuje na artystki z przeszłości, relacjonuje ich upokorzenia, na przykład „udomowienie” Clary Wieck Schumann [s. 120-121], uporczywą niesubordynację instrumentalistów z orkiestr wobec kobiet – dyrygentek [s. 163], oraz dowody na ferowanie sądów bazujących wyłącznie na uprzedzeniach. Interesujący jest opis przypadku dziewiętnastowiecznego krytyka recenzującego zbiór fug organowych wydanych pod nazwiskiem Marianny Stecher. Zarówno gatunek, jak i instrument to domena wykształconych mężczyzn, a nie płochych dyletantek, tedy – niezależnie od tego, czy fugi są dobre – „sam pomysł jest skierowany przeciwko niewieściej naturze”. Problem w tym, że tak naprawdę utwory skomponował mężczyzna, mnich (o imieniu Marian) i wszystko sprowadzało się do błędu w druku [s. 112-113].

Gwizdalanka jest także wrażliwa na problemy nadużyć seksualnych [s. 85], zauważa zjawisko dragu i pisze o nim wprawdzie niewiele, ale rzeczowo [s. 87]. Nie pomija orkiestr gejowskich, chociaż sytuuje sprawę w emancypacyjnej polityce widoczności, nie mówi zaś o artystach, którzy w przeszłości w swojej działalności znajdywali azyl przed społeczną opresją (w tym temacie warto przeczytać prace Bartosza Dąbrowskiego o Karolu Szymanowskim [4]).

Nietypowe jest też to, że autorka nie izoluje muzyki „poważnej”, czyli wysokoartystycznej, od popularnej, na przykład mówi o karierach gwiazd rocka jako chronologicznej kontynuacji pewnych zjawisk, i androgynię (właściwie rzecz ujmując: ambiwalencję genderową), czy – jak się wyraża – „przebieranki” wzmiankuje zaraz po opisaniu operowych konwencji wyzyskiwania płciowej dezorientacji (Wesele Figara).

Co zaskakujące i irytujące, książka się nie kończy – książka się urywa wraz z ostatnim zdaniem rozdziału o homoseksualności w świecie muzyki. Autorka nie proponuje żadnego podsumowania, nie wykonuje nawet gestu retorycznego „pożegnania się” z czytelnikami. Jako mankament publikacji jestem również skłonna wskazać umieszczone w niej… ilustracje Marcina Bruchnalskiego. Infantylna konwencja, odwoływanie się do rozmaitych sformułowań Gwizdalanki – nie „zaczepne”, nie humorystyczne ani nie satyryczne, każą kwestionować rangę pracy. Z pewnością mamy do czynienia z rzetelną pozycją akademicką, książką, w której skrupulatnie odnotowane są wszelkie zapożyczenia i cytaty, tymczasem warstwa wizualna zdaje się banalizować przesłanie, jakie – nawet bez partii podsumowującej – niesie Muzyka i płeć, naświetlając historię (polaryzacji) płci w muzyce, tudzież problem (świadomości) płci w muzykologii.

Gdy jakiś czas temu zastanawiałam się, jak powinien brzmieć żeńska forma słowa muzyk, pomysł, by kobietę poświęcającą się działalności muzycznej określić mianem muzyczki, wydawał mi się nietrafny, niestosowny. Autorka bez skrupułów posługuje się taką właśnie nazwą, dowodząc swoistej odwagi – forsowanie adekwatnych rodzajowo odpowiedników uchodzi za hobby zapalczywych feministek. Gwizdalanka siebie do nich nie zalicza, ale…

Paulina Szkudlarek

Danuta Gwizdalanka, Muzyka i płeć, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 2001. Wszystkie cytaty i odniesienia, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

[1] Danuta Gwizdalanka, Muzyka i polityka, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 1999.

[2] Linda Nochlin, Dlaczego nie było wielkich artystek?, przeł. Barbara Limanowska, „OŚKa” nr 3(8)/1999, dostępne na stronach pisma „Unigender”.

[3] Kazimierz Ślęczka, Feminizm. Ideologie i koncepcje społeczne współczesnego feminizmu, Książnica, Katowice 1999.

[4] Bartosz Dąbrowski, Mit dionizyjski Karola Szymanowskiego, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2001, oraz tegoż Szymanowski. Muzyka jako autobiografia, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2009.

Data wpisu: 28 maja, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Danuta Gwizdalanka, „Muzyka i płeć”

Zagadnienia muzyczne niezwykle rzadko podejmowane są w obrębie badań nad płcią kulturową i społeczną – o ile nie jest to muzyka zwana popularną czy rozrywkową. Na gruncie polskim nie jest obecny nawet rewindykacyjny namysł nad historią udziału kobiet w życiu muzycznym, w wielowiekowym rozwoju tej gałęzi sztuki. Tym mocniej w „genderowej biblioteczce” wyróżnia się wydana w 2001 roku przez Polskie Wydawnictwo Muzyczne praca Danuty Gwizdalanki, Muzyka i płeć. Autorka ma na swoim koncie podręczniki dla dzieci, a ponadto książki łączące z muzyką rozmaite tematy, na przykład politykę [1].

Rozpocznę od drobnych uwag krytycznych. Widać, że wprawdzie feministyczne i genderowe lektury Gwizdalanki są raczej ubogie, mimo to jedyne rzeczywiste potknięcia jakie da się zauważyć, dotyczą kwestii spoza specjalizacji muzykologicznej. Nietrafnie na przykład rekapituluje wnioski do jakich w swoim słynnym eseju Dlaczego nie było wielkich artystek? [2] doszła Linda Nochlin. Gwizdalanka podpiera odnośny paragraf odwołaniem do Kazimierza Ślęczki [3], choć pisząca – we wzmiankowanym artykule – o malarstwie Nochlin jest dostępna po polsku. Ślęczka z kolei w tym miejscu korzysta z wywiadu prasowego z Camillą Paglią. Owo spiętrzenie w sposób niemal nieunikniony doprowadziło do przeinaczenia: czytamy, że owych artystek nie było na tej zasadzie, na jakiej w historii litewskiej brak jazzmanów czy eskimoskiej – tenisistów: „nie tę dziedzinę uprawiali”. Tymczasem w moim odczytaniu Nochlin wskazywała na to, że w przeszłości koncepcja geniuszu nie obejmowała kobiet. Podobnie Gwizdalanka zdaje się chybić pisząc, że w akademiach sztuk pięknych barierą uniemożliwiającą kobietom wstęp było aż do dwudziestego wieku studium nagiego modela. Z historii sztuki wiemy, iż bariera upadła już wcześniej, a po drugie obostrzenia nie dotyczyły wstępu jako takiego, a jedynie tych konkretnych zajęć, tego konkretnego tematu. Warto dodać, choć nie jest to już argument w sprawie, a jedynie feministyczna ciekawostka, że kobiety zyskały możliwość uczestnictwa w zajęciach rysowania ciała męskiego z natury dokładnie w okresie, gdy ta odmiana aktu zdecydowanie straciła prestiż, popularność w hierarchii artystycznych przedsięwzięć. Wszelako w tematyce muzycznej autorka porusza się kompetentnie. Książka jest raczej historyczno–socjologiczna, aniżeli muzykologiczna. Rozważania fachowe są niezwykle rzadkie, na przykład kwestia nazywania żeńskimi lub męskimi końcówek kadencji rytmicznej z pewnością nie zakłóci odbioru lektury osobie niezaznajomionej z tą terminologią.

Muzyka i płeć obejmuje problematykę kompozytorstwa i wykonawstwa, w optyce nie tylko feministycznej. Tytuł pracy nie jest bowiem na wyrost. Autorka poświęca na przykład ciekawy rozdział kastratom. Poza tym gromadzi relacje o próbach ukazywania muzyki jako domeny męskiej, jako domeny męskości. Odtwarza historyczne listy tego, co męskie (tematy, gatunki, instrumenty, czynności, na przykład dyrygentura), i tego, co męskie być chciało. Problem emocjonalności, nastrojowości muzyki odwoływał się bowiem do stereotypowej kobiecości, jednak podejmowano wysiłki, głównie na polu retorycznym, by to niepożądane zniewieścienie zakamuflować. Mamy tu więc przede wszystkim podkreślanie matematycznej precyzji niezbędnej w pracy kompozytorskiej. Gwizdalanka przypomina uwagi ogólne: stanowisko, wedle którego kobieta jest niezdolna do opanowania emocji, a więc do sięgania ku nim z namysłem i celowo, czy też uwagi szczegółowe: kobieta nigdy nie opanuje kontrapunktu, odwoływanie się do „heroicznej męskości” kompozytorów (Beethoven, Wagner), oraz negowanie skojarzeń, że z męskością muzyka jest „coś nie tak”. Anegdota na ten temat: bywało, że po ustaniu mody na kastratów, śpiewacy o wyglądzie mogącym wywoływać niechciane przez nich skojarzenia, anonsowali się na afiszach jako ojcowie rodzin [s. 71]. Gwizdalanka opisuje też dzieje muzycznej obecności kobiet w Kościele („mulier taceat in ecclesia”) i wskazuje na rozkwit twórczej działalności w wyizolowanych żeńskich wspólnotach (klasztorach, ale nie tylko).

Autorka i we wstępie, i w paru innych miejscach [vide np. s. 128] deklaratywnie odcina się od feminizmu. Książka pochodzi sprzed dekady, a był to okres mody czy raczej plagi stwierdzeń „nie jestem feministką, ale…” – po czym zazwyczaj przychodziły słowa poparcia dla jakiegoś typowo feministycznego postulatu. Próba takiej retoryki u Gwizdalanki: „Tyleż ciekawe, co odstraszające dla nieuprzedzonego czytelnika są monografie kobiecej martyrologii, gdyż ze względu na obfitość dokumentów zazwyczaj krępuje je ideologiczny gorset” [s. 126]. Do czego „nieuprzedzony” ma być czytelnik? Jeśli nie baczy na przekonującą warstwę merytoryczną, to znaczy, że uprzedzony jest, skoro „odstrasza” go retoryka – to ostatnie przy zgodzie na sformułowanie o „gorsecie”. Jakie jednak „skrępowanie”? Odwrotnie, to uwolnienie od wieloletniego, ba! Wielowiekowego milczenia i jest, istotnie „obfitość” tego o czym należy mówić. Dotyczy to także historii muzyki, i właśnie Gwizdalanka podnosi owe tematy. Wskazuje na artystki z przeszłości, relacjonuje ich upokorzenia, na przykład „udomowienie” Clary Wieck Schumann [s. 120-121], uporczywą niesubordynację instrumentalistów z orkiestr wobec kobiet – dyrygentek [s. 163], oraz dowody na ferowanie sądów bazujących wyłącznie na uprzedzeniach. Interesujący jest opis przypadku dziewiętnastowiecznego krytyka recenzującego zbiór fug organowych wydanych pod nazwiskiem Marianny Stecher. Zarówno gatunek, jak i instrument to domena wykształconych mężczyzn, a nie płochych dyletantek, tedy – niezależnie od tego, czy fugi są dobre – „sam pomysł jest skierowany przeciwko niewieściej naturze”. Problem w tym, że tak naprawdę utwory skomponował mężczyzna, mnich (o imieniu Marian) i wszystko sprowadzało się do błędu w druku [s. 112-113].

Gwizdalanka jest także wrażliwa na problemy nadużyć seksualnych [s. 85], zauważa zjawisko dragu i pisze o nim wprawdzie niewiele, ale rzeczowo [s. 87]. Nie pomija orkiestr gejowskich, chociaż sytuuje sprawę w emancypacyjnej polityce widoczności, nie mówi zaś o artystach, którzy w przeszłości w swojej działalności znajdywali azyl przed społeczną opresją (w tym temacie warto przeczytać prace Bartosza Dąbrowskiego o Karolu Szymanowskim [4]).

Nietypowe jest też to, że autorka nie izoluje muzyki „poważnej”, czyli wysokoartystycznej, od popularnej, na przykład mówi o karierach gwiazd rocka jako chronologicznej kontynuacji pewnych zjawisk, i androgynię (właściwie rzecz ujmując: ambiwalencję genderową), czy – jak się wyraża – „przebieranki” wzmiankuje zaraz po opisaniu operowych konwencji wyzyskiwania płciowej dezorientacji (Wesele Figara).

Co zaskakujące i irytujące, książka się nie kończy – książka się urywa wraz z ostatnim zdaniem rozdziału o homoseksualności w świecie muzyki. Autorka nie proponuje żadnego podsumowania, nie wykonuje nawet gestu retorycznego „pożegnania się” z czytelnikami. Jako mankament publikacji jestem również skłonna wskazać umieszczone w niej… ilustracje Marcina Bruchnalskiego. Infantylna konwencja, odwoływanie się do rozmaitych sformułowań Gwizdalanki – nie „zaczepne”, nie humorystyczne ani nie satyryczne, każą kwestionować rangę pracy. Z pewnością mamy do czynienia z rzetelną pozycją akademicką, książką, w której skrupulatnie odnotowane są wszelkie zapożyczenia i cytaty, tymczasem warstwa wizualna zdaje się banalizować przesłanie, jakie – nawet bez partii podsumowującej – niesie Muzyka i płeć, naświetlając historię (polaryzacji) płci w muzyce, tudzież problem (świadomości) płci w muzykologii.

Gdy jakiś czas temu zastanawiałam się, jak powinien brzmieć żeńska forma słowa muzyk, pomysł, by kobietę poświęcającą się działalności muzycznej określić mianem muzyczki, wydawał mi się nietrafny, niestosowny. Autorka bez skrupułów posługuje się taką właśnie nazwą, dowodząc swoistej odwagi – forsowanie adekwatnych rodzajowo odpowiedników uchodzi za hobby zapalczywych feministek. Gwizdalanka siebie do nich nie zalicza, ale…

Paulina Szkudlarek

Danuta Gwizdalanka, Muzyka i płeć, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 2001. Wszystkie cytaty i odniesienia, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

[1] Danuta Gwizdalanka, Muzyka i polityka, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 1999.

[2] Linda Nochlin, Dlaczego nie było wielkich artystek?, przeł. Barbara Limanowska, „OŚKa” nr 3(8)/1999, dostępne na stronach pisma „Unigender”.

[3] Kazimierz Ślęczka, Feminizm. Ideologie i koncepcje społeczne współczesnego feminizmu, Książnica, Katowice 1999.

[4] Bartosz Dąbrowski, Mit dionizyjski Karola Szymanowskiego, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2001, oraz tegoż Szymanowski. Muzyka jako autobiografia, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2009.

Data wpisu: 28 maja, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

W karczmie Pod Złamaną Maczugą. Iwona Chmura-Rutkowska, Joanna Ostrouch, "Mężczyźni na przełęczy życia"

Od lat wskazuje się, że podstawowym przedmiotem dociekań w obrębie studiów nad płcią kulturową i społeczną jest problematyka kobieca, na dodatek zwykle – szczególnie w polskich realiach – podejmowana przez kobiety. Bodaj żaden z uznanych autorów prac z zakresu men’s studies nie jest tłumaczony na język polski, i zdaje się, że do dziś głównym tematycznym przedsięwzięciem w obrębie polskiej akademii pozostają konferencje Męskość jako kategoria kulturowa (Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin, 20–21 kwietnia 2006 r. oraz 15-16 października 2008 r.). Uczestniczkami pierwszej były Iwona Chmura-Rutkowska i Joanna Ostrouch [1], a ich wystąpienie dotyczące męskiej przyjaźni, opublikowane później w tomie Męskość w kulturze współczesnej [2], było również moim pierwszym kontaktem z badaniami autorek.

Studium Mężczyźni na przełęczy życia to pełna prezentacja imponujących efektów ich pracy. Punktem wyjścia refleksji, a niewykluczone, że wręcz katalizatorem zainteresowania tematyką, jest deklaratywna ważność rodziny w Polsce [s. 9]. Temu wartościowaniu towarzyszy jednak kryzys demograficzny, z innej zaś strony: brak naukowego zainteresowania postawami ojcowskimi. Prezentowana pozycja zapełnia istniejącą lukę. To socjopedagogiczne opracowanie wykonane na podstawie badań metodami jakościowymi (wywiady pogłębione oraz grupy fokusowe), analizujące postawy mężczyzn w wieku 35–40 lat, zamieszkujących Poznań (lub okolice tego miasta). Respondentami są przedstawiciele różnych profesji, legitymujący się średnim bądź wyższym wykształceniem. Ich wiek określany jest mianem „średniej dorosłości”, przekroczeniem połowy oczekiwanego trwania życia, stąd istotnym punktem odniesienia dla autorek jest zjawisko kryzysu połowy życia [s. 11]. Same oczywiście używają ładniejszej metafory, mówiąc o przełęczy: momencie przełomowym, czasie trudnej przeprawy egzystencjalnej.

Obszar zainteresowań jest bardzo szeroki, niemal trudno pomyśleć o nieobjętej badaniami dziedzinie życia. Dzieciństwo, praca, związek, rodzicielstwo (bycie ojcem oraz bycie synem), hobby, przyjaźnie, sukcesy oraz porażki – to zarazem tematy zachęcające do prób dokonywania bilansu dotychczasowego życia. Rzadką gratką jest okazja do wglądu w narracje prezentujące mężczyzn jako autorefleksyjnych. Tu rzecz jasna męski „zwrot ku sobie” został niejako wymuszony charakterem projektu: nie miałby on racji bytu (a w każdym razie nie mógłby prowadzić do interesujących wyników) bez zadawania określonych pytań i drążenia kwestii osobistych, zazwyczaj przemilczanych.

Poszczególne rozdziały mają tytuły sentencjonalne, pochodzące od konkretnych udzielonych autorkom odpowiedzi. „Ten czas ucieka wręcz. Dzień nie jest z gumy, niestety”, „Człowiek jakoś skapcaniał”, „To nie jest takie proste w jeden dzień wszystko rzucić” – oto przykładowe nagłówki, reprezentatywne dla treści przedstawianych w konkretnych partiach. Takimi słowami respondenci Iwony Chmury-Rutkowskiej i Joanny Ostrouch odnosili się do upływu czasu, utraty młodości i świadomości, że są w wieku stanowiącym ostatni moment, by rozpocząć nowe, inne (lepsze?) życie. Wypowiedzi te mogą wręcz razić banalnością, prostym przekazem potocznych „prawd”, jednak pamiętajmy o ważnej okoliczności. Badani panowie wchodzili w dorosłość w czasie przełomu roku 1989, co znaczy, iż byli zsocjalizowani do tworzenia rodzin wg innych, PRL-owskich modeli, które nagle się zdezaktualizowały. Nieprzygotowanie do funkcjonowania w zmienionych realiach mogło skutkować akomodacją do konserwatyzmu, jednym z przejawów czego są stwierdzenia znajdujące zakorzenienie w komunałach. Przychodzi tu na myśl Barthesowska filozofia zdrowego rozsądku prostych ludzi: odwołanie do zbioru mądrości zdających się na arbitralny porządek tego, kto je głosi [3].

Bulwersująca obserwacja: panowie okazują się idealnie przewidywalni, odpowiadający wyobrażeniom i oczekiwaniom (by nie powiedzieć – stereotypom) także w tym, co złe. Czy uderzająca w ich słowach machoidalność, bufonada i pyszałkowatość to efekt wypowiadania się w grupach fokusowych, w konfrontacji z innymi, w chęci zaimponowania grupie? Niekoniecznie, albowiem z wywiadów też te postawy wyzierają; słowa, które padają w rozmowach indywidualnych, mają takie samo zabarwienie. Odniosłam wrażenie bezwstydności, jak gdyby respondenci nie krępowali się tym, że prezentują się jako osobnicy nieprzyjemni… chamscy wręcz.

W podsumowaniu autorki wskazują, że mężczyźni trzymają się nieelastycznie – by nie powiedzieć: uparcie – starych (staroświeckich, przestarzałych) trybów myślenia, stąd generalna stagnacja, szczególnie w sferach intelektualnej i emocjonalnej, i wielki potencjał frustracji. Zmianom społecznym odważniej i skuteczniej stawiają czoła kobiety – szybciej (re)konstruują swe role adaptując na swoje potrzeby męskość, czy też pożądane jej aspekty. Mowa w tym momencie o kobietach w sensie ogólnym, ponieważ partnerki inkryminowanych mężczyzn jawią się jako tradycjonalistki. Takoż opisywani mężczyźni mogą nie czuć potrzeby przedefiniowania elementów swej męskiej tożsamości. Hołdują konserwatywnemu paradygmatowi sprzed stulecia, postulującemu agresywność, dominację i asymetrię sztywno przypisanych ról genderowych [s. 17-18]. Tymczasem – zacytujmy fragment rozważań – „[z]daniem K. Arcimowicza, tradycyjne wzory męskości lansowane w Polsce, tj. żywiciela rodziny, jej głowy, srogiego wychowawcy, reprezentanta władzy publicznej, utrudniają mężczyznom dostęp do pełni doświadczeń ludzkich, blokują proces egalitaryzacji i ograniczają możliwość realizowania wzorca zaangażowanego i wrażliwego ojcostwa. Ci zaś, którzy starają się poza nie wykraczać, są narażeni na presję społeczną i stygmatyzację” [s. 21]. Nowym, postulowanym podejściem ma być męskie współdziałanie, a nie dążenie do dominacji. Widać jednak, że jak dotąd nie jest to wcielane w życie. Praca Iwony Chmury-Rutkowskiej i Joanny Ostrouch ujmuje problemy w kontekście rozwojowym, którego istotność zasadza się na tym, że stanowi on „źródło nacisków (…) i powody porażek życiowych” [s. 19]. Nadzieja na zmiany w przyszłości upatrywana jest więc w kluczowej roli edukacji.

Styl publikacji nie pretenduje do „obiektywności” (w cudzysłowie, albowiem wiadomo, że to byłoby i tak niemożliwym postulatem). Autorki ubolewają nad kształtem rozmaitych zjawisk, ale portret jest zbiorowy, nigdzie żaden respondent nie jest pokazany jako przypadek skrajny, najgorszy. Smutny jest obraz całościowy – np. pokoleniowym doświadczeniem wydaje się bycie w dzieciństwie ofiara przemocy ze strony ojców. Nie ma natomiast mowy o jakimkolwiek wykorzystywaniu seksualnym – przez ojców, innych członków rodziny, innych osób znajomych czy też obcych. Oczywiście ujawnienie czegoś takiego musiałoby być nieprawdopodobnie trudne.

Nieczęsto trafiam na tak znakomity poziom metodologiczny, warsztatowy i retoryczny publikacji naukowych z dziedzin mnie interesujących, dlatego lektura Mężczyzn na przełęczy życia budzi we mnie pragnienie poszerzenia perspektywy, jak też poznania kulisów pracy. Rodzą się pytania: co mogło ewentualnie do książki nie wejść? Czy były obiekcje wobec jakichś niewygodnych pytań? Idąc dalej: czy dla najlepszego oddania kondycji społeczności polskich mężczyzn lepsze jest naświetlenie czystej mainstreamowości, czy może dowodzenie, że „nie wszystko jest oczywiste” [4] przy pomocy życiorysów i życionarracji mężczyzn nieodpowiadających ideałom patriarchalnej wszechprzewagi? To zresztą mój jedyny zarzut wobec książki: brak uwzględnienia przypadków mniejszościowych, wyjątkowych. W gronie respondentów nie trafia się gej, osoba molestowana, nikt niepełnosprawny czy będący impotentem (to okoliczność niezwykle – jak się zdaje – ważna dla męskości).

Recenzent, prof. Zbigniew Kwieciński zauważył, że książkę wyjątkowo dobrze się czyta. Nie sposób zaprzeczyć tej opinii, pozostaje jednak uzupełnić: przystępna forma niesie przykrą treść. Ponadto nie pamiętam świadectw szerokiej recepcji Mężczyzn na przełęczy życia, mogącej wszak dowodzić jakże zasłużonej popularności tej pracy; nie kojarzę jej z innych opracowań ani z cytowań – i to chyba najbardziej pesymistyczny epilog.

Paulina Szkudlarek

Iwona Chmura-Rutkowska, Joanna Ostrouch, Mężczyźni na przełęczy życia. Studium socjopedagogiczne, Oficyna Wydawnicza Impuls, Kraków 2007. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Przypisy:
[1] Więcej informacji tu.
[2] Męskość w kulturze współczesnej, (red.) A. Radomski, B. Truchlińska, Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2008.
[3] Por. Roland Barthes, Mitologie, przeł. Adam Dziadek, Wydawnictwo KR, Warszawa 2000, s. 119 i 136.
[4] Aluzja do tytułu pracy antropologa Czesława Robotyckiego, Nie wszystko jest oczywiste (WUJ, Kraków 1999), gdzie tytułowa kategoria oczywistości rozumiana jest jako jedna z cech potocznego odbioru rzeczywistości.

Data wpisu: 6 marca, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

W karczmie Pod Złamaną Maczugą. Iwona Chmura-Rutkowska, Joanna Ostrouch, "Mężczyźni na przełęczy życia"

Od lat wskazuje się, że podstawowym przedmiotem dociekań w obrębie studiów nad płcią kulturową i społeczną jest problematyka kobieca, na dodatek zwykle – szczególnie w polskich realiach – podejmowana przez kobiety. Bodaj żaden z uznanych autorów prac z zakresu men’s studies nie jest tłumaczony na język polski, i zdaje się, że do dziś głównym tematycznym przedsięwzięciem w obrębie polskiej akademii pozostają konferencje Męskość jako kategoria kulturowa (Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin, 20–21 kwietnia 2006 r. oraz 15-16 października 2008 r.). Uczestniczkami pierwszej były Iwona Chmura-Rutkowska i Joanna Ostrouch [1], a ich wystąpienie dotyczące męskiej przyjaźni, opublikowane później w tomie Męskość w kulturze współczesnej [2], było również moim pierwszym kontaktem z badaniami autorek.

Studium Mężczyźni na przełęczy życia to pełna prezentacja imponujących efektów ich pracy. Punktem wyjścia refleksji, a niewykluczone, że wręcz katalizatorem zainteresowania tematyką, jest deklaratywna ważność rodziny w Polsce [s. 9]. Temu wartościowaniu towarzyszy jednak kryzys demograficzny, z innej zaś strony: brak naukowego zainteresowania postawami ojcowskimi. Prezentowana pozycja zapełnia istniejącą lukę. To socjopedagogiczne opracowanie wykonane na podstawie badań metodami jakościowymi (wywiady pogłębione oraz grupy fokusowe), analizujące postawy mężczyzn w wieku 35–40 lat, zamieszkujących Poznań (lub okolice tego miasta). Respondentami są przedstawiciele różnych profesji, legitymujący się średnim bądź wyższym wykształceniem. Ich wiek określany jest mianem „średniej dorosłości”, przekroczeniem połowy oczekiwanego trwania życia, stąd istotnym punktem odniesienia dla autorek jest zjawisko kryzysu połowy życia [s. 11]. Same oczywiście używają ładniejszej metafory, mówiąc o przełęczy: momencie przełomowym, czasie trudnej przeprawy egzystencjalnej.

Obszar zainteresowań jest bardzo szeroki, niemal trudno pomyśleć o nieobjętej badaniami dziedzinie życia. Dzieciństwo, praca, związek, rodzicielstwo (bycie ojcem oraz bycie synem), hobby, przyjaźnie, sukcesy oraz porażki – to zarazem tematy zachęcające do prób dokonywania bilansu dotychczasowego życia. Rzadką gratką jest okazja do wglądu w narracje prezentujące mężczyzn jako autorefleksyjnych. Tu rzecz jasna męski „zwrot ku sobie” został niejako wymuszony charakterem projektu: nie miałby on racji bytu (a w każdym razie nie mógłby prowadzić do interesujących wyników) bez zadawania określonych pytań i drążenia kwestii osobistych, zazwyczaj przemilczanych.

Poszczególne rozdziały mają tytuły sentencjonalne, pochodzące od konkretnych udzielonych autorkom odpowiedzi. „Ten czas ucieka wręcz. Dzień nie jest z gumy, niestety”, „Człowiek jakoś skapcaniał”, „To nie jest takie proste w jeden dzień wszystko rzucić” – oto przykładowe nagłówki, reprezentatywne dla treści przedstawianych w konkretnych partiach. Takimi słowami respondenci Iwony Chmury-Rutkowskiej i Joanny Ostrouch odnosili się do upływu czasu, utraty młodości i świadomości, że są w wieku stanowiącym ostatni moment, by rozpocząć nowe, inne (lepsze?) życie. Wypowiedzi te mogą wręcz razić banalnością, prostym przekazem potocznych „prawd”, jednak pamiętajmy o ważnej okoliczności. Badani panowie wchodzili w dorosłość w czasie przełomu roku 1989, co znaczy, iż byli zsocjalizowani do tworzenia rodzin wg innych, PRL-owskich modeli, które nagle się zdezaktualizowały. Nieprzygotowanie do funkcjonowania w zmienionych realiach mogło skutkować akomodacją do konserwatyzmu, jednym z przejawów czego są stwierdzenia znajdujące zakorzenienie w komunałach. Przychodzi tu na myśl Barthesowska filozofia zdrowego rozsądku prostych ludzi: odwołanie do zbioru mądrości zdających się na arbitralny porządek tego, kto je głosi [3].

Bulwersująca obserwacja: panowie okazują się idealnie przewidywalni, odpowiadający wyobrażeniom i oczekiwaniom (by nie powiedzieć – stereotypom) także w tym, co złe. Czy uderzająca w ich słowach machoidalność, bufonada i pyszałkowatość to efekt wypowiadania się w grupach fokusowych, w konfrontacji z innymi, w chęci zaimponowania grupie? Niekoniecznie, albowiem z wywiadów też te postawy wyzierają; słowa, które padają w rozmowach indywidualnych, mają takie samo zabarwienie. Odniosłam wrażenie bezwstydności, jak gdyby respondenci nie krępowali się tym, że prezentują się jako osobnicy nieprzyjemni… chamscy wręcz.

W podsumowaniu autorki wskazują, że mężczyźni trzymają się nieelastycznie – by nie powiedzieć: uparcie – starych (staroświeckich, przestarzałych) trybów myślenia, stąd generalna stagnacja, szczególnie w sferach intelektualnej i emocjonalnej, i wielki potencjał frustracji. Zmianom społecznym odważniej i skuteczniej stawiają czoła kobiety – szybciej (re)konstruują swe role adaptując na swoje potrzeby męskość, czy też pożądane jej aspekty. Mowa w tym momencie o kobietach w sensie ogólnym, ponieważ partnerki inkryminowanych mężczyzn jawią się jako tradycjonalistki. Takoż opisywani mężczyźni mogą nie czuć potrzeby przedefiniowania elementów swej męskiej tożsamości. Hołdują konserwatywnemu paradygmatowi sprzed stulecia, postulującemu agresywność, dominację i asymetrię sztywno przypisanych ról genderowych [s. 17-18]. Tymczasem – zacytujmy fragment rozważań – „[z]daniem K. Arcimowicza, tradycyjne wzory męskości lansowane w Polsce, tj. żywiciela rodziny, jej głowy, srogiego wychowawcy, reprezentanta władzy publicznej, utrudniają mężczyznom dostęp do pełni doświadczeń ludzkich, blokują proces egalitaryzacji i ograniczają możliwość realizowania wzorca zaangażowanego i wrażliwego ojcostwa. Ci zaś, którzy starają się poza nie wykraczać, są narażeni na presję społeczną i stygmatyzację” [s. 21]. Nowym, postulowanym podejściem ma być męskie współdziałanie, a nie dążenie do dominacji. Widać jednak, że jak dotąd nie jest to wcielane w życie. Praca Iwony Chmury-Rutkowskiej i Joanny Ostrouch ujmuje problemy w kontekście rozwojowym, którego istotność zasadza się na tym, że stanowi on „źródło nacisków (…) i powody porażek życiowych” [s. 19]. Nadzieja na zmiany w przyszłości upatrywana jest więc w kluczowej roli edukacji.

Styl publikacji nie pretenduje do „obiektywności” (w cudzysłowie, albowiem wiadomo, że to byłoby i tak niemożliwym postulatem). Autorki ubolewają nad kształtem rozmaitych zjawisk, ale portret jest zbiorowy, nigdzie żaden respondent nie jest pokazany jako przypadek skrajny, najgorszy. Smutny jest obraz całościowy – np. pokoleniowym doświadczeniem wydaje się bycie w dzieciństwie ofiara przemocy ze strony ojców. Nie ma natomiast mowy o jakimkolwiek wykorzystywaniu seksualnym – przez ojców, innych członków rodziny, innych osób znajomych czy też obcych. Oczywiście ujawnienie czegoś takiego musiałoby być nieprawdopodobnie trudne.

Nieczęsto trafiam na tak znakomity poziom metodologiczny, warsztatowy i retoryczny publikacji naukowych z dziedzin mnie interesujących, dlatego lektura Mężczyzn na przełęczy życia budzi we mnie pragnienie poszerzenia perspektywy, jak też poznania kulisów pracy. Rodzą się pytania: co mogło ewentualnie do książki nie wejść? Czy były obiekcje wobec jakichś niewygodnych pytań? Idąc dalej: czy dla najlepszego oddania kondycji społeczności polskich mężczyzn lepsze jest naświetlenie czystej mainstreamowości, czy może dowodzenie, że „nie wszystko jest oczywiste” [4] przy pomocy życiorysów i życionarracji mężczyzn nieodpowiadających ideałom patriarchalnej wszechprzewagi? To zresztą mój jedyny zarzut wobec książki: brak uwzględnienia przypadków mniejszościowych, wyjątkowych. W gronie respondentów nie trafia się gej, osoba molestowana, nikt niepełnosprawny czy będący impotentem (to okoliczność niezwykle – jak się zdaje – ważna dla męskości).

Recenzent, prof. Zbigniew Kwieciński zauważył, że książkę wyjątkowo dobrze się czyta. Nie sposób zaprzeczyć tej opinii, pozostaje jednak uzupełnić: przystępna forma niesie przykrą treść. Ponadto nie pamiętam świadectw szerokiej recepcji Mężczyzn na przełęczy życia, mogącej wszak dowodzić jakże zasłużonej popularności tej pracy; nie kojarzę jej z innych opracowań ani z cytowań – i to chyba najbardziej pesymistyczny epilog.

Paulina Szkudlarek

Iwona Chmura-Rutkowska, Joanna Ostrouch, Mężczyźni na przełęczy życia. Studium socjopedagogiczne, Oficyna Wydawnicza Impuls, Kraków 2007. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Przypisy:
[1] Więcej informacji tu.
[2] Męskość w kulturze współczesnej, (red.) A. Radomski, B. Truchlińska, Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2008.
[3] Por. Roland Barthes, Mitologie, przeł. Adam Dziadek, Wydawnictwo KR, Warszawa 2000, s. 119 i 136.
[4] Aluzja do tytułu pracy antropologa Czesława Robotyckiego, Nie wszystko jest oczywiste (WUJ, Kraków 1999), gdzie tytułowa kategoria oczywistości rozumiana jest jako jedna z cech potocznego odbioru rzeczywistości.

Data wpisu: 6 marca, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Do Europy! Moris Farhi, „Młodzi Turcy”

Czy Turcja należy do Europy? Czy uzasadnione są jej dążenia do członkostwa w Unii Europejskiej? Czy tradycja muzułmańska wykreśla nieprzekraczalną granicę? Czy setki tysięcy tureckich emigrantów, przybywających do Europy Zachodniej, ową granicę zacierają, czy dobitnie dowodzą jej racji bytu? Niezależnie od odpowiedzi, jakie na te pytania dają politycy, obserwatorzy życia społecznego czy socjolodzy, jak zawsze cenny głos należy do literatury. Oto Młodzi Turcy Morisa Farhiego. Urodzony w latach trzydziestych w Ankarze autor od kilku dekad mieszka w Anglii i pisze po angielsku. Podjął się tedy roli adwokata czy oskarżyciela kraju swego pochodzenia?

Akcja – jak nietrudno zgadnąć – dzieje się w Turcji, i obejmuje lata po przemianach polityczno–społecznych, jakich dokonano za rządów Kemala Atatürka (1881-1938), od międzywojnia przez wojnę, po czas ustanowienia nowego porządku w świecie zachodnim. Całość podzielona jest na kilkanaście rozdziałów, każdy jest skoncentrowany na jakiejś głównej postaci, jednak historie są ze sobą połączone. Gdyby poszukiwać postaci najczęściej przewijającej się przez epizody Młodych Turków, jako główny wspólny mianownik należałoby wskazać profesora literatury, Âşıka Ahmeta, mającego wpływ na życiowe wybory licznych spośród młodych bohaterów.

Mozaikowa opowieść bardzo zręcznie łączy elementy osobiste, przepełnione zmysłowością i emocjami, z ogólnymi: „wielką historią”, wojną, etc. Widać wzajemny wpływ tych sfer, nie ma jednak martyrologii, mesjaństwa i temu podobnych traum rujnowania prywatnego na rzecz tego, co ojczyste. Opowiadania zdają się być „lukrowane”; nie ma w nich niczego naprawdę strasznego ani drastycznego. To, co złe, ukazane jest w sposób uspokajający, czego przykładem jest opis losów prześladowanego przez powojenny antykomunistyczny reżim (kemalizm) poety–dysydenta o nazwisku Nâzım Hikmet (1902-1963). Jest więzienie polityczne, jest agentura, jest „drugi obieg”, jest ratowanie się ucieczką za granicę, wszystko jak najbardziej serio, ale bez naświetlania bólu czy strachu, i z anegdotycznym podejściem do wszelkich trudności.

U Farhiego pojawiają się ciekawe, a być może mało znane wątki z historii i obyczajowości Turcji; niekiedy podawane łopatologicznie, niekiedy płynnie wpisujące się w narrację. Nie najlepiej brzmi niestety, gdy dialog małych dzieci zostaje nagle przerwany – autor udziela jakiegoś dopowiadającego wyjaśnienia, po którym wracamy do piaskownicy i znów słuchamy ośmiolatków. Owszem, potrzebowałam w tym miejscu informacji, któż to jest dönme (vide s. 18), ale do jej zaspokojenia wystarcza przypis, który istotnie jest tam umieszczony (dönme to – w skrócie – Żyd nawrócony na islam), nie jest zaś konieczne rozbicie rozmowy dzieci akapitem o czasach siedemnastowiecznego sułtana Mehmeda IV Łowcy. Gwoli sprawiedliwości zapewnie, iż autor na szczęście unika potem podobnych zniechęcających do lektury wpadek.

Wartym uwagi wątkiem są przedziwne prześladowania tureckich Żydów podczas drugiej wojny światowej. Przedziwne? Tak, gdyż jeśli chodzi o światowy konflikt Turcja była neutralna, w sensie wewnętrznym natomiast – od lat dwudziestych dwudziestego wieku – uwolniona od prawa islamskiego i westernizowana. Jednak w pewnym momencie, podczas drugiej wojny, wprowadzono gigantyczny podatek obliczany rzekomo w relacji do wielkości majątku Żydów. Nałożone obciążenia sprawiały, że ludzie bardzo tanio zbywali swoje firmy, wyprzedawali majątki (a raczej: dobytek), a nie będąc w stanie pokryć zarządzonych sum, byli wysyłani do „odpracowania” reszty podatku. Było to właściwie więzienie obywateli, oraz sposób na przejęcie żydowskiego mienia. Gdy cofnięto owo prawo, poszkodowani nie mogli mieć roszczeń do tego, co wcześniej za bezcen wyprzedali; firmy miały nowych właścicieli, a byli musieli budować swoje życie od nowa. Ludzi w momencie nałożenia podatku posiadających niewiele ponad nic Farhi jakoś nie wspomina.

Realnie i niezależnie od „feministycznych okularów” na książkę patrząc, jest odrzucająco maczoistyczna. Kobiety . Bywają wykształcone, bywają kochane, nie są jednak pełnoprawnymi bohaterkami, jakby autorowi nie wydawały się interesujące.

Jest służąca rodziny, zabierająca małego Musę do damskiej łaźni, gdzie syci się on voyeurystycznie widokiem nagich łon, póki nie zostanie zauważone, iż chłopiec jest zdolny do wzwodu, co oznacza koniec jego specjalnego, „niewinnego statusu” (Musa: Rajskie ziarna soczewicy). Jest córka właściciela restauracji, która wychodzi za szarmanckiego, tajemniczego honorowego „ochroniarza”, ginie z nim w pożarze, nigdy się nie dowiadując, że to wędrowny bigamista (Attila: Popękane naczynia z tych samych ruin). Jest cyrkówka zakochana we wracającym do występów akrobacie, Ademie, który wcześniej stoczył się po tym, jak zawiódł swego scenicznego partnera i przyczynił się do jego śmierci (Havva: Zapaśnik). A może to niestroniący od narkotyków partner popełnił na trapezie fatalny błąd? Nie!, może jednak Adem celowo a podświadomie nie wykonał odpowiedniego chwytu, pomny niemiłej dla niego chwili, gdy kolega się doń przystawiał? Trudno tu nie zauważyć homoerotycznego cienia, okoliczności jak najoszczędniej werbalizowanych, a istotnych dla rozumienia tureckiej obyczajowości, jak też dla sytuacji samego Adema. Czy mężczyzna bał się tego, co mogło się w nim obudzić i sprowadzić nań kłopoty? Czy rzeczywiście brzydził się adoratora? By uniknąć odpowiedzi na te pytania, narrację w tym epizodzie prowadzi kobieta. Akrobata wraca do wielkiej formy, wiąże się z Dziewczyną – sierotą przygarniętą przez trupę, do ostatniego akapitu bezimienną. Dla mężczyzny zawsze najważniejszy będzie partner z areny. Skazana na drugoplanowość żona kończy swe opowiadanie słowami, iż to „czas, byśmy my, kobiety, też miały coś do powiedzenia w naszych sprawach” (s. 197). Ona tymczasem wybrała sobie embematyczne imię: muzułmański odpowiednik Ewy – Havva.

Nie wiem czy to pobożne życzenie autora, czy chęć dotrzymania zachodnich wymogów politycznej poprawności – jak pisałam, Farhi mieszka w Wielkiej Brytanii – by Turcja była postrzegana jako raj multi-kulti, nie jako kraj – producent i beneficjent zabezpieczeń socjalnych zapewnianych przez Unię Europejską (nie mówiąc o eksporcie na Zachód zniewalających kobiety praw szariatowych). Zatem Turcy Farhiego są dumni z Atatürkowej laicyzacji, z faktu współzałożycielstwa ONZ, z nagradzanego w Europie (w PRL!) poety, a nade wszystko – i niedeklaratywnie, a w narracji książkowej realnie – ze społecznej koegzystencji osób wielu wyznań i wielu narodowości.

Rzeź Ormian? Trwający notabene do dziś konflikt z Grecją? To nie są rzeczy zupełnie przemilczane. To nie są również rzeczy eksplicytnie usprawiedliwione. To rzeczy zepchnięte na trzeci plan, niewzmiankowane jako problematyczne nawet w obliczu epizodów, jak ten: ratowanie przed wysłaniem do obozów zagłady mieszkającej w Grecji odnogi żydowskiej rodziny.

Niektóre fragmenty są przesycone humorem, inne po prostu wciągają w fabułę, „rozbrajając” z narzędzi krytycznych: podczas lektury można ulec czarowi świata wykreowanego przez Farhiego. To jednak świat niemal jak z folderu reklamowego. Idiomatyczny w oryginale tytuł – Young Turk – odwołuje do młodego buntownika o niekoniecznie tureckich korzeniach. Pochodzenie tego wyrażenia jest w angielszczyźnie zatarte, jednak jego korzenie istotnie kierują nas ku Bosforowi. Taką nazwę nosił reformatorski ruch narodowy, którego idee po części wcielano w życie w laicyzującym się i westernizującym państwie Atatürka. Na drodze tych konotacji otrzymujemy skojarzenia zdecydowanie pozytywne, nakierowane na przyszłość i być może mające na celu oswajanie zachodnich Europejczyków z myślą o „unijnym” zjednoczeniu z Turcją. Kraj ten tymczasem pozostaje egzotyczny, i jest to elementem jego atrakcyjności. Strategie „europeizacyjne” należy chyba uznać za problematyczne, zaś wizji Farhiego nie brać na wiarę. To literatura piękna.

Paulina Szkudlarek

Moris Farhi, „Młodzi Turcy”, przeł. Marek Fedyszak, Noir sur Blanc, Warszawa 2009 (wszystkie odwołania w tekście pochodzą z tej edycji.)

Data wpisu: 3 stycznia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Do Europy! Moris Farhi, „Młodzi Turcy”

Czy Turcja należy do Europy? Czy uzasadnione są jej dążenia do członkostwa w Unii Europejskiej? Czy tradycja muzułmańska wykreśla nieprzekraczalną granicę? Czy setki tysięcy tureckich emigrantów, przybywających do Europy Zachodniej, ową granicę zacierają, czy dobitnie dowodzą jej racji bytu? Niezależnie od odpowiedzi, jakie na te pytania dają politycy, obserwatorzy życia społecznego czy socjolodzy, jak zawsze cenny głos należy do literatury. Oto Młodzi Turcy Morisa Farhiego. Urodzony w latach trzydziestych w Ankarze autor od kilku dekad mieszka w Anglii i pisze po angielsku. Podjął się tedy roli adwokata czy oskarżyciela kraju swego pochodzenia?

Akcja – jak nietrudno zgadnąć – dzieje się w Turcji, i obejmuje lata po przemianach polityczno–społecznych, jakich dokonano za rządów Kemala Atatürka (1881-1938), od międzywojnia przez wojnę, po czas ustanowienia nowego porządku w świecie zachodnim. Całość podzielona jest na kilkanaście rozdziałów, każdy jest skoncentrowany na jakiejś głównej postaci, jednak historie są ze sobą połączone. Gdyby poszukiwać postaci najczęściej przewijającej się przez epizody Młodych Turków, jako główny wspólny mianownik należałoby wskazać profesora literatury, Âşıka Ahmeta, mającego wpływ na życiowe wybory licznych spośród młodych bohaterów.

Mozaikowa opowieść bardzo zręcznie łączy elementy osobiste, przepełnione zmysłowością i emocjami, z ogólnymi: „wielką historią”, wojną, etc. Widać wzajemny wpływ tych sfer, nie ma jednak martyrologii, mesjaństwa i temu podobnych traum rujnowania prywatnego na rzecz tego, co ojczyste. Opowiadania zdają się być „lukrowane”; nie ma w nich niczego naprawdę strasznego ani drastycznego. To, co złe, ukazane jest w sposób uspokajający, czego przykładem jest opis losów prześladowanego przez powojenny antykomunistyczny reżim (kemalizm) poety–dysydenta o nazwisku Nâzım Hikmet (1902-1963). Jest więzienie polityczne, jest agentura, jest „drugi obieg”, jest ratowanie się ucieczką za granicę, wszystko jak najbardziej serio, ale bez naświetlania bólu czy strachu, i z anegdotycznym podejściem do wszelkich trudności.

U Farhiego pojawiają się ciekawe, a być może mało znane wątki z historii i obyczajowości Turcji; niekiedy podawane łopatologicznie, niekiedy płynnie wpisujące się w narrację. Nie najlepiej brzmi niestety, gdy dialog małych dzieci zostaje nagle przerwany – autor udziela jakiegoś dopowiadającego wyjaśnienia, po którym wracamy do piaskownicy i znów słuchamy ośmiolatków. Owszem, potrzebowałam w tym miejscu informacji, któż to jest dönme (vide s. 18), ale do jej zaspokojenia wystarcza przypis, który istotnie jest tam umieszczony (dönme to – w skrócie – Żyd nawrócony na islam), nie jest zaś konieczne rozbicie rozmowy dzieci akapitem o czasach siedemnastowiecznego sułtana Mehmeda IV Łowcy. Gwoli sprawiedliwości zapewnie, iż autor na szczęście unika potem podobnych zniechęcających do lektury wpadek.

Wartym uwagi wątkiem są przedziwne prześladowania tureckich Żydów podczas drugiej wojny światowej. Przedziwne? Tak, gdyż jeśli chodzi o światowy konflikt Turcja była neutralna, w sensie wewnętrznym natomiast – od lat dwudziestych dwudziestego wieku – uwolniona od prawa islamskiego i westernizowana. Jednak w pewnym momencie, podczas drugiej wojny, wprowadzono gigantyczny podatek obliczany rzekomo w relacji do wielkości majątku Żydów. Nałożone obciążenia sprawiały, że ludzie bardzo tanio zbywali swoje firmy, wyprzedawali majątki (a raczej: dobytek), a nie będąc w stanie pokryć zarządzonych sum, byli wysyłani do „odpracowania” reszty podatku. Było to właściwie więzienie obywateli, oraz sposób na przejęcie żydowskiego mienia. Gdy cofnięto owo prawo, poszkodowani nie mogli mieć roszczeń do tego, co wcześniej za bezcen wyprzedali; firmy miały nowych właścicieli, a byli musieli budować swoje życie od nowa. Ludzi w momencie nałożenia podatku posiadających niewiele ponad nic Farhi jakoś nie wspomina.

Realnie i niezależnie od „feministycznych okularów” na książkę patrząc, jest odrzucająco maczoistyczna. Kobiety . Bywają wykształcone, bywają kochane, nie są jednak pełnoprawnymi bohaterkami, jakby autorowi nie wydawały się interesujące.

Jest służąca rodziny, zabierająca małego Musę do damskiej łaźni, gdzie syci się on voyeurystycznie widokiem nagich łon, póki nie zostanie zauważone, iż chłopiec jest zdolny do wzwodu, co oznacza koniec jego specjalnego, „niewinnego statusu” (Musa: Rajskie ziarna soczewicy). Jest córka właściciela restauracji, która wychodzi za szarmanckiego, tajemniczego honorowego „ochroniarza”, ginie z nim w pożarze, nigdy się nie dowiadując, że to wędrowny bigamista (Attila: Popękane naczynia z tych samych ruin). Jest cyrkówka zakochana we wracającym do występów akrobacie, Ademie, który wcześniej stoczył się po tym, jak zawiódł swego scenicznego partnera i przyczynił się do jego śmierci (Havva: Zapaśnik). A może to niestroniący od narkotyków partner popełnił na trapezie fatalny błąd? Nie!, może jednak Adem celowo a podświadomie nie wykonał odpowiedniego chwytu, pomny niemiłej dla niego chwili, gdy kolega się doń przystawiał? Trudno tu nie zauważyć homoerotycznego cienia, okoliczności jak najoszczędniej werbalizowanych, a istotnych dla rozumienia tureckiej obyczajowości, jak też dla sytuacji samego Adema. Czy mężczyzna bał się tego, co mogło się w nim obudzić i sprowadzić nań kłopoty? Czy rzeczywiście brzydził się adoratora? By uniknąć odpowiedzi na te pytania, narrację w tym epizodzie prowadzi kobieta. Akrobata wraca do wielkiej formy, wiąże się z Dziewczyną – sierotą przygarniętą przez trupę, do ostatniego akapitu bezimienną. Dla mężczyzny zawsze najważniejszy będzie partner z areny. Skazana na drugoplanowość żona kończy swe opowiadanie słowami, iż to „czas, byśmy my, kobiety, też miały coś do powiedzenia w naszych sprawach” (s. 197). Ona tymczasem wybrała sobie embematyczne imię: muzułmański odpowiednik Ewy – Havva.

Nie wiem czy to pobożne życzenie autora, czy chęć dotrzymania zachodnich wymogów politycznej poprawności – jak pisałam, Farhi mieszka w Wielkiej Brytanii – by Turcja była postrzegana jako raj multi-kulti, nie jako kraj – producent i beneficjent zabezpieczeń socjalnych zapewnianych przez Unię Europejską (nie mówiąc o eksporcie na Zachód zniewalających kobiety praw szariatowych). Zatem Turcy Farhiego są dumni z Atatürkowej laicyzacji, z faktu współzałożycielstwa ONZ, z nagradzanego w Europie (w PRL!) poety, a nade wszystko – i niedeklaratywnie, a w narracji książkowej realnie – ze społecznej koegzystencji osób wielu wyznań i wielu narodowości.

Rzeź Ormian? Trwający notabene do dziś konflikt z Grecją? To nie są rzeczy zupełnie przemilczane. To nie są również rzeczy eksplicytnie usprawiedliwione. To rzeczy zepchnięte na trzeci plan, niewzmiankowane jako problematyczne nawet w obliczu epizodów, jak ten: ratowanie przed wysłaniem do obozów zagłady mieszkającej w Grecji odnogi żydowskiej rodziny.

Niektóre fragmenty są przesycone humorem, inne po prostu wciągają w fabułę, „rozbrajając” z narzędzi krytycznych: podczas lektury można ulec czarowi świata wykreowanego przez Farhiego. To jednak świat niemal jak z folderu reklamowego. Idiomatyczny w oryginale tytuł – Young Turk – odwołuje do młodego buntownika o niekoniecznie tureckich korzeniach. Pochodzenie tego wyrażenia jest w angielszczyźnie zatarte, jednak jego korzenie istotnie kierują nas ku Bosforowi. Taką nazwę nosił reformatorski ruch narodowy, którego idee po części wcielano w życie w laicyzującym się i westernizującym państwie Atatürka. Na drodze tych konotacji otrzymujemy skojarzenia zdecydowanie pozytywne, nakierowane na przyszłość i być może mające na celu oswajanie zachodnich Europejczyków z myślą o „unijnym” zjednoczeniu z Turcją. Kraj ten tymczasem pozostaje egzotyczny, i jest to elementem jego atrakcyjności. Strategie „europeizacyjne” należy chyba uznać za problematyczne, zaś wizji Farhiego nie brać na wiarę. To literatura piękna.

Paulina Szkudlarek

Moris Farhi, „Młodzi Turcy”, przeł. Marek Fedyszak, Noir sur Blanc, Warszawa 2009 (wszystkie odwołania w tekście pochodzą z tej edycji.)

Data wpisu: 3 stycznia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

O demitologizacji American dream w „Co widziały wrony” Ann-Marie MacDonald

Perfekcyjna rodzina typu „dwa plus dwa”, piękna, zakochana w atrakcyjnym partnerze kobieta, oraz dwójka rezolutnych dzieci. Znakomita gospodyni domowa (z zawodu – a jakże! – pielęgniarka), żona wspinającego się po ścieżkach awansu oficera, niedoszłego bohatera wojennego. Na szczęście okres zimnej wojny, nawet w latach dzisiaj postrzeganych jako jej kulminacja, to na Zachodzie, a zatem i w Kanadzie, gdzie opowieść się toczy, czasy pokoju i dobrobytu. Mężczyzna może poświęcać się rodzinie w sposób, jaki wówczas był najstosowniejszy, a i dzisiaj – szczególnie w kontekście polskiego patriarchalnego macho-piekiełka – zasługujący na podziw. Opiekun, nie tyran. Kocha, rozmawia, rozumie. Taka jest ekspozycja drugiej powieści kanadyjskiej pisarki Ann-Marie MacDonald, znanej już w Polsce jako autorka „rasowej” sagi zatytułowanej Zapach cedru.

Na okładce widzimy odwróconą tyłem do obiektywu małą dziewczynkę w pustym pokoju – ni to w jego kącie, ni to pod oknem. Taki graficzny wybór „twarzy” książki ma dwa uzasadnienia. Główną bohaterką – i przez zdecydowaną większość czasu akcji również postacią ogniskującą – jest bowiem dziewięciolatka, Madeleine. Obraz osamotnienia, opresji i smutku, jaki prezentuje okładka, rzecz jasna koliduje z wizją szczęśliwej rodziny, jaką przedstawiłam powyżej. Dziewczynka będzie bowiem miała sekret, smutny i straszny.

Rodzina osiedla się w mieszkalnej części bazy wojskowej. Ojciec, Jack McCarthy, rozpoczyna pracę w oddziale szkoleniowym Kanadyjskich Królewskich Sił powietrznych. Matka, Mimi, urządza dom i zaczyna budować siatkę relacji towarzyskich, dzieci zaś idą do szkoły.

Pan March, nauczyciel w klasie, do której trafia Madeleine, wprowadza system ustawicznego oceniania uczniów poprzez przypisywanie im cokolwiek specyficznie dobranych cech zwierząt: głupoty żółwia, poprawności delfina i chyżości i roztrzepania zająca [s. 158-159]. Mężczyzna od pierwszego dnia wydaje się szczegolnie zawzięty na Madeleine, jak gdyby chciał zrobić z niej klasową ofiarę. Szybko się okazuje, że jego zainteresowanie ma nieco inny charakter: March jest pedofilem. Typuje kilka dziewczynek, by zostawały po lekcjach, a on jest napastuje w sali lekcyjnej – po kolei, a odbywa się to pod pozorem ćwiczeń wyrównawczych. Uczennice mają przyjmować różne pozycje gimnastyczne, rzekomo na poprawę koncentracji. Ujęłam rzecz drastycznie, wszelako pisy tego, co się rzeczywiście dzieje, są skąpe i dawkowane oszczędnie. Madeleine jest za mała, aby rozumieć sytuację. Autorka przedstawia to wszystko w sposób zgodny z tym, co w przeszłości czytałam o mechanizmach przyjmowania brzemienia ofiary przestępstw seksualnych – obarczanie winą siebie, milczenie wobec innych poszkodowanych, rodziców i opiekunów. Niektóre aspekty tego wszystkiego zdają się grzeszyć naiwnością, jednak narracja jest przejmująca, angażująca. Poszkodowane dziewczynki są trzy. Poza Madeleine, to Grace, z rodziny stojącej nisko w hierarchii ułożonej wedle stopni wojskowych ojców, zaniedbana, w oczach swoich koleżanek – obrzydliwa: niemyta, nietrzymająca moczu, nieprzestrzegająca zasad odpowiedniego zachowania. Trzecia jest Sara, niemal żywa lalka, typ pretensjonalnej „małej damy”, w życiu domowym zmagająca się z chorobami swej matki. Podejmowane zrazu przez Sarę próby zaprzyjaźnienia się z główną bohaterką okazały się odrzucające dla tej ostatniej. Szkolne zdarzenia natomiast sprawiają, że Sara zbliża się do Grace, a trudno o bardziej niedobrane szkolne papużki nierozłączki! Co jeszcze bardziej szokujące – Sara odbiera „ćwiczenia” polekcyjne jako przywilej, i również o niczym nie mówi dorosłym.

Madeleine odruchowo i skutecznie kryje sekret przed rodzicami. O zakrwawionych majtkach mówi, że to skutek upadku i uderzenia się w ramę roweru. Matka gani wtedy ojca, ze nie kupił córce tzw. damki, ale wyjaśnienie dziewczynki zostaje przyjęte bez zastrzeżeń co do jego prawdziwości – taka rowerowa kontuzja po prostu do ruchliwej Madeleine pasuje. W innym miejscu, dziewczynka bawi się z ojcem w coś, co oboje angażuje cieleśnie: jakieś łaskotki, kotłowanina. Choć to wszystko jest absolutnie niewinne, i dotąd obu stronom sprawiało frajdę, w napiętnowanej nieodpowiednią dla jej wieku świadomości Madeleine na widok krocza ubranego bądź co bądź w dżinsy ojca, budzi się wspomnienie i skojarzenie. Bohaterka sztywnieje, przerażona, choć za nic nie chce zakłócać dalszej zabawy. Później rodzice rozmawiają i uznają, że ich córka stała się na takie wygłupy za duża, bo najwyraźniej zaczyna się wstydzić. Są zatem uważnymi obserwatorami, jednak sedno sprawy zostaje przed nimi ukryte. Rozmowy o tym, co dzieci robią w szkole, nie dają powodów do podejrzeń. Jack jedynie uważa nauczyciela za zbyt surowego, niepotrzebnie straszącego dzieci – przypomnijmy, trwa kryzys kubański, alianci NATO boją się możliwości ataku nuklearnego ze strony ZSRR. Gdy jednak pan McCarthy wybiera się do szkoły spotkać się z Marchem tuż po lekacjach (!), nagle obowiązki wzywają go w inne miejsce.

Pozostawmy tu na chwilę zgnębioną Madeleine. W książce ważny jest motyw… szpiegowski. I najpilniej strzeżoną tajemnicą w opisywanej rodzinie jest opieka Jacka nad Oskarem Friedem, powojennym emigrantem-uciekinierem, naukowcem zza żelaznej kurtyny. Mężczyzna zostaje rozpoznany jako nazista przez innego naukowca, podczas drugiej wojny światowej zmuszanego do niewolniczej pracy Fried jest jednak cenny dla USA, i Kanada „wybiela” jego życiorys dla swojego sojuszniczego sąsiada. Tymczasem nawarstwiają się komplikacje, ponieważ kryjący się ze swą misja Jack naraża się na podejrzenia, iż ma romans i zdradza żonę.

Zabita zostaje Claire McCarroll, dziewczynka z klasy Madeleine, jednorazowa ofiara pedofila Marcha. To córka oficera armii USA, który został Jackowi przydzielony do ostatniego etapu w historii z „emigrantem” Friedem. Syn sąsiada McCarthych, Henry’ego Froelicha, mężczyzny, który rozpoznał w nieznajomym swego oprawcę z czasów wojennych, zostaje wskutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności oskarżony o zabójstwo. Rick Froelich to ledwie nastolatek. Z jednej strony grożąca McCarthy’emu demaskacja, z drugiej – rozpacz McCarrolla, ojca, którego jedyne dziecko zginęło; Jack nigdy nie przekazuje sprawy temu amerykańskiemu oficerowi, zatem nie może dać alibi niesłusznie uważanemu za mordercę młodzieńcowi.

Dochodzi do kuriozalnego procesu. Na podstawie kłamliwych zeznań Grace i Sary – tak, to dziewięciolatki zaprzysiężone przed sądem (Madeleine też) – z braku innych podejrzanych, z braku alibi dla Ricka, dochodzi do skazania nastolatka wpierw na śmierć, potem jednak na dożywocie.

Z czasem poszczególne rodziny przenoszą się do innych baz. Jak występuje z armii, zaczyna się sprawdzać w biznesie. Mimo prób, on i Mimi, nie mają trzeciego dziecka. Michel, straszy brat Madeleine, zaciąga się do wojska, jedzie na wojnę w Wietnamie i tam ginie. Madeleine nie kończy studiów, decyduje się na karierę sceniczną. Zgodnie z dziecięcym marzeniem zostaje komikiem, i cieszy się rosnącą popularnością. Zgodnie też z rzucanymi przez autorkę sugestiami dotyczącymi bohaterki jako małej dziewczynki (jest chłopczycą, nie chce socjalizacji w dziewczęctwo, nie lubi Sary), dorosła Madeleine okazuje się być lesbijką. Nie może się z tym pogodzić matka, coraz bardziej oddana religii katolickiej.

„Madeleine marzy się na Gwiazdkę zestaw rewolwerów z pasem i kaburami. Dziewczynki nigdy nie dostają nic fajnego”, czytamy o bohaterce rozczarowanej po otrzymaniu kolejnej lalki [s. 80]. Oczywiście zauważamy tu kolejny prosty chwyt – MacDonald zaczyna rozsiewać sugestie dotyczące „nieheteronormatywności”, nim rozpocznie się feralny rok szkolny, nim pojawi się pan March – to aby dobitnie podkreślić, że orientacja psychoseksualna bohaterki nie ukształtowała się pod wpływem traumy molestowania seksualnego, a jeśli już – raczej w geście buntu przeciwko idealnej kobiecości pięknej matki, domowej bogini, mistrzyni w kuchni, hurysy w sypialni, damy na salonach. Nie podobałby mi się ten rodzaj politycznej poprawności, przy czym muszę uczynić dwa zastrzeżenia. Po pierwsze, mam świadomość, że taka długa powieść musiała zostać zakomponowana z użyciem „wyrachowanych” rozwiązań fabularnych – nazwałabym to kwestią orkiestracji. Po wtóre, z pozatekstowych źródeł dowiadujemy się, iż Co widziały wrony zawiera istotne tropy autobiograficzne; Ann-Marie MacDonald dorastała w kanadyjskich bazach wojskowych, i jest zadeklarowaną lesbijką. Wróćmy jednak do fabuły!

Gdy Madeleine jest już po trzydziestce, kieruje się ku swej przeszłości. Dowiaduje się z akt sądowych, co zeznawały jej szkolne koleżanki – otóż opowiedziały wszystko o Marchu, ale przypisując czyny oskarżonemu, Rickowi. Dokładność straszliwych opisów była przekonująca dla sądu, ławników oraz publiczności, i choć młodzieniec miał w wojskowej osadzie znakomitą opinię, dano wiarę małym oskarżycielkom. Skazaniec przechodził w więzieniu piekło, był poddawany nieludzkim zabiegom quasi-medycznym, narkotyzowany. Nie przyznał się jednak do morderstwa, którego nie popełnił. Służby więzienne uznawały tymczasem akt konfesji za konieczny etap resocjalizacji. W końcu Rickowi zrobiono z mózgu ser szwajcarski i wypuszczono na wolność. Mężczyzna póki mógł, pracował fizycznie. Żył ze swoimi siostrami, Colleen i Elizabeth – i tu znów coś ciekawego. Rodzice tej trójki, żydowscy ocaleńcy, ich adoptowali – później jeszcze dwoje dzieci, które w 1962 są niemowlakami – dwójka to „naturalne” rodzeństwo, para osieroconych metysów. Trzecia dziewczynka jest niepełnosprawna fizycznie. Jeździ na wózku, niewyraźnie mówi, jednak zawsze była w pełni sił umysłowych. Jej świadczenie o bracie, z którym przebywała w czasie, gdy dokonano mordu, nie interesuje jednak sądu. Upośledzenia ruchowe są utożsamione z psychicznymi i najważniejsza świadkini nie zeznaje wcale.

Powieść jest skonstruowana w sposób każący czytelnikowi uznać, że rzeczywistym zabójcą jest pan March. Pieczołowita rekonstrukcja wszystkich okoliczności ujawnia, że był on, owszem, świadkiem, jednak zbrodni dokonała Grace. Happy endu nie ma. Parę lat po wydarzeniach w bazie owa dziewczyna zaginęła i nigdy jej nie odnaleziono. Pan March dożył starości, lecz zmarł niedługo przed tym, jak Madeleine zdecydowała się na konfrontację z nim. Również Jack wziął swoją tajemnicę do grobu. Rozmowa Madeleine z matką, o molestowaniu, jest już po nic. Daremność jako punkt dojścia i konkluzja całości czyniłaby powieść straszliwie przygnębiającą, wszelako Co widziały wrony jest „amerykańskie” na tyle, by w finale zasugerować obietnicę osobistego szczęścia Madeleine.

Znakomita jest kreacja Jacka – to opowieść o bohaterze–antybohaterze i o tym, jak może działać trucizna kaskadowego kłamstwa. Uczciwy i odpowiedzialny, a zarazem „postępowy” (tak w jednym z wywiadów określiła go autorka) ojciec rodziny, wierny i kochający mąż (tak w jednym z wywiadów określiła go autorka), wartościowy pracownik, karny żołnierz… jest moralnie skompromitowany. Wszelako nie da się go ukazać jako złego człowieka. Zły jest ciąg jego czynów, złe są szerokie i nieprzewidywalne konsekwencje, ciążą na McCarthym do końca życia.

Powieść jest rozwlekła (w polskiej edycji – 840 stron), ale – by tak rzec – realizująca „teorię strzelby Czechowa”, i precyzyjnie złożona na wszystkich poziomach, nawet tych, jakich zazwyczaj nie poddaje się analizom. Na przykład ponury wydźwięk ma zestawienie niemieckich nazwisk Fried (pseudonim kojarzący się z pokojem, nadany naziście w USA) i Froelich (nieszczęśliwa, gorzko doświadczona rodzina jako Państwo Weseli). Najważniejszym jednak motywem, powracającym i dobitnym, jest krzywda cielesna. Szczęśliwe pożycie małżeńskie dane jest ambiwalentnemu Jackowi i jego żonie, katoliczce, czyli członkini Kościoła uważanego za zamknięty na kwestie przyjemności zmysłowych. Ciała młodych bohaterów są natomiast molestowane (Madeleine, Grace, Sara), kaleczone (Grace, Claire), i „niespełnione” (Rick), zatrzymane w naturalnych dążeniach rozwojowych. Madeleine, choć to stała klientka/pacjentka psychoanalityków, jest w stanie samodzielnie przekroczyć swoją traumę. Nie otrzyma żadnego zadośćuczynienia, będzie jednak wchodzić w związki niepozbawione intymności. Nie wygra, lecz zostanie ocalona.

Paulina Szkudlarek

Ann-Marie MacDonald, Co widziały wrony, przeł. Sławomir Studniarz, Świat Książki – Bertelsmann Media, Warszawa 2006. Cytaty ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 8 sierpnia, 2010 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

„Żona Cezara musi być poza wszelkim podejrzeniem”. Recenzja książki „Spektakl i wiedza” Jacka Kochanowskiego, cz. 1

Z perspektywy ostatnich lat można odnieść wrażenie, iż każda polska publikacja naukowa z zakresu gender studies, feminizmu, badań seksualności nienormatywnych, zarówno w aspekcie esencjonalistycznym, jak i konstruktywistycznym, etc., witana jest z entuzjazmem przez środowisko innych osób pretendujących do znawstwa tejże tematyki. Sieć wzajemnych odwołań jest gęsta i imponująca, o porównywalnej liczbie cytowań inne grupy młodej kadry o porównywalnym statusie akademickim, nie mogłyby nawet pomarzyć. Nie przeczę pewnej potrzebie solidarności, albowiem w warunkach polskich uniwersytetów zajęcie miejsca „na genderach”, kłopotliwego organizacyjnie, narażonego na wszelkie absurdalne zarzuty o propagowanie ideologii, jest wyborem wymagającym odwagi i determinacji, i nie bez znaczenia jest wsparcie nieformalne, pozainstytucjonalne. Wszyscy zdają się nawzajem znać, nie polemizują ze sobą, a jedynie – deklaratywnie – podejmują refleksje w miejscu przez kogoś innego przerwane. Potrzebę akceptacji spełnia, a może nawet daje satysfakcję, możliwość komunikowania się wspólnym idiolektem, sięganie po tych samych „kanonizowanych” (niekiedy za życia) autorów, i mutualne uznanie. Samozadowolenie jest wprawdzie nieosiągalne w sytuacji funkcjonowania na marginesie universitas i z pewnym ogólnospołecznym odium, te same okoliczności jednak budują poczucie elitarności tej „wspólnoty mniemania”. W takich warunkach trudno oczekiwać okrzyku „Król jest nagi!”. Uprzejme, przyjazne dyskusje nie obnażają kompetencyjnych niedostatków, gdyż atak mógłby zostać przyjęty ad personam albo wystawić na kontrę, w efekcie zaś doprowadzić do zepsucia dobrej atmosfery.

Dlaczego uważam te kwestie za ważne? Najkrócej rzecz ujmując, podchodzę bardzo krytycznie do złych adwokatów słusznej sprawy. Zastanawiam się, jaką praca Kochanowskiego ukazuje „wizytówkę” przeciwnikom „genderów”, „feminizmów” i „queerów”.

Spektakl i wiedza. Perspektywa społecznej teorii queer, praca z serii Gender/Queer Studies łódzkiego Wydawnictwa Wschód-Zachód ma – jak czytamy w opisie umieszczonym z tyłu okładki – ma wykazywać istotność queerowych analiz „dla możliwości sformułowania teorii społecznej jako takiej”. To ambitne zadanie jest kontynuacją rozważań, jakie autor kilka lat wcześniej podjął w swej rozprawie doktorskiej, wydanej jako Fantazmat zróżNICowany. Socjologiczne studium przemian tożsamości gejów (Universitas, Kraków 2004). Być może powinnam rozpocząć od recenzji tej właśnie pozycji? Uważam, że niekonfrontowanie ze sobą tych dwóch pozycji działa na korzyść autora, pozwalając przemilczeć pytanie o ewentualność popełnienia przez Kochanowskiego autoplagiatu. Pamiętajmy po prostu, że mamy do czynienia z kontynuacją wcześniejszych dociekań.

Kochanowski łączy Michela Foucaulta i Pierre’a Bourdieu, wywołując ponadto do tablicy każde niemal głośne nazwisko rozpoznane już w obszarze queer studies: Baudrillarda, Mouffe, Laclau, Giddensa, Kosofsky-Sedgwick czy – the last but not the least – Butler, z perspektywą performatywną oraz teorią postkolonialną. Anything goes. Celem zdaje się być przekonanie odbiorcy o konieczności squeerowania socjologii po to, by nie reprezentowała ona represjonującej wiedzy/władzy, i danie wskazówek, jak owo przeniesienie w „antyhegemoniczny wymiar wiedzy/oporu” [s. 278] mogłoby wyglądać. Naturalnie w tle pobrzmiewają pytania: co to jest socjologia?, po co nam dzisiaj socjologia? Pomijam powszechność zmagań z podobnymi dylematami w najróżniejszych redefiniujących się dziedzinach humanistyki. Uznaję ich istotność, i z podziwem podchodzę do jasnej deklaracji Kochanowskiego, gdyż prezentuje postawę w Polsce niepopularną, będącą wprawdzie oczywistością w środowisku anglosaskim [1], lecz u nas wręcz niemile widzianą. Spektakl i wiedza to manifest ideologiczny humanisty marzącego o interwencjonalizmie, o nauce spluralizowanej, otwartej i prowadzącej do „zmniejszania obszarów cierpień” w społeczeństwie [s. 292]. Założenie szlachetne, a jak wygląda realizacja?

Nie będę ukazywać, jakiej rekapitulacji dorobku wymienionych twórców dokonuje Kochanowski, a jedynie biorąc pod uwagę to, z jakich punktów widzenia ich oświetla, wyeksponuję elementy budzące moje zastrzeżenia, by nie powiedzieć – sprzeciw. Nie zdefiniuję kluczowych pojęć, albowiem do sięgnięcia po Kochanowskiego konieczne jest operowanie nimi przynajmniej w propedeutycznym zakresie, co wprawdzie ogranicza krąg potencjalnych czytelników, jednak doprecyzowanie działa na plus: ogranicza do grona naprawdę zainteresowanych. Moja rezygnacja nie jest tożsama z uznaniem za nieistotne wyznaczania pól semantycznych poszczególnych terminów czy – szerzej – odpowiedzialnego posługiwania się językiem. Wręcz przeciwnie. Rozpocznijmy litanię właśnie od tego, z równa atencją podchodząc zarówno do treści, jak i formy wypowiedzi.

Sposób zacytowania Michela Foucaulta na stronie 169 sugeruje, że dla Kochanowskiego ‘wiedza’ i ‘dyskurs’ są synonimami, albo że zupełnie nie robi mu różnicy, o którym z tych pojęć pisze w danym momencie. W bibliografii boleśnie brak Foucaultowskiej Archeologii wiedzy (1969, wyd. pol. 1977 nakładem PIW). Nic zatem dziwnego, że na stronie 271 mamy podział na praktyki dyskursywne i pozadyskursywne, gdzie egzemplifikacją tych pierwszych jest tworzenie teorii społecznej, tych drugich zaś: ustanawianie reguł organizujących przestrzeń społeczną. Tak, powtórzę dla pewności: to na końcu to przykład praktyki pozadyskursywnej.

O postawie społecznej sprzyjającej demontażowi technik wiedzy/władzy czytamy: „należy tę świadomość próbować prze-montować, de-kodować tak, by zakłócić proces reprodukcji znaczeń…” [s. 213] słowo ‘dekodowanie’ ma ustalone znaczenie na przykład w klasycznych (pochodzących, jeśli się nie mylę, z lat 1950.) teoriach komunikacji, o strukturalizmie i semiotyce nie wspominając; nie da się w ten sposób zbudować neologizmu.

Spójrzmy też na fragment ze strony 266 – „Przestrzeń społeczna jest strukturowana przez to, co symboliczne, przez system znaczeń, który staje się ‘rzeczywistością’ dzięki jego bezwiednej (rytualnej) reprodukcji w jednostkowych działaniach”, zatem nie ma „koniecznego znaczenia”. To z kolei przypadek niedostrzegania różnicy między tym, co znaczące, a tym, co symbolizujące, tym, co znaczone, a tym, co symbolizowane, między – wreszcie – znakiem a symbolem, zwłaszcza, że zaraz potem mowa o arbitralności (zresztą, z konstrukcji zdania wynika, że arbitralny jest antysystemowy opór, nie zaś znaczenia systemu, ale to tylko stylistyczne potknięcie autora, a od takich Spektakl i wiedza aż się roi). Ze strony 269 dowiadujemy się, że dla Kochanowskiego arbitralny znaczy tyle, co przygodny.

Swoją drogą, Kochanowski ujawnia rażącą ignorancję w zakresie historii nauk o kulturze, przez co wyważa otwarte drzwi. O postulatach dotyczących wiedzy/oporu, queerującej, przeciwstawianej wiedzy/władzy wypowiada się następująco: „RóżNICa to brak możliwości domknięcia znaczenia związany z ich arbitralnością [ich, tj. jednostkowych narracji tożsamościowych – dop. P.S.]. Nic nie znaczy w sposób ostateczny, ponieważ znaczenia nie odsyłają do żadnej rzeczywistości, ale są ustanawiane poprzez system zwrotnych odniesień pomiędzy nimi, najczęściej o charakterze binarnym. To właśnie owa nieobecność ostatecznego sensu, związana z arbitralnością znaczeń, jest przestrzenią różNICy” [s. 218]. Przepraszam, ale jeśli to nie jest stary dobry strukturalizm we własnej osobie (brak rzeczywistości pozasystemowej to ich piękne, klasyczne założenie!), to przynajmniej poststrukturalizm czy neostrukturalizm… Tu prezentowane jest jako queerowe novum. Autor ponadto stwierdza, że systemów wiedzy dzisiaj już nie ocenia się na podstawie kryterium prawdziwości [s. 181]. Nie wnikając w fakt, jaką też on może uznawać definicję prawdy, jest z tym stwierdzeniem chyba o wiek spóźniony (zatem może przyjmuje korespondencyjną definicję prawdy?). Szukając odpowiedzi, na stronie 178 napotykamy deklarację: socjologia queer nie może przyjmować, że bada ‘rzeczywistość’ i przyjmować swe pole zainteresowań jako obiektywne, gdyż rzeczywistość jest symulacją – zatem chodzi o badanie sfery arbitralnej metodami arbitralnymi. Jaki jest postulat metodologiczny? Budowanie domków z kart na topniejącej krze?

Retoryka niejednokrotnie obraca się przeciw treściom merytorycznym, kiedy Kochanowskiemu zdaje się, że mnoży synonimy, w istocie zaś przywołuje pojęcia nawzajem się wykluczające. Przedstawiając na przykład tzw. logikę suplementacji pisze: „kobiecość jest podporządkowanym członem binaryzmu, jego negatywem, zewnętrznością i suplementem” [s. 93]. Zastanówmy się: jeśli jest członem binaryzmu, nawet mniej ważnym, podporządkowanym i suplementarnym wobec tego nadrzędnego (komponentu męskiego), nie może być tego samego binaryzmu zewnętrzem, ani też suplementem, jakże bowiem? wobec czegoś, czego jest członem?

Podobnie w passusie, w którym mowa o tym, iż Emile Durkheim czy Auguste Comte chcieli wykryć prawa rządzące społeczeństwem, dać uniwersalną charakterystykę „struktury społecznej i procesów społecznych”, abstrahującą „od bieżących konfliktów społecznych” [s. 52] – konflikty nie należą do procesów?

Brniemy dalej. Oto w rozdziale o inspiracjach czerpanych z performance studies, cennych dla badań ujmujących przestrzeń społeczną jako nierealną (tu: iluzoryczną), czytamy: „Sztuka, będąc iluzją iluzji, podwójną negacją rzeczywistości, spektaklem w Spektaklu…” [s. 108] – iluzja iluzji nie może być binegacją, a jedynie drugim stopniem sztuczności.

O dwóch etapach subwersji znaczeń seksualności (indywidualnym i społecznym) Kochanowski pisze tak, jak gdyby one postępowały, jakby ów jednostkowy był warunkiem społecznego [s. 164]. A przecież zawsze znajdzie się nowa jednostka potrzebująca ‘uświadomienia’ albo właśnie zyskująca „świadomość Spektaklu”. Podobnie jest ze sporem ‘tożsamościowców’ (zwolenników koncepcji esencjonalistycznych) z konstruktywistami: ciągle ktoś odkrywa swoją nieprzystawalność do fallogocentrycznych czy heteromatriksowych norm, potrzebuje najpierw malutkiego, osobistego wyoutowania, w jak najszerszym znaczeniu tego słowa. Jasne, że okoliczności zewnętrzne mogą mu w tym pomagać lub przeszkadzać (wpędzać w poczucie winy czy grzechu, itp., albo odwrotnie, przekonywać o prawie do szczęścia i wartości szczerej autoekspresji), ale nie jest tak, że ‘przebudzenie’ wszystkich jednostek (albo ich masy krytycznej) zainicjuje przemianę społeczną, która się dokona, i nikt już nie będzie mieć problemu. Jak, swoją drogą, odróżnić emancypacyjną inkluzję od zmiany paradygmatu? Notabene Kochanowski chce jawić się jako zdecydowany zwolennik queeru (antyesencjonalizmu, konstruktywizmu), jednak postawę taka niełatwo jest konsekwentnie utrzymywać. Cytuję: „w reprodukcję symulacji zaangażowana jest tożsamość jednostki, w związku z czym identyfikuje ona owe narracje jako element własnej [...] koncepcji siebie i koncepcji świata” [s. 96] – jak queer może się posiłkować kategorią tożsamości? To nie jest relacja, zdanie sprawy z jakiegoś cudzego punktu widzenia, a podejście autorskie! Życzliwe podejście kazałoby uznać, iż chodzi o tożsamość przygodną, operacyjną. Zaraz, zaraz… na stronie 212 Kochanowski mówi o queerowych strategiach destabilizacji znaczeń Spektaklu, na stronie 216 dodaje, że techniki Spektaklu mogą być użyte przeciwko niemu. Widzę, że może być również odwrotnie: oto zwracam oręż antyspektakularny przeciwko wrogowi Spektaklu. Nie wdając się w złośliwą dygresję, spostrzegam, że zarazem wedle Kochanowskiego język fallogocentryczny nie może być zwrócony przeciw niemu samemu – czemu?

Część 2, notka i przypisy tu.

Data wpisu: 16 kwietnia, 2010 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

„Żona Cezara musi być poza wszelkim podejrzeniem”. Recenzja książki „Spektakl i wiedza” Jacka Kochanowskiego, cz. 2

Część 1 tu.

Odnajdźmy w książce stronę 272: autor po raz kolejny wpada w zastawiane przez samego sidła. Wymienia jednostki, które wedle niego nie są ex definitione przeciwnikami queer: nie są nimi ani heteroseksualiści, ani konserwatywne partie polityczne, ani kościoły czy ruchy religijne. Owym przeciwnikiem jest tylko abstrakcyjny Spektakl jako reproduktor systemu dominacji. W tym myśleniu jest sugestia omnipotencji rzeczonego Spektaklu – począł się sam, dzieje się sam z siebie; w tym miejscu dla Kochanowskiego nie ma jednostek-aktantów-‘agentów’ Spektaklu. Podobnie – jako abstrakcje – widzi Kochanowski wszelkie wspólnoty, nie mogące nie być przestrzeniami normatywnej przemocy. Tu jeszcze cytat ze strony 278: „Przynależąc do wspólnoty jednostka otrzymuje wsparcie warunkowo, stąd oferowane przez wspólnotę poczucie bezpieczeństwa jest kruche”. Rzecznik autonomii podmiotu queerującego nie zauważa, że każda wspólnota składa się z jednostek? Tedy popadałby w błąd gorszy, aniżeli ten, jaki wytyka Giddensowi, przy czym partie poświęcone krytyce tego prominentnego angielskiego socjologa [s. 64–65] zdają się nader trafne. By to szybko wyjaśnić: Kochanowski zawarł w nich wątpliwość co do pełnej świadomości społecznej imputowanej przez Giddensa jednostkom [2].

W opracowaniu analizującym „wiedzę Spektaklu” nie mogło zabraknąć rozważań na temat przemocy, hegemonii medialnej. Autor, rocznik – przypomnijmy – 1974, prezentuje tu wsparty na kompetencyjnych, godny Wojciecha Chyły kasandryzm. Uważa, dla przykładu, że bytność online (internetowa, smartphone’owa, palmtopowa) odbiera jednostce wszelki czas wolny, albowiem wciąż musi być ona do dyspozycji pracodawcy [s. 246]. Jasne, taka to już robota certyfikowanej kadry wydziałów nauk humanistycznych, że czas pracy jest nie[u]normowany, i być może autor ze szczerą zgrozą myśli o losie korporacyjnych szczurów. Z passusu wszelako wynika wszechprzymus pracy w nadgodzinach, na podobieństwo nieodpłatnych zajęć gospodyń domowych (niepracujących etatowo żon i matek). Kochanowski nie bierze pod uwagę nieproduktywności czasu pracy, podczas którego osoby z dostępem do internetu się bawią (na różne sposoby – kilka miesięcy temu plagą miało być masowe granie w Mafia Wars czy Farmville na stronach społecznościowego portalu Facebook). Są liczne badania – socjologowi się to powinno spodobać – wyliczające, jaki to wymiar zmarnowanego z punktu widzenia produktywności czasu pracy.

Na stronach 248–249 Kochanowski wypowiada się natomiast o „elicie władzy informatycznej”. Deklaruje się rzecz jasna jako laik w zakresie informatyki, ale twierdzenia o istnieniu grupy ujętej tu w cudzysłów, uparcie broni, bo to szkodnicy niebywali, na skalę Mędrców Syjonu! Jakby nie zdawał sobie sprawy z ogromnego rozdrobnienia kompetencji, ‘puzzlowatości’ systemów informatycznych. Nie ma superstruktury ze sterującym nią Marionettenspielerem, są programiści wymyślający, co zrobić, by automatyczna informacja uwzględniała polskie końcówki fleksyjne, przy czym nie wie lewica, co czyni prawica. Gdyby istotnie istniał jakiś demiurg, wcale nie musiałby znać języków programowania ani konstrukcji hardware’u, i to nie różniłoby go od dowolnego „potocznego” użytkownika zaawansowanych technologii. Szaleni genialni naukowcy dążący do przejęcia władzy nad światem istnieją tylko w filmach – w historii, jaką znamy, jedynie pracowali dla dyktatorów, tyranów.

Wróćmy jednak do tematu! Liczne myśli zostały nierozwinięte, zarzucone, by funkcjonować w postaci kategorycznych sądów. Wspomniałam już o stwierdzeniu niemożności zwrócenia języka fallogocentrycznego przeciw jemu samemu. Nie rozumiem, na jakiej postawie orzeka się brak opcji transsygnifikacji, subwersji, reclaimingu, dekonstrukcji, nawet, jeśli konstatacja obejmuje jedynie język nauki, nie zaś beletrystykę czy ulotne akty parole. Drugim zasugerowanym problemem, który należy wprost wyartykułować, jest brak próby wskazania na genezę Spektaklu. Po trzecie, autor odwołuje się do teorii postkolonialnych, abstrahując od polskiego kontekstu, do którego specyfiki (ergo nieprzystawalności do „bardziej zaawansowanego” dyskursu euro-atlantyckiego) w innych ustępach chętnie się zwraca. Jak się zatem ma brytyjski imperializm do żelaznej kurtyny? A jak amerykańskie niewolnictwo do zaborów? Tego się nie dowiadujemy; otrzymujemy bryk z subaltern studies… hm, nie jestem pewna, czy aby Kochanowski w ogóle używa tego terminu, ale mniejsza o to.

Tam, gdzie mowa o oporze transgenderowym, opis Kochanowskiego [s. 154–155] nie bierze pod uwagę kwestii dążenia do „matriksowej” normalizacji u osób transseksualnych, a mowa o tym na przykład w tekście Małgorzaty Bieńkowskiej-Ptasznik z tomu Teatr płci pod współredakcją samego Kochanowskiego [3]. Artykuł krótki i niewyczerpujący, raczej sygnalizujący, niż zgłębiający tematykę, która jednak powinna być rozważana przez antyesencjonalistów.

Kochanowski nie jest w stanie bronić swojej pozycji bez popadania w sprzeczności. Z jednej strony kwestionuje instytucjonalne umocowania, ograniczające polilog humanistów i utrudniające queerowanie Akademii, z drugiej, publikując w prowadzonej przez siebie serii wydawniczej, poddał się weryfikacji i legitymizacji: recenzentem naukowym książki jest prof. dr hab. Paweł Dybel. Zresztą Kochanowski wysuwa postulat, by oceniające recenzje zastąpić interpretującymi komentarzami [s. 256]. Uważam, iż recenzja, by miała rację bytu, winna zawierać elementy opisu obiektu/utworu, analizę, interpretację, i dopiero w ostatniej kolejności ocenę. Rzecz jasna, te komponenty nie powinny następować po sobie, nie jestem też skłonna upierać się, że moje szkice spełniają „gatunkowe” wymagania, trudno mi jednak dociec, czego domaga się autor.

Redundantna retoryka Spektaklu i wiedzy nie pozwala nam zapomnieć, iż wedle wspomaganej performatyką teorii queer nie ma rzeczywistości, są przygodne fluksje, ubieranie ciał łatwe niczym nakładanie makijażu i zmiana stroju, gra wymuszona hegemonia znaczeń i przeciwstawiona jej wyzwalająca uniwersalizacja kurioznalności. Cóż zatem z zawołaniem do redukcji przestrzeni społecznej niesprawiedliwości. Brak po husserlowsku fenomenalnych rzeczy samych w sobie to również brak materialnego, czującego ciała, brak człowieka zagrożonego wykluczeniem. Gdyby każdy członek społeczeństwa dał się squeerować, problem wykluczeń, dyskryminacji i szykan automatycznie by się rozwiązał, ale jak uchwycić taki „abiekt referencji”? Być może rozwiązanie podsuwa streszczenie pewnych idei Pierre’a Bourdieu, w którym Kochanowski przywołuje problem reakcji jednostek, których „struktury oczywistości” są zakwestionowane lub wręcz padają ofiarą ataku [s. 100]. Wyjaśnienie byłoby wszelako tylko częściowe, pozostawię więc te wątpliwości w zawieszeniu i przejdę do higieny tekstu: spraw technicznych.

Spektakl i wiedza nie zna redaktorskiej ręki. Ilość rozmaitego typu i kalibru błędów przekracza wszelkie wyobrażenia do tego stopnia, że przytoczenie małej ich listy zakrawa na zabieg kampowy. Najpierw zatem poczet literówek:

s. 39 – ‘Trudność w recenzji tej teorii w Polsce’ [oczywiście miało być: recepcji];
s. 60 – ‘odgrywają fundamentalną role w…’;
s. 69 – ‘Klasa w jego koncepcjo obejmuje…’;
s. 76 – ‘Niemniej jednak Goffmann podkreślaną, że…’;
s. 102 – o przypisaniu ról płciowych: ‘mężczyźnie zaś rolę dominująca i aktywną’;
s. 135 – ‘mogą tez one w niezmienionym kształcie krążyć między…’ [w cytacie z Foucaulta];
s. 147 – ‘możliwość wypracowania skutecznych taktyk antynormatywneo oporu’;
s. 160 – ‘W olsce seks nadal jest tabu’;
s. 208 – ‘Po pierwsze… Po drugie… Po trzecia winna być teorią nie-doskonałą’
s. 238 w przypisie – ‘Margines jako miesjce…’;
s. 260 – ‘na rzecz rehabilitacji rożNICy’;
s. 268 – ‘Zaakceptowanie konstytutywnego charaktery władzy pociąga za sobą…’ [w cytacie z Mouffe];
s. 271 – ‘Możliwie jest jednak…. wskazywanie…’.

Teraz oto potknięcia stylistyczne, składniowe, leksykalne, i inne:

s. 81: ‘nierealna rzeczywistość’;
s. 269: ‘konflikt o charakterze antagonistycznym’ [a nie o charakterze pokojowym?];
s. 231: ‘symptom naśladowczości’ [szkoda, że nie naśladowizmu...];
s. 153: ‘otwiera to możliwość odzyskiwania przez jednostkę możliwości względnego uwolnienia…’;
s. 290: ‘kontinuum, na której…’ [ufałam, iż przyjęło się o kontinuum mówić w rodzaju męskim: ‘na którym’];
s. 214: ‘Chodzi o opowieść ironiczną, zdającą sobie sprawę z własnej lokalności, przygodności i lokalności’;

s. 158: ‘satysfakcję seksualną można w Spektaklu osiągać jedynie poprzez przemoc związaną z abiektywizacją jednostki poprzez uczynienie jej obiektem pożądania seksualnego’

i jako ostatni przykład:

s. 243: ‘Nie chodzi rzecz jasna… Chodzi zatem… Chodzi zatem…’ – tak zaczynają się trzy zdania w trzyzdaniowym przypisie.

Autor nie podaje dat oryginalnych publikacji prac, które w Polsce wyszły dużo później, albo dotąd nie wyszły wcale, a on korzysta z jakichś „niepierwszych” wydań. Jest to szczególnie rażące przy Betty Friedan i The Feminine Mistique, gdzie przypis odwołuje do edycji z 2001 roku, a streszczenie jej pracy sugeruje, że jest to rzecz właśnie tak świeża, nie zaś sprzed półwiecza. „Każdy o tym wie”? cóż, Kochanowski tłumaczy sto i sto jeden gorszych oczywistości, tutaj jakoś zabrakło mu precyzji. Czy jako feministka radykalna a obsesyjna dopatruję się w tym próby dyskredytacji Friedan? Skądże! Podaję jedynie kolejny dowód niestaranności opracowania.

Spektakl i wiedza potwierdza bezradność akademickich wywodów wokół tematów, które odnajdujemy w życiu codziennym czy w literaturze pięknej. Jacek Kochanowski gubi się zresztą w gąszczu dziedzin humanistyki, na przykład nie mając baczenia na doniosły gest secesji, uważa queer studies za dział gender studies [s. 14], a na stronie 51 o swej teorii społecznej inspirowanej socjologią pisze, iż korzysta ona „także z koncepcji filozoficznych, antropologicznych (kulturoznawczych) czy psychologicznych” – kulturoznawstwo jest częścią antropologii, czy też jej synonimem?

„Jedność w różnorodności”? W tłumaczeniu na język klasycznego rachunku predykatów hasło to brzmi: nie istnieje takie R, które nie byłoby J, każde R jest J. Kwantyfikator generalny, uniwersalizm, zasada bezwyjątkowa, hm! Gol strzelony do własnej bramki nazywamy samobójczym.

Paulina Szkudlarek

Jacek Kochanowski, Spektakl i wiedza. Perspektywa społecznej teorii queer, Wydawnictwo Wschód-Zachód, Łódź 2009. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

[1] Wystarczy przyjrzeć się programom studiów czy antologiom i podręcznikom, czego udostępnionym polskojęzycznemu odbiorcy przykładem jest opracowanie Wstęp do kulturoznawstwa autorskiego kwintetu: E. Baldwin, B. Longhurst, S. McCracken, M. Ogborn, G. Smith (przeł. M. Kaczyński, J. Łoziński, T. Rosiński, Zysk i S-ka, Poznań 2007).
[2] Kochanowski czyni użytek głównie z metodologicznych aspektów oeuvre Giddensa, nie sięgając po istotną w kontekście Spektaklu i władzy pozycję pt. Przemiany intymności. Seksualność, miłość i erotyzm we współczesnych społeczeństwach (przeł. A. Szulżycka, PWN, Warszawa 2006).
[3] M. Bieńkowska-Ptasznik, Poza binarnym podziałem płci, w: Teatr płci. Eseje z socjologii gender, red. M. Bieńkowska-Ptasznik i J. Kochanowski, Wydawnictwo Wschód-Zachód, Łódź 2008.

Data wpisu: 16 kwietnia, 2010 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe