Archiwum dla kategorii: ‘mężczyźni’

David Gilmore, „Mizoginia, czyli męska choroba”

Jeśli pamiętamy o tym, z jakim opóźnieniem pojawiają się w Polsce przekłady prac poświęconych feminizmowi czy innym aktywistycznym i akademickim strategiom emancypacyjno-wolnościowym (nie wspominając o coraz dłuższej liście ważnych pozycji, które nie ukazały się w ogóle, i na które – dzięki szerokim możliwościom dostępu do oryginalnych wydań – grona zainteresowanych osób przestały już czekać), może zaskoczyć, że pochodząca z 2001 roku Mizoginia, czyli męska choroba amerykańskiego antropologa Davida Gilmore’a wydana była po polsku już w roku 2003. Czym autor sobie na to zasłużył?

Może to korzystne wizerunkowo i ideowo, gdy mężczyzna publikuje sążnisty i wyposażony w kilkadziesiąt stron przypisów i informacji bibliograficznych sprzeciw wobec mizoginii: pozbawiony uprzedzeń, otwarty, niewykluczone, że feminista. Z drugiej strony autor przyznaje, że „nie mówi tu niczego nowego; część […] wykorzystanych danych antropologicznych to starocie”, a temat „dobrze znamy z historii, literatury, sztuki i antropologii” (s. 9). Deklaruje jednak, że chce uzupełnić brak opracowań komparatystycznych. Oho, typowa arogancja: przez tyle dziesięcioleci żadna – siłą rzeczy zainteresowana zagadnieniem – kobieta nie była zdolna do przyjęcia wystarczająco szerokiej perspektywy, i najwidoczniej potrzeba tu męskiej zdolności do abstrahowania, analizowania, syntezowania oraz interpretacji. Zdolności do opanowania chaosu. Mimo takiego – nie da się ukryć – uprzedzenia podjęłam lekturę, by wkrótce przekonać się, iż gdy przyszło co do czego, to od Gilmore’a otrzymujemy zabytek myśli, nieuporządkowanie i wojownicze komentarze bynajmniej niestawiające autora w korzystnym świetle ani jako naukowca, ani jako człowieka o konkretnym światopoglądzie.

Autor również popełnia idiotyczne drobne błędy, jednak przede wszystkim książka jest zła koncepcyjnie. Jak podpowiada tytuł, Gilmore uważa mizoginię za chorobliwy powszechnik kulturowy. Choć niektórzy indywidualni mężczyźni są od niej wolni, nie ma formacji kulturowej bez uprzedzeń wobec kobiet, nienawiści do kobiet bądź strachu przed kobietami – w różnych skalach, zakresach i wariantach. Gilmore chce omówić mizoginię antropologicznie, psychologicznie, literacko (literaturoznawczo?), zahaczyć też o świat ginefilii, przesadnej aprecjacji kobiecości. Co mu się udaje? Niewiele. Powtarza się, jest nieuporządkowany i ma luki kompetencyjne.

Przede wszystkim trzeba zdefiniować problem: mizoginia jest irracjonalnie negatywnym stosunkiem mężczyzn do kobiet, uprzedzeniem mającym zauważalny wyraz w stosunkach społecznych. Kobietom zło przypisywano na dwa sposoby: czynią je mimowolnie, bądź są diaboliczne w sposób celowy. Gilmore utrzymuje, że mizoginia nie ma adekwatnego odpowiednika „po drugiej stronie” – mizoandrię postrzega jako zjawisko zbyt rozproszone i słabe, byłaby zatem ona ekwiwalentem jedynie słownym, nie zaś faktycznym. Autor zdaje się nie rozumieć, że w mizoginii chodzi o stosunek dominujących do podporządkowanych. Może ksenofobia jest uprzedzeniem „wzajemnym”, dwustronnym, jednak np. antysemityzm czy homofobia nie mają „do pary” zjawisk z przeciwnie skierowanym wektorem. W jednym z miejsc, w których Gilmore „poszukuje” analogii dla mizoginii (s. 38), mówi o takich przejawach tej ostatniej, jak strach przed zakażeniem ze strony kobiety, np. skażonym mlekiem, trującymi wyziewami z waginy, itp.

Z feministycznego (i nie tylko) punktu widzenia można odpowiedzieć, że to sperma niesie większe zagrożenie nie tylko w sensie epidemiologicznym (choroby roznoszone drogą płciową), lecz i w bardziej radykalnym ujęciu: w sensie ciąży. „Ciąża to nie choroba”, a jednak są analogie, np. mobilizacja wszystkich sił organizmu (szczególnie w pierwszym trymestrze kobieta czuje się źle, gdyż jej układ immunologiczny uczy się, że ma w sobie obcego, którego jednak nie należy nie atakować).

Wiele postaw mizoginicznych zostało wygenerowane zjawiskiem menstruacji. Gilmore dowodząc powszechności obrzydzenia, jakie krwawienie miesięczne budziło i budzi, podaje, iż dla współczesnych uczniów w USA menstruacja jest odbierana jako coś wstrętnego. Znakomity dowód! Ciekawe, czy ankietowani uczniowie z USA uznaliby wymiotowanie czy defekację za urocze i fajniusie… Bardzo nie lubię takiego „argumentowania”, ponieważ jest jak reflektor punktowy wydobywający z mroku tylko to, co autorowi do koncepcji pasuje. Odwołuje się np. do ostrej mizoginii późnoantycznej i wczesnośredniowiecznej teologii chrześcijańskiej. Nazywa Tertuliana czy Waltera Mapa (by wymienić kogoś i wcześniejszego, i późniejszego) „najwyraźniej niezrównoważonymi myślicielami” (s. 126), skoro tak dobitnie określali kobiety grzesznymi deprawatorkami i gorąco opowiadali się za antyprorekreacyjnym (a raczej apokreacyjnym) celibatem. Daleko mi do obrony teologii chrześcijańskiej, jednak Gilmore widzi w takich opiniach prolog do „wyniszczenia demograficznego”, a w dalszej konsekwencji, do „ostatecznego zaniku gatunku”. Dodaje doprawdy dowcipną uwagę, że w myśl takich teorii wytępienie także i mężczyzn nie byłoby wysokim kosztem (powszechnego wstrzymywania się od bram piekieł, którym na imię kobieta – dopowiedzenie parafrazujące opis z s. 125).

Gilmore nie rozumie lub celowo przemilcza kontekst religijny (dążenie do bezgrzeszności, zbawienia) i właśnie demograficzny (to były czasy podejść kompletnie inaczej patrzących na przyrost lub ubytek ludności; myślenie o wzroście demograficznym jako źródle przewagi militarnej i ekonomicznej jest charakterystyczne dla ideologii nowożytnych państw narodowych, zaś sama koncepcja populacji pochodzi – jak czytamy w Historii seksualności Foucaulta – z połowy XVIII w.). O religioznawczych kompetencjach autora najdobitniej świadczy pomylenie buddyzmu z shintō (s. 286).

Zanim zacznę czepiać się antropologii, dziedziny, w której Gilmore jest formalnie wyspecjalizowany, wskażę jeszcze rozmaite irytujące drobiazgi, kompromitujące książkę.

Autor zdaje się specyficznie rozumieć potoczne słowo współczesność. Zabytki andaluzyjskiego folkloru uważa za przekonania „dochodzące do głosu we współczesnej Hiszpanii” (s. 194). Czasoprzestrzeń osobliwie się dla niego zakrzywia. Kres epoki wiktoriańskiej wyznacza on na rok 1950 (s. 282), zresztą w innym miejscu powołując do istnienia niesłychany byt, Europę wiktoriańską (s. 238). Anglocentryczny skrót myślowy (gdyż wolę myśleć, że to skrót) w sformułowaniu mającym, jak rozumiem, odwoływać się do szczególnego czasu prymatu purytańskiego mieszczaństwa czy rozwoju opartego na eksploatacji kolonii, czasu dającego podglebie freudyzmowi, jest o tyle rażący, że w opracowaniu, na które w tym miejscu Gilmore się zdaje, mowa o fin-de-siècle’u: wiek kończył się nie tylko w Wielkiej Brytanii, francuskie określenie jest więc szersze i bardziej uprawnione w opisie „stanu” Europy. Do samego freudyzmu jeszcze wrócę, tymczasem tu dodam, że wg autora Brahms (zm. 1897) i Freud (zm. 1937) to rówieśnicy, „ludzie tej samej epoki”. Ja skłonna byłabym twierdzić, że „pomiędzy” nimi świat się przewrócił do góry nogami…

Freudyzm jest przez Gilmore’a brany za dobrą monetę, akceptowany jako ujęcie psychologiczne. Stąd określone wnioski, np. „Wszyscy mężczyźni przechodzą przez fazę edypalną (jeśli Freud ma rację)”, warunek pojawia się w nawiasie, i sformułowany jest w czasie teraźniejszy Wszyscy przechodzą, niektórym tego konfliktu „nie udaje się zażegnać” (s. 299). Przez to, uważa autor, cała heteroseksualna część (większość) ludzkości ma „znaczne nieświadome skażenie edypalne”. Moment! Co z tymi, którzy przejdą fazę edypalną (wszyscy to wszyscy), a potem zostają, okazują się gejami? Będą mizoginami niezależnie od „zażegnania”? Czy dokładnie odwrotnie?

Dla Gilmore’a mizoginia jest obsesją, paranoją, fobią, „wraz z przemieszczeniami somatycznymi i lękami” (s. 192). Strach przed kobiecością paraliżuje pod względem etycznym, daje wrażenia samozatraty. Jest to „oderwany od rzeczywistości lęk”, który motywuje antykobiece reakcje. Co w tym osobliwego? Autor kompletnie nie uwzględnia możliwej złej woli mizoginów, np. wyrachowania polityków.

Myli też rozmaite zjawiska, i nie zauważa ich wariantów. Np. unikanie stosunków seksualnych jest dla niego tym samym, co uchylanie się od prokreacji (s. 128), tymczasem to pierwsze jest tylko jednym, i to nie najpopularniejszym, sposobem na to drugie (inne sposoby to wszelka antykoncepcja, aborcja oraz dzieciobójstwo – choć tu prokreacja zaistniała jako taka, przekreśla się konieczność wieloletniej pracy wychowawczej, o sferze finansowej nie wspomnę). Skoro o tym mowa, we fragmentach poświęconych proporcji płci w danej populacji (s. 233), Gilmore utrzymuje, że przewaga liczebna dorosłych kobiet nad dorosłymi mężczyznami wzmaga w społeczności mizoginię, i vice versa, „niedostatek kobiet” to zarazem kobiet poważanie. Trudno się z tym zgodzić w obliczu strasznych danych o dziewczynkobójstwie praktykowanym nawet we współczesności (często mającym formę „późnej” aborcji płodów żeńskich – wiadomo, że nim badanie USG pozwoli na identyfikację płci, ciąża robi się zaawansowana).

Gilmore chce robić wrażenie, że zajął się całym światem i pełną historyczną osią czasu. Tymczasem – cóż, nie mogłam tego nie zauważyć – nie znajduje ani jednego zdania o Słowianach… Gdzieś tam po przecinku wymienia Jugosławię (w książce z de facto XXI w. – a wtedy kończył się proces rozpadu Jugosławii), gdzieś tam wyrokuje, że w Europie Wschodniej dominuje nacjonalizm (s. 242). O Skandynawii z kolei wie to, co mu się kojarzy z nordycką wzniosłością (wrażenie o której najwyraźniej wyrobił sobie na podstawie dzieł Ryszarda Wagnera i jemu podobnych); o współcześnie realizowanej w Europie północnej polityce prorodzinnej ani się nie zająknie.

O polityce mówiąc, Gilmore daje wyraz brakowi wyobraźni. Za niejakim Tinderem opisuje „konserwatyzm patriarchalny” jako coś innego od nienawistnej, obsesyjnej mizoginii. Ów „konserwatyzm patriarchalny” polega na uznaniu, że kobiety i mężczyźni „ogromnie się różnią (…) chociaż żadna z płci nie jest lepsza” (s. 203). Zaraz zaraz, coś tu nie gra, ale czytajmy dalej. Patriarchalnie konserwatywni feminiści „przyjmują nawet, że kobiety i mężczyzn należy w świetle prawa traktować inaczej” (takoż s. 203). Wydawało mi się, że to pogląd feminizmu różnicy. A osobiście uważam, że oczywiście, trzeba traktować inaczej (np. niezmuszanie do wysiłku fizycznego kobiet w ciąży, parytety wyborcze, kwestie zatrudnienia po porodzie – tak, te dwie ostatnie rzeczy powinny być rozwiązane czasowo, póki nie nastąpi „dobrowolna” regulacja np. w zakresie urlopów macierzyńskich i ojcowskich), przy czym nie musi to mieć ani formy „trzy razy K”, ani patrzenia na mężczyzn jak na jaskiniowców – przydałoby się minimum genderowej wrażliwości i zrozumienia tego, że nie dla wszystkich podmiotów prawa dobre jest to samo.

Spójrzmy na inne nieuprawnione określenia i konstatacje… Za pracą Garber (o której tłumacz niekiedy pisze w rodzaju męskim) Gilmore podaje, że w praktykach transwestytyzmu „przebieranka męsko–damska występuje o wiele częściej, niż jej odmiana damsko–męska” (s. 263). Ciekawam, jak to policzono, niemniej uważam, że raczej panowie przebierający się z różnych (nietransseksualnych) powodów w ubrania kobiece są lepiej widoczni i bardziej karnawałowi. Kulturową dobrowolną „autodegradacją” dają dowód odwagi – że facet musi mieć jaja, by sobie pozwalać na małe choćby przejście na stronę gorszej płci – najbardziej znany jest chyba casus Piotra Pacewicza w sukience na warszawskiej paradzie równości (oberwało mu się od sporej części środowisk LGBT w Polsce), ale nie tylko. Tymczasem kobieta w stroju męskim częściej się podszywała, kryła, np. ze względu na prawo, ale mając na celu swobodę podróży, itp. Nierejestrowalne i niepoliczalne są przypadki „successful passing”. Inny osobliwy pomysł: Karen Horney (1885–1952) nazwana jest… protofeministką (s. 210): Gilmore pomylił się z tym określeniem o sto lat.

Zajrzyjmy do partii poświęconych teoriom psychologicznym. Bioneurologia dowiodła, że rozwijający się organizm ludzki wpierw jest żeński, potem działanie hormonów może wpłynąć na kształtowanie się męskiej anatomii. Pojawiły się w związku z tym koncepcje, że mizoginia to rodzaj genetycznego strachu przed totalną regresją (s. 225). Oczywiście opowiadając się za tym pomysłem Gilmore strzela sobie w stopę, ponieważ generalnie dąży do udowodnienia uniwersalności uprzedzeń i lęków antykobiecych. Nie byłby to wszak pomysł wyjaśniający mizoginię w epokach poprzedzających odkrycia dotyczącego chromosomów! Ale… czy ta bioneurowiedza jest dziś powszechnie znana? Nie sądzę. Zatem może autorowi chodzi o to, że niezależnie od tego, co potrafimy jako lepiej lub gorzej wykształcone osoby powiedzieć o ontogenezie, atawistyczne obawy działają? Oj, to już science–fiction!

Gilmore to – przypomnijmy – antropolog. Współczesna antropologia ma dla siebie trzy drogi:
- skupienia się wyłącznie na swej metodologii, metateorii;
- niegdysiejszego zamorskiego Innego zastąpienia Innym w nas lub Innym w naszym „domu”;
- popadania w anachroniczne entoopisy, dowodzące tego, co jest przedmiotem dociekań. Tu sytuuje się Gilmore!

Niemal od początku (np. s. 34) przyjmuje implicytnie zdyskwalifikowane w jego dyscyplinie eurocentryczne założenie: lokalne, wyspiarskie, plemienne formacje kulturowe, do pewnego czasu funkcjonujące niezależnie od Zachodu (w którym działa się Historia i zachodził Postęp), były niezmienne w czasie, tkwiły w neolicie czy „epoce kamienia” (s. 61)… Oczywiście z powodu braku porównywalnego z okcydentalnym dziejopisarstwa – czy zauważalnej dla kolonizatorów ekspansji. Gilmore daje wyraz kompromitującej arogancji i szowinizmowi kulturowemu, gdy pisze choćby o „plemionach odkrytych w latach trzydziestych i czterdziestych” (s. 232). Odkrycie! Nalot arogantów z notatnikami! Nie ma mowy o spotkaniu; relacja jest z definicji niesymetryczna. Gilmore’owi to podejście nie wadzi. Podsumowuje generalnymi kwantyfikatorami „prawdziwy charakter” rozmaitych grup etnicznych, np. „łagodni Tahitańczycy” (s.71), Semaiom „nieznana jest złość” (s.70), !Kung San to „łagodny lud” (s.69); nepalscy Yurokowie to „łagodni ludzie”, którzy „nie wojują i gremialnie kultywują życie bez przemocy” (s. 235) …a jednak są mizoginami.

Autor upiera się, by penetrować abstrakcyjne odmęty historii kultury (abstrakcyjne o tyle, że były i są w wielkiej mierze efektem naukowych fikcji, perpetuum mobile potwierdzającym wszystko, co pasuje do paradygmatu oraz tezy). Nie interesuje go ani trochę np. wpływ mediatyzacji na zmiany stosunków genderowych. Ponadto wyodrębnia dwa obszary dla mizoginii:

1) czysto fizyczny, cielesny (np. upiera się przy istotności strachu przed krwią menstruacyjną – choćby s. 187 – ignorując abiektalność wszelkich wydzielin… brzydzimy się rozmaitych „niehigieniczności”: potu, moczu, kału, plwocin, tego, co traci integralności z naszym ciałem. Ostatecznie nordyckim koszmarem był statek z paznokci, a włosów, które komuś wypadły, można użyć sporządzając laleczkę voo doo) oraz

2) intelektualno–etyczną mizoginię obecną głównie w religiach. W owym drugim polu nie znajduje miejsca dla nowożytnej nauki ochoczo podchwytującej myśl wrogą kobietom i znajdującej niewątpliwe dowody na wyższość mężczyzn. Wspomniałam o teorii bazującej na specyfice ontogenezy, wedle której to teorii mężczyzna boi się, że grozi mu cofnięcie się do płodowego stanu kobiecości. Gilmore nie wie lub nie uznaje za ważne dwóch rzeczy. Po pierwsze, przez długie wieki uważano, że gdy rodziła się dziewczyna, była „niedokończonym” chłopcem, osobą o nieukończonym rozwoju. Wyższe i lepsze jest bowiem to, co dalej wyewoluowało, odeszło dalej od natury ku cywilizacji. Drugie przekonanie z przeszłości: kobieta to odwrotność mężczyzny. Te organy, które ona na ma zewnątrz, ona ma we wnętrzu. Gorliwie dokumentowano przypadki, gdy przy wielkim wysiłku, np. w biegu, dziewczynce wypadały ze środka męskie genitalia, i oto od tej pory to był chłopiec. Gilmore z upodobaniem przytacza przypadki, kiedy kobiety straszą mężczyzn (lub im grożą) pokazując waginy (s. 62). Autor przemilcza obnażanie przynoszące dla odmiany dobro (jak np. podczas uwieńczonych powodzeniem starań, by wywabić z jaskini Amaterasu, shintoistyczną boginię słońca, która się ukryła, znieważona przez lekkomyślnego brata–rozrabiakę).

Gilmore odwołuje się do męskich praktyk „oszczędzania się” (s. 54–55): utrata spermy podczas stosunków miała być niezwykle osłabiająca. Nie można jednak tego rozważać jako przejaw mizoginii, albowiem w historii (i współczesnym nauczaniu Kościoła kat.) za grzech lub innego rodzaju zło uważano utratę spermy na drodze samozaspokojenia. Tym razem nitka prowadząca od elementu poprzedniej uwagi do kolejnej każe zwrócić znów uwagę na religię. Gilmore pisze o nagonce na kobiety uchylające się od wypełnienia boskiego nakazu prokreacji (np. poprzez antykoncepcję) i pomstowaniu, że przez odrzucenie macierzyństwa ludzkość skazana jest na wyginięcie. „Identyczny strach przed wyginięciem z powodu nihilizmu kobiet zauważa się obecnie w Stanach Zjednoczonych u fanatycznych przeciwników aborcji” (s. 200). Odwrotnie – fanatycy nazywają siebie obrońcami życia (poczętego), argumentem jest tu przykazanie piąte. Przecież gdy nastanie koniec ludzkości, nastąpi też paruzja. Wg zacytowanej tu wypowiedzi, jestem nihilistką. Nie ma w tym zdaniu sugestii, że naśladuje retorykę tych radykalnych grup (np. zabijających ginekologów przeprowadzających aborcje). Odwrotnie: Gilmore za jednym zamachem obraża „fanatyków” i „nihilistki” niematki.

Opisując arogancję antropologa nie wspomniałam o jeszcze jednym „kwiatku”: sformułowaniu „nieskażone przez cywilizację rytuały” (dot. to Gahuka–Gama, s. 249). Metoda Gilmore’a ujawnia się też w deklaracji poprzedzającej deskrypcję pewnego kultu typowego dla wspomnianej grupy etnicznej: „W niniejszym opisie posłużę się czasem teraźniejszym, mimo, że te rytuały już zanikły” (s. 249). Dlaczego zatem teraźniejszym? – pytanie retoryczne. W celu perswazyjnym, to jasne.

Gilmore poświęca sporą część książki na rozważania nad praktykami performatywnie gloryfikującymi kobiece atrybuty i możliwości. Proponuje nazywać to ginefilią: „to typ męskie nerwicy: jej źródłem (…) są nierozwiązane konflikty; ma objawy zarówno cielesne, jak i duchowe, a towarzyszą jej powtarzalne rytuały i pomysłowa tradycja ludowa” (s. 248)… zupełnie jak w przypadku mizoginii. Oba te bieguny są niedobre, źle świadczą o mężczyznach. Etnograficznymi przykładami ginefilii jest np. naśladownictwo ciąży, porodu, i połogu, oraz menstruacji. To ostatnie – przez różne sposoby uważanego za oczyszczające upuszczanie krwi. Gilmore pisze o Melanezyjczykach, którzy „pomimo swoich lęków przed skażeniem »stają się« – w trakcie osobliwego rytuału naśladowania tego biologicznego zdarzenia, które wywołuje lęk (…) – miesiączkującymi kobietami” (s. 249). Ciekawe, co powiedzieliby chrześcijanie z Ziemi, gdyby kosmici–antropolodzy zinterpretowali transsubstancjację podczas katolickiej mszy jako naśladownictwo czegoś obrzydliwego!

Gilmore uważa, że wyjątkowo niewiele do jego rozważań wzniosłyby teorie marksowskie czy historyczno–materialistyczne. Nie wyjaśniają one (mimo zauważenia stosunków wyższości/niższości w społeczeństwach) obecności w mizoginii pierwiastków magicznych czy pojęć nieczystości, skażenia, zarazy (s. 244). Marksiści, ironizuje Gilmore, nie mogą utrzymywać, że istnieje coś takiego, jak „histeryczne oskarżanie biednych o magiczne zarażanie bogatych” (s. 244) albo że „robotnicy (…) mają straszliwe narządy płciowe” (s. 245). Ależ owszem! Przede wszystkim nie chodzi tu o taką drobiazgowość, a o problem dehumanizacji „innego”, „niższego”, podrzędnego. Poza tym istniała stara antyrobotnicza, antysocjalistyczna retoryka strasząca ciałem robotnika jako potwornym.

Gdy Gilmore opowiada o specyfice zabiegów upuszczania krwi, widzi w tym wyłącznie „neolityczną”, nieskażoną cywilizacją formę rytualną, i pomija milczeniem wieki historii zachodniej medycyny, obowiązywania koncepcji czterech humorów (upuszczanie krwi sangwinikowi jako sposób zyskania równowagi humoralnej).

W całej książce Gilmore nie wskazuje na „pakiet”, w którym prawdziwy mężczyzna definiuje się jako ten, który nie jest

1) dzieckiem,
2) kobietą,
3) homoseksualistą.

Przestarzałe? Adekwatne do koncepcji książki! Nie chodzi mi o detale, które się istotnie pojawiają (np. ortodoksyjny Żyd w modlitwie dziękuje Bogu, że nie stworzył go kobietą), ale o zespół przekazów umacniających męską dominację społeczną i definiujących jasno jednostki podrzędne… Gdy więc Gilmore pisze o „tradycyjnych wyobrażeniach o tym, co »męskie« oraz »hegemonistycznej« męskości”, i dodaje: „cokolwiek by to mogło znaczyć” (s. 235), tępe ostrze jego wątpliwej ironii chybi, albowiem w najprostszym sensie (tj. w obrębie danej grupy czy formacji kulturowej) hegemoniczna (SIC!) męskość znaczy właśnie to trojakie odcięcie. Oczywiście można poszerzyć spojrzenie na sferę międzykulturową, ale w tym miejscu nie jest to już nasz problem.

Koniec końców choć Gilmore chciałby być awangardą męskości, której udało się pokonać mizoginię (czy też wyleczyć z niej), okazuje się tylko anachronicznym malkontentem, bo nie ma już utopii, o jakiej antropolodzy jego pokroju marzyli. A w ogóle to starsi powinni pouczać i uczulać młodych, a kobiety jednoczyć się z mężczyznami, po czym następuje ostatnie zdanie: „I tą dwuznaczną uwagą kończymy” (s. 310) – doprawdy, jak u wujaszka lubującego się w marnych żenujących żarcikach z podtekstem erotycznym, i o chamskiej wymowie. Mam antyesencjonalistyczne przekonania, a w niniejszym omówieniu moje komentarze mają ostry, wojowniczy charakter feministyczny. Jednak tutaj zachodzi przypadek szczególnego rodzaju upupienia. Autor wie lepiej. Żadna feministyczna analiza pojęcia mizoginii nie była tak dalekosiężna, jak jego projekt, w apodyktycznym tomie łączący elementy etnologii i psychologii, w przeterminowanych ujęciach ich obu. Mnóstwo u Gilmore’a słów o społeczeństwach i społecznościach, jednak ani odrobiny socjologicznej rozwagi. Rozdziały i podrozdziały wedle jego intencji poświęcone odrębnym obszarom badawczym, mieszają się, przykłady z innych rejestrów – innych, niż sugeruje nagłówek lub śródtytuł – wyskakują w przeróżnych miejscach, całość jest bardziej chaotyczna, niż moje opisy! Kompletną porażką jest partia niby poświęcona literaturze. To kilka nazwisk „bardzo” historycznych, dość soczyste cytaty, wielkie pytanie, czy Szekspir był mizoginem (swoja drogą w całej książce używana jest forma „mizoginista”, sama w sobie niebłędna, jednak będąca ewidentną kalką z angielskiego, gdzie odnośne słowo kończy się na „– ist”), oraz bezradne podsumowanie: nie sposób dociec, czy narracja prozatorska, poetycka bądź dramaturgiczna odzwierciedla osobisty pogląd autora, czy stanowi element kreacji postaci. To dylemat na poziomie gimnazjalnym.

Uderzające i zasmucające jest pominięcie oczywistości: w całej kwestii chodzi o stosunki międzyludzkie w sytuacjach, kiedy dzieje się krzywda, kiedy się rani, dręczy fizycznie lub psychicznie, kiedy się odbiera życiowe szanse. Soczewka Gilmore’a była zogniskowana na czymś innym: koniecznie (jak deklaruje we wstępie) chciał udowodnić, ze mylą się feministki i marksiści upatrujący mizoginicznych postaw w specyfice systemu kapitalistycznego. Stąd, wedle autora, cały ten (przerdzewiały) etnograficzny arsenał: przeciw „upolitycznieniu” (s. 9). Takie konstatacje dowodzą, że Gilmore jest na bakier ze współczesnością jako taką, oraz z obecnym kształtem badań kulturowych i metodologii antropologii. Książka była anachroniczna (i marna, nieprzekonująca, wybiórcza, rojąca się od błędów) chyba w momencie jej złożenia. Skąd pęd, by to od razu przekładać na polski? Przemyt konserwatyzmu pod płaszczykiem otwartości? Retoryka jak w polskiej polityce: padam do nóżek pięknym i niewinnie krzywdzonym paniom, ale te lewackie feministki to należy wystrzelać. Metaforycznie? Z akademickiej spluwy.

Parę cierpkich słów należy się też redakcji z Wydawnictwa Literackiego. Tłumaczem Mizoginii był Janusz Margański, doświadczony na polu naukowym: ma na koncie przekłady Prousta, Ricoeura, Baudrillarda, Derridy, Lévinasa… a by nie wymieniać tylko Francuzów, dorzućmy Rorty’ego i Žižka. W przekładzie Gilmore’a nieprawdopodobnie rażą jednak niestaranność i błędy interpunkcyjne. Obowiązkiem translatora jest odnieść się do wydań już przetłumaczonych, Margański robi to tylko sporadycznie, jakby nie zauważył, że po polsku jest dostępna, np. Ortner… lecz także Malinowski!

- s. 58, 128 i in.: „krytyk feministka” zamiast – krytyczka feministyczna;
- s.143: dalecy ojciec czy bracia – jak w opisie pokrewieństwa można zaliczać ojców lub braci do dalekiej rodziny?
- „mikwah” zamiast – mykwa
- s. 176: imię Greta przełożone za Gilmore’m jako Meg (zamiast po polsku, powiedzmy – Gośka);
- s. 104: źle tłumacząc Margański pisze, że Walkiria to I część tetralogii Wagnera, podczas gdy jest drugą, a autorowi chodziło o pierwszy akt Walkirii, której „numeru” w tetralogii nie podał (pierwsze jest Złoto Renu)
– s. 148: pewni mężczyźni „siekali żony”. Siekli, panie tłumaczu, Sieka się cebulę, ludzi się siecze, choć lepiej tego unikać;
- s. 206 i in.: cytaty z Gelber ujęte są tak, że przy braku jej imienia tłumacz pisze o autorce w rodzaju męskim (choć wiemy np. z bibliografii, że to kobieta).

Poza tym czytanie bardzo zakłóca fakt, iż przypisy końcowe wykonane są systemem harwardzkim, przez co odnoszą do bibliografii. Czy o tym zakłóceniu w ogóle warto się przekonywać? Nie. Gilmore to lektura nie tylko nieobowiązkowa, ale też szkodliwa.

Paulina Szkludlarek

David D. Gilmore, Mizoginia, czyli męska choroba, przeł. Janusz Margański, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003. Wszystkie cytaty i odniesienia pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 16 kwietnia, 2012 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Chłopcy sprzątnięci przez swoje zabawki. Powieści szpiegowskie Johna Le Carré, cz. 1

Sukces obsypanego nagrodami filmu Szpieg (Tinker, Tailor, Soldier, Spy, reż. Tomas Alfredson, 2011), powstałego na podstawie powieści Le Carré o tym samym tytule, może zadziwiać – kogo dziś jeszcze interesują „staromodni” szpiedzy, których główną bronią jest improwizacja, prowadzenie przesłuchań, wybuchające teczki, bakelitowe telefony i zatrute rycyną parasole?

Powieści Le Carrégo cieszą się jednak niesłabnącą popularnością od lat, niejedna została – z mniejszym lub większym – powodzeniem sfilmowana. Chociaż książki Le Carré zawsze mieściły się na mojej osobistej półce „literacki obciach”, ewentualnie „sięgać najwcześniej po stwierdzeniu, że nie rozumiem swoich czasów”, nie da się ukryć, że owej półce były też choćby kryminały Agathy Christie, której szaleństwa i przewrotnej złośliwości nie można nie docenić i, która już dawno powędrowała na półkę „powieść klasyczna”. Czas zrewidować, czy osąd Le Carré go był słuszny…

Podczas recenzowania kryminałów P.D. James zarzuciłam jej anachroniczność realiów w jej powieściach. Chociaż autorka umieszczała czas akcji w latach siedemdziesiątych XX w. i później, miałam wrażenie, że ciągle czytam o – najpóźniej – latach czterdziestych dwudziestego wieku. Podobnie jest w powieściach Le Carrégo – kiedy sprawdzałam, w jakich latach wydano powieści, które czytałam, przecierałam oczy ze zdumienia, bowiem miałam poczucie, że świat stanął w miejscu i lata siedemdziesiąte trwają całą jego twórczą wieczność. A jednak autor porusza w swoich najnowszych powieściach problemy zupełnie współczesnego nam świata i współczesnej wrażliwości, szkoda tylko, że jego „sumienie” najwyraźniej zawiera zadziwiającą cezurę, o której będzie mowa poniżej.

Na swojej stronie Le Carré, którego prawdziwe nazwisko brzmi David John Moore Cornwell, opisując siebie, podkreślając, iż przede wszystkim jest pisarzem, nie szpiegiem. Owszem, w młodości spędził kilka lat w służbie brytyjskiego wywiadu (British Intelligence), lecz – jak dopowiada anglojęzyczna Wikipedia – został zadenuncjowany przez podwójnego (a nawet, jak chcą niektórzy, potrójnego) agenta Kima Philbiego. Dalej, Le Carré przedstawia się jako przeciwnik „ducha czasów” – nie cierpi telefonów, nie znosi pisania na maszynie, unika skupisk ludzkich, ucieka na wieś, by pić i pisać, słowem – konsekwentna autokreacja na mizantropa pochłoniętego przez twórczość. Autor zdaje się „ubolewać”, iż czytelnicy traktują go niczym guru w temacie szpiegostwa i zaprzecza, jakoby jego powieści miały cokolwiek wspólnego z rzeczywistością – zabawne, jeśli połączymy to z jego wypowiedziami na temat swojej najnowszej książki Our Kind of Traitor, która wg Le Carré jest zainspirowana realnymi i coraz silniejszymi wpływami rosyjskiego kapitału z nielegalnych źródeł w gospodarce Wielkiej Brytanii (warto wspomnieć, że pisarz poświęcił już temu książkę Single and Single). Co ciekawe, podczas dyskusji w Polsce nad zlikwidowaniem WSI, w „Tygodniku Powszechnym” pojawił się artykuł Jacka Kurczewskiego, z którego dowiadujemy się, iż w refleksji na temat realnych wydarzeń powoływanie się na powieści Le Carré jest jak najbardziej na miejscu:

W cytowanym, do dziś cennym (a przypomnianym mi przez prof. Joannę Kurczewską) eseju Ludwik Dorn przeciwstawia „modernizm” dawnych szpiegowskich opowieści postmodernizmowi i rewizjonizmowi pisarstwa Johna Le Carré’a (ostatnio ukazała się jego książka pt. Pieśń misji. Nomen omen). Dawniej wierzono w porządek, system i możliwość powrotu do Arkadii, dzisiaj upadła wizja społeczeństwa jako organizmu, a w społeczeństwie chrześcijańskim „nie można dokonać bilansu, w którym szpiegostwo umieszczono by po stronie zysków”, bo jest zawsze brudne, a przez to szkodliwe jako takie. Zawsze patriotyzm i idealizm szpiegów kończy się pijaństwem, porubstwem, przekrętami i korupcją. Dorn nie mówi wprost, czy sam też tak uważa, ale reforma służb musi odpowiedzieć wprost na to pytanie. Czy reformujemy służby dlatego, że wierzymy, iż mogą funkcjonować sprawnie, czy faktycznie likwidujemy je dlatego, że w ogóle straciliśmy wiarę w ich użyteczność?

(całość artykułu tu).

Gdyby przeczytać Le Carré dokładniej, można by dojść do dużo bardziej interesujących wniosków, ale o tym dalej. Tutaj dygresja – Ludwik Dorn jest tłumaczem jednej z powieści Le Carré’a, Wojna w lustrze, o dogorywającym wojskowym wywiadzie w Wielkiej Brytanii w latach sześćdziesiątych. Interesujące, czy zainteresowała go bardziej tematyka książki, czy jeden z bohaterów, nieudolny i ostatecznie zdradzony przez swoich pracodawców, agent polskiego pochodzenia. Pozostaje mieć nadzieję, że nie tylko anachroniczne powieści mają wpływ na wyobrażenie o świecie do niedawna liczących się polskich polityków…

Le Carré tworzy od wczesnych lat sześćdziesiątych XX w. Ma w swoim dorobku głównie powieści szpiegowskie – najsłynniejsze zaliczane do „trylogii Karli” bądź cyklu o brytyjskim wywiadzie – Cyrku i najsłynniejszym bohaterze Le Carré, agencie George’u Smileyu. Późniejsze powieści – Wierny ogrodnik czy wspomnianą wyżej Pieśń misji, cechuje dydaktyczne moralizatorstwo. Opisy grabieżczego eksploatowania afrykańskich dóbr naturalnych przez światowe koncerny czy praktyk firm farmaceutycznych traktujących mieszkańców Afryki niczym eksperymentalną farmę dla nowych specyfików przeznaczonych na bogatsze rynki, to proza o tyle słuszna w przesłaniu etycznym, co dosyć nieznośna w odbiorze. W powieściach szpiegowskich styl pisarza jest jednocześnie bardzo gęsty od rzeczowników i przymiotników opisujących rzeczywistość jak i lakonicznie precyzyjny w charakterystyce bohaterów i ich poczynań. Wydaje się, że od Tajnego pielgrzyma ktoś podszywa się pod Le Carré i pod jego nazwiskiem wydaje drętwe, nudne i zupełnie nieporywające historie pisane w pierwszoosobowej narracji. Jednak nie to budzi mój największy opór podczas lektury powieści angielskiego pisarza.

Moje – delikatnie mówiąc – mieszane uczucia budzi fakt, że Le Carré opisuje najpierw – bardzo konsekwentnie i spójnie – świat wartości ludzi pokroju George’a Smileya i jego współpracowników, chcąc wyraźnie uhonorować „przegraną w słusznej sprawie”, patriotyczną i często niemal nierealnie etyczną na tle poczynań podobnych służb w innych krajach, postawę agenta. Le Carré zdaje się nie tyle nie dostrzegać związku pomiędzy opisem walki o sfery wpływów, w której Smiley grał ważną rolę, a obecną sytuacją Afryki rozszarpywanej przez chciwy kapitał Wschodu i Zachodu, co rozmyślnie pomijać ten fakt. Jego powieści szpiegowskie niosą między wierszami przesłanie, iż gigantyczna dekonstrukcja kolonialnego świata brytyjskiej Korony przyniosła oswobodzonym państwom więcej złego, niż dobrego. Le Carré bardzo konsekwentnie akcentuje działania wywiadu brytyjskiego i izraelskiego jako humanitarne i oparte głównie o intelektualne rozgrywki. Rządom zależy na bezpieczeństwie agentów i informatorów – co reprezentują działania supermana szpiegowskiej etyki, George’a Smileya. Zło w powieściach Le Carré’go to nie kolonializm, patriarchalizm, paternalizm, ale osłabienie wpływów brytyjskich i pozwalanie na rozpełznięcie się po świecie tego, co zostało po „czerwonej zarazie” komunizmu – tyle, że obecnie to „plaga” dysponująca środkami finansowymi, które są mile widziane przez Wielką Brytanię niezależnie od okoliczności politycznych. W artykule Prawda zwycięzców, prawda podbitych Richard Gott zwraca uwagę na obecny nadal „cukierkowy” obraz kolonizacji i dekolonizacji brytyjskiej: „Uważa się, że imperium było przedsięwzięciem twórczym, niosącym kaganek cywilizacji. Że podjęto je z dużymi oporami, ale przyniosło korzyści w postaci przekazania odkryć nowoczesnego społeczeństwa słabiej rozwiniętym ludom. Często się sugeruje, że imperium brytyjskie – w przeciwieństwie do francuskiego, holenderskiego, niemieckiego, portugalskiego, hiszpańskiego, a zwłaszcza amerykańskiego – było modelowym przedsięwzięciem. Panuje powszechna opinia, że powstało i trwało przy minimalnym użyciu siły i przy dużej współpracy wdzięcznej ludności miejscowej” (cały artykuł tu).

Oczywiście można stwierdzić, że autor na fali rozliczeń z kolonializmem bije się w cudze piersi, i zarabia niezłe pieniądze za szkalowanie „dorobku historycznego” własnego kraju. Można też określić to jako historię poprawną politycznie. Tyle, że bez tej historii nie sposób zrozumieć współczesnych napięć i dążeń społeczeństw wielokulturowych, nie da się zrozumieć „czego chcą od nas Inni”, ci cholerni emigranci, którzy wiecznie domagają się czegoś od ciężko pracujących białych ludzi. Ta przekłamana wizja kolonializmu jest podskórnym nurtem cyklu Le Carré‘go o szpiegach działających dla Cyrku. W Szpiegu doskonałym pojawia się stwierdzenie: „demokracja jest wtedy, gdy ojciec może dzielić się z synem całym światem”. To niewypowiedziane założenie jednego z wymarzonych celów agentów – przywrócenie potęgi Imperium Brytyjskiego. Jednak gdy z biegiem lat okazuje się to niemożliwe (choć Le Carré stwierdza z przekąsem bodaj w Tajnym pielgrzymie z lat dziewięćdziesiątych, że niesłusznie zmieniono określenie „kraje kolonialne” na „postkolonialne”, ponieważ dalej znajdują się one pod faktyczną kontrolą władz brytyjskich bądź innych jednostek pełniących praktycznie rolę metropolii, np. gigantycznych koncernów), załamują się ideały wielu Brytyjczyków wychowanych w imperialnym patriotyzmie. Właśnie to okazuje się przyczyną zdrady jednego z szefów wywiadu brytyjskiego, Billa Haydona, opisana w powieści Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg, która była podstawą wspomnianego filmu Szpieg. George Smiley (w tej roli Gary Oldman) analizując wielopoziomową zdradę Haydona („Haydon zdradził. Jako kochanek, kolega, przyjaciel. Jak patriota (…)” – Druciarz, krawiec…, s. 239), dochodzi do takiego oto wniosku: „Z bolesną jasnością zobaczył ambitnego człowieka urodzonego dla tej wielkiej sceny, wychowanego do sprawowania rządów, do dzielenia i podboju, którego cała mądrość, wszystkie ambicje (…) łączyły się z podbojem świata” (s. 239). Kiedy po zakończeniu drugiej wojny światowej staje się jasne, że Anglia nie będzie już odgrywała tak wielkiej roli w światowej polityce, jak przed wojną, Haydon zaczął się zastanawiać, czy wolałby, by wygrał „monolit wschodni”, czy zachodni, i decyduje się opowiedzieć za tym pierwszym. Aresztowany przez swoich niedawnych współpracowników, Haydon tłumaczy Smileyowi swój wybór wymieniając między innymi „kryterium estetyczne” (s. 246).

Robert Litell, autor książki poświęconej Kimowi Philbiemu, ważnej postaci w biografii Le Carré, podkreśla, że ów potrójny szpieg zadawał sobie całe życie pytanie – co jest gorsze? Faszyzm czy komunizm? W tej politycznej wizji nie ma miejsca na rozwiązania pośrednie, demokracja jawi się tutaj jako etap przejściowy między dojściem do jednej lub drugiej skrajności ideologii. Polecam całość wywiadu z Litellem, który można przeczytać tutaj.

Mam nieodparte wrażenie, że swój pomysł na analizę poczynań Philbiego Litell zaczerpnął z powieści Le Carré – głównie ze Szpiega doskonałego – jednej z najlepszych, jakie Le Carré napisał. Tę powieść można odczytać zarówno jako na rozrachunek pisarza z własnym ojcem, jak i próbę zrozumienia motywacji Kima Philbiego. Jest to też przede wszystkim chyba najostrzejsza w jego dorobku pisarskim krytyka służb wywiadowczych w ogóle.

Szpieg doskonały opowiada historię Magnusa Pyma, podwójnego agenta, który po śmierci swojego ojca postanawia zakończyć swoje życie polegające na nieustającym okłamywaniu siebie, najbliższych, interesownych relacji międzyludzkich (w żadnej powieści szpiegowskiej Le Carré nie pomija faktu, iż główną motywacją zarówno agentów, jak i ich informatorów są pieniądze) i zdradzie przyjaciół dla „wyższego dobra”, jakim jest interes państwa. Ojciec Magnusa, Rick, to blagier, oszust, czarujący, ale niesłowny bon vivant, który w każdym czasie potrafił rozkręcić jakiś mało legalny biznes. Być jego synem, to uczyć się od najmłodszych lat, jak oszukiwać innych dla własnych korzyści, jak uchronić przed karą za przestępstwa, jak brak prawdy jest podstawą dnia codziennego, życiowego powodzenia, a także, jak bardzo kłamstwo ułatwia zdobywanie czyjejś sympatii i podziwu. Młody Magnus Pym uczy się także, jak nie ufać nikomu, gdyż każdy w chwili stresu zdradza powierzone mu sekrety, uczy się udawać całe życie. W dorosłym życiu zostaje podwójnym szpiegiem, świadomym, że jego żona również jest szpiegiem, z misją polegającą na pilnowaniu jego poczynań. Śmierć Ricka jest dla Magnusa bodźcem ku temu, by dokonać rozrachunku ze swoim życiem. Wymyka się nieustającej kurateli pilnujących go „pracowników Firmy”, i przybywa incognito do małego domku nad morzem, spisać swój życiorys, po raz pierwszy bez kłamstw. Jednocześnie rozpoczyna się akcja mająca na celu odnalezienie Magnusa, bowiem obie agencje wywiadowcze, którym służył, brytyjska i czechosłowacka, błyskawicznie orientują się, że ich podopieczny zniknął. Do poszukiwań dołącza też wywiad amerykański, opisany jako zbiurokratyzowane „gniazdo żmij”, w którym dla awansu wszyscy wygryzają się bez pardonu, a jedyny agent potrafiący zrozumieć motywację i poczynania Pyma, zostaje zdegradowany za samowolę, bez zwracania uwagi na jego niewątpliwe talenty wywiadowcze.

Ów agent, Grant Lederer, odkrywa swoje psychologiczne podobieństwo do Magnusa Pyma. Lederer w rozmowie z szefem Pyma, brytyjskim agentem „starej szkoły” Jackiem Brotherhoodem (to nazwisko w kontekście całej historii ma bardzo ironiczny wydźwięk), stwierdza – mając na myśli również siebie, iż dobry agent to psychopata, mistrz konfabulacji i iluzji, który jednocześnie ciągle załamuje się pod naporem ciężaru niekończących się kłamstw. Warto dodać, że w polskim tłumaczeniu powieści Szpieg doskonały (w Polsce po raz pierwszy wydanej w 1996 roku) używa się nieistniejących w polszczyźnie – rzeczownika „defektor” i czasownika „defektować”, które są odpowiednikiem angielskiego słowa „defector” oznaczającego osobę, która dobrowolnie przechodzi spod zwierzchnictwa swojego państwa pod inne, wybrane, zazwyczaj w wyniku konfliktu interesów.

Ukrywający się Magnus Pym spisuje swoją przeszłość w formie wspomnień adresowanych do swojego syna, Toma, i do Brotherooda, który go zwerbował do służby dla wywiadu. Z listów Magnusa wyłania się oskarżycielski portret nie tylko nieodpowiedzialnego rodzica głównego bohatera, który sprawił, że Magnus musiał od najmłodszych lat troszczyć się sam o swoje podstawowe potrzeby życiowe, który dzięki nieustannym oszustwom finansowym zrobił z ich wspólnego życia huśtawkę biedy, zagrożenia więzieniem i pełnego luksusu bogactwa, o którym było wiadomo, że jest chwilowe. Kiedy przełożeni Magnusa Pyma poszukują swojego agenta i zdają sobie sprawę z tego, że był również podwójnym agentem pracującym dla komunistycznego rządu w Czechosłowacji, była żona Pyma, znająca go niemal od dzieciństwa, oskarża tutora Magnusa, iż właśnie praca w wywiadzie skorumpowała go całkowicie, sprawiając, że całe jego życie było iluzją. Magnus kłamał, by dostać to, czego pragnął – uczuć zachwytu, miłości, podziwu. Nigdy nie dostał niczego ani za darmo, ani za to, kim był naprawdę. Każdy człowiek, którego znał, poznawał jego wymyślane biografie. Ale Pym pragnął relacji z drugim człowiekiem bez obciążania ich kłamstwami, bez interesowności, bez oszustw. I właśnie pierwszego swojego przyjaciela, zbiega Axela, którego poznał w Szwajcarii, zdradził wywiadowi brytyjskiemu. Odnalazł Axela wiele lat później, jako czechosłowackiego agenta – i zdradził wywiad brytyjski, próbując być na nowo wierny staremu przyjacielowi.

Część II i informacje bibliograficzne tu.

Data wpisu: 11 marca, 2012 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Chłopcy sprzątnięci przez swoje zabawki. Powieści szpiegowskie Johna Le Carré, cz. 2

Część I tu.

Opisy działań angielskich i amerykańskich szpiegowskich agencji i siatek budzą jednocześnie śmiech i grozę. Można odnieść wrażenie, że jedyną realną korzyścią, jaką mieli zwykli obywatele państw, na terytoriach których wałęsały się gromady agentów, nie było żadne „bezpieczeństwo globalne”, a konserwy, alkohol, papierosy i pieniądze płacone informatorom za wykradzione dane. Jeżeli owe agencje miały jakikolwiek cel, zdaje się mówić Le Carré, szybko uległ rozmyciu w natłoku biurokratycznych procedur, przerostu personelu i zalewu informacji. Warto zajrzeć do artykułu opisującego współczesny wywiad amerykański, który „odrodził się” po atakach terrorystycznych na USA. Według jego autorów zdają się dominować w nim chaos i niekompetencja, gigantyczna ilość informacji niemal nie do przetworzenia i – co opisał również Le Carré – upublicznianie praktycznie wszystkiego w internecie.

Le Carré buduje w Szpiegu doskonałym pełen napięcia portret człowieka, który nie może znieść braku autentyczności w swoim życiu, przymusu zdradzania wszystkich, okłamywania najbliższych. Magnus Pym chce zaoszczędzić takiej huśtawki synowi. Pragnie też zapewnić bliskie mu kiedyś kobiety, że jego uczucia były prawdziwe. Przygotowuje się do samobójstwa, do jedynej możliwej drogi ucieczki przed ciągłym kłamstwem, którym był zmęczony, które zniszczyło go w środku. Szpiedzy pracują za pieniądze, w służbie pieniądza. Komunizm jest niebezpieczny, bo znosi własność prywatną, świętość kapitalizmu. Agenci zatrudnieni przez wywiady donoszą na siebie nawzajem, podkładają sobie nogi w biegu po awans. Bez skrupułów niszczą życia zwykłych ludzi, dorabiając im podejrzane dla rządów życiorysy, by dopisać sobie „sukces” do cv. Amerykański wywiad wierzy w technologie i jeszcze nie śni mu się koszmar w rodzaju popleczników Assange’a, którzy dla swojego guru wyniosą tajne dokumenty z baz wojskowych, lub którzy wykradną z sieci np. maile think tanku Stratford, ujawniając iż jest ten czołg ma za cel zniszczyć przede wszystkim wrogów interesów sponsorów myślenia. Le Carré między wierszami daje też do zrozumienia, że tajemnicą poliszynela w latach osiemdziesiątych – i wcześniejszych – są mechanizmy władzy i finansów opisywanych przez Naomi Klein w Doktrynie szoku.

Szpiedzy to, jak w skrócie ujmuje wspomniany już agent Lederer, oszuści i psychopaci na służbie państwa. Jeżeli uciekają, to do miejsca, które przypomina im rodzinny dom, do miejsca, w którym mogą odrodzić się na nowo, oczyścić z zalegających w nich kłamstw. Ale jak mówi George Smiley w pogadance dla przyszłych szpiegów w szkole w Sarratt: „w pewnym wieku, zaczynacie szukać odpowiedzi (…). Zaczynacie szukać zwoju pergaminu w tajemnej komnacie, który powie wam, kto kieruje waszym życiem i dlaczego. Ale należycie już do grona osób, które wiedzą, że owa tajemna komnata jest pusta” (Tajny pielgrzym, s. 143).

Przez większość tomów szpiegowskich powieści Le Carré przewijają się wzmianki o homoseksualnych lub biseksualnych związkach bohaterów, choć oficjalną polityką wywiadu było niezatrudnianie osób homoseksualnych płci obojga ze względu na ewentualność szantażowania ich upublicznieniem życia prywatnego. Ale jak to pogodzić z angielską tradycją szkół z internatem? Czy szkolenia dla szpiegów, gdzie łączono przyszłych agentów w pary i wysyłano na najprzeróżniejsze misje, nigdy nie kończyły się żadnym romansem? Co ciekawe, Le Carré sugeruje, że nagonka na homoseksualistów w brytyjskim wywiadzie przyszła razem z amerykańskim purytanizmem:

Według Amerykanów w Cyrku działał nie jeden „kret”, ale cała gromada „kretów”, którzy wzajemnie sobie pomagali. I łączyła ich nie tylko szkodliwa wiara w Marksa, co i tak było już czymś wystarczająco potwornym, lecz ohydny angielski homoseksualizm (Tajny pielgrzym, s. 38).

Le Carré buduje niewesoły obraz szpiegów udających również życie rodzinne. Dla wielu żony i kochanki były jedynie przykrywką dla związków homoseksualnych, o relacjach kobiet Le Carré niemal nie pisze – a jeśli już, to w zupełnie innym tonie. W Szpiegu doskonałym czeska kochanka Magnusa, Sabina, pyta go, czy jest homoseksualistą, „jak wszyscy Anglicy”. Bohater wie, że takie podejrzenie dotyczy wszystkich jego rodaków, z którymi pracuje. Zaprzecza, wdając się w udany romans z piękną tłumaczką, ale dowiadujemy się później z jego wspomnień, że coś więcej niż przyjaźń łączyła go na studiach z synem pewnego arystokraty.

W Jego uczniowskiej mości charakter zażyłości Smileya i fanatycznie oddanego mu Fawna może zastanawiać (oficjalnie Fawn był ochroniarzem Smileya). Fawna nie cierpi najbliższy współpracownik Smileya – z zazdrości? Czy może jest świadomy charakteru jego obowiązków, i przez to rzuca cień na uwielbianego pracodawcę?

W Druciarzu, krawcu... Smiley przypomina sobie plotki, jakoby Bill Haydon miewał homoseksualne romanse – z rozwojem fabuły przekonujemy się, że to wcale nie były plotki, a historia zdrady Haydona jest również historią zdrady, jakiej dopuścił się wobec kochającego go i byłego kochanka, współpracownika, Jima Prideaux. jest również historią zdrady. Jeden z byłych współpracowników Smileya sugeruje, że skoro Smiley jest geniuszem, to jego upodobania nie muszą być „typowe”. Dwaj Rosjanie, agencji Cyrku, opisani wprost jako kochankowie, nasuwają też oczywiste skojarzenie, że homoseksualistów było dość łatwo zwerbować jako informatorów, gdyż zakładano możliwość szantażowania ich wiedzą o ich życiu prywatnym. Z tego też powodu wielu polityków i agentów uważało, że szpiegiem nie może być homoseksualista, ponieważ – z drugiej strony – również zbyt łatwo go złamać groźbami. Niedawno w internecie wspominano, iż owe przesądy wywiad brytyjski już dawno całkowicie wyplenił – ciężko ocenić takie oświadczenie. Może kolejny wydział rządu dba o PR w toku rozmów o marnowaniu publicznych pieniędzy, a może to tylko coś w rodzaju dziennikarskiej ciekawostki, nie sądzę bowiem, by dziś to zrobiło na kimś większe wrażenie.

Jedna z pracownic Cyrku, lojalna wobec Smileya specjalistka od ZSRR Connie Sachs, ma być w jednym z ostatnich tomów o Cyrku w lesbijskim związku z archiwistką zatrudnioną w wywiadzie, Hilary. Powierzchowność Connie jest opisana tak, jakby bohatera ucieleśniała fizycznie stereotyp Rosji w ogóle – wielka, blada, rozdęta bardziej przez choroby niż otyłość, infantylna i groteskowa, obdarzona wybitną pamięcią i zdolnością kojarzenia faktów i ludzi. Jej związek z kobietą ujmowany jest jako desperacka próba ucieczki przed samotnością. Kiedy Smiley obserwuje Hilary, postrzega ją niemal niczym jako zombie na postapokaliptycznej ziemi: „przez chwilę przypominała mu owe zabłocone zjawy, będące zawsze prawdziwymi ofiarami konfliktów: wyłaniające się na chwiejnych nogach z wojennych dymów, zmaltretowane, zagłodzone i pozbawione wszystkiego, co posiadały i kochały” (Ludzie Smileya, s. 161).

Agenci, których portretuje niestrudzenie Le Carré, wydają się być pozbawieni zdolności do intymnej zażyłości z drugą osobą. Życie prywatne mają nieudane nie tylko z powodu wymagającej i absorbującej pracy, o której nie mogą rozmawiać, a która niejednokrotnie naraża najbliższych na śmiertelne niebezpieczeństwa. Problem tkwi również w tym, że sami szpiedzy często nie zaznali za bardzo ani schronienia, jakim może być dom rodzinny, ani nie mieli dzieciństwa, do którego mogliby wracać myślami jako czasów beztroski i bezpieczeństwa – nie dlatego, że sielankowe dzieciństwo jako takie nie istnieje, ale to czas, gdy człowiek nie uświadamia sobie większości zagrożeń życia. Szpiedzy wydają się być ich świadomi od urodzenia, od zawsze są uwikłani w jakieś pogmatwane gry, których cel jest niejasny, a wygrana w najlepszym wypadku odległa i niepewna. Jeden z bohaterów Wojny w lustrze, Avery, niedawno ożeniony, ojciec kilkuletniego chłopca, czuje zupełny brak więzi z żoną i niemal w ogóle nie interesuje się synem. Westerby, bohater Jego uczniowskiej mości, wspomina ojca, który miał zostawić mu fortunę, a zostawił jedynie długi – aby zdobyć szybko pieniądze na przeżycie Westerby zaciągnął się do wywiadu. Smiley myśląc o swojej sympatii do jednego z agentów, czuje z nim wspólnotę doświadczenia, gdyż oboje byli pozbawieni dzieciństwa. Niestety nie dowiadujemy się szczegółów.

We wspomnianej już wielokrotnie Wojnie w lustrze (NB najgorzej napisanej przez niego powieści, jaką czytałam) Le Carré poświęca sporo miejsca na porównanie pracy w wywiadzie z obcowaniem z parareligijną organizacją, a także na definiowanie miłości jako uczucia, które agent bądź informator dostaje od swoich przełożonych.

„Zauważył, że Departament stanowi schronienie przed złożonością współczesnego życia; miejsce, w którym wciąż istnieją granice. Dla nich miał on niemal cechy religijnego sanktuarium. Jak mnisi nadali mu mistyczną tożsamość, niepojętą dla wątpiącej, grzesznej zgrai, która zaciągnęła się w jego szeregi. (…) wiara w Departament płonęła w osobnej kaplicy; nazywali ją patriotyzmem” (Wojna w lustrze, s. 73, 74).

„Widzieli, jak Departament ukierunkował jego energię; niczym człowiek o niezwykłych seksualnych wymaganiach Leiser odkrył w swojej nowej profesji miłość, którą można obdarowywać” (s. 163).

O zwerbowanym agencie, który zostanie zdradzony, zostawiony: „Wiesz czym jest miłość? Powiem ci: jest tym, co jeszcze możesz zdradzić. W naszym zawodzie żyjemy bez niej. Nie zmuszamy ludzi, by dla nas pracowali. Pozwalamy im odnaleźć miłość” (Wojna w lustrze, s. 219). Niemal identyczne zdanie pojawia się w Szpiegu doskonałym.

Ale wywiad wojskowy to dinozaury odchodzące najciszej jak się da w przeszłość; przyszłość wywiadu to agenci pokroju George’a Smileya i Billa Haydona. Znamienne, że Cyrk był najpotężniejszy i zatrudniał największą ilość osób za czasów panowania radzieckiego kreta, Billa Haydona.

Le Carré wielokrotnie wspomina, że wywiad zachodni i radziecki były niemal naczyniami połączonymi, i po obu stronach było wielu podwójnych agentów, kontrolowanych przez obie strony. Z biegiem lat wywiad brytyjski traci coraz bardziej na znaczeniu i końcówka Jego uczniowskiej mości akcentuje przewagę „kuzynów” czyli Amerykanów, którzy zgarniają owoce trudnej akcji wywiadowczej dowodzonej przez Smileya. Przez wszystkie powieści należące do cyklu o Cyrku przewija się opis walki Smileya ze swoją nemezis, czyli radzieckim szpiegiem, szefem tajnej jednostki wywiadu, Karlą, który dzięki umiejętnemu prowadzeniu szpiega „kreta”, Billa Haydona, niemal unicestwił brytyjski wywiad i siatki jego agentów w całej Europie Środkowowschodniej. Wydaje się, że ostatnie słowo należy do Smileya, który już na emeryturze prowadzi – najprawdopodobniej – ostatnią sprawę w swojej agenturalnej działalności, jaką okazuje się przechwycenie przez brytyjski wywiad Karli. Udaje się to dzięki szantażowi, którym Smiley zawsze pogardzał, ale także dzięki temu, że zarówno jak Smiley jak i Karla, niemal zupełnie stracili na znaczeniu, to ostatnia zabawa przed emeryturą i stanem spoczynku.

Smiley w tym ostatnim akcie walki z Karlą czuje, niczym bohater cyklu Ursuli Le Guin, że łączy się ze swoim cieniem – wszak jego współpracownica Connie Sachs wyznała mu, że agenci Cyrku uważali, Smileya i Karlę za dwie połówki tego samego jabłka. Podczas aresztowania Karli, gdy Smiley czeka na jego przejście przez istniejący jeszcze mur berliński: „Spojrzał znów w ciemność przez rzekę i doznał niesamowitego zawrotu głowy, jak gdyby zło, z którym przez cały czas walczył, dosięgło go, ogarnęło i zawładnęło nim pomimo jego wysiłków, nazywając go w dodatku zdrajcą; drwiło z niego, oklaskując równocześnie jego zdradę. Przekleństwo miłosierdzia Smileya spadło na Karlę; przekleństwo fanatyzmu Karli spadło na Smileya. Zniszczyłem go bronią, której się brzydziłem, i to była jego broń. Przekroczyliśmy dzielące nas granice, jesteśmy niczyimi ludźmi na niczyjej ziemi” (Ludzie Smileya, s. 285). Bardzo drażniące dla mnie było tutaj powtarzanie wizji etycznego działania wywiadu brytyjskiego. Smiley „nie zauważył”, że od początku ta walka nie była walką dobra ze złem. Nie widział koszmaru, z którego siły korzystał, który karmił, tak bardzo pragnął pozostać wierny swoim ideałom.

Epizodyczna bohaterka Tajnego pielgrzyma, Łotyszka Bella, pyta, po co to całe szpiegowanie, po co narażanie życia ludzi po obu stronach, z którego najczęściej nic nie wynika. Jaka jest odpowiedzialność prowadzących agentów brytyjskich za swoich ludzi w terenie? „Każecie im nadstawiać karku i czekacie na to, co się wydarzy. Jeśli ujdą z życiem, zostają bohaterami. Jeśli nie, zostają męczennikami. Nie zyskujecie niczego wartościowego, a namawiacie moich rodaków do samobójstwa. Co według was mamy zrobić? Powstanie przeciw rosyjskim ciemiężcom? Czy przyjdziecie nam z pomocą, jeśli spróbujemy? Nie sądzę. Robicie coś, bo nie możecie znieść bezczynności. Myślę, że w ogóle moglibyśmy się bez was obejść” (Tajny pielgrzym, s. 89).

Sławomira Raczyńska

Bibliografia:

John Le Carré, Ludzie Smiley’a, przeł. Maciej Świerkocki, Amber, Warszawa 1999,
John Le Carré, Wojna w lustrze, przeł. Ludwik Dorn, Iskry – SuperNowa, Warszawa 1993,
John Le Carré, Szpieg doskonały, przeł. Jan Rybicki, Amber, Warszawa 2003,
John Le Carré, Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg, przeł. Ewa Życieńska, Amber, Warszawa 2000,
John Le Carré, Pieśń misji, przeł. Jan Rybicki, Amber, Warszawa 2007,
John Le Carré, Tajny pielgrzym, przeł. Jerzy Kozłowski, Amber, Warszawa 2000,
John Le Carré, Jego uczniowska mość, przeł. Robert Sudół, Amber, Warszawa 2000,
John Le Carré, Mała doboszka, przeł. Bohdan Maliborsk, Świat Książki, Warszawa 2009,
John Le Carré, Russia House, przeł. Ewa Życieńska, Amber, Warszawa 1999,
John Le Carré, Single and Single, przeł. Ewa Życieńska, Amber, Warszawa 1999,
John Le Carré, Uciec z zimna, przeł. Jan Kraśko, Amber, Warszawa 2002.

Data wpisu: 11 marca, 2012 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

Skazany w procesie o zniesławienie dziennikarz śledczy podejmuje się niezwykłego zlecenia. Na prośbę właściciela koncernu przemysłowego bada tajemniczą sprawę kryminalną sprzed lat.

15832743zkz 204x300 Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

Wraz  z pomagającą mu młodą hackerką Lisbeth zagłębia się w mroczną i krwawą historię rodziny. Kolejne elementy łączą się w całość i przybliżają do rozwiązania śmiertelnej układanki. W trakcie śledztwa między dziennikarzem i dziewczyną rodzi się niebezpieczna fascynacja.

http://efilmy.com.pl/filmy/27074/Millennium-M%C4%99%C5%BCczy%C5%BAni,-kt%C3%B3rzy-nienawidz%C4%85-.html


Data wpisu: 25 grudnia, 2011 autor wpisu: Monika admin Czaplicka  |  Komentowanie nie jest możliwe

(K)raj dla starego zrzędy, czyli o powieści McCarthy’ego „To nie jest kraj dla starych ludzi”

Powieść „To nie jest kraj dla starych ludzi” powstała jako scenariusz filmu. Cormac McCarthy pokazał go „paru osobom” (nie mówi komu konkretnie, niestety), ale nikt się nim nie zainteresował. Jak sam twierdzi, odłożył go i po latach przekształcił w powieść. Dlatego też na rozdaniu nagród amerykańskiej Akademii Filmowej, kiedy film nakręcony przez braci Coenów na podstawie tejże powieści dostał statuetkę Oscara, Ethan Coen miał powiedzieć do McCarthy’ego: „Dobra, ja co prawda nic z nim nie zrobiłem, ale nagroda jest moja” (anegdota stąd).

Nawet nie znając tej anegdoty, łatwo wpaść na „pochodzenie gatunkowe” książki. Lakoniczny, rzeczowy styl, opisy ograniczone do minimum, jedynie po części pozwalają przypisać oszczędność słowa przemyślanemu stylowi pisarstwa. Choć widziałam tylko fragmenty filmu braci Coenów, uderza to, że wydestylowali z powieści groteskowość sytuacji, i ten celowy zabieg jednocześnie jest siłą i słabością filmu. Siłą, ponieważ nadaje mu charakterystyczną cechę narracji Coenów, czyli tak realistyczne przedstawia przemoc, że staje się ona przerysowana, podobnie jak bohaterowie mimo swoich starań niemal nierzeczywiście nieudolni lub jednowymiarowi. Słabością, ponieważ tym dobitniej podkreśla też słabość powieści, jej niesłychaną jakby odrealnioną konwencję i jednowymiarowych bohaterów.

„To nie jest kraj dla starych ludzi” opowiada historię o pewnym przypadkowym znalazcy walizki z dwoma milionami dolarów pochodzącymi z handlu narkotykami. Moss, o którym mowa, były snajper amerykańskiej armii, któremu udało się wrócić z wojny w Wietnamie w jednym kawałku ciała (nie mam pewności co do umysłu), który mieszka obecnie na pograniczu USA i Meksyku, podczas polowania na pustyni, przez przypadek odkrywa miejsce porachunków między narkotykowymi gangami. Zabiera pieniądze i niemal natychmiast zdaje sobie sprawę, że już nigdy nie będzie bezpieczny, że zawsze będzie uciekał przed ludźmi pragnącymi odzyskać owoc ciężkiej pracy handlarzy heroiną i dilerów. Tutaj pojawia się pierwsze pytanie – po co w ogóle Moss zabrał pieniądze ze zniszczonego auta (w którym akurat dogorywał ciężko ranny członek jakiegoś gangu narkotykowego; pragnął wody, ale Moss widząc jego pistolet maszynowy wolał raczej odłożyć go na bezpieczną odległość niż bawić się w pielęgniarkę – niech facet wie, że na pustyni nie ma zmiłuj), skoro od początku było jasne, że ich źródło jest, mówiąc delikatnie, nielegalne? Moss nie jest chciwy, do końca nie ma żadnego planu, jak wydać znalezione pieniądze, nic nie wiadomo też o jakichś pilnych wydatkach czy długach, które należałoby spłacić, w przeciwnym razie znajdzie swą młodą żonkę (19-letnią; on sam ma 36 lat) w kawałkach mniejszych niż kocia karma. To musiało być przeznaczenie, czytaj – jeden z nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, który sprawia, że dana postać ładuje się w nieprawdopodobne kłopoty tylko dlatego, że na chwilę wyłączyła mózg, a przynajmniej tę część odpowiedzialną za przewidywanie konsekwencji czynów. Owo przeznaczenie wydaje się odgrywać sporą rolę w większości hollywoodzkich scenariuszy i nie tylko, a sprawia, że od początku czytelnik staje się zupełnie obojętny na wszelkie dalsze niedole Mossa.

Czy Moss ma przed kim uciekać? Owszem, ponieważ oprócz bliżej nieznanych czytelnikowi członków gangów narkotykowych, którzy pojawiają się w tle, ściga go „kolega z byłej pracy”, czyli Anton Chigurh, który – jak się domyślamy z jego rozmów z innym znajomym Antona, Wellsem – również odbył służbę wojskową w Wietnamie. McCarthy udziela o bohaterach swojej powieści informacji w ilościach homeopatycznych, niestety ja w homeopatię nie wierzę (ponieważ jest to bardziej kwestia wiary niż realnego działania), i ów zabieg nie tyle sprawia, że postaci stają się tajemnicze – z mroku się wynurzają i w mrok odchodzą (ależ udana metafora, raczy zauważyć czytelnik), a raczej jawią się jako nieznośnie płaskie i wręcz karykaturalne. Chigurh, w recenzjach powieści kreowany na budzącą grozę personifikację zła, nieubłaganą śmierć w ludzkiej postaci, jest psychopatą z dziwaczną bronią (butla ze sprężonym tlenem i pistolet do zabijania zwierząt używany w rzeźniach), który pozostawia po sobie zgliszcza i trupy. Bliżej mu do Jaggernauta Marvela czy Terminatora Camerona niż do np. Hannibala Lectera. Podobnie jak postaci fantastyczne wydaje się zupełnie odporny na fizyczny ból, zachowuje zimną krew w każdej sytuacji (pod koniec powieści zostaje poważnie ranny w wypadku samochodowym – ale Anton nie mdleje, nie zatrzymuje się. Wychodzi z samochodu, przekupuje napotkane dzieciaki, by sprzedały mu czystą koszulę, opatruje sobie rany i rusza przed siebie. Nie dowiadujemy się o jego późniejszych losach niczego więcej). Niestety, czasem wygłasza bełkotliwe uzasadnienia przed swoimi ofiarami, dlaczego musi je zabić (ewentualnie darować życie – jak się to raz jeden zdarzyło) i te fragmenty powieści przypomniały mi przecudowną scenę z odcinka „The Man in the Bear”, w pierwszym sezonie serialu „Bones”, w której doktor Temperance Brennan nokautuje mordercę – kanibala szpitalnym basenem, w chwili, gdy ten przemawia o głębokim sensie swoich odrażających uczynków. „Nikt nie chce słuchać bełkotu psychopaty”, mówi (cytat niedosłowny) do zaskoczonego Bootha. No właśnie.

Uciekającego przed śmiercią z rąk narkotykowej mafii Mossa śledzą również dwie osoby z intencjami, które z braku lepszego określenia, nazwę „dobrymi”. Pierwsza z tych osób to szeryf Ed Tom Bell, starszy i doświadczony policjant, od którego zrzędliwych i mętnych wywodów rozpoczyna się i kończy powieść McCarthy’ego. Bell to weteran drugiej wojny światowej, który w czasie akcji powieści rozważa rezygnację ze stanowiska (przejście na emeryturę – i ostatecznie robi to), ponieważ męczy go wszechobecna bezsensowna przemoc i zmiany społeczne, których nie rozumie. Pod koniec powieści poznajemy też jeszcze jeden powód zgryzoty Eda Toma – poczucie winy mające swoje źródło w zdarzeniach wojennych, jakie były jego udziałem w Europie. Szeryf Bell, doświadczony śledczy, szybko i trafnie interpretuje to, co widzi na miejscu strzelaniny między dwoma gangami narkotykowymi (skąd Moss zabrał pieniądze) i niemal od początku śledztwa w tej sprawie domyśla się, że to Moss uciekł ze zrabowanymi gangsterom pieniędzmi. Próbując odnaleźć znanego mu z widzenia Mossa, dociera do jego żony „ukrywającej się” u umierającej na raka matki. Rola szeryfa ogranicza się jednak niemal tylko i wyłącznie do przekazywania informacji o tym, kto zginął i gdzie, a także do zamęczania czytelnika swoimi wynurzeniami na temat „tego strasznego świata”. Szeryf Bell jedynie podąża śladami Chigurha tropiącego Mossa. Bell ogląda zwłoki i zniszczenia, niemal zupełnie bierny i pozbawiony możliwości, by przeciwstawić się sprawcy i sprawcom przemocy.

Drugą postacią krążącą wokół Mossa, by zlikwidować go tylko w ostatecznej ostateczności, jest trzeci z kolei weteran wojny w Wietnamie, Carson Wells. Przyjmuje on zlecenie od narkotykowego bossa, aby zabić Chigurha, bowiem Anton Chigurh po tym jak – najprawdopodobniej – został przypadkowym świadkiem ustalania planów przez ludzi owego bossa, aby przejąć pieniądze z narkotykowego biznesu, decyduje się na odzyskanie pieniędzy i przekazanie ich „prawowitemu właścicielowi”. Autor, który podobno zdradza prawicowe poglądy, przedstawia żołnierzy armii amerykańskiej w bardzo krytycznym świetle. Oto bowiem ci trzej weterani wojny w Wietnamie są jak predatorzy, którzy nauczyli się zabijać w sposób doskonały, nie mają teraz jak wykorzystać swoich umiejętności. Nie nadają się do życia w cywilnym społeczeństwie, wydają się ciągle szukać zleceniodawcy na ich wysoce wyspecjalizowane usługi. Być może Moss decyduje się na swoją „przygodę”, bo zapewnia mu z całą pewnością powtórkę z wojennej rozrywki – znowu jest jednocześnie myśliwym i zwierzyną, całodobowa dostawa zwiększonej dawki adrenaliny zapewniona. Z powieści nie wynika też, by byłych żołnierzy jakoś szczególnie nękało prawo, choć Wells i Chigurh łamią je niemal bez przerwy. Co ciekawe, nikt z służb policyjnych czy kryminalnych nie wydaje się być zaniepokojony czy zainteresowany osobą Antona, choć w świetle współczesnych konwencji kryminałów, thrillerów, etc., jego osoba powinna już posiadać grubą kartotekę, portret psychologiczny z uwzględnieniem każdego niedojedzonego deseru w dzieciństwie i babki z krzywą protezą zębową, a nad morderstwem między gangami pracować ze dwa oddziały CSI. Anton porusza się między miastami zupełnie nie niepokojony, podobnie jak Moss, choć obaj niemal nieustannie krwawią, mają ze sobą pełno broni, przemieszczają się nienękani zbędną ciekawością przechodniów, najwidoczniej świadomych, że zbytnią dociekliwość łatwo przypłacić życiem. Ciągle płacą też okrwawionymi banknotami, albo brudnymi niedosłownie pieniędzmi, pochodzącymi od szefów gangów.

Co ciekawe, autor ustami postaci powieści, nie potępia amerykańskich ruchów pacyfistycznych, hippisów, raczej zmianę społeczeństwa jako taką. Daje do zrozumienia, że Stany Zjednoczone nie radzą sobie z zapewnieniem odpowiedniej opieki czy też kurateli nad doskonałymi maszynami do zabijania, jakimi są Moss, Wells i Chigurh, byli żołnierze armii amerykańskiej. Sędziwy wuj Eda Toma Bella krytykuje patetyczne i patriotyczne hasła nawołujące do poświęcenia życia w służbie ojczyzny.

Chigurhowi udaje się zabić Mossa, jego żonę, Wellsa i jego zleceniodawcę, o dodatkowych ofiarach nie wspominając. Oszczędza Bella, choć ma sposobność zabicia szeryfa. McCarthy jest autorem, któremu rozstawanie się z wykreowanymi przez siebie postaciami przychodzi niezwykle łatwo, ale może to łatwe, skoro są tak porażająco jednowymiarowe. Dialogi w powieści są dość krótkie i niezbyt błyskotliwe. Odnosi się wrażenie, że wszechogarniająca przemoc wyssała sens z komunikacji międzyludzkiej. Po co w ogóle rozmawiać, skoro za chwilę i tak wszyscy zginą? Jak można rozmawiać, gdy wokoło tyle śmierci?

Wątek kryminalno-sensacyjny jest opisany tak bardzo oszczędnie, że przestaje być wiarygodny, choć może być prawdopodobny. Do końca nie poznajmy nazwisk ani stron skonfliktowanych bossów narkotykowych. Świat w powieści jest dość słabo umiejscowiony w czasie – równie dobrze akcja opowieści mogłaby mieć miejsce współcześnie, choć procedury policyjne na miejscu zbrodni, w świetle konwencji seriali z cyklu „CSI”, są rażąco anachroniczne (choć to nie jest zarzut, bardziej szokujące jest to, że od kiedy szeryf Bell spotyka się z agentem do spraw narkotykowych z FBI, który wydaje się wiedzieć więcej niż on, Bell zajmuje się już całą sprawą jedynie jako swego rodzaju pracownik domu pogrzebowego z rozszerzoną licencją na zabijanie). Przez całą powieść nie poznajemy dobrze bohaterów, jednak nie sprawia to, że czytelnik zastanawia się nad tajemnicami, które skrywają ich biografie, raczej zastanawia się, czy przypadkiem postacie z reklam nie są równie fascynujące. Bella i Mossa męczą wyrzuty sumienia, że są pozostali żywi po wojnach, w których zginęli ich wszyscy towarzyszy broni. Wells i Chigurh prawdopodobnie walczyli razem w Wietnamie, jednak w „swoim kraju” polują na siebie.

Kiedy szukałam informacji o autorze w internecie, uderzyło mnie to, jak sprzeczny obraz wyłania się ze skrawków wiedzy o McCarthym. Preferujący samotniczy tryb życia, niemal samouk, któremu pisanie przychodzi „ot tak”, jak farmer zgarnia kukurydzę z pola, a z drugiej strony – gość talk show Oprah Winfrey, wydający ukrywać starannie swoją wiedzę i warsztat. Częsty gość słynnego Instytutu w Santa Fe, któremu zresztą składa podziękowania na początku powieści „To nie jest kraj dla starych ludzi” – książka powstała podczas czteroletniego pobytu autora w tamtejszym instytucie pracy twórczej. Omówienia, fragmenty i ekranizacje pozostałej części dorobku pisarskiego McCarthy’ego zdają się sugerować pisarza o konsekwentnie surowym, oszczędnym stylu, który przedstawia świat w całej jego brutalności, a człowieka – w jego osamotnieniu. Apokaliptyczne wizje McCarthy’ego, w których zdają się przeżywać jedynie nieliczni mężczyźni (np. „Droga”) wydają mi się przy pomysłach choćby Margaret Atwood koszmarnie monotonne, nieprzekonujące i nudne, choć sugestywne. Z nielicznych wypowiedzi autora dla prasy wyłonił mi się portret samotnika, który bardzo późno dorósł do ról społecznych hołubionych w jego książkach (np. podkreśla odkrywanie ojcostwa i więź ze swoim najmłodszym synem, który urodził się, gdy McCormac miał sześćdziesiąt lat).

Bohaterowie „To nie jest kraj dla starych ludzi” są wręcz męczący ze swoimi niesłychanie ciasnymi horyzontami myślowymi. Szeryf Bell pomyślany jako figura stojąca po stronie dobra, wykreowany jest na typ człowieka trzymającego się prostych zasad moralnych w oceanie zła. Wydaje się być typowym przedstawicielem pokolenia, które nie widzi związku między autorytarnym wychowaniem, które odebrało, nieumiejętnością przekazania mniej autodestrukcyjnych metod na relacje z dziećmi i ich problemami w dorosłym życiu. Jego autorefleksje są zupełnie jałowe; Bell nie zadaje sobie trudu, by choć postarać się zrozumieć swoje czasy. W jednych ze swoich rozważań, Bell wspomina, iż utracili z żoną córkę, nie dowiadujemy się jednak niczego więcej. Czy umarła jako dziecko? Czy może skłócona z rodzicami, zerwała z nimi kontakt, przez co szeryf tym usilniej broni się przed współczesnością?

Pod koniec powieści, Bell udaje się na spotkanie ze swoim sędziwym wujem, żyjącym na skraju nędzy, by zwierzyć mu się, jak bardzo męczy go to, że podczas wojny zostawił swoich rannych kolegów z oddziału na pewną śmierć. Ocalił życie, uciekł z zasadzki, dostał medal za dokonania wojenne, a jednak całe swoje życie po tym incydencie uważa za wykradzione i stracone. Bell odnosi swoją postawę do ideału zachowania dziadka, którego wspomina jako osobistego bohatera, wzorzec męskości i prawości, ale wuj sugeruje, że dziadek nie był taki pomnikowy, jak Bellowi się zdaje. Wiekowy wujek Bella jest o wiele bardziej niż Ed Tom sceptyczny wobec wartości tradycyjnie kojarzonych z patriotyzmem. To nie jest nihilizm, raczej pustka, rezygnacja, bankructwo wszystkich wartości i ideałów, w jakie wierzyli. Tradycjonalizm tych starych pierników jest dość typowy dla ludzi, którzy biadolą nad strasznym stanem rzeczy, a kompletnie odrzucają myśl, że uczestniczą w tworzeniu rzeczywistości, która doprowadza do takich opłakanych konsekwencji. W innym miejscu powieści Bell opowiada o spotkaniu z pewną kobietą podczas konferencji w Corpus Christi (teksańskim mieście), podczas którego nie potrafił nawiązać niemal żadnego dialogu. Ograniczył się do małej deklaracji swoich zasad, dodał także, że według niego ludzie Teksasu są do przywiązani do ziemi, i tak dalej…

Zaskoczyło mnie, że wśród znalezionych recenzji powieści McCarthy’ego nie znalazłam żadnej negatywnej. Same peany, niemal na klęczkach, czasem z merytorycznymi błędami (typu „Każdy rozdział rozpoczyna się od monologu szeryfa” – polecam lekturę całości, bowiem rzadko kiedy można spotkać tak źle napisaną i nieprzemyślaną recenzję), hymny pochwalne na cześć bohaterów, którzy jawią się niektórym niemal jako anioły i demony. W „polecanej” przeze mnie powyżej recenzji, najbardziej urzekła mnie ocena szeryfa Bella, który wg autora omówienia „To nie jest kraj dla starych ludzi” wygłasza rozmaite głębokie przemyślenia i sprawia, że dzięki nim zaczynamy myśleć o rzeczach, które wcześniej niekoniecznie były tematem naszych przemyśleń. Pozwolę więc sobie na zakończenie zacytować Wspaniałego Myśliciela Eda Toma Bella, a czytelnik niech osądzi, która część jego wypowiedzi znalazła jego uznanie jako nowatorska i skłaniająca do refleksji: „Dziś wieczorem, w czasie kolacji żona mi powiedziała, że czytała świętego Jana. Objawienie. Kiedy zaczynam mówić o różnych sprawach, ona zawsze znajduje coś w Biblii, więc spytałem czy w Objawieniu jest coś o tym, co się stanie, a ona mi odparła, że mi powie. Spytałem, czy jest tam coś o zielonych włosach i kościach w nosach, a ona krótko odpowiedziała, że nie. Nie wiem czy to dobry znak, czy zły” (s. 234).

Sławomira Raczyńska

Cormac McCarthy, To nie jest kraj dla starych ludzi, przeł. Robert Bryk, Prószyński i S-ka, Warszawa 2008.

Data wpisu: 10 grudnia, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Dlaczego mężczyźni boją się miłości ?

Miłość płci nie rozróżnia. Trafia każdego niespodziewanie. Natomiast reakcja na jej skutki, pozytywne i negatywne, jest różna i często właśnie płeć o tym decyduje. Po burzliwych doświadczeniach, podczas których zostaliśmy zranieni, każdy ma przez pewien czas wstręt do miłości. Zależy to właśnie od oczekiwań. Jak to wygląda u mężczyzn ?

877661 78371318 Dlaczego mężczyźni boją się miłości ?Facet to świnia ? Raczej zbity pies.

Pojęcie bycia singlem dotyczy obu płci, ale w zależności od wieku nazwanie kogoś singlem jest jak poprawność polityczna. Kobieta coraz starsza przestaje być singielką, a zaczyna być starą panną. Mężczyzna na początku swojej drogi miłosnej drogi, deklarujący się jako singiel, to po prostu facet bez powodzenia lub Casanova. Przy czym Casanovą staje się wraz z wiekiem, więc w niektórych wypadkach po prostu nie potrafi znaleźć partnerki. Kiedy już znajdzie, zakochuje się bardzo szybko. Zakochujemy się szybciej niż kobiety. I często na tym tracimy. My nie potrafimy kalkulować jeżeli chodzi o uczucia. Pierwsza miłość to coś, na co wszyscy czekamy. Przychodzi, i choć może się nie udać ( na pewno się nie uda ), po ,,rekonwalescencji” nie żałujemy. Traktujemy to jako niezbędne doświadczenie. Kobiety, czy wtedy jeszcze dziewczyny, przy pierwszej miłości już zaczynają kalkulacje, czy to się opłaci. A może nie ten, może nie jestem gotowa, co będzie później, czy to na pewno miłość itp. Ta niepewność powoduje katastrofalne skutki w przyszłości dla mężczyzny.

Nie mam siły na zabawę w przyjaźń.

Najgorszą rzeczą (oprócz zdrady) dla mężczyzny jest rozkochanie i rzucenie przez niepewną własnych uczuć kobietę. Kobiety potrafią doprowadzić facetów do szczęścia i miłosnego uniesienia, w przypływie którego ci zaczynają postrzegać je jako idealne i nieskazitelne (z biegiem czasu to mija, ale to już rzecz normalna dla obu płci). Jednak wtedy u kobiet zaczynają się wątpliwości i kalkulowanie – czyli coś, czego nie znosimy. Czasami wydaje się, że kobiety angażujące się w związek muszą poczuć miłość wyjątkową, jak Ania z Zielonego Wzgórza. Jeżeli tego nie poczują, wycofują się, zostawiając faceta z wyrwanym sercem. To nic, że fajnie spędzili razem czas, że była ta ,,chemia”. Chemia to dla kobiety za mało. Gdy nie poczuje miłości filmowej, widzi przed oczami swojego adoratora jako Ferdka Kiepskiego, z piwem w ręku. Mężczyzna nie myśli w ten sposób. Jeżeli nadaje na tych samych falach, miło spędza czas z kobietą, która pociąga go fizycznie i daje mu do zrozumienia, że ona czuje podobnie, zakochuje się momentalnie i bardzo mocno. Jednak gdy ona ma wątpliwości (często bardzo błahe) i rzuca go, on trafia na sam dół. Przez pewien czas zaczyna przypominać Hemingwaya – chce być sam, mieć pod ręką tylko whisky, papierosa i horyzont. Musi też podzielić się tym z przyjacielem – w końcu czuje jakby cały świat sprzymierzył się przeciw niemu. Choć zależy mu bardzo, nie będzie robił tego, czego oczekują kobiety – nie będzie walczył. Może i kobiety nie wiedzą czego chcą, ale faceci tym bardziej nie wiedzą, co im siedzi w głowach. Gdy nie widzą szans odpuszczają, pogrążając się w myślach i wspomnieniach.

Doświadczenie to nauka.

U facetów poczucie bliskości jest ważniejsze niż potrzeba miłosnej stabilizacji. Po takich doświadczeniach z kobietami to poczucie zmienia się w skrajną postać przygody i przypadkowych kontaktów, bez angażowania się miłosnego. Mężczyzn preferujących seksualne przygody jest więcej niż kobiet. Wynika to właśnie z tego typu doświadczeń. Zdrady, zbyt idealistycznego podejścia do kobiet i w efekcie rozczarowania. Kobiety, które czekają zaś na księcia z bajki i trafiają właśnie na takiego faceta, zostają ranione i następuje błędne koło. Zatem nie pozostaje mi nic innego jak apelować do kobiet. Jeżeli czujecie miłość ze strony faceta, nie kalkulujcie. Zwłaszcza, gdy same czujecie do niego coś podobnego albo jesteście zauroczone. Jeżeli jemu zależy, podoba się wam, zakochacie się w nim tak jak on w was, tylko troszkę później. Inaczej nigdy nie znajdziecie księcia na białym koniu, który będzie was szanował. To po prostu mniejsze ryzyko.


Data wpisu: 23 listopada, 2011 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Cienie zakwitających dziewcząt, noce więdnących starców. Kawabata Yasunari, „Dom śpiących piękności”, cz. 2

część 1 tu

Eguchi zjawia się po raz kolejny w tajemnym domu po jakimś czasie, bowiem nie planował regularnych wizyt, ba, może nawet nie przypuszczał po pierwszej spędzonej tam nocy, że w ogóle powróci do „śniących piękności”. Jego pierwsza towarzyszka bardzo przypadła mu do gustu i kiedy obudził się rano, ciężko było mu ją opuścić. „Kiedy starca przepełniło uczucie głębokiej tkliwości, a w sercu zawitało też dziecinne złudzenie, że dziewczyna go pieści, zapomniał nawet o sennych koszmarach. Przesunął rękę i delikatnie ujął w dłoń jej pierś. We wrażeniu dotyku migotało coś tajemniczego, wydawało mu się, że dotknął piersi własnej matki, gdy jeszcze znajdował się w jej łonie” (s. 204, 205).

Zatem kiedy Eguchi pojawia się po raz kolejny, pyta prowadzącej domu, czy nie może spędzić nocy z tą samą dziewczyną, okazuje się to jednak niemożliwe. Dialogi Eguchiego z „recepcjonistką” – choć owa kobieta na pewno jest kimś więcej dla tego „biznesu”, zawsze przysparzają bohaterowi przykrości, bowiem odbiera jej słowa jako kpiące z jego grzecznie sugerowanych postulatów – by spać znów z tą samą dziewczyną. Prowadząca dom nielegalnych przyjemności kpi z jego „stałości” i z tego, że spanie z inną dziewczyną to „niestałość”.

- Pan myśli, że to niestałość, a przecież kobieta śpi i nie wie, z kim spędza tę noc. Ta poprzednia i ta dzisiejsza nic nie będą wiedzieć o panu, więc mówić tu o niestałości to trochę…
- Rzeczywiście. To nie są stosunki międzyludzkie.
- Co pan przez to rozumie?
Brzmi to zabawnie, gdy starzec, który przestał być mężczyzną, nieludzkimi nazywa stosunki z uśpioną dziewczyną przychodząc do niej z własnej woli (s. 206, 207).

Obrażony starzec – tak przynajmniej czuł się Eguchi – zastanawia się czy nie zgwałcić swej śpiącej i bezbronnej towarzyszki w ramach zemsty za siebie i „Za wszystkich pogardzanych i obrażanych tu starców” (s. 207) – ale tak naprawdę to nie jest słuszny głos oburzenia na pogardę okazywaną ludziom starym. To cichnący ryk władcy życia, mężczyzny, pana losu rodziny, bliskich, kobiet, to wściekłość zdetronizowanego króla. Właśnie to poczucie utraty władzy społecznej powtarza się w opisie uczuć starca – co znamienne, ponieważ tę władzę właściwie zawdzięczał jedynie swojej płci; nie wiemy kim jest czy był Eguchi „z zawodu”, ale sądząc po jego wspomnieniach, nie żył w niedostatku, nie musiał rozpaczliwie walczyć o pieniądze na utrzymanie rodziny i siebie. Jednak nie tylko aspekt władzy finansowej jest tu istotny. Ta obraza, prawdziwa czy urojona, budzi w Eguchim demona.

Brzydota starości tych biednych ludzi, którzy przychodzą do tego domu, w końcu nie ominie za parę lat Eguchiego. Obraz seksu jest niewymierny, głębia seksu jest bezdenna – jaką z tego cząstkę poznał Eguchi w swej sześćdziesięciosiedmioletniej przeszłości? Dokoła starych mężczyzn rodzą się nadal, rodzą bezustannie nowe ciała kobiet, młode ciała pięknych dziewcząt. Czyż w tym tajemniczym domu nie skupiały się właśnie tęsknoty i nie spełnione sny żałosnej starości, żale za dniami, które utracili bezpowrotnie? Śpiące i nie budzące się dziewczęta są właśnie dla starców ucieleśnieniem wolności poza czasem (…). Śpiąca i milcząca dziewczyna jednak mówi, mówi właśnie to, czego oczekują od niej starzy mężczyźni (s. 207, 208).

Eguchi z kolejną dziewczyną zabawia się niczym z manekinem, pragnie również zgwałcić uśpioną i bezbronną – ponieważ opiekunka domu powiedziała o niej, że jest „doświadczona”, Eguchi doznaje szoku gdy odkrywa (!), że dziewczyna jest dziewicą. Zaprzestaje gwałtu z zaskoczenia: przecież uważał tą dziewczynę za prostytutkę: „(…) teraz tym bardziej zdał sobie sprawę z tego, wiedział, że starzy mężczyźni, goście tego domu, przychodzą tutaj i z większą żałosną radością, mocniejszym pragnieniem i ze znacznie większym smutkiem niż sądził Eguchi. Mimo, że była to na starość łatwo osiągalna igraszka, prosty sposób powrotu do młodości, to jednak na samym dnie kryło się coś, co mimo najgłębszego żalu już nigdy nie mogło powrócić; nie dałoby się wyleczyć, mimo walki o nie na śmierć i życie. To, że ta „doświadczona”, a przecież nierządnica, pozostała do dzisiejszej nocy dziewicą, jest bez wątpienia bardziej dowodem okrutnego upadku starych mężczyzn niż ich czci dla niej i dotrzymywania obietnicy. Przeciwnie, czystość tej dziewczyny jest wyrazem brzydoty tych mężczyzn” (s. 211). Eguchi zaczyna nawet martwić się o jej przyszłość, o dalsze losy, i czuje, że te ojcowskie instynkty to oznaka starzenia. Zaczyna na nowo myśleć o innych klientach tego domu i dochodzi do wniosku, że „(…) leżenie obok takiej dziewczyny daje na pewno radość płacącym starcom, radość nieosiągalną w inny sposób na tym świecie. Ponieważ wykluczone, żeby dziewczyna się obudziła, jej goście nie muszą się wstydzić swej starczej niedołężności, wolno im swobodnie, bez ograniczenia snuć szalone marzenia i wspominać. Może właśnie dlatego nie żałują, płacą więcej niż za kobiety czuwające przy nich? Czują się bezpieczni, ponieważ dziewczyna się nie obudzi i nie będzie w ogóle wiedziała jacy oni są. Starcy również nic nie wiedzą o dziewczynie, ani w jakich warunkach żyje, ani jaki ma charakter. (…) Chyba nie chodzi tu tylko o tak prostą sprawę, jak nienarażanie gości na późniejsze komplikacje. Są one tajemnym światłem na dnie głębokiego mroku” (s. 212, 213).

Zatem Eguchi znów wspomina. Swoje romanse, swoje kontakty z trzema córkami (o żonie nie pisze prawie w ogóle). Trudno nazwać jego uczucie tęsknotą, raczej – oglądaniem znanych obrazów w nowym, czy raczej, intensywniejszym, świetle. Wiele spotkań z bliskimi mu kobietami obfitowało w piękno otoczenia – czy to krajobrazu, w którym podziwiał pierwszy zimowy śnieg, czy kwiaty kamei w świątyni.. Uderza pewien brak metaforyzacji, kobiety nie są porównywane do kwiatów, ale są bramami wyobraźni i emocji. Kobieta, choć wyraźnie podległa w strukturze społecznej i zawsze postrzegana przez bohatera jako ta, która powinna ulec jego woli i żądaniom, jest jednak źródłem najintensywniejszych pragnień i najwspanialszego ukojenia mężczyzny.

Prowadząca dom schadzek doradza Eguchiemu: „Najlepiej po prostu dotrzymać towarzystwa śpiącej dziewczynie i nie poddawać się nierozsądnym namiętnościom. Ponieważ ona w ogóle nie wie, że śpi z panem, nie sprawi panu potem żadnych kłopotów. (…) śpiącą dziewczynę proszę jako śpiącą miłować i otaczać opieką” (s. 223).

Ale młode kobiety są takie kuszące… Powieść jest pełna opisów prób fizycznego zbliżenia Eguchiego z towarzyszkami nocy. Kobieta opiekująca się nimi przestrzega Eguchiego przed robieniem im krzywdy, głupich figli, prosi, by pilnował, by było im ciepło – bowiem są nagie. Ale oczywiście nie robi tego z dobrego serca, po prostu chce uniknąć ewentualnych kłopotów, bowiem cały proceder jest nielegalny. Młode kobiety nie poznają starców, którzy je odwiedzają, istnieje też ryzyko, że mogą się nie obudzić z farmakologicznego snu. Są ciałami zamieszkiwanymi przez pragnienia odwiedzających ich starców.

Trzecia towarzyszka nocy Eguchiego okazuje się bardzo młoda, być może dopiero szesnastoletnia. „Miał wrażenie, że smakuje gorycz niedojrzałego życia” (s. 225), „Ciało młodej dziewczyny skrywało w sobie cień smutku, rozbudzający u starca myśl o śmierci” (s. 225). „Czuł nieodpartą pokusę, chciał zasnąć jak zabity razem z dziewczyną śpiącą snem umarłej” (s. 226) – pod poduszką Eguchiego są zawsze dwie tabletki środku nasennego i choć on chciałby tego samego, co podaje się dziewczynom, dostaje inne leki. Są niczym jak zaproszenie do snu, ale i do śmierci, jednak Eguchi nie poddaje się pokusie.

Za to kiedy ogląda trzecią śniącą piękność, odczuwa nagłą chęć zrobienia jej krzywdy: „Eguchi zajrzał w (jej – dop. S.R.) otwarte usta. Ciekawe, czy zaczęłaby drgać konwulsyjnie, gdyby ścisnął ją za szyję. Przypomniało mu się z dawnych lat spotkanie z nieletnią prostytutką, młodszą nawet od tej dziewczyny. Nie gustował w takich, ale tym razem podsunął mu ją pewien znajomy, u którego gościł” (s. 231); notabene wspomniana dziewczyna z przeszłości miała 14 lat. Eguchi zaczyna czuć coraz silniejszą pokusę, by włożyć dziewczynie palce w gardło i dotknąć jej języka. „Lecz zła pokusa nie przekształciła się w duszy Eguchiego w okrucieństwo i towarzyszący mu lęk. Co jest największym złem, jakie popełnić może mężczyzna wobec kobiety? (…) Poślubienie kobiety, wychowywanie córek uchodzi za coś dobrego, a przecież przez ten długi okres ich życia Eguchi sprawował nad nimi kontrolę, wiązał ich swobodę, a może nawet przyczynił się do skrzywienia charakterów. Może to właśnie jest największym złem. Niewykluczone, że kryteria zła, zatarte przez zwyczaje i porządek społeczny, uległy stępieniu. Leżenie obok uśpionej dziewczyny jest z pewnością złem. Tym bardziej złem byłoby jej zamordowanie. Powieszenie, zatkanie ust i nosa i powstrzymanie oddechu nie byłoby trudne. Mała kobieta śpi z otwartymi ustami. (…) Może właśnie dlatego, że dziewczyna jest zbyt młoda, w sercu Eguchiego zamigotały ogniki zła, natomiast starcy odwiedzający po kryjomu dom „śniących piękności” nie tylko smucili się i ubolewali nad młodością, która minęła, lecz także niektórzy z nich przychodzili po to, by zapomnieć zło, jakie popełnili w ciągu całego życia. (…) Z potocznego punktu widzenia byli to zapewne ludzie sukcesu, a nie przegrani. Lecz wśród nich musieli być tacy, którzy zdobyli powodzenie czyniąc zło, i ze swoich złych uczynków ustawicznie ciągnęli zyski. Targani niepokojem jednak stali się raczej rozbitkami żyjącymi w ustawicznym lęku. Kiedy leżeli tu dotykając nagiego ciała młodej dziewczyny, serca ich ogarniał nie tylko lęk przed zbliżającą się śmiercią, lecz także bolesny żal za utraconą młodością. Być może ukrywali głęboko niepowodzenia rodzinne, tak częste dla tych, którzy odnieśli sukces, ukrywali żal z powodu popełnionych przez siebie nikczemności. Ci starzy mężczyźni nie mają swojego Buddy przed którym mogliby ugiąć kolana i pomodlić się. Nagie piękności o niczym nie będą wiedzieć, oczu w żadnym wypadku nie otworzą, nawet jeśli mężczyźni będą trzymać je mocno w objęciach, oblewać zimnymi łzami albo łkać i szlochać. Starzy nie czują wstydu i nie ranią swej godności osobistej. Mogą do woli żałować, do woli się smucić. Czyż więc „śpiące piękności” nie są dla nich czymś w rodzaju Buddy? Są przy tym żywe” (s. 232, 233).

Nie wiadomo, jak długo jeszcze żywe. Gdy Eguchi zadaje prowadzącej dom pytanie „A co jest największym kaprysem, na który można sobie pozwolić w tym domu?”, w odpowiedzi „Kobieta spojrzała na starca potępiającym wzrokiem i uśmiechnęła się wątło”(s. 236) – i już samo to niemal wystarcza za niepokojącą odpowiedź.

Próbowałam podczas lektury tego opowiadania zmieniać perspektywę na kobiecą – oto staruszka przychodzi do domu przytulić się w nocy do młodych uśpionych pięknych mężczyzn… Ale czy można sobie ją wyobrazić? Mnie przychodzi raczej na myśl ktoś, to po prostu woli ciało doświadczone życiem, a nie nieskażone przeżyciami, gładkie i bezmyślne. Przychodzi mi jeszcze na myśl prawicowa polska prasa (oczywiście nie tylko polska) która uwielbia od czasu do czasu wrzucać „kontrowersyjne” artykuły w rodzaju „studentka szuka sponsora”, czy „zwierzenia luksusowej dziwki” – przykładem takiego myślenia jest także film „Galerianki” (reż. Katarzyna Rosłaniec, 2009), ponieważ zawsze zwraca się uwagę na kobiety. To ich moralność, prowadzenie się, styl życia, zostają ocenione, zbadane i zanalizowane. To ich stan ducha może być „sygnałem alarmowym” tak zwanej „moralności narodu” (to jedno z określeń przy których istnienie jednorożców nabiera fascynującego prawdopodobieństwa). .Nikt nie pyta o klientów, o mężczyzn, którzy są „usługobiorcami”, czy sponsorami nastolatek w galeriach, nikt się nie zastanawia czyimi są tatusiami czy wujkami. W pewnym sensie opowiadanie o śpiących pięknościach jest o tyle interesujace, bo właśnie taką perspektywę odwraca, pokazuje kim jest kupujący „usługę erotyczną”. Powracając jednak do powieści Kawabaty…

Eguchi ponownie pojawia się w domu tajemnych uciech. Tym razem wdaje się w dłuższą i zaskakującą pogawędkę z prowadzącą przybytek. Zadaje jej znowu pytanie o największy kaprys, który można spelnić w tym domu. Słyszy odpowiedź „śpiąca dziewczyna”, zadaje więc pytanie inaczej „co jest największym złem, które starzec może wyrządzić?” (s. 239).

Kobieta odpowiada jednak „W tym domu nie ma zła”. Eguchi prowadzi jednak dalej swoje rozważania. Zastanawia się, czy zabicie uśpionej dziewczyny nie jest „znakomitą okazją do wymuszonego samobójstwa we dwoje” (czynu dobrze w japońskiej obyczajowości znanego). Kiedy jednak wchodzi do pokoju, w którym leży uśpiona dziewczyna, zaczyna interesować się kobietą na tyle, że zastanawia się co by było, gdyby zapłodnił ją, zupełnie nieświadomą, co by było, gdyby w wieku 67 lat pozostawił po sobie jeszcze jedno dziecko. „Ciało kobiety wiedzie mężczyznę ku najdalszym regionom piekieł”, konstantuje Eguchi (s. 242). Jej bezbronność rozbraja jednak i jego. „Eguchi poczuł litość dla niej, przejmującą go bólem do głębi serca, i powiedział w duchu ku własnemu zaskoczeniu: dla starych – śmierć, dla młodych – miłość, śmierć zdarza się tylko jeden raz, miłość po wielokroć się powtórzy” (s. 242). Ale pragnienie zabawy bezbronną istotą znowu się odezwało silnym głosem. Eguchi znowu się zastanawia, co mogłoby obudzić śpiącą. „Jak silna musiałaby być podnieta, a przy tym jakiego rodzaju podnieta, żeby uśpiona dziewczyna odzyskała przytomność i spojrzała choćby tylko przez mgłę? Na pewno nie mogłaby spać, gdyby na przykład ucięto jej rękę, przekłuto pierś albo brzuch” (s. 244).

Podczas kolejnych tygodni Eguchi dowiaduje się od znajomego o śmierci jednego ze starców w domu śpiących piękności. Aby uniknąć skandalu, był bowiem wysoko sytuowanym w społecznej hierarchii prezesem Ważnej Dużej Firmy, przeniesiono jego zwłoki do sąsiedniego hotelu. Jednakże dziennikarze odkryli, że w noc śmierci była z nim dziewczyna. Tym razem udało się zatuszować skandal, rodzina zmarłego nie dowiedziała się o niczym, ale prowadzący dom „śniących piękności” wiedzieli, że jeszcze jeden taki wypadek i nie uda się utrzymać istnienia tego przybytku w bezpiecznej tajemnicy. Znajomi zmarłego podejrzewali, że popełnił on samobójstwo. Eguchi trochę zazdrości zmarłemu śmierci w towarzystwie pięknej dziewczyny. Podczas wizyty po tym feralnym wydarzeniu. dostaje do towarzystwa dwie kobiety, w tym jedną, którą autor określa jako „czarną”, jednak nie wiadomo, czy chodzi o ciemniejszy odcień skóry, czy rzeczywiście dziewczyna pochodziła spoza Japonii i nie była Azjatką. Jest opisywana raczej w kategoriach ciekawostki przyrodniczej, niż jako atrakcyjna kobieta. Skontrastowana z nią towarzyszka jest odmalowana jako piękność rodem ze starych japońskich obrazów, delikatna, krucha i jasna. Duża, silna, ciemna dziewczyna ma się kojarzyć ze zwierzęciem, jednak kiedy Eguchi próbuje wysłuchać bicia jej serca, ma wrażenie, że bije ono nierówno, ale składa to na karb swojego niedoskonałego już słuchu. Eguchi zaczyna się zastanawiać, czy nie popełnić samobójstwa, ale ostatecznie jak podczas poprzednich nocy, połyka nasenne tabletki i zapada w sen, majacząc o swojej matce jako swej pierwszej kobiecie, jednak koryguje myśli i przypomina sobie żonę. „Naprawdę jego pierwszą kobietą była chyba jednak żona. To dobrze, lecz jego stara żona, która wydała już trzy córki za mąż, tej nocy zimowej śpi samotnie. Nie, może jednak nie śpi? Tam nie ma fal jak tutaj, ale chłód zimowy jest pewnie ostrzejszy” (s. 261). To chyba najokrutniejsze zdanie całego opowiadania. Trudno bowiem litować się nad uśpionymi dziewczynami, które dla zysku, i zapewne z głupoty, wystawiają się na niebezpieczne noce bez świadomości tego, co się dzieje – ryzykują podwójnie, bowiem zarówno środek, jakim są usypiane może je zabić, jak i ich towarzysze mogą mieć nienajprzyjemniejsze dla nich pomysły na spędzenie nocy. Trudno również litować się nad starym Eguchim, choć można zrozumieć jego uczucia i smutek starości. Jednak świadomość, że w jego domu pozostaje ktoś o wiele bardziej kruchy i bezbronny niż on, któremu nie jest dane żadne towarzystwo mroźnej zimowej nocy, ktoś, kto spędza samotnie czas, podczas gdy Eguchi rozczula się nad sobą w sekretnym domu „uciech”, poraża, bowiem dlaczego starzec pragnie opieki, szacunku i słodkich uczuć dla siebie, gdy nie potrafi je przekazać komuś, kto dzieli z nim życie rodzinne i starość?

Tymczasem Eguchi budzi się po nieprzyjemnym i dziwnym śnie – „Potrząsnął dziewczyną za szyję, lecz nadal czul się zamroczony. Leżal zwrócony w stronę ciemnoskórej. Jej cialo było zimne. Drgnął ze strachu. Położył rękę na sercu, lecz nie wyczuł bicia. (…) – Czy udusiłem ją w czasie snu, nic o tym nie wiedząc?” (s. 262). Kiedy wzywa prowadzącą przybytek, ona stwierdza, że kobieta żyje, ale wynosi ją, ciągnąc ciało po schodach, do pomocnika, który pomoże jej podrzucić gdzieś zwłoki. Każe Eguchiemu zostać do końca nocy, by nie uciekał i nie wzbudzał podejrzeń. Eguchi przypomina sobie, że faktycznie, została jeszcze jedna dziewczyna i wraca do pokoju, gdzie biała dziewczyna kusi swoją olśniewającą pięknością. Słyszy jeszcze warkot samochodu i zastanawia się, czy dziewczynę wywożą do tego samego hotelu, co zmarłego dyrektora. Na tym opowiadanie się kończy, a my nie dowiadujemy się, czy był to koniec tajemnego domu śpiących piękności, ani jak resztę nocy spędził Eguchi…

Ciekawe też jest to, że Kawabata pokazuje, że Eguchi raczej zwalczał z powodzeniem kuszące myśli o samobójstwie. Towarzystwo niewinnych piękności pozwalało mu kierować myśli i uczucia ku jaśniejszym stronom życia?… Można jedynie spekulować czy Kawabata marzył o podobnym domu dla siebie. Wzmianka pisarza o samotnej starej żonie bohatera być może sugeruje, że identyfikował się bardziej z osobą, której poznajemy jedynie wątły cień niż z głównym bohaterem Eguchim. „Był delikatny i kruchy, w kontakcie z dziennikarzami przypominał jelenia oślepionego reflektorami”, pisał Keene. Pozostaje jedynie domniemywać, czy oślepiała go również śmierć.

Sławomira Raczyńska

Kawabata Yasunari, Tysiąc żurawi. Śpiące piękności, przeł. z japońskiego Mikołaj Melanowicz, PIW, Warszawa 1987. Nieoznaczone cytaty i odwołania pochodzą z tego wydania. Odwołania do Paula Varleya za tegoż: Kultura japońska, przeł. Magdalena Komorowska, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2006.

Data wpisu: 24 października, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Taichi Yamada, „W pogoni za dalekim głosem”

(Omówienie ujawnia znaczną część fabuły).

Taichi Yamada jest bardzo zapracowanym – sądząc po liście jego osiągnięć – scenarzystą, dramato- i powieściopisarzem starszego już pokolenia. W Polsce wydano dotąd dwie jego książki. Opublikowana wcześniej powieść Obcy (przeł. Anna Horikoshi, Muza, Warszawa 2007, wydanie oryginalne: 1987) mówi o mężczyźnie, który odwiedza niekiedy swoich rodziców, stopniowo orientując się, że oni nie żyją. Jednocześnie próbuje sobie ułożyć życie z pewną dziewczyną z sąsiedztwa. Elementy niesamowite nie są „kwaidanowe” (kwaidan, albo kaidan to gatunek klasycznych japońskich opowieści o duchach, spopularyzowanych na Zachodzie dzięki adaptacjom pióra Lafcadio Hearna*), bohaterem jest współczesny, myślący racjonalnie mężczyzna.

W pogoni za dalekim głosem jest fabularnie słabsze, jednak wielkim atutem powieści są obserwacje japońskiej codzienności, będącej rzecz jasna oczywistym punktem odniesienia dla autora. Bohater, Kasama Tsuneo, to mężczyzna stosunkowo młody. Przed laty dwukrotnie nie dostał się na studia (japoński system edukacji jest okrutny: wyścig szczurów-juniorów, wielogodzinne zajęcia uzupełniające, by lepiej zdawać testy… brzmi wystarczająco znajomo? Wnioskując ze znanych mi opisów rozumiem, iż w Japonii jest pod tym względem gorzej, aniżeli w Polsce, jednak nie pora na szczegóły), po czym wyemigrował na USA. Od razu wiemy, że podczas w większości nielegalnego pobytu za Pacyfikiem, kariery tam nie zrobił i wrócił do ojczyzny. Przed trzydziestką, głównie dzięki znajomości języka angielskiego, pracuje w policji imigracyjnej, czyli policyjnej jednostce zajmującej się – o ironio – nielegalnymi emigrantami (którzy zresztą w Japonii zwykle nie są anglojęzyczni), i próbuje poukładać sobie życie osobiste z „zeswataną” kobietą, Yoshie. Detale są tyle fascynujące, co przerażające. Na przykład z napomknień wiemy, że o ludziach bez formalnego prawa do pobytu w Japonii władze powiadamiane są przez sąsiadów albo współpracowników. Poza tym i donosiciele, i policja, dzielą przekonania o katastrofie, która musiałaby nadejść, gdyby Japonia otworzyła granice (np. dla Filipińczyków). Pozostawiając domenę pracy Tsuneo, być może zadziwienie przynosi opis tego, jak podczas ceremonii zaręczyn omawia się jawnie punkty kwestionariusza wypełnianego przez parę przyszłych narzeczonych, dotyczącego choćby upodobań muzycznych czy filmowych (akurat Taichi Yamada nie wspomina o „groźbie” posiadania koreańskiego pochodzenia – o tym, na czym tu polega problem, pisałam w omówieniu książki Patricka Smitha). Bohater jest o tyle nietypowym mężczyzną, że chce zachować „czystość” aż do ślubu, i najwyraźniej mu do seksu się nie spieszy.

Jeśli chodzi o fabułę, zawiązuje się ona, gdy podczas nalotu na mieszkanie grupy nielegalnych emigrantów (których okazało się być więcej, niż wynikało z donosu) dowodzącemu akcją Tsuneo ucieka jeden młodzieniec. Mężczyzna goni go i dopada na cmentarzu, gdzie poraża go dziwna siła. Tsuneo klęka, ma wzwód i wytrysk, wbrew swej woli puszcza emigranta wolno. Przed kolegami pozoruje skręcenie nogi, pobrudzone spodnie dodatkowo maże błotem. W drodze powrotnej na komisariat pozostali funkcjonariusze przekonują go, że powinien zmilczeć tę porażkę. Wybierali się po sześciu aresztantów, mają siedmiu, szefowie nie wiedzą i nie muszą wiedzieć o ósmym. Tsuneo się nie zgadza.

Tymczasem okazuje się, że bohatera zaczyna nawiedzać głos. Głos dowodzi, że nie jest wytworem psychiki słyszącego, tylko autonomiczną osobą, która chce porozmawiać. Prowadzą zatem rozmowy o funkcji fatycznej: dużo czasu zajmuje im na przykład potwierdzanie tego, czy się wzajemnie słyszą. Na Tsuneo spadają też niespodziewane i niechciane „cudze” uczucia i odczucia. Mężczyzna z pierwszego incydentu (zadziałanie przemożnej, wpływającej na wolę siły na cmentarzu) zwierza się przyjacielowi, po drugim (pojawienie się głosu) idzie do lekarza. Tymczasem mają się odbyć jego oczekiwane zaręczyny z Yoshie.

Wiemy, że coś jest nie tak z przeszłością Tsuneo. W pewnym momencie oskarża on głos, że ten nie należy do kobiety, a do mężczyzny, i płynie z USA. Epizod, w którym poznajemy amerykańską tajemnicę Tsuneo wydaje się najciekawszy, to kulminacja powieści. Ceremonia zaręczyn oczywiście okazuje się katastrofą. Niedoszła narzeczona, płytka, banalna materialistka i tak nie poruszała serca Tsuneo. Ten w najmniej odpowiednim momencie dostał ataku śmiechu, wywołując wpierw kłótnię rodziny swatów z rodzicami swatanej kobiety, potem jeszcze bardziej ceremonialny od samych zaręczyn rytuał Japońskiego Przepraszania (kapitalna scena). Nie koniec na tym: później Tsuneo zaczął niepohamowanie płakać. W efekcie para się rozstała. Po kilku miesiącach Yoshie związała się z kimś innym.

Głos zarzuca Tsuneo, że mężczyzna nie ma marzeń. Istotnie, np. o małżeństwie myślał w kategoriach: miłość przyjdzie potem… albo i nie przyjdzie. Tsuneo, zyskawszy obietnicę głosu, że się realnie spotkają, opowiada o swoim życiu w Ameryce. Na miejscu umówionego spotkania głos wywodzi nieszczęśnika w pole. Każe za sobą gonić to tu, to tam, wskazuje na osoby trzecie, że „to ja”, by on zagadał zgodnie ze zwyczajami, czyli udawał, że podchodzi do obcej osoby. Te osoby naprawdę są obce, a Tsuneo bynajmniej nie chce nikogo podrywać. Koledzy z policji imigracyjnej wiedzą, że z ich współpracownikiem się coś dzieje, zwłaszcza, że wspomnianym swatem był skądinąd życzliwy komisarz policji, pan Saito. Tsuneo niekiedy bywa na zwolnieniach, wszyscy podchodzą doń ze zrozumieniem, mniemając, że to naturalna reakcja na zajęcie: polowania na ludzi. Tsuneo był tymczasem zadziwiająco nieczuły – nieczuły, ponieważ nie musiałby uruchamiać empatii, od doskonale wiedział, „jak to jest”. W USA przebywał nielegalnie.

Książka kończy się sceną, w której głos po raz kolejny zwodzi mężczyznę w miejscu spotkania. Po pierwszym razie przypadkowy policjant powiedział bohaterowi, że widział oddalającą się kobietę… gdy stała ona przed Tsuneo w jakiś sposób go oślepiła. Nie widział jej twarzy. W ostatniej zaś scenie okazuje się, że nasłała w umówione miejsce młodą, uderzająco piękną dziewczynę, która była niewidoma. Poinstruowała ją, co ma powiedzieć do mężczyzny, który podejdzie, i hojnie ją opłaciła. Dziewczyna rzecz jasna nie jest w stanie opisać kobiety.

To, co nadnaturalne, jest tu skrajnie irracjonalne: niezwiązane z imaginarium religijnym i parareligijnym Japończyków. (Zresztą trzeźwość przekonań i brak sacrum w życiu bohatera i jego rodziny jest podkreślone przy wspomnieniu, jakże egzotycznym, dziadka czytającego sutry przy domowym ołtarzyku). Nie znajduje wyjaśnienia ani nadnaturalnego (magicznego, boskiego, demonicznego), ani zdroworozsądkowego to, dlaczego głos się pojawił, jak to możliwe. Właściwie niektóre elementy kontaktów Tsuneo z głosem kojarzą się z telefonowaniem pod nieznany numer i igranie z tym, kto przypadkowo odebrał. Głos nie ma pojęcia, czemu to Tsuneo ją/go słyszy. Widać, że ta warstwa powieści jest dość mętna. Wielką siłą autora, i zapewne atutem w sprzedaży książek na pozajapońskie rynki, są sceny obyczajowe. W wielu momentach bardzo się śmiałam, w innych chwytałam się za głowę.

Co z opowieścią amerykańską? Owdowiały lata wcześniej ojciec Tsuneo próbuje ułożyć sobie życie z inną kobietą, pomaga więc synowi w sfinansowaniu lotu do USA. Tam młodzieniec podejmuje nędzne prace. Nagania japońskich turystów, zmywa w restauracjach. Pobity i okradziony, nawiązuje kontakt z mężczyzną, który okazuje mu minimum zainteresowania. Konkretnie, wpierw go zbywa, potem goni, żali się, w efekcie czego dostaje pracę w jego sklepie z antykami, i dach nad głową w jego mieszkaniu. Mężczyzna, Eric, okazuje się erudytą, chętnie opowiadającym o sztuce, zapoznającym młodego Japończyka z muzyką, malarstwem, poezją. Okazuje się też gejem. Dodam tu, że partie w tym akapicie opisywane stanowią narrację pierwszoosobową. Tsuneo w jednym zdaniu oburza się pocałunkiem, opisuje, jak mył i wycierał usta, w kolejnym oznajmia, że następnego dnia uprawiali seks, nie kryjąc, jaki konkretnie (szczegóły na stronie 129 powieści). Wspominam o tym, aby przypomnieć to, na co wskazałam wyżej: „czystość” aż do ślubu. Tsuneo był penetrowany, ale nie wspomina o tym, by on dokonał penetracji Erica. W tradycji japońskiej oznacza to odegranie przez Tsuneo roli kobiecej**. W owej tradycji zwanej nanshoku penetrującym powinien być ważniejszy z partnerów, starszy, bogatszy (np. kupujący usługę seksualną). Ten jest mężczyzną, bo wg tego spojrzenia pełni aktywną rolę męską (to nie tylko japońskie! by wskazać śródziemnomorski antyk czy rytuały więzienne). W tym układzie rola Tsuneo byla poślednia, niższa. Nic dziwnego, że tak się wzbraniał, odsuwał od siebie myśl, że mógłby być gejem – lub zakochać się w mężczyźnie. Gwoli sprawiedliwości, Eric liczył na zmianę stron, czy też wzajemność. Nie doczekał tego jednak. Tsuneo miotał się od wielkiej „typowo japońskiej” wdzięczności za to, że Eric podał mu pomocną dłoń w krytycznym momencie, i był jego dobroczyńcą, protektorem, nauczycielem i przyjacielem przez kolejne miesiące, do wstrętu i samoobrzydzenia. Postanowiwszy „zepsuć Ericowi weekend”, nasłał na niego oddział policji antynarkotykowej. Mężczyzna zginął od niemal przypadkowego wystrzału, co skądinąd dużo by mówiło o amerykańskich procedurach dotyczących ładowania broni różnymi typami nabojów. Otóż gdy Tsuneo anonimowo zadzwonił na policję, podając nazwisko Erica, został od razu uznany za wzgardzonego lub skłóconego kochanka. Dyżurny policjant nie wierzy w historię o dzieleniu na porcje narkotyków przyniesionych w wielkiej torbie, o czym Tsuneo bardzo stara się go przekonać. Mimo to podczas akcji funkcjonariusze mają odbezpieczoną broń mogącą zabić. Po śmierci Erica Tsuneo chwycił wszystkie pieniądze, jakie jest w stanie znaleźć w pośpiechu, uciekł z miasta i udał się do Japonii.

Poczucie porażki, zgoda na pracowniczą rutynę (mężczyzna mieszka w hotelu dla personelu bodaj MSW), poskromienie i wygaszenie marzeń mogą być związane z tym, że epizod najlepszego czasu w życiu był taki szczególny. Tsuneo przedtem przeżywał egzaminacyjne niepowodzenia (dwa lata pod rząd nie dostał się na uczelnię), potem tułaczkę, prace na miarę nielegalnego emigranta, strach przed deportacją. Po owym epizodzie życia z Ericiem znów „gaśnie”. Świat antykwariusza z jednej strony odpowiada zachodniemu stereotypowi geja (choć Amerykanin, to po europejsku wysublimowany kulturalnie, itp.), z drugiej wzbudził we mnie skojarzenia z japońską tradycją przednowoczesną – ukiyo, przepływającym światem, przez co miesiące, jakie Tsuneo spędził z Ericiem są potrójnie wycięte: w narracji powieściowej wyróżnione formą gramatyczną, ale też pozbawione czasu (współczesność odsyłająca do czasów przednowoczesnych) i umiejscowienia (banalne Portland jako utopia Europy, do której Japończykom co najmniej równo daleko, jak Amerykanom). Mentalnie, w swoim japońskim życiu policjanta imigracyjnego, Tsuneo robi wszystko, by nie wspominać tego „samowygnania z raju”. Katalizatorem akcji jest głos. Jednak gdy Tsuneo opowiada swą największą tajemnicę, głos milczy. Tajemnica z nim związana marnieje przy tej, którą krył Tsuneo. Czy mężczyzna bał się „być gejem”? Od czasów popularności nanshoku wiele się w Japonii zmieniło. Nie jest to kraj o homofobii wyższej, niż gdzie indziej, jednak jako forma opresji społecznej jest ona poddawana wyjątkowo słabej krytyce.

Jeśli chodzi o związany z istotą tego, co nadnaturalne, suspens, Obcy są bardziej klasyczną historią z dreszczykiem. We W pogoni za dalekim głosem straszy zwyczajność mroku czającego się w normalnym człowieku (określenie nieprzypadkowe: na samym początku trafiamy na stwierdzenie, że Tsuneo dąży przede wszystkim do normalności). Może to żałośnie banalny wniosek, ale powieść pod pozorem banalności i kuszenia „niesamowitym” wątkiem oferuje zaskakująco dużo, więc naprawdę warto przeczytać.

Paulina Szkudlarek

Taichi Yamada, W pogoni za dalekim głosem, przeł. Anna Horikoshi, Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza, Warszawa 2008.

Przypisy:

* Lafcadio Hearn, Kwaidan, czyli opowieści niesamowite, przeł. z angielskiego Jerzy A. Rzewuski, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1984. Godna polecenia jest książka Marcina Tatarczuka, Kaidan: japońskie opowieści niesamowite epoki Edo, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2011.

** Więcej na ten temat np. w: Timon Screech, Erotyczne obrazy japońskie 1700–1820. Przestrzeń przepływającego świata, przeł. Beata Romanowicz, Wioletta Laskowska, Joanna Wolska-Lenarczyk, Universitas, Kraków 2006, czy Gary P. Leupp, Male Colors. The Construction of Homosexuality in Tokugawa Japan, University of California Press, Los Angeles 1995.

Data wpisu: 15 października, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Taichi Yamada, „W pogoni za dalekim głosem”

(Omówienie ujawnia znaczną część fabuły).

Taichi Yamada jest bardzo zapracowanym – sądząc po liście jego osiągnięć – scenarzystą, dramato- i powieściopisarzem starszego już pokolenia. W Polsce wydano dotąd dwie jego książki. Opublikowana wcześniej powieść Obcy (przeł. Anna Horikoshi, Muza, Warszawa 2007, wydanie oryginalne: 1987) mówi o mężczyźnie, który odwiedza niekiedy swoich rodziców, stopniowo orientując się, że oni nie żyją. Jednocześnie próbuje sobie ułożyć życie z pewną dziewczyną z sąsiedztwa. Elementy niesamowite nie są „kwaidanowe” (kwaidan, albo kaidan to gatunek klasycznych japońskich opowieści o duchach, spopularyzowanych na Zachodzie dzięki adaptacjom pióra Lafcadio Hearna*), bohaterem jest współczesny, myślący racjonalnie mężczyzna.

W pogoni za dalekim głosem jest fabularnie słabsze, jednak wielkim atutem powieści są obserwacje japońskiej codzienności, będącej rzecz jasna oczywistym punktem odniesienia dla autora. Bohater, Kasama Tsuneo, to mężczyzna stosunkowo młody. Przed laty dwukrotnie nie dostał się na studia (japoński system edukacji jest okrutny: wyścig szczurów-juniorów, wielogodzinne zajęcia uzupełniające, by lepiej zdawać testy… brzmi wystarczająco znajomo? Wnioskując ze znanych mi opisów rozumiem, iż w Japonii jest pod tym względem gorzej, aniżeli w Polsce, jednak nie pora na szczegóły), po czym wyemigrował na USA. Od razu wiemy, że podczas w większości nielegalnego pobytu za Pacyfikiem, kariery tam nie zrobił i wrócił do ojczyzny. Przed trzydziestką, głównie dzięki znajomości języka angielskiego, pracuje w policji imigracyjnej, czyli policyjnej jednostce zajmującej się – o ironio – nielegalnymi emigrantami (którzy zresztą w Japonii zwykle nie są anglojęzyczni), i próbuje poukładać sobie życie osobiste z „zeswataną” kobietą, Yoshie. Detale są tyle fascynujące, co przerażające. Na przykład z napomknień wiemy, że o ludziach bez formalnego prawa do pobytu w Japonii władze powiadamiane są przez sąsiadów albo współpracowników. Poza tym i donosiciele, i policja, dzielą przekonania o katastrofie, która musiałaby nadejść, gdyby Japonia otworzyła granice (np. dla Filipińczyków). Pozostawiając domenę pracy Tsuneo, być może zadziwienie przynosi opis tego, jak podczas ceremonii zaręczyn omawia się jawnie punkty kwestionariusza wypełnianego przez parę przyszłych narzeczonych, dotyczącego choćby upodobań muzycznych czy filmowych (akurat Taichi Yamada nie wspomina o „groźbie” posiadania koreańskiego pochodzenia – o tym, na czym tu polega problem, pisałam w omówieniu książki Patricka Smitha). Bohater jest o tyle nietypowym mężczyzną, że chce zachować „czystość” aż do ślubu, i najwyraźniej mu do seksu się nie spieszy.

Jeśli chodzi o fabułę, zawiązuje się ona, gdy podczas nalotu na mieszkanie grupy nielegalnych emigrantów (których okazało się być więcej, niż wynikało z donosu) dowodzącemu akcją Tsuneo ucieka jeden młodzieniec. Mężczyzna goni go i dopada na cmentarzu, gdzie poraża go dziwna siła. Tsuneo klęka, ma wzwód i wytrysk, wbrew swej woli puszcza emigranta wolno. Przed kolegami pozoruje skręcenie nogi, pobrudzone spodnie dodatkowo maże błotem. W drodze powrotnej na komisariat pozostali funkcjonariusze przekonują go, że powinien zmilczeć tę porażkę. Wybierali się po sześciu aresztantów, mają siedmiu, szefowie nie wiedzą i nie muszą wiedzieć o ósmym. Tsuneo się nie zgadza.

Tymczasem okazuje się, że bohatera zaczyna nawiedzać głos. Głos dowodzi, że nie jest wytworem psychiki słyszącego, tylko autonomiczną osobą, która chce porozmawiać. Prowadzą zatem rozmowy o funkcji fatycznej: dużo czasu zajmuje im na przykład potwierdzanie tego, czy się wzajemnie słyszą. Na Tsuneo spadają też niespodziewane i niechciane „cudze” uczucia i odczucia. Mężczyzna z pierwszego incydentu (zadziałanie przemożnej, wpływającej na wolę siły na cmentarzu) zwierza się przyjacielowi, po drugim (pojawienie się głosu) idzie do lekarza. Tymczasem mają się odbyć jego oczekiwane zaręczyny z Yoshie.

Wiemy, że coś jest nie tak z przeszłością Tsuneo. W pewnym momencie oskarża on głos, że ten nie należy do kobiety, a do mężczyzny, i płynie z USA. Epizod, w którym poznajemy amerykańską tajemnicę Tsuneo wydaje się najciekawszy, to kulminacja powieści. Ceremonia zaręczyn oczywiście okazuje się katastrofą. Niedoszła narzeczona, płytka, banalna materialistka i tak nie poruszała serca Tsuneo. Ten w najmniej odpowiednim momencie dostał ataku śmiechu, wywołując wpierw kłótnię rodziny swatów z rodzicami swatanej kobiety, potem jeszcze bardziej ceremonialny od samych zaręczyn rytuał Japońskiego Przepraszania (kapitalna scena). Nie koniec na tym: później Tsuneo zaczął niepohamowanie płakać. W efekcie para się rozstała. Po kilku miesiącach Yoshie związała się z kimś innym.

Głos zarzuca Tsuneo, że mężczyzna nie ma marzeń. Istotnie, np. o małżeństwie myślał w kategoriach: miłość przyjdzie potem… albo i nie przyjdzie. Tsuneo, zyskawszy obietnicę głosu, że się realnie spotkają, opowiada o swoim życiu w Ameryce. Na miejscu umówionego spotkania głos wywodzi nieszczęśnika w pole. Każe za sobą gonić to tu, to tam, wskazuje na osoby trzecie, że „to ja”, by on zagadał zgodnie ze zwyczajami, czyli udawał, że podchodzi do obcej osoby. Te osoby naprawdę są obce, a Tsuneo bynajmniej nie chce nikogo podrywać. Koledzy z policji imigracyjnej wiedzą, że z ich współpracownikiem się coś dzieje, zwłaszcza, że wspomnianym swatem był skądinąd życzliwy komisarz policji, pan Saito. Tsuneo niekiedy bywa na zwolnieniach, wszyscy podchodzą doń ze zrozumieniem, mniemając, że to naturalna reakcja na zajęcie: polowania na ludzi. Tsuneo był tymczasem zadziwiająco nieczuły – nieczuły, ponieważ nie musiałby uruchamiać empatii, od doskonale wiedział, „jak to jest”. W USA przebywał nielegalnie.

Książka kończy się sceną, w której głos po raz kolejny zwodzi mężczyznę w miejscu spotkania. Po pierwszym razie przypadkowy policjant powiedział bohaterowi, że widział oddalającą się kobietę… gdy stała ona przed Tsuneo w jakiś sposób go oślepiła. Nie widział jej twarzy. W ostatniej zaś scenie okazuje się, że nasłała w umówione miejsce młodą, uderzająco piękną dziewczynę, która była niewidoma. Poinstruowała ją, co ma powiedzieć do mężczyzny, który podejdzie, i hojnie ją opłaciła. Dziewczyna rzecz jasna nie jest w stanie opisać kobiety.

To, co nadnaturalne, jest tu skrajnie irracjonalne: niezwiązane z imaginarium religijnym i parareligijnym Japończyków. (Zresztą trzeźwość przekonań i brak sacrum w życiu bohatera i jego rodziny jest podkreślone przy wspomnieniu, jakże egzotycznym, dziadka czytającego sutry przy domowym ołtarzyku). Nie znajduje wyjaśnienia ani nadnaturalnego (magicznego, boskiego, demonicznego), ani zdroworozsądkowego to, dlaczego głos się pojawił, jak to możliwe. Właściwie niektóre elementy kontaktów Tsuneo z głosem kojarzą się z telefonowaniem pod nieznany numer i igranie z tym, kto przypadkowo odebrał. Głos nie ma pojęcia, czemu to Tsuneo ją/go słyszy. Widać, że ta warstwa powieści jest dość mętna. Wielką siłą autora, i zapewne atutem w sprzedaży książek na pozajapońskie rynki, są sceny obyczajowe. W wielu momentach bardzo się śmiałam, w innych chwytałam się za głowę.

Co z opowieścią amerykańską? Owdowiały lata wcześniej ojciec Tsuneo próbuje ułożyć sobie życie z inną kobietą, pomaga więc synowi w sfinansowaniu lotu do USA. Tam młodzieniec podejmuje nędzne prace. Nagania japońskich turystów, zmywa w restauracjach. Pobity i okradziony, nawiązuje kontakt z mężczyzną, który okazuje mu minimum zainteresowania. Konkretnie, wpierw go zbywa, potem goni, żali się, w efekcie czego dostaje pracę w jego sklepie z antykami, i dach nad głową w jego mieszkaniu. Mężczyzna, Eric, okazuje się erudytą, chętnie opowiadającym o sztuce, zapoznającym młodego Japończyka z muzyką, malarstwem, poezją. Okazuje się też gejem. Dodam tu, że partie w tym akapicie opisywane stanowią narrację pierwszoosobową. Tsuneo w jednym zdaniu oburza się pocałunkiem, opisuje, jak mył i wycierał usta, w kolejnym oznajmia, że następnego dnia uprawiali seks, nie kryjąc, jaki konkretnie (szczegóły na stronie 129 powieści). Wspominam o tym, aby przypomnieć to, na co wskazałam wyżej: „czystość” aż do ślubu. Tsuneo był penetrowany, ale nie wspomina o tym, by on dokonał penetracji Erica. W tradycji japońskiej oznacza to odegranie przez Tsuneo roli kobiecej**. W owej tradycji zwanej nanshoku penetrującym powinien być ważniejszy z partnerów, starszy, bogatszy (np. kupujący usługę seksualną). Ten jest mężczyzną, bo wg tego spojrzenia pełni aktywną rolę męską (to nie tylko japońskie! by wskazać śródziemnomorski antyk czy rytuały więzienne). W tym układzie rola Tsuneo byla poślednia, niższa. Nic dziwnego, że tak się wzbraniał, odsuwał od siebie myśl, że mógłby być gejem – lub zakochać się w mężczyźnie. Gwoli sprawiedliwości, Eric liczył na zmianę stron, czy też wzajemność. Nie doczekał tego jednak. Tsuneo miotał się od wielkiej „typowo japońskiej” wdzięczności za to, że Eric podał mu pomocną dłoń w krytycznym momencie, i był jego dobroczyńcą, protektorem, nauczycielem i przyjacielem przez kolejne miesiące, do wstrętu i samoobrzydzenia. Postanowiwszy „zepsuć Ericowi weekend”, nasłał na niego oddział policji antynarkotykowej. Mężczyzna zginął od niemal przypadkowego wystrzału, co skądinąd dużo by mówiło o amerykańskich procedurach dotyczących ładowania broni różnymi typami nabojów. Otóż gdy Tsuneo anonimowo zadzwonił na policję, podając nazwisko Erica, został od razu uznany za wzgardzonego lub skłóconego kochanka. Dyżurny policjant nie wierzy w historię o dzieleniu na porcje narkotyków przyniesionych w wielkiej torbie, o czym Tsuneo bardzo stara się go przekonać. Mimo to podczas akcji funkcjonariusze mają odbezpieczoną broń mogącą zabić. Po śmierci Erica Tsuneo chwycił wszystkie pieniądze, jakie jest w stanie znaleźć w pośpiechu, uciekł z miasta i udał się do Japonii.

Poczucie porażki, zgoda na pracowniczą rutynę (mężczyzna mieszka w hotelu dla personelu bodaj MSW), poskromienie i wygaszenie marzeń mogą być związane z tym, że epizod najlepszego czasu w życiu był taki szczególny. Tsuneo przedtem przeżywał egzaminacyjne niepowodzenia (dwa lata pod rząd nie dostał się na uczelnię), potem tułaczkę, prace na miarę nielegalnego emigranta, strach przed deportacją. Po owym epizodzie życia z Ericiem znów „gaśnie”. Świat antykwariusza z jednej strony odpowiada zachodniemu stereotypowi geja (choć Amerykanin, to po europejsku wysublimowany kulturalnie, itp.), z drugiej wzbudził we mnie skojarzenia z japońską tradycją przednowoczesną – ukiyo, przepływającym światem, przez co miesiące, jakie Tsuneo spędził z Ericiem są potrójnie wycięte: w narracji powieściowej wyróżnione formą gramatyczną, ale też pozbawione czasu (współczesność odsyłająca do czasów przednowoczesnych) i umiejscowienia (banalne Portland jako utopia Europy, do której Japończykom co najmniej równo daleko, jak Amerykanom). Mentalnie, w swoim japońskim życiu policjanta imigracyjnego, Tsuneo robi wszystko, by nie wspominać tego „samowygnania z raju”. Katalizatorem akcji jest głos. Jednak gdy Tsuneo opowiada swą największą tajemnicę, głos milczy. Tajemnica z nim związana marnieje przy tej, którą krył Tsuneo. Czy mężczyzna bał się „być gejem”? Od czasów popularności nanshoku wiele się w Japonii zmieniło. Nie jest to kraj o homofobii wyższej, niż gdzie indziej, jednak jako forma opresji społecznej jest ona poddawana wyjątkowo słabej krytyce.

Jeśli chodzi o związany z istotą tego, co nadnaturalne, suspens, Obcy są bardziej klasyczną historią z dreszczykiem. We W pogoni za dalekim głosem straszy zwyczajność mroku czającego się w normalnym człowieku (określenie nieprzypadkowe: na samym początku trafiamy na stwierdzenie, że Tsuneo dąży przede wszystkim do normalności). Może to żałośnie banalny wniosek, ale powieść pod pozorem banalności i kuszenia „niesamowitym” wątkiem oferuje zaskakująco dużo, więc naprawdę warto przeczytać.

Paulina Szkudlarek

Taichi Yamada, W pogoni za dalekim głosem, przeł. Anna Horikoshi, Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza, Warszawa 2008.

Przypisy:

* Lafcadio Hearn, Kwaidan, czyli opowieści niesamowite, przeł. z angielskiego Jerzy A. Rzewuski, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1984. Godna polecenia jest książka Marcina Tatarczuka, Kaidan: japońskie opowieści niesamowite epoki Edo, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2011.

** Więcej na ten temat np. w: Timon Screech, Erotyczne obrazy japońskie 1700–1820. Przestrzeń przepływającego świata, przeł. Beata Romanowicz, Wioletta Laskowska, Joanna Wolska-Lenarczyk, Universitas, Kraków 2006, czy Gary P. Leupp, Male Colors. The Construction of Homosexuality in Tokugawa Japan, University of California Press, Los Angeles 1995.

Data wpisu: 15 października, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Edward P. Jones, „Znany świat”

Z grafiki na utrzymanej w kolorze sepii… pardon, w barwach ziemi okładce patrzy na nas trójka ludzi odjeżdżająca wozem. A może nie na nas, może odwracają się, by spojrzeć na pola rozciągające się po obu stronach drogi. Pod tytułem na zachętę wymienione są nagrody, jakich laureatem jest autor – Edward P. Jones. Objętość typowa dla ambitnej powieści obyczajowej. Gdy dodać, że książka to epickie zestawienie losów kilku pokoleń grupy żyjących po sąsiedzku rodzin naznaczonych doświadczeniem niewolnictwa, otrzymujemy zaangażowaną światopoglądowo lekturę dla cieszących się nadmiarem wolnego czasu intelektualistów. Zwłaszcza, że wyjątkowe są pewne okoliczności: przede wszystkim akcja Znanego świata dzieje się w USA przed zniesieniem niewolnictwa (skupiona jest wokół wydarzenia z 1855 roku). Wtedy po pierwsze, choć oczywiście liczni czarnoskórzy (lub osoby o pochodzeniu „międzyrasowym” – trudno używać takich określeń bez niesmaku, nie dość jednak, że były one stosowane, to pozostają zrozumiałe także dziś) byli wolni – wolni, póki nie trafiali na bariery społecznych podziałów, segregacji, w każdym jednak razie nie byli własnością panów, po drugie, zdarzało się, że… sami posiadali niewolników. Niektórzy wolni byli tym praktykom ogromnie przeciwni, i pewnie było to zjawisko o niewielkiej skali, jednak miało miejsce, i chyba rzadko się o tym mówi.

W posiadłości na farmie w miejscowości w południowym stanie Wirginia zmarł taki właśnie pan, Henry Townsend, u progu dorosłości wykupiony z niewoli, dekadę później stateczny mąż (bezdzietny), właściciel niedużej grupy niewolników, swego rodzaju protegowany, ulubiony sąsiad niegdysiejszego swego pana, Billa Robbinsa. Ów biały farmer w przeszłości pozwolił, by wykupili się od niego rodzice Henry’ego, z wielką niechęcią zgodził się później na wolność syna. Sam Robbins, obok białej prawowiernej żony ma czarnoskórą kochankę, również matkę jego dzieci. To tajemnica poliszynela, a wspominam o tym, by podkreślić – Robbins to mecenas „amerykańskiego snu”, nie sprawiedliwości i równości. Wierzy w konkurencję rynkową, dochodzenie do zamożności poprzez pracę (niekoniecznie własnoręczną). Jest człowiekiem Południa, i tyle. Odgrywa przede wszystkim rolę katalizatora niektórych zdarzeń, ale nie jest to postać pierwszoplanowa.

Poznajemy środowisko ludzi „o nie czysto białym pochodzeniu”. Oznacza to, że często realny, widzialny kolor skóry nie jest istotny, przecież i tak cała społeczność wie, kogo ma porcelanolica kobieta w siódmym pokoleniu przodków… Jest zatem Henry i jego rodzice, jest jego żona, Caldonia, i jej brat, Calvin. Jest Fern, okoliczna nauczycielka, dzięki której byli i obecni niewolnicy mogą się wyrwać z analfabetyzmu. Są niewolnicy Henry’ego. Wszystko to, co dzieje się w życiu bohaterów, jest interesujące, ale nie porusza ani po części tak, jak np. losy bohaterek i bohaterów Toni Morrison.

Skąd tytuł powieści? Autor podkreśla, że rozpadł się świat niewolników Henry’ego, im zaś było komfortowo w „znanym”. Kres życia ich pana ma sugerować zmiany, lecz zdaje się, iż ci niewolnicy Henry’ego nie byli jego własnością zbyt znów długo, poza tym dramaty wśród nich rozgrywały się niezależnie od zdrowia Townsenda. Jak wskazałam na początku, jego śmierć jest dość trafnie ustanowiona kompozycyjnym centrum powieści, jednak to, co wokół niego orbituje – przeszłość i przyszłość – to kontinuum; nie jestem przekonana o wielkiej zmianie, przewartościowaniu, utracie „znanego świata”. To nastąpiło chyba dopiero po wojnie secesyjnej! W samej zaś książce pojawia się wzmianka, że niewolnicy Townsenda mieli nadzieję, iż po śmierci Henry’ego wdowa ich uwolni. Ani to jej było w głowie, tym bardziej więc świat tych ludzi pozostał „znany”.

Fabuły powieści nie będę szczegółowo streszczać, zresztą byłoby to bezcelowe. Nie dziwią wysokie oceny wystawiane Znanemu światowi przez krytyków: trudno Jonesowi coś zarzucić. Wszystko jest spójne, z rozmachem, w miarę wciągające, niewątpliwie unikające nieudolności, imponujące zapleczem, jakiego autor potrzebował, by stworzyć opowieść o tak szczególnym etapie w historii amerykańskiego niewolnictwa. Są nawet fragmenty dość drastyczne – co podkreślam, by nie sugerować, że np. lektura Toni Morrison podnosi mi ciśnienie, a Edward Jones usypia. Jednak brak tu magii. Iskry. Nie umiałam się zaangażować w lekturę. Nie zależało mi, by noc zaczęła się nie wtedy, kiedy powinna, a wtedy, gdy ja przewrócę ostatnią stronicę (owszem, zdarza mi się czytać do skandalicznych godzin rannych). Niemal obojętnie doczytałam do końca, zresztą pod koniec narracja zdaje się zmierzać ku atrofii. Przeczy „dziejowemu” happy endowi (na który złożyło się zniesienie niewolnictwa, później polityka afirmacji), podkreślając wartość życia i osobistego doświadczenia, które tracone jest z każdą jednostkową śmiercią.

Istotne kwestie u Jonesa to m. in. obowiązkowa chyba współcześnie wrażliwość na praktyki niehumanitarne, pytania, czy posiadanie ludzi było oczywistością czy dylematem, oraz „cieniowanie”, relatywizowanie ocen zachowań we względu na odmienność sytuacji. Jeśli chodzi o długofalowe efekty pewnych osobistych wyborów, dowiadujemy się, co się z niektórymi osobami stało po latach: nic nie jest oczywiste. Na przykład najgorszy kobieciarz (seksista i być może seksoholik) z farmy Townsendów ustatkował się, wyjechał z żoną do Richmond. Tam oboje tak wsławili się pracą pedagogiczną, że po latach na ich cześć nazwano ulicę w mieście – z użyciem pełnych imion i dwuczłonowego nazwiska, by potomni nie mieli wątpliwości. Czy Jones jest honorowany i celebrowany za polityczną poprawność?

Niedawno miałam okazję obejrzeć ostatni film braci Coenów, Prawdziwe męstwo (remake klasyka Henry’ego Hathawaya, a może raczej nowa adaptacja powieści Charlesa Portisa). Twórczość tego reżyserskiego tandemu jest znana i lubiana, jednak w kilku słowach streszczę opowieść. Akcja dzieje się w ostatniej ćwiartce XIX wieku. Handlujący bodaj bawełną ojciec rodziny, w tym 14-letniej Mattie, został zastrzelony i obrabowany. Morderca znany jako Tom Chaney umknął prawdopodobnie na terytorium Indian, a w miasteczku, w którym doszło do tragedii, nikt nie jest zainteresowany pościgiem. Mattie sama wynajmuje tropiciela, nadużywającego alkoholu i przemocy Roostera Cogburna, i mimo jego sprzeciwu, wraz z nim oraz teksańskim rangerem, LaBoeufem, rusza na poszukiwanie Chaneya. Dziewczyna jest rezolutna, inteligentna, silna, zdeterminowana, „po kobiecemu” meandruje pomiędzy rywalizującymi (bynajmniej nie o nią) Roosterem i LaBoeufem. Mężczyźni są bufonami, ich wizerunki twardych, nieustępliwych i znających się na swoim fachu ludzi zachodu są doprowadzone do granicy karykatury. Prawdziwym męstwem jest wziąć podczas galopu lejce w zęby, i oburącz strzelać z dwóch pistoletów. Prawdziwym męstwem jest zajeździć i dobić konia, by ratować ugryziona przez węża damę. Niestety brawurowa pomoc okazała się spóźniona – Mattie utraciła ramię. Przyszło jej wrócić do kantorka zostawionego przez ojca przedsiębiorstwa, i życie w staropanieństwie (kara za szaleństwa młodości).

Kiedy się czeka, by Coenowie swoim zwyczajem przekłuli ten nadmuchiwany przez półtora godziny projekcji balon, oni robią coś przeciwnego – kończą film ów balon patynując, umieszczając na cokole. Rezygnują z pozycji zdystansowanej, konsekrują świat przedstawiony. Niemal bezkrytyczne odwoływanie się do wartości reprezentowanych szczególnie przez Roostera, ale również przez LaBoeufa i Mattie, to anachronizm ślepy na fakt, że świat się zmienił od czasu podboju „Dzikiego Zachodu”. Motorem działań głównej bohaterki jest chęć doprowadzenia mordercy pod właściwy sąd (mężczyzna i tak jest zastrzelony wcześniej, podczas sceny mającej zapewne robić wrażenie słusznego aktu samoobrony), przez co w cieniu pozostaje pytanie, czy aby na pewno kara śmierci, Prawo zabijające w swym majestacie jest cywilizacyjnym ideałem. To narracja waloryzująca stanowisko amerykańskich tradycjonalistów. Niezależnie od opinii licznych krytyków filmowych, zachwyconych nie tyle odnowieniem przez Coenów formy westernu, co doprowadzeniem jej jednocześnie do skrajności i do wersji „anty”, dla mnie film sakralizuje rzekomą wolność obywatelską, której wyrazem jest np. dążenie do powszechnego prawa do posiadania broni palnej (o sprzeciwie wobec prób zniesienia w USA kary śmierci nie wspominając).

Cóż, kiedy pomyślę o Coenowskiej apologii machoidów „Dzikiego Zachodu”, o zaserwowanym przez nich patosie powrotu do utopijnej przeszłości, w której męstwo było męstwem, kowboje mieli – za przeproszeniem – jaja, baby były zaradne, w której czarnoskórzy rezolutni stajenni połyskiwali białymi zębami, z uśmiechem mówiąc „Yes m’am”, a Indianie się poukrywali, i spokój…. zatem, kiedy o tym pomyślę, Jones prezentuje się po stokroć korzystniej. Wybieram bohaterów, których charakteryzuje – uwaga, modne słowo – sprawstwo. Coenowie ograniczyli się do eksploatacji historycznej już konwencji. Narracja Jonesa wprawdzie zdaje się być stylistycznie bardzo tradycyjna, niedekonstruująca, stonowana niczym kolorystyka okładki książki, lecz przekonuje, „przeciąga na swoją stronę” i nie razi anachronizmem. Znany świat może być pozbawiony fajerwerków, mimo to proponuje spojrzenie nań pod kątem nieznanym, i poucza bez zbędnego dydaktyzmu. Będę oczekiwała kolejnych publikacji tego autora.

Edward P. Jones, Znany świat, przeł. Witold Kurylak, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2005.

Data wpisu: 23 sierpnia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Edward P. Jones, „Znany świat”

Z grafiki na utrzymanej w kolorze sepii… pardon, w barwach ziemi okładce patrzy na nas trójka ludzi odjeżdżająca wozem. A może nie na nas, może odwracają się, by spojrzeć na pola rozciągające się po obu stronach drogi. Pod tytułem na zachętę wymienione są nagrody, jakich laureatem jest autor – Edward P. Jones. Objętość typowa dla ambitnej powieści obyczajowej. Gdy dodać, że książka to epickie zestawienie losów kilku pokoleń grupy żyjących po sąsiedzku rodzin naznaczonych doświadczeniem niewolnictwa, otrzymujemy zaangażowaną światopoglądowo lekturę dla cieszących się nadmiarem wolnego czasu intelektualistów. Zwłaszcza, że wyjątkowe są pewne okoliczności: przede wszystkim akcja Znanego świata dzieje się w USA przed zniesieniem niewolnictwa (skupiona jest wokół wydarzenia z 1855 roku). Wtedy po pierwsze, choć oczywiście liczni czarnoskórzy (lub osoby o pochodzeniu „międzyrasowym” – trudno używać takich określeń bez niesmaku, nie dość jednak, że były one stosowane, to pozostają zrozumiałe także dziś) byli wolni – wolni, póki nie trafiali na bariery społecznych podziałów, segregacji, w każdym jednak razie nie byli własnością panów, po drugie, zdarzało się, że… sami posiadali niewolników. Niektórzy wolni byli tym praktykom ogromnie przeciwni, i pewnie było to zjawisko o niewielkiej skali, jednak miało miejsce, i chyba rzadko się o tym mówi.

W posiadłości na farmie w miejscowości w południowym stanie Wirginia zmarł taki właśnie pan, Henry Townsend, u progu dorosłości wykupiony z niewoli, dekadę później stateczny mąż (bezdzietny), właściciel niedużej grupy niewolników, swego rodzaju protegowany, ulubiony sąsiad niegdysiejszego swego pana, Billa Robbinsa. Ów biały farmer w przeszłości pozwolił, by wykupili się od niego rodzice Henry’ego, z wielką niechęcią zgodził się później na wolność syna. Sam Robbins, obok białej prawowiernej żony ma czarnoskórą kochankę, również matkę jego dzieci. To tajemnica poliszynela, a wspominam o tym, by podkreślić – Robbins to mecenas „amerykańskiego snu”, nie sprawiedliwości i równości. Wierzy w konkurencję rynkową, dochodzenie do zamożności poprzez pracę (niekoniecznie własnoręczną). Jest człowiekiem Południa, i tyle. Odgrywa przede wszystkim rolę katalizatora niektórych zdarzeń, ale nie jest to postać pierwszoplanowa.

Poznajemy środowisko ludzi „o nie czysto białym pochodzeniu”. Oznacza to, że często realny, widzialny kolor skóry nie jest istotny, przecież i tak cała społeczność wie, kogo ma porcelanolica kobieta w siódmym pokoleniu przodków… Jest zatem Henry i jego rodzice, jest jego żona, Caldonia, i jej brat, Calvin. Jest Fern, okoliczna nauczycielka, dzięki której byli i obecni niewolnicy mogą się wyrwać z analfabetyzmu. Są niewolnicy Henry’ego. Wszystko to, co dzieje się w życiu bohaterów, jest interesujące, ale nie porusza ani po części tak, jak np. losy bohaterek i bohaterów Toni Morrison.

Skąd tytuł powieści? Autor podkreśla, że rozpadł się świat niewolników Henry’ego, im zaś było komfortowo w „znanym”. Kres życia ich pana ma sugerować zmiany, lecz zdaje się, iż ci niewolnicy Henry’ego nie byli jego własnością zbyt znów długo, poza tym dramaty wśród nich rozgrywały się niezależnie od zdrowia Townsenda. Jak wskazałam na początku, jego śmierć jest dość trafnie ustanowiona kompozycyjnym centrum powieści, jednak to, co wokół niego orbituje – przeszłość i przyszłość – to kontinuum; nie jestem przekonana o wielkiej zmianie, przewartościowaniu, utracie „znanego świata”. To nastąpiło chyba dopiero po wojnie secesyjnej! W samej zaś książce pojawia się wzmianka, że niewolnicy Townsenda mieli nadzieję, iż po śmierci Henry’ego wdowa ich uwolni. Ani to jej było w głowie, tym bardziej więc świat tych ludzi pozostał „znany”.

Fabuły powieści nie będę szczegółowo streszczać, zresztą byłoby to bezcelowe. Nie dziwią wysokie oceny wystawiane Znanemu światowi przez krytyków: trudno Jonesowi coś zarzucić. Wszystko jest spójne, z rozmachem, w miarę wciągające, niewątpliwie unikające nieudolności, imponujące zapleczem, jakiego autor potrzebował, by stworzyć opowieść o tak szczególnym etapie w historii amerykańskiego niewolnictwa. Są nawet fragmenty dość drastyczne – co podkreślam, by nie sugerować, że np. lektura Toni Morrison podnosi mi ciśnienie, a Edward Jones usypia. Jednak brak tu magii. Iskry. Nie umiałam się zaangażować w lekturę. Nie zależało mi, by noc zaczęła się nie wtedy, kiedy powinna, a wtedy, gdy ja przewrócę ostatnią stronicę (owszem, zdarza mi się czytać do skandalicznych godzin rannych). Niemal obojętnie doczytałam do końca, zresztą pod koniec narracja zdaje się zmierzać ku atrofii. Przeczy „dziejowemu” happy endowi (na który złożyło się zniesienie niewolnictwa, później polityka afirmacji), podkreślając wartość życia i osobistego doświadczenia, które tracone jest z każdą jednostkową śmiercią.

Istotne kwestie u Jonesa to m. in. obowiązkowa chyba współcześnie wrażliwość na praktyki niehumanitarne, pytania, czy posiadanie ludzi było oczywistością czy dylematem, oraz „cieniowanie”, relatywizowanie ocen zachowań we względu na odmienność sytuacji. Jeśli chodzi o długofalowe efekty pewnych osobistych wyborów, dowiadujemy się, co się z niektórymi osobami stało po latach: nic nie jest oczywiste. Na przykład najgorszy kobieciarz (seksista i być może seksoholik) z farmy Townsendów ustatkował się, wyjechał z żoną do Richmond. Tam oboje tak wsławili się pracą pedagogiczną, że po latach na ich cześć nazwano ulicę w mieście – z użyciem pełnych imion i dwuczłonowego nazwiska, by potomni nie mieli wątpliwości. Czy Jones jest honorowany i celebrowany za polityczną poprawność?

Niedawno miałam okazję obejrzeć ostatni film braci Coenów, Prawdziwe męstwo (remake klasyka Henry’ego Hathawaya, a może raczej nowa adaptacja powieści Charlesa Portisa). Twórczość tego reżyserskiego tandemu jest znana i lubiana, jednak w kilku słowach streszczę opowieść. Akcja dzieje się w ostatniej ćwiartce XIX wieku. Handlujący bodaj bawełną ojciec rodziny, w tym 14-letniej Mattie, został zastrzelony i obrabowany. Morderca znany jako Tom Chaney umknął prawdopodobnie na terytorium Indian, a w miasteczku, w którym doszło do tragedii, nikt nie jest zainteresowany pościgiem. Mattie sama wynajmuje tropiciela, nadużywającego alkoholu i przemocy Roostera Cogburna, i mimo jego sprzeciwu, wraz z nim oraz teksańskim rangerem, LaBoeufem, rusza na poszukiwanie Chaneya. Dziewczyna jest rezolutna, inteligentna, silna, zdeterminowana, „po kobiecemu” meandruje pomiędzy rywalizującymi (bynajmniej nie o nią) Roosterem i LaBoeufem. Mężczyźni są bufonami, ich wizerunki twardych, nieustępliwych i znających się na swoim fachu ludzi zachodu są doprowadzone do granicy karykatury. Prawdziwym męstwem jest wziąć podczas galopu lejce w zęby, i oburącz strzelać z dwóch pistoletów. Prawdziwym męstwem jest zajeździć i dobić konia, by ratować ugryziona przez węża damę. Niestety brawurowa pomoc okazała się spóźniona – Mattie utraciła ramię. Przyszło jej wrócić do kantorka zostawionego przez ojca przedsiębiorstwa, i życie w staropanieństwie (kara za szaleństwa młodości).

Kiedy się czeka, by Coenowie swoim zwyczajem przekłuli ten nadmuchiwany przez półtora godziny projekcji balon, oni robią coś przeciwnego – kończą film ów balon patynując, umieszczając na cokole. Rezygnują z pozycji zdystansowanej, konsekrują świat przedstawiony. Niemal bezkrytyczne odwoływanie się do wartości reprezentowanych szczególnie przez Roostera, ale również przez LaBoeufa i Mattie, to anachronizm ślepy na fakt, że świat się zmienił od czasu podboju „Dzikiego Zachodu”. Motorem działań głównej bohaterki jest chęć doprowadzenia mordercy pod właściwy sąd (mężczyzna i tak jest zastrzelony wcześniej, podczas sceny mającej zapewne robić wrażenie słusznego aktu samoobrony), przez co w cieniu pozostaje pytanie, czy aby na pewno kara śmierci, Prawo zabijające w swym majestacie jest cywilizacyjnym ideałem. To narracja waloryzująca stanowisko amerykańskich tradycjonalistów. Niezależnie od opinii licznych krytyków filmowych, zachwyconych nie tyle odnowieniem przez Coenów formy westernu, co doprowadzeniem jej jednocześnie do skrajności i do wersji „anty”, dla mnie film sakralizuje rzekomą wolność obywatelską, której wyrazem jest np. dążenie do powszechnego prawa do posiadania broni palnej (o sprzeciwie wobec prób zniesienia w USA kary śmierci nie wspominając).

Cóż, kiedy pomyślę o Coenowskiej apologii machoidów „Dzikiego Zachodu”, o zaserwowanym przez nich patosie powrotu do utopijnej przeszłości, w której męstwo było męstwem, kowboje mieli – za przeproszeniem – jaja, baby były zaradne, w której czarnoskórzy rezolutni stajenni połyskiwali białymi zębami, z uśmiechem mówiąc „Yes m’am”, a Indianie się poukrywali, i spokój…. zatem, kiedy o tym pomyślę, Jones prezentuje się po stokroć korzystniej. Wybieram bohaterów, których charakteryzuje – uwaga, modne słowo – sprawstwo. Coenowie ograniczyli się do eksploatacji historycznej już konwencji. Narracja Jonesa wprawdzie zdaje się być stylistycznie bardzo tradycyjna, niedekonstruująca, stonowana niczym kolorystyka okładki książki, lecz przekonuje, „przeciąga na swoją stronę” i nie razi anachronizmem. Znany świat może być pozbawiony fajerwerków, mimo to proponuje spojrzenie nań pod kątem nieznanym, i poucza bez zbędnego dydaktyzmu. Będę oczekiwała kolejnych publikacji tego autora.

Edward P. Jones, Znany świat, przeł. Witold Kurylak, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2005.

Data wpisu: 23 sierpnia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Danuta Gwizdalanka, „Muzyka i płeć”

Zagadnienia muzyczne niezwykle rzadko podejmowane są w obrębie badań nad płcią kulturową i społeczną – o ile nie jest to muzyka zwana popularną czy rozrywkową. Na gruncie polskim nie jest obecny nawet rewindykacyjny namysł nad historią udziału kobiet w życiu muzycznym, w wielowiekowym rozwoju tej gałęzi sztuki. Tym mocniej w „genderowej biblioteczce” wyróżnia się wydana w 2001 roku przez Polskie Wydawnictwo Muzyczne praca Danuty Gwizdalanki, Muzyka i płeć. Autorka ma na swoim koncie podręczniki dla dzieci, a ponadto książki łączące z muzyką rozmaite tematy, na przykład politykę [1].

Rozpocznę od drobnych uwag krytycznych. Widać, że wprawdzie feministyczne i genderowe lektury Gwizdalanki są raczej ubogie, mimo to jedyne rzeczywiste potknięcia jakie da się zauważyć, dotyczą kwestii spoza specjalizacji muzykologicznej. Nietrafnie na przykład rekapituluje wnioski do jakich w swoim słynnym eseju Dlaczego nie było wielkich artystek? [2] doszła Linda Nochlin. Gwizdalanka podpiera odnośny paragraf odwołaniem do Kazimierza Ślęczki [3], choć pisząca – we wzmiankowanym artykule – o malarstwie Nochlin jest dostępna po polsku. Ślęczka z kolei w tym miejscu korzysta z wywiadu prasowego z Camillą Paglią. Owo spiętrzenie w sposób niemal nieunikniony doprowadziło do przeinaczenia: czytamy, że owych artystek nie było na tej zasadzie, na jakiej w historii litewskiej brak jazzmanów czy eskimoskiej – tenisistów: „nie tę dziedzinę uprawiali”. Tymczasem w moim odczytaniu Nochlin wskazywała na to, że w przeszłości koncepcja geniuszu nie obejmowała kobiet. Podobnie Gwizdalanka zdaje się chybić pisząc, że w akademiach sztuk pięknych barierą uniemożliwiającą kobietom wstęp było aż do dwudziestego wieku studium nagiego modela. Z historii sztuki wiemy, iż bariera upadła już wcześniej, a po drugie obostrzenia nie dotyczyły wstępu jako takiego, a jedynie tych konkretnych zajęć, tego konkretnego tematu. Warto dodać, choć nie jest to już argument w sprawie, a jedynie feministyczna ciekawostka, że kobiety zyskały możliwość uczestnictwa w zajęciach rysowania ciała męskiego z natury dokładnie w okresie, gdy ta odmiana aktu zdecydowanie straciła prestiż, popularność w hierarchii artystycznych przedsięwzięć. Wszelako w tematyce muzycznej autorka porusza się kompetentnie. Książka jest raczej historyczno–socjologiczna, aniżeli muzykologiczna. Rozważania fachowe są niezwykle rzadkie, na przykład kwestia nazywania żeńskimi lub męskimi końcówek kadencji rytmicznej z pewnością nie zakłóci odbioru lektury osobie niezaznajomionej z tą terminologią.

Muzyka i płeć obejmuje problematykę kompozytorstwa i wykonawstwa, w optyce nie tylko feministycznej. Tytuł pracy nie jest bowiem na wyrost. Autorka poświęca na przykład ciekawy rozdział kastratom. Poza tym gromadzi relacje o próbach ukazywania muzyki jako domeny męskiej, jako domeny męskości. Odtwarza historyczne listy tego, co męskie (tematy, gatunki, instrumenty, czynności, na przykład dyrygentura), i tego, co męskie być chciało. Problem emocjonalności, nastrojowości muzyki odwoływał się bowiem do stereotypowej kobiecości, jednak podejmowano wysiłki, głównie na polu retorycznym, by to niepożądane zniewieścienie zakamuflować. Mamy tu więc przede wszystkim podkreślanie matematycznej precyzji niezbędnej w pracy kompozytorskiej. Gwizdalanka przypomina uwagi ogólne: stanowisko, wedle którego kobieta jest niezdolna do opanowania emocji, a więc do sięgania ku nim z namysłem i celowo, czy też uwagi szczegółowe: kobieta nigdy nie opanuje kontrapunktu, odwoływanie się do „heroicznej męskości” kompozytorów (Beethoven, Wagner), oraz negowanie skojarzeń, że z męskością muzyka jest „coś nie tak”. Anegdota na ten temat: bywało, że po ustaniu mody na kastratów, śpiewacy o wyglądzie mogącym wywoływać niechciane przez nich skojarzenia, anonsowali się na afiszach jako ojcowie rodzin [s. 71]. Gwizdalanka opisuje też dzieje muzycznej obecności kobiet w Kościele („mulier taceat in ecclesia”) i wskazuje na rozkwit twórczej działalności w wyizolowanych żeńskich wspólnotach (klasztorach, ale nie tylko).

Autorka i we wstępie, i w paru innych miejscach [vide np. s. 128] deklaratywnie odcina się od feminizmu. Książka pochodzi sprzed dekady, a był to okres mody czy raczej plagi stwierdzeń „nie jestem feministką, ale…” – po czym zazwyczaj przychodziły słowa poparcia dla jakiegoś typowo feministycznego postulatu. Próba takiej retoryki u Gwizdalanki: „Tyleż ciekawe, co odstraszające dla nieuprzedzonego czytelnika są monografie kobiecej martyrologii, gdyż ze względu na obfitość dokumentów zazwyczaj krępuje je ideologiczny gorset” [s. 126]. Do czego „nieuprzedzony” ma być czytelnik? Jeśli nie baczy na przekonującą warstwę merytoryczną, to znaczy, że uprzedzony jest, skoro „odstrasza” go retoryka – to ostatnie przy zgodzie na sformułowanie o „gorsecie”. Jakie jednak „skrępowanie”? Odwrotnie, to uwolnienie od wieloletniego, ba! Wielowiekowego milczenia i jest, istotnie „obfitość” tego o czym należy mówić. Dotyczy to także historii muzyki, i właśnie Gwizdalanka podnosi owe tematy. Wskazuje na artystki z przeszłości, relacjonuje ich upokorzenia, na przykład „udomowienie” Clary Wieck Schumann [s. 120-121], uporczywą niesubordynację instrumentalistów z orkiestr wobec kobiet – dyrygentek [s. 163], oraz dowody na ferowanie sądów bazujących wyłącznie na uprzedzeniach. Interesujący jest opis przypadku dziewiętnastowiecznego krytyka recenzującego zbiór fug organowych wydanych pod nazwiskiem Marianny Stecher. Zarówno gatunek, jak i instrument to domena wykształconych mężczyzn, a nie płochych dyletantek, tedy – niezależnie od tego, czy fugi są dobre – „sam pomysł jest skierowany przeciwko niewieściej naturze”. Problem w tym, że tak naprawdę utwory skomponował mężczyzna, mnich (o imieniu Marian) i wszystko sprowadzało się do błędu w druku [s. 112-113].

Gwizdalanka jest także wrażliwa na problemy nadużyć seksualnych [s. 85], zauważa zjawisko dragu i pisze o nim wprawdzie niewiele, ale rzeczowo [s. 87]. Nie pomija orkiestr gejowskich, chociaż sytuuje sprawę w emancypacyjnej polityce widoczności, nie mówi zaś o artystach, którzy w przeszłości w swojej działalności znajdywali azyl przed społeczną opresją (w tym temacie warto przeczytać prace Bartosza Dąbrowskiego o Karolu Szymanowskim [4]).

Nietypowe jest też to, że autorka nie izoluje muzyki „poważnej”, czyli wysokoartystycznej, od popularnej, na przykład mówi o karierach gwiazd rocka jako chronologicznej kontynuacji pewnych zjawisk, i androgynię (właściwie rzecz ujmując: ambiwalencję genderową), czy – jak się wyraża – „przebieranki” wzmiankuje zaraz po opisaniu operowych konwencji wyzyskiwania płciowej dezorientacji (Wesele Figara).

Co zaskakujące i irytujące, książka się nie kończy – książka się urywa wraz z ostatnim zdaniem rozdziału o homoseksualności w świecie muzyki. Autorka nie proponuje żadnego podsumowania, nie wykonuje nawet gestu retorycznego „pożegnania się” z czytelnikami. Jako mankament publikacji jestem również skłonna wskazać umieszczone w niej… ilustracje Marcina Bruchnalskiego. Infantylna konwencja, odwoływanie się do rozmaitych sformułowań Gwizdalanki – nie „zaczepne”, nie humorystyczne ani nie satyryczne, każą kwestionować rangę pracy. Z pewnością mamy do czynienia z rzetelną pozycją akademicką, książką, w której skrupulatnie odnotowane są wszelkie zapożyczenia i cytaty, tymczasem warstwa wizualna zdaje się banalizować przesłanie, jakie – nawet bez partii podsumowującej – niesie Muzyka i płeć, naświetlając historię (polaryzacji) płci w muzyce, tudzież problem (świadomości) płci w muzykologii.

Gdy jakiś czas temu zastanawiałam się, jak powinien brzmieć żeńska forma słowa muzyk, pomysł, by kobietę poświęcającą się działalności muzycznej określić mianem muzyczki, wydawał mi się nietrafny, niestosowny. Autorka bez skrupułów posługuje się taką właśnie nazwą, dowodząc swoistej odwagi – forsowanie adekwatnych rodzajowo odpowiedników uchodzi za hobby zapalczywych feministek. Gwizdalanka siebie do nich nie zalicza, ale…

Paulina Szkudlarek

Danuta Gwizdalanka, Muzyka i płeć, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 2001. Wszystkie cytaty i odniesienia, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

[1] Danuta Gwizdalanka, Muzyka i polityka, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 1999.

[2] Linda Nochlin, Dlaczego nie było wielkich artystek?, przeł. Barbara Limanowska, „OŚKa” nr 3(8)/1999, dostępne na stronach pisma „Unigender”.

[3] Kazimierz Ślęczka, Feminizm. Ideologie i koncepcje społeczne współczesnego feminizmu, Książnica, Katowice 1999.

[4] Bartosz Dąbrowski, Mit dionizyjski Karola Szymanowskiego, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2001, oraz tegoż Szymanowski. Muzyka jako autobiografia, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2009.

Data wpisu: 28 maja, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Danuta Gwizdalanka, „Muzyka i płeć”

Zagadnienia muzyczne niezwykle rzadko podejmowane są w obrębie badań nad płcią kulturową i społeczną – o ile nie jest to muzyka zwana popularną czy rozrywkową. Na gruncie polskim nie jest obecny nawet rewindykacyjny namysł nad historią udziału kobiet w życiu muzycznym, w wielowiekowym rozwoju tej gałęzi sztuki. Tym mocniej w „genderowej biblioteczce” wyróżnia się wydana w 2001 roku przez Polskie Wydawnictwo Muzyczne praca Danuty Gwizdalanki, Muzyka i płeć. Autorka ma na swoim koncie podręczniki dla dzieci, a ponadto książki łączące z muzyką rozmaite tematy, na przykład politykę [1].

Rozpocznę od drobnych uwag krytycznych. Widać, że wprawdzie feministyczne i genderowe lektury Gwizdalanki są raczej ubogie, mimo to jedyne rzeczywiste potknięcia jakie da się zauważyć, dotyczą kwestii spoza specjalizacji muzykologicznej. Nietrafnie na przykład rekapituluje wnioski do jakich w swoim słynnym eseju Dlaczego nie było wielkich artystek? [2] doszła Linda Nochlin. Gwizdalanka podpiera odnośny paragraf odwołaniem do Kazimierza Ślęczki [3], choć pisząca – we wzmiankowanym artykule – o malarstwie Nochlin jest dostępna po polsku. Ślęczka z kolei w tym miejscu korzysta z wywiadu prasowego z Camillą Paglią. Owo spiętrzenie w sposób niemal nieunikniony doprowadziło do przeinaczenia: czytamy, że owych artystek nie było na tej zasadzie, na jakiej w historii litewskiej brak jazzmanów czy eskimoskiej – tenisistów: „nie tę dziedzinę uprawiali”. Tymczasem w moim odczytaniu Nochlin wskazywała na to, że w przeszłości koncepcja geniuszu nie obejmowała kobiet. Podobnie Gwizdalanka zdaje się chybić pisząc, że w akademiach sztuk pięknych barierą uniemożliwiającą kobietom wstęp było aż do dwudziestego wieku studium nagiego modela. Z historii sztuki wiemy, iż bariera upadła już wcześniej, a po drugie obostrzenia nie dotyczyły wstępu jako takiego, a jedynie tych konkretnych zajęć, tego konkretnego tematu. Warto dodać, choć nie jest to już argument w sprawie, a jedynie feministyczna ciekawostka, że kobiety zyskały możliwość uczestnictwa w zajęciach rysowania ciała męskiego z natury dokładnie w okresie, gdy ta odmiana aktu zdecydowanie straciła prestiż, popularność w hierarchii artystycznych przedsięwzięć. Wszelako w tematyce muzycznej autorka porusza się kompetentnie. Książka jest raczej historyczno–socjologiczna, aniżeli muzykologiczna. Rozważania fachowe są niezwykle rzadkie, na przykład kwestia nazywania żeńskimi lub męskimi końcówek kadencji rytmicznej z pewnością nie zakłóci odbioru lektury osobie niezaznajomionej z tą terminologią.

Muzyka i płeć obejmuje problematykę kompozytorstwa i wykonawstwa, w optyce nie tylko feministycznej. Tytuł pracy nie jest bowiem na wyrost. Autorka poświęca na przykład ciekawy rozdział kastratom. Poza tym gromadzi relacje o próbach ukazywania muzyki jako domeny męskiej, jako domeny męskości. Odtwarza historyczne listy tego, co męskie (tematy, gatunki, instrumenty, czynności, na przykład dyrygentura), i tego, co męskie być chciało. Problem emocjonalności, nastrojowości muzyki odwoływał się bowiem do stereotypowej kobiecości, jednak podejmowano wysiłki, głównie na polu retorycznym, by to niepożądane zniewieścienie zakamuflować. Mamy tu więc przede wszystkim podkreślanie matematycznej precyzji niezbędnej w pracy kompozytorskiej. Gwizdalanka przypomina uwagi ogólne: stanowisko, wedle którego kobieta jest niezdolna do opanowania emocji, a więc do sięgania ku nim z namysłem i celowo, czy też uwagi szczegółowe: kobieta nigdy nie opanuje kontrapunktu, odwoływanie się do „heroicznej męskości” kompozytorów (Beethoven, Wagner), oraz negowanie skojarzeń, że z męskością muzyka jest „coś nie tak”. Anegdota na ten temat: bywało, że po ustaniu mody na kastratów, śpiewacy o wyglądzie mogącym wywoływać niechciane przez nich skojarzenia, anonsowali się na afiszach jako ojcowie rodzin [s. 71]. Gwizdalanka opisuje też dzieje muzycznej obecności kobiet w Kościele („mulier taceat in ecclesia”) i wskazuje na rozkwit twórczej działalności w wyizolowanych żeńskich wspólnotach (klasztorach, ale nie tylko).

Autorka i we wstępie, i w paru innych miejscach [vide np. s. 128] deklaratywnie odcina się od feminizmu. Książka pochodzi sprzed dekady, a był to okres mody czy raczej plagi stwierdzeń „nie jestem feministką, ale…” – po czym zazwyczaj przychodziły słowa poparcia dla jakiegoś typowo feministycznego postulatu. Próba takiej retoryki u Gwizdalanki: „Tyleż ciekawe, co odstraszające dla nieuprzedzonego czytelnika są monografie kobiecej martyrologii, gdyż ze względu na obfitość dokumentów zazwyczaj krępuje je ideologiczny gorset” [s. 126]. Do czego „nieuprzedzony” ma być czytelnik? Jeśli nie baczy na przekonującą warstwę merytoryczną, to znaczy, że uprzedzony jest, skoro „odstrasza” go retoryka – to ostatnie przy zgodzie na sformułowanie o „gorsecie”. Jakie jednak „skrępowanie”? Odwrotnie, to uwolnienie od wieloletniego, ba! Wielowiekowego milczenia i jest, istotnie „obfitość” tego o czym należy mówić. Dotyczy to także historii muzyki, i właśnie Gwizdalanka podnosi owe tematy. Wskazuje na artystki z przeszłości, relacjonuje ich upokorzenia, na przykład „udomowienie” Clary Wieck Schumann [s. 120-121], uporczywą niesubordynację instrumentalistów z orkiestr wobec kobiet – dyrygentek [s. 163], oraz dowody na ferowanie sądów bazujących wyłącznie na uprzedzeniach. Interesujący jest opis przypadku dziewiętnastowiecznego krytyka recenzującego zbiór fug organowych wydanych pod nazwiskiem Marianny Stecher. Zarówno gatunek, jak i instrument to domena wykształconych mężczyzn, a nie płochych dyletantek, tedy – niezależnie od tego, czy fugi są dobre – „sam pomysł jest skierowany przeciwko niewieściej naturze”. Problem w tym, że tak naprawdę utwory skomponował mężczyzna, mnich (o imieniu Marian) i wszystko sprowadzało się do błędu w druku [s. 112-113].

Gwizdalanka jest także wrażliwa na problemy nadużyć seksualnych [s. 85], zauważa zjawisko dragu i pisze o nim wprawdzie niewiele, ale rzeczowo [s. 87]. Nie pomija orkiestr gejowskich, chociaż sytuuje sprawę w emancypacyjnej polityce widoczności, nie mówi zaś o artystach, którzy w przeszłości w swojej działalności znajdywali azyl przed społeczną opresją (w tym temacie warto przeczytać prace Bartosza Dąbrowskiego o Karolu Szymanowskim [4]).

Nietypowe jest też to, że autorka nie izoluje muzyki „poważnej”, czyli wysokoartystycznej, od popularnej, na przykład mówi o karierach gwiazd rocka jako chronologicznej kontynuacji pewnych zjawisk, i androgynię (właściwie rzecz ujmując: ambiwalencję genderową), czy – jak się wyraża – „przebieranki” wzmiankuje zaraz po opisaniu operowych konwencji wyzyskiwania płciowej dezorientacji (Wesele Figara).

Co zaskakujące i irytujące, książka się nie kończy – książka się urywa wraz z ostatnim zdaniem rozdziału o homoseksualności w świecie muzyki. Autorka nie proponuje żadnego podsumowania, nie wykonuje nawet gestu retorycznego „pożegnania się” z czytelnikami. Jako mankament publikacji jestem również skłonna wskazać umieszczone w niej… ilustracje Marcina Bruchnalskiego. Infantylna konwencja, odwoływanie się do rozmaitych sformułowań Gwizdalanki – nie „zaczepne”, nie humorystyczne ani nie satyryczne, każą kwestionować rangę pracy. Z pewnością mamy do czynienia z rzetelną pozycją akademicką, książką, w której skrupulatnie odnotowane są wszelkie zapożyczenia i cytaty, tymczasem warstwa wizualna zdaje się banalizować przesłanie, jakie – nawet bez partii podsumowującej – niesie Muzyka i płeć, naświetlając historię (polaryzacji) płci w muzyce, tudzież problem (świadomości) płci w muzykologii.

Gdy jakiś czas temu zastanawiałam się, jak powinien brzmieć żeńska forma słowa muzyk, pomysł, by kobietę poświęcającą się działalności muzycznej określić mianem muzyczki, wydawał mi się nietrafny, niestosowny. Autorka bez skrupułów posługuje się taką właśnie nazwą, dowodząc swoistej odwagi – forsowanie adekwatnych rodzajowo odpowiedników uchodzi za hobby zapalczywych feministek. Gwizdalanka siebie do nich nie zalicza, ale…

Paulina Szkudlarek

Danuta Gwizdalanka, Muzyka i płeć, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 2001. Wszystkie cytaty i odniesienia, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

[1] Danuta Gwizdalanka, Muzyka i polityka, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 1999.

[2] Linda Nochlin, Dlaczego nie było wielkich artystek?, przeł. Barbara Limanowska, „OŚKa” nr 3(8)/1999, dostępne na stronach pisma „Unigender”.

[3] Kazimierz Ślęczka, Feminizm. Ideologie i koncepcje społeczne współczesnego feminizmu, Książnica, Katowice 1999.

[4] Bartosz Dąbrowski, Mit dionizyjski Karola Szymanowskiego, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2001, oraz tegoż Szymanowski. Muzyka jako autobiografia, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2009.

Data wpisu: 28 maja, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Perversa et iniqua doctrina. „Samotność liczb pierwszych” P. Giordano i „Ciemna materia” J. Zeh

Mimo zwrotu antypozytywistycznego w naukach humanistycznych wciąż powraca pokusa czy też ambicja, aby uprawiać je w sposób nomotetyczny – naśladujący dyscypliny empiryczne, ścisłe, przyrodoznawcze. Słynna była rola cybernetycznych – dziś powiedzielibyśmy: związanych z wczesnymi stadiami rozwoju informatyki – inspiracji dla szkoły moskiewsko-tartuskiej. Claude Lévi-Strauss z kolei mówił jeszcze w późnych latach osiemdziesiątych XX wieku, iż idiograficzne nauki społeczne i humanistyczne nie są prawdziwe. „My”, ich – wraz z Lévi-Straussem – przedstawiciele, „nie osiągnęliśmy jeszcze tej dojrzałości” [1].

Działalność artystyczna zdaje się nie mieć szans w tej konkurencji utopijnego dążenia do obiektywności treści przekazu, i z pozoru osobliwym jest mniemanie, iż mogłaby przejawiać takie dążenia. Jednak w jakiś sposób zdaje się podzielać wspomniane aspiracje, nadać sobie szczególną pozycję dzięki metonimii, albo – by tak rzec – zyskom z prawa styczności, sąsiedztwa. Często artyści wplatają w swe narracje elementy popularnonaukowe. Jest to zjawisko szczególnie interesujące w literaturze. Przejawia się np. w „dydaktycznych” eksplikacjach, jakie za Umbertem Eco można nazwać salgaryzmami. Czytając „Lód i wodę, wodę i lód” Majgull Axelsson [2] nolens volens poznajemy metody badania lodowców, choć książka jest powieścią psychologiczną.

Niekiedy jednak powieściopisarze sięgają ku wyższemu poziomowi abstrakcji. Fizyka kwantowa, szczególnie teoria strun, fraktale (fotogeniczny zbiór Mandelbrota w roli głównej), czarne dziury, bozon Higgsa – takie odwołania, niezależnie od możliwości ich pojmowania przez potencjalnych czytelników, mają zapewne dowodzić erudycji autora i mile łechtać erudycję odbiorców (przy utrzymaniu wcześniejszej uwagi stawiającej pod znakiem zapytania potencjał „zrozumiałości”). Takie naukowe abstrakcje dodają narracjom powagi; ponadto postawiłabym tezę, iż w pewien sposób przejmują funkcje skądinąd utraconej transcendencji (aspekt religijny, metafizyka w niegdysiejszej filozofii).

Stosunkowo niedawno miałam okazję przeczytać głośną powieść „Samotność liczb pierwszych” autorstwa Paola Giordano (ur. 1982), o relacji–nierelacji genialnego matematyka, Mattiego i jego koleżanki Alice, anorektyczki, która „stoczyła się” (studiowała prawo na uniwersytecie) do pozycji pomocnicy w zakładzie fotograficznym. Zarówno bohaterka, jak i bohater, są prześladowani – i zdeterminowani – przez wspomnienia wypadków z dzieciństwa. W przypadku Alice był to bardzo niebezpieczny upadek podczas przymusowej nauki jazdy na nartach, w przypadku Mattiego – zaniedbanie opieki nad niepełnosprawną umysłowo siostrą i spowodowanie jej zaginięcia. Zranione nastolatki spotykają się w szkole. Mimo swoistej przyjaźni tej dwójki, w istocie jedynie niedopasowanie stanowi ich wspólny mianownik. Spędzają razem dużo czasu, rozmawiają, Alice dąży do wejścia w związek miłosny, jednak wszystko to na darmo. Nie potrafią się wspierać, nie potrafią się nawzajem zmieniać. Powiększa się między nimi dystans przestrzenny, społeczny, emocjonalny i – co chyba najbardziej denerwujące – intelektualny. Autor zapragnął ukazać proces rozchodzenia się tej pary oryginałów analogicznie do tego, jak kolejne liczby pierwsze oddalają się od siebie wzajemnie w ciągu matematycznym. Odmalował kilka scenek z życia naukowców, wykładowców–stypendystów, słabo odbijających konwencje campus novel, domowe perypetie kobiety konsekwentnie odmawiającej jedzenia opisał jak z internetowego kącika porad dla początkującej entuzjastki pro-ana. Rażące zdaje się stereotypowe upozycjonowanie genderowe: oto bohater u szczytów abstrakcji i teorii, oraz bohaterka wycofana w kompulsywną autoanalizę i zaangażowana w niemogące być satysfakcjonującymi związki (z małżeństwem na czele). Inny uruchomiony stereotyp: geniusz naukowy jest niemożliwy bez zaburzeń psychicznych. Powieściowa geneza wybitnego intelektu ma źródło w fakcie, iż tragicznie zaginiona siostra–bliźniaczka Mattiego była upośledzona umysłowo a on zaś – o czym jest przekonany – otrzymał to, czego dla dziewczynki zabrakło.

„Samotność liczb pierwszych” drażni również faktem, iż spora część pochwał na nią spływających ma za grunt zaskoczenie osobą autora: opisywany jest jako uroczo nieśmiały młody człowiek, nadzieja włoskiej fizyki. Budzi to skojarzenie z obcowaniem z herosem, który zszedł z parnasu, by opowiadać zwykłym ludziom o zwykłych emocjach. Niewątpliwie znakomicie rozumie źródło użytej w tytule metafory, jednak matematyczna skrupulatność obraca się przeciw powieści, symetryczność okazuje się nie do utrzymania.

Na początku narracji w powieści Juli Zeh, „Ciemna materia”, mamy sytuację w pewien sposób zbliżoną. Poznajemy szanowanego profesora fizyki, Sebastiana, który w pewnym momencie dokonał wyboru życia rodzinnego kosztem dążeń do naukowej doskonałości. Wykłada na pewnym niemieckim uniwersytecie, ale ma świadomość, że nie gra już w pierwszej lidze, w której utrzymuje się jego przyjaciel ze studiów, Oskar. Spotykamy ich obu podczas przygotowań do comiesięcznej wspólnej kolacji, wyprawianej przez żonę Sebastiana, Maike. Panowie są, by tak rzec, po dżentelmeńsku skonfliktowani, „pięknie się różnią”. Sebastian niewiele wcześniej zyskał prasową sławę, publikując artykuł popularyzujący koncepcje światów równoległych, jako odpowiedź na wątpliwości w sprawie głośnej zbrodni (wielokrotny zabójca deklarował, że przybył w wehikule czasu, by eksperymentalnie zabić osoby, które w świecie przyszłości wyraziły na to zgodę, i żyją nadal). Oskar uważał takie wystąpienie kolegi za niegodne, a jego tezy za niepoważne. Dowiadujemy się ponadto, że Oskar ma ambiwalentny stosunek do założenia przez Sebastiana rodziny. Zazdrość o piękną żonę, która podzieliła nierozłącznych przyjaciół? Tak, ale… Dawniej Oskar i Sebastian byli nie tylko partnerami w nauce, ale też kochankami, i „ten odrzucony” przez lata nie może się uporać z decyzją „odrzucającego”.

Historia tej relacji jest najbardziej interesującym (choć pobocznym) wątkiem w książce Zeh. Dość powiedzieć, że wątek główny, opowieść quasi-kryminalna o zdesperowanym ojcu, zarazem ofierze i winnym, nie dość, że nie angażuje, to jeszcze rozczarowuje banalnością zaproponowanego rozwiązania.

Tytuł „Ciemna materia” pochodzi od polskiego wydawcy. W oryginale brzmiał on „Schilf”, od nazwiska wybitnego inspektora śledczego, we współpracy z pewną młodą komisarz o imieniu Rita zajmującego się złożonym dochodzeniem. Poza łzawym finałem, para ta niejednokrotnie dostarcza comic relief, co kazało mi nieco zrewidować moje co najmniej wysoce sceptyczne nastawienie do pojęcia „niemieckiego humoru”.

Inspektor przegania jakąś uczennicę z ufarbowanymi na zielono włosami, która prosi go o jedno euro, chociaż nosi firmowe dżinsy, a na smyczy prowadzi dalmatyńczyka. Kiedy Schilf zamierza jej wyjaśnić, że nie można równocześnie czerpać radości z praktycznych zalet dobrobytu i moralnych zalet biedy… [s. 188].

- To dworzec dla niepalących! – woła sprzedawca zza lady baru.
- A to jest palący wariat, który ma dobrych przyjaciół w urzędzie kontroli małych firm – krzyczy Rita w jego stronę [s. 182].

Rita przypominała mi Marge z Fargo braci Coenów (1996), jednak w odróżnieniu od postaci filmowej, pełniła rolę niezbyt ważnego pionka na planszy, nie tylko w porównaniu ze swoim policyjnym mistrzem, ale też wobec właściwego starcia gigantów, inteligentnych, błyskotliwych i w dodatku przystojnych. Szczególnie Oskar jawi się jako bóg swojego świata, zraniony odtrąceniem i mściwy. Nie jest sługą nauki, jej wyrobnikiem. Jest jej panem, manipulatorem o tyle osobliwym, że bynajmniej nie fałszującym wyników ani nic w tym rodzaju: praktycznie wykorzystującym, niemal aplikującym „ryzykowne teorie naukowe” [3] do gry z uczuciami.

Podobnie jak u Giordano, u Zeh wygrywa sfera emocjonalna. Dominuje, definiuje bohaterów znacznie lepiej, aniżeli ich naukowe zatrudnienia. Charakterystyczne wykorzystanie słownictwa i koncepcji, jako elementu życiorysów postaci, i jako ogólniejszych metafor, nie imponuje nośnością. Tam, gdzie „liczby” przeważają nad człowieczeństwem, postaci stają się jednowymiarowe i plastikowe, co dla beletrystyki może być zabójcze, niezależnie od tego, ile informacji o hipotezie światów równoległych da się wynieść z lektury.

Paulina Szkudlarek

Juli Zeh, Ciemna materia, przeł. Sława Lisiecka, W.A.B., Warszawa 2009. Paolo Giordano, Samotność liczb pierwszych, przeł. Alina Pawłowska-Zampino, W.A.B., Warszawa 2010.

Przypisy:

[1] Didier Eribon, Claude Lévi-Strauss, Z bliska i z oddali, przeł. Krzysztof Kocjan, Opus, Łódź 1994, s. 124.
[2] Majgull Axelsson, Lód i woda, woda i lód, przeł. Katarzyna Tubylewicz, W.A.B., Warszawa 2010.
[3] Z umieszczonego z przodu okładki, reklamującego powieść zdania: „Kryminał, romans i ryzykowne teorie naukowe w jednym”.

Data wpisu: 24 marca, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Perversa et iniqua doctrina. „Samotność liczb pierwszych” P. Giordano i „Ciemna materia” J. Zeh

Mimo zwrotu antypozytywistycznego w naukach humanistycznych wciąż powraca pokusa czy też ambicja, aby uprawiać je w sposób nomotetyczny – naśladujący dyscypliny empiryczne, ścisłe, przyrodoznawcze. Słynna była rola cybernetycznych – dziś powiedzielibyśmy: związanych z wczesnymi stadiami rozwoju informatyki – inspiracji dla szkoły moskiewsko-tartuskiej. Claude Lévi-Strauss z kolei mówił jeszcze w późnych latach osiemdziesiątych XX wieku, iż idiograficzne nauki społeczne i humanistyczne nie są prawdziwe. „My”, ich – wraz z Lévi-Straussem – przedstawiciele, „nie osiągnęliśmy jeszcze tej dojrzałości” [1].

Działalność artystyczna zdaje się nie mieć szans w tej konkurencji utopijnego dążenia do obiektywności treści przekazu, i z pozoru osobliwym jest mniemanie, iż mogłaby przejawiać takie dążenia. Jednak w jakiś sposób zdaje się podzielać wspomniane aspiracje, nadać sobie szczególną pozycję dzięki metonimii, albo – by tak rzec – zyskom z prawa styczności, sąsiedztwa. Często artyści wplatają w swe narracje elementy popularnonaukowe. Jest to zjawisko szczególnie interesujące w literaturze. Przejawia się np. w „dydaktycznych” eksplikacjach, jakie za Umbertem Eco można nazwać salgaryzmami. Czytając „Lód i wodę, wodę i lód” Majgull Axelsson [2] nolens volens poznajemy metody badania lodowców, choć książka jest powieścią psychologiczną.

Niekiedy jednak powieściopisarze sięgają ku wyższemu poziomowi abstrakcji. Fizyka kwantowa, szczególnie teoria strun, fraktale (fotogeniczny zbiór Mandelbrota w roli głównej), czarne dziury, bozon Higgsa – takie odwołania, niezależnie od możliwości ich pojmowania przez potencjalnych czytelników, mają zapewne dowodzić erudycji autora i mile łechtać erudycję odbiorców (przy utrzymaniu wcześniejszej uwagi stawiającej pod znakiem zapytania potencjał „zrozumiałości”). Takie naukowe abstrakcje dodają narracjom powagi; ponadto postawiłabym tezę, iż w pewien sposób przejmują funkcje skądinąd utraconej transcendencji (aspekt religijny, metafizyka w niegdysiejszej filozofii).

Stosunkowo niedawno miałam okazję przeczytać głośną powieść „Samotność liczb pierwszych” autorstwa Paola Giordano (ur. 1982), o relacji–nierelacji genialnego matematyka, Mattiego i jego koleżanki Alice, anorektyczki, która „stoczyła się” (studiowała prawo na uniwersytecie) do pozycji pomocnicy w zakładzie fotograficznym. Zarówno bohaterka, jak i bohater, są prześladowani – i zdeterminowani – przez wspomnienia wypadków z dzieciństwa. W przypadku Alice był to bardzo niebezpieczny upadek podczas przymusowej nauki jazdy na nartach, w przypadku Mattiego – zaniedbanie opieki nad niepełnosprawną umysłowo siostrą i spowodowanie jej zaginięcia. Zranione nastolatki spotykają się w szkole. Mimo swoistej przyjaźni tej dwójki, w istocie jedynie niedopasowanie stanowi ich wspólny mianownik. Spędzają razem dużo czasu, rozmawiają, Alice dąży do wejścia w związek miłosny, jednak wszystko to na darmo. Nie potrafią się wspierać, nie potrafią się nawzajem zmieniać. Powiększa się między nimi dystans przestrzenny, społeczny, emocjonalny i – co chyba najbardziej denerwujące – intelektualny. Autor zapragnął ukazać proces rozchodzenia się tej pary oryginałów analogicznie do tego, jak kolejne liczby pierwsze oddalają się od siebie wzajemnie w ciągu matematycznym. Odmalował kilka scenek z życia naukowców, wykładowców–stypendystów, słabo odbijających konwencje campus novel, domowe perypetie kobiety konsekwentnie odmawiającej jedzenia opisał jak z internetowego kącika porad dla początkującej entuzjastki pro-ana. Rażące zdaje się stereotypowe upozycjonowanie genderowe: oto bohater u szczytów abstrakcji i teorii, oraz bohaterka wycofana w kompulsywną autoanalizę i zaangażowana w niemogące być satysfakcjonującymi związki (z małżeństwem na czele). Inny uruchomiony stereotyp: geniusz naukowy jest niemożliwy bez zaburzeń psychicznych. Powieściowa geneza wybitnego intelektu ma źródło w fakcie, iż tragicznie zaginiona siostra–bliźniaczka Mattiego była upośledzona umysłowo a on zaś – o czym jest przekonany – otrzymał to, czego dla dziewczynki zabrakło.

„Samotność liczb pierwszych” drażni również faktem, iż spora część pochwał na nią spływających ma za grunt zaskoczenie osobą autora: opisywany jest jako uroczo nieśmiały młody człowiek, nadzieja włoskiej fizyki. Budzi to skojarzenie z obcowaniem z herosem, który zszedł z parnasu, by opowiadać zwykłym ludziom o zwykłych emocjach. Niewątpliwie znakomicie rozumie źródło użytej w tytule metafory, jednak matematyczna skrupulatność obraca się przeciw powieści, symetryczność okazuje się nie do utrzymania.

Na początku narracji w powieści Juli Zeh, „Ciemna materia”, mamy sytuację w pewien sposób zbliżoną. Poznajemy szanowanego profesora fizyki, Sebastiana, który w pewnym momencie dokonał wyboru życia rodzinnego kosztem dążeń do naukowej doskonałości. Wykłada na pewnym niemieckim uniwersytecie, ale ma świadomość, że nie gra już w pierwszej lidze, w której utrzymuje się jego przyjaciel ze studiów, Oskar. Spotykamy ich obu podczas przygotowań do comiesięcznej wspólnej kolacji, wyprawianej przez żonę Sebastiana, Maike. Panowie są, by tak rzec, po dżentelmeńsku skonfliktowani, „pięknie się różnią”. Sebastian niewiele wcześniej zyskał prasową sławę, publikując artykuł popularyzujący koncepcje światów równoległych, jako odpowiedź na wątpliwości w sprawie głośnej zbrodni (wielokrotny zabójca deklarował, że przybył w wehikule czasu, by eksperymentalnie zabić osoby, które w świecie przyszłości wyraziły na to zgodę, i żyją nadal). Oskar uważał takie wystąpienie kolegi za niegodne, a jego tezy za niepoważne. Dowiadujemy się ponadto, że Oskar ma ambiwalentny stosunek do założenia przez Sebastiana rodziny. Zazdrość o piękną żonę, która podzieliła nierozłącznych przyjaciół? Tak, ale… Dawniej Oskar i Sebastian byli nie tylko partnerami w nauce, ale też kochankami, i „ten odrzucony” przez lata nie może się uporać z decyzją „odrzucającego”.

Historia tej relacji jest najbardziej interesującym (choć pobocznym) wątkiem w książce Zeh. Dość powiedzieć, że wątek główny, opowieść quasi-kryminalna o zdesperowanym ojcu, zarazem ofierze i winnym, nie dość, że nie angażuje, to jeszcze rozczarowuje banalnością zaproponowanego rozwiązania.

Tytuł „Ciemna materia” pochodzi od polskiego wydawcy. W oryginale brzmiał on „Schilf”, od nazwiska wybitnego inspektora śledczego, we współpracy z pewną młodą komisarz o imieniu Rita zajmującego się złożonym dochodzeniem. Poza łzawym finałem, para ta niejednokrotnie dostarcza comic relief, co kazało mi nieco zrewidować moje co najmniej wysoce sceptyczne nastawienie do pojęcia „niemieckiego humoru”.

Inspektor przegania jakąś uczennicę z ufarbowanymi na zielono włosami, która prosi go o jedno euro, chociaż nosi firmowe dżinsy, a na smyczy prowadzi dalmatyńczyka. Kiedy Schilf zamierza jej wyjaśnić, że nie można równocześnie czerpać radości z praktycznych zalet dobrobytu i moralnych zalet biedy… [s. 188].

- To dworzec dla niepalących! – woła sprzedawca zza lady baru.
- A to jest palący wariat, który ma dobrych przyjaciół w urzędzie kontroli małych firm – krzyczy Rita w jego stronę [s. 182].

Rita przypominała mi Marge z Fargo braci Coenów (1996), jednak w odróżnieniu od postaci filmowej, pełniła rolę niezbyt ważnego pionka na planszy, nie tylko w porównaniu ze swoim policyjnym mistrzem, ale też wobec właściwego starcia gigantów, inteligentnych, błyskotliwych i w dodatku przystojnych. Szczególnie Oskar jawi się jako bóg swojego świata, zraniony odtrąceniem i mściwy. Nie jest sługą nauki, jej wyrobnikiem. Jest jej panem, manipulatorem o tyle osobliwym, że bynajmniej nie fałszującym wyników ani nic w tym rodzaju: praktycznie wykorzystującym, niemal aplikującym „ryzykowne teorie naukowe” [3] do gry z uczuciami.

Podobnie jak u Giordano, u Zeh wygrywa sfera emocjonalna. Dominuje, definiuje bohaterów znacznie lepiej, aniżeli ich naukowe zatrudnienia. Charakterystyczne wykorzystanie słownictwa i koncepcji, jako elementu życiorysów postaci, i jako ogólniejszych metafor, nie imponuje nośnością. Tam, gdzie „liczby” przeważają nad człowieczeństwem, postaci stają się jednowymiarowe i plastikowe, co dla beletrystyki może być zabójcze, niezależnie od tego, ile informacji o hipotezie światów równoległych da się wynieść z lektury.

Paulina Szkudlarek

Juli Zeh, Ciemna materia, przeł. Sława Lisiecka, W.A.B., Warszawa 2009. Paolo Giordano, Samotność liczb pierwszych, przeł. Alina Pawłowska-Zampino, W.A.B., Warszawa 2010.

Przypisy:

[1] Didier Eribon, Claude Lévi-Strauss, Z bliska i z oddali, przeł. Krzysztof Kocjan, Opus, Łódź 1994, s. 124.
[2] Majgull Axelsson, Lód i woda, woda i lód, przeł. Katarzyna Tubylewicz, W.A.B., Warszawa 2010.
[3] Z umieszczonego z przodu okładki, reklamującego powieść zdania: „Kryminał, romans i ryzykowne teorie naukowe w jednym”.

Data wpisu: 24 marca, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

W karczmie Pod Złamaną Maczugą. Iwona Chmura-Rutkowska, Joanna Ostrouch, "Mężczyźni na przełęczy życia"

Od lat wskazuje się, że podstawowym przedmiotem dociekań w obrębie studiów nad płcią kulturową i społeczną jest problematyka kobieca, na dodatek zwykle – szczególnie w polskich realiach – podejmowana przez kobiety. Bodaj żaden z uznanych autorów prac z zakresu men’s studies nie jest tłumaczony na język polski, i zdaje się, że do dziś głównym tematycznym przedsięwzięciem w obrębie polskiej akademii pozostają konferencje Męskość jako kategoria kulturowa (Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin, 20–21 kwietnia 2006 r. oraz 15-16 października 2008 r.). Uczestniczkami pierwszej były Iwona Chmura-Rutkowska i Joanna Ostrouch [1], a ich wystąpienie dotyczące męskiej przyjaźni, opublikowane później w tomie Męskość w kulturze współczesnej [2], było również moim pierwszym kontaktem z badaniami autorek.

Studium Mężczyźni na przełęczy życia to pełna prezentacja imponujących efektów ich pracy. Punktem wyjścia refleksji, a niewykluczone, że wręcz katalizatorem zainteresowania tematyką, jest deklaratywna ważność rodziny w Polsce [s. 9]. Temu wartościowaniu towarzyszy jednak kryzys demograficzny, z innej zaś strony: brak naukowego zainteresowania postawami ojcowskimi. Prezentowana pozycja zapełnia istniejącą lukę. To socjopedagogiczne opracowanie wykonane na podstawie badań metodami jakościowymi (wywiady pogłębione oraz grupy fokusowe), analizujące postawy mężczyzn w wieku 35–40 lat, zamieszkujących Poznań (lub okolice tego miasta). Respondentami są przedstawiciele różnych profesji, legitymujący się średnim bądź wyższym wykształceniem. Ich wiek określany jest mianem „średniej dorosłości”, przekroczeniem połowy oczekiwanego trwania życia, stąd istotnym punktem odniesienia dla autorek jest zjawisko kryzysu połowy życia [s. 11]. Same oczywiście używają ładniejszej metafory, mówiąc o przełęczy: momencie przełomowym, czasie trudnej przeprawy egzystencjalnej.

Obszar zainteresowań jest bardzo szeroki, niemal trudno pomyśleć o nieobjętej badaniami dziedzinie życia. Dzieciństwo, praca, związek, rodzicielstwo (bycie ojcem oraz bycie synem), hobby, przyjaźnie, sukcesy oraz porażki – to zarazem tematy zachęcające do prób dokonywania bilansu dotychczasowego życia. Rzadką gratką jest okazja do wglądu w narracje prezentujące mężczyzn jako autorefleksyjnych. Tu rzecz jasna męski „zwrot ku sobie” został niejako wymuszony charakterem projektu: nie miałby on racji bytu (a w każdym razie nie mógłby prowadzić do interesujących wyników) bez zadawania określonych pytań i drążenia kwestii osobistych, zazwyczaj przemilczanych.

Poszczególne rozdziały mają tytuły sentencjonalne, pochodzące od konkretnych udzielonych autorkom odpowiedzi. „Ten czas ucieka wręcz. Dzień nie jest z gumy, niestety”, „Człowiek jakoś skapcaniał”, „To nie jest takie proste w jeden dzień wszystko rzucić” – oto przykładowe nagłówki, reprezentatywne dla treści przedstawianych w konkretnych partiach. Takimi słowami respondenci Iwony Chmury-Rutkowskiej i Joanny Ostrouch odnosili się do upływu czasu, utraty młodości i świadomości, że są w wieku stanowiącym ostatni moment, by rozpocząć nowe, inne (lepsze?) życie. Wypowiedzi te mogą wręcz razić banalnością, prostym przekazem potocznych „prawd”, jednak pamiętajmy o ważnej okoliczności. Badani panowie wchodzili w dorosłość w czasie przełomu roku 1989, co znaczy, iż byli zsocjalizowani do tworzenia rodzin wg innych, PRL-owskich modeli, które nagle się zdezaktualizowały. Nieprzygotowanie do funkcjonowania w zmienionych realiach mogło skutkować akomodacją do konserwatyzmu, jednym z przejawów czego są stwierdzenia znajdujące zakorzenienie w komunałach. Przychodzi tu na myśl Barthesowska filozofia zdrowego rozsądku prostych ludzi: odwołanie do zbioru mądrości zdających się na arbitralny porządek tego, kto je głosi [3].

Bulwersująca obserwacja: panowie okazują się idealnie przewidywalni, odpowiadający wyobrażeniom i oczekiwaniom (by nie powiedzieć – stereotypom) także w tym, co złe. Czy uderzająca w ich słowach machoidalność, bufonada i pyszałkowatość to efekt wypowiadania się w grupach fokusowych, w konfrontacji z innymi, w chęci zaimponowania grupie? Niekoniecznie, albowiem z wywiadów też te postawy wyzierają; słowa, które padają w rozmowach indywidualnych, mają takie samo zabarwienie. Odniosłam wrażenie bezwstydności, jak gdyby respondenci nie krępowali się tym, że prezentują się jako osobnicy nieprzyjemni… chamscy wręcz.

W podsumowaniu autorki wskazują, że mężczyźni trzymają się nieelastycznie – by nie powiedzieć: uparcie – starych (staroświeckich, przestarzałych) trybów myślenia, stąd generalna stagnacja, szczególnie w sferach intelektualnej i emocjonalnej, i wielki potencjał frustracji. Zmianom społecznym odważniej i skuteczniej stawiają czoła kobiety – szybciej (re)konstruują swe role adaptując na swoje potrzeby męskość, czy też pożądane jej aspekty. Mowa w tym momencie o kobietach w sensie ogólnym, ponieważ partnerki inkryminowanych mężczyzn jawią się jako tradycjonalistki. Takoż opisywani mężczyźni mogą nie czuć potrzeby przedefiniowania elementów swej męskiej tożsamości. Hołdują konserwatywnemu paradygmatowi sprzed stulecia, postulującemu agresywność, dominację i asymetrię sztywno przypisanych ról genderowych [s. 17-18]. Tymczasem – zacytujmy fragment rozważań – „[z]daniem K. Arcimowicza, tradycyjne wzory męskości lansowane w Polsce, tj. żywiciela rodziny, jej głowy, srogiego wychowawcy, reprezentanta władzy publicznej, utrudniają mężczyznom dostęp do pełni doświadczeń ludzkich, blokują proces egalitaryzacji i ograniczają możliwość realizowania wzorca zaangażowanego i wrażliwego ojcostwa. Ci zaś, którzy starają się poza nie wykraczać, są narażeni na presję społeczną i stygmatyzację” [s. 21]. Nowym, postulowanym podejściem ma być męskie współdziałanie, a nie dążenie do dominacji. Widać jednak, że jak dotąd nie jest to wcielane w życie. Praca Iwony Chmury-Rutkowskiej i Joanny Ostrouch ujmuje problemy w kontekście rozwojowym, którego istotność zasadza się na tym, że stanowi on „źródło nacisków (…) i powody porażek życiowych” [s. 19]. Nadzieja na zmiany w przyszłości upatrywana jest więc w kluczowej roli edukacji.

Styl publikacji nie pretenduje do „obiektywności” (w cudzysłowie, albowiem wiadomo, że to byłoby i tak niemożliwym postulatem). Autorki ubolewają nad kształtem rozmaitych zjawisk, ale portret jest zbiorowy, nigdzie żaden respondent nie jest pokazany jako przypadek skrajny, najgorszy. Smutny jest obraz całościowy – np. pokoleniowym doświadczeniem wydaje się bycie w dzieciństwie ofiara przemocy ze strony ojców. Nie ma natomiast mowy o jakimkolwiek wykorzystywaniu seksualnym – przez ojców, innych członków rodziny, innych osób znajomych czy też obcych. Oczywiście ujawnienie czegoś takiego musiałoby być nieprawdopodobnie trudne.

Nieczęsto trafiam na tak znakomity poziom metodologiczny, warsztatowy i retoryczny publikacji naukowych z dziedzin mnie interesujących, dlatego lektura Mężczyzn na przełęczy życia budzi we mnie pragnienie poszerzenia perspektywy, jak też poznania kulisów pracy. Rodzą się pytania: co mogło ewentualnie do książki nie wejść? Czy były obiekcje wobec jakichś niewygodnych pytań? Idąc dalej: czy dla najlepszego oddania kondycji społeczności polskich mężczyzn lepsze jest naświetlenie czystej mainstreamowości, czy może dowodzenie, że „nie wszystko jest oczywiste” [4] przy pomocy życiorysów i życionarracji mężczyzn nieodpowiadających ideałom patriarchalnej wszechprzewagi? To zresztą mój jedyny zarzut wobec książki: brak uwzględnienia przypadków mniejszościowych, wyjątkowych. W gronie respondentów nie trafia się gej, osoba molestowana, nikt niepełnosprawny czy będący impotentem (to okoliczność niezwykle – jak się zdaje – ważna dla męskości).

Recenzent, prof. Zbigniew Kwieciński zauważył, że książkę wyjątkowo dobrze się czyta. Nie sposób zaprzeczyć tej opinii, pozostaje jednak uzupełnić: przystępna forma niesie przykrą treść. Ponadto nie pamiętam świadectw szerokiej recepcji Mężczyzn na przełęczy życia, mogącej wszak dowodzić jakże zasłużonej popularności tej pracy; nie kojarzę jej z innych opracowań ani z cytowań – i to chyba najbardziej pesymistyczny epilog.

Paulina Szkudlarek

Iwona Chmura-Rutkowska, Joanna Ostrouch, Mężczyźni na przełęczy życia. Studium socjopedagogiczne, Oficyna Wydawnicza Impuls, Kraków 2007. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Przypisy:
[1] Więcej informacji tu.
[2] Męskość w kulturze współczesnej, (red.) A. Radomski, B. Truchlińska, Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2008.
[3] Por. Roland Barthes, Mitologie, przeł. Adam Dziadek, Wydawnictwo KR, Warszawa 2000, s. 119 i 136.
[4] Aluzja do tytułu pracy antropologa Czesława Robotyckiego, Nie wszystko jest oczywiste (WUJ, Kraków 1999), gdzie tytułowa kategoria oczywistości rozumiana jest jako jedna z cech potocznego odbioru rzeczywistości.

Data wpisu: 6 marca, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

W karczmie Pod Złamaną Maczugą. Iwona Chmura-Rutkowska, Joanna Ostrouch, "Mężczyźni na przełęczy życia"

Od lat wskazuje się, że podstawowym przedmiotem dociekań w obrębie studiów nad płcią kulturową i społeczną jest problematyka kobieca, na dodatek zwykle – szczególnie w polskich realiach – podejmowana przez kobiety. Bodaj żaden z uznanych autorów prac z zakresu men’s studies nie jest tłumaczony na język polski, i zdaje się, że do dziś głównym tematycznym przedsięwzięciem w obrębie polskiej akademii pozostają konferencje Męskość jako kategoria kulturowa (Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin, 20–21 kwietnia 2006 r. oraz 15-16 października 2008 r.). Uczestniczkami pierwszej były Iwona Chmura-Rutkowska i Joanna Ostrouch [1], a ich wystąpienie dotyczące męskiej przyjaźni, opublikowane później w tomie Męskość w kulturze współczesnej [2], było również moim pierwszym kontaktem z badaniami autorek.

Studium Mężczyźni na przełęczy życia to pełna prezentacja imponujących efektów ich pracy. Punktem wyjścia refleksji, a niewykluczone, że wręcz katalizatorem zainteresowania tematyką, jest deklaratywna ważność rodziny w Polsce [s. 9]. Temu wartościowaniu towarzyszy jednak kryzys demograficzny, z innej zaś strony: brak naukowego zainteresowania postawami ojcowskimi. Prezentowana pozycja zapełnia istniejącą lukę. To socjopedagogiczne opracowanie wykonane na podstawie badań metodami jakościowymi (wywiady pogłębione oraz grupy fokusowe), analizujące postawy mężczyzn w wieku 35–40 lat, zamieszkujących Poznań (lub okolice tego miasta). Respondentami są przedstawiciele różnych profesji, legitymujący się średnim bądź wyższym wykształceniem. Ich wiek określany jest mianem „średniej dorosłości”, przekroczeniem połowy oczekiwanego trwania życia, stąd istotnym punktem odniesienia dla autorek jest zjawisko kryzysu połowy życia [s. 11]. Same oczywiście używają ładniejszej metafory, mówiąc o przełęczy: momencie przełomowym, czasie trudnej przeprawy egzystencjalnej.

Obszar zainteresowań jest bardzo szeroki, niemal trudno pomyśleć o nieobjętej badaniami dziedzinie życia. Dzieciństwo, praca, związek, rodzicielstwo (bycie ojcem oraz bycie synem), hobby, przyjaźnie, sukcesy oraz porażki – to zarazem tematy zachęcające do prób dokonywania bilansu dotychczasowego życia. Rzadką gratką jest okazja do wglądu w narracje prezentujące mężczyzn jako autorefleksyjnych. Tu rzecz jasna męski „zwrot ku sobie” został niejako wymuszony charakterem projektu: nie miałby on racji bytu (a w każdym razie nie mógłby prowadzić do interesujących wyników) bez zadawania określonych pytań i drążenia kwestii osobistych, zazwyczaj przemilczanych.

Poszczególne rozdziały mają tytuły sentencjonalne, pochodzące od konkretnych udzielonych autorkom odpowiedzi. „Ten czas ucieka wręcz. Dzień nie jest z gumy, niestety”, „Człowiek jakoś skapcaniał”, „To nie jest takie proste w jeden dzień wszystko rzucić” – oto przykładowe nagłówki, reprezentatywne dla treści przedstawianych w konkretnych partiach. Takimi słowami respondenci Iwony Chmury-Rutkowskiej i Joanny Ostrouch odnosili się do upływu czasu, utraty młodości i świadomości, że są w wieku stanowiącym ostatni moment, by rozpocząć nowe, inne (lepsze?) życie. Wypowiedzi te mogą wręcz razić banalnością, prostym przekazem potocznych „prawd”, jednak pamiętajmy o ważnej okoliczności. Badani panowie wchodzili w dorosłość w czasie przełomu roku 1989, co znaczy, iż byli zsocjalizowani do tworzenia rodzin wg innych, PRL-owskich modeli, które nagle się zdezaktualizowały. Nieprzygotowanie do funkcjonowania w zmienionych realiach mogło skutkować akomodacją do konserwatyzmu, jednym z przejawów czego są stwierdzenia znajdujące zakorzenienie w komunałach. Przychodzi tu na myśl Barthesowska filozofia zdrowego rozsądku prostych ludzi: odwołanie do zbioru mądrości zdających się na arbitralny porządek tego, kto je głosi [3].

Bulwersująca obserwacja: panowie okazują się idealnie przewidywalni, odpowiadający wyobrażeniom i oczekiwaniom (by nie powiedzieć – stereotypom) także w tym, co złe. Czy uderzająca w ich słowach machoidalność, bufonada i pyszałkowatość to efekt wypowiadania się w grupach fokusowych, w konfrontacji z innymi, w chęci zaimponowania grupie? Niekoniecznie, albowiem z wywiadów też te postawy wyzierają; słowa, które padają w rozmowach indywidualnych, mają takie samo zabarwienie. Odniosłam wrażenie bezwstydności, jak gdyby respondenci nie krępowali się tym, że prezentują się jako osobnicy nieprzyjemni… chamscy wręcz.

W podsumowaniu autorki wskazują, że mężczyźni trzymają się nieelastycznie – by nie powiedzieć: uparcie – starych (staroświeckich, przestarzałych) trybów myślenia, stąd generalna stagnacja, szczególnie w sferach intelektualnej i emocjonalnej, i wielki potencjał frustracji. Zmianom społecznym odważniej i skuteczniej stawiają czoła kobiety – szybciej (re)konstruują swe role adaptując na swoje potrzeby męskość, czy też pożądane jej aspekty. Mowa w tym momencie o kobietach w sensie ogólnym, ponieważ partnerki inkryminowanych mężczyzn jawią się jako tradycjonalistki. Takoż opisywani mężczyźni mogą nie czuć potrzeby przedefiniowania elementów swej męskiej tożsamości. Hołdują konserwatywnemu paradygmatowi sprzed stulecia, postulującemu agresywność, dominację i asymetrię sztywno przypisanych ról genderowych [s. 17-18]. Tymczasem – zacytujmy fragment rozważań – „[z]daniem K. Arcimowicza, tradycyjne wzory męskości lansowane w Polsce, tj. żywiciela rodziny, jej głowy, srogiego wychowawcy, reprezentanta władzy publicznej, utrudniają mężczyznom dostęp do pełni doświadczeń ludzkich, blokują proces egalitaryzacji i ograniczają możliwość realizowania wzorca zaangażowanego i wrażliwego ojcostwa. Ci zaś, którzy starają się poza nie wykraczać, są narażeni na presję społeczną i stygmatyzację” [s. 21]. Nowym, postulowanym podejściem ma być męskie współdziałanie, a nie dążenie do dominacji. Widać jednak, że jak dotąd nie jest to wcielane w życie. Praca Iwony Chmury-Rutkowskiej i Joanny Ostrouch ujmuje problemy w kontekście rozwojowym, którego istotność zasadza się na tym, że stanowi on „źródło nacisków (…) i powody porażek życiowych” [s. 19]. Nadzieja na zmiany w przyszłości upatrywana jest więc w kluczowej roli edukacji.

Styl publikacji nie pretenduje do „obiektywności” (w cudzysłowie, albowiem wiadomo, że to byłoby i tak niemożliwym postulatem). Autorki ubolewają nad kształtem rozmaitych zjawisk, ale portret jest zbiorowy, nigdzie żaden respondent nie jest pokazany jako przypadek skrajny, najgorszy. Smutny jest obraz całościowy – np. pokoleniowym doświadczeniem wydaje się bycie w dzieciństwie ofiara przemocy ze strony ojców. Nie ma natomiast mowy o jakimkolwiek wykorzystywaniu seksualnym – przez ojców, innych członków rodziny, innych osób znajomych czy też obcych. Oczywiście ujawnienie czegoś takiego musiałoby być nieprawdopodobnie trudne.

Nieczęsto trafiam na tak znakomity poziom metodologiczny, warsztatowy i retoryczny publikacji naukowych z dziedzin mnie interesujących, dlatego lektura Mężczyzn na przełęczy życia budzi we mnie pragnienie poszerzenia perspektywy, jak też poznania kulisów pracy. Rodzą się pytania: co mogło ewentualnie do książki nie wejść? Czy były obiekcje wobec jakichś niewygodnych pytań? Idąc dalej: czy dla najlepszego oddania kondycji społeczności polskich mężczyzn lepsze jest naświetlenie czystej mainstreamowości, czy może dowodzenie, że „nie wszystko jest oczywiste” [4] przy pomocy życiorysów i życionarracji mężczyzn nieodpowiadających ideałom patriarchalnej wszechprzewagi? To zresztą mój jedyny zarzut wobec książki: brak uwzględnienia przypadków mniejszościowych, wyjątkowych. W gronie respondentów nie trafia się gej, osoba molestowana, nikt niepełnosprawny czy będący impotentem (to okoliczność niezwykle – jak się zdaje – ważna dla męskości).

Recenzent, prof. Zbigniew Kwieciński zauważył, że książkę wyjątkowo dobrze się czyta. Nie sposób zaprzeczyć tej opinii, pozostaje jednak uzupełnić: przystępna forma niesie przykrą treść. Ponadto nie pamiętam świadectw szerokiej recepcji Mężczyzn na przełęczy życia, mogącej wszak dowodzić jakże zasłużonej popularności tej pracy; nie kojarzę jej z innych opracowań ani z cytowań – i to chyba najbardziej pesymistyczny epilog.

Paulina Szkudlarek

Iwona Chmura-Rutkowska, Joanna Ostrouch, Mężczyźni na przełęczy życia. Studium socjopedagogiczne, Oficyna Wydawnicza Impuls, Kraków 2007. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Przypisy:
[1] Więcej informacji tu.
[2] Męskość w kulturze współczesnej, (red.) A. Radomski, B. Truchlińska, Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2008.
[3] Por. Roland Barthes, Mitologie, przeł. Adam Dziadek, Wydawnictwo KR, Warszawa 2000, s. 119 i 136.
[4] Aluzja do tytułu pracy antropologa Czesława Robotyckiego, Nie wszystko jest oczywiste (WUJ, Kraków 1999), gdzie tytułowa kategoria oczywistości rozumiana jest jako jedna z cech potocznego odbioru rzeczywistości.

Data wpisu: 6 marca, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe