Archiwum dla kategorii: ‘miłość’

Miłość Nie Wyklucza zmienia się na wiosnę

Początki akcji Miłość Nie Wyklucza to kilkoro aktywistów i aktywistek którzy postanowili zorganizować akcję informacyjną dotyczącą związków partnerskich. Obecnie MNW tworzy zespół prawie dwudziestu osób, które na co dzień czynnie działają w ramach akcji oraz rzesza osób wspierających nasze działania swoją wiedzą i umiejętnościami.

logo 2 Miłość Nie Wyklucza zmienia się na wiosnę
MNW Miłość nie wyklucza

Wiosna tego roku może być początkiem dużych zmian dla społeczności LGBT w Polsce. W Biurze Legislacyjnym Sejmu RP trwają prace nad opinią ws. projektu o instytucji związku partnerskiego.wkrótce w Sejmie zostaną złożone kolejne dwa projekty dotyczące związków partnerskich. Widać wyraźną zmiana w postrzeganiu problemu uregulowania prawnej sytuacji związków jednopłciowych oraz nieformalnych związków różnopłciowych.

Marzyliśmy o choć jednymprojekcie, teraz mamy aż trzy.
W zawiązku z tym akcja Miłość NieWyklucza stoi przed nowymi wyzwaniami oraz ogromem działań związanych z pracami nad złożonymi projektami. Chcemy być obecni na posiedzeniach komisji i podkomisji które będą nad nimi pracować.Niedługo startujemy także z nową odsłoną kampanii informacyjnej dotyczącej związków partnerskich. To wszystko wymaga od nas dobrej organizacji.
W związku z tym postanowiliśmydokonać zmian w strukturze i funkcjonowaniu akcji Miłość Nie Wyklucza, którychcelem jest większa profesjonalizacja naszych działań.
Z dniem 1 kwietnia 2012 r.funkcja koordynatora akcji, którą od samego początku pełnił jej pomysłodawca i inicjator Wojciech Szot, zostaje przekazana „zarządowi” złożonemu z administratorki i koordynatorów poszczególnych grup. Są nimi:
Maja Korzeniewska – Administratorka akcji MNW – czuwa nad przepływem informacji wewnątrz akcji;
Hubert Sobecki – Koordynator Grupy ds. Kampanii MNW – odpowiada za przygotowanie nowej kampanii oraz wszelkie sprawy z nią związane;
Sławomir Wodzyński – Koordynator Grupy Prawnej MNW – odpowiada za wszelkie zagadnienia prawne związane z działaniami akcji;
Marcin Szczepkowski – odpowiada za komunikację zewnętrzną i kontakt z mediami. Nadzoruje również pracę zespołu prasowego, który przejął funkcje realizowane dotychczas przez rzecznika akcji. Zespół prasowy tworzą natomiast członkowie Grupy Media/PR.
To co pozostaje niezmienne tom.in. to, że dalej działamy jako nieformalna grupa zrzeszona wokół idei wprowadzenia związków partnerskich, niezwiązana z żadną partią polityczną.
Dziękujemy Wojtkowi za blisko dwa lata wytężonej pracy, podczas których czuwał nad działaniem i wizerunkiem akcji Miłość Nie Wyklucza. Wojtek nie żegna się z akcją, pozostaje wciąż jej aktywnym członkiem.
Jeśli chcecie dołączyć do MNW i wspólnie z nami działać na rzecz wprowadzenia związków partnerskich w Polsce piszcie na adres e-mail rzecznik@miloscniewyklucza.pl.


Data wpisu: 6 kwietnia, 2012 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Po prostu miłość!

Po prostu miłość to ogólnopolska kampania społeczna, której celem jest ukazanie, iż każdy człowiek ma równe prawa do miłości bez względu na to, czy jest gejem, lesbijką, osobą biseksualną, transpłciową i queer.

Marina Milov mala 199x300 Po prostu miłość!
Marina Milov – Po prostu miłość

Marina Milov – Po prostu miłość

W kampanii wzieli udział znani ludzie mediów, rozrywki, polityki, teatru i kina, którzy pozowali w specjalnie zaprojektowanych na tą okazję koszulkach marki Shameless. Zdjęcia zostały wykonane przez fotografa Gabriela Piernikarza (jednego z autorów zdjęć do akcji „Nie czytasz. Nie idę z Tobą do łóżka”). O makijaże i fryzury zadbała Tekstura – hair & fashion, a spoty przygotowała firma Lemon.

http://www.facebook.com/poprostumilosc

http://www.poprostumilosc.eu

spoty znajdziecie: http://www.youtube.com/user/bezmiarngo


Data wpisu: 20 lutego, 2012 autor wpisu: Monika admin Czaplicka  |  Komentowanie nie jest możliwe

Po prostu miłość

Po prostu miłość to ogólnopolska kampania społeczna, której celem jest ukazanie, iż każdy człowiek ma równe prawa do miłości bez względu na to, czy jest gejem, lesbijką, osobą biseksualną, transpłciową i queer.

403607 2225117602316 1679059351 1513737 1525600298 n 300x212 Po prostu miłość

Po prostu miłość

W kampanii wzieli udział znani ludzie mediów, rozrywki, polityki, teatru i kina, którzy pozowali w specjalnie zaprojektowanych na tą okazję koszulkach marki Shameless. Zdjęcia zostały wykonane przez fotografa Gabriela Piernikarza (autora zdjęć do akcji „Nie czytasz. Nie idę z Tobą do łóżka”).


Kampanii towarzyszyć będą krótkie filmy zza kulis, które zamieścimy już niedługo

w internecie (YouTube, Facebook, Twitter, Frpdm.pl, Poprostumilosc.eu).

A zwieńczeniem kampanii Po prostu miłość będzie wernisaż wystawy zdjęć, który zobaczymy 13go lutego w Cukrach podczas VI Festiwalu Równe Prawa Do Miłości.

Zapraszamy!

Wernisaż wystawy Po prostu miłość

Cukry

Ul. Ogrodowa 31/35

Start: 19.00

Wstęp wolny

Zapraszamy na strony:

Festiwal Równe Prawa Do Miłości

www.frpdm.pl

www.facebook.com/FestiwalRownePrawaDoMilosci

Shameless

www.facebook.com/letsbeshameless

Gabriel Piernikarz

www.gabrielpiernikarz.com


Data wpisu: 3 lutego, 2012 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Kazuo Ishiguro, „Nie opuszczaj mnie”

Kazuo Ishiguro, angielski powieściopisarz japońskiego pochodzenia, po raz kolejny zaintrygował mnie na tyle, że postanowiłam wrócić do jego niepokojącego świata. Nie opuszczaj mnie to jego szósta powieść. Zekranizowana (reż. Mark Romanek, 2010), raczej nie odniosła spektakularnego sukcesu, ale dała wydawnictwu pretekst do nowej edycji z „filmową” okładką.

Powieść jest niepokojąca, wręcz straszna. Akcja toczy się w Anglii, raczej we współczesności… ale w alternatywnej współczesności. Częstym chyba motywem fabularnym jest, że podczas drugiej wojny światowej naukowcy nad czymś pracowali i osiągnęli sukces, który jest wykorzystywany, wdrożony pod koniec XX wieku*. Takim chwytem posiłkuje się tu Ishiguro. Mamy pierwszoosobową narratorkę, kobietę tuż po trzydziestce – Kathy H. Na początku opowiada o swojej pracy, którą wykonuje już od lat, i którą – ze względu na ten staż (!) – jest bardzo zmęczona. Podróżuje pomiędzy swego rodzaju ośrodkami, w których opiekuje się osobami – o czym się dość szybko dowiadujemy – oddającymi narządy do przeszczepów. Gdy zwierzchnicy uznają, że Kathy powinna zostać dawczynią, przestanie być opiekunką, trafi między swoich. Narratorka wspomina, że wszyscy jej znajomi znacznie szybciej rozpoczęli taką rolę, znacznie krócej niż ona byli opiekunami.

Kobieta wspomina swe dzieciństwo w Hailsham, szkole z pensjonatem. W odróżnieniu od normalnych takich szkół, z jakich słynie Wielka Brytania, nie przyjeżdżał nikt nowy, nikt nie odchodził z grona wychowanków, dzieci nie były też odwiedzane. Niekiedy tylko na teren szkoły docierał handlarz używanymi rzeczami, a czasem kobieta nazywana Madame. Opowieść Kathy niczego nie deklaruje wprost, ale przez pominięcie sfery życia obejmującej pochodzenie czy status społeczny, tudzież materialny, stopniowo uświadamiamy sobie, że dzieci ze szkoły nie mają rodziców ani rodzeństwa, nie są jednak opisywane jako sieroty. Wychowanie wydaje się liberalne (np. jeśli chodzi o rozwój seksualności), ale i na nutę pretensjonalności. Fetyszem szkoły jest „kreatywność” dzieci; wszyscy są nawet nie zachęcani, a zmuszani, do produkcji przedmiotów artystycznych, zwłaszcza plastycznych. Cyklicznie urządzane są wystawy, podczas których dorobek uczniów i uczennic ogląda Madame, wybierając dla siebie to, co się jej szczególnie podoba. To wielkie wyróżnienie. Dzieci mogą też brać swoje prace nawzajem. Popularność w tym zakresie również buduje uczniowski prestiż.

Dzieci rosną. Rodzą się sympatie, związki, antypatie. Zdarzają się marzenia o przyszłości, np. o pracy w biurze. Pojawiają się wzmianki, że uczennice i uczniowie wiedzą, iż nigdy nie będą rodzicami. Niektóre sprawy z dzieciństwa idą w zapomnienie, inne się intensyfikują.

Kathy ma parę przyjaciół, związanych ze sobą, Ruth i Toma. Ruth się nieco wywyższa, jest prowodyrką, przywódczynią, szafarką łaski grupowej akceptacji. Tommy w pierwszych latach szkoły był bardzo wyśmiewany przez rówieśników, i choć z tego wszyscy wyrośli, niewątpliwie to coś, co obciąża pamięć – tym bardziej, że chłopiec nie potrafił być „kreatywny” plastycznie… Ruth to mistrzyni dogadywania, wbijania szpilek, poniżania, przy czym jest też kapryśna, i niekiedy nie wiadomo, jak się zyskuje, a jak traci jej względy. Kathy zaś wydaje się zupełnie przeciętna.

Po skończeniu szkoły absolwenci przenoszeni są do wiejskich posiadłości, gdzie przez pewien czas mają pisać coś w rodzaju pracy dyplomowej. Są wyizolowani, ale nie tak drastycznie, jak w szkole. Mogą np. podróżować. Ruth, Tommy i Kathy trafiają do tego samego domu, poznają o rok starszych absolwentów – współlokatorów. Mieszając się z ludźmi z innych szkół, słyszą, ze ich Hailsham uchodzi za wyjątkową, ekskluzywną. Absolwenci, jedni po drugich, decydują się na podjęcie nauki na bliżej nieokreślonych kursach przygotowujących.

Stopniowo rozmaite wzmianki mnożą się na tyle, że obraz powieściowej rzeczywistości staje się klarowny. Bohaterowie są klonami hodowanymi na narządy. Nie uciekają, nie protestują. Ich ingerencja we własny los sprowadza się ewentualnie do ciekawości, kto jest prototypem. Posród postaci przedstawionych nam przez Ishiguro tylko Ruth – po usłyszeniu rozmaitych dających wychowankom Hailsham nadzieję plotek – bardzo zależy na tym, by odnaleźć tajemniczą Madame, i dowiedzieć się, czy osoby, których prace ta mecenaska wybierała, miały szansę na uniknięcie swego losu: czy to prawda, że odsłonięcie swej duszy poprzez sztukę sprawi, że wychowanek, doceniony przez Madame, uzyska „odroczenie”.

Perspektywa owego uniknięcia rysowana jest tylko w ramach ewentualnego oficjalnego przyzwolenia. Uzyskać, nie wywalczyć ani nie oszukać. Żaden z (przyszłych) dawców nie próbuje ucieczki. W wywiadzie Ishiguro wspomniał, że to właśnie uważa za ciekawsze. Przecież w ramach naszej codzienności cierpimy wiele niedogodności, przykrości, doświadczamy bólu i nieszczęść – a jednak totalny bunt, ucieczka z wrogiej (lub postrzeganej jako wroga) rzeczywistości jest rzadkością. Niedawno miałam okazję zwiedzić wystawę Polowanie na awangardę. Zakazana sztuka w Trzeciej Rzeszy w krakowskim MCK – podczas lektury notek biograficznych zadziwiło mnie, jak wielu prześladowanych przez reżim nazistowski artystów wybierało „emigrację zewnętrzną” zamiast ewakuacji na drugi koniec świata.

Jednak w przypadku Nie opuszczaj mnie oczywiście na myśl przychodzi bunt replikantów z Łowcy androidów (reż. Ridley Scott, 1982), ich daremna pielgrzymka do siedziby ojca-stworzyciela i niespełnione marzenie o wydłużeniu życia.

Szczegóły pracy opiekunów ani dawców nie są znane. Wiemy tylko, że po całej Anglii rozsiane są ośrodki rehabilitacyjne, w których żyją klony-dawcy (osoby pozbawione przynajmniej jednego organu), i opiekunowie jeżdżą między tymi lokacjami. To wydaje się kompletnie nieracjonalne: opiekunowie, jak Kathy, tracą czas na szosach, nie pełnią funkcji pielęgniarskich, a jedynie słuchają, pocieszają, spędzają wspólnie z przypisanymi sobie dawcami czas. Trudno zrozumieć celowość takich działań. Czy władzom zależy, by dawcy mieli u kresu życia kontakt z jakąś podobną sobie osobą, która również korzysta, widząc i rozumiejąc, jaki los czeka i na nią samą? W każdym razie właśnie nieznane władze decydują o tym, jak długo opiekun jest opiekunem, nim trafi na stół operacyjny.

Dawcy klasyfikowani są na podstawie ilości pobrań. Standardowo „wystarczają” na trzy, ale niektórzy są w stanie żyć po usunięciu czterech organów (Ishiguro nie precyzuje, na co jest popyt, ale łatwo sobie wyobrazić, iż oddanie do transplantacji nerki czy rogówki pozwala jeszcze na dalsze życie, zaś pobranie serca jest zdecydowanie ostatnią donacją) – to oczywiście wyjątki. Oczywiście i Ruth, i Tom znacznie wcześniej, niż Kathy, odchodzą z pracy opiekunów. Po którymś swym pobraniu Ruth umiera. Kathy zostaje kochanką Toma (seks nigdy nie był represjonowany, nawet w szkole z internatem). Ruth pozostawiła obojgu prezent: adres Madame.

Kathy i Tom wybierają się tam z wizytą, i udaje się im porozmawiać z dwiema osobami odpowiedzialnymi za kształt ich dzieciństwa. Od samej Madame i panny Emily z Hailsham dowiadują się, że projekt wychowywania klonów „na ludzi” był od początku społecznie kontrowersyjny, ale fundacja stojąca za Hailsham działała i wpływała na opinię publiczną, póki były na to środki. Współcześnie nie ma już takich szkół ani takich programów wychowawczych. I nie, niczego nie da się zrobić. Nie ma „odroczeń”, których koncepcja krążyła wśród byłych wychowanków jako urban legend (kobiety wspominają, że co roku dwoje lub troje wychowanków trafia do ich azylu z podobnego rodzaju nadziejami). Później Tommy umiera. Kathy już tylko czeka, kiedy to ją wyznaczą na dawczynię.

Mój opis brzmi, jak gdyby powieść Ishiguro była jakimś horrorem science–fiction. Nie jest. Narracja jest bardzo… delikatna. Pełna eufemizmów: wychowankowie, dawcy, ośrodek. Żadnego sztafażu np. technologicznego (w filmowym zwiastunie widzimy, że uczniowie mają czipy identyfikacyjne wszczepione w nadgarstki, że poruszają się w zsynchronizowany sposób jak podczas ćwiczeń wojskowych: spełnione marzenie wychowawców z brytyjskich boarding schools). Po prostu dowiadujemy się, że w latach pięćdziesiątych możliwe stało się klonowanie, i postanowiono wykorzystywać to w leczeniu ludzi–nieklonów. Pewna grupa działaczy społecznych postanowiła dowodzić, że klony mają autonomiczne człowieczeństwo… nie negując ich roli rezerwuarów części zamiennych. Ot, tyle.

Niemal zupełnie nie ma perspektywy normalnego świata. Poza szkołą, w której i tak przyjmuje się strategię niezadawania pytań, klony (niczym Scottowscy replikanci w siedzibie Tyrell Corporation) mają jedną szansę, by się czegoś o sobie dowiedzieć. Nie jest jasne, czy rozmaite wydarzenia, do jakich nawiązuje odpowiadająca Kathy i Tommy’emu panna Emily, są dla pytających zrozumiałe (np. pada potoczne, medialne określenie pewnego skandalu, którego ujawnienie pociągnęło za sobą zamykanie szkół – ośrodków i walkę o uznanie podmiotowości klonów). Nie przeczytamy, czy donacji dokonywano na rzecz osób będących pierwowzorami danego klona, czy – obcych, ale pasujących, jak w realnie praktykowanych transplantacjach.

Wiemy przede wszystkim, że ukrócono plany tworzenia klonów doskonalszych, aniżeli zwykli ludzie, w obawie, by „nadludzie” nie opanowali społeczeństwa i nie przejęli władzy (takie określenie w powieści nie pada, ale taki jest sens).

Jeśli chodzi o tytuł, jest raczej niegodny uwagi: odnosi się po prostu do sentymentalnej piosenki, której chętnie słuchała Kathy, przy której snuła marzenia – na tym kiedyś przyłapała ją Madame, ale zinterpretowała zachowanie małej marzycielki zupełnie nietrafnie. Nie lubię tego rodzaju popkulturowych kluczy, sugerujących niesamowitą ważność (albo i głębię) rozrywkowych piosenek. Świetnie, że powieść jest lepsza, niż jej tytuł. W odróżnieniu jednak od Pejzażu w kolorze sepii, w którym tylko bardzo uważny czytelnik odnalazł wyjaśnienie zagadki Etsuko, od stopniowo rozjaśniającego mroki swej przeszłości Masuji’ego Ono z Malarza świata ułudy, czy od enigmatycznego do ostatniej strony Niepocieszonego, Nie opuszczaj mnie oferuje iście hollywoodzką kulminację i rewelację (w etymologicznym znaczeniu tego słowa), przy braku happy endu**.

Ishiguro opowiada o kresie życia. Kresie u bohaterów następującym szybciej, aniżeli jesteśmy do tego w naszych czasach i naszej formacji kulturowej przyzwyczajeni. Kresie nieuniknionym. Zauważmy przy okazji, iż sztuka (wychowanie artystyczne) w Hailsham jest ekwiwalentem religii – to pewnego rodzaju niespełnialna obietnica otwarcia drzwi do innego świata, w którym rozpościerają się możliwości niedostępne w rzeczywistości hic et nunc. Parareligijna retoryka pobrzmiewa także we wspomnianych wyżej eufemistycznych określeniach odnoszących się do spraw bolesnych i drastycznych. Retoryka ta ma nie tylko koić (dawcy powinni być „wyciszeni” – s. 11), ale i dawać wyższe uzasadnienie procederom niezwykle śliskim etycznie. Najlepszym dowodem na człowieczeństwo bohaterów jest fakt, że szkolne opowieści Kathy czytamy jak Bildungsroman! Autor w sposób bolesny, ale zarazem subtelny przypomina, że czas nas wszystkich jest ograniczony, choć w przypadku jego bohaterów – ograniczony bardziej. Wniosek banalny, jednak przemawia do wyobraźni, jeśli pomyśleć, że w świecie Nie opuszczaj mnie „zejścia” mają miejsce w wieku, który my sytuujemy na granicy młodości i pełnej dojrzałości, przed wejściem w tzw. smugę cienia. Kiedy jesteśmy zadomowieni w życiu.

Paulina Szkudlarek

Kazuo Ishiguro, Nie opuszczaj mnie, przeł. Andrzej Szulc, Albatros, Warszawa 2011 (wyd. III).

Przypisy:

* Pomysł taki pojawia się w licznych mangach, by – z obecnych na polskim rynku – wymienić: Hellsing (Kohta Hirano, wyd. JPF), Full Metal Alchemist (Hiromu Arakawa, wyd. JPF) czy Ikagami (Motorō Mase, wyd. Hanami). Przykładowe powieści posiłkujące się tym motywem to Oryks i Derkacz Margaret Atwood (przeł. Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Zysk i S-ka, Poznań 2004) czy też Diamentowy wiek Neala Stephensona (przeł. Jędrzej Polak, Zysk i S-ka, Poznań 1997).

** Tu kontekstem dla Ishiguro może być powieść Ludzkie dzieci P. D. James (przeł. Maria Gębicka-Frąc, Mag, Warszawa 2006), znanej lepiej jako autorka poczytnych kryminałów. Jej antyutopia – również zekranizowana (reż. Alfonso Cuaron, 2006) – kończąc się wydarzeniem zbawiennym dla świata, intencjonalnie pociesza, ale zarazem gloryfikuje konserwatyzm obyczajowy i grozi odwróceniem toku emancypacji wywalczonej w XX wieku.

Data wpisu: 15 grudnia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Seks, miłość i gejowskie rodeo

Debiutancka powieść Dariusza Chęcińskiego „Poniżej pasa, czyli bezpruderyjna miłość”, to historia dwudziestopięcioletniego geja – Kuby, który opowiada o swoim beztroskim, młodzieńczym życiu.  Miłości i Zdradzie. Uśmiechu i łzach smutku.

okładka na strone 202x300 Seks, miłość i gejowskie rodeo

Poniżej pasa, czyli bezpruderyjna miłość

Ukazuje dwa różne światy, z którymi przyszło mu się zmierzyć. Obraz świata zewnętrznego – uczuciowy, a także świat bezpruderyjnego nierządu i seksu, pełen opisów i obrazów żywego porno.

Najpierw olśnienie: jestem gejem. Chyba? Na pewno! Pierwszy seks – testowanie siebie. Wynik dodatni. Ulga i trauma coming outu. Wczesna dorosłość – z wyboru czy z konieczności? Zaliczanie… kolejnych seksualnych egzaminów. Wielka sesja. Rajd po klubach, darkroomach, wyrach. Gdzie w tym wszystkim ja? Dajcie mi miłość, a podniosę Ziemię! Nadzieje i frustracje. Złudzenia zyskiwane i tracone. Czas odnaleziony. Ten ostatni seks – znowu testowanie. Wynik dodatni. Jak teraz żyć? To droga Kuby. To droga niejednego geja. Przejdź ją ponownie z bohaterem książki Dariusza Chęcińskiego. Zastanów się chwilę. Znowu olśnienie: to tylko twoja, tylko twoja wina – i chwała Bogu, świetnie. Niech prawda pozostanie naga i podniecona. Idźmy dalej.

To historia pełna nieodpowiedzialnych i pełnych zawirowań wyborów. Wyborów, które często prowadzą donikąd, ukazując negatywne konsekwencje nieostrożnego współżycia.

Prezentując „program na lepsze”, publikacja ta przybiera formę poradnika, który może być pomocny w odpowiedzi na wiele nurtujących pytań, związanych z naturą osób homoseksualnych, sposobem i trybem ich życia. Drogowskazem dla młodych gejów i lesbijek w swoim coming out’cie, ucząc samoakceptacji i  psychicznego przetrwania w odtrąceniu.

Książkę można nabyć w cenie 25 złotych na bearbook.pl, allegro.pl – a także w wybranych klubach.


Data wpisu: 30 października, 2011 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

[konkurs] Kolejny magiczny wieczór

Kolejny magiczny wieczór. Czym jest jego magia? Czym wobec Twoich oczu?

Siedzimy w tłumie rozchichotanych dziewcząt, gdzie dolną linię dźwięku wyznacza męski bas. Szkło dzwoni obijając się o siebie, szklanki, butelki, a gdzieś z drugiego końca stołu słychać zgrzyt otwierającej się puszki. Słowa bez wszelkiego ładu wędrują w przestrzeń obijając się o moje uszy. Mężczyzna obok opowiada nieprzyzwoity dowcip, euforia alkoholowej rozkoszy rozlewa się na wszystkich. Czerwone, przepite, roześmiane twarze, uprawiające pijacką mądrość i humor od ostatniej klepki. Jeszcze kilka głębszych i faceci zaczną dobierać się do dziewczyn, swoich, nie swoich, nie ważne w kogo. Cel jest jeden. Nie chcę o tym myśleć, nie teraz, w głowie mam tylko jedno – ciebie. Siedzisz kawałek dalej, zajęta rozmową z przyjaciółką. Rozmawiaj, ale wiedz, że przegryzam wargę, na samą myśl, co mogę tobie zrobić. Rozmawiaj, jeszcze chwila…

Zauważasz moje spojrzenie, nie da się ukryć, że swoim wzrokiem już dawno rozebrałam cię. Moja cierpliwość już dawno przekroczyła granice, pożądanie, które rosło od samego początku wieczoru, stało się nie do opanowania. Nie odrywając wzroku wstaję, podchodzę do ciebie i chwytam za dłoń. Już wiesz, co masz robić. Milczymy obie, słów nie trzeba, nie teraz.

Biegniemy ulicą, jest pusta, wiatr pieści nasze twarze, stukot butów odbija się od kamienic, echo wyprzedza nas, niosąc swą wiadomość daleko w ciemność. Droga się dłuży, choć już tyle pozostało za nami. Oczekiwany cel został osiągnięty. Wpadamy do mrocznej klatki schodowej, a jej zimno przeszywa ciało. Popycham cię na odrapaną, zimną ścianę, oddech przeszywa nicość. Wpijam się w usta, mocno, stanowczo, przegryzając do krwi dolną wargę. Syknęłaś z bólu. Bez pozwolenia wdzieram się pod twą koszulę, nienasyconymi dłońmi szukam piersi, są takie kształtne, tak spragnione mojego dotyku. Odpychając mnie mówisz:

- Tutaj chcesz mnie? W mieszkaniu będzie bezpieczniej…

- Będę cię pieprzyć gdzie mi się podoba.

Twój śmiech łamie mrok, jest jak słońce w nicości zdartych ścian.

- Chodź, wariacie, chodź do domu.

 


Data wpisu: 24 września, 2011 autor wpisu:  |  Komentowanie nie jest możliwe

Życiorysy skradzione. „Frascati” i „Encyklopedierotyk” Ewy Kuryluk

Frascati, tytuł autobiograficznej książki Ewy Kuryluk to zarazem nazwa ulicy, przy której mieszkała rodzina artystki. Rodzina niezwykła, i w sposób szczególny doświadczana przez historię. Ojciec, Karol zwany Łapką (1910-1967), przedwojenny socjalista, pośmiertnie odznaczony medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, był przez krótki czas PRL-owskim ministrem kultury, pracowitym i kompetentnym, opowiadającym się – przypomnijmy, w latach pięćdziesiątych – za otwarciem Polski na Zachód. Jego inicjatywą było powołanie Instytutu Francuskiego, w którym pracował Foucault. Matka Miriam–Maria (1917-2001), pisarka i tłumaczka, to ocalona z Holokaustu Żydówka, ciężko znosząca swój powojenny los pani ministrowej, ambasadorowej, później – matki córki emigrantki i syna, pacjenta Tworek.

Ewunia (ur. 1946) była w dzieciństwie rozdarta pomiędzy propagandową afirmacją ówczesnej polskiej rzeczywistości a podpatrywanym u rodziców sceptycyzmem, przy czym dostała szansę na poszerzenie horyzontów nie tylko przez czas ambasadorowania ojca w Wiedniu, ale również dzięki wysokiej kulturze i erudycji obojga rodziców. Życie dostatnie w kochającej się rodzinie nie było jednak sielanką ze względu na – kolejno – powracające wojenne traumy, antysemityzm, uwikłanie polityczne i choroby psychiczne. Schizofrenia matki, ujawniające się już w dorosłym wieku problemy brata Piotra, przedwczesna śmierć ojca… Ewa ukończyła studia artystyczne, i z biegiem czasu zyskała zasłużoną sławę na polu sztuk plastycznych. Dzięki znajomości języków obcych potrafiła stawić czoła życiu na emigracji – nie wegetować, nie koncentrować się na zarabianiu „walut”, tylko pracować i rozwijać się zgodnie z zainteresowaniami zaiste godnymi „błękitnego ptaka”, zarazem wolna, jak i obarczona świadomością trudów, z jakimi w Polsce zmagali się matka i brat. Nie są to jednak tematy, na których się we Frascati koncentruje.

Z „moralnego” punktu widzenia warto odnotować, iż dopiero po śmierci matki Kuryluk zaczęła pracę nad tą książką, odmalowując obraz pełniejszy i śmielszy, aniżeli we wcześniejszym Goldim (w tym przypadku tytuł odnosi się do imienia chomika, jakiego Ewunia i Piotruś mieli w dzieciństwie).

Całość jest chaotyczna i nierówna. Wpierw w narracji przeważają nieuporządkowane i fragmentaryczne skojarzenia dotyczące różnych okresów, potem stopniowo wypełniają się puste miejsca, pod koniec bierze górę skrupulatność dokumentacyjna. Pretekstem do snucia wspomnień są rozmowy ze starą wówczas matką, jednak w odpowiednich momentach autorka dopowiada co się w poruszanej kwestii później okazało. Na przykład wcześniej sceptycznie podchodziła do przekonania matki, iż przy usuwaniu bluszczu ze ścian budynku służby specjalne zamontowały tam podsłuchy. Ewa zawsze uważała takie gadanie matki za związane z jej przeżyciami wojennymi oraz za symptom choroby psychicznej (manii prześladowczej towarzyszącej schizofrenii), tymczasem przy przebudowie dokonywanej już po śmierci staruszki odnaleziono aparaturę podsłuchową z lat pięćdziesiątych.

Najmniej w tych wspomnieniach dorosłej Kuryluk. Mimochodem przemycone informacje o jej studiach i emigracji, mieszkaniu między innymi w Nowym Jorku, we Frascati znajdujemy tylko przy okazji opisywania kłopotów matki i Piotra, poniżanych i szkalowanych z powodu pobytu córki na Zachodzie. Osobnym wątkiem są peregrynacje Kuryluk na Wschód, w poszukiwaniu śladów rodzinnych powiązań. Zdaje się, że najmniej istotną determinantą osobistych i publicznych dylematów autorki było pochodzenie matki – i jej związane z Holokaustem przeżycia. Mimo wspólnoty pokoleniowej brak tu elementów narracji nasuwających skojarzenia ze skądinąd znakomitym Utworem o matce i ojczyźnie Bożeny Keff–Umińskiej.

Jak zostało to wyżej powiedziane, na rodzinie Kuryluków szczególne piętno wywarł problem zmagań z chorobami psychicznymi. Relacje dotyczące terapii, jakiej w Wiedniu była poddawana matka, wydawały mi się straszniejsze, niż opis pobytów Piotra w podwarszawskich Tworkach. W Wiedniu miał być przecież wolny świat i pacjentka o wysokim statusie społecznym: ambasadorowa. Tymczasem lekarz okazał się potwornym Marionettenspielerem, a na dodatek byłym nazistą, co ze względu na narodowość (czy też pochodzenie etniczne) kobiety niemalże nie skończyło się tragedią – terapeuta wmawiał jej poczucie winy i niższości, co katalizowało skłonności samobójcze. Na szczęście „leczenie” udało się przerwać. To interesujące, że najboleśniejszego powojennego aktu antysemityzmu Miriam doświadcza w najwyraźniej nie dość zdenazyfikowanej Austrii. Piotr przeżył natomiast wiele trudnych lat w Tworkach. Pamiętajmy, że nawet w świecie po drugiej stronie żelaznej kurtyny były to czasy – by tak rzec – lotów nad kukułczymi gniazdami, czego można było zatem oczekiwać po szpitalu psychiatrycznym w sytuacji PRL-owskiego nieustającego kryzysu, wszelkich niedoborów i braku etosu pracy? To ostatnie wiąże się z okrutnym podejściem do człowieka–pacjenta, któremu służba zdrowia winna – jak sama nazwa wskazuje – służyć.

Kuryluk to fascynujące historie rodzinne, to równie fascynujący „własny” życiorys, i Frascati wywarło na mnie ogromne wrażenie. Przy okazji więc wróciłam do książki, która parę lat temu mnie zafascynowała – „szarej książeczki” pod tytułem Encyklopedierotyk [1]. To tomik zbierający apokryficzne listy pisane przez Rolanda Barthesa, do niego i o nim, a dotyczące głównie projektu stworzenia przez grono specjalistów poststrukturalnego kompendium dotyczącego erotyki. Rzecz poprzedzona jest opowieścią o tym, jak te listy trafiły do autorki, i uzupełniona przez zdjęcia i ilustracje. Nawiasem mówiąc, tam właśnie po raz pierwszy widziałam reprodukcję słynnej karykatury „Piknik strukturalistów”.

Projekt encyklopedii wsparty jest narracjami o miłosnych losach postaci. Na przykład samego Barthesa opuścił wielbiony przezeń kochanek Edmund, dużo młodszy, obiecujący artysta i Barthes (a wraz z nim czytający) nie wie co się z nim dzieje.

Listy piszą też współpracownicy Barthesa. Oto na przykład Yuki, młoda przedstawicielka humanistyki japońskiej (w pewnym momencie ktoś w rodzaju seksualnej niewolnicy swojej uczelnianej przełożonej), później emigrantka, która swoją życiową miłość – Edmunda właśnie – spotkała w amerykańskim szpitalu psychiatrycznym, do którego nie bez powodów trafiła. Jest też starzejący się Grek, prawdopodobny partner Barthesa z młodości i inni. Jest też wspomnienie Foucaulta z jego warszawskiego epizodu, kiedy to rzekomo niemal poddał się urokowi Karola Kuryluka, i kiedy ojciec Ewy rzekomo niemal dał się Francuzowi uwieść. Oczywiście to piękne i stosowne dowodzenie braku homofobicznych uprzedzeń potrzebne autorce, której książka mówi o jakże „nieuporządkowanych” związkach jednopłciowych.

Jak wspomniałam, swego czasu ta propozycja Kuryluk mnie oczarowała, choćby dlatego, iż według mnie w Polsce Barthes jest niedoceniany, ignorowany, wykorzystywany przede wszystkim przez średnio kompetentnych literaturoznawców; ewentualnie słynne Mitologie sytuowane są w kanonie założycielskim studiów kulturowych. Mało wiadomo o biografii Barthesa, a ja – odruchowo acz naiwnie – założyłam, że Kuryluk odnosi się do realnych sytuacji dotyczących relacji między opisywanymi ludźmi, i w inspiracji nimi buduje swą fikcję. Frascati dowodzi jednak, że wiele w Encyklopedierotyku pochodzi wprost ze świata wspomnień Kuryluk. Barthes ma hodować kaktusa „korona cierniowa”, jakiego przez wiele lat miała Maria Kuryluk. „To kaktus palestyński – pisała mamon – ma siedem lat, tyle, co Ty chéri. A będzie żył jeszcze sto” [2].

Powinnam być zachwycona, że w swoim czasie pozwoliłam ponieść się magii opowieści i dać wiarę różnym jej elementom, ja zaś narzekam, że mnie Kuryluk oszukała. Z drugiej strony autorka ukazała mi się jako autoplagiatorka, wykorzystująca co najmniej dwukrotnie te same motywy niejako okradające własną rodzinę.

Wspomnieniom „własnym” towarzyszą wpadki merytoryczne. Należy do nich materia listu Madame Barthes do syna. Kobieta przyznaje się w nim do bardzo szczęśliwego romansu, jaki się jej zdarzył w średnim wieku, do miłości do znacznie młodszego od niej mężczyzny, z którym na początku drugiej wojny światowej wzięła potajemnie ślub, z którym miała dziecko – nie przeżyło. W narracji Kuryluk przy koncentracji na miłościach trudnych i nieoczywistych fragmenty te miały być chyba przełamaniem wizerunku Madame Barthes jako wiecznie oddanej Rolandowi, pozbawionemu ojca homoseksualiście, który nigdy nie wyfrunął spod matczynych skrzydeł. Kuryluk nie wiedziała o czymś dość istotnym: Barthes – przed skończeniem roku osierocony przez ojca – miał młodszego brata, gdyż parę lat po narodzinach Rolanda Henrietta miała romans z pewnym, jak twierdzi Jonathan Culler, artystą. Całe późniejsze życie mieszkała z obydwoma synami (Barthes chyba to ukrywał) [3].

Ponadto Kuryluk każe mówić i pisać o głównym bohaterze per Rolo. W mowie to brzmi niemal „Rolą” (co nie jest bynajmniej chybione), jednak bohater nie był w ten sposób nigdy nazywany. A jak? Erbé. Dokładnie tak, jak i po polsku i po francusku czyta się jego inicjały.

Na tylnej stronie okładki wydawnicza notka nazywa tłumaczeniem listów, zaś we wstępie Kuryluk wspomina, że warto byłoby je reprodukować z uwagi na ich walory graficzne, cechy pisma odręcznego, rodzaj papieru na jakim powstały, jako współdeterminujące ich charakter. Przyznajmy, sugestia jest silna. Uległa jej Anna Małczyńska, wprawdzie za motto swego artykułu przyjmując słowa Barthesa: „Rozkosz lektury ręczy za swą prawdę”, jednak urzeczona napisała, iż „wiele stron poświęciła Kuryluk biografemom powszechnie znanym” – i obok np. Barthesowskiej miłości do Japonii wymieniła kaktus palestyński, „który [Barthes] dostał od matki w siódme urodziny i z którym nie rozstawał się do końca swoich dni” [4].

W wywiadzie z 1971 roku Barthes powiedział, że „biografia to powieść, która nie śmie wymawiać swojego imienia” [5]. Niekiedy jednak mimowolnie je zdradza, determinując konteksty naszych lektur. Czytane autonomicznie Frascati i Encyklopedierotyk wywierają ogromne wrażenie, w zestawieniu zawodzą, a „życiopisarstwo” jawi się jako wykoncypowana sztuczka w najlepszym razie kojarząca się z sięganiem do zestawu „małego majsterkowicza” – w najgorszym, z operacją na otwartym sercu.

Paulina Szkudlarek

Ewa Kuryluk, Frascati, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010.
Ewa Kuryluk, Encyklopedierotyk, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2001.

[1] Użyte określenie zaczerpnęłam z tytułu omówienia Encyklopedierotyku: Sekret szarej książeczki Anny Małczyńskiej (w: Lektury poststrukturalistyczne, red. Katarzyna Liszka, Rafał Włodarczyk, Chiazm, Wrocław 2007).
[2] Ewa Kuryluk, Encyklopedierotyk, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2001, s. 28.
[3] Jonathan Culler, Barthes: A Very Short Introduction, Oxford University Press, Oxford 2002, s. 8.
[4] Anna Małczyńska, Sekret szarej książeczki, op. cit., s. 62.
[5] Roland Barthes, Réponses, „Tel Quel”, nr 47, 1971.

Data wpisu: 13 kwietnia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Życiorysy skradzione. „Frascati” i „Encyklopedierotyk” Ewy Kuryluk

Frascati, tytuł autobiograficznej książki Ewy Kuryluk to zarazem nazwa ulicy, przy której mieszkała rodzina artystki. Rodzina niezwykła, i w sposób szczególny doświadczana przez historię. Ojciec, Karol zwany Łapką (1910-1967), przedwojenny socjalista, pośmiertnie odznaczony medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, był przez krótki czas PRL-owskim ministrem kultury, pracowitym i kompetentnym, opowiadającym się – przypomnijmy, w latach pięćdziesiątych – za otwarciem Polski na Zachód. Jego inicjatywą było powołanie Instytutu Francuskiego, w którym pracował Foucault. Matka Miriam–Maria (1917-2001), pisarka i tłumaczka, to ocalona z Holokaustu Żydówka, ciężko znosząca swój powojenny los pani ministrowej, ambasadorowej, później – matki córki emigrantki i syna, pacjenta Tworek.

Ewunia (ur. 1946) była w dzieciństwie rozdarta pomiędzy propagandową afirmacją ówczesnej polskiej rzeczywistości a podpatrywanym u rodziców sceptycyzmem, przy czym dostała szansę na poszerzenie horyzontów nie tylko przez czas ambasadorowania ojca w Wiedniu, ale również dzięki wysokiej kulturze i erudycji obojga rodziców. Życie dostatnie w kochającej się rodzinie nie było jednak sielanką ze względu na – kolejno – powracające wojenne traumy, antysemityzm, uwikłanie polityczne i choroby psychiczne. Schizofrenia matki, ujawniające się już w dorosłym wieku problemy brata Piotra, przedwczesna śmierć ojca… Ewa ukończyła studia artystyczne, i z biegiem czasu zyskała zasłużoną sławę na polu sztuk plastycznych. Dzięki znajomości języków obcych potrafiła stawić czoła życiu na emigracji – nie wegetować, nie koncentrować się na zarabianiu „walut”, tylko pracować i rozwijać się zgodnie z zainteresowaniami zaiste godnymi „błękitnego ptaka”, zarazem wolna, jak i obarczona świadomością trudów, z jakimi w Polsce zmagali się matka i brat. Nie są to jednak tematy, na których się we Frascati koncentruje.

Z „moralnego” punktu widzenia warto odnotować, iż dopiero po śmierci matki Kuryluk zaczęła pracę nad tą książką, odmalowując obraz pełniejszy i śmielszy, aniżeli we wcześniejszym Goldim (w tym przypadku tytuł odnosi się do imienia chomika, jakiego Ewunia i Piotruś mieli w dzieciństwie).

Całość jest chaotyczna i nierówna. Wpierw w narracji przeważają nieuporządkowane i fragmentaryczne skojarzenia dotyczące różnych okresów, potem stopniowo wypełniają się puste miejsca, pod koniec bierze górę skrupulatność dokumentacyjna. Pretekstem do snucia wspomnień są rozmowy ze starą wówczas matką, jednak w odpowiednich momentach autorka dopowiada co się w poruszanej kwestii później okazało. Na przykład wcześniej sceptycznie podchodziła do przekonania matki, iż przy usuwaniu bluszczu ze ścian budynku służby specjalne zamontowały tam podsłuchy. Ewa zawsze uważała takie gadanie matki za związane z jej przeżyciami wojennymi oraz za symptom choroby psychicznej (manii prześladowczej towarzyszącej schizofrenii), tymczasem przy przebudowie dokonywanej już po śmierci staruszki odnaleziono aparaturę podsłuchową z lat pięćdziesiątych.

Najmniej w tych wspomnieniach dorosłej Kuryluk. Mimochodem przemycone informacje o jej studiach i emigracji, mieszkaniu między innymi w Nowym Jorku, we Frascati znajdujemy tylko przy okazji opisywania kłopotów matki i Piotra, poniżanych i szkalowanych z powodu pobytu córki na Zachodzie. Osobnym wątkiem są peregrynacje Kuryluk na Wschód, w poszukiwaniu śladów rodzinnych powiązań. Zdaje się, że najmniej istotną determinantą osobistych i publicznych dylematów autorki było pochodzenie matki – i jej związane z Holokaustem przeżycia. Mimo wspólnoty pokoleniowej brak tu elementów narracji nasuwających skojarzenia ze skądinąd znakomitym Utworem o matce i ojczyźnie Bożeny Keff–Umińskiej.

Jak zostało to wyżej powiedziane, na rodzinie Kuryluków szczególne piętno wywarł problem zmagań z chorobami psychicznymi. Relacje dotyczące terapii, jakiej w Wiedniu była poddawana matka, wydawały mi się straszniejsze, niż opis pobytów Piotra w podwarszawskich Tworkach. W Wiedniu miał być przecież wolny świat i pacjentka o wysokim statusie społecznym: ambasadorowa. Tymczasem lekarz okazał się potwornym Marionettenspielerem, a na dodatek byłym nazistą, co ze względu na narodowość (czy też pochodzenie etniczne) kobiety niemalże nie skończyło się tragedią – terapeuta wmawiał jej poczucie winy i niższości, co katalizowało skłonności samobójcze. Na szczęście „leczenie” udało się przerwać. To interesujące, że najboleśniejszego powojennego aktu antysemityzmu Miriam doświadcza w najwyraźniej nie dość zdenazyfikowanej Austrii. Piotr przeżył natomiast wiele trudnych lat w Tworkach. Pamiętajmy, że nawet w świecie po drugiej stronie żelaznej kurtyny były to czasy – by tak rzec – lotów nad kukułczymi gniazdami, czego można było zatem oczekiwać po szpitalu psychiatrycznym w sytuacji PRL-owskiego nieustającego kryzysu, wszelkich niedoborów i braku etosu pracy? To ostatnie wiąże się z okrutnym podejściem do człowieka–pacjenta, któremu służba zdrowia winna – jak sama nazwa wskazuje – służyć.

Kuryluk to fascynujące historie rodzinne, to równie fascynujący „własny” życiorys, i Frascati wywarło na mnie ogromne wrażenie. Przy okazji więc wróciłam do książki, która parę lat temu mnie zafascynowała – „szarej książeczki” pod tytułem Encyklopedierotyk [1]. To tomik zbierający apokryficzne listy pisane przez Rolanda Barthesa, do niego i o nim, a dotyczące głównie projektu stworzenia przez grono specjalistów poststrukturalnego kompendium dotyczącego erotyki. Rzecz poprzedzona jest opowieścią o tym, jak te listy trafiły do autorki, i uzupełniona przez zdjęcia i ilustracje. Nawiasem mówiąc, tam właśnie po raz pierwszy widziałam reprodukcję słynnej karykatury „Piknik strukturalistów”.

Projekt encyklopedii wsparty jest narracjami o miłosnych losach postaci. Na przykład samego Barthesa opuścił wielbiony przezeń kochanek Edmund, dużo młodszy, obiecujący artysta i Barthes (a wraz z nim czytający) nie wie co się z nim dzieje.

Listy piszą też współpracownicy Barthesa. Oto na przykład Yuki, młoda przedstawicielka humanistyki japońskiej (w pewnym momencie ktoś w rodzaju seksualnej niewolnicy swojej uczelnianej przełożonej), później emigrantka, która swoją życiową miłość – Edmunda właśnie – spotkała w amerykańskim szpitalu psychiatrycznym, do którego nie bez powodów trafiła. Jest też starzejący się Grek, prawdopodobny partner Barthesa z młodości i inni. Jest też wspomnienie Foucaulta z jego warszawskiego epizodu, kiedy to rzekomo niemal poddał się urokowi Karola Kuryluka, i kiedy ojciec Ewy rzekomo niemal dał się Francuzowi uwieść. Oczywiście to piękne i stosowne dowodzenie braku homofobicznych uprzedzeń potrzebne autorce, której książka mówi o jakże „nieuporządkowanych” związkach jednopłciowych.

Jak wspomniałam, swego czasu ta propozycja Kuryluk mnie oczarowała, choćby dlatego, iż według mnie w Polsce Barthes jest niedoceniany, ignorowany, wykorzystywany przede wszystkim przez średnio kompetentnych literaturoznawców; ewentualnie słynne Mitologie sytuowane są w kanonie założycielskim studiów kulturowych. Mało wiadomo o biografii Barthesa, a ja – odruchowo acz naiwnie – założyłam, że Kuryluk odnosi się do realnych sytuacji dotyczących relacji między opisywanymi ludźmi, i w inspiracji nimi buduje swą fikcję. Frascati dowodzi jednak, że wiele w Encyklopedierotyku pochodzi wprost ze świata wspomnień Kuryluk. Barthes ma hodować kaktusa „korona cierniowa”, jakiego przez wiele lat miała Maria Kuryluk. „To kaktus palestyński – pisała mamon – ma siedem lat, tyle, co Ty chéri. A będzie żył jeszcze sto” [2].

Powinnam być zachwycona, że w swoim czasie pozwoliłam ponieść się magii opowieści i dać wiarę różnym jej elementom, ja zaś narzekam, że mnie Kuryluk oszukała. Z drugiej strony autorka ukazała mi się jako autoplagiatorka, wykorzystująca co najmniej dwukrotnie te same motywy niejako okradające własną rodzinę.

Wspomnieniom „własnym” towarzyszą wpadki merytoryczne. Należy do nich materia listu Madame Barthes do syna. Kobieta przyznaje się w nim do bardzo szczęśliwego romansu, jaki się jej zdarzył w średnim wieku, do miłości do znacznie młodszego od niej mężczyzny, z którym na początku drugiej wojny światowej wzięła potajemnie ślub, z którym miała dziecko – nie przeżyło. W narracji Kuryluk przy koncentracji na miłościach trudnych i nieoczywistych fragmenty te miały być chyba przełamaniem wizerunku Madame Barthes jako wiecznie oddanej Rolandowi, pozbawionemu ojca homoseksualiście, który nigdy nie wyfrunął spod matczynych skrzydeł. Kuryluk nie wiedziała o czymś dość istotnym: Barthes – przed skończeniem roku osierocony przez ojca – miał młodszego brata, gdyż parę lat po narodzinach Rolanda Henrietta miała romans z pewnym, jak twierdzi Jonathan Culler, artystą. Całe późniejsze życie mieszkała z obydwoma synami (Barthes chyba to ukrywał) [3].

Ponadto Kuryluk każe mówić i pisać o głównym bohaterze per Rolo. W mowie to brzmi niemal „Rolą” (co nie jest bynajmniej chybione), jednak bohater nie był w ten sposób nigdy nazywany. A jak? Erbé. Dokładnie tak, jak i po polsku i po francusku czyta się jego inicjały.

Na tylnej stronie okładki wydawnicza notka nazywa tłumaczeniem listów, zaś we wstępie Kuryluk wspomina, że warto byłoby je reprodukować z uwagi na ich walory graficzne, cechy pisma odręcznego, rodzaj papieru na jakim powstały, jako współdeterminujące ich charakter. Przyznajmy, sugestia jest silna. Uległa jej Anna Małczyńska, wprawdzie za motto swego artykułu przyjmując słowa Barthesa: „Rozkosz lektury ręczy za swą prawdę”, jednak urzeczona napisała, iż „wiele stron poświęciła Kuryluk biografemom powszechnie znanym” – i obok np. Barthesowskiej miłości do Japonii wymieniła kaktus palestyński, „który [Barthes] dostał od matki w siódme urodziny i z którym nie rozstawał się do końca swoich dni” [4].

W wywiadzie z 1971 roku Barthes powiedział, że „biografia to powieść, która nie śmie wymawiać swojego imienia” [5]. Niekiedy jednak mimowolnie je zdradza, determinując konteksty naszych lektur. Czytane autonomicznie Frascati i Encyklopedierotyk wywierają ogromne wrażenie, w zestawieniu zawodzą, a „życiopisarstwo” jawi się jako wykoncypowana sztuczka w najlepszym razie kojarząca się z sięganiem do zestawu „małego majsterkowicza” – w najgorszym, z operacją na otwartym sercu.

Paulina Szkudlarek

Ewa Kuryluk, Frascati, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010.
Ewa Kuryluk, Encyklopedierotyk, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2001.

[1] Użyte określenie zaczerpnęłam z tytułu omówienia Encyklopedierotyku: Sekret szarej książeczki Anny Małczyńskiej (w: Lektury poststrukturalistyczne, red. Katarzyna Liszka, Rafał Włodarczyk, Chiazm, Wrocław 2007).
[2] Ewa Kuryluk, Encyklopedierotyk, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2001, s. 28.
[3] Jonathan Culler, Barthes: A Very Short Introduction, Oxford University Press, Oxford 2002, s. 8.
[4] Anna Małczyńska, Sekret szarej książeczki, op. cit., s. 62.
[5] Roland Barthes, Réponses, „Tel Quel”, nr 47, 1971.

Data wpisu: 13 kwietnia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Perversa et iniqua doctrina. „Samotność liczb pierwszych” P. Giordano i „Ciemna materia” J. Zeh

Mimo zwrotu antypozytywistycznego w naukach humanistycznych wciąż powraca pokusa czy też ambicja, aby uprawiać je w sposób nomotetyczny – naśladujący dyscypliny empiryczne, ścisłe, przyrodoznawcze. Słynna była rola cybernetycznych – dziś powiedzielibyśmy: związanych z wczesnymi stadiami rozwoju informatyki – inspiracji dla szkoły moskiewsko-tartuskiej. Claude Lévi-Strauss z kolei mówił jeszcze w późnych latach osiemdziesiątych XX wieku, iż idiograficzne nauki społeczne i humanistyczne nie są prawdziwe. „My”, ich – wraz z Lévi-Straussem – przedstawiciele, „nie osiągnęliśmy jeszcze tej dojrzałości” [1].

Działalność artystyczna zdaje się nie mieć szans w tej konkurencji utopijnego dążenia do obiektywności treści przekazu, i z pozoru osobliwym jest mniemanie, iż mogłaby przejawiać takie dążenia. Jednak w jakiś sposób zdaje się podzielać wspomniane aspiracje, nadać sobie szczególną pozycję dzięki metonimii, albo – by tak rzec – zyskom z prawa styczności, sąsiedztwa. Często artyści wplatają w swe narracje elementy popularnonaukowe. Jest to zjawisko szczególnie interesujące w literaturze. Przejawia się np. w „dydaktycznych” eksplikacjach, jakie za Umbertem Eco można nazwać salgaryzmami. Czytając „Lód i wodę, wodę i lód” Majgull Axelsson [2] nolens volens poznajemy metody badania lodowców, choć książka jest powieścią psychologiczną.

Niekiedy jednak powieściopisarze sięgają ku wyższemu poziomowi abstrakcji. Fizyka kwantowa, szczególnie teoria strun, fraktale (fotogeniczny zbiór Mandelbrota w roli głównej), czarne dziury, bozon Higgsa – takie odwołania, niezależnie od możliwości ich pojmowania przez potencjalnych czytelników, mają zapewne dowodzić erudycji autora i mile łechtać erudycję odbiorców (przy utrzymaniu wcześniejszej uwagi stawiającej pod znakiem zapytania potencjał „zrozumiałości”). Takie naukowe abstrakcje dodają narracjom powagi; ponadto postawiłabym tezę, iż w pewien sposób przejmują funkcje skądinąd utraconej transcendencji (aspekt religijny, metafizyka w niegdysiejszej filozofii).

Stosunkowo niedawno miałam okazję przeczytać głośną powieść „Samotność liczb pierwszych” autorstwa Paola Giordano (ur. 1982), o relacji–nierelacji genialnego matematyka, Mattiego i jego koleżanki Alice, anorektyczki, która „stoczyła się” (studiowała prawo na uniwersytecie) do pozycji pomocnicy w zakładzie fotograficznym. Zarówno bohaterka, jak i bohater, są prześladowani – i zdeterminowani – przez wspomnienia wypadków z dzieciństwa. W przypadku Alice był to bardzo niebezpieczny upadek podczas przymusowej nauki jazdy na nartach, w przypadku Mattiego – zaniedbanie opieki nad niepełnosprawną umysłowo siostrą i spowodowanie jej zaginięcia. Zranione nastolatki spotykają się w szkole. Mimo swoistej przyjaźni tej dwójki, w istocie jedynie niedopasowanie stanowi ich wspólny mianownik. Spędzają razem dużo czasu, rozmawiają, Alice dąży do wejścia w związek miłosny, jednak wszystko to na darmo. Nie potrafią się wspierać, nie potrafią się nawzajem zmieniać. Powiększa się między nimi dystans przestrzenny, społeczny, emocjonalny i – co chyba najbardziej denerwujące – intelektualny. Autor zapragnął ukazać proces rozchodzenia się tej pary oryginałów analogicznie do tego, jak kolejne liczby pierwsze oddalają się od siebie wzajemnie w ciągu matematycznym. Odmalował kilka scenek z życia naukowców, wykładowców–stypendystów, słabo odbijających konwencje campus novel, domowe perypetie kobiety konsekwentnie odmawiającej jedzenia opisał jak z internetowego kącika porad dla początkującej entuzjastki pro-ana. Rażące zdaje się stereotypowe upozycjonowanie genderowe: oto bohater u szczytów abstrakcji i teorii, oraz bohaterka wycofana w kompulsywną autoanalizę i zaangażowana w niemogące być satysfakcjonującymi związki (z małżeństwem na czele). Inny uruchomiony stereotyp: geniusz naukowy jest niemożliwy bez zaburzeń psychicznych. Powieściowa geneza wybitnego intelektu ma źródło w fakcie, iż tragicznie zaginiona siostra–bliźniaczka Mattiego była upośledzona umysłowo a on zaś – o czym jest przekonany – otrzymał to, czego dla dziewczynki zabrakło.

„Samotność liczb pierwszych” drażni również faktem, iż spora część pochwał na nią spływających ma za grunt zaskoczenie osobą autora: opisywany jest jako uroczo nieśmiały młody człowiek, nadzieja włoskiej fizyki. Budzi to skojarzenie z obcowaniem z herosem, który zszedł z parnasu, by opowiadać zwykłym ludziom o zwykłych emocjach. Niewątpliwie znakomicie rozumie źródło użytej w tytule metafory, jednak matematyczna skrupulatność obraca się przeciw powieści, symetryczność okazuje się nie do utrzymania.

Na początku narracji w powieści Juli Zeh, „Ciemna materia”, mamy sytuację w pewien sposób zbliżoną. Poznajemy szanowanego profesora fizyki, Sebastiana, który w pewnym momencie dokonał wyboru życia rodzinnego kosztem dążeń do naukowej doskonałości. Wykłada na pewnym niemieckim uniwersytecie, ale ma świadomość, że nie gra już w pierwszej lidze, w której utrzymuje się jego przyjaciel ze studiów, Oskar. Spotykamy ich obu podczas przygotowań do comiesięcznej wspólnej kolacji, wyprawianej przez żonę Sebastiana, Maike. Panowie są, by tak rzec, po dżentelmeńsku skonfliktowani, „pięknie się różnią”. Sebastian niewiele wcześniej zyskał prasową sławę, publikując artykuł popularyzujący koncepcje światów równoległych, jako odpowiedź na wątpliwości w sprawie głośnej zbrodni (wielokrotny zabójca deklarował, że przybył w wehikule czasu, by eksperymentalnie zabić osoby, które w świecie przyszłości wyraziły na to zgodę, i żyją nadal). Oskar uważał takie wystąpienie kolegi za niegodne, a jego tezy za niepoważne. Dowiadujemy się ponadto, że Oskar ma ambiwalentny stosunek do założenia przez Sebastiana rodziny. Zazdrość o piękną żonę, która podzieliła nierozłącznych przyjaciół? Tak, ale… Dawniej Oskar i Sebastian byli nie tylko partnerami w nauce, ale też kochankami, i „ten odrzucony” przez lata nie może się uporać z decyzją „odrzucającego”.

Historia tej relacji jest najbardziej interesującym (choć pobocznym) wątkiem w książce Zeh. Dość powiedzieć, że wątek główny, opowieść quasi-kryminalna o zdesperowanym ojcu, zarazem ofierze i winnym, nie dość, że nie angażuje, to jeszcze rozczarowuje banalnością zaproponowanego rozwiązania.

Tytuł „Ciemna materia” pochodzi od polskiego wydawcy. W oryginale brzmiał on „Schilf”, od nazwiska wybitnego inspektora śledczego, we współpracy z pewną młodą komisarz o imieniu Rita zajmującego się złożonym dochodzeniem. Poza łzawym finałem, para ta niejednokrotnie dostarcza comic relief, co kazało mi nieco zrewidować moje co najmniej wysoce sceptyczne nastawienie do pojęcia „niemieckiego humoru”.

Inspektor przegania jakąś uczennicę z ufarbowanymi na zielono włosami, która prosi go o jedno euro, chociaż nosi firmowe dżinsy, a na smyczy prowadzi dalmatyńczyka. Kiedy Schilf zamierza jej wyjaśnić, że nie można równocześnie czerpać radości z praktycznych zalet dobrobytu i moralnych zalet biedy… [s. 188].

- To dworzec dla niepalących! – woła sprzedawca zza lady baru.
- A to jest palący wariat, który ma dobrych przyjaciół w urzędzie kontroli małych firm – krzyczy Rita w jego stronę [s. 182].

Rita przypominała mi Marge z Fargo braci Coenów (1996), jednak w odróżnieniu od postaci filmowej, pełniła rolę niezbyt ważnego pionka na planszy, nie tylko w porównaniu ze swoim policyjnym mistrzem, ale też wobec właściwego starcia gigantów, inteligentnych, błyskotliwych i w dodatku przystojnych. Szczególnie Oskar jawi się jako bóg swojego świata, zraniony odtrąceniem i mściwy. Nie jest sługą nauki, jej wyrobnikiem. Jest jej panem, manipulatorem o tyle osobliwym, że bynajmniej nie fałszującym wyników ani nic w tym rodzaju: praktycznie wykorzystującym, niemal aplikującym „ryzykowne teorie naukowe” [3] do gry z uczuciami.

Podobnie jak u Giordano, u Zeh wygrywa sfera emocjonalna. Dominuje, definiuje bohaterów znacznie lepiej, aniżeli ich naukowe zatrudnienia. Charakterystyczne wykorzystanie słownictwa i koncepcji, jako elementu życiorysów postaci, i jako ogólniejszych metafor, nie imponuje nośnością. Tam, gdzie „liczby” przeważają nad człowieczeństwem, postaci stają się jednowymiarowe i plastikowe, co dla beletrystyki może być zabójcze, niezależnie od tego, ile informacji o hipotezie światów równoległych da się wynieść z lektury.

Paulina Szkudlarek

Juli Zeh, Ciemna materia, przeł. Sława Lisiecka, W.A.B., Warszawa 2009. Paolo Giordano, Samotność liczb pierwszych, przeł. Alina Pawłowska-Zampino, W.A.B., Warszawa 2010.

Przypisy:

[1] Didier Eribon, Claude Lévi-Strauss, Z bliska i z oddali, przeł. Krzysztof Kocjan, Opus, Łódź 1994, s. 124.
[2] Majgull Axelsson, Lód i woda, woda i lód, przeł. Katarzyna Tubylewicz, W.A.B., Warszawa 2010.
[3] Z umieszczonego z przodu okładki, reklamującego powieść zdania: „Kryminał, romans i ryzykowne teorie naukowe w jednym”.

Data wpisu: 24 marca, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Perversa et iniqua doctrina. „Samotność liczb pierwszych” P. Giordano i „Ciemna materia” J. Zeh

Mimo zwrotu antypozytywistycznego w naukach humanistycznych wciąż powraca pokusa czy też ambicja, aby uprawiać je w sposób nomotetyczny – naśladujący dyscypliny empiryczne, ścisłe, przyrodoznawcze. Słynna była rola cybernetycznych – dziś powiedzielibyśmy: związanych z wczesnymi stadiami rozwoju informatyki – inspiracji dla szkoły moskiewsko-tartuskiej. Claude Lévi-Strauss z kolei mówił jeszcze w późnych latach osiemdziesiątych XX wieku, iż idiograficzne nauki społeczne i humanistyczne nie są prawdziwe. „My”, ich – wraz z Lévi-Straussem – przedstawiciele, „nie osiągnęliśmy jeszcze tej dojrzałości” [1].

Działalność artystyczna zdaje się nie mieć szans w tej konkurencji utopijnego dążenia do obiektywności treści przekazu, i z pozoru osobliwym jest mniemanie, iż mogłaby przejawiać takie dążenia. Jednak w jakiś sposób zdaje się podzielać wspomniane aspiracje, nadać sobie szczególną pozycję dzięki metonimii, albo – by tak rzec – zyskom z prawa styczności, sąsiedztwa. Często artyści wplatają w swe narracje elementy popularnonaukowe. Jest to zjawisko szczególnie interesujące w literaturze. Przejawia się np. w „dydaktycznych” eksplikacjach, jakie za Umbertem Eco można nazwać salgaryzmami. Czytając „Lód i wodę, wodę i lód” Majgull Axelsson [2] nolens volens poznajemy metody badania lodowców, choć książka jest powieścią psychologiczną.

Niekiedy jednak powieściopisarze sięgają ku wyższemu poziomowi abstrakcji. Fizyka kwantowa, szczególnie teoria strun, fraktale (fotogeniczny zbiór Mandelbrota w roli głównej), czarne dziury, bozon Higgsa – takie odwołania, niezależnie od możliwości ich pojmowania przez potencjalnych czytelników, mają zapewne dowodzić erudycji autora i mile łechtać erudycję odbiorców (przy utrzymaniu wcześniejszej uwagi stawiającej pod znakiem zapytania potencjał „zrozumiałości”). Takie naukowe abstrakcje dodają narracjom powagi; ponadto postawiłabym tezę, iż w pewien sposób przejmują funkcje skądinąd utraconej transcendencji (aspekt religijny, metafizyka w niegdysiejszej filozofii).

Stosunkowo niedawno miałam okazję przeczytać głośną powieść „Samotność liczb pierwszych” autorstwa Paola Giordano (ur. 1982), o relacji–nierelacji genialnego matematyka, Mattiego i jego koleżanki Alice, anorektyczki, która „stoczyła się” (studiowała prawo na uniwersytecie) do pozycji pomocnicy w zakładzie fotograficznym. Zarówno bohaterka, jak i bohater, są prześladowani – i zdeterminowani – przez wspomnienia wypadków z dzieciństwa. W przypadku Alice był to bardzo niebezpieczny upadek podczas przymusowej nauki jazdy na nartach, w przypadku Mattiego – zaniedbanie opieki nad niepełnosprawną umysłowo siostrą i spowodowanie jej zaginięcia. Zranione nastolatki spotykają się w szkole. Mimo swoistej przyjaźni tej dwójki, w istocie jedynie niedopasowanie stanowi ich wspólny mianownik. Spędzają razem dużo czasu, rozmawiają, Alice dąży do wejścia w związek miłosny, jednak wszystko to na darmo. Nie potrafią się wspierać, nie potrafią się nawzajem zmieniać. Powiększa się między nimi dystans przestrzenny, społeczny, emocjonalny i – co chyba najbardziej denerwujące – intelektualny. Autor zapragnął ukazać proces rozchodzenia się tej pary oryginałów analogicznie do tego, jak kolejne liczby pierwsze oddalają się od siebie wzajemnie w ciągu matematycznym. Odmalował kilka scenek z życia naukowców, wykładowców–stypendystów, słabo odbijających konwencje campus novel, domowe perypetie kobiety konsekwentnie odmawiającej jedzenia opisał jak z internetowego kącika porad dla początkującej entuzjastki pro-ana. Rażące zdaje się stereotypowe upozycjonowanie genderowe: oto bohater u szczytów abstrakcji i teorii, oraz bohaterka wycofana w kompulsywną autoanalizę i zaangażowana w niemogące być satysfakcjonującymi związki (z małżeństwem na czele). Inny uruchomiony stereotyp: geniusz naukowy jest niemożliwy bez zaburzeń psychicznych. Powieściowa geneza wybitnego intelektu ma źródło w fakcie, iż tragicznie zaginiona siostra–bliźniaczka Mattiego była upośledzona umysłowo a on zaś – o czym jest przekonany – otrzymał to, czego dla dziewczynki zabrakło.

„Samotność liczb pierwszych” drażni również faktem, iż spora część pochwał na nią spływających ma za grunt zaskoczenie osobą autora: opisywany jest jako uroczo nieśmiały młody człowiek, nadzieja włoskiej fizyki. Budzi to skojarzenie z obcowaniem z herosem, który zszedł z parnasu, by opowiadać zwykłym ludziom o zwykłych emocjach. Niewątpliwie znakomicie rozumie źródło użytej w tytule metafory, jednak matematyczna skrupulatność obraca się przeciw powieści, symetryczność okazuje się nie do utrzymania.

Na początku narracji w powieści Juli Zeh, „Ciemna materia”, mamy sytuację w pewien sposób zbliżoną. Poznajemy szanowanego profesora fizyki, Sebastiana, który w pewnym momencie dokonał wyboru życia rodzinnego kosztem dążeń do naukowej doskonałości. Wykłada na pewnym niemieckim uniwersytecie, ale ma świadomość, że nie gra już w pierwszej lidze, w której utrzymuje się jego przyjaciel ze studiów, Oskar. Spotykamy ich obu podczas przygotowań do comiesięcznej wspólnej kolacji, wyprawianej przez żonę Sebastiana, Maike. Panowie są, by tak rzec, po dżentelmeńsku skonfliktowani, „pięknie się różnią”. Sebastian niewiele wcześniej zyskał prasową sławę, publikując artykuł popularyzujący koncepcje światów równoległych, jako odpowiedź na wątpliwości w sprawie głośnej zbrodni (wielokrotny zabójca deklarował, że przybył w wehikule czasu, by eksperymentalnie zabić osoby, które w świecie przyszłości wyraziły na to zgodę, i żyją nadal). Oskar uważał takie wystąpienie kolegi za niegodne, a jego tezy za niepoważne. Dowiadujemy się ponadto, że Oskar ma ambiwalentny stosunek do założenia przez Sebastiana rodziny. Zazdrość o piękną żonę, która podzieliła nierozłącznych przyjaciół? Tak, ale… Dawniej Oskar i Sebastian byli nie tylko partnerami w nauce, ale też kochankami, i „ten odrzucony” przez lata nie może się uporać z decyzją „odrzucającego”.

Historia tej relacji jest najbardziej interesującym (choć pobocznym) wątkiem w książce Zeh. Dość powiedzieć, że wątek główny, opowieść quasi-kryminalna o zdesperowanym ojcu, zarazem ofierze i winnym, nie dość, że nie angażuje, to jeszcze rozczarowuje banalnością zaproponowanego rozwiązania.

Tytuł „Ciemna materia” pochodzi od polskiego wydawcy. W oryginale brzmiał on „Schilf”, od nazwiska wybitnego inspektora śledczego, we współpracy z pewną młodą komisarz o imieniu Rita zajmującego się złożonym dochodzeniem. Poza łzawym finałem, para ta niejednokrotnie dostarcza comic relief, co kazało mi nieco zrewidować moje co najmniej wysoce sceptyczne nastawienie do pojęcia „niemieckiego humoru”.

Inspektor przegania jakąś uczennicę z ufarbowanymi na zielono włosami, która prosi go o jedno euro, chociaż nosi firmowe dżinsy, a na smyczy prowadzi dalmatyńczyka. Kiedy Schilf zamierza jej wyjaśnić, że nie można równocześnie czerpać radości z praktycznych zalet dobrobytu i moralnych zalet biedy… [s. 188].

- To dworzec dla niepalących! – woła sprzedawca zza lady baru.
- A to jest palący wariat, który ma dobrych przyjaciół w urzędzie kontroli małych firm – krzyczy Rita w jego stronę [s. 182].

Rita przypominała mi Marge z Fargo braci Coenów (1996), jednak w odróżnieniu od postaci filmowej, pełniła rolę niezbyt ważnego pionka na planszy, nie tylko w porównaniu ze swoim policyjnym mistrzem, ale też wobec właściwego starcia gigantów, inteligentnych, błyskotliwych i w dodatku przystojnych. Szczególnie Oskar jawi się jako bóg swojego świata, zraniony odtrąceniem i mściwy. Nie jest sługą nauki, jej wyrobnikiem. Jest jej panem, manipulatorem o tyle osobliwym, że bynajmniej nie fałszującym wyników ani nic w tym rodzaju: praktycznie wykorzystującym, niemal aplikującym „ryzykowne teorie naukowe” [3] do gry z uczuciami.

Podobnie jak u Giordano, u Zeh wygrywa sfera emocjonalna. Dominuje, definiuje bohaterów znacznie lepiej, aniżeli ich naukowe zatrudnienia. Charakterystyczne wykorzystanie słownictwa i koncepcji, jako elementu życiorysów postaci, i jako ogólniejszych metafor, nie imponuje nośnością. Tam, gdzie „liczby” przeważają nad człowieczeństwem, postaci stają się jednowymiarowe i plastikowe, co dla beletrystyki może być zabójcze, niezależnie od tego, ile informacji o hipotezie światów równoległych da się wynieść z lektury.

Paulina Szkudlarek

Juli Zeh, Ciemna materia, przeł. Sława Lisiecka, W.A.B., Warszawa 2009. Paolo Giordano, Samotność liczb pierwszych, przeł. Alina Pawłowska-Zampino, W.A.B., Warszawa 2010.

Przypisy:

[1] Didier Eribon, Claude Lévi-Strauss, Z bliska i z oddali, przeł. Krzysztof Kocjan, Opus, Łódź 1994, s. 124.
[2] Majgull Axelsson, Lód i woda, woda i lód, przeł. Katarzyna Tubylewicz, W.A.B., Warszawa 2010.
[3] Z umieszczonego z przodu okładki, reklamującego powieść zdania: „Kryminał, romans i ryzykowne teorie naukowe w jednym”.

Data wpisu: 24 marca, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Agnieszka Podolecka, „Żar Sahelu”

Mając w pamięci Blackwellowski podręcznik A Companion to Postcolonial Studies, ze świeżo wydanymi Miejscami kultury Homiego K. Bhabhy pod pachą, zabrałam się za lekturę cokolwiek lżejszą: Żar Sahelu Agnieszki Podoleckiej. Akcja powieści dzieje się w Mali, zaś tytułowy Sahel to zbiorcza nazwa terenów okołosaharyjskich, ulegających współcześnie procesom pustynnienia.

Główne bohaterki to matka – Anna, i córka – Izabella zwana Bellą. Anna jest podchodzącą pod pięćdziesiątkę idealną żoną polskiego dyplomaty, Marka, podróżującą razem z nim i osiadającą w kolejnych placówkach. Córka jest nastolatką multikulturową, oczytaną (w internecie…), wrażliwą, rozsądną, niezbuntowaną – z braku powodów, albowiem absolutnie idealnie dogaduje się z cudowną mamusią. Wokół tych dwóch orbituje przyjaciel rodziny, David, angielski biznesmen, rozwiedziony (żona miała inne priorytety życiowe) a bezdzietny. Nietrudno zatem odgadnąć, iż w odpowiednim momencie David stworzy z Anną, matką Belli, nową rodzinę. (Mąż Marek jest oczywiście nieczuły i obojętny, a poza tym i tak zdradzał żonę).

Aby jednak nie uprzedzać wypadków… Nierozbita jeszcze rodzina właśnie opuściła senegalski Dakar, w malijskim Bamako Bella zaczyna uczęszczać do nowej szkoły, amerykańskiej jako i poprzednie. Skutkiem takiego toku edukacji nie może uciec z niemiłego jej kraju do Polski, ponieważ w ojczyźnie nie zdałaby matury, a tak, po szkole – śladem dwóch starszych braci, w powieści nieobecnych – trafi do Oxfordu. Szkoła jest strzeżona przez dogońskiego ochroniarza–oddźwiernego, który na rozkaz szamana ze swego plemienia musi porwać Bellę, by można ją było złożyć w ofierze w intencji deszczu. Czemu ją? Gdyż ma na ramieniu znamię w kształcie ważnym dla Dogonów. Lud ten, co widać na przykładzie szkolnego ochroniarza, rozdarty jest między swą pierwotną wiarą o charakterze animistycznym, a dominującym dzisiaj w Mali islamem. Jednak czy z jednej, czy z drugiej perspektywy patrząc, Amerykanie i inni „biali” są gorszącymi bluźniercami.

W szkole Bella zyskuje przyjaciela, Williama, który kilkanaście stron przed końcem książki okazuje się być gejem tęskniącym za swoim zostawionym w Londynie chłopakiem. Niestety, czy to z powodu mojego przeczulenia, czy przez „typowo polską” nieumiejętność przyjęcia przez autorkę normalnej perspektywy (perspektywy nieujawniającej zadziwienia dla nieheteronormatywnych orientacji psychoseksualnych, rzecz jasna), „prawdziwą tożsamość” Williama „odkryłam” od razu. Młodzieniec ma odpowiednie, by nie powiedzieć: kanoniczne atrybuty, poza tym jest dziwnie obojętny na urodę Belli.

Kolejny perspektywiczny rzut oka na fabułę – Marek w Mali pracuje, Bella chodzi do szkoły, gdzie próbuje się z nią spoufalać ochroniarz, Anna się pociesza na różne sposoby, a wreszcie „na dobre” wiąże się z Davidem. Bella jedzie na szkolną wycieczkę, pod koniec trwania której zostaje porwana, William, przyjaciel–gej, przy okazji też, co inicjuje brawurową przygodę postkolonialnych Stasia i Nell. Aha, potem wszystko się dobrze kończy.

Mamy jednak dodatkową atrakcję. W rezydencji, w jakiej zakwaterowano rodzinę, Bella znajduje pamiętnik młodej Angielki, hm, kolonizatorki sprzed wieku. Dziewczyna z dobrego domu, córka postepowego i tolerancyjnego ojca, zbuntowana przeciw gorsetom, five o’clockom i innym konwenansom stosownym dla dam z imperium, nad którym nie zachodzi słońce, przeżywa bardzo krótki intensywny romans z francuskim lekarzem, François Mirabeau, zostaje porwana przez Dogonów, ucieka i już na wolności, po kilku dniach zmagań z głodem, pragnieniem i pustynią, ginie od ugryzienia jadowitego skorpiona, i to niemal w ramionach kochanka. Dla zobrazowania konwencji proponuję próbkę stylu; oto opis pozostawiony przez Mirabeau:

Spiąłem konia i zacząłem ją wołać. Usłuszała, zerwała się i zaczęła biec w naszą stronę. I wtedy upadła… Zeskoczyłem z konia. Elizabeth, Elizabeth… Tyle przeżyłaś, by teraz…
(s. 140).

Tu zaczyna się problem. Anna, matka, jest egzaltowaną wyznawczynią – mówiąc ogólnie – New Age, zresztą córka też. Medytowanie w celu proszenia o pomoc kwiaty, zdawanie się na słowa wróżb, które oczywiście okazują się trafna, ukłony w kierunku (?) czterech żywiołów i czakramy… nie chodzi mi o światopogląd bohaterek, ale o to, że autorka go podziela i pozwala, by te praktykowane przez matke i córkę rytuały działały w realistycznym bądź co bądź świecie jej powieści. Bella kontaktuje się zatem z wędrującą, nieukojoną duszą Elizabeth, autorki znalezionego pamiętnika. Kontaktuje? Przeprowadza rozmowy rozpisane na dialogi w języku etnicznym… angielskim zapewne. Dogoni, jak skądinąd wiadomo, spadli z Saturna i ich szaman ma prawdziwą moc sprawczą, ale „biali” – jeśli uda się im osiągnąć harmonię wewnętrzną promieniującą na świat zewnętrzny – mogą również mieć swoje czary-mary.

Umysł dziewczyny zaczął się bronić przed jego obecnością
(s. 144);
Pomóż mi, wodo – szepnęła. – Oczyść mnie. [...] Podziękowała wodzie i postanowiła, że teraz już nieodwołalnie powie swym lękom stanowcze NIE (s. 180).

Czy w ten sposób autorka widzi alternatywę wobec biurokracji i materializmu? Hm, David jest krezusem!

Razi też inny, dotyczący „zderzenia się światów” element powieści: świadomość postkolonializmu. Wydaje mi się, że podskórny komunikat płynący z narracji każe odbiorcy zawiesić polityczną poprawność, i uznać nieredukowalną odmienność, a posługując się anachronicznym określeniem: dzikość czarnych. Naświetlone są sprawy, które implicytnie gloryfikują niegdysiejszy porządek świata (zgodnie z tą konwencją zdecydowałam się wcześniej używać określenia „biali”, niezgodnego z moim pojęciem stosowności, ale adekwatnego do stylu narracji Podoleckiej). Nie można mówić o plantatorach ani o – ach, rety! – handlarzach niewolników, niech więc będą ambasador oraz biznesmen–obieżyświat. Co charakterystyczne, kraj „przydzielony” Markowi musi być odpowiednio nieważny, by bohaterowie nie uwikłali się przy okazji w polską politykę. Co jeszcze ciekawsze, autorka przemilcza szczegóły pracy Davida. Anna i on poznali się w Arabii Saudyjskiej, mężczyzna pracował też w Chinach (gdzie przy okazji zgłębił tajniki medytacji w odosobnieniu, co czyni go partnerem idealnym), teraz zaś w Mali, gdzie ubija interesy z rządem tego kraju.

W arabskich wspomnieniach pojawia się porównanie enklawy niemuzułmańskich kosmopolitów do getta. W końcu to – czytamy, dziwując się wizji świata, jaką ma Podolecka – wyizolowany teren rządzący się odrębnymi prawami i zamieszkały przez ludzi o innej przynależności etniczno-religijnej. Brak aksjologizacji, brak świadomości obciążenia słowa „getto” swoistymi konotacjami. A w owej saudyjskiej enklawie kobiety mogą się ubierać adekwatnie nie do szariatu, a do pogody. Przeniesienie takiego układu widzimy w Afryce. Izolacja, niechęć, obcość, wzmagane wytycznymi związanymi z po amerykańsku rozumianymi środkami bezpieczeństwa. Trzeba przyznać, że izolacja jest niejako na życzenie Afrykańczyków, którzy oczekują od „białych” iście pańskich i władczych zachowań – na przykład jeśli czarnoskóry personel zobaczy pracodawczynię podczas wykonywania służebnych właśnie czynności (sprzątanie itp.), straci szacunek i poniecha ochrony wobec takiej niegodnej rodziny. Cóż, to nie sprzyja niwelowaniu przepaści!

Można tylko pytać, po co w ogóle w Mali te placówki dyplomatyczne, skoro każdy gest ludzi reprezentujących Północ i Zachód globu przeczy idei kontaktu, poznania, współpracy i partnerstwa. Jaka jest zasadność „interwencji” w zastaną rzeczywistość? Czy ma sens działanie charytatywne, pomocowe, jeśli to zawracanie Wisły patykiem, w sensie braku środków do działania szerokiego i systemowego, mającego szansę na kontynuację niezależnie od antycypowanych następnych przeprowadzek inicjatorów? Inicjatorek raczej! Anna, do czasu będąca wzorową żoną swego męża, zgodnie z konwencjami obyczajowymi obowiązującymi takie damy, angażuje się społecznie. Dowiadujemy się o tym mniej-więcej tyle, ile o zawodowej pracy Davida, a może nawet mniej: ot, Annie świetnie idzie, kropka. To atrybut dowodzący jej szlachetności, w najgorszym zaś razie czynność odwracająca uwagę od sahelowo pustynniejącego małżeństwa.

Nie wątpię, iż autorka znakomicie zna opisywany przez siebie Sahel, jednak jej opowieść sprowadza się do romansidła w egzotycznej scenerii, i – jakby ona nie starczała – z dodanym sosem ezoterycznego bełkotu. Czy zainteresuje się tym ktoś z kompetencjami w zakresie krytyki postkolonialnej? Dość to wątpliwe, zwłaszcza gdy zauważymy, iż w tylnej części okładki rekomendacje Podoleckiej dają niegdyś modna prezenterka telewizyjna Katarzyna Dowbor, oraz pisarka Małgorzata Kalicińska. Ta ostatnia zachwyca się historią kobiet, które „poszukują miłości i odkrywają same siebie”. W innym akapicie tego blurba Pani Nad Rozlewiskiem mówi o Afryce „nieoswojonej nigdy przez nas – białych”. Tak, nadal jesteśmy na etapie W pustyni i w puszczy, ponadto przecież „my Polacy” nie skalaliśmy się okrucieństwami kolonizatorstwa. „My” tylko budowaliśmy mosty i po Afryce podróżowaliśmy na rowerach (z całym czacunkiem dla Kazimierza Nowaka). „My” wtedy byliśmy pod zaborami i sami walczyliśmy o zachowanie tożsamości narodowej. By jednak oddać autorce sprawiedliwość, małą polską diasporę charakteryzuje dość zaskakująca obojętność wobec religii instytucjonalnych – brak jest odniesień do katolicyzmu i – co mogłoby za tym pójść: misyjności.

Z mojego punktu widzenia książka, choć – co godne pochwały – nie razi nieudolnością warsztatową, nawet po odjęciu irytującego newage’owskiego sztafażu, książka jest moralnie wątpliwa. Gayatri Chakravorty Spivak w tytule swego słynnego eseju zapytała: Can The Subaltern Speak?, dowodząc następnie, iż odpowiedź musi być przecząca. Takoż dowodzi tego Podolecka, przy czym jej zamiarem nie było zabranie głosu w dyskusji teoretycznej. Żar Sahelu spełnia obietnice składane czytelnikom, czy raczej czytelniczkom, na rewersie okładki. Szkoda jednak, że nie wykorzystuje swej szansy, aby zaproponować coś więcej, aniżeli opowiastkę o „późnej” miłości i o wzorowych – nawet w myśl podstawowych założeń feminizmu korporalnego – relacjach matki i córki, coś więcej, aniżeli ostrzeżenie przed światem „nieoswojonym”.

Agnieszka Podolecka, „Żar Sahelu”, Wydawnictwo Poradnia K, Warszawa 2010. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 11 stycznia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Agnieszka Podolecka, „Żar Sahelu”

Mając w pamięci Blackwellowski podręcznik A Companion to Postcolonial Studies, ze świeżo wydanymi Miejscami kultury Homiego K. Bhabhy pod pachą, zabrałam się za lekturę cokolwiek lżejszą: Żar Sahelu Agnieszki Podoleckiej. Akcja powieści dzieje się w Mali, zaś tytułowy Sahel to zbiorcza nazwa terenów okołosaharyjskich, ulegających współcześnie procesom pustynnienia.

Główne bohaterki to matka – Anna, i córka – Izabella zwana Bellą. Anna jest podchodzącą pod pięćdziesiątkę idealną żoną polskiego dyplomaty, Marka, podróżującą razem z nim i osiadającą w kolejnych placówkach. Córka jest nastolatką multikulturową, oczytaną (w internecie…), wrażliwą, rozsądną, niezbuntowaną – z braku powodów, albowiem absolutnie idealnie dogaduje się z cudowną mamusią. Wokół tych dwóch orbituje przyjaciel rodziny, David, angielski biznesmen, rozwiedziony (żona miała inne priorytety życiowe) a bezdzietny. Nietrudno zatem odgadnąć, iż w odpowiednim momencie David stworzy z Anną, matką Belli, nową rodzinę. (Mąż Marek jest oczywiście nieczuły i obojętny, a poza tym i tak zdradzał żonę).

Aby jednak nie uprzedzać wypadków… Nierozbita jeszcze rodzina właśnie opuściła senegalski Dakar, w malijskim Bamako Bella zaczyna uczęszczać do nowej szkoły, amerykańskiej jako i poprzednie. Skutkiem takiego toku edukacji nie może uciec z niemiłego jej kraju do Polski, ponieważ w ojczyźnie nie zdałaby matury, a tak, po szkole – śladem dwóch starszych braci, w powieści nieobecnych – trafi do Oxfordu. Szkoła jest strzeżona przez dogońskiego ochroniarza–oddźwiernego, który na rozkaz szamana ze swego plemienia musi porwać Bellę, by można ją było złożyć w ofierze w intencji deszczu. Czemu ją? Gdyż ma na ramieniu znamię w kształcie ważnym dla Dogonów. Lud ten, co widać na przykładzie szkolnego ochroniarza, rozdarty jest między swą pierwotną wiarą o charakterze animistycznym, a dominującym dzisiaj w Mali islamem. Jednak czy z jednej, czy z drugiej perspektywy patrząc, Amerykanie i inni „biali” są gorszącymi bluźniercami.

W szkole Bella zyskuje przyjaciela, Williama, który kilkanaście stron przed końcem książki okazuje się być gejem tęskniącym za swoim zostawionym w Londynie chłopakiem. Niestety, czy to z powodu mojego przeczulenia, czy przez „typowo polską” nieumiejętność przyjęcia przez autorkę normalnej perspektywy (perspektywy nieujawniającej zadziwienia dla nieheteronormatywnych orientacji psychoseksualnych, rzecz jasna), „prawdziwą tożsamość” Williama „odkryłam” od razu. Młodzieniec ma odpowiednie, by nie powiedzieć: kanoniczne atrybuty, poza tym jest dziwnie obojętny na urodę Belli.

Kolejny perspektywiczny rzut oka na fabułę – Marek w Mali pracuje, Bella chodzi do szkoły, gdzie próbuje się z nią spoufalać ochroniarz, Anna się pociesza na różne sposoby, a wreszcie „na dobre” wiąże się z Davidem. Bella jedzie na szkolną wycieczkę, pod koniec trwania której zostaje porwana, William, przyjaciel–gej, przy okazji też, co inicjuje brawurową przygodę postkolonialnych Stasia i Nell. Aha, potem wszystko się dobrze kończy.

Mamy jednak dodatkową atrakcję. W rezydencji, w jakiej zakwaterowano rodzinę, Bella znajduje pamiętnik młodej Angielki, hm, kolonizatorki sprzed wieku. Dziewczyna z dobrego domu, córka postepowego i tolerancyjnego ojca, zbuntowana przeciw gorsetom, five o’clockom i innym konwenansom stosownym dla dam z imperium, nad którym nie zachodzi słońce, przeżywa bardzo krótki intensywny romans z francuskim lekarzem, François Mirabeau, zostaje porwana przez Dogonów, ucieka i już na wolności, po kilku dniach zmagań z głodem, pragnieniem i pustynią, ginie od ugryzienia jadowitego skorpiona, i to niemal w ramionach kochanka. Dla zobrazowania konwencji proponuję próbkę stylu; oto opis pozostawiony przez Mirabeau:

Spiąłem konia i zacząłem ją wołać. Usłuszała, zerwała się i zaczęła biec w naszą stronę. I wtedy upadła… Zeskoczyłem z konia. Elizabeth, Elizabeth… Tyle przeżyłaś, by teraz…
(s. 140).

Tu zaczyna się problem. Anna, matka, jest egzaltowaną wyznawczynią – mówiąc ogólnie – New Age, zresztą córka też. Medytowanie w celu proszenia o pomoc kwiaty, zdawanie się na słowa wróżb, które oczywiście okazują się trafna, ukłony w kierunku (?) czterech żywiołów i czakramy… nie chodzi mi o światopogląd bohaterek, ale o to, że autorka go podziela i pozwala, by te praktykowane przez matke i córkę rytuały działały w realistycznym bądź co bądź świecie jej powieści. Bella kontaktuje się zatem z wędrującą, nieukojoną duszą Elizabeth, autorki znalezionego pamiętnika. Kontaktuje? Przeprowadza rozmowy rozpisane na dialogi w języku etnicznym… angielskim zapewne. Dogoni, jak skądinąd wiadomo, spadli z Saturna i ich szaman ma prawdziwą moc sprawczą, ale „biali” – jeśli uda się im osiągnąć harmonię wewnętrzną promieniującą na świat zewnętrzny – mogą również mieć swoje czary-mary.

Umysł dziewczyny zaczął się bronić przed jego obecnością
(s. 144);
Pomóż mi, wodo – szepnęła. – Oczyść mnie. [...] Podziękowała wodzie i postanowiła, że teraz już nieodwołalnie powie swym lękom stanowcze NIE (s. 180).

Czy w ten sposób autorka widzi alternatywę wobec biurokracji i materializmu? Hm, David jest krezusem!

Razi też inny, dotyczący „zderzenia się światów” element powieści: świadomość postkolonializmu. Wydaje mi się, że podskórny komunikat płynący z narracji każe odbiorcy zawiesić polityczną poprawność, i uznać nieredukowalną odmienność, a posługując się anachronicznym określeniem: dzikość czarnych. Naświetlone są sprawy, które implicytnie gloryfikują niegdysiejszy porządek świata (zgodnie z tą konwencją zdecydowałam się wcześniej używać określenia „biali”, niezgodnego z moim pojęciem stosowności, ale adekwatnego do stylu narracji Podoleckiej). Nie można mówić o plantatorach ani o – ach, rety! – handlarzach niewolników, niech więc będą ambasador oraz biznesmen–obieżyświat. Co charakterystyczne, kraj „przydzielony” Markowi musi być odpowiednio nieważny, by bohaterowie nie uwikłali się przy okazji w polską politykę. Co jeszcze ciekawsze, autorka przemilcza szczegóły pracy Davida. Anna i on poznali się w Arabii Saudyjskiej, mężczyzna pracował też w Chinach (gdzie przy okazji zgłębił tajniki medytacji w odosobnieniu, co czyni go partnerem idealnym), teraz zaś w Mali, gdzie ubija interesy z rządem tego kraju.

W arabskich wspomnieniach pojawia się porównanie enklawy niemuzułmańskich kosmopolitów do getta. W końcu to – czytamy, dziwując się wizji świata, jaką ma Podolecka – wyizolowany teren rządzący się odrębnymi prawami i zamieszkały przez ludzi o innej przynależności etniczno-religijnej. Brak aksjologizacji, brak świadomości obciążenia słowa „getto” swoistymi konotacjami. A w owej saudyjskiej enklawie kobiety mogą się ubierać adekwatnie nie do szariatu, a do pogody. Przeniesienie takiego układu widzimy w Afryce. Izolacja, niechęć, obcość, wzmagane wytycznymi związanymi z po amerykańsku rozumianymi środkami bezpieczeństwa. Trzeba przyznać, że izolacja jest niejako na życzenie Afrykańczyków, którzy oczekują od „białych” iście pańskich i władczych zachowań – na przykład jeśli czarnoskóry personel zobaczy pracodawczynię podczas wykonywania służebnych właśnie czynności (sprzątanie itp.), straci szacunek i poniecha ochrony wobec takiej niegodnej rodziny. Cóż, to nie sprzyja niwelowaniu przepaści!

Można tylko pytać, po co w ogóle w Mali te placówki dyplomatyczne, skoro każdy gest ludzi reprezentujących Północ i Zachód globu przeczy idei kontaktu, poznania, współpracy i partnerstwa. Jaka jest zasadność „interwencji” w zastaną rzeczywistość? Czy ma sens działanie charytatywne, pomocowe, jeśli to zawracanie Wisły patykiem, w sensie braku środków do działania szerokiego i systemowego, mającego szansę na kontynuację niezależnie od antycypowanych następnych przeprowadzek inicjatorów? Inicjatorek raczej! Anna, do czasu będąca wzorową żoną swego męża, zgodnie z konwencjami obyczajowymi obowiązującymi takie damy, angażuje się społecznie. Dowiadujemy się o tym mniej-więcej tyle, ile o zawodowej pracy Davida, a może nawet mniej: ot, Annie świetnie idzie, kropka. To atrybut dowodzący jej szlachetności, w najgorszym zaś razie czynność odwracająca uwagę od sahelowo pustynniejącego małżeństwa.

Nie wątpię, iż autorka znakomicie zna opisywany przez siebie Sahel, jednak jej opowieść sprowadza się do romansidła w egzotycznej scenerii, i – jakby ona nie starczała – z dodanym sosem ezoterycznego bełkotu. Czy zainteresuje się tym ktoś z kompetencjami w zakresie krytyki postkolonialnej? Dość to wątpliwe, zwłaszcza gdy zauważymy, iż w tylnej części okładki rekomendacje Podoleckiej dają niegdyś modna prezenterka telewizyjna Katarzyna Dowbor, oraz pisarka Małgorzata Kalicińska. Ta ostatnia zachwyca się historią kobiet, które „poszukują miłości i odkrywają same siebie”. W innym akapicie tego blurba Pani Nad Rozlewiskiem mówi o Afryce „nieoswojonej nigdy przez nas – białych”. Tak, nadal jesteśmy na etapie W pustyni i w puszczy, ponadto przecież „my Polacy” nie skalaliśmy się okrucieństwami kolonizatorstwa. „My” tylko budowaliśmy mosty i po Afryce podróżowaliśmy na rowerach (z całym czacunkiem dla Kazimierza Nowaka). „My” wtedy byliśmy pod zaborami i sami walczyliśmy o zachowanie tożsamości narodowej. By jednak oddać autorce sprawiedliwość, małą polską diasporę charakteryzuje dość zaskakująca obojętność wobec religii instytucjonalnych – brak jest odniesień do katolicyzmu i – co mogłoby za tym pójść: misyjności.

Z mojego punktu widzenia książka, choć – co godne pochwały – nie razi nieudolnością warsztatową, nawet po odjęciu irytującego newage’owskiego sztafażu, książka jest moralnie wątpliwa. Gayatri Chakravorty Spivak w tytule swego słynnego eseju zapytała: Can The Subaltern Speak?, dowodząc następnie, iż odpowiedź musi być przecząca. Takoż dowodzi tego Podolecka, przy czym jej zamiarem nie było zabranie głosu w dyskusji teoretycznej. Żar Sahelu spełnia obietnice składane czytelnikom, czy raczej czytelniczkom, na rewersie okładki. Szkoda jednak, że nie wykorzystuje swej szansy, aby zaproponować coś więcej, aniżeli opowiastkę o „późnej” miłości i o wzorowych – nawet w myśl podstawowych założeń feminizmu korporalnego – relacjach matki i córki, coś więcej, aniżeli ostrzeżenie przed światem „nieoswojonym”.

Agnieszka Podolecka, „Żar Sahelu”, Wydawnictwo Poradnia K, Warszawa 2010. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 11 stycznia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Żyd i gej. Yossi Avni, „Ciotka Farhuma nie była dziwką”

Żyd i gej – oto moje wyobrażenie chwytliwego i prowokacyjnego nagłówka. To jednocześnie synonimy wroga publicznego w polskiej publicystyce prawicowej oraz w głosach „z ulicy” (by nie powiedzieć, spod przystadionowej budki pod piwem) – spotykają się w osobie głównego bohatera powieści pod osobliwym tytułem: Ciotka Farhuma nie była dziwką. Co z tego spotkania wynika? Tytuł nie brzmi zbyt żydowsko; w połączeniu ze zdobiącą okładkę ilustracją przedstawiającą orientalną tancerkę, nasuwa raczej skojarzenia z drag queen, jest to jednak trop mylący.

Zastanawiając się, jakim też państwem jest Izrael, zwykle przyjmujemy perspektywę zogniskowaną na konflikcie palestyńskim albo na historii holokaustu, w efekcie którego możliwa okazała się realizacja idei syjonistycznych. Możemy się też przerażać powszechnością służby wojskowej, bądź cieszyć się, że jest takie miejsce na świecie, gdzie w owej kwestii obowiązuje równouprawnienie płci. Myśląc o sztuce czy spuściźnie kulturowej, mamy przede wszystkim skojarzenia ze spuścizną europejskiej diaspory. Powieść Yossi Avniego przypomina, iż do współtwórców wolnego państwa Izrael należą też przybysze ze Wschodu. Posiłkujący się językiem perskim, niewyzbyci zdradzającego ich pochodzenie akcentu, należący do mniej zamożnych warstw społecznych Tel Awiwu (miasta znacznie bardziej „otwartego”, aniżeli Jerozolima), zanurzeni w zapachu charakterystycznych przypraw – w takiej rodzinie wychował się narrator, Jonatan. Przez lata słuchał komentarzy nie bez powodów imputujących Fahrumie, sąsiadce, trudnienie się prostytucją. Zdawałoby się, że plotkarsko-tradycjonalistyczna moralność będzie dla niego oznaczać odrzucenie, wszelako rodzice akceptują życiowe wybory syna–homoseksualisty. Nic wprost! Fascynujące są wzmianki, na podstawie których możemy odtworzyć ewolucję stosunku matki mężczyzny do jego partnera, szczególnie w świetle polsko-izraelskich paraleli. Oto kraje sankcjonujące pewną perspektywę religijną kosztem innych, czyniące ją niejako naturalnym środowiskiem i przejrzystym punktem odniesienia dla obywateli. To niewątpliwie antykościelne uproszczenie, porzucę jednak ten trop, i skoncentruję się na sferze osobistej.

Jonatan rozpacza po utracie ukochanego partnera, z którym spędził szczęśliwe pięć lat. Wspomina rozmaite epizody ze swego życia, koncentrując się głównie na historii swojego związku. Z początku jawi się jako niesprawiedliwie potraktowana ofiara porzucenia, stopniowo jednak poznajemy coraz więcej przewin, jakich mężczyzna dopuścił się w stosunku do swego Arika, od konfliktu wokół kwestii wychowywania potencjalnych dzieci [1] czy lekceważącego traktowania w domu, przez upokorzenia publiczne, aż po zdradę. Zauważamy tu ciekawy zabieg narracyjny. Perspektywa przyjęta przez postać ogniskującą sprawia, iż czytelnik od początku widzi daremność podjętych przez Jonatana poszukiwań Arika. Z czasem natomiast dostrzega rzeczywisty charakter związku dwóch Izraelczyków, rozumie, iż skorodowaną przeszłość Jonatan pomalował farbą kryjącą, i trzymają się swej wersji dotyczącej rozpadu relacji, mając pełną świadomość wymowy zdarzeń, o jakich opowiada. Tok opowieści jest samousprawiedliwieniem i nieuświadomioną strategią zmywania winy, na drodze powolnego ukazywania jej warstw. Tym samym narracja Jonatana pozbawiona jest elementu autoterapeutycznego – nie uczy, nie odkupia, nie wyzwala. Czy tego bym oczekiwała? W sposób nieunikniony nasuwają mi się „kobiece” sposoby opowiadania, analizowanie życiowej tkaniny, etap po etapie, jak ma to miejsce na przykład w Fun Home Alison Bechdel czy Kazirodztwie Christine Angot [2]. Wypowiedź Jonatana jest niemeandryczna, stanowi raczej podróż sentymentalną, przy czym partie dotyczące dzieciństwa, życia rodziców i sąsiadów, zmagań z biedą, dają – mimo wszystko – obraz arkadyjski, zaś lata dostatku i miłości prezentują wykrzywiony grymas, świadectwo egoizmu, czas, podczas którego złe postępki naznaczyły Jonatanowy odpowiednik portretu Doriana Graya… przy czym tu malowidło nie jest ukrywane. To opowieść o mężczyźnie, który doprowadził do ruiny swój związek i próbuje na różne sposoby cofnąć czas – poszukując Arika, uciekając się do wspomnień, nawiązując nowe relacje. To fabuła wręcz klasyczna, wykorzystywana wiele razy również w książkach z bohaterami albo bohaterkami o nienormatywnej seksualności. Jedynym novum u Avniego jest tu sefadryjska egzotyka, wprowadzona jednak „dla ozdoby”, malownicza, obca odbiorcy z kręgu euroatlantyckiego. W finale bohater książki wraca do tego świata, właściwie tylko po to, by dowiedzieć się, iż Farhuma nie była dziwką. Farhuma została nagrodzona przez los za to, że przez długie lata nie poddawała się konwencjom, nie ulegała presji otoczenia. Przed Jonatanem jest wciąż szansa na wyzwolenie z samemu sobie nałożonych ograniczeń, na zmycie „śliskości”. Stojący na rozdrożu mężczyzna w średnim wieku może wrócić do świata wyznaczonego przez zakres jego służbowych obowiązków, czyli na Bałkany, gdzie jego pozycja zapewnia mu tak chętnie przezeń wykorzystywany status bogacza. Może zatopić się w Tel Awiwie swojego dzieciństwa i młodości, pozostać ze starzejącymi się rodzicami i tropić byłego kochanka. Autor nie sugeruje rozwiązania, zapewne świadom, że żaden z wyborów – ani jeden z tych dwóch, ani jakikolwiek inny – nie byłby happy endem ani nie zaowocowałby happily ever after dla Jonatana. Tu warunkiem jest zmiana wewnętrzna, a impulsem do niej może być „degeneracja” zewnętrzna – niepożądana utrata fizycznej atrakcyjności, wymuszona przez czas i tryb życia. Bohater nie jest jednak rzeczonym Dorianem Grayem. Może żyć dalej, siłą impetu i bezwładu, w świecie bezpiecznym dla Żydów i homoseksualistów. Bezpiecznym, bo oddającym głos osobie jeszcze kilka dekad temu pozbawionej prawa do snucia takiej historii. Fakt, iż dzisiaj słuchamy Jonatana odnajdując – i postrzegając jako oczywiste – uniwersalne (a raczej: ogólnoludzkie), a nawet zgrane już motywy, jest chyba jedynym pozytywnym wnioskiem.

Paulina Szkudlarek

Yossi Avni, Ciotka Farhuma nie była dziwką, przeł. Leszek Kwiatkowski, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2007

[1] Wedle Magdaleny Mosiewicz w Izraelu chęć rodzicielstwa jest powszechna, a z bezdzietności trzeba się tłumaczyć. „Dzieci się ma, fajnie jest mieć dzieci, wszyscy chcą mieć dzieci, to się uznaje za oczywiste bez względu na orientację seksualną” – Nie ma ślubów – są rozwody, z Magdaleną Mosiewicz rozmawia Anna Laszuk, „Furia”, 12/2009, s. 42.
[2] Alison Bechdel, Fun Home. Tragikomiks rodzinny, przeł. Sebastian Buła, Wojciech Szot, wyd. Abiekt.pl, Warszawa 2009; Christine Angot, Kazirodztwo, przeł. Ewa Wieleżyńska, W.A.B., Warszawa 2005.

Data wpisu: 16 czerwca, 2010 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

O miłości? Uwagi na marginesie „Miłości Peonii” Lisy See

Walentynki! Znakomita stymulacja popytu w okresie po noworocznych wyprzedażach, powrót świetlistych kolorów na ulice, z których znikły bożonarodzeniowe dekoracje, skuteczne zaklinanie zimowej wszechmartwoty… O odpowiedni nastrój dbają też księgarnie, eksponując adekwatną ofertę wydawniczą.

Nie trzeba chyba dowodzić, iż opowieść o miłości nie musi być tandetnym romansidłem… wszelako właśnie wśród tych ostatnich znalazłam niegdyś „Peonię”. Tania edycja, okładka konotująca orientalność wiązaną jednocześnie z wyrafinowanym erotyzmem i liryzmem, w który sublimują niespełnialne marzenia. Ponadto z tyłu tomiku czytamy, iż „Lisa See jest autorką sześciu powieści, cieszących się wielkim zainteresowaniem czytelników”, zaś prezentowana tu historia „pasji, tęsknot i namiętności” to „fascynująca, bogata w egzotyczne realia powieść o miłości silniejszej niż śmierć”. Czy brzmi to zachęcająco? Cóż, gdyby nie rekomendacja, zapewne „nie zniżyłabym się” do takiej lektury. Uczciwość każe mi także przyznać, że kultura chińska nie należy do moich zainteresowań, dlatego recepcja „Miłości Peonii” w moim przypadku siłą rzeczy zapośredniczona została przez moją wiedzę o Japonii – i fascynację tym krajem.

See przenosi nas do siedemnastowiecznych Chin, w rzeczywistość niestabilną politycznie (zmiana panującej dynastii cesarskiej i społeczne niepokoje „po Kataklizmie, kiedy dynastia Ming upadła i władzę przejęli najeźdźcy, Mandżurowie” – s. 13). Podczas niedawnego spotkania z pisarką i literaturoznawczynią Ingą Iwasiów, jakie odbyło się w krakowskim Chederze w ramach Festiwalu 10-lecie „Zadry”, padło stwierdzenie, iż „kobiety zostają po wojnach”. Odnosi się ono do tego, że w okresach takiego osłabienia organizacji państwowej, a co za tym idzie – zadekretowanego bądź nie patriarchalizmu, kobiety mogą próbować urządzać życie na własnych warunkach, przekraczać normalnie narzucane im ograniczenia. Sytuacja ta jest znakomicie rozpoznana, jeśli chodzi o czas po drugiej wojnie światowej (polecam choćby „Pod osłoną nocy” Sarah Waters) – rozpoznana i zdemaskowana, albowiem niosła nie tylko możliwości, ale też trudności ekonomiczne i zagrożenia osobiste, na przykład falę gwałtów.

Trauma tego rodzaju omija Peonię, panienkę z dobrego (zamożnego) domu; jej emocje przywodzą na myśl „kaprysy”, „urojone problemy” współczesnych buntowniczek, dziewcząt, popadających w anoreksję w świecie gwarantującym dostępność jedzenia. Istotnie, Peonia, narratorka i postać ogniskująca, umiera właśnie z głodu, powoli jednak! Na okładce trafiamy na jeszcze jedno dezinformujące stwierdzenie: że poznamy losy „trzech chińskich kobiet, poślubionych jednemu mężczyźnie”. Wiadomym jest, iż w niegdysiejszych Chinach poligamia była prawnie usankcjonowana, wszelako w tym wypadku nie chodzi o jednoczesność (trzy żony, niczym cztery w przypadku sędziego Di, bohatera znanego cyklu Roberta van Gulika), a o następowanie. See opiera się na faktach historycznych, dokonując fabularnej, niepozbawionej elementów ponadnaturalnych, rekonstrukcji powstania „Komentarza trzech żon”. Ową wydaną w 1694 roku książkę napisały Chen Tong, Tan Ze i Quian Yi, jako – by użyć dzisiejszego języka – analizy i interpretacje o wiek wcześniejszej opery „Pawilon Peonii”. Jeśli inwokowany w słowach wstępnych walentynkowy nastrój jeszcze nie zanikł, zapewne wygaśnie teraz, należy bowiem zadać sobie pytanie o status tak zwanego pisarstwa kobiet. Na szeroką skalę, z zapałem polemicznym i z akademicką wnikliwością, zaczęto je stawiać w XIX wieku, wraz ze wzrostem znaczenia ruchów emancypacyjnych w świecie Zachodu. Nie bez powodów twórczość kobiecą (rozumianą bez wikłania się w subtelności, jako literaturę pisaną przez kobiety) uważano za kuriozalne próby zajęcia męskiej pozycji. Takie „uzurpacje” były dążeniem do niezależności i wolności, wspólnym dla kobiet z wszystkich epok i spod różnych szerokości geograficznych, lecz dostępnym tylko „damom”, jednostkom ulokowanym wysoko w społecznej hierarchii i wykształconym (uczciwość każe mi przypomnieć o piśmienności części mniszek, ale nie jest moją intencją podejmowanie tematu okcydentalnej tradycji monastycyzmu). Zwróćmy uwagę na specyfikę ekspresji artystycznej Japonek epoki Heian (VIII-XII w. n.e.). Powstałe wówczas pamiętniki, np. „Makura-no sōshi” – „Zapiski spod poduszki” (znane też jako „Notatnik osobisty”) Sei Shōnagon czy dziennik Murasaki Shikubu („Murasaki Shikubu-nikki”), oraz utwory mogące być zaklasyfikowane jako powieści (spośród nich najwybitniejsza, „Genji monogatari” – „Opowieść o Księciu Promienistym” Murasaki) należą do bezcennych arcydzieł języka japońskiego, a ich autorki wywodzą się z kręgów dworskich. Ich XVII-wieczne chińskie następczynie charakteryzuje, by tak rzec, większe zaangażowanie: nie prowadziły „zapisków dla zabicia czasu”, ale – korzystając z możliwości, jakie dawało życie w czasach niespokojnych, a na co wskazałam wyżej – podejmowały pozadomowe aktywności, podróżowały, badały historię, uprawiały literaturę, gromadząc się grupach. Znakomicie wykorzystały szansę, nim władze wprowadziły ograniczające ich suwerenność obostrzenia. Opisany przez See okres znamionuje wielki rozkwit kobiecego pisarstwa.

W toku narracji problematyka nie wydaje się z początku pierwszoplanowa. Oto głównym wątkiem jest opowieść Peonii, „panienki na wydaniu”, której ojciec przygotował przedstawienie operowe „Pawilonu…”, będące wydarzeniem artystycznym i towarzyskim. Mimo mającej na celu uchronienie widzów od nieodpowiednich wzajemnych kontaktów segregacji publiczności, oraz kontroli każdego kroku dziewczyny, udało się jej porozumieć z nieznajomym młodzieńcem, a nawet – strach powiedzieć! – odbyć z nim schadzkę. Mężczyzna okazał się dystyngowanym poetą, pomiędzy naszą dwójka zrodziła się miłość, rzecz zupełnie zbędna w świecie małżeństw aranżowanych, w których odgrywa się role bazujące na konfucjańsko rozumianych powinnościach społecznych i rodzinnych. Zakochana Peonia, o wyobraźni dodatkowo pobudzonej spektaklem, buntuje się przeciwko obowiązkom, izoluje w złotej klatce zasobnego domu rodzinnego, odmawia wszelako uczestnictwa w rodowych rytuałach, nie przyjmuje pokarmów, a wszystkie swe stopniowo niknące siły poświęca na spisywanie gloss do opery. Nie wie, iż na męża przeznaczony jest jej właśnie bliski jej sercu poeta, Ren Wu. Umiera z głodu na kilka dni przed ślubem. Chociaż w pierwszej części powieści (kończącej się rzeczoną śmiercią) podkreślana jest istotność skrupulatnego dopełniania kultu przodków, pojmujemy skrupulatność rytualną i wierność tradycji jako wyraz cnót konfucjańskiego człowieka szlachetnego. Tymczasem zaskakuje nas hipostaza: pośmiertne bytowanie Peonii odpowiada systemowi wierzeń w zaświaty, jaki przyjmowała za życia. Ze względu na okoliczności swego odejścia, Peonia nawiedza rodową rezydencję jako głodny duch, starając się po pierwsze, doprowadzić do niesfinalizowanych wcześniej ceremonii, po wtóre, uchronić efekty swej pracy twórczej przed zaginięciem. Ważny jest też jej wpływ na życie męża… tak, Ren i „corpse bride” biorą specjalnego rodzaju ślub. By nie zdradzać zbyt dużo, dodam tylko, iż dwie kolejne małżonki Rena Wu podejmują pracę Peonii, efektem czego jest historyczne dzieło, „Komentarz trzech żon”. Ponadto dopiero w zaświatach narratorka poznaje tajemnice swoich przodkiń: dramatyczne losy i literackie dziedzictwo.

Estetyka kobieca ukazana jest jako odbicie kobiecych przeżyć, doznań i emocji, niezależnie od tego, czy jego źródła dopatrujemy się w naturze czy w wychowaniu. Specyfika chińska okazuje się tu dość zaskakująca, daleka od barier charakterystycznych dla feudalnej Europy czy takiejż Japonii. Otóż Lisa See odmalowuje awans w hierarchii klasowej jako możliwy dzięki włożonemu głównie w wykształcenie wysiłkowi jednostki (zwykle mówi się o tym w odniesieniu do mężczyzn aspirujących do pozycji urzędników cesarskich, i zdających w tym celu szereg egzaminów) i życzliwej pomocy z zewnątrz. Zaznaczmy, iż ta ostatnia praktycznie ogranicza się do dania impulsu, i wpłynięcia na pozyskanie atrybutu damy z wyższej sfery: odpowiednich stóp. Przyjęło się mniemanie, że stopy Chinek były krępowane, co hamowało ich wzrost. See rozwiewa iluzję pozwalającą utożsamiać się z bólem kobiet z przeszłości tym z nas, które dzisiaj wybierają efektowność image’u na obcasach kosztem wygody butów. Otóż samo bandażowanie było konieczne dla unikania przemieszczeń kości stóp, które uprzednio brutalnie łamano. Zadaniem tym były obarczone matki, co stanowiło wyraz ich troski o córki i miłości do nich. Drastyczny opis współuczestnictwa Peonii w niemal uniemożliwiającym chodzenie zabiegu, jakiemu poddawana jest jej kuzynka Orchidea, nie pozostawia złudzeń. Matka dziewczynki nie dopełniła obowiązku („zbyt miękkie serce”), czego skutki widzi Peonia: „Wszystkie kości, które powinny popękać, uległy już złamaniu, nie uczyniono jednak nic, aby uformować z nich lepszy kształt. To, co zobaczyłam, przypominało ciało małej ośmiornicy, wypełnione połamanymi i ostro zakończonymi patyczkami. Krótko mówiąc, była to paskudna, fioletowo-żółta, do niczego nieprzydatna pulpa” (s. 66). Podczas interwencji narratorka jest pouczana, aby naśladowała ruch wyżymania prania i rolowania skarpetki. W efekcie śródstopie ma się ostro zgiąć, palce zaś schować się „przez zwinięcie kości do środka” (s. 70). Takie epatowanie XVII-wieczną perspektywą, w której przywołane tortury służyły dobru kobiet, gryzie się z optyką dzisiejszej świadomości kulturowej, jakiej przyjęcie było dla Lisy See koniecznością, skoro chciała uczynić swą powieść przystępną dla szerokiego grona odbiorców. Matka Peonii poucza: „Bandażujemy stopy naszych córek w akcie buntu wobec obcych” (s. 71), tj. barbarzyńskich Mandżurów. Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że autorka dokonuje i projekcji współczesnych zachodnich uzusów myślenia o życiu osobistym i społecznym. To skojarzenie z popularną wersją politycznej poprawności, będącej pokłosiem studiów postkolonialnych. Ilustracją takiego rozumowania może być wywód o hidżabie Shaikh Sa’diyyi [vide Shaikh Sa’diyya, “Transforming Feminism: Islam, Women and Gender Justice” w: Omid Safi (ed.), “Progressive Muslims on Justice, Gender, and Pluralism”, One World, Oxford 2005].

Zarazem See ukazuje orientalne oblicze tradycji feministycznej, odnajdując w Chinach pierwowzory współczesnych zabiegów: rekonstrukcję kobiecej genealogii, rewindykację kobiecego uczestnictwa w kulturze, kobiece reinterpretacje tekstów literackich i – co istotne – instytucjonalizację owego reclaimingu. Rzecz jasna, autorka nie odwołuje się do tych pojęć eksplicytnie. Nie sposób powiedzieć, że zachodzi tu podwójne kodowanie, i „Miłość Peonii” ma takie właśnie drugie dno: byłby to wyrok cokolwiek naiwny. O bogactwie powieści decyduje fakt, iż wszelkie warstwy odczytań – romansowa, emancypacyjna, postkolonialna, orientalistyczna, fantastyczna, etc. – splatają się ze sobą, i mogą ujawniać w rozmaitych momentach lektury.

Paulina Szkudlarek

Lisa See, „Miłość Peonii”, przeł. Anna Dobrzańska-Gadowska, Świat Książki, Warszawa 2008. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 14 lutego, 2010 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe