Archiwum dla kategorii: ‘polityka’

Projekt ustawy o uzgodnieniu płci.

9 maja 2012 r. do laski marszałkowskiej wpłynął projekt ustawy o uzgodnieniu płci. Projekt dotyczy określenia procedury sądowej (i jej skutków) umożliwiającej uzgodnienie płci osób, których tożsamość płciowa różni się od ich płci metrykalnej.

1163569 87374871 300x203 Projekt ustawy o uzgodnieniu płci.
gender płeć trans

Projekt złożony przez partię Ruch Palikota jest wynikiem niemal rocznej pracy Fundacji Trans-Fuzja przy wsparciu Anny Grodzkiej oraz prawnoczłowieczych organizacji, których pomoc okazała się nieodzowna, szczególnie w skomplikowanych kwestiach prawnych.

 

Dziękujemy wszystkim, które i którzy zechcieli przyłączyć się do konsultacji i wspierali projekt podczas jego powstawania. Mamy nadzieję, że ustawę czeka krótki proces legislacyjny i że już niedługo Polska znajdzie się wśród państw posiadających nowoczesne rozwiązania dot. procesu korekty płci prawnej.

 

Z tekstem projektu zapoznać można się na stronie:

http://orka.sejm.gov.pl/Druki7ka.nsf/Projekty/7–020-221‑2012/$file/7–020-221‑2012.pdf


Data wpisu: 16 maja, 2012 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Małżeństwa – nie, związki partnerskie – tak

Artykuł 18. Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej wyraźne definiuje małżeństwo, jako związek kobiety i mężczyzny. Państwo powinno działać na rzecz tego, aby ta definicja nigdy nie została zmieniona. Jestem jednak za tym, aby nadać związkom osób homoseksualnych status prawny. Najrozsądniejszy byłby status związków partnerskich.

1086444 44405007 300x199 Małżeństwa – nie, związki partnerskie – tak

kredki

Nie jestem osobą homoseksualną, od ponad pięciu lat jestem w związku z jedną kobietą. Jestem stały w uczuciach, jak na swój wiek. Nie można tego powiedzieć o osobach homoseksualnych. Michał Witkowski, autor książki „Lubiewo”, która opowiada o gejach z Wrocławia, twierdzi, że nie są to osoby o stałych uczuciach, często zmieniają partnerów. Poza tym publicznie zachowują się inaczej, a w swoim środowisku inaczej – często mówią o sobie w żeńskim rodzaju, są bardziej wulgarni i używają slangu.

Nie znam osób homoseksualnych. Oczywiście, słyszałem, że ktoś, gdzieś jest gejem, ale raczej nie są to moi bliscy znajomi. Nie dlatego, że unikam takich kontaktów. Nie jestem w stanie określić czy homoseksualistą człowiek się staje, czy od zawsze nim jest. Pewnie obie wersje są prawdziwe. Jednak pytanie, jakie sobie postawiliśmy, brzmi: „Czy powinniśmy zalegalizować małżeństwa homoseksualistów”. Moja odpowiedź: oczywiście, że nie!

Termin „małżeństwo” powinien być zarezerwowany tylko i wyłącznie dla osób różnych płci. Osoby tej samej płci nie powinny adoptować dzieci, gdyż wychowują je w nienormalnej rodzinie. Nie ma znaczenia czy nazwiemy tę orientację dewiacją, wynaturzeniem czy chorobą. Polacy nie akceptują i mam nadzieję – nigdy nie zaakceptują – wychowywania dzieci przez dwie kobiety czy, tym bardziej, dwóch mężczyzn.

Jak tolerować nietolerancyjnych?

Nie chciałbym poświęcać Robertowi Biedroniowi zbyt wiele miejsca, bo jak słusznie określił go Krzysztof Bosak w rozmowie tuż po wydarzeniach z 11 listopada 2010 roku, Biedroń jest „zawodową ofiarą”. Wszyscy go dyskryminują, wszyscy są nietolerancyjni, a on jeden jest ostoją kultury, tolerancji i dobrego wychowania. Żeby się przekonać, że to wszystko bujda wystarczy posłuchać pana posła w akcji.

Gdy pisaliśmy o Marszu Niepodległości stanąłem po stronie ochrony prawa do organizowania zgromadzenia i nieskrępowanego przemarszu ulicami stolicy. Każdy bowiem ma swój marsz i nikt nie może go blokować. Mój wewnętrzny sprzeciw budzi sytuacja, w której Kolorowa Niepodległa blokuje Marsz Niepodległości. Niesmak czuję także wtedy, kiedy organizuje się w dniu Parady Równości kontrmanifestację pod nazwą Marsz Tradycji i Kultury. Skutki konfrontacji tych grup społecznych widzieliśmy 11 listopada 2010 roku, a także rok później.

Przenoszenie takich sporów na ulicę może być niebezpieczne

Niech jednego dnia przejdzie sobie jeden marsz, drugiego następny, a kolejnego jeszcze inny. A wtedy postronny obserwator oceni z kim się zgadza i utożsamia. Najczęściej nie utożsami się z nikim, bo jak słusznie zauważył Robert Winnicki, przewodniczący Młodzieży Wszechpolskiej, Polacy mają tylko jedno święto – „święty spokój”. I podobnie jest w tej sytuacji. Polacy akceptują fakt, że takie osoby w Polsce są, że nawet ich reprezentant utrzymuje się z podatków płaconych przez cały naród, ale już nie zaakceptują obnoszenia się z seksualnością. Parada Równości nie wygląda jak normalna manifestacja. Członkowie parady celowo szokują i robią to publicznie. Mężczyźni się całują i chodzą pół nadzy, po ulicach chodzą ludzie nie podobni ani do kobiet, ani do mężczyzn. Nikt nie chce na to patrzeć – ani na ulicy, ani w telewizji, ani w gazetach. Niech seksualność tych osób pozostanie ich prywatną sprawą.


Data wpisu: 16 maja, 2012 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

"Jestem szczęśliwa! Dzięki, panie prezydencie!"

REAKCJA GWIAZD NA „TAK” OBAMY DLA MAŁŻEŃSTW GEJÓW

1 portia ellen 199x300 Jestem szczęśliwa!  Dzięki, panie prezydencie!

Portia i Ellen DeGeneres

Gwiazdy od razu zareagowały na wypowiedź Baracka Obamy, który jako pierwszy w historii urzędujący prezydent USA poparł małżeństwa osób tej samej płci. Radości nie kryły zwłaszcza gwiazdy o homoseksualnej orientacji. „Dziękuję Obamie za wspieranie równości małżeństw. Nie jestem w stanie wytłumaczyć, jak wiele to znaczy dla mnie, mojej żony i naszych dzieci” – napisała aktorka Wanda Sykes. „Gratuluję prezydentowi odwagi. To historyczny moment” – dorzucił muzyk Ricky Martin, który wraz ze swoim partnerem wychowuje dwóch synów.Jeszcze niedawno Barack Obama unikał wyraźnej deklaracji, mówiąc, że jego poglądy w sprawie małżeństw homoseksualnych „ewoluują”. W środę w wywiadzie dla ABC News poszedł jednak krok dalej: – Właśnie doszedłem do wniosku, że ważne jest bym potwierdził, iż uważam, że pary tej samej płci powinny móc zawrzeć związek małżeński.

d238328d96d6bb6afb769d079dfa8a3a,27,1 Jestem szczęśliwa!  Dzięki, panie prezydencie!

 
Neil Patrick Harris ze swoim ukochanym, Davidem Burtką, na okładce magazynu dla gejów „Out”

„Brawo, panie prezydencie!”

Jego wypowiedź wywołała lawinową reakcję gwiazd, głównie o homoseksualnej orientacji seksualnej. Sławy nie kryły swojego poparcia dla głowy państwa.

„Dziękuję prezydentowi za słowa piękne i odważne. Jestem wniebowzięta” – napisała gwiazda telewizyjna Ellen DeGeneres, która w 2008 roku wzięła ślub ze swoją partnerką, aktorką znaną z serialu „Ally McBeal”, Portią de Rossi. „Wow! Wow! To niesamowity dzień dla naszego kraju. Były momenty w jego historii, kiedy ktoś miał odwagę stanąć w obronie tego, w co wierzy i jedna akcja zmieniała wszystko. Mam nadzieję, że jest to jeden z tych momentów. Trzeba odważnego człowieka, aby zająć stanowisko w tak ważnej sprawie w roku wyborczym. Panie prezydencie, do ciebie mówię, bardzo, bardzo dziękuję” – dodała.

„Brawo, panie prezydencie! Dziękujemy” – napisał Neil Patrick Harris, aktor znany z serialu „Jak poznałem waszą matkę”, który w 2006 roku publicznie oświadczył, że jest homoseksualistą i żyje w związku z aktorem, Davidem Burtką. Panowie wspólnie wychowują bliźnięta, które urodziła im matka zastępcza.

8d6ff9be06bb10aaf5c244374e36793b,27,1 Jestem szczęśliwa!  Dzięki, panie prezydencie!

Ricky Martin wraz ze swoim partnerem, Carlosem Gonzalesem, wychowuje bliźniaki: Matteo i Valentino. Tu muzyk z dziećmi na okładce hiszpańskiej edycji „Vanity Fair”

Aktorka Jane Lynch, znana z serialu „Glee”, oznajmiła: „Jestem dzisiaj cholernie szczęśliwa. Dzięki panie prezydencie, za wspieranie godności mojej rodziny i wielu innych!”.

Piosenkarz Ricky Martin, który dwa lata temu ujawnił, że jest gejem, i wraz ze swoim partnerem wychowuje dwóch synów, które urodziła surogatka, napisał: „Gratuluję prezydentowi odwagi. Potwierdzając, że WSZYSCY Amerykanie mogą się cieszyć z równych praw, dokonał historycznego przełomu!”.

Radości nie kryła też aktorka komediowa Wanda Sykes, która ujawniła swoje preferencje seksualne w 2008 roku i w mediach pokazała swoją ukochaną Alex, z którą wychowuje dwójkę dzieci: „Dziękuję prezydentowi Obamie za wspieranie równości małżeństw. O mój Boże!!! Nie jestem w stanie wytłumaczyć, jak wiele to znaczy dla mnie, mojej żony i naszych bliźniąt”.

„Miło to usłyszeć od Big B”

0d3d923b3e7e6b570ad2e2f44b6d275e,27,1 Jestem szczęśliwa!  Dzięki, panie prezydencie!

 
Wanda Sykes dumna ze swojego „coming outu” (fot. Facebook)

Głos zabrały też heteroseksualne gwiazdy. „Wiedziałam, że głosowałam na tego faceta nie bez powodu” – taki post na swoim koncie na Twitterze opublikowała Diablo Cody, scenarzystka, która dostała Oscara za „Juno”.

„Równość! Miło to usłyszeć od Big B” – wypowiedź aktora i piosenkarza Jareda Leto była krótka.

Kim Kardashian, celebrytka znana z reality-show „Kardashianowie”, też zabrała głos: „Wow! Właśnie słyszałam, że Obama oficjalnie ogłosił, że popiera małżeństwa homoseksualne! Mam nadzieję, że dzisiaj dał nadzieję wielu młodym ludziom. Nigdy nie mieliśmy prezydenta, który popiera lesbijki, społeczności gejów, biseksualistów i transseksualistów, a dziś jestem dumna z bycia Amerykanką! Jestem taka szczęśliwa, że nasz kraj zmienia historię i robi tak ogromny krok naprzód”.


Data wpisu: 13 maja, 2012 autor wpisu: TVN24  |  Komentowanie nie jest możliwe

Ciota Palikot – czyli to o co chodzi w polskim rządzie

Dla wszystkich obywateli, ostatnie wydarzenia partyjne mogą być nieco niezrozumiałe. Dlatego chciałabym Wam drodzy czytelnicy wytłumaczyć o co chodzi w polskim rządzie. Mianowicie mogę powiedzieć z czystym sumieniem jako studentka Europeistyki III roku, że wcześniejszych wyborów nie będzie.

sejm rp 300x225 Ciota Palikot – czyli to o co chodzi w polskim rządzie

sejm_rp

PIS depcze Solidarną Polskę hasłami „ jestem bardziej prawicowy niż oni”, można powiedzieć, że ta przepychanka partyjna jest NA MIEJSCU POD WZGLĘDEM STRATEGII PARTYJNEJ. No bo kto z nas będąc w rządzie walcząc o elektorat nie udowadniałby polakom, że my (PIS) bardziej i dłużej wierzymy w Boga niż oni. Te działania marketingu politycznego przeniosły się na drugą stronę opozycji. SLD w najbliższych miesiącach odbudowywało będzie swoje struktury partyjne, wybierze nowego lidera partii. Moi profesorowie z Wyższej Szkoły Ateneum w Gdańsku i ja, uważamy że wybrany zostanie Leszek Miller. Ktoś może zarzucić mi teraz, że on już jest liderem, a ja odpowiem mu tak, ale tymczasowym. Dopóki nie odbuduje swoich struktur, czyli nie obsadzi starych krzeseł w samorządach innymi politykami, SLD nie wyruszy na wojnę z Palikotem.
Czytelnicy naszego portalu mogą posługiwać się kolejnym argumentem, to czemu Miller nazywa ciotą Palikota? Pragnę przytoczyć fragment wpisu na bloga Leszka Millera: ‘….
Pan poseł Robert Biedroń, wybitny działacz anty homofobiczny,  po uzyskaniu posady poselskiej  dzięki popularności  Janusza Palikota, w podzięce Mu, potrafi już z cała  powagą uzasadniać  w TVN– 24,  że  określenie „ciota”  to w określonych sytuacjach  Wielki Komplement dla gejów . Brawo  elastyczny Robercie!  Od teraz będę Cię komplementował wodzowskim określeniem  „Ciota Palikota”’.
Ponieważ Leszek Miller dobrze wie co robi, wbija małe szpileczki w byka Palikota i czeka aż ten się wykrwawi, bo nie chcę wróżyć scenariuszy abstrakcyjnych polskiej polityki. Ale jeśli pozwolę sobie na małe ALE to ja wiem, jak to się skończy. Palikot przegra. Nie wygra w potyczce z partią tak silnie ideową jak SLD, ponieważ nie może udzielać się na lewicy kto nie dawno trzymał krzyżyk i razem z liderem Donaldem stał w kościele w pierwszym rzędzie (to moja opinia). Czyli nie dość , że mamy walki na prawicy, to jeszcze i na lewicy. Z czego najbardziej korzysta PO i PSL. Ale cóż. Partie te muszą walczyć, obowiązek spoczywa na doradcach marketingu politycznego Millera i Palikota. Oni już wiedzą, że jeżeli Miller albo Palikot się wycofa to w wyborach za 3.5 roku ich mandaty mogą się zmniejszyć albo zwiększyć.
Naukowo pragnę podkreślić, że Ruch Palikota robi dokładnie to samo co PO w roku 2001. Mówi te same hasła oraz ma taką samą strategię wyborczą. Jeśli historia w Polsce lubi się powtarzać, to może Palikot nabierze wyborców. Ale wątpię. Ponieważ polski elektorat nie ufa politykom. Z resztą chyba jak każdy.
Złe strony walki o stołki są takie, że nie wiem czy Państwo zauważyliście, ale na bok od lutego dosłownie nasi politycy nie zajmują się sprawami państwa. Referendum w sprawie emerytur nie będzie. Szybciutko wytłumaczę dlaczego:

  1. referendum – to oddanie władzy polityków w ręce swoich wyborców. Politycy nie ufają swoim wyborcom, uważają, że skoro ich wybrano to oni będą rządzić. I tak PO przepycha wraz z PSL ustawę emerytalną. Nie ma zapisu w konstytucji, że rząd musi się zgodzić na referendum. Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej z roku 1997 mówi wyraźnie : art. 125 pkt 2 „Referendum ogólnokrajowe ma prawo zarządzić Sejm bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów lub Prezydent Rzeczypospolitej za zgodą Senatu wyrażoną bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby senatorów.” Czyli nie ma zapisu , że obywatele mogą wymusić na rządzie zgodę do przeprowadzenia referendum na tle samorządowym. Oczywiście są zapisy, że obywatele muszą złożyć w ręce parlamentarzystów petycję z  0.5 mln ilością podpisów że chcą mieć referendum, ale artykuł 125 mówi dosłownie o tym, że posłowie przyjmą te podpisy od ludu, ale nie muszą z nimi nic robić.
  2. Nie ma pieniędzy na takie wybory. Na papier na liczenie głosów w okręgach, bo proszę państwa nasze partie ( nasz rząd ) jest spłukany. W kasach partyjnych zwrot z podatku dostaną dopiero w listopadzie za ostatnie wybory, i w tedy napełnią sakiewki. Nie liczę SP która serce ma w Warszawie , a mózg w Gdańsku, i która jest finansowana ze źródeł pieniędzy biznesmenów i niektórych euro posłów.

Chciałabym także przedstawić Państwu kilka przykładów wagarów naszych polityków:

  1. Od katastrofy Smoleńskiej minęły całe 2 lata, a my nadal nie mamy zapisu w konstytucji mówiącego o tym : „ co robić gdy prezydent zginie w katastrofie ?, kto przejmuje władzę ( dokładnie o której godzinie, w jakim momencie? ( bo to że marszałek sejmu to wiadomo, ale nie wiadome nadal zostają odpowiedzi na zadane przeze mnie pytania). Tutaj rząd zarówno sejm i senat i prezydent nie zrobili nic aby te kwestie wyjaśnić.
  2. Podatki. Czemu nie opodatkujemy kościoła katolickiego? Czemu nie opodatkujemy sędziów, adwokatów, prokuratorów, policjantów, strażaków, służby celniczej itp.? Czemu ja muszę zarabiać na ich emerytury? Czy nie powinniśmy wszyscy tak samo płacić do ZUSU na składki?
  3. Kwestia radiowozów policji na Pomorzu. Nie wiem czy Warszawiacy i pozostała część polski wie, że policja kilka lat temu wypożyczyła/ dostała na użytek ? radiowozy za które teraz musi zapłacić. Pojawi się problem na dniach, ponieważ ani rząd ani obywatele nie przypuszczali, że NAS na to nie stać i nie mamy skąd za nie zapłacić. A mercedesy którymi jeździ policja są śliczne. Szare, ładne.
  4. Żałoby narodowe. Za przykład mam na myśli katastrofę kolejową w marcu. Zginęli ludzie dobrze rozumiem, ale co tydzień na polskich drogach ginie tam powiedzmy 10 tysięcy ludzi. Roczne statystyki pokażą , że nie długo po każdym wypadku będzie żałoba narodowa. Musimy określić co jest katastrofą godną współczucia i wyrozumiałości, a co żałobą narodową. Ostatnio w Niemczech też zderzyły się dwa pociągi, i jakoś politycy Bundestagu w Berlinie żałoby narodowej nie ogłosili.
  5. Brak pieniędzy na leki nowotworowe. To swoisty przykład rządu na to, że jeżeli obywatela nie stać na leki, to rząd umyje ręce. Sam sobie radź biedny chory człowieku. Jeżeli jakiś polityk , nawet będący od 2 miesięcy na stołkach NFZ powie do kamery, że on o tym nic nie wiedział. Wiedzcie Państwo, że skłamał. Porównam tego polityka do rolnika, który ma gospodarstwo. To tak jakby rolnik polski nie wiedział ile jedzą w ciągu miesiąca jego krowy i co jedzą. Nie wiem czy Państwo zdajecie sobie sprawę, ale rząd skazuje nas razem z NFZ na śmierć. I kłamie wam w biały dzień w ekranie waszego nowego płaskiego telewizora.

Wierzę w inteligencję naszych czytelników, którzy będą patrzeć na wydarzenia w sejmie, ale będą wiedzieli, że to tylko i wyłącznie marketing polityczny. Pragnę też Państwa o refleksje na temat równości wszystkich obywateli. Czy jesteśmy pewni tego że każdy obywatel w tym kraju ponosi takie same konsekwencje swoich czynów? Czy możemy wymusić na politykach to aby spełniali swoje obietnice? Czy zaczniemy ich rozliczać za to, czego nie zrobili a powinni?
Kim jest poseł R. Biedroń? Jest marionetką Ruchu Palikota silną kartą przetargową podczas wyborów za 3.5 roku i dowodem żywym na to, że MY coś robimy. A to, że tylko on działa to już lider nie powie.
Jestem ciekawa co zrobi SLD w swoich strukturach, bo musi się przetasować troszeczkę, i co wyniknie z walki o elektorat LEWICY?
Czy zaczniemy działać i wprowadzać konkretne reformy i zapisy mające na celu polepszenia naszej polityki społecznej i socjalnej? Czy Ci politycy którym oddaliśmy władzę, zaczną nam pomagać i służyć w imię dobru Rzeczpospolitej? Nie wiem. Ale proszę państwa o ostrożność ponieważ nasi przedstawiciele w rządzie nie są w stanie NAM pomagać. Chorych państwa proszę o ucieczkę z kraju, i załapanie się w jakiś fundusz socjalny i zdrowotny poza granicą tego kraju. Możliwości macie wiele. Zdrowym czytelnikom pragnę życzyć DUŻO ZDROWIA w 2012 roku.
Na koniec pragnę przytoczyć słowa mojego Dr Och’a z którym mam przyjemność mieć zajęcia z marketingu politycznego oraz z polskiej ordynacji wyborczej „ wyobraźcie sobie państwo najbardziej absurdalny scenariusz na polskiej scenie politycznej zapiszcie go na kartce, potem idźcie spać, a rano włączcie telewizor i sprawdzajcie ile z tych waszych domysłów okazało się prawdą”.

Dziękuje bardzo.


Data wpisu: 17 kwietnia, 2012 autor wpisu: Sznyta  |  Komentowanie nie jest możliwe

Nowelizacja Kodeksu Karnego…

…czyli próbujemy wprowadzić pojęcie zbrodni z nienawiści i mowy nienawiści.

Byliśmy dzisiaj w Sejmie. Kiedy piszę “byliśmy” mam na myśli “nas”, tj. przedstawiciel i przedstawicielki organizacji pozarządowych (nie wszystkich), które już przez dłuższy czas pracowały nad zmianą obecnych przepisów.

sejm rp 300x225 Nowelizacja Kodeksu Karnego…
sejm_rp

Konferencję zorganizowaną przez Ruch Palikota można zobaczyć na stronach sejmowych oraz na portalu You Tube:

Przyznam, że zabrakło kilku nazwisk, cieszę się jednak, że wśród przesłanek, które znalazły się w projekcie i o których mogliśmy głośno powiedzieć, znalazła się również tożsamość płciowa. Oczywiście chciałoby się, żeby (ze względu na dość często trudność w rozróżnieniu przemocy na tle homofobicznym i transfobicznym) w projekcie znalazła się również ekspresja płciowa (być może pod postacią wizerunku), jednakże obecne klimaty międzynarodowe jeszcze tej kwestii nie sprzyjają. A szkoda. (Szykuje się jednak szansa zmiany, ILGA-Europe wraz z TGEU powoli zaczynają nad tą kwestią pracować).

W czasie prezentacji problematyki transpłciowej przywołałem różne statystyki, liczby i niepokojące wzrosty. Wielka szkoda, że nie dało się na ostatnią chwilę znaleźć sposobu na ich prezentację. Z drugiej strony – od czego mamy blogi i prywatne strony. A zatem w ramach dopowiedzenia do dzisiejszej konferencji, pozwalam sobie zaprezentować wyniki Monitoringu Morderstw Osób Trans (Trans Murder Monitoring) będącego częścią projektu Transrespect vs. Transphobia, prowadzonego przez TGEU od 2008 roku.

Od 1 stycznia 2008 roku monitoring zanotował 755 przypadków morderstw na tle transfobicznym, tj. zbrodnię popełnioną na osobie transpłciowej, osobie uważanej za transpłciową, bądź osobie, której wizerunek lub tożsamość nie korespondowały z tradycyjnymi (dla danego regionu) figurami binarnie rozumianych figur kobiecości/kobiet bądź męskości/mężczyzn. Większość zgłoszonych przypadków dotyczy krajów Ameryk Łacińskiej oraz Południowej, nie oznacza to jednak, że Europa jest od nich całkowicie wolna. Obecnie najczęściej słyszymy o morderstwach popełnianych w Turcji (dwa dni temu – 13 lutego – dwudziestosześcioletnia Melda została zamordowana przez własnego brata), jednakże – jak widać na zamieszczonej poniżej mapie – Unia Europejska, pomimo postępujących zmian legislacyjnych w zakresie prawnej korekty płci, nie prezentuje się najlepiej. Ze wszystkich czerwonych punktów najbardziej dziwią Hiszpania, Portugalia i Wielka Brytania – państwa często stawiane za wzór akceptacji transpłciowej różnorodności.

Wśród całościowego rankingu znajduje się również Polska. Fundacja Trans-Fuzja zidentyfikowała morderstwo na tle transpłciowym (ofiara nieznana z imienia i nazwiska, nieznany był również jej transpłciowy status, znany był jedynie motyw zbrodni) popełnione w lutym 2011 roku.

Screen Shot 2012 02 15 at 9.57.56PM Nowelizacja Kodeksu Karnego…
TMM 2011

Niestety, odnotowane przypadki to jedynie niewielki procent tego, co w rzeczywistości dzieje się każdego dnia na całym świecie. Osoby transpłciowe, interseksualne, czy po prostu płciowo nienormatywne stają się ofiarami agresji słownej, psychicznej oraz fizycznej. Transfobiczna atmosfera wokół osoby nierzadko kończy się samobójstwem – problem ten dotyczy szczególnie młodzieży. Osoby dorastające nie tylko nie potrafią odnaleźć się wśród równieśników, nie znajdują także zrozumienia u rodziców, opiekunów, a nawet u szkolnych pedagogów.

Z tym również musimy walczyć. Prawo może nam jedynie pomóc w egzekwowaniu winnych, nie zastąpi natomiast edukacji, pracy u podstaw oraz zapobiegania przyszłym zbrodniom. Ciekawe tylko, czy doczekamy się kiedyś chociażby trans– i interpozytywnych podręczników szkolnych czy kampanii społecznych (także tych finansowanych z budżetu państwa)? Edukacja nieformalna trwa, ale to wciąż za mało.

(Na stronie projektu znajdują się również listy nazwisk osób zamordowanych – nie wszyscy i nie wszystkie pozostają anonimowi)


Data wpisu: 15 kwietnia, 2012 autor wpisu: Wiktor Dynarski  |  Komentowanie nie jest możliwe

List Otwarty do Janusza Palikota

Warszawa, 06.03.2012

Szanowny Panie Przewodniczący,

Kampania Przeciw Homofobii jednoznacznie sprzeciwia się językowi Pana wypowiedzi o Ministrze Sprawiedliwości Jarosławie Gowinie.

1111083 57875872 300x300 List Otwarty do Janusza Palikota

kolorki

Uznając wsparcie Ruchu Palikota dla środowiska LGBT, zwracamy uwagę, iż język nienawiści pozostaje nim niezależnie od tego kto się nim posługuje. Nazywanie ministra Jarosława Gowina ‘ciotą’ było, zdaniem KPH, przejawem homofobicznej mowy nienawiści. Słowo ‘ciota’ w potocznym języku oznacza obraźliwe określenie homoseksualnego mężczyzny. W badaniu przeprowadzonym przez CBOS 80% Polaków podało słowo ‘ciota’ jako jedno z najbardziej obraźliwych. Z badania dotyczącego przemocy motywowanej homofobią przeprowadzonego przez KPH w 2011 wiemy, że słowo „ciota” jest drugą po słowie „pedał” najpopularniejszą inwektywą służącą poniżaniu, szykanowaniu i ubliżaniu osób LGBT. Używanie słowa „ciota” aby zdyskredytować oponenta politycznego nie może być rozpatrywane w oderwaniu od jego homofobicznego kontekstu i znaczenia.

Publiczne używanie słów potocznie określających osoby homoseksualne, w celu obrażenia kogokolwiek bezwzględnie kłóci się z wartościami tolerancji i szacunku dla tej grupy społecznej. Wypowiedź Pana Przewodniczącego jest kolejnym dowodem na to, iż nowelizacja Kodeksu karnego jest konieczna i że problem homofobicznej mowy nienawiści jest problemem szerszym, który może dotknąć osoby o różnych orientacjach, nie tylko homoseksualnej. Tym samym, Kampania Przeciw Homofobii apeluje do Pana o przemyślenie swojej wypowiedzi i ustosunkowanie się do powyższego stanowiska.

Z poważaniem,
Agata Chaber
Prezes Zarządu

Zajrzyj na stronę KPH Warszawa


Data wpisu: 11 kwietnia, 2012 autor wpisu: Kampania Przeciw Homofobii  |  Komentowanie nie jest możliwe

Wyszła ciota z Palikota

Muszę przyznać, że nigdy Januszowi Palikotowi nie ufałam. Pamiętam, bolesną pewnie nie tylko dla mnie, okładkę magazynu „Ozon”, który onegdaj biznesmen wydawał, przedstawiającą młode osoby szczycące się swoją dyskryminacyjną postawą trzymające znak „Zakaz pedałowania” i artykuł „Wszyscy jesteśmy homofobami” w tymże numerze.

sejm rp 300x225 Wyszła ciota z Palikota

sejm_rp

Później nadszedł czas PO, happeningów, sponsoringu kultury, wywiadów dla kolorowych pism, założenia własnej partii z nazwiskiem lidera w nazwie (wiara w jednego wodza i promocja jednej osoby też budzi bolesne wspomnienia z historii). Nowa partia, jako jedna z nielicznych w Polsce, miała być nastawiona na tolerancję, akceptację, różnorodność, nowoczesność. Kilkoro moich kolegów i koleżanek, aktywistów i aktywistek ruchu LGBTQ, wstąpiło nawet w jej szeregi.
Co prawda, zaniepokoił mnie klip wyborczy głównego kandydata RPP. Heterenorma z niego biła. Palikot prezentował się na łonie polskiej zielonej przyrody, z blondwłosymi dziećmi. Rodzina, ziemia, swojskość, serial „Klan”…- o tym wszystkim myślałam oglądając tę wyborczą reklamę. Dziwiło mnie, że nawet w tle, nie mignęła drag queen, drag king, tęczowa flaga ani nawet liść marihuany, o legalizację której kandydat na posła także zabiega.
Ale działania lidera partii to przecież nie tylko ten krótki film. Palikot pokazał się na 10. urodzinach KPH we wrześniu zeszłego roku, na wiecu Kolorowa Niepodległa 11 listopada 2011 roku w Warszawie – na składanym krzesełku i w błysku fleszy, w spocie festiwalu „Równe prawa do miłości”. Obiecywał polskiej społeczności LGBTQI ustawę o związkach partnerskich, zakaz mowy nienawiści.
I udało mu się zdobyć przychylność znaczącej części polskiego społeczeństwa, procent głosów, który dziwnym trafem pokrywa się z ilością osób nieheteronormatywnych w Polsce.
Po czym, kilka dni temu, na swoim Twitterze napisał „Gowin zachowuje się jak katolicka ciota. To, że biskup gwałci dziecko, nie ma znaczenia, dopóki nikt się o tym nie dowie”. Dla mnie to była ewidentna powtórka z „Ozonu” i zakazu pedałowania, za które polityk tak żarliwie przepraszał.
Po co tak napisał?- bo chciał Gowinowi dołożyć. A jak najlepiej dołożyć w Polsce? Przyrównując kogoś do osoby homoseksualnej. I niech polityk nie mówi, że jego intencje były inne. Owszem, pewnie dołożył Gowinowi, i pewnie zrobił to jego własnym językiem. Natomiast rykoszetem dostało się wszystkim osobom nieheteronormatywnym w RP. Śmiem spekulować, że dostało się też tym, którzy zaufali Palikotowi jako światłemu i rozumiejącemu mniejszości politykowi, jednemu z nielicznych, na jakiego się kreował.
Smuci mnie też coś innego. Robert Biedroń, do niedawna aktywista LGBTQI, którego bardzo ceniłam, jeden z najwytrwalszych, współzałożyciel Kampanii Przeciw Homofobii, obecnie poseł na sejm z RPP, mówi (za „Gazetą Wyborczą”), że „ciota to nie wyzwisko, lecz wyrafinowany opis świadczący o oczytaniu Palikota w Witkowskim i Gombrowiczu”. A dla mnie Janusz Palikot dzięki tej wypowiedzi, to bynajmniej nie miłośnik literatury polskiej, Gombrowicza czy Witkowskiego (w tej kolejności), a zwyczajny homofob!
Obrona Palikota przez część tęczowych działaczy smuci tym bardziej, że Robert Biedroń, zanim oddał się politycznej karierze, w czasie swojej pracy w KPH, poznał wyniki raportu organizacji na temat mowy nienawiści w Polsce, i jak wysokie miejsce zajęła tam „ciota”.
I jeszcze jedno, żeby to nie była mowa nienawiści, albo, żeby można było na ten temat dyskutować „Only a ginger can call another ginger ginger”, a pan, panie Palikot, szczególnie w swoim hetenormatywnym klipie wyborczym, do „ciot” się raczej nie zalicza. Proszę więc nie przejmować naszego języka, bo nikt, może oprócz posła RPP, pana do tego nie upoważnił. Inaczej jest pan tylko kolejną w Polsce osobą używającego uwłaczającego języka nienawiści. Szkoda, bo obiecywał pan z niego uwolnić Polskę i wiele „ciot” i „lesb” dało się na to nabrać i panu zaufało. Nie wiem, jak długo będzie pan musiał to zaufanie odbudowywać i czy kiedykolwiek się to uda…


Data wpisu: 10 kwietnia, 2012 autor wpisu: Ania Urbanczyk  |  Komentowanie nie jest możliwe

Historyczna debata w Radzie Praw Człowieka ONZ nt. dyskryminacji i przemocy wobec osób LGBT

7 marca 2012 r. odbyła się pierwsza w historii Rady Praw Człowieka ONZ debata na temat dyskryminacji i przemocy doświadczanej przez osoby LGBT. Debata dotyczyła m.in. krajowych ustawodawstw i praktyk dyskryminujących osoby z powodu ich orientacji seksualnej i tożsamości płciowej.

329649 9775 300x225 Historyczna debata w Radzie Praw Człowieka ONZ nt. dyskryminacji i przemocy wobec osób LGBT

spotkanie

Podczas debaty zaprezentowano specjalne przesłanie Sekretarza Generalnego ONZ, który podkreślił, że dyskryminacja i przemoc wobec LGBT narusza międzynarodowe standardy praw człowieka i Rada Praw Człowieka jest zobowiązana do odpowiedniej reakcji.
W panelu wzięli udział przedstawiciele ONZ, eksperci oraz przedstawiciele organizacji pozarządowych działających na rzecz praw człowieka.

Relacja z debaty dostępna pod adresem:

http://www.ohchr.org/EN/NewsEvents/Pages/DisplayNews.aspx?NewsID=11920&LangID=E


Data wpisu: 9 marca, 2012 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Elżbieta Czykwin, „Stygmat społeczny”, cz. 1

Dla osób zajmujących się naukami humanistycznymi i społecznymi (z odchyleniem w kierunku studiów kulturowych) problematyka emancypacji i demarginalizacji umożliwiających współuczestnictwo w życiu społecznym i pełnię praw obywatelskich zajmuje miejsce poczesne. Kibicuję temu trendowi i na moją niewielką skalę angażuję się weń, co wiąże się także ze śledzeniem publikacji tematycznych. Dają się zauważyć dwa bieguny, pomiędzy którymi budowane są coraz mocniejsze mosty – teoria akademicka i aktywizm. Książka, której chcę się dzisiaj przyjrzeć, sadowi się po stronie teorii, jednak jest jej niezamierzoną parodią, dowodem kompletnego niezrozumienia podjętej problematyki. Pewnego rodzaju impulsem do niniejszego omówienia był artykuł Błażeja Warkockiego i Tomasza Basiuka Odpadki energii, czyli o nieudanym wyparciu politycznego przez Joannę Tokarską-Bakir („Krytyka Polityczna”, nr 16/17, 2009), demaskujący homofobiczną wymowę wstępu, jakim Tokarska-Bakir poprzedziła polską edycję Czystości i zmazy Mary Douglas (przeł. Marta Bucholc, PIW, Warszawa 2007).

Elżbieta Czykwin kieruje obecnie Zakładem Pedagogiki i Kulturoznawstwa Wyższej Szkoły Administracji Publicznej w Białymstoku, a w 2007 roku nakładem szacownego Wydawnictwa Naukowego PWN opublikowała pracę Stygmat społeczny.

Książka obywa się bez podtytułu, co dość zaskakuje. Sugeruje jednak ambicję, by kwestią zająć się wieloaspektowo, a znajduje to potwierdzenie w rozdziale ostatnim, Stygmatyzacja jako ponaddyscyplinarna perspektywa badań. Nim jednak do niego dotrzemy, trzeba powiedzieć, że przyjęta w opracowaniu optyka uprzywilejowuje ujęcie zaproponowane pół już wieku temu przez Ervinga Goffmana w książce Stigma. Notes on the Management of Spoiled Identity (1963). Polska edycja, Piętno. Rozważania o zranionej tożsamości, pojawiła się w 2005 roku (przeł. Aleksandra Dzierżyńska, Joanna Tokarska-Bakir, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne). Co zrozumiałe ze względu na długość cyklu wydawniczego, Czykwin się nią nie posługuje, co jednak bardziej zastanawiające – w żadnym momencie nie odwołuje się też do wyeksponowanego w bibliografii anglojęzycznego oryginału (wszystkie cytaty, o odniesieniach nie wspominając, podawane są z drugiej ręki). W połączeniu z faktem, iż w stopce książki Czykwin brakuje wzmianki o recenzentach, zaufanie do rzetelności merytorycznej Stygmatu społecznego zostaje zachwiane jeszcze przed podjęciem lektury. Niestety, w jej trakcie jest jeszcze gorzej.

Skoro jednak Stygmat społeczny znajduje koncepcyjne oparcie u Goffmana, przypomnijmy, iż zdefiniował on piętnowanie jako proces, na drodze którego normalna tożsamość jednostki jest niszczona przez reakcję innych osób na ową jednostkę. W konsekwencji tego do mgławicy terminów pokrewnych stygmatowi (piętnu) włączone są: stereotyp, dewiacja, uprzedzenia (antysemityzm, rasizm, homofobia, etc.), wykluczenie, marginalizacja. Ja dodałabym tu też przemoc.

Autorka wspomina próby kwalifikacji dewiacji jako przypisanych lub osiągniętych, i wyrokuje, iż kryterium podziału „nasuwa wątpliwości”. Tu przykładem dewiacji osiągniętej jest prostytucja, homoseksualizm zaś sprawia kłopoty: to niewątpliwie dewiacja, ale nie da się orzec: przypisana czy osiągnięta, z uwagi na jego nieustaloną genezę (s. 32). Zaś stygmatyzacja w przypadku dewiantów jest „konieczna i oczywista” (s. 33). Po cóż zatem zadawać następujące pytanie: „Pozostaje jednak kwestia podstawowa: czy jeśli wszelkie przejawy dyskryminacji zostaną wyeliminowane, to zapanuje równość płci?” (s. 261).

Niebywale razi sentencjonalność i potoczny charakter sformułowań obnażających światopogląd, który Umberto Eco nazwał niegdyś „katastroficznym”. Czykwin ubolewa choćby: „Większość telewizyjnych seriali ukazuje jedynie powierzchniową stronę życia” (s. 385). Gdzie indziej objawia nam, iż podrasowane cyfrowo wizerunki modelek czy celebrytek burzą właściwy ogląd świata: „Niczego nieświadomy widz przyjmuje zdjęcia jako dowody istnienia ciał idealnie pięknych” (s. 345). Zaiste, rzadko kto widuje postaci ludzkie poza billboardami czy bez ekranowego pośrednictwa, powszechna nieświadomość wpędza każdego w „silne poczucie negatywnej nieadekwatności” (s. 344). Na tej samej zasadzie sierota z domu dziecka „nie wie, co to znaczy być ojcem dla swojego syna” (s. 160). Internet, prasa, filmy, spotkania ze znajomymi najwyraźniej nie są w stanie dać żadnego pojęcia o ojcostwie, a już na pewno nie tak cennego, jak bezpośrednie wzorce czerpane z życia w tzw. pełnych rodzinach.

Skoro zaś ubolewamy wraz z Czykwin nad współczesnym upadkiem wartości, warto przeczytać, jak skomentowany został film dokumentalny (paradokumentalny?) Mama Masza Michała Bukojemskiego (Polska, 2002, krótki opis tu ). Lesbijka, niemonogamistka, rosyjska Żydówka, emigrantka, matka adopcyjna, matka biologiczna dziecka spłodzonego dzięki pomocy dawcy spermy… „Czy takie spiętrzenie nietypowych zdarzeń życia nie jest też sprokurowane na potrzeby mediów? Tak właśnie sądzę. Potrzeba medialnego rozgłosu, popularności, jest współcześnie praktycznie jedyną drogą zaistnienia” (s. 359). Biografia Maszy Gessen nie mieści się Czykwin w głowie, dlatego sprowadza wybory życiowe kobiety do przemożnej chęci zaistnienia w mediach. Przekreśla też możliwość, iż Masza Gessen postępowała zgodnie ze swą wolą: nietypowe wydarzenia się spiętrzyły, bo tak chciał los bądź wspomagający mającą niebywałe parcie na szkło bohaterkę medialni demiurgowie.

Cóż, wszak ujawnianie czyichś technik seksualnych (czyli: „jak inni to robią”), osobliwie sekretów współżycia nie(hetero)normatywnego tak fascynuje: „Ikony lesbijek, gejów, transseksualistów, transwestytów, seksoholików etc. zawsze mogą liczyć na sporą widownię” (s. 362). Dlaczego jednak „ikony”? Przy okazji popularny przed kilku laty rosyjski duet Tatu to dla Czykwin „przykład inkorporacji problemu lesbijskich skłonności przez kulturę komercji” (s. 352). Oj, tak tak, o tempora…!

Niegdyś dla porządku społecznego niezwykle ważny był podział dzieci na legitymizowane i bękarty. Nieślubne pochodzenie mogło się kłaść cieniem na całej egzystencji. Zwykle jednak poza miejscem pochodzenia nie dało się tak łatwo określić, czy dana osoba została poczęta w małżeńskim łożu przez parę połączoną prawnie obowiązującą przysięgą. Zacytujmy Stygmat społeczny: „Jeśli zadasz sobie pytanie, Czytelniku: czy związałbyś swoje życie z osobą poczętą in vitro…” (s. 159). Ja zadam inne pytania. A po czym to poznać? A co to za różnica? A może należy spytać Czytelnika, czy związałby się z osobą urodzoną przez cesarskie cięcie? Uwypuklam absurdalność, by tym silniej ukazać, jak taka retoryka w opracowaniu mającym być uznane za naukowe co najmniej zdumiewa. Podobnie fragmenty, w których autorka określa „ogólne wrażenie (…) po lekturze” tygodnika „Nie” (s. 371). Tu czai się sugestia, że jej wrażenie jest po prostu słuszne i adekwatne, a jako takie musi być podzielane jeśli nie przez Wszystkich, to chociaż przez odbiorców Stygmatu społecznego.

Klątwą ogólnodostępnych programów edytorskich jest pokusa przestawiania partii tekstu. Stygmat społeczny nie jest jedyną książką naukową, której uważna lektura ujawnia nadużywanie komend „kopiuj / wklej”, jednak dla uniknięcia gołosłowności wskażę, iż Czykwin dwukrotnie wyjaśnia Bourdieu’ańską koncepcję doksy, ortodoksy i heterodoksy (s. 133 i 335) oraz – by przy tym samym nazwisku pozostać – dwa razy definiuje Bourdieu’ański habitus (s. 131 i 334).

Autorka zbyt często luźno podchodzi do podawanych przez siebie danych. Na przykład strona 423: liczby ofiar procesów o czary w różnych europejskich krajach rzucone są bez odwołania bibliograficznego czy jakiegokolwiek uściślenia, a przecież szacunki dotyczące owych liczb są przedmiotem wieloletnich sporów o dociekań co najmniej od połowy XIX wieku, kiedy Jules Michelet napisał Czarownicę, i nie, historycy ani etnolodzy nie osiągnęli konsensusu. Inny przykład podobnej nierzetelności: „Zdaniem homoseksualistów orientacja ta jest wrodzona, choć nie genetyczna” (s. 311) – brak odwołania, brak odnośnika. Pewnie umknęło mi, że homoseksualiści ustalili swoje wspólne stanowisko na walnym zgromadzeniu wszechświatowego kongresu homoseksualistów. Na stronie 158 znajdujemy natomiast anegdotę o politykach-hipokrytach z gejowskiego miesięcznika „Zero”. Z hiszpańskiego miesięcznika „Zero”, z cytatem wypowiedzi redaktora tego pisma – i przy znów braku odwołania. Jeśli redaktor-gej nie zasługuje na rzetelność autorki, tym bardziej nie zasługuje Adolf Hitler. Akapity o stosunku nazistowskich przywódców do homoseksualności mogą tylko przy maximum dobrej woli uznane za luźno oznaczone przez Czykwin jako ustalenia Christiana Adolfa Isermeyera (Czykwin pomija jego drugie imię, ja zaś je dopisuję – jakimś dziwnym trafem mnie ono się również nie podoba, ale Isermeyer sam go sobie nie nadał), nieobecnego w bibliografii.

W licznych przypadkach przykłady podawane przez Czykwin są dyskusyjne, w niektórych innych – zupełnie chybione i nieadekwatne. Wbrew woli autorki przywołane na s. 416 wypowiedzi polityków, (nieparlamentarne obelgi wobec oponentów) nie są przykładami stygmatyzacji. Podobnie opis sytuacji matki trójki dzieci, która „bardzo przybrała na wadze” (i długo przebywając w domu, nie zdawała sobie z tego sprawy), mający być egzemplifikacją życia w enklawie (s. 303), mija się z rozumieniem tego ostatniego pojęcia. Opisywana kobieta nie mieszka w dobrowolnym getcie osób otyłych, a w domu, do którego co dnia po pracy wraca jej mąż (i ojciec dzieci). O posturze mężczyzny niczego się nie dowiadujemy.

Kolejną kategorią są błędy słowne, w dużej mierze zawinione przez brak czujności redakcyjnej. Należą do nich powtórzenia niejako bezpośrednie, np. podwójne „osoby zaangażowane” (s. 217), ale też powielanie wyrazów o tym samym rdzeniu: “Odkrycie bliskości z najbliższymi” (s. 183) , “Istnieje istotny” (s. 124), i in. Idąc dalej, na s. 181 mamy „skłonności perfekcyjne” zamiast: perfekcjonistyczne, na s. 218 – „wypadek motoryzacyjny”, choć kolokacja kazałaby powiedzieć: drogowy. Czykwin nie wie również, iż osoby transseksualne nie poddają się ani operacji zmiany płci, ani konwersji (s. 233), a tranzycji. Międzynarodowa komercja (s. 424) jako ewidentny anglicyzm powinna być zastąpiona po prostu handlem. Podczas wyliczenia warunków Goffmanowskiej interakcji na s. 110 Czykwin pisze, jakoby „dostępność” (rzeczownik) byłaby polskim odpowiednikiem „accessible” (przymiotnik). Warto najwyraźniej posługiwać się (prostym) angielskim. To tak mądrze brzmi. Na stronach 127–128 autorka powtarza określenia: self-esteem i face to face, które jak wiadomo nie mają żadnych satysfakcjonujących ekwiwalentów w języku polskim.

Na s. 138 znajdujemy ciekawostkę – wizualne telefony komórkowe, których upowszechnienie zapowiada autorka.

Parokrotnie obnaża ona swoją uległość wobec stereotypu spojrzenia na marsze tolerancji jako na czas demonstracyjnej manifestacji seksualności gejów (s. 157), co przybiera „nieraz ostentacyjny i prowokujący wyraz”. Jednak do błędnego użycia konkretnego określenia dochodzi, gdy uparcie (np. s. 157, 211, 301 i 319) nazywa marsze i manifestacje typu gay pride – nieważne, czy mają one istotnie charakter parad – mianem Love Parade. Otóż Love Parade jest wyłączną nazwą organizowanej przez ok. 20 lat w Berlinie (1989-2010, zatem także wtedy, gdy książka Czykwin powstawała i została opublikowana) ulicznej imprezy tanecznej. Kolejna osobliwość: „Miarą wzrostu znaczenia wyglądu, który stał się obowiązkiem nie tylko kobiet, ale i mężczyzn” jest coraz wyższa sprzedaż męskich kosmetyków (s. 139). Nie: zadbany wygląd, nie: atrakcyjny wygląd. Wygląd stał się obowiązkiem. Niefortunnym sformułowaniem niewątpliwie jest: „Kobiety stojące u progu wdowieństwa” (s. 424) – to takie z małżonkami na łożach śmierci? A może planujące mężobójstwo? Kolokwializmem razi też: „Społeczna akceptacja wiejskich głupków” (s. 171), staroświecczyzną zaś „lekkie prowadzenie” (s. 143).

Część 2 i notki bibliograficzne tu.

Data wpisu: 7 lutego, 2012 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Elżbieta Czykwin, „Stygmat społeczny”, cz. 2

Część 1 tu.

Dominującym tonem w – nigdy nie dość przypominania – w książce pretendującej do ujęcia akademickiego (sine ira et studio) jest najczystszej wody homofobia. Nieheteronormatywność to dla autorki nienaturalna seksualność (s. 424) Na stronach 113-114 omawia działalność kontrowersyjnej katolickiej grupy Odwaga działającej w Lublinie i dążącej do „reperacji” osób o niezgodnych z katechizmem kościoła katolickiego preferencjach psychoseksualnych. Czykwin o stosowanej tam „terapii” pisze bezkrytycznie i bezrefleksyjnie. W przywołanej tam narracji niesławnego Richarda Cohena widzi „tekst stygmatyzujący”, jednak gładko prześlizguje się do kolejnego przykładu z jakże szerokiego repertuaru. W charakterystyczny homofobiczny sposób przyjmuje, że geje mają ideologię (a nie mają? „Tremble, hetero swine!”)… choć jako przykład z owej ideologii podaje obawę przed wykryciem (s. 310). Jego konsekwencje są wszak tak straszliwe, że „homoseksualiści się żenią i opowiadają dowcipy o swoich »towarzyszach niedoli«” (s. 142). Nie, to nie pomyłka. Chodzi o zinternalizowaną bądź demonstracyjną homofobię mężczyzn (kobiety się nie „żenią”, nie w Polsce Elżbiety Czykwin) wyśmiewających przegięcie tych, których marnego losu („niedola”!) – mimo analogicznych preferencji psychoseksualnych – żonatym udało się uniknąć. Nie dziwi tedy groza sceny, w której pewien nieustraszony gej „wyznał całą prawdę rodzicom” (s. 159). To niejedyny przypadek straceńczej odwagi. Inny jej akt miał miejsce podczas wyborów mera Paryża – gej „mimo przyznania się do homoseksualnych skłonności zwyciężył w wyborach przytłaczającą ilością głosów” (s. 158). W książce pozostaje anonimowy, jednak rzecz jasna chodzi o zwycięzcę wyborów z 2001 roku, Bertranda Delanoë, który jest nadal na tym stanowisku. Może zatem wygrywa, ponieważ ma dobre program polityczny i koncepcję rozwoju miasta, a jego życie prywatne jest w tym miejscu sprawą trzeciorzędną? Dopowiem, że z uwagi na potencjał emancypacyjny sukces polityka-geja jest niezmiernie istotny, jednak Czykwin koncentrowała się na osobistej odwadze, jakiej wymaga coming out. Jak śliską sprawą jest obecność gejów (nigdy lesbijek, o osobach transseksualnych nie wspominając) w polityce dowiadujemy się od autorki w innym miejscu: „Wśród współczesnych przywódców faszystów przedstawiciele orientacji homoseksualnej mają swoją nadreprezentację” (s. 328). Przypisuje się tu gejom fetyszyzację atrybutów nazistowskich.

Nie wymaga chyba dopowiedzenia fakt, iż Czykwin postrzega homoseksualność w kategoriach esencjonalnych, na dodatek przez swą strategię retoryczną obnażając brak podstawowych kompetencji. Pisze „homoseksualizm” na wzór nazwy z niegdysiejszej klasyfikacji jednostek chorobowych, mając na myśli raczej „homoseksualność” jako zespół stałych bądź nie praktyk opartych na psychoseksualnych preferencjach. Tak, „-izm” jest piętnujący. Cóż, zawsze można sięgnąć do jeszcze bardziej archaicznego słownika. W innym miejscu czytamy, iż „pacjenci szpitali psychiatrycznych nie chcą, aby został ujawniony fakt ich sodomii” (s. 144). Sodomię, czyli – w myśl tej wizji świata – praktykowanie męsko-męskich stosunków seksualnych leczy się w szpitalach psychiatrycznych?

W rzeczywistości, w której z uwagi na pojawienie się i wdrożenie coraz skuteczniejszych metod leczenia czy przedłużania ogólnego dobrostanu osób chorych na AIDS wiele ludzi skłania się do bagatelizacji zagrożenia wirusem HIV (co oznacza, że należałoby działać ku ponownemu uczuleniu na kwestie bezpiecznego seksu), Czykwin tymi słowy kwituje starania, by uniknąć zakażenia HIV – „Całkowicie odzierają one kontakty seksualne ze spontaniczności, romantyzmu i unikalności” (s. 208). Dla autorki zresztą możliwość zakażenia to obawa „ostatnich lat” (s. 208). Otóż w Polsce badania epidemiologiczne wykrywające obecność wirusa prowadzone są od 1985 roku, kiedy obecni studenci Czykwin nie byli jeszcze w planach życiowych swoich rodziców.

Czykwin opisuje rozpowszechnianie się AIDS (jako choroby śmiertelnej) jako epidemii współgrającej z autodestrukcyjnością gejów: „Przywołanie przedwczesnej śmierci jest tu równoznaczne z uwolnieniem od mroków starości. Otwiera perspektywę życia krótkiego, ale intensywnego, bez ograniczeń związanych z obowiązkowym uczestnictwem w wyścigu szczurów, pracy zawodowej, liczenia się z innymi, na których to polach geje są na ogół i tak skazani na niepowodzenie” (s. 210). To najwyraźniej znaczy, że geje nie umieją liczyć się z innymi ludźmi i są skazani na niepowodzenie w pracy zawodowej (niezależnie od tego, czy założymy, że wyścig szczurów istotnie jest obowiązkowy). Sąd tyle bulwersujący, ile osobliwy.

Rozmaite inne stwierdzenia Czykwin również wprawiają w osłupienie, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z enumeracją i jeden z klocków zdaje się pochodzić z zupełnie innego kompletu. Na przykład na s. 224 opisuje negatywną samoocenę osób z nadwagą, które widzą swoją otyłość jako przejaw „lenistwa, opieszałości, braku kontroli, tajemniczości i chciwości” (co to znaczy w świetle przyjmowanej przez autorkę Goffmanowskiej klasyfikacji stygmatów jako jawnych i ukrytych?). „Jednym ze sposobów przeciwdziałania agresji np. kibiców na stadionach sportowych jest (…) ustawienie bilboardów na stadionach (…), co pozwala złamać poczucie anonimowości i ograniczyć agresję” (s. 302). Co w opisanej sytuacji dają bilboardy? Co ma być na nich umieszczone? A może chodzi o telebimy? W innym miejscu, w kontekście ukrywania stygmatu (w celu wykluczenia wszelkich podejrzeń, bo – patrz wyżej) Czykwin dopatruje się „nadreprezentacji osób o skłonnościach homoseksualnych” wśród kiboli, kleryków i taterników (s. 148).

Kompletnej ignorancji dowodzi utrzymywanie, iż „bulimia dotyczy najczęściej osób otyłych, natomiast anoreksja ekstremalnie szczupłych” (s. 351).

Podobnie z prognozowaniem: „moda na banki spermy, w których można zostać matką dziecka sławnego ojca, staną się modne” (s. 123). Pomijając niegramatyczność sformułowania, nie można, a w każdym razie nie ma sposobu, by się o tym dowiedzieć: wedle obowiązujących uregulowań dawca spermy pozostaje anonimowy.

Dyskusyjnie i kontrowersyjnie brzmi rekapitulacja kwestii polskiego antysemityzmu „bez Żydów”. Czykwin utrzymuje, iż „niewielka liczba polskich Żydów jest zasymilowana, w podeszłym wieku, samotna i rozproszona” (s. 380). Przeczy temu to, co widać na krakowskim Kazimierzu, gdy nastaje szabas, przeczą temu ci wszyscy, którzy odkrywając swe rodzinne korzenie dążą do poznania i odzyskania dla siebie judaizmu, czego bynajmniej nie kryją. Wyrazem złej woli byłoby odczytywanie słów Czykwin jako antysemickich, jednak ich wymowa (i oderwanie od realiów XXI wieku) skłania mnie do opinii, iż lepiej byłoby, gdyby się w Stygmacie społecznym nie pojawiły.

Swoją drogą, dobór kategorii osób stygmatyzowanych jest w omawianej książce bardzo chaotyczny. Skoro jednak w tym miejscu odnoszę się do niezręczności popełnianych przez autorkę w jej staraniach scharakteryzowania np. homoseksualistów i Żydów, nadmienię, iż oczywiście szeroki nurt kontinuum specyficznych uprzedzeń wobec pierwszych i drugich umknął jej uwadze. Kwestią tą zajmowała się np. Agnieszka Graff (Rykoszetem, W.A.B., Warszawa 2008). Mniej w Polsce znane jest zestawienie dwóch rozpraw: Réflexions sur la question juive Jean-Paula Sartre’a i celowo napisanej w Sartre’owskim idiomie Réflexions sur la question „gay” Didiera Eribona.

Charakterystyczne dla podejścia epistemologicznego autorki jest ponadto zdanie: „Ktoś, kto urodził się z matki Żydówki, jest, obiektywnie rzecz biorąc, Żydem, jakkolwiek może się czuć np. Amerykaninem” (s. 24). Otóż nie. Ktoś taki jest Żydem w myśl halachy (czy de facto wszystkich współczesnych odłamach judaizmu), co w zestawieniu z innymi kryteriami uznawania żydostwa (np. Żydem jest ktoś, kto przeszedł wymagany przez prawo religijne proces konwersji) dyskredytuje pretensje do „obiektywności”. Ta zaś jest również pojęciem cokolwiek przeterminowanym i usprawiedliwianym jedynie celami retorycznymi, nie zaś poznawczymi. Nie mamy jednak do czynienia z czystą retoryką. Czykwin opowiada się w innym miejscu za totalizującą rolą rzekomej obiektywności. Ubolewa nad upadkiem sfery publicznej: na agorze wypracowywano niegdyś „prawdy pozajednostkowe, wspólne i obiektywne”, teraz zaś nie mają się one gdzie krystalizować (s. 395).

Wiarę w wielką wagę „obiektywności” głosi również wskazując na nędzę osoby pozbawionej odniesienia „uniwersalnego i transcendentnego”, która będzie „wyizolowana i samotna”, a jej tożsamość pozostanie niezintegrowana (s. 395). Ratunkiem, przede wszystkim dla osoby stygmatyzowanej, będzie „funkcjonowanie w grupach wsparcia oraz wkład znaczących innych” (s. 266). Takie zestawienie dwóch sfer wpływów oznacza przekonanie autorki o kompletnej niemożności radzenia sobie samodzielnie. Trzeba jednak uważać, kogo uczynimy naszymi „znaczącymi innymi”. Jawność autoekspresji bez względu na stygmat wobec wybranej grupy (wspierającej tudzież znaczącej) w parze z ukrywaniem stygmatu w kontaktach z „niewtajemniczonymi” – jak czytamy – „prowadzi do zamykania się w społecznych enklawach” niczym w więzieniach zaludnionych przez sobie podobnych (s. 207). Jest to zbyt kategorycznym (czy też mylnym) stwierdzeniem, jako że ukrywanie stygmatu równie dobrze może skłaniać do dążeń przeciwnych, na przykład odcięcia się od danej społeczności. W każdym razie sytuacja zdaje się być bez wyjścia.

Mimo to Czykwin nie szczędzi udzielanie rad osobom stygmatyzowanym rad będących zbiorem pustych sloganów oraz infantylizacją, upupieniem potencjalnych adresatów (s. 268).

Są u Czykwin momenty, w których w swym słusznym zapędzie posuwa się cokolwiek zbyt daleko. Spójrzmy: „pojawienie się AIDS oraz permanentne mylenie homoseksualizmu z pedofilią, transseksualizmem i transwestytyzmem (w Polsce) zdaje się podtrzymywać społeczne odium zarówno wobec kobiet, jak i gejów” (s. 300). Odium to synonim wstrętu czy odrazy. Trudno zaprzeczyć istnieniu licznych form dyskryminacji kobiet, jednak wstręt i odraza?

„Określenia: chory na AIDS, lesbijka, bezrobotny, otyły czy dziecko z chorobą Downa etc. mają negatywną konotację, ale nie można przecież z nich zrezygnować. Próbuje się więc zamienić takie określenia słowami nieobciążonymi (np. gej, puszysta pani, sprawni inaczej) lub zmienić negatywne konotacje (…) na przyjaźniejsze” (s. 28). Zupełnie nie rozumiem, w myśl jakich uzusów językowych słowo „lesbijka” niesie konotację negatywną, a – do kompletu – „gej” jest neutralne, poza tym dość zabawne wrażenie robi zestawienie szeregów „nie do pary”. Czykwin jednak podsuwa nam politycznie poprawne ekwiwalenty wyrażeń niestosownych na s. 96. Znajdziemy wśród nich kuriozalnych „puszystych”, „kochających inaczej” i „sprawnych inaczej”, jednak możemy odetchnąć z ulgą, posługiwanie się nimi nie jest przymusowe. Ku wyraźnej uldze Czykwin postulaty poprawnego politycznie języka nie są powszechnie aprobowane (s. 97). Rzeczowa wymiana myśli w języku niewykluczającego dialogu nie ucierpi, jeśli ktoś raz czy drugi chlapnie „pedałem” (zdanie zbudowane z fraz ze s. 96). Choć we wskazanych passusach autorka jasno deklaruje się swe sceptyczne nastawienie do politycznej poprawności, w innym miejscu powołuje się na nieokreślonych przeciwników tej konwencji. Czykwin pisze, iż wedle argumentacji owych przeciwników „political correctness zmusza do wprowadzenia do języka np. polskiego określeń obcych, np. gej, co oznacza zachwaszczanie języka, a przede wszystkim nie jest powszechnie zrozumiałe lub może mieć groteskowy charakter jak w przypadku (…) propozycji zmiany nazwy Placu Inwalidów w Warszawie na »Plac Niepełnosprawnych«” (s. 418). To moment godny uwagi, gdyż przy okazji mamy tu błąd logiczny. Czykwin myli skutek z przyczyną.

W Stygmacie społecznym rażą ponadto usterki spowodowane niedostateczną kompetencją jeżeli chodzi o rozmaite niuanse nie tylko dzisiejszej, ale nawet „wczorajszej” humanistyki. To, co na s. 361 jest dla Czykwin odkrytym w etnometodologii zjawiskiem et cetera, to raczej – jak wynika z kontekstu – działanie Jakobsonowskiej funkcji fatycznej języka. Lingwistyka to najwyraźniej wiedza tajemna, skoro Czykwin pisze: „Stwierdzenia w rodzaju: »Wszyscy dyrektorzy honorują święta prawosławne i pracownicy oczekują tego od pana«, wydają się mocnym argumentem” (s. 272). W świetle wymogów, jakie uczestnikom racjonalnej dyskusji stawia się w logicznej teorii języka, przytoczony argument (posługujący się na domiar złego kwantyfikatorem generalnym) należy do słabych (vide prace np. Teresy Hołówki). Idźmy dalej. Zgromadzone na s. 388 przykłady paniki moralnej, mające ilustrować to pojęcie, są niejasne w polskich realiach jako przynależne brytyjskiej popkulturze. Przepisane z innego opracowania i niejasne także dla autorki, skoro członków subkultury rockersów nazywa „rokersami”.

Czykwin postanawia pochylić się też nad kwestią deprecjacji przedmałżeńskiej biografii żony, czego znamieniem jest utrata panieńskiego nazwiska (s. 94). Gdzie indziej wszelako jako rzecz niegdyś oczywista określone jest „pozostawanie przez kobiety przy nazwisku panieńskim” (s. 133). Ależ odwrotnie: oczywistym, a nawet nieuniknionym było przybieranie nazwiska mężowskiego. Studia feministyczne w sposób wieloaspektowy tłumaczyły te uwikłania i przywołanie zdawkowej ich rekapitulacji pióra Czykwin nie jest konieczne, jednak odnotować należy, że autorka utrzymuje, iż w języku angielskim „gramatyka stygmatyzowała kobiety zamężne” (sic!) jako te, o które – z uwagi na Mrs przed nazwiskiem – nie należy zabiegać. Miss nie jest (czy też nie było, bo tu użyty jest czas przeszły) wedle Czykwin stygmatem staropanieństwa. Nie ma mowy o niedyskryminującym honoryfikatorze Ms., który w ogromnej mierze dezaktualizuje problem. Czykwin nie wspomina również, że nie jest on rozwiązany raczej w języku francuskim, gdzie – o ile mi wiadomo – do dzisiaj pokutuje podział „dwuwartościowy” i brak neutralnej, albo choć neutralizującej paternalizm formy. Osobliwe uwagi Czykwin dotyczące myśli feministycznej możemy znaleźć na s. 49-50.

Deklarowana (vide tylna część okładki) „interdyscyplinarność” książki każe sytuować ją na polach socjologii, pedagogiki i psychologii społecznej (zresztą to ostatnie to dla mnie „chłoporobotnik i boa grzechotnik”), w których istotną rolę odgrywają badania własne. Czykwin takich nie wykonała. Zdecydowana większość przykładowych przypadków, jakimi ilustruje swe wywody, wzięta jest z opracowań cytowanych – obcojęzycznych (by nie powiedzieć: amerykańskich) i pochodzących sprzed lat. Zasadniczo Stygmat społeczny zawiera liczne propozycje klasyfikacji wpływów i skutków piętnowania na tożsamość. Jednak systematyzacje dokonane przez Czykwin w myśl różnych teorii psychologicznych (głównie z akcentem na interakcje) kompletnie tracą na znaczeniu. Ich wartość perswazyjną – a nawet poznawczą – przekreśla światopoglądowy wydźwięk książki. W rzekomo zainspirowanych dziełami Pierre’a Bourdieu partiach rozdziału pt. Obrona Ja przed skutkami stygmatyzacji znajdziemy takie spojrzenie na istotę społecznych protestów (w których „celują” rozmaite mniejszości):

W wyniku walk tych, którzy są za, z tymi, którzy są przeciw, to co partykularne powoli drąży zastany ład i porządek rzeczy oraz wyobrażenie tego porządku przez konserwatywnych obywateli. Jest to denerwujące, ponadto dążenie do społecznie wynegocjowanego ładu przeciąga się w czasie, grożąc permanentnym chaosem. Mniejszości, na wzór terrorystów, uniemożliwiają utworzenie społecznego ładu (s. 332).

Tak, dominujące życie społeczne grupy interesów (by było egzotycznie i absurdalnie, Czykwin stawia na misz-masz: poza mniejszościami narodowymi i seksualnymi wymienia przeciwników „stacji benzynowych, pornografii, agencji towarzyskich, spalarni śmieci, dzwonów kościelnych” oraz miłośników sportów ekstremalnych i… parkingów) „zaprzątają głowy spokojnych obywateli niekończącymi się sporami, które utrudniają wszelkie działanie” (s. 331). Aktywiści, strzeżcie się; lepiej zapomnijcie o Strukturalnych przeobrażeniach sfery publicznej Jürgena Habermasa i Antagonistycznych przestrzeniach publicznych i polityce demokratycznej Chantal Mouffe!

Wracając do zacytowanego wyżej retorycznego pytania ze s. 261, wedle autorki przynajmniej akceptacja homoseksualności przez społeczeństwo „jest w rozsądnej perspektywie czasowej nieosiągalne” (s. 210). Dzięki postawie zaprezentowanej w rzetelnym, wyczerpującym i wielostronnym opracowaniu teoretycznych i praktycznych aspektów piętnowania i dyskryminacji, jakim jest Stygmat społeczny, rzeczywiście nieosiągalne. Książka jest skandalicznym popisem niekompetencji sankcjonowanej tytułem naukowym autorki i renomą wydawnictwa. Notabene renomą niegdyś zasłużoną, dziś będącą pretekstem do dyktowania zawyżonych cen przy czynieniu oszczędności na pracy korektorskiej i redakcyjnej (co w omawianym opracowaniu poświadcza treść stopki). To co dla odbiorców niewyrobionych, np. studentów, szkodliwą dezinformacją, dla innych może być po prostu źródłem żartów.

Przybliżając we wstępie do Wynaleźć codzienność 2 myśl Michela de Certeau Luce Giard zauważa, że ujmowanie „rzeczy w formie wielkich projektów”, wypowiadanie się w sposób pompatyczny i tworzenie „ogólnego i uogólniającego dyskursu o społeczeństwie” znamionuje „niewystarczające opracowanie konceptualne”. Autorka notuje dalej: „Mając zazwyczaj odpowiedź na każde pytanie, dyskurs ów nie dopuszcza sprzeciwu, zręcznie omija konfrontację z rzeczywistością i nigdy nie spotyka się z odrzuceniem”. Deskrypcja ta może być przyłożona do Stygmatu społecznego. Kwestionowanie oczywistości wydaje się w naukach społecznych niemal obowiązkowe, tymczasem Czykwin wręcz chętnie posługuje się komunałami i zahacza swoją retoryką o teologię pastoralną. W jej duchu formułuje postulaty tolerancji, demarginalizacji i przeciwdziałania wykluczeniom (por. np. s. 38). Z nieco mniej zaściankowego punktu widzenia nietrudno zauważyć, że takie ujęcie służy jedynie dobremu samopoczuciu autorki, niewątpliwie uważającej się za osobę o otwartym umyśle i wyzbytą uprzedzeń. Otóż cała książka zdaje się być staraniem, by dopasować teorię Goffmana do własnych uprzedzeń. Czykwin nie widzi jednostek mogących być przedmiotem jej wywodów – realnych osób zagrożonych stygmatyzacją (jeśli w ogóle zgodzimy się na przyjęcie tego terminu) – a buduje ich abstrakcyjne grupowe reprezentacje. Wspomniany postulat tolerancji funkcjonuje u niej na zasadzie dobroczynności: jako pochylanie się nad nieświadomymi maluczkimi (wzmiankując „ideologię gejów” autorka nie odwołuje się do żadnej znaczącej pozycji z dorobku studiów genderowych, LGBT czy queer). W nieco bardziej życzliwej interpretacji można powiedzieć, iż Czykwin deklaruje zwiększoną wrażliwość na różnorodność współczesnych strategii życiowych, jednak czyni to w celu umocnienia swej własnej pozycji poprzez poddanie opisywanych cudzych doświadczeń dyskursywizacji. Poddanie nieudolne i umotywowane koniunkturalizmem w wersji o tyle nietrafionej, że – wbrew konwencjom cieszącym się największym uznaniem – pozbawionej cienia osobistej rękojmi i najmniejszej próby okazania współprzynależności. My i oni. Hołd dla mocno już przykurzonego paradygmatu każącego przemawiać z wyżyn odseparowanej od świata akademickiej Katedry w tym temacie nie mógł się sprawdzić.

Paulina Szkudlarek

Elżbieta Czykwin, Stygmat społeczny, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007. Cytaty lokalizuję w tekście, wytłuszczenia pochodzą ode mnie. Luce Giard przywołuję za jej Wprowadzeniem do: Michel de Certeau, Luce Giard i Pierre Mayol, Wynaleźć codzienność 2, przeł. Katarzyna Thiel-Jańczuk, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2011, s. XII.

Data wpisu: 7 lutego, 2012 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Związki na porządku dziennym

O Paradach Równości i projekcie ustawy o związkach partnerskich z Ryszardem Kaliszem (SLD) rozmawia Marta Konarzewska

800px 20080930 Ryszard Kalisz 300x199 Związki na porządku dziennym

Ryszard Kalisz

To nasze drugie spotkanie. Dwa lata temu na EuroPride jechaliśmy razem na platformie. Na ilu polskich Paradach Równości pan był?

O, na wielu. Prawie co roku jestem. Na pewno nie byłem na jednej…

…zakazanej…

…przez Lecha Kaczyńskiego w 2005 roku. Jako Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji zadecydowałem jednak o jej policyjnej ochronie. Prezydent Kaczyński podał mnie nawet do prokuratury, ale sprawę umorzono – demonstracja była legalna. Tak stwierdził Naczelny Sąd Administracyjny i Europejski Trybunał Praw Człowieka. Chodzę na parady, bo mam tam wielu przyjaciół. Mogę też zademonstrować mieszkańcom Warszawy, że poważny polityk potrafi się fajnie bawić z fajnymi ludźmi. Że walka o szanowanie godności każdego człowieka – homo– czy heteroseksualnego – walka o równe prawo do życia, także emocjonalnego, to niezwykle ważna sprawa.

Większość polskich polityków by się nie zgodziła. Z premierem na czele pokpiwają z pana, nazywając za jednym z tabloidów „tęczowym Ryśkiem”. A sprawę LGBT w Sejmie traktują jak dobrą rozrywkę, jeśli nie skandal. Co z tym robić?

Polski Sejm jest dziś bardzo konserwatywny. Traktuje się LGBT żartobliwie, trudno się przełamać do poważnej debaty. Wielu nie rozumie, że chodzi o kwestię tożsamości i godności człowieka.

„To jest haniebny, skandaliczny projekt, szkodliwy prawnie i moralnie” – tak posłanka Marzena Wróbel mówiła o projekcie ustawy o związkach partnerskich na posiedzeniu komisji sejmowej.

Poglądy prawicy, PiSowców mają źródło w kompletnym niezrozumieniu istoty rzeczy.

Którą SLD-owcy rozumieją? Jeden z działaczy, dyrektor Zakładu Usług Komunalnych w Suwałkach na przykład nie zgodził się na umieszczenie na słupach ogłoszeniowych plakatów kampanii społecznej „Miłość nie wyklucza”. W niej też chodzi o związki partnerskie.

Cóż, SLD nie jest jednorodne. Ja sam w listach od zdeklarowanych członków czytałem: nie zajmujcie się tymi homoseksualistami. Zajmijcie się poważnymi sprawami: emeryturami. A jednak, lewica to formuła ideowa nastawiona na człowieka w każdym przejawie aktywności. Np. stosunki pracy nie są ważniejsze niż ludzka tożsamość osobista. Środowiska LGBT są różne, ale walka o godność każdego człowieka…

…jest „lewicową sprawą”?

I więcej. Jest sprawą otwartości umysłu. Ustawa o związkach partnerskich, której pierwsze czytanie odbyło się 27 lipca 2011 roku została przygotowana przez Grupę Inicjatywną ds. związków partnerskich. Takie środowiska nazywam obywatelskimi i podkreślam: ważne, by były aktywne. Wtedy politykowi jest łatwiej przekonywać innych polityków.

Niektórzy mówią: ustawa chybiona, chcemy więcej, chcemy małżeństw…

Zawsze ktoś chce więcej. To nierealne z racji konstytucyjnej definicji małżeństwa i wielkiego oporu społeczeństwa. Rozumiejąc, co jest realne, wyciągamy sprawę związków z systemu prawa osobistego i umieszczamy ją w systemie prawa zobowiązań. Związek partnerski to według projektu ustawy umowa cywilnoprawna.

Według ustawy, która jest niezgodna z konstytucją – mówią przeciwnicy.

I mówią nieprawdę. Artykuł 18. Konstytucji wskazuje, że państwo wspiera małżeństwo, rodzinę i macierzyństwo, ale to nie znaczy, że nie umożliwia innym ludziom zawierania innych związków. Konstytucja, w swej istocie wolnościowa, ustanowiła państwo jako gwaranta ochrony wolności obywatelskiej. A po stronie Sejmu leży obowiązek dopełnienia jej przepisów.

W tym świetle to brak związków partnerskich jawi się jako niekonstytucyjny.

Mamy też artykuł 1, który mówi, że Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli. Wszystkich. Zawarcie umowy zgodnie z Konstytucją nie zmienia stanu cywilnego. Daje jednak prawa cywilne. Można przyjąć nazwisko partnera, dodać jego nazwisko do swojego. To daje niezwykle ważne poczcie wspólnoty, rodzinności.

Osobom dorosłym. A dzieciom? 50 tys. dzieci w Polsce wychowuje się w związkach nieheteroseksualnych, a 25 proc. – w nieformalnych. Ich życie się zmieni po wprowadzeniu tej ustawy?

O dzieciach nie mówimy. Tu obowiązuje Kodeks Rodzinny i Opiekuńczy. Ustawa o związkach nic nie zmieni.

W sensie prawnym – nie. Ale w symbolicznym? Wyobraźmy sobie dziecko, które wychowują dwie kobiety. Idzie do szkoły i słyszy: a kim jest ta druga pani? A gdzie twój tato? Wstydzi się powiedzieć, czuje się źle. Albo nic nie wie, bo mamy – z lęku o jego dobro – nie wytłumaczyły. Ustawa o umowie związku partnerskiego wprowadzi, nie tylko w system prawny, bo też do świadomości społecznej, inną wspólnotę rodzinną niż rodzina nuklearna.

Och, marzyłbym o tym. To piekielnie ważne, by tworzyć stan świadomości innych ludzi, innych dzieci, kreować szacunek.

Który często jest skierowany na to, co narzucone prawnie. Słuszne prawnie wydaje się słuszne moralnie. Czy czytanie projektu ustawy przed większą ilością obywateli nie współtworzyłoby stanu świadomości obywatelskiej? Dlaczego Marszałek Schetyna skierował ją do czytania w komisji, a nie na forum całego Sejmu?

Marszałka bym bronił. Wiedział, że szefem komisji praw człowieka jestem ja, znał poglądy moje i szefa polityki społecznej, posła PO Sławomira Piechoty. Odbyło się to w sposób wyważony. By nie antagonizować, a znaleźć wspólnotę wśród posłów, co do szacunku dla wszystkich ludzi w Polsce. Ważne, że pierwsze czytanie się w ogóle odbyło.

Projekt skierowano do podkomisji*. Co dalej?

Nie mamy złudzeń, w obecnej kadencji ustawa nie przejdzie. No, zobaczymy, nie jestem aż takim pesymistą.

Jakiś rok temu na spotkaniu poświęconym sytuacji osób LGBT powiedział pan, że realistycznie patrząc, ustawa o związkach partnerskich zostanie uchwalona około roku 2016 – czyli po wyborach w roku 2015.

Myślałem – w kadencji 2011–2015 otwarte poglądy mogą jeszcze nie zyskać przewagi w parlamencie, a w 2016 – już tak. Ale być może zgrzeszyłem wtedy brakiem optymizmu.

A teraz – optymizmem?

Teraz mam optymizm, znam wielu posłów z PO (bo PiS jest jednorodnie negatywnie nastawiona), nie jakoś wybitnie dużo – kilkadziesiąt…

…co do poglądów i decyzji których ma pan pewność?

Nie, na pewność nie można liczyć. Ale jeśli tych kilkadziesiąt osób wpłynie na kolegów i koleżanki z PO, może się uda.

Jakie musiałyby być warunki polityczne, żeby się udało, jeśli nie teraz, to po wyborach?

Jest zasada dyskontynuacji. Trzeba będzie od nowa złożyć inicjatywę ustawodawczą. I to zrobimy. Ja tego dopilnuję. Jeśli znajdę się w przyszłym parlamencie, będę ją promował.

Jako jeden z priorytetów SLD?

Niezwykle ważny priorytet.

I jeśli dojdzie do koalicji SLD-PO…

…postawimy to na porządku dziennym.

Trzymamy za słowo. Do zobaczenia więc na następnej paradzie?

Na pewno. Jak widać lata parad przynoszą rezultaty.

Sprawie mógłby pomóc jakiś polityczny coming out. Możemy się go spodziewać?

Nie wiem. Ale jest mi to obojętne. Każdy ma prawo obywatelskie do tego, żeby intymne informacje o sobie zatrzymać dla siebie. Albo, jeżeli chce – je ujawnić. Trzeba szanować także te prawa obywatelskie.

Na koniec świeża sprawa: rezygnacja Roberta Biedronia ze startu w wyborach z list SLD. Czy SLD ma sobie coś do zarzucenia w tej kwestii?

Bardzo żałuję, że Robert Biedroń nie porozumiał się z kierownictwem SLD. Ja od roku w nim nie jestem. Z Robertem współpracuję od wielu lat i uważam go za niezwykle inteligentnego człowieka. Szkoda też, że w wyniku tej sytuacji pojawiły się niezbyt zręczne wypowiedzi. Jestem przekonany, że będzie miał on nadal wysoką pozycję w walce o godność każdego człowieka.

*W skład sejmowej podkomisji ds. związków partnerskich wchodzą Zdzisława Janowska (SLD), Agnieszka Kozłowska-Rajewicz (PO), Janina Okrągły (PO), Norbert Raba (PO, przewodniczacy podkomisji) oraz Piotr Walkowski (PSL). Na jej pierwszym posiedzeniu (17.08.2011 r.) podjęto decyzję o zamówieniu ekspertyz dotyczących zgodności projektu z konstytucją i jego zharmonizowania z innymi ustawami. Przedstawicielka SLD była nieobecna (przyp. red.).


Data wpisu: 9 grudnia, 2011 autor wpisu: Replika  |  Komentowanie nie jest możliwe

Xue Xinran, „Dobre kobiety z Chin”, Fabienne Verdier, „Pasażerka ciszy”

Chiny, kraj wciąż w ogromnej mierze nieznany, tajemniczy i w pewnym sensie również złowrogi, oglądany pod różnymi kątami, to wdzięczny temat dla literatury zaangażowanej, i niewątpliwie ukazuje się sporo godnych uwagi książek, szczególnie socjologizujących reportaży na jego temat. Ostatnio miałam okazję przeczytać dwa, opublikowane nakładem wydawnictwa W.A.B. w serii Terra Incognita: Xue Xinran, Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia, oraz Fabienne Verdier, Pasażerka ciszy. Dziesięć lat w Chinach.

Xue Xinran była na początku lat dziewięćdziesiątych dziennikarką radiową, która w swoim nadawanym późna porą programie, „Słowa na wieczornym wietrze”, poruszała kwestie kobiece, i była w tym pionierką. Po paru latach, w 1997 roku, wyjechała do Anglii, gdzie pracowała w jednym z ośrodków studiów azjatyckich. Zdecydowała się opublikować swoje radiowe opowieści w formie książkowej. Autorka nie kryje swego warsztatu. Wspomina, w jaki sposób pozyskiwała tematy, dokąd jeździła, kto do niej pisał, kto dzwonił, co się działo za kulisami, wśród koleżanek i kolegów z redakcji, etc. Opowiada o swoich reakcjach na poznawane historie, jak również o swojej szokującej – w świetle jej własnych przeżyć z przeszłości – naiwności.

Porusza wszelkie „dyżurne” tematy feministyczne, charakterystyczne dla wczesnego etapu świadomości konieczności emancypacji. Uwzględnijmy także chińską specyfikę. Czytamy zatem historię dzieci „reedukowanych”, prześladowanych za domniemane winy rodziców w epoce rewolucji kulturalnej. Czytamy o nieszczęśliwych zamążpójściach. O parach rozdzielanych przez władze na długie dziesięciolecia. O profesorach zsyłanych do najbardziej zapadłych prowincjonalnych wiosek. Wyjaśnijmy – prowincjonalna wioska równa się kompletnemu upokorzeniu i deklasacji.

Potem czytamy o zmienionych już Chinach: o tygrysicy biznesu, z sercem złamanym przez wiarołomnego partnera (dodajmy, że w swoim czasie cudzołóstwo, czyli związki niezawarte jako śluby za zezwoleniem organizacji partyjnej, było przestępstwem). O wartości dziewictwa. O powinnościach rodziców wobec dzieci i vice versa. O próbie zalegalizowania chińskiego stowarzyszenia homoseksualistów.

Zebrane relacje, wspomnienia, zwierzenia, układają się w obraz upiorny. Prześladowania, niszczenie dorobku myśli i zasobów materialnych, rozbijanie rodzin – ze strony rewolucjonistów. Jednocześnie kultywowanie mizoginicznych tradycji, wiara w przesądy i samopotwierdzające stereotypy…

Dziennikarka, świadoma wieloletnich praktyk spychania intelektualistów na sam dół drabiny społecznej, dziwi się, gdy kobietami znakomicie wykształconymi okazują się na przykład zbieraczka śmieci, która żyje na ulicy (rozdział „Śmieciarka”) i stara wieśniaczka, w ramach reedukacji wygnana z akademii muzycznej i zmuszona do małżeństwa z przypadkowym chłopem, życia z pracy fizycznej, w osadzie pod partyjną kontrolą. Kiedy się nad tym zastanowić, wydaje się, że Xinran wypierała możliwość, iż podobnego degradującego, odbierającego materialne podstawy bytu i prestiż mogłoby się przydarzyć także i jej. Czuć, że powierniczki Xinran nigdy wcześniej nie miały z kim porozmawiać – tak, powiernictwo bywa wzajemne. Dziennikarka i wysłuchuje, i obnaża się sama (w rozdziale „Dzieciństwo, którego nigdy nie zapomnę”).

Niektóre z życiorysów oceniamy jako dobrowolne lub pełne rezygnacji poddanie się tokowi wydarzeń, które były do uniknięcia, na przykład przy ciut większej autorefleksyjności czy dzięki aktom obyczajowego nonkonformizmu. Inne epatują grozą sytuacji wszelkiego rodzaju zastraszenia, zniewolenia, przymusu, szantażu, przemocy, czy nieopisywalnej nędzy. Autorka przez długi czas nie zawadzała władzom. Pracowita, chętnie przyjmowana we wszystkich miejscach, w których zbierała materiały do programów, awansująca w radiowej hierarchii. Zdarzało się jednak, że odmawiano jej zgody na emisję audycji na określony temat, na przykład o wpędzeniu w chorobę psychiczną córki generała Kuomingu („Córka kuomintangowskiego generała”). Trafiały się też problemy z cenzurą „na żywo”, na przykład gdy do programu zadzwoniła kobieta domagająca się depenalizacji homoseksualizmu i szacunku dla homoseksualistów, a co więcej, wymuszająca na prowadzącej sformułowania opinii w tych kwestiach (rozdział „Kobieta, która kochała kobiety”). W przypadku owej rozmowy telefonicznej nie zadziałała aparatura opóźniająca emisję. Xinran nie mogła na antenie zbyć rozmówczyni, dowodząc wobec rzesz słuchaczy funkcjonowania cenzury, nie chciała też podpaść przełożonym. W kontrolce oddechy wstrzymywała cała ekipa radia, łącznie z dyrektorem.

Autorka porusza jeszcze jeden obowiązkowy, klasyczny feministyczny temat: kobiety i religia („W co wierzą Chinki”). W przypadku Chinek, z którymi rozmawiała, raziła bezrefleksyjność i interesowność wynikająca nie z potrzeb duchowych, a z koniunkturalizmu. Na przykład respondentki mówiły, że warto zostać chrześcijaninem, bo chrześcijan jest na świecie tak wielu, „że coś w tym musi być”, albo że modlą się ludzie starzy i biedni, czyli ci, którzy mają o co prosić: „Jeśli się wzbogacę, nie będę niczego wyznawać. A jeśli dalej będę taka biedna, to zacznę” (odpowiednio s. 115 i 116).

Dobre kobiety… czytałam z przerażeniem walczącym o lepsze z ulgą. To mnie nie dotyczy, to nie nasz świat. Lektura była tym ciekawsza, że niewiele wcześniej miałam okazję przeczytać Pasażerkę ciszy, wspomnienia Fabienne Verdier, młodej absolwentki francuskiej uczelni artystycznej, która uznała, że fascynuje ją malarstwo chińskie i po przeczytaniu jednego klasycznego chińskiego traktatu filozoficznego wystarała się o stypendium w Syczuanie. Była tam przez dziesięć lat. Wpierw w miejscu, w którym ją umieszczono, czyli w akademii sztuk pięknych, w której deprecjonowano dawne osiągnięcia artystyczne i zniechęcano do kontynuacji tych dróg, potem uczyła się od zapomnianych emerytowanych profesorów. Stopniowo nauczyła się języka, towarzyska i otwarta, pozyskiwała znajomości i przyjaźnie, jednak – z odbiorczego punktu widzenia – bardzo komplikowała życie osobom odpowiedzialnym za jej pobyt, wszędzie się wyróżniała (siłą rzeczy, jako Francuzka) i przyciągała uwagę. Nieprawdopodobnie razi jej ignorancja (kompetencje ogólnokulturowe) i pretensjonalność: snobistyczne powoływanie się na przypadkowo dobierane i wyrwane z kontekstu lektury, powierzchowność sądów, wybujałe aspiracje kamuflowane pokorą wobec „starożytnej wiedzy i sztuki”, słowem, dziecinada.

Jednak opisy Verdier oddają fascynujące i przerażające realia Chin sprzed ćwierćwiecza zarówno jeśli chodzi o materialne podstawy bytu, jak i organizację społeczną.

Xinran wspominała, że impuls do publikacji Dobrych kobiet… dało jej czyjeś stwierdzenie o tym, jakoby w Chinach panowało równouprawnienie kobiet i mężczyzn. Pierwsza myśl: któż mógł dokonać takiej „oceny” na podstawie faktu noszenia przez wszystkich obowiązkowych, niwelujących gender „mundurków”? Druga myśl: łatwo obśmiać ignorancję, trudniej ją rozproszyć. Zarówno Xinran, jak i Verdier opowiadają o świecie definiowanym przez rozbudowane struktury hierarchizujące ludzi, oczywiście ukazując bezmiar krzywd. Co łączy te dwie relacje, to uświadamianie – mimochodem – skali triumfu propagandy. Obie autorki u startu nie zdawały sobie sprawy z tego, jaka jest realna sytuacja w Chinach, niemal na wiarę biorąc oficjalne przekazy. Zdobywanie lepszej orientacji współzachodziło ze staraniami o poszerzenie przestrzeni własnej swobody, wpierw dość „na oślep”, potem z coraz większą empatią wobec osób, które mogły ponosić represje owych cudzych starań.

Verdier opisuje ponadto swoje – lekkomyślne podejmowane – podróże na prowincję, na tereny zamieszkiwane przez mniejszości etniczne, nawet nie tyle zmarginalizowane co spisane na straty czy metodycznie wyniszczane. Zauważmy, iż w czasie chińskiej dekady „pasażerki ciszy” światowa opinia publiczna była już poruszona wiedzą o prześladowaniach Tybetańczyków. Dzięki działalności XIV Dalaj Lamy była to tematyka poruszana na forach poświęconych obronom praw człowieka, tylko bądź samej Verdier nieznana, bądź celowo przez nią pomijana. Malarka do dzisiaj zachowuje dobre kontakty z Chinami (ergo chińskimi władzami), i może z rozmysłem unikać w swych publikacjach tematów klasyfikowanych przez Chiny jako kontrowersyjne.

Xinran z kolei interesująco balansuje pomiędzy rejestrowaniem historii jednostkowych a ogólnospołeczną a nawet polityczną skalą systemowych represji. Z pozoru jest idealistką, ale jej umocowanie zawodowe daje jej pewną moc sprawczą. Zresztą gdy Verdier podróżuje po terenach, w których zachowały się specyficzne zwyczaje, widzi jedynie folklor i popełnia gafę za gafą, co pociąga za sobą dość poważne konsekwencje… dla osób jej towarzyszących. Kiedy zaś Xinran jedzie do biednej osady na Wzgórzu Wołania, robi to w ramach pewnego rodzaju konwoju pomocowego. Chodziło tam wprawdzie o – pardon, taka idea przyświecała misji – cywilizowanie zakątków zapomnianych przez rewolucję, jednak Xinran jest pokorną obserwatorką, niezostawiającą za sobą zgliszcz.

Polaryzacja, to jest pochwała postawy Xinran i deprecjacja Verdier, byłaby niesprawiedliwa, tu potrzeba balansu. Jednak od strony podejścia życiowego Pasażerka ciszy budzi więcej moralnych oporów. Dodajmy, że autorka pojęła się później pracy w ambasadzie, z jednej strony legitymizując chiński porządek świata, z drugiej podkopując go swoimi niekonwencjonalnymi działaniami, sprawiając kłopoty osobom trzecim. Po upływie zatrudnienia w służbach dyplomatycznych powróciła do Francji i poświęciła się malarstwu.

Wnioski z obu lektur nie mogą być odkrywcze: Chiny to kraj kontrastów. Rozwarstwienie i nierówności społeczne były bolączkami i przed Mao Zedongiem, i za rewolucji kulturalnej w późnych latach 1960., i po jej najcięższej fali, i po otwarciu się na kapitalizm, przy czym dojmująco brakuje krytyki niesprawiedliwości, i przeciwdziałania jej. Pierwszym krokiem ku temu może być rozpoznanie tematyki, na przykład próba diagnoz opartych na herstoriach (choć przyznam, że bardzo nie lubię tego terminu). Xinran wyszła z nimi ku odbiorcy zachodniemu, po tym, jak wzbogaciła swą perspektywą poznawczą udziałem w życiu społeczeństwa demokratycznego i przynajmniej w pewnej mierze starającego się respektować jednostkowe prawa i wolności. Daleka od mitologizacji i pseudomistycznych uniesień, wypowiada się w sprawach zasadniczych, porusza świadomość czytelników. Nie kieruje się marzeniem o samorozwoju, ale jak najlepiej rozumianym interesem zbiorowym.

Przywołajmy słynne słowa bell hooks dotyczące akademickich narracji werbalizujących przeżycia podmiotów podporządkowanych obcej sobie władzy ekonomicznej, przekształcającej się we władzę retoryczną i ideową: „No need to hear your voice when I can talk about you better than you can speak about yourself”*. Xinran nie ukazuje „dobrych kobiet z Chin” z pozycji swej wyższości. Jest jedną z nich, jej własna historia jest również wstrząsająca. Dostała szansę, by stać się rzeczniczką „głosów z ukrycia” (tak – przypomnijmy – brzmi podtytuł książki), i szansę wykorzystała.

Paulina Szkudlarek

Xue Xinran, Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia, przeł. z angielskiego Katarzyna Kulpa, W.A.B., Warszawa 2008.
Fabienne Verdier, Pasażerka ciszy. Dziesięć lat w Chinach, przeł. Krystyna Arustowicz, W.A.B., Warszawa 2007.

*Cytowany artykuł bell hooks ukazał się pod tytułem Margines jako miejsce radykalnego otwarcia w przekładzie Ewy Domańskiej, w „Literaturze na Świecie” nr 01-02/2008.

Data wpisu: 26 listopada, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Komentarz w sprawie zapowiadanych przez polskie władze zmian prawnych dot. korekty płci

Polski rząd ma się wkrótce zająć tematyką korekty płci. Wiceminister Sprawiedliwości Zbigniew Wrona chce, aby projekt odpowiedniej ustawy powstał pod okiem międzyresortowego zespołu.511305442 7597e42eb2 Komentarz w sprawie zapowiadanych przez polskie władze zmian prawnych dot. korekty płciZmianę obecnej sytuacji osób chcących skorygować płeć przedyskutują ministrowie spraw wewnętrznych, zdrowia, pracy i polityki społecznej oraz przedstawicieli komisji ds. Kodyfikacyjnych. Wrona oczekuje, że do procesu konsultacji włączone zostaną również „osoby zainteresowane tą tematyką”.

Ustawa miałaby ułatwić prawny proces korekty płci, określając tryb postępowania (sądowy bądź administracyjny) i rodzaj rozstrzygnięcia (orzeczenie, decyzja, zaświadczenie). Według Wrony prawo powinno także ustalić, co dzieje się z aktem urodzenia po prawnej korekcie płci, minimalny wiek dopuszczający proces, kwestię dokumentów wydawanych przed zmianą danych oraz wieku emerytalnego. Dyskusja obejmie ponadto procedurę diagnozy (badań i zabiegów), ich ewentualnej refundacji oraz kwestie małżeństw zawartych przed korektą płci i praw rodzicielskich.

Fundacja Trans-Fuzja cieszy się z tak jasnej deklaracji wiceministra co do potrzeby zmian prawnych w zakresie regulacji dot. korekty płci. Mamy nadzieję, że na deklaracji się jednak nie skończy, a konsultacje obejmą zarówno „osoby zainteresowane”, jak i organizacje pozarządowe działające m.in. na rzecz praw osób transpłciowych.

Jednocześnie Fundacja uczula na niektóre sformułowania pojawiające się w mediach i przypomina, że zarówno zabiegi, jak i inne formy interwencji medycznej (w tym także terapia hormonalna) są jedynie cząstką indywidualnego procesu dostosowywania ciała do tożsamości płciowej i według najnowszych standardów prawnoczłowieczych nie powinny stać się wymogiem prawnej korekty.

Zapraszamy do zapoznania się z dokumentem „Tożsamość płciowa a prawa człowieka” wydanym przez biuro Komisarza Praw Człowieka Rady Europy Thomasa Hammarberga

Źródła informacji:
rp.pl
onet.pl
polityka.pl


Data wpisu: 18 listopada, 2011 autor wpisu: Trans-Fuzja  |  Komentowanie nie jest możliwe

Homoseksualista to normalny człowiek

Łukasz mieszka w dużym mieście i angażuje się w sprawy LGBTQ. Postanowiłam z nim porozmawiać, żeby przekonać się dlaczego ktoś, komu zależy na naszej emancypacji nie uznaje Parady Równości, jak postrzega szanse na związki partnerskie i jak sobie radzi z homofobią. Czas pokazać, że nie tworzymy zwartej grupy i każdy sposób może być dobry, żeby poprawiać naszą sytuację.

565244 76738308 Homoseksualista to normalny człowiekJaki powinien być gej?

Przede wszystkim, gej powinien być odważnym mężczyzną, który twardo stąpa po ziemi i codziennie na nowo wyzbywa się swoich kompleksów. Nie powinien się ukrywać, ale także uciekać w „bycie oryginalnym”, żeby na siłę zostać zauważonym i zaakceptowanym. Spełniać się jako człowiek.

Czy chodzisz na Paradę Równości?

Nie chodzę na Parady Równości ponieważ uważam, że pokazuje skrzywiony obraz rzeczywistości polskich homoseksualistów, robi więcej szkody niż pożytku. Oczywiście – można powiedzieć, że to media kreują wizerunek Parady. Jednak Parada pokazuje to, co chce pokazać, promując to na swoim „czole”. Na przykład – media nie zmusiły w tym roku dwóch panów do założenia obcisłych kostiumów kąpielowych i podskakiwania z burzą tęczowych balonów na samym przedzie. Co to miało wspólnego ze związkami partnerskimi, o które postulowała Parada na ogromnym transparencie, ale już nieco dalej? Nic. Stacje telewizyjne pokazują to, co charakterystyczne i co przyciągnie uwagę widzów, a więc draq queen, panów w kostiumach kąpielowych, platformy z muzyką techno, a na nich pastor z tęczową stułą i politycy. Transparent już niekoniecznie. Gdyby twórcy Parady zaprezentowali kontrowersyjny performens o sytuacji polskich gejów w szpitalach, kiedy jeden z partnerów zaczyna chorować, a drugi nie może być informowany, czasem nawet nie ma prawa go odwiedzać, bo takie jest prawo, to zapewne uruchomiliby dyskusję na ten temat. W wieczornych programach publicystycznych właśnie na to zwrócono by uwagę, nie na „tęczową rewolucję” w rytmach techno. Zainteresowano by się związkami partnerskimi, a być może widzowie zastanowiliby się nad tymi problemami i nad propozycją ich rozwiązania. Przecież o to postuluje Parada, prawda? Niestety – co roku mamy ten sam schemat: platformy sponsorowane przez kluby gejowskie z ogrooooomnymi reklamami sponsorów, opłacone draq queen, podskakujące na obcasach, politycy lewicy podszywający się w obiektywach kamer pod obrońców gejów, a kiedy porozmawia się z nimi na osobności to okazuje się, że tak naprawdę ustawa „wymaga głębokiego przemyślenia”, zaś wprowadzenie świeckiego państwa „jest błędem”. Właśnie to oglądają Polacy w wieczornych serwisach informacyjnych, o tym rozmawiają, wyrabiając sobie zdanie o homoseksualistach. Dopóki Paradą rządzić będzie marketing, pieniądze oraz PR polityczny, dopóty nie warto na nią iść.

Nie da się zmusić społeczeństwa do tolerowania i akceptowania czegoś, co uchodzi za odejście od heteronormy, nie ma sensu z tym walczyć, uważa Łukasz

Czy uważasz, że ustawa o związkach partnerskich jest priorytetowa dla środowiska LGBTQ?

Jak najbardziej. Wraz z moim partnerem jesteśmy obecnie na etapie zakupu mieszkania, będziemy w nie wspólnie inwestować, mamy plany na przyszłość, a jak wiadomo – wszystko może się zdarzyć. Nie chcemy, aby to, co wspólnie budujemy przejął nagle ktoś, kto nie powinien. Mnie osobiście bardzo dotknęła także historia Przemka z Krakowa, którego partnera śmiertelnie potrącił samochód, a któremu nie chciano udzielić w szpitalu żadnych informacji na temat jego stanu zdrowia, bo nie był spokrewniony z pacjentem. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, tego stresu. Polskie prawo trzeba zmienić.

Czy Robert Biedroń i Ania Grodzka są dobrymi reprezentantami naszych interesów?

To trudne pytanie. Jeśli pytasz mnie ogólnie, odpowiem dyplomatycznie, że trzeba poczekać na rezultaty działań podejmowanych w obronie naszych interesów. Jeśli pytasz o chwilę obecną to odpowiedź brzmi: niech zaczną nas w końcu reprezentować zamiast wygrzewać się w świetle jupiterów. Kiedy widzę Biedronia w Sejmie obok Kalisza, w garniturze i ze szmacianą torebką na zakupy z marketu na ramieniu, który przekonuje, że krzyż to zło, a Konwent Seniorów jest „zebraniem najstarszych posłów” to się zastanawiam, po co on tam jest. Bo przecież nie po to, żeby załatwić mi odwiedziny mojego partnera w szpitalu i współdecydowanie o jego leczeniu oraz wspólne rozliczanie. Mniej lansu, więcej działania, choć obawiam się, że w przypadku Anny i Roberta tendencje będą odwrócone.

Walka z heteronormą na co dzień to dla Ciebie jakie zachowania czy sytuacje?

Nie walczę z heteronormami, ponieważ nie przylepiam sobie łatki „jestem gejem”. Nie daję sobie dzikiego przyzwolenia do tego, by żądać tolerancji czy akceptacji mnie, mojej orientacji, mojego związku. Takie przyzwolenie nadają sobie ruchy gejowskie. Ja żądam praw, bo tylko dzięki posiadaniu takich samych praw jak reszta społeczeństwa będę spokojny o przyszłość. Uważam, że akceptacja i tolerancja, o którą walczą stowarzyszenia to rzeczy, które nie poprawią komfortu naszego życia, mojego i mojego partnera. Bo po co mi akceptacja wszystkich Polaków, skoro sąsiedzi z naprzeciwka przynoszą nam klucze do swojego mieszkania przed wyjazdem na urlop i mówią „Panowie, prosimy co jakiś czas zapalić światło i podlewać kwiaty. My wracamy z dziećmi za dwa tygodnie”. To mi wystarczy. Nie da się zmusić społeczeństwa do tolerowania i akceptowania czegoś, co uchodzi za odejście od heteronormy, nie ma sensu z tym walczyć.

1118479 57096606 Homoseksualista to normalny człowiek
pudełka

Zaprzeczasz stereotypowi promiskuitycznego geja – od kilku lat jesteś w stałym związku – nie ciągnie Cię do innych mężczyzn? Nie chcesz otwartego związku?

W tej kwestii mam konserwatywne poglądy i jestem monogamistą.

Czy wierzysz, że można kochać kilka osób jednocześnie i tworzyć z nimi związki?

Nie wierzę w miłość do kilku osób jednocześnie. Nie można dzielić serca na części, zazwyczaj chodzi o seks, pociąg seksualny czy niespełnione napięcie, które celowo nazywamy miłością aby siebie usprawiedliwić. Tak się dzieje zarówno u homo– jaki heteroseksualistów. I tu znowu pojawiają się zw. partnerskie. Brak uregulowań prawnych, czyli tych granic prawnych, które wspierają związek powoduje, że geje i lesbijki sami muszą podtrzymywać granice, zbudowane podczas tworzenia związku. Dlatego związki homo łatwiej się rozpadają, kiedy pojawia się wizja drugiego, trzeciego, czy drugiej i trzeciej. U „heteryków” państwo i Kościół wzmacniają te granice. To powoduje, że po fali pierwszego kryzysu czy przelotnego romansu trudniej podjąć decyzję o rozwodzie, pozostawieniu rodziny. Opinia, że tylko geje i lesbijki tworzą otwarte związki jest błędna. Bo czym są wieloletnie kontakty mężów i żon z kochankami, jeśli nie formą otwartego związku?

Bliższe są Ci ideały lewicowe czy prawicowe, czy jeszcze może jakieś inne?

Zdecydowanie lewicowe. Nigdy nie zagłosowałem na Platformę, ale zdarzyło mi się zagłosować na PiS. Wstydzę się tego do dziś.

Wymuszanie tolerancji i akceptacji poprzez tęczowe parady jest błędem

Twój najlepszy przyjaciel zaczyna się zmieniać aż pewnego dnia oznajmia Ci, że jest w trakcie przyjmowania hormonów, bo chce dokonać korekcji płci. Co czujesz i co odpowiadasz mu na to wyznanie?

Na pewno zdziwienie, ale również podziw, że decyduje się na taki krok. Poznałem osoby trans. W mojej ocenie to osoby bardzo poranione wewnętrznie. Nie chciałbym, żeby on taki był, dlatego postarałbym się być z nim i wspierać go.

Przez pewien czas byłeś wolontariuszem KPH – dlaczego odszedłeś?

Głównym powodem były zamieszki o kierowanie grupą, do której należałem, które pochłaniały w pewnym momencie większą część spotkań. Poza tym, walka o tolerowanie i akceptowanie czegoś, co nigdy nie zostanie zaakceptowane w tym kraju, sposób walki, czyli tęczowe flagi, konferencje, z których nic nie wynikało, rozdawanie prezerwatyw w klubach – w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że jestem ponad to i „nie kręci” mnie to, bo zupełnie się z tym nie zgadzam. Nadal trzymam kciuki za realizację idei, promowanych przez KPH, aczkolwiek w pewnych kwestiach apeluję o nie wypowiadanie się w imieniu całego środowiska homoseksualistów.

Zostajesz zaproszony na debatę o tym co geje i lesbijki powinni robić, żeby żyło się nam lepiej – co powiedziałbyś jako mówca?

Homoseksualizm nie jest łatką, którą można przypinać w celu odróżnienia od reszty społeczeństwa. Homoseksualista to normalny człowiek, który pracuje, zarządza personelem, awansuje, a po pracy robi zakupy, gotuje i spotyka się ze znajomymi, ale także imprezuje, chodzi do kina. W dowolnej kolejności. Łatka „jestem gejem” czy „jestem lesbijką” nie jest do niczego potrzebna. Wymuszanie tolerancji i akceptacji poprzez tęczowe parady jest błędem. Dlatego uważam, że współcześni geje i lesbijki powinni pamiętać, iż mają prawo być wyjątkowi sami w sobie, a mam wrażenie, że panuje jakaś dziwna moda na przyjmowanie pewnych kanonów zachowań, dyktowanych przez tak zwane „środowisko”. To nie jest dobre, bo jeśli w młodości człowiek nie odkryje swojej wyjątkowości to później będzie to już niemożliwe. A podążanie za modą i za środowiskiem w wieku 40 lat jest śmieszne i budzi śmiech, nie tylko mój. Patrz: Jacyków.

Czy spotkałeś się z przejawami homofobii w stosunku do siebie – jeśli tak, to jakimi i jak sobie poradziłeś?

Homofobia była obecna w mojej rodzinie. Poradziłem sobie najlepiej jak mogłem – odciąłem się od tej osoby.


Data wpisu: 18 listopada, 2011 autor wpisu: Monika admin Czaplicka  |  Komentowanie nie jest możliwe

Julie Otsuka, „Kiedy cesarz był bogiem”

To był ich kraj, to były ich domy, tam wychowywali dzieci, pracowali. Niektórzy nie wyznawali wiary przodków ani nie kultywowali tradycji, inni – zupełnie inaczej – nie posługiwali się nawet językiem, w którym spisano konstytucję. Na swe nieszczęście wyróżniali się wyglądem. Gdy wybuchła wojna…

Kiedy Stany Zjednoczone włączyły się do II wojny światowej pod koniec 1941 roku, po japońskich atakach na bazę marynarki wojennej w Pearl Harbor na Hawajach, amerykańskich Japończyków internowano. Wstęp celowo sugeruje, że chodzi o Zagładę europejskich Żydów, jednak – jak się okaże – analogie są dość zwodnicze.

W cenionej powieści Julie Otsuki przyglądamy się rodzinie Yamaguchi z kalifornijskiego Berkeley. Pan domu, jako szczególnie podejrzany, został szybko aresztowany przez FBI, potem zaś przetrzymywany gdzieś w Montanie. Jego żona i dwójka dzieci – starsza dziewczynka i nieco młodszy chłopiec – parę miesięcy później zostali przymusowo wysiedleni do obozu w Nevadzie… a może w Utah. Towarzyszymy rodzinie w wybranych momentach kilku wojennych lat: podczas przygotowań do ewakuacji, podczas długiej podróży, aklimatyzacji w nowym miejscu, i w trudnym czasie po powrocie do Berkeley.

Rodzina była znakomicie zadomowiona w miejscu zamieszkania. Miała zaprzyjaźnionych sąsiadów, skonsternowanych koniecznością podporządkowania się restrykcjom narzuconym przez władze, nieprotestujących, umiejących wyrażać wsparcie drobnymi a przecież cennymi gestami. Dzieci nosiły amerykańskie imiona i posługiwały się wyłącznie językiem angielskim, co nie jest zadeklarowane, ale ukazane w momencie próby nawiązania kontaktu z przypadkowym współpasażerem przesiedleńczego pociągu (s. 22). W obozie one i matka zakwaterowani zostali z licznymi przedstawicielami japońskiej diaspory, a była ona różnorodna. Towarzysze niedoli mogli być kimkolwiek: kwiaciarzami, kelnerami, pucybutami, rybakami, instruktorami judo, byłymi dyrektorami generalnymi jakiegoś zaibatsu czy keiretsu (może to za dużo powiedziane, jednak określenie, jakiego użyłam, jest parafrazą Otsuki, w innym zaś miejscu czytamy: „Pomywacz (…) był kiedyś kierownikiem działu sprzedaży w dużej firmie eksportowo-importowej” – s. 39), mnichami buddyjskim albo kapłanami shinto (s. 92), kultu, na które spadło szczególne odium. W jego ramach – i do tego odnosi się tytuł powieści – cesarzowi należała się boska cześć. Cesarz Hirohito był dla Amerykanów przywódcą państwa, z którym USA były w stanie wojny. Nie należało nawet wymieniać jego imienia, co rzecz jasna budziło niemal przymus, by to robić. Harryemu Yamaguchi cesarskie miano „czasem się wymykało” (s. 37). Był jednak dzieckiem, amerykańskim dzieckiem. Marzył o coca-coli z lodem, intensywniej jednak o tym, że jest bohaterem wojennym. „Zamknął oczy i wyobraził sobie, że (…) walczy na Wyspach Salomona. Albo leci na zwiad nad Mindanao” (na Filipinach), i orderem odznacza go MacArthur (s. 54), słynny dowódca wojska alianckich na Pacyfiku, w 1945 roku triumfujący nad Japonią. Tymczasem Harry

Biegał pośród baraków z innymi chłopcami bawiąc się w policjantów i złodziei albo w wojnę. „Zabij Szwaba!”, „Zabij Japońca!” (s. 38).

Obozowe braki nie były – dla czytelników pamiętających o realiach utworzonych przez hitlerowców gett, obozów koncentracyjnych i obozów zagłady – dotkliwe. Bez coca-coli i kremu do twarzy można żyć, stołówka natomiast nie dawała „żadnych dokładek… z wyjątkiem chleba i mleka” (s. 42, trzykropek pochodzi ode mnie – P.S.). Niekiedy elektryzujące internowanych groźby – że stworzone zostaną osobne obozy dla kobiet i mężczyzn, że nastąpi sterylizacja, a nawet rozstrzelanie (s. 48) – okazywały się tylko pogłoskami. Zresztą po podpisaniu odpowiedniej „lojalki” miejsce pobytu można było opuścić… i wstąpić ochotniczo do US Army.

Otsuka eksponuje lojalność internowanych wobec Stanów Zjednoczonych i ich brak zainteresowania „starym krajem”. Niemal w nawiasie wspomina osoby posługujące się wyłącznie językiem japońskim, wierne nie tylko tradycji, ale i cesarzowi. Tymczasem dzięki wywiadom z japońskimi jeńcami wojennymi i właśnie osobami internowanymi antropolożka Ruth Benedict pozyskała materiały do swej słynnej książki Chryzantema i miecz.

Po kapitulacji, czy z drugiej strony rzecz ujmując, po zwycięstwie aliantów Japończycy i Amerykanie japońskiego pochodzenia mogli wrócić do domów. Yamaguchi zastali swoją posesję zaniedbaną przez wojennych lokatorów, okradzioną z pewnych rzeczy, jednak budynek był jak najbardziej możliwy do zamieszkania, a ukryte pamiątki i inne istotne dla rodziny przedmioty okazały się bezpieczne – nietknięte.

Najboleśniejszym problemem okazał się społeczny ostracyzm. Zapowiedzią tego stanu był fakt, iż wychodząc z obozu, poza biletem kolejowym internowani otrzymywali kwotę 25 dolarów (s. 77). „Potem dowiedzieliśmy się, że tyle samo dostawali przestępcy zwalniani z więzienia” (s. 78). Zostali napiętnowani niczym próbujący wrócić do dawnego życia przestępcy. Przecież dla sąsiadów właśnie nimi byli, ba! byli zbrodniarzami. Wracający z azjatyckich frontów amerykańscy żołnierze opowiadali o koszmarach wojny z Japończykami, np. o wypadkach na polu walki („Okrążonych Jankesów oblano benzyną i podpalono, zamieniając ludzi w żywe pochodnie” – s. 79) czy torturach w obozach jenieckich („Wbijali nam pod paznokcie bambusowe drzazgi” – s. 78).

Na gwałtowności i zapalczywości żołnierzy w okrutnych starciach czy bezwzględności obozowych oprawców problem się nie kończył. „Ze wszystkich wrogów, z którymi Stany Zjednoczone kiedykolwiek toczyły wojnę totalną, Japończycy byli najbardziej Amerykanom obcy” to pierwsze słowa Chryzantemy i miecza Benedict, wskazujące na kulturowe niezrozumienie – i jego wielką potrzebę. Chęci „odkrycia przesłanej japońskiego stylu życia, sposobów postępowania” zabrakło berkeleyskim sąsiadom bohaterów powieści Otsuki.

Wciąż czekająca na powrót męża pani Yamaguchi z trudem znalazła nędzne zatrudnienie, nieadekwatne do jej przedwojennego statusu. Sytuacja była szczególnie bolesna dla dzieci. Nie chciały być brane za wrogów, zastanawiały się, co zrobić, by znów stanowić część amerykańskiej wspólnoty. Przechodząc w pierwszoosobową narrację przedstawicielki skrzywdzonego pokolenia, Otsuka pisze: „Zmienimy imiona, żeby brzmiały tak jak ich. A jeśli matka na ulicy zwróci się do nas po staremu, odwrócimy się, jakbyśmy jej nie znali” (s. 75). Zauważmy, że mały bohater ma na imię Harry, jak urzędujący od początku 1945 roku prezydent Stanów Zjednoczonych, który w historii zapisał się m. in. rozkazem zrzucenia bomb atomowych na japońskie miasta.

W szkole, deklaruje autorka, „zawsze byliśmy grzeczni” (s. 80). Zaznawali prześladowań ze strony koleżanek i kolegów, choć za wszelką cenę unikali nawet nie konfliktów, co konfrontacji: „przepraszam, że na ciebie patrzę, przepraszam cię, że tutaj siedzę, wybaczcie mi, że znów tu jestem” (s. 81). Nieznające tradycji kraju przodków dzieci potwierdzają tu nieświadomie stereotyp dotyczący japońskich inklinacji do ceremonialnych i przesadnych przeprosin, czy innego rodzaju zachowań „z pokorą i uniżeniem”. Weryfikują też tezę Ruth Benedict o kulturze winy i kulturze wstydu.

Powracający byli niemile widziani. Nieodróżnialni dla Amerykanów („wszyscy są tacy sami” – s. 92), co gorsza, przed wojna myleni z Chińczykami i innymi Azjatami – teraz już nie do pomylenia, ponieważ wiadomo było, kto wrócił z internowania – stali się adresatami rasistowskich (czyli raczej kojarzącymi się z Osią) obelg: żółtek, skośnooki, małpa (również s. 92). A przecież ci, których opisuje Otsuka, sami byli Amerykanami.

Wydaje się, że powieść Otsuki prezentuje – by tak rzec – lżejszą wersję historii europejskich, a szczególnie polskich Żydów. Fazy narastających prześladowań. Obostrzenia dot. działalności gospodarczej*. Koncentracja. Piętno, niechętne powitanie po powrocie.

Właściwym jednak kontekstem historycznym dla tej opublikowanej w 2002 roku książki jest nie Zagłada, a amerykański 11 września (2001 r.). Na myśl przychodzą nieprzyjemności, jakie ze strony sąsiadów spotykały wówczas amerykańskich muzułmanów, ale przede wszystkim represje ze strony władz, poniżające praktyki stosowane wobec aresztantów podejrzewanych o nielojalność czy wręcz antypaństwową przestępczość.

Krótka powieść przestrzega przed krzywdzącymi sankcjami społecznymi i wymuszaniem odpowiedzialności zbiorowej. Nie znajdziemy jednak u Otsuki socjologizującego namysłu nad długofalowymi konsekwencjami tych prześladowań na japońską diasporę w USA. Powieść Kiedy cesarz był bogiem jest raczej skargą, wyrazem żalu wobec kraju, który nie był dla emigrantów ziemią obiecaną. Nie był nią przez kilka lat, odebrał część dzieciństwa. Tylko tyle czy aż tyle?

Paulina Szkudlarek

Julie Otsuka, Kiedy cesarz był bogiem, przeł. Witold Nowakowski, Amber, Warszawa 2004. Cytaty pochodzą z tego wydania. Odniesienia do Ruth Benedict: Chryzantema i miecz. Wzory kultury japońskiej, przeł. Ewa Klekot, PIW, Warszawa 1999, odpowiednio s. 13 i 27.

* Mając pretekst, by zachęcić do szerszej lektury dopowiem, że na tym tematom Barbara Engelking poświęciła pracę Zagłada i pamięć. Doświadczenie Holocaustu i jego konsekwencje opisane na podstawie relacji autobiograficznych, Wydawnictwo Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, Warszawa 1994.

Data wpisu: 6 listopada, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Dla moich towarzyszy — Karl

Podobnie jak we wszystkich obozach koncen­tracyjnych, tak też i w KL Auschwitz osadzano ge­jów i lesbijki. Jeśli seksuolodzy mają rację, szacu­jąc na cztery procent odsetek osób skłonnych w populacji europejskiej do homoseksualnej miło­ści, to znaczyłoby, że wśród zarejestrowanych mniej więcej 400 000 więźniów KL Auschwitz, mo­gło być około 16 000 gejów i lesbijek.

pinktriangle pic Dla moich towarzyszy   Karl

Różowy trójkąt na obozowym „pasiaku”

Chociaż licz­ba ta jest niemała, do dziś nic o nich nie wiemy, bo ten temat w historiografii o KL Auschwitz nie istnie­je. Jednym z powodów pominięcia go może być fakt, że w naszym społeczeństwie seksualność w ogóle, a zwłaszcza ta między osobami jednej płci, traktowana jest obojętnie i stanowi obszar ob­jęty tabu i wieloma lękami. W cywilizacji judeo-chrześcijańskiej homofobia jest szeroko rozpo­wszechniona, mówienie o homoseksualizmie w cieniu Holocaustu wydaje się zatem gorszące nie tylko przeciętnemu obywatelowi. Niedawno grupa ortodoksyjnych Żydów w USA zagroziła, że będzie tak długo bojkotować Holocaust Memoriał Museum w Waszyngtonie, dopóki będą w nim pre­zentowane hitlerowskie prześladowania gejów.

gay holocaust 300x173 Dla moich towarzyszy   Karl
Różowe Trójkąty

Innym powodem jest fakt, że życie seksualne nie stanowiło dla ogromnej większości więźniów i więźniarek KL Auschwitz żadnego problemu. Wa­runki obozowe zmusiły ich do całkowitej rezygnacji ze sfery uczuciowej, zwłaszcza, że wszechobecny terror SS i kapo oraz chroniczne niedożywienie zabijały popęd płciowy i wygaszały odpowiednie reakcje fizyczne. Ocaleni opowiadali, że kobiety przestawały miesiączkować, a mężczyźni nie mieli erekcji, ani zmaz nocnych. Życie płciowe w obozie było możliwe tylko dla tych, którzy mieli zapewnio­ne lepsze warunki życia i należeli do wąskiej warstwy uprzywilejowanych, jak np. kapo, vorarbeiterzy, szrajberzy, flegerzy, blokowi, sztubowi itp.

15410 46235 300x300 Dla moich towarzyszy   Karl
Rudolf Brazda, ostatni znany ocalały z „Różowych trójkątów”; zmarł w sierpniu 2011 we Francji w wieku 98 lat

Poza dwoma, krotko istniejącymi obozami familijnymi — dla Żydów z Theresienstadt (8. IX. 1943 r. — 12. VI. 1944 r.) i dla Cyganów (26. II. 1943 r. — 2. VIII. 1944 r.) — w KL Auschwitz, jak we wszyst­kich obozach koncentracyjnych, obowiązywało ści­słe rozdzielenie płci. Heteroseksualne kontakty mię­dzy haftlingami zdarzały się jednak, chociaż rzad­ko, gdy mężczyźni mieli dostęp do bloków kobie­cych, np. pracując w komandach zatrudnionych do­rywczo w obozie kobiecym, jak dachdekerzy lub elektrycy.

Ogólne warunki lagrowe kierowały jednak po­pęd płciowy do własnej płci. Ze wspomnień Fanji Fenelon i Olgi Lengyel, znane są imprezy tanecz­ne w tzw. Bloku aspołecznych w obozie kobiecym w Birkenau. We wspomnieniach byłych więźniów występują niekiedy tzw. piple, młodzi Żydzi lub Po­lacy często jeszcze dzieci, oddani pod opiekę więź­niom funkcyjnym, których ci wykorzystywali do róż­nych posług osobistych, nierzadko także seksual­nych. Takie związki występowały również w obozie kobiecym.

l b206a96b9ef7481894ba9d3a4c24f1f2 210x300 Dla moich towarzyszy   Karl
oznaczenia w obozach koncetracyjnych

Próba wyciągania wniosków, że wszyscy, któ­rzy utrzymywali w KL Auschwitz homoseksualne związki byli gejami albo lesbijkami, nie jest jednak uprawniona. Jeszcze bardziej niesłuszne byłoby przypuszczenie, że owych więźniów (albo przynaj­mniej większość z nich) kierowano do obozu z po­wodu homoseksualizmu. Chociaż w ogóle osoby z preferencjami seksualnymi, odbiegającymi od drobnomieszczańskich norm, uchodziły w oczach hitlerowców za szkodników wspólnoty, niekoniecz­nie musiały one być fizycznie eliminowane, przy­najmniej te, które należały do rasy panów. Hitle­rowcy świadomie traktowali zboczeńców niejedno­licie i z wyraźną niekonsekwencją.

Na przykład z około 50 000 mężczyzn ukara­nych w III Rzeszy za zachowania homoseksualne tylko 5000, a może nawet dwa, czy trzy razy tyle, trafiło do obozów koncentracyjnych. Tyle wystar­czyło hitlerowcom do przykładowego odstraszenia ogółu. Homoseksualizm kobiecy nie podlegał ka­rze, ani według kodeksu karnego, ani według pra­wa policyjnego III Rzeszy. Nie istniała szczególna kategoria więźniarek z nazwą lesbijka, a dwie albo trzy kobiety, znajdujące się z ową adnotacją we wszystkich do dziś znanych dokumentach obozo­wych, zostały najprawdopodobniej zaaresztowane nie z powodu ich zboczenia, lecz dlatego, że były Żydówkami (na to wskazuje też ich klasyfikacja jako więźniarek politycznych).

Sachsenhausen2 300x197 Dla moich towarzyszy   Karl
więźniowie w Sachsenhausen z różowymi trójkątami

Lesbijki były więzione w KL Auschwitz, ale z powodu wykroczeń, bardziej ważkich w oczach policji. Nosiły zielone, czarne albo czerwone trój­kąty, nierzadko kombinowane z żółtym. W przeci­wieństwie do KL Ravensbrück, nie stosowano w KL Auschwitz środków wychowawczych z powo­du ich rzekomego lesbijskiego zachowania w obo­zie. Może dlatego, że w końcu marca 1942 roku, kiedy pierwsze kobiety trafiły do KL Auschwitz, nie było już mowy o reedukacji w obozach koncentra­cyjnych. Tak samo więc, jak w poza obozowych krę­gach niemieckiego społeczeństwa tak też i w obo­zach, potępiano lesbijki, ale ich nie karano.
Całkiem inaczej odnoszono się w III Rzeszy do homoseksualizmu męskiego. Zgodnie z §§ 175 i 175 a niemieckiego kodeksu karnego nierząd mię­dzy mężczyznami był zbrodnią. Sprawcom groziło dodatkowo skierowanie do obozu koncentracyjne­go. Niemiecki kodeks karny odnosił się jednak tylko do obywateli III Rzeszy. W okupowanych krajach obowiązywały inne prawa. Niemieckiej policji nie in­teresował na przykład nierząd między Polakami. Gdy jednak Niemiec miał nierządne stosunki z Polakiem, wówczas obu groziły surowe kary. Niemca kierowa­no z reguły do obozu koncentracyjnego, a jego part­nera karano śmiercią w obu przypadkach bez pro­cesu. Z tego powodu większość więźniów, oznako­wanych w obozach koncentracyjnych jako homosek­sualiści, stanowili Niemcy. W KL Auschwitz na przy­kład spośród 97 gejów, którzy rozpoznani zostali imiennie, 96 było Niemcami.

berlin1939.hgb .400 300x207 Dla moich towarzyszy   Karl
Berlin 1939

W obozach koncentracyjnych homoseksualiści stanowili odrębną kategorię więźniów, oznakowa­nych różowym trójkątem. Wśród swoich rodaków znajdowali się na samym dole więźniarskiej drabiny społecznej. Byli na ogół potępiani przez więźniów politycznych wszelkich narodowości i szykanowani nie tylko przez SS, ale również przez swoich zielo­nych i czarnych współwięźniów. Izolowano ich, a każda próba nawiązania kontaktów ściągała na nich podejrzenie o inicjowanie nierządnych stosunków.

To wszystko powodowało, że homoseksualiści mieli znacznie mniejsze prawdopodobieństwo prze­życia obozu jak przeciętni więźniowie. Z 64 gejów, reichsdeutschów, będących więźniami KL Au­schwitz, których los został rozpoznany, zginęło w obozie 51, tj. 80 proc.

bent ver1 1584 199x300 Dla moich towarzyszy   Karl
Bent z Owenem i Bluteau, opowiada romans dwóch więźniów w Dachau

Jednym z niemieckich gejów, którzy zginęli w KL Auschwitz był Ernst Ellson, urodzony 18 lute­go 1904 roku w Düsseldorfie, mojżeszowego wy­znania, nieżonaty, zamieszkały w Essen razem ze swoimi rodzicami. Od 1935 roku obserwowała go policja obyczajowa, która w tym czasie kontrolo­wała stale miejsca spotkań gejów — określone lo­kale a przede wszystkim publiczne ustępy. W poło­wie listopada 1940 roku zatrzymano na gorącym uczynku Willego M., uprawiającego prostytucję homoseksualną. Podczas przesłuchania wskazał on na Ellsona, jako na jednego ze swoich okazjo­nalnych klientów. Ellson został aresztowany 22 li­stopada 1940 roku. Ponieważ był Żydem, policja kryminalna poinformowała o tym, zgodnie z prze­pisami gestapo, które założyło mu akta. 14 marca 1941 roku sąd grodzki w Essen skazał Ellsona za zboczony nierząd, zgodnie z §175 kodeksu karne­go, na cztery miesiące więzienia, zaliczając areszt śledczy. Miał być zwolniony 23 marca 1941 roku.

Wyrok ten wydał się policji kryminalnej zbyt ła­godny. Zwróciła się więc ona do gestapo o przed­sięwzięcie odpowiednich środków. W dniu zwol­nienia Ellsona gestapowiec powitał go przy bra­mie więzienia z nakazem tymczasowego areszto­wania prewencyjnego. 18 kwietnia 1941 roku ber­lińskie gestapo wydało nakaz aresztowania z na­stępującym uzasadnieniem: „Ellson … zagraża egzystencji i bezpieczeństwu narodu i państwa dlatego, że czynił zboczony nierząd… Należy się obawiać, że na wolności będzie kontynuować swoje szkodliwe dla zdrowia narodu postępowa­nie … (podpisano: Reinhard Heydrich)”.

20090117514 Aimee i Jaguar 183x300 Dla moich towarzyszy   Karl
Aimee i Jaguar – opowiada historię romansu dwóch kobiet z okres II wojny światowej

Dalsze losy Ernsta Ellsona j jego rodziny przed­stawiały się następująco: 16 maja 1941 roku zo­stał on odesłany transportem zbiorowym do KL Buchenwald. Jego starych rodziców osadzo­no 25 kwietnia 1942 roku w obozie przejściowym Holbeckshof w Essen-Steele, skąd 21 lipca zo­stali przeniesieni do obozu w Theresienstadt, gdzie zginęli. On sam trafił 15 września 1942 roku do KL Gross Rosen, a stamtąd 16 października 1942 roku do KL Auschwitz. 26 listopada 1942 roku Komendantura KL Auschwitz poinformowała ge­stapo w Dusseldorfie, że Ernst Ellson „[…] zmarł 23.11.1942 w godz. 09.30 w szpitalu obozowym KL Auschwitz na pneumonię… Należy poinformo­wać rodzinę, że zwłoki były spalone na koszt pań­stwa, a urnę złożono na cmentarzu popielnicowym tutejszego krematorium”.

Zarówno przyczyna śmierci Ernsta Ellsona, jak i cmentarz, na którym miano spalić jego zwłoki, zo­stały zmyślone. Warto zwrócić uwagę na fakt, że prawie półtora roku przeżył ten Żyd i gej w obo­zach koncentracyjnych Buchenwald i Gross Rosen, natomiast pięć tygodni pobytu w KL Auschwitz wy­starczyło, by go wykończyć. Świadczy to o warun­kach i rygorze, jakie panowały w tym obozie w porównaniu do innych.

Liczba więźniów z różowymi trójkątami była w KL Auschwitz zawsze stosunkowo niska. 20 stycznia 1942 roku naliczono ich w obozie macie­rzystym 22, a 21 sierpnia tego samego roku w ca­łym kompleksie lagrów Auschwitz — 28. Mężczyź­ni, skłonni do tej samej płci, nosili jednak i inne trójkąty. Zielonym trójkątem oznaczony był na przykład reichsdeutsch Franz Waldhauser, prze­stępca zawodowy, skazany 28 listopada 1935 roku za zboczony nierząd oraz szantaż i kradzież na tle homoseksualnym na pięć i pół roku ciężkiego więzienia i skierowany do obozu koncentracyjne­go 30 maja 1940 roku. Innym, podobnym przykła­dem więźnia z zielonym trójkątem, jest reichs­deutsch, kapo Michael Unger. Na początku 1944 roku zmusił on w obozie Buna dwudziestoletnie­go niemieckiego Żyda do stosunku analnego. Sprawa doszła do wiadomości kierownika obozu. Po przesłuchaniu ukarano ofiarę 25 uderzeniami kijem za spełnienie wezwania do zboczonego nie­rządu. W dokumentach obozowych nie ma dal­szych śladów o Ungerze, dlatego też nie wiemy, czy został on wykastrowany, co według relacji Hermanna Langbeina praktykowano w Auschwitz w takich przypadkach.

Rudolf Brazda bf 300x192 Dla moich towarzyszy   Karl
Rudolf Brazda ze swoim chłopakiem

Homoseksualiści trafiali także do KL Auschwitz jako więźniowie polityczni. Niektórych z nich aresz­towano z powodów politycznych, bez zwracania uwagi na ich orientację seksualną. Inni potrafili zmienić kategorię uwięzienia, na przykład w trak­cie przewożenia do innego obozu. To właśnie uda­ło się zrobić Karłowi Gorathowi. W KL Neuengamme nosił on różowy trójkąt i był zatrudniony jako fleger. Na początku czerwca 1943 roku został prze­wieziony do KL Auschwitz razem z czterema inny­mi kolegami-flegerami. 11 czerwca 1943 roku zo­stał w KL Auschwitz zarejestrowany jako schutzhaftling, tj. więzień polityczny. Ewakuowany do KL Mauthausen w styczniu 1945 roku, przeżył obóz. Po wojnie osiedlił się na stałe w RFN.
W swoich wspomnieniach opowiada, że w ma­cierzystym obozie w Auschwitz został blokowym. Znalazł tam przyjaciół. Dwaj młodsi od niego Pola­cy, Tadeusz i Zbigniew, zostali jego kochankami. W 50 lat później przybył do Oświęcimia, do byłego obozu, by pokazać swoim kolegom, gejom mały pokoik na drugim piętrze w jednym z Bloków, gdzie przebywał.

Opowiadał: „Tu miałem swoją własną sztubę jako blokowy … było to właśnie tu … tu spędziłem najszczęśliw­szy okres swojego życia …ze Zbigniewem … Głos mu się załamywał, gdy mówił ze łzami w oczach, że jeden jedyny raz doznał w życiu tak głębokiej miłości ze strony innego mężczyzny i to było: — tu, w obozie, wśród całej nędzy wokół nas, nigdy wcześniej, i nigdy później — nigdy więcej. W Auschwitz miałem swoją największą miłość”.

Później, w archiwum Państwowego Muzeum Au­schwitz-Birkenau dowiedział się, że Tadeusz i Zbigniew zginęli w Auschwitz. Tuż przed powrotem do Niemiec złożył wraz ze swymi kolegami przy po­mniku w Birkenau wieniec ku czci wszystkich gejowskich ofiar hitleryzmu. Obok wieńca Karl położył mały bukiet różowych róż z odręcznie napisaną kartką:
„Dla moich towarzyszy Zbigniewa i Tadeusza – Karl”.

 

Joachim Neander

 — urodzony w Gdańsku, do 1999 roku mieszkał w Niemczech, potem w Krakowie, dr filozofii, matematyk, fizyk, autor licznych publikacji, m.in. o obozie koncentracyjnym Mittelbau, w 2002 roku stypendysta United States Holocaust Memoriał Museum w Waszyngtonie.


Data wpisu: 3 listopada, 2011 autor wpisu: Joachim Neander  |  Komentowanie nie jest możliwe

Różowe piekło nazizmu

O tragicznym losie homoseksualistów w czasach nazizmu w Polsce się nie pisze. Tysiące Polaków — homoseksualistów, ofiar obozów śmierci, nie doczekało się żadnej publikacji. Zwykły wstyd powoduje, że o homoseksualnych ofiarach nazistowskich prześladowań naukowcy milczą.

MagnusHirschfeld Różowe piekło nazizmu
Magnus Hirschfeld

Złote lata Niemiec

Wiek XIX to okres, w którym po raz pierwszy, dają się zauważyć na szerszą skalę głosy otwarcie broniące homoseksualizmu i nie uznające go za zachowanie godne potępienia. Wzorem tego postępu był Kodeks Napoleoński z 1804 roku. Pod wpływem Rewolucji Francuskiej, Bawaria usunęła w 1813 roku prawo uznające związki homoseksualne za podlegające karze; podobnie postąpił wkrótce rząd Hanoweru. Po wojnie francusko-pruskiej proklamowano w 1871 roku Cesarstwo Niemieckie z Bismarckiem na czele rządu. Zunifikowano prawo wprowadzając paragraf 175 mówiący, że „mężczyzna, który dopuszcza się nieprzyzwoitych stosunków z innym mężczyzną, lub który bierze udział w takich stosunkach będzie karany więzieniem”.

Żarliwym przeciwnikiem paragrafu 175 był berliński lekarz Magnus Hirschfeld. W 1897 roku utworzył on Komitet Naukowo-Humanitarny mający na celu zniesienie paragrafu 175 i edukację w sprawach homoseksualizmu. Komitet skupiał znanych naukowców niemieckich oraz silny ruch kobiet. Pomimo wielu trudności natury prawnej, Komitet pomagał w tworzeniu miejsc spotkań dla gejów i lesbijek. Mottem życia Hirschfelda, było per scientiam ad justitiam (przez wiedzę do sprawiedliwości). To właśnie Hirschfeld był organizatorem pierw­szego kongresu Światowej Ligi na rzecz Reformy Seksualnej zorganizowanego w 1928 roku w Kopenhadze.

Hiller tract against Paragraph 175 224x300 Różowe piekło nazizmu
Traktat Hillera przeciwko Parafrafowi 175

Zagadnienie homoseksualizmu było w owych czasach bardzo często podejmowane w niemieckiej  prasie, literaturze i kinematografii. Dyskutowa­no o tym wszędzie. Powstawały coraz to nowe klu­by, bary i inne miejsca spotkań dla gejów i lesbijek. W samym Berlinie istniało około 100 takich barów.

Rosnąca inflacja i recesja gospodarcza w poło­wie lat dwudziestych XX wieku umocniła nazizm. Nacjonalistyczna prawica kładła nacisk na das Volk, czystość rasy i krwi, rolę i świętość życia rodzinne­go. Republika Weimarska była coraz częściej ata­kowana za zgodę na zbytnią rozwiązłość seksual­ną. Żydów zaś oskarżano o obniżanie morale Niem­ców, a przede wszystkim o sterowanie akcją mają­cą na celu zniszczenie rasy aryjskiej i spadek po­pulacji. Umacniający swoją władzę Hitler oskarżał młodą demokrację o to, że jest „cieplarnią dla wzmocnionego wzrostu pokus i zachęt”. Jako Żyd i homoseksualista, Hirschfeld stał się idealnym ce­lem ataków nazistów. Na początku lat dwudziestych antysemici organizowali kilkakrotnie napady na nie­go, a podczas jego odczytu w Wiedniu, w 1923 roku, młody człowiek otworzył ogień do słuchaczy raniąc kilku z nich. Albert Moll, przyjaciel Hirschfelda i ko­lega po fachu, podobnie jak on też Żyd, w 1926 roku zorganizował w Berlinie pierwszy Kongres na temat Badań Seksuologicznych.

Bucherverbrennung book burning Nazi 1933 Institute 300x216 Różowe piekło nazizmu
1933 nazistowska parada przed budynkiem Instytutu Badań Seksualnych w Berlinie

Hirschfeld i jego współpracownicy szukali przez pewien czas oparcia dla swojej działalności w Związku Radzieckim, jednak sympatia do tego kraju opadła, gdy na skutek rozporządzenia Stali­na zaczęto umieszczać coraz więcej radzieckich homoseksualistów w szpitalach dla psychicznie chorych.

Wkrótce jedna z nazistowskich gazet napisała: „Wśród wielu diabelskich instynktów, jakie charak­teryzują żydowską rasę, jeden szczególnie doty­czy związków seksualnych. Żydzi zawsze próbują popierać związki seksualne pomiędzy rodzeń­stwem, człowiekiem a zwierzętami oraz mężczy­zną a mężczyzną. My Narodowi Socjaliści wkrótce postawimy i potępimy ich przed prawem. Te czyny są niczym innym jak wulgarnymi, zboczonymi prze­stępstwami, a my je ukarzemy przez banicję lub powieszenie winnych”. Słowa te były zapowiedzią nowej epoki.

Dojście narodowych socjalistów do władzy 6 maja 1933 roku, w trzy miesiące po wyborze Hitlera na Kanclerza Niemiec, kilka ciężarówek za­jechało przed Instytut Nauk Seksualnych Magnusa Hirschfelda w Berlinie. Około 100 studentów wtargnęło do budynku i rozpoczęło dewastację In­stytutu rozrzucając dokumenty, niszcząc mienie i materiały badawcze oraz wynosząc książki z bi­blioteki. Po południu, inne ciężarówki, tym razem hitlerowskich szturmówek pojawiły się by dokoń­czyć operację. Kilka dni później, przed operą ber­lińską spłonęły pokaźne ilości książek i dokumen­tów oraz

WHK1901 300x144 Różowe piekło nazizmu
Zarząd WHK (Wissenschaftlich-humanitäres Komitee) w 1901 roku; od lewej: Georg Plocku, dr Ernst Burchard, dr Magnus Hirschfeld, Baron Hermann von Teschenberg

popiersie Hirschfelda na oczach licznie zgromadzonej przez hitlerowców publiczności. Hirschfeld był już w tym czasie poza krajem (ni­gdy do niego nie powrócił) i oglądał niszczenie Instytutu w jednym z paryskich kin. Wkrótce po­tem nazistowski rząd Niemiec pozbawił go oby­watelstwa. Zmarł w wieku 67 lat, 15 maja 1935 roku w Nicei, gdzie do ostatnich dni swego życia pracował nad utworzeniem Instytutu podobnego do berlińskiego.

Atak na Instytut Hirschfelda był pierwszym tak drastycznym krokiem nazistów wobec homoseksu­alistów, a po części także Żydów. Zniszczenie In­stytutu zostało poprzedzone stwierdzeniami, że „jest to międzynarodowe centrum sprzedaży białych nie­wolników i niekontrolowane podłoże dla hodowli brudu i nieczystości”. W roku 1930, Wilhelm Frick, nazistowski członek Reichstagu, a później minister Spraw Wewnętrznych w rządzie Hitlera, przedsta­wił projekt kastracji homoseksualistów, tej żydow­skiej zarazy. Gazety nazistowskie domagały się kary śmierci za akty homoseksualne.

himmler 219x300 Różowe piekło nazizmu
Heinrich Himmler

Wielu niemieckich gejów, podobnie jak i Żydów, sądziło jednak, że polityka nazistów zmieni się, gdy tylko przejmą oni władzę. Niektórych zaślepił kult męskości propagowany przez hitlerowców. Partia nazistowska trzymała nawet z homoseksualistami — jak pisał w 1931 roku ówczesny gejowski aktywi­sta Adolf Brand. Tym z czego jednak sympatycy nazistów nie zdawali sobie sprawy było to, doda­wał Brand, że „trzymali oni już sznur wisielca w swo­ich kieszeniach”.


Nienawiść do homoseksualizmu wypływała za­równo z ideologii partii jak i z osobistych obsesji jej przywódców, a szczególnie Heinricha Himmlera, głównego twórcy planu eksterminacji homoseksu­alistów. Dla Himmlera oraz innych nazistowskich ideologów, homoseksualiści, podobnie jak i Żydzi, stanowili uosobienie degeneracji. Żydzi i homosek­sualiści byli widziani jako outsaiderzy, ludzie gorsi, stanowiący zagrożenie dla czystości der Volku. Jak zauważa George Z. Mosse w swojej książce Nationalism and Sexuality, nacjonalistyczni i nazistow­scy typologowie przedstawiali Żydów i homosek­sualistów w bardzo podobny sposób; traktując ich jako agresywnych, niewyżytych seksualnie przez co nie potrafiących kontrolować swojego pożąda­nia, egoistycznych i bezużytecznych. Żydzi i ho­moseksualiści byli oskarżani o używanie swojej odmienności jako broni przeciwko społeczeństwu. Żydzi mieliby ponoć szaleć za chrześcijańskimi kobietami, a homoseksualiści za młodymi aryjczykami. Naziści wierzyli w międzynarodową konspi­rację żydowską i o to samo oskarżali homoseksu­alistów.

rhmwienerwerkstaettepos 204x300 Różowe piekło nazizmu
Ernst Röhm

Żył jednak w Niemczech człowiek, szef sztabu SA, który był gejem i to na tyle nieznośnym gejem, że nie ukrywał tego faktu. Tym człowiekiem był Ernst Röhm, prawa ręka Hitlera. Jego upadek, w pierw­szych dniach Rzeszy, przesądził o przyszłym losie homoseksualistów pod władzą Adolfa Hitlera. Prze­ciwstawiając się stereotypom propagowanym przez jego partię, Ernst Rohm był „nadętym chciwcem, surowym tatuśkiem dla swoich wojsk, prostakiem nie wyczuwającym taktu”, jak go określił Richard Plant w swojej książce The Pink Triangle. Syn ba­warskich urzędników, ranny podczas I wojny świa­towej, Röhm został wciągnięty w nurt nacjonali­stycznej polityki w atmosferze upokorzenia po przegranej Niemiec. Szybko stał się jednym z najbliż­szych i najbardziej zaufanych przyjaciół Hitlera — jedynym, do którego Hitler zwracał się koleżeńskim zwrotem „du”. Będąc szefem szturmówek SA, zło­żonych głównie z byłych żołnierzy i szczególnie wyselekcjonowanych chuliganów, odpowiadał za ich akcje polegające przede wszystkim na gnębie­niu Żydów i przeciwników Hitlera. To właśnie ta tak­tyka odegrała główną rolę w dojściu Hitlera do wła­dzy. Hitler ignorował homoseksualizm Röhma ze względu na jego organizacyjne sukcesy w budo­waniu SA. Ale tylko do roku 1925, do momentu gdy wybuchła między nimi kłótnia. Wówczas Hitler wy­słał Röhma na wygnanie do Boliwii, gdzie szkolił on armię boliwijską. Gdy w 1929 roku bunt wstrzą­snął SA, przestraszony Hitler zlecił Röhmowi na­tychmiastowy powrót do kraju. Stosunki między nimi widocznie się poprawiły, bo gdy do Hitlera dotarły skargi na niemoralne zachowanie Röhma, bronił go twierdząc, że [SA — przyp. red.] „nie jest instytu­cją edukacji moralnej dla delikatnych panienek, ale formacją zaprawionych bojowników. „Jego [Röhma — przyp. red.] życie prywatne” — dodawał — „nie może być obiektem krytyki dopóty dopóki nie popada on w konflikt z głównymi zasadami ideologii narodowo-socjalistycznej”.

Hitler portrait crop 224x300 Różowe piekło nazizmu
Adolf Hitler

W 1932 roku, w rok przed przejęciem władzy przez nazistów, do prasy przedostało się kilka li­stów kompromitujących Röhma, które stały się dla jego wrogów dowodami potwierdzającymi jego skłonności seksualne. Gdy Hitler został kanclerzem, Röhm nie był mu już tak potrzebny, jak przedtem, nie miał więc powodów, do tolerowania jego sek­sualnych poczynań. Poza tym Rohm, radykalny nazista, zamierzał zastąpić regularną armię nie­miecką wojskiem SA, co było w sprzeczności z ówczesnymi planami Hitlera, który zabiegał o po­parcie arystokracji i przemysłowców. Zarówno za­tem Röhm, jak i wielu jego kolegów, stało się dla Hitlera kulą u nogi, której musiał się pozbyć.

28 czerwca 1934 roku, w Noc Długich Noży, na rozkaz Hitlera rywalizująca z SA, himmlerowska SS, zaatakowała pensjonat Hanelbauer nad jeziorem Wiessee, niedaleko Monachium. W pensjonacie tym przebywał Ernst Röhm oraz inni liderzy brązo­wych koszul. Atak ten był częścią ogólnokrajowe­go planu, który przewidywał zamordowanie około 300 osób. Rohm znalazł się wśród aresztowanych. W trzy dni później, oficer SS wszedł do jego celi więziennej i podał mu rewolwer mówiąc: „Będę z powrotem za 15 minut”. Rohm odpowiedział: „Po­zwól to zrobić Adolfowi, nie zamierzam robi

ć jego roboty”. Tego samego dnia Rohm został stracony. W świat poszła wiadomość, że jakoby Röhm pota­jemnie przygotowywał pucz.

135px SA Logo.svg  Różowe piekło nazizmu
Logo SA (Sturmabteilung)

W oświadczeniach wydanych 30 czerwca nie było mowy o puczu ani nawet o jego próbie, a jedy­nie o „najcięższych zaniedbaniach, konfliktach, cho­robliwych skłonnościach”, a jeżeli nawet pojawia się słowo „spisek”, przeważa wrażenie, że motywy in­terwencji Hitlera były czysto moralne. Jak to Hitler ujął w jednej ze swych mniej szczęśliwych meta­for: „Führer wydał rozkaz bezlitosnego usunięcia tego wrzodu; w przyszłości nie dopuści, by poje­dyncze osoby o chorobliwych skłonnościach obcią­żały i kompromitowały miliony przyzwoitych ludzi”.

Homoseksualizm Röhma został wykorzystany przez propagandę komunistyczną jako przykład „prawdziwej natury III Rzeszy”. W latach trzydziestych i czterdziestych obydwa rządy, zarówno nazistow­ski jak i stalinowski, przedstawiały homoseksualizm jako zwyrodnienie i dewiację wroga. Tak ujęty ho­moseksualizm prezentowały liczne obrazy filmowe, wyprodukowane na potrzeby propagandy.

569px Hitler Nürnberg 1935 284x300 Różowe piekło nazizmu
Hitler w Nürnberg 1935 razem z SA

Unicestwienie Röhma i jego SA pozwoliło Heinrichowi Himmlerowi, przywódcy SS, zostać drugą po Hitlerze najważniejszą osobą w Niemczech. Podobnie jak inni nacjonaliści w tym czasie, Himmler miał obsesję na punkcie der Volku. W prze­mowie do lejtnantów SS z 1937 roku ostrzegał, że rozwój homoseksualizmu jest zagrożeniem dla re­produkcji narodu. Dodawał, że w klubach homo­seksualistów zarejestrowanych jest dwa miliony członków; eksperci pracujący nad homoseksualizmem obliczyli, że w kraju jest od dwóch do czte­rech milionów homoseksualistów. „Nasz Volk jest niszczony przez tę epidemię” — twierdził Himmler. „Naród, który ma wiele dzieci, ma kwalifikacje, by być światowym mocarstwem i panem świata. Ra­sowo czysty Volk, który ma mało dzieci, ma pewną drogę do zagłady”. Kontynuował: „Musimy być pew­ni czy chcemy nadal nosić ten ciężar [homoseksu­alizmu — przyp. red.] w Niemczech nie mogąc go zwalczyć. Grozić to może końcem Niemiec, końcem germańskiego świata. Niestety, nie jest to ta­kie łatwe, jak było dla naszych przodków. Dla nich te indywidua były po prostu czymś niemoralnym. Homoseksualiści, nazywani urningami, byli topieni w bagnach. Panowie profesorowie, którzy odnaj­dują te ciała na moczarach nie zdają sobie, z pew­nością, sprawy, że w dziewięćdziesięciu na sto przy­padków mają homoseksualistów przed sobą, któ­rzy w ubraniach i całej reszcie byli tam topieni. To nie była kara — to było po prostu pozbywanie się czegoś nienormalnego”.

Sachsenhausen2 300x197 Różowe piekło nazizmu
więźniowie w Sachsenhausen z różowymi trójkątami

W dwudziestowiecznych Niemczech nie topio­no już ludzi w bagnach. Dla homoseksualistów SS przygotowywała jednak coś o wiele bardziej wyra­finowanego: „Ci ludzie będą z pewnością publicz­nie pozbawiani stanowisk, zwalniani i stawiani przed sądem. Po wyroku sądowym będą zabierani do obozów koncentracyjnych, a tam rozstrzeliwani w razie próby ucieczki”.

Himmler chciał stworzyć tzw. Mannerstaadt — państwo, którego celem byłaby jak pisał Moss: „współpraca mężczyzn tworzących komunę jako rządzącą elitę”. W społeczeństwie opartym na sile i wytrzymałości, homoseksualiści, przedstawiani jako trzecia płeć, nie mieli swojego miejsca.

Nie jest w pełni jasne, co na temat homoseksualizmu myślał Hitler. Jego obawy były natury głów­nie politycznej: bał się, że homoseksualiści mogli­by inwigilować niewielką elitę polityczną i stworzyć państwo w państwie. Rudolf Diels, szef Gestapo, przypomina rozmowę, w której Hitler wyraził jako­by obawę, że homoseksualiści na wysokich stano­wiskach mogli wykazywać niesubordynację tylko z powodu odmiennej orientacji seksualnej. Według Dielsa, Hitler przedstawił mu pewnego dnia taką oto analogię: „Popatrz, gdybym miał wybór między kochaną ale niekompetentną dziewczyną jako se­kretarką i taką, która jest odpowiednia ale ohydna, zdecydowałbym się z pewnością, na kochaną nie­kompetentną. Tak więc jeżeli homoseksualiści prze­jęliby władzę i wpływy, nazistowskie Niemcy znala­złyby się w rękach tych kreatur i ich kochanków”.

berlin1939.hgb .400 300x207 Różowe piekło nazizmu
Berlin 1939

W niecały miesiąc po przejęciu władzy przez Hitlera, zdelegalizowano wszystkie działające w Niemczech organizacje gejowskie. Kurt Hiller, któ­rego Magnus Hirschfeld mianował szefem swoje­go Komitetu Naukowo-Humanitarnego, został zesłany do obozu koncentracyjnego w Oranienburgu i z nieznanych dotąd powodów zwolniony w dzie­więć miesięcy później. Do lata 1933 roku brązowe koszule Röhma atakowały bary gejowskie na tere­nie całego kraju; wiele z nich zamknięto, a te, które zostały, musiały działać nielegalnie. Dla przykładu, na spotkaniu przedstawicieli administracji miasta Hamburga, 13 listopada 1933 roku, naczelnik poli­cji otrzymał polecenie „zwrócenia szczególnej uwa­gi na transwestytów i przekazywania ich do obo­zów koncentracyjnych”. W 1934 roku, gestapo wy­słało list do wszystkich posterunków policji w kraju by sporządziły listy wszystkich „w jakikolwiek spo­sób aktywnych homoseksualnie osób”. W ten spo­sób berlińskiej policji udało się stworzyć listę około trzydziestu tysięcy homoseksualistów. W maju 1935 roku gazeta wewnętrzna SS „Das Schwarze Korps” domagała się kary śmierci dla gejów.

pic berlin yogyakarta 300x211 Różowe piekło nazizmu
Berlin Yogyakarta

Legalna podstawa do oskarżenia o homoseksualizm zaczęła się rozszerzać o nowe paragrafy. 28 czerwca 1935 roku do paragrafu 175 dodano posądzenie o jakikolwiek kontakt fizyczny między dwoma mężczyznami. Miało to związek z wprowa­dzeniem praw norymberskich, które określiły róż­nice pomiędzy rasą aryjską i niearyjską. W kilka miesięcy później okazało się, że za rasę niearyj­ską naziści zaczęli uważać przede wszystkim Ży­dów i Romów. W rezultacie tego, według oficjal­nych statystyk gestapo, oskarżenia o pogwałcenie paragrafu 175 wzrosły z 853 przypadków w 1933 roku do 2106 w 1935, by w 1938 osiągnąć liczbę 8562 oskarżeń. W roku 1936 przy Kwaterze Głów­nej Gestapo w Berlinie utworzono Federalny De­partament Obrony do zwalczania Aborcji i Homoseksualizmu, którego szefem został Joseph Meisinger. Nowe dyrektywy otwierały drogę do umiesz­czania coraz to większej liczby homoseksualistów w obozach koncentracyjnych. W 1938 roku usta­nowiono, że mężczyzna oskarżony o stosunek z innym mężczyzną może być bezzwłocznie prze­transportowany do obozu koncentracyjnego. W 1940 roku rozporządzenie to rozszerzono sta­nowiąc, że aresztowany homoseksualista, który miał więcej niż jednego partnera, po odbyciu wyro­ku musi być natychmiast przekazany do obozu kon­centracyjnego. Według ciekawej pracy Wolfganga Harthausera Die Verfolgung der Homosexuellen im Dritten Reich, w latach 1931–1934 w III Rzeszy pro­wadzono 3261 spraw dotyczących oskarżeń o homoseksualizm. Liczba ta drastycznie wzrosła w la­tach 1936–1939 do 29771. „Przeznaczeniem homo­seksualistów jest stać się ‘pokarmem’ obozów kon­centracyjnych” — głosił w 1935 roku wyrok jednego z sądów, orzekający winę człowieka, który podglą­dał w parku spółkującą parę, a w śledztwie wyznał, że obserwował jedynie mężczyznę.

logo berlin yogyakarta 300x71 Różowe piekło nazizmu
berlin-yogyakarta

W miarę łatwe pokonanie Röhma ośmieliło nazistów do ataku na groźniejszego wroga — kościół katolicki. Propaganda hitlerowska oskarżyła księ­ży i zakonników o homoseksualizm. Oskarżenia te osiągnęły swoje apogeum w roku 1937, gdy Joseph Goebbels, minister propagandy Rzeszy, ogło­sił w radiu, że „zakrystia stała się burdelem, a klasz­tory męskie są miejscami rozwoju podłego homo­seksualizmu”. Między 1934 a 1937 rokiem miały miejsce głośne procesy o homoseksualizm, które kończyły się jednak z reguły tylko na oskarżeniach. W roku 1938 dowódca sił zbrojnych Werner von Fritsch został oskarżony o sodomię i zdegradowa­ny ze swojego stanowiska. Mówiło się, że von Fritsch krytycznie odnosił się do planów Hitlera wobec wojny w Europie. Twierdził, że Niemcy są zbyt słabe militarnie by tę wojnę wygrać. Oskarża­jąc go o homoseksualizm, Hitler chciał ośmieszyć przywódców wojskowych i wyeliminować z armii tych, którzy chcieli być wobec niego niezależni. Aby pozbyć się rywala, Himmler i Göring, którzy dzia­łali wspólnie, przedstawili podobnie jak w przypad­ku eliminacji Röhma, policyjne dossier oraz świad­ka na poparcie zarzutu praktyk homoseksualnych von Fritscha. Zanim udowodniono, że dossier do­tyczyło nie von Fritscha, tylko emerytowanego ofi­cera kawalerii Frischa (fakt, o którym gestapo wie­działo przez cały czas), pomówienie spełniło swo­je zadanie. Hitler zwiększył kontrolę nad siłami zbrojnymi obsadzając ważne politycznie stanowi­ska zaufanymi ludźmi.
W1936 roku akcja zwalczania homoseksualizmu nieco osłabła. W Berlinie odbywała się wówczas olimpiada. Otwarto więc na nowo niektóre bary gejowskie, a policji nakazano, by nie zatrzymywała za­granicznych homoseksualistów odwiedzających tego typu miejsca. Rok ten stanowił jednak wyjątek i nie spowodował przerwania represji.

20090117514 Aimee i Jaguar 183x300 Różowe piekło nazizmu
Aimee i Jaguar – opowiada historię romansu dwóch kobiet z okres II wojny światowej

Lesbijkom, w większym stopniu niż gejom, uda­ło się uniknąć prześladowań. Nigdy nie rozszerzo­no paragrafu 175 na związki lesbijskie, mimo iż naziści rozważali taką możliwość. Himmler nie wi­dział jednak żadnego zagrożenia za strony kobiet dla swego Mannerstaadt. Miłość między dwiema kobietami była, według nazistów, obca aryjskim kobietom. Zresztą, od momentu gdy kobiety zosta­ły wykluczone z zajmowania wysokich stanowisk w partii, trudno było przewidywać realne zagroże­nie ze strony „lesbijskiej konspiracji”.

Podczas gdy w Niemczech naziści dokładali sta­rań by zlikwidować problem homoseksualizmu cał­kowicie, w okupowanych przez nich podczas II wojny światowej krajach nie przywiązywano do niego tak dużego znaczenia, gdyż Himmler wie­rzył, że homoseksualizm osłabia wigor podbitych narodów. Na skutek tego nie zakazano prawnie związków homoseksualnych. W Holandii, która według planów Hitlera miała stać się częścią Wiel­kiej Rzeszy, zunifikowano prawo z prawem niemiec­kim. Rozszerzono obowiązywanie paragrafu 175, mimo że w tym kraju prawo nie dyskryminowało homoseksualistów od 1811 roku. Zamknięto też działający od 1911 roku Naukowy Komitet Huma­nitarny (NWHK), walczący m.in. o prawa homosek­sualistów. Na skutek tego cała gejowska subkultu­ra została zmuszona do przeniesienia się do pod­ziemia. Policja holenderska niechętnie odwiedzała miejsca, w których spotykali się homoseksualiści, a listy z ich nazwiskami nigdy nie zostały doręczo­ne Niemcom.

jean cocteau5 280x300 Różowe piekło nazizmu
Jean Cocteau

Polska, według nazistowskich planów, miała pozostać poza granicami Rzeszy. Jej mieszkańcy byli bowiem postrzegani jako genetycznie gorsi od Niemców. Bliskie sąsiedztwo Polski z Niemcami napawało jednak nazistów obawą, że z tych wła­śnie terenów może rozchodzić się degeneracja. W Polsce od 1932 roku obowiązywało prawo za­kazujące karania za stosunki homoseksualne. W czasie niemieckiej okupacji polscy homoseksu­aliści byli jednak również prześladowani.

We Włoszech za czasów Mussoliniego, którego poglądy na sprawy seksualne nie były zbyt surowe, homoseksualistów nigdy nie prześladowano tak bar­dzo, jak w Niemczech i w innych okupowanych kra­jach. Nie karano np. za akty homoseksualne.

W okupowanym Paryżu artyści będący gejami nie byli na ogół prześladowani, jeżeli ich pochodze­nie było aryjskie. Pronazistowski rząd Vichy oskar­żył, po zawieszeniu broni w 1940 roku, przedwojen­ne społeczeństwo francuskie o dekadencję. Jednym z oskarżonych o propagowanie degeneracji stał się nowelista, dramaturg i reżyser filmowy Jean Cocteau. „Wierz lub nie” — pisał do przyjaciela — „ci, którzy tworzą teraz wartości zadecydowali, że Gide i ja je­steśmy winni wszystkiego”. Gdy wystawiano w oku­powanym Paryżu sztuki Cocteau, ktoś podłożył w teatrze dwie bomby z gazem, a kilku chuliganów wdarło się na scenę obrażając dramaturga i jego partnera, aktora Jean’a Marais. Cocteau, na szczę­ście, nigdy nie wypowiadał się publicznie na ten te­mat, co było prawdopodobnie powodem pozosta­wienia go przez faszystów w spokoju.

Eksterminacja homoseksualistów

bent ver1 1584 199x300 Różowe piekło nazizmu
Bent z Owenem i Bluteau, opowiada romans dwóch więźniów w Dachau

Homoseksualiści byli jedną ze specjalnie wyse­lekcjonowanych grup w obozach koncentracyjnych. Mimo że liczebnie było ich znacznie mniej niż in­nych więźniów, przeżywali szczególne piekło. Je­sienią 1933 roku do obozu koncentracyjnego w Fuhlsbuttel przybył pierwszy, odnotowany przez nazistów, transport homoseksualistów. Była to nowa kategoria więźniów. Oznaczano ich literą A, który to znak zamieniono później na różowe trójkąty (Rosę Winkeln). W przeciwieństwie do Żydów i Romów, zamiarem nazistów nie było całkowite zlikwidowanie homoseksualistów, lecz ich „reedukowanie”. Śmiertelność wśród homoseksualistów była wysoka, szczególnie w porównaniu z innymi grupami, więzionymi z zamiarem „reedukacji”. W obozach zmarło 55 proc. więźniów homoseksualnych, w przeciwieństwie do 40 proc. więźniów po­litycznych i 34,7 proc. Świadków Jehowy. W obo­zach zginęło od 5000 do 15 000 gejów, chociaż liczba ta mogła być znacznie wyższa, bowiem ho­moseksualiści, w przeciwieństwie do Żydów czy Romów, mogli łatwo ukryć swoją odmienność.

Homoseksualistów traktowano jako najniżej usytuowaną w społeczności więzniarskiej grupę społeczną. Z reguły otrzymywali oni najgorsze pra­ce, często byli odrzucani przez współwięźniów i traktowani jak zboczeńcy. Również obozowi kapo, którzy nadzorowali komanda robocze, odmawiali im pomocy. Mieli ograniczony kontakt ze światem zewnętrznym; rzadko zdarzało się, by rodziny utrzy­mywały kontakt z więźniami noszącymi różowe trój­kąty, a przyjaciele pozostający na wolności woleli nie mieć nic wspólnego z tymi, którzy znajdowali się w obozie. Sporadycznie spotykało się odruchy solidarności między samymi homoseksualistami. Jak pisze Raimund Schnabel w swym studium o Dachau: „Pomiędzy homoseksualistami rzadko byli ci, których zachowanie można by nazwać zbo­czonym; jednak byli też i lizusi i oszuści. Więźnio­wie noszący różowe trójkąty nigdy nie żyli długo. Byli mordowani przez SS szybko i systematycznie”.

l b206a96b9ef7481894ba9d3a4c24f1f2 210x300 Różowe piekło nazizmu
oznaczenia w obozach koncetracyjnych

Niewiele wiadomo o lesbijkach przebywających w obozach. Historykom znany jest jedyny dokument, który podaje homoseksualizm kobiety jako powód umieszczenia w obozie w Ravensbrück. Na jedena­stym miejscu listy transportowej kobiet, przywiezio­nych do tego obozu 30 listopada 1940 roku, wymie­niona jest Żydówka, dwudziestosześcioletnia Ella S. Obok jej nazwiska dopisano: lesbijka. Została ona umieszczona z więźniarkami politycznymi, niewiele jednak wiadomo o jej późniejszym losie.

W Sachsenhausen mężczyźni noszący różowe trójkąty byli odseparowani od reszty więźniów w tzw. ciotowskim bloku. W byłym akademiku skupiono ich ponad 180 bez żadnych zróżnicowań; od nie­wykwalifikowanych robotników, sklepikarzy, po muzyków, profesorów i duchownych, a nawet ary­stokratów i wielmożów. Homoseksualistom nie było wolno pełnić żadnych funkcji. Zakazano im także rozmów z więźniami z innych bloków. Obawiano się prawdopodobnie, że będą oni nakłaniać innych do zachowań homoseksualnych. Są jednak dowo­dy, że do aktów tych dochodziło częściej w innych blokach, niż homoseksualne.

15410 46235 300x300 Różowe piekło nazizmu
Rudolf Brazda, ostatni znany ocalały z „Różowych trójkątów”; zmarł w sierpniu 2011 we Francji w wieku 98 lat

Więzieni homoseksualiści zmuszani byli do spa­nia w koszulach nocnych i trzymania rąk na pościeli, co miało zapobiec masturbacji. Jeden z więźniów wspomina, że „osoba przyłapana bez bielizny lub z rękoma pod pościelą — a było nawet po kilka kon­troli w ciągu nocy — była wyciągana na zewnątrz, wy­lewano na nią kilka wiader wody i kazano stać tak przez dobrą godzinę. Tylko nieliczni przeżywali, zwłaszcza gdy na szybach był centymetr lodu. W re­zultacie panował bronchit, a rzadko się zdarzało, by jakiś homoseksualista wychodził żywy ze szpitala”.
Z wyjątkowego okrucieństwa słynął blokowy z KL Gross-Rosen (obecnie Rogoźnica). Jak opisu­je Józef Gielo w swych wspomnieniach obozowych z Gross-Rosen: „ten niemiecki kryminalista i zboczeniec seksualny zwabiał do siebie młodych chłopców i po kilku dniach współżycia mordował ich z zimną krwią. Mordował też tych, którzy nawet przez przypadek byli świadkami procederu, jaki uprawiał”.

Homoseksualistów kierowano do szczególnie ciężkich robót w obozach w Sachsenhausen, Buchenwald, Mauthausen, Auschwitz i innych. Pracowali oni w cementowniach Sachsenhausen i w podziemnych fabrykach produkujących rakiety V-2 koło Buchenwaldu. Rudolf Hoss, pełniący funk­cję komendanta obozu Sachsenhausen przed prze­niesieniem go do KL Auschwitz, był przekonany, że można zmienić orientację seksualną ciężką pra­cą. Rezultaty tej reedukacji były tragiczne — więk­szość poddanych jej więźniów zmarła.

Rudolf Brazda 482pxk 263x300 Różowe piekło nazizmu
Rudolf Brazda w młodości przed zesłaniem do obozu

Duża liczba homoseksualistów przebywała w obozie Sachsenhausen, który do 1942 roku był uważany za „Auschwitz dla homoseksualistów”. Pra­cowali oni głównie w obozie przy wydobywaniu gli­ny i produkcji cegieł. Niezależnie od pogody, zmu­szani byli do pchania wózków pełnych gliny w kie­runku maszyny produkującej cegły. Praca ta była szczególnie uciążliwa, gdy doły po wykopanej gli­nie były prawie puste. Półżywi więźniowie pchają­cy wózki pod górę, przynaglani byli ciągle przez esesmanów i pilnujących ich kapo. Wózki często zsuwały się z szyn i pędziły z powrotem w dół, przy­gniatając bezbronnych więźniów, nie próbujących nawet uciekać. Słychać było tylko trzask łamanych kości i razy batów wymierzane pozostającym przy życiu więźniom.
L. D. von Classen-Neudegg, który przeżył po­byt w KL Sachsenhausen, opisuje śmierć około 300 homoseksualistów pracujących w cementowni. „Dowiedzieliśmy się, że mamy być podzieleni roz­kazem karnym i następnego ranka przeniesieni do jednostki pracującej w cementowni. Drżeliśmy, bo śmiertelność w tej fabryce była większa niż gdzie indziej. Nadzorowani przez żołnierzy z karabinami maszynowymi, musieliśmy biec w rzędach po pię­ciu do miejsca pracy. Poganiali nas kolbami kara­binów i pejczami. Zmuszeni do ciągnięcia ze sobą dwudziestu trupów, reszta, cała we krwi, dotarła na miejsce. To był niestety początek ich gehenny. Pod­czas dwóch miesięcy zginęło 2/3 współwięźniów. Zabić kogoś z uciekających było opłacalnym inte­resem dla żołnierzy. Za każdego zabitego żołnierz dostawał 5 marek i 3 dni przepustki. Pejczy używa­no najczęściej rano, gdy zmuszano nas do zejścia w doły kopalniane. ‘Tylko pięćdziesięciu jeszcze żyje’ — wyszeptał kilka dni potem mężczyzna obok. Pewien sierżant powiedział do mnie pewnego ran­ka: Wystarczy Chcesz iść na drugą stronę? To nie będzie bolało. Jestem świetnym strzelcem’”.

Rudolf Brazda bf 300x192 Różowe piekło nazizmu
Rudolf Brazda ze swoim chłopakiem

Autor książki Widma, Tadeusz Gędziorowski przedstawia, jakie stosunki łączyły kapo komanda w obozie Dachau, Georga Schittkechta z młodymi więźniami: „Był to niski i szczupły mężczyzna, ma­jący coś kociego w ruchach. Niemal bezszelestnie snuł się po korytarzach i piwnicy, w której magazy­nowano kartofle. Jego nieruchoma twarz nie zdra­dzała żadnych uczuć. Kamienne rysy łagodniały jedynie wtedy, kiedy zatrzymywał się, żeby poroz­mawiać ze swoimi ulubieńcami w komandzie. Byli nimi dwaj młodzi chłopcy: jeden łodzianin, drugi Polak z Francji, pieszczotliwie zwany Bubi. Bubi miał pulchną twarz o miękkich dziewczęcych ry­sach, a w biodrach kołysał się również zgoła nie po męsku. Pomocnikiem kapo był krępy, młody Nie­miec z czarnym trójkątem”.

Z upływem czasu, naziści doskonalili techniki eksterminacji homoseksualistów nie tylko poprzez wykańczanie pracą. W obozie Flossenbürg, utwo­rzyli np. dom publiczny i zmuszali homoseksualistów do wizyt, by ich leczyć w ten sposób. Prostytutkami były Żydówki i Romki z pobliskiego obozu dla ko­biet. W ścianach wydrążono dziury, przez które ob­serwowano postępowanie homoseksualnych więź­niów. Wyleczony z „choroby” homoseksualista był za dobre sprawowanie wysyłany do dywizji Dirlewangera, utworzonej z więźniów do walki przeciwko ro­syjskim partyzantom na froncie wschodnim.

holocaust 247x300 Różowe piekło nazizmu
ocaleni więźniowie obozu

Wydane w 1943 roku nowe zarządzenie Himmlera pozwalało na opuszczenie obozów tym homo­seksualistom, którzy poddadzą się kastracji i będą dobrze się sprawować. Niektórzy skorzystali z tego rozporządzenia, jednak opuszczenie bram obozów nie oznaczało dla nich końca opieki nazistów. Przy­dzieleni do dywizji karnej Dirlewangera, byli wysy­łani do walki, co oznaczało wyrok śmierci. W dywizji tej znanej z brutalności wobec rosyjskich party­zantów, śmiertelność wśród żołnierzy była bardzo wysoka.

Homoseksualistów poddawano eksperymentom medycznym. Duński endokrynolog, Carl Vaernet, wykastrował w obozie Buchenwald osiemnastu homoseksualnych więźniów i zaaplikował im sporą dawkę męskich hormonów. Celem eksperymentu było wykazanie, czy po takim zabiegu będą oni zaintere­sowani płcią przeciwną. Rezultaty pozostały niezna­ne, gdyż na skutek epidemii żółtaczki w obozie eks­peryment został przerwany. Vaernet przeprowadzał podobne eksperymenty w obozie w Neuengamme.

gay holocaust 300x173 Różowe piekło nazizmu
Różowe Trójkąty

Po zakończeniu II wojny światowej zwolniono z obozów na terenie obu państw niemieckich więk­szość homoseksualistów. Jednak homofobia wo­bec nich w społeczeństwie była silna. Paragraf 175 — na podstawie którego zesłano tysiące niewinnych ludzi do obozów koncentracyjnych — obowiązywał w NRD do roku 1967, a w RFN do 1969. Wśród amerykańskich i brytyjskich prawników byli i tacy, którzy domagali się odbycia reszty kary przez ho­moseksualistów skazanych na podstawie paragra­fu 175. Tak więc, jeżeli ktoś był skazany np. na osiem lat, z czego odbył pięć w więzieniu, a trzy lata w obozie, to domagano się aby odsiedział jesz­cze te trzy lata w więzieniu. Nie wiadomo ile osób musiało w taki sposób dokończyć swoje wyroki. Do dzisiaj nie wypłacono też finansowego zadośćuczy­nienia ofiarom hitlerowskiej polityki antyhomoseksualnej, mimo że rząd Niemiec zaproponował je ofiarom pochodzenia żydowskiego, więźniom poli­tycznym i innym grupom, które przetrwały obozo­we piekło, pominięto tylko homoseksualistów. Wielu ludzi odmawia homoseksualistom prawa do takich odszkodowań twierdząc, że kochający inaczej byli słusznie więzieni i „sami byli sobie winni”.

Znacząca część ocalałych w czasie wojny ho­moseksualistów nie miała możliwości powrotu do swych rodzin i środowisk po obozowych doświad­czeniach. Powodów było wiele. Przede wszystkim jednak wstyd i lęk przed napiętnowaniem sprawia­ły, że homoseksualiści zmieniali nie tylko miejsca zamieszkania ale i wszystko, co mogło być koja­rzone z ich wcześniejszym życiem.

pinktriangle pic Różowe piekło nazizmu
Różowy trójkąt na obozowym „pasiaku”

Próby ukrycia przez homoseksualistów obozo­wej przeszłości oraz stosunki panujące w powojennej Europie utrudniały naukowcom dotarcie do wielu z tych, którzy skazani byli z paragrafu 175. Jak zauważył w swojej książce The Pink Triangle Richard Plant, jeden z badaczy tego zagadnienia: „Pomimo tego, iż nie musieli już nosić znaczących ich różowych trójkątów, pozostali naznaczeni do końca życia”.

4e4e78254ef81 wr Różowe piekło nazizmu
Robert Biedroń
Polski działacz na rzecz osób LGBT, założyciel i wieloletni prezes Kampanii Przeciw Homofobii, publicysta i polityk, poseł-elekt na Sejm VII kadencji. Jest właścicielem Wydawnictwa “AdPublik”. Zajmował się także działalnością publicystyczną, pisał m.in. w “Gazecie Wyborczej”, “Trybunie”, “Polityce” i “Rzeczpospolitej”. Jest założycielem i prezesem Instytutu Podkarpackiego, prowadził program Robert Biedroń Subiektywnie w Pino TV.


Data wpisu: 1 listopada, 2011 autor wpisu: Robert Biedroń  |  Komentowanie nie jest możliwe

Unia udzieli azylu osobom transpłciowym

Parlament Europejski oficjalnie przyjął nowe zasady regulujące udzielanie azylu na terenie Unii Europejskiej. Wśród kryteriów znalazło się m.in. prześladowanie ze względu na tożsamość płciową. Oznacza to, że azyl w UE będą mogły uzyskać prześladowane osoby transpłciowe. 8945 Unia udzieli azylu osobom transpłciowymNowe przepisy zmuszają państwa członkowskie UE do uwzględniania kwestii związanych z płcią, w tym szczególnie tożsamości płciowej, przy rozpatrywaniu wniosków o azyl. Wcześniej obowiązek taki nie istniał i wzięcie pod uwagę tych czynników było uzależnione od wewnętrznych regulacji obowiązujących w poszczególnych krajach. Zmienione przepisy nie będą obowiązywały na terenie Wielkiej Brytanii, która podpisała klauzulę opt-out umożliwiającą nieprzyjmowanie unijnych rozwiązań w zakresie udzielania azylu.

Wprowadzająca nowe przepisy dyrektywa jest pierwszym tej rangi dokumentem, w którym pojawia się bezpośrednie odniesienie do tożsamości płciowej.

Na całym świecie osoby transpłciowe bywają prześladowane za to kim są. Zmieniona dyrektywa uwzględni zagrożenia, z którymi się spotykają i nałoży na państwa członkowskie Unii Europejskiej zobowiązanie do wzięcia pod uwagę ich tożsamości płciowej przy udzielaniu azylu. Mam nadzieję, że dalsze zmiany przepisów wprowadzą również obowiązek uwzględniania orientacji seksualnej osób ubiegających się o azyl

powiedział po głosowaniu Dennis de Jong, wiceprzewodniczący Grupy ds. Praw Osób LGBTQ Parlamentu Europejskiego.

Wiceprzewodnicząca tej samej grupy, fińska eurodeputowana Sirpa Pietikäinen komentowała:

Jestem dumna, że moi koledzy z centroprawicowej Europejskiej Partii Ludowej poparli tę zmianę. Unia Europejska dopiero zaczyna traktować tożsamość płciową jako przyczynę, dla której ludzie spotykają się z prześladowaniami. Mam nadzieję, że wskutek dzisiejszego głosowania więcej osób uzyska ochronę.

Nowe przepisy zaczną obowiązywać w miarę ich wprowadzania do prawodawstwa poszczególnych państw członkowskich Unii.
za: Trans-fuzja


Data wpisu: 31 października, 2011 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

„Kocham Roberta” i fani Ani

Nasi w Sejmie i na Kumpello!

Data wpisu: 27 października, 2011 autor wpisu: Redakcja  |  Komentowanie nie jest możliwe

Miłość nie Wyklucza o najnowszych doniesieniach prasowych

Media doniosły w poniedziałek wieczorem, że Janusz Palikot zaproponował SLD by poczekała ze składaniem projektu ustawy o umowach związków partnerskich, a raczej by się z niego wycofała, gdyż w jego ocenie jest to projekt obarczony błędami oraz prawdopodobnie niekonstytucyjny. Palikot proponuje wspólną pracę nad nowym projektem.

logo 2 Miłość nie Wyklucza o najnowszych doniesieniach prasowych

MNW Miłość nie wyklucza

Chcielibyśmy wyrazić w imieniu Grupy tworzącej “Miłość nie wyklucza” poparcie dla pomysłu Janusza Palikota. Na pierwszym, powakacyjnym spotkaniu, nasza grupa przyjęła stanowisko, że projekt ustawy o związkach partnerskich, który przedstawialiśmy potrzebuje zmian, które umożliwią jego wprowadzenie w życie, czyli przejście przez Trybunał Konstytucyjny. Taką – przykrą – zmianą będzie prawdopodobnie ustawa wyłącznie dla par jednopłciowych. Wiemy, że nie o takiej ustawie marzymy, jednakże w związku z wieloma komentarzami dot. ustawy przyznajemy, że jest to – w naszej rzeczywistości prawnej – kompromis, który umożliwi stworzenie ustawy, która – choćby przeszła w Sejmie – nie zostanie odrzucona przez Trybunał.

Cieszymy się, że Janusz Palikot oraz Robert Biedroń, który podjął się rozmów na ten temat, podzielają wątpliwości, które nasi przedstawiciele i przedstawicielki podnieśli podczas omawiania projektu Grupy Inicjatywnej na pierwszym – i ostatnim – posiedzeniu podkomisji sejmowej.

Wyrażamy nasze poparcie dla idei o której mówił Janusz Palikot – podjęcia się prac nad dobrą ustawą o związkach (nie umowach) partnerskich. Ta idea przyświecała twórcom i twórczyniom kampanii od samego początku. Mamy nadzieję, że tym razem się to uda. Nawołujemy do branżowej zgody i rozpoczęcia prac “na serio”. Deklarujemy, że z chęcią włączymy się w pracę zarówno poprzez wsparcie prawne, merytoryczne jak i popularyzatorskie. Mamy nadzieję, że tym razem nikt nie będzie wykluczany z prac nad ustawą. To w końcu ustawa “dla nas”.

Czekamy na odpowiedź ze strony SLD, która to odpowiedź – mamy taką nadzieję – umożliwi rozpoczęcie prac na projektem, pod którym podpisze się całe środowisko.

Tymczasem zapraszamy ponownie 5.11.2011 o godz. 16:00 do Lenivca – wciąż zmieniająca się rzeczywistość polityczna wokół nas pozwala na nowe pomysły i drugie otwarcie dla kampanii. Chcemy się do niego wspólnie przygotować.


Data wpisu: 26 października, 2011 autor wpisu: Miłość Nie Wyklucza  |  Komentowanie nie jest możliwe