Archiwum dla kategorii: ‘kryminał’

Czerwona bohaterka. Cena prawdy regulowana państwowo (Qiu Xiaolong) – cz. I

Śmierć czerwonej bohaterki jest niespieszną, ale wciągającą opowieścią o realiach policyjnego dochodzenia w sprawie morderstwa młodej przodowniczki pracy, Guan Hongying, w Szanghaju w roku 1990. Choć oficjalna linia partii pod przewodnictwem Denga Xiaopinga otwiera Chiny na kontakt z Zachodem i rozmaite formy kapitalizmu, duch Mao nadal straszy nie tylko we wspomnieniach prześladowań w czasach rewolucji kulturalnej, którą pamiętają nadal nie tacy starzy bohaterowie powieści (trzydziestukilkulatkowie i starsi), ale niewidzialną ręką trzyma Centralny Komitet Partyjny, gdzie toczą się walki między starszym pokoleniem partyjnej kadry a zwolennikami Denga Xiaopinga i dalszych reform. Powieść jest pierwszą z cyklu kryminałów o Chenie Cao, który Qiu Xiaolong napisał podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych, do których przybył w 1988 roku aby pisać pracę o T. S. Eliocie. Jednak po wydarzeniach na Placu Tiananmen w 1989 roku, jedna z chińskich gazet doniosła, iż Qiu Xiaolong wspierał studentów. Z obawy przed więcej niż pewnymi represjami, które czekałyby go po powrocie do Chin, pisarz zdecydował się pozostać z rodziną w Stanach Zjednoczonych.

Starszego inspektora Chena Cao, szefa sekcji spraw specjalnych Wydziału Zabójstw Komendy Policji w Szanghaju, poznajemy podczas jego przygotowań do skromnej imprezy mającej uczcić fakt otrzymania maleńkiego mieszkania z przydziału. Jak uważa przyjaciel Chena, Lu Tonghao zwany „Zamorskim Chińczykiem”, starszy inspektor musiał „chwycić za nogi boga szczęścia”. Jakże bowiem inaczej wytłumaczyć fakt, że w zatłoczonym, przeludnionym Szanghaju, liczącym ponad 13 milionów mieszkańców (jak podaje autor, bazując na ówczesnych szacunkach), gdzie dziesiątki wielopokoleniowych rodzin tłoczą się w niedużych domach przeznaczonych dla jednej, Chen Cao dostaje dla siebie kawalerkę, w dodatku z czymś, co w chińskich warunkach śmiało można nazwać aneksem kuchennym (czyli dwa palniki gazowe w ciasnym korytarzu), a nawet – o Niebiosa Latających Smoków – łazienkę z toaletą i prysznicem! Oto co się nazywa mieć poparcie kadrowe partii! Kiedy Chen Cao przemieszcza się po Szanghaju, szukając świadków zbrodni, której sprawcę chce znaleźć i ukarać, spotyka się z niezamożnymi mieszkańcami miasta gnieżdżącymi się w zatłoczonych, zaniedbanych budynkach, z publicznymi łazienkami i kuchniami. W większości domów gotuje się na kuchenkach węglowych (co z pewnością nie pomaga w walce z zanieczyszczeniem powietrza przemysłowymi dymami). Ponieważ po ilości węglowych brykietów leżących przed wejściem do danego budynku można domyślić się, ile mieszka tam rodzin, wnioskujemy, że obowiązywał na nie przydział.

Szczęście Chena Cao wydaje mu się towarzyszyć już od dawna, np. w latach siedemdziesiątych, mimo posiadanego wykształcenia, nie został wysłany na wieś, by „reedukowali” go biedni chłopi. Jako jedynak Chen mógł pozostać w mieście, gdzie na własną rękę nauczył się języka angielskiego. Po wstrzymaniu rewolucji kulturalnej (a raczej, jak uściśla Qiu Xiaolong, rewolucja kulturalna nie została nigdy oficjalnie zakończona, ale wstrzymano jej realizację). Chen Cao studiował w Pekińskiej Wyższej Szkole Języków Obcych i jako młody człowiek marzył o pracy naukowej. Miłośnik anglojęzycznej literatury, tłumacz poezji T.S. Eliota na chiński, dowiedział się jednak, że partia szykuje dla niego stanowisko w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Niestety, zaplanowaną karierę w dyplomacji zniweczył niewidziany nigdy krewny, odnotowany w teczkach urzędu bezpieczeństwa publicznego jako kontrrewolucjonista. Ponieważ taka rodzinna przypadłość stanowi niewybaczalną skazę na honorze chińskiego dyplomaty, dobrze zapowiadającego się Chena przeniesiono do policji. Oczywiście Chen właściwie nie ma żadnego wyboru. Jeśli chce robić jakąkolwiek „karierę”, uzależnioną od początku od wyższych urzędników partyjnych, musi przyjmować to, co mu podają, choćby nie miał o tym zielonego pojęcia (przypomniał mi się szef inżyniera Karwowskiego, który stara się rozwiać jego wątpliwości co do własnych kompetencji po awansie: ”Nie martw się, ty mówisz, że się nie nadajesz? Gdybyś widział jak ja się nie nadawałem”). A wszystko to uzależnione jest od nowej polityki kadrowej towarzysza Denga Xiaopinga, który wysłał kadrę wyższego szczebla na emeryturę i postawił na młodych i wykształconych. Chen miał dyplom filologa angielskiego (jego chińskiego odpowiednika) i poparcie pierwszego wiceministra w Pekinie, towarzysza Zheng Zuorena, co oznacza, że nadawał się na każde stanowisko.

Powróćmy jednak do przygotowań Chena do parapetówki. Wśród zaproszonych gości jest wspomniany już „Zamorski Chińczyk” wraz ze swoją żoną, Ruru. Kim jest ów ekscentryczny, w opinii innych Chińczyków, mężczyzna? To przyjaciel Chena jeszcze z lat dziecięcych, który jako syn handlarza futrami (a zatem kapitalisty) został „wyrzutkiem społecznym” i po liceum wysłany na wieś w celu reedukacji. Swoje przezwisko, „Zamorski Chińczyk”, otrzymał już w szkole średniej, ponieważ nosił zachodnie marynarki. Lu nigdy nie zrezygnował ze swojego przydomku, choć w latach sześćdziesiątych miało pejoratywny wydźwięk i mogło przysporzyć mu kłopotów: „bo mogło przedstawiać kogoś jako osobnika politycznie niepewnego, powiązanego z zachodnim światem albo kojarzonego z ekstrawaganckim, burżuazyjnym stylem życia. Ale Lu uznał za punkt honoru podtrzymywanie swojego »dekadenckiego« wizerunku – parzył kawę, piekł placek z jabłkami, mieszał sałatki owocowe i oczywiście przy obiedzie siadał do stołu w zachodnim garniturze” (s. 30). Obecnie Lu, wierny przyjaciel Chena, planuje przejąć podupadającą restaurację i otworzyć swoją – „Moskiewskie Przedmieście”. Oto jak tłumaczy swoje przedsięwzięcie Chenowi: „Dowiadujemy się z gazet, że wkraczamy w nową epokę socjalistycznych Chin. Wprawdzie niektórzy starzy konserwatyści zrzędzą, że Chiny stają się kapitalistyczne, a nie socjalistyczne, ale kogo to wzrusza? To etykietki. Tylko etykietki. Jeżeli ludziom żyje się lepiej, nie ma o czym mówić” (s. 19).

Trzecim i ostatnim – wszak miejsca nie ma zbyt wiele – gościem na przyjęciu w nowym lokum Chena jest Wang Feng, młoda, ambitna, błyskotliwa i piękna dziennikarka, której nietypową sytuację rodzinną poznajemy dość szybko. Oto bowiem młoda Wang Feng wyszła za mąż głównie na prośbę rodziny narzeczonego – jego umierający ojciec pragnąć odejść mając pewność, że ukochany syn posiada już żonę i planuje przedłużyć ród. Niedługo po ślubie mąż Wang Feng udał się na stypendium do Japonii i zdecydował się tam zostać, zostawiając młodą kobietę w trudnej sytuacji. Wbrew podejrzeniom przesłuchującej ją służby bezpieczeństwa wewnętrznego, nic nie wiedziała o planach ucieczki męża. Obecnie starała się od pewnego czasu o paszport, by wyjechać z Chin i połączyć się w końcu z mężem, który ze swojej strony poczynił rozmaite formalne starania, by Wang Feng mogła do niego zawitać. O planowanym wyjeździe Wang Feng, starszy inspektor Chen jeszcze nie wie, na razie cieszy go obecność pięknej dziennikarki, z którą flirtuje coraz bardziej otwarcie. Jednak wraz z rozwojem spraw okazuje się jasne, że pomysł na romans z mężatką jest w komunistycznych Chinach pomysłem co najmniej kiepskim, bowiem jako przejaw wątpliwej zachodniej moralności, może poważnie zaszkodzić karierze Chena, o której decyduje partia.

Kiedy goście są w komplecie, po – interesującym dla każdego zainteresowanego kulinariami – posiłku, postanawiają potańczyć. Ten pomysł, sam w sobie, jest świadectwem wichru przemian w komunistycznych Chinach, o których autor uświadamia czytelnika przy każdej okazji – co zresztą sprawia, że lektura jest tym ciekawsza. Już sposób, w jaki urządzony jest kawalerka Chena, świadczy o wielkiej zmianie podejścia rządu do członków partii, bowiem starszy inspektor nie ma u siebie portretu przewodniczącego Mao, jeszcze do niedawna obowiązkowego elementu wyposażenia każdego chińskiego domu! Chen posiada za to absolutne must have każdego Chińczyka – spluwaczkę (wspomnianą też wśród sprzętów domowych współpracownika starszego inspektora), widniejącą nawet na nowej ikonie członków chińskiej partii komunistycznej – portrecie Denga Xiaopinga: „Za czasów przewodniczącego Mao każdy musiał wieszać jego wielki portret i odmawiać przed nim poranne i wieczorne modlitwy – znane wersy, zapamiętane z jednej ze współczesnych oper pekińskich: „Pod portretem przewodniczącego Mao przepełnia mnie nowa siła”. Rama też musiała być specjalnie zaprojektowana. Złota z Mao przypominającym boga. Z Xiaopingiem było inaczej. (…) Umieszczanie jego portretu w salonie nie było polityczną koniecznością. (…) [Deng Xiaoping] Na portrecie siedział zamyślony w fotelu, ubrany w szarą, zapiętą pod szyję bluzę Mao i trzymał w ręku papierosa. Obok stała ogromna mosiężna spluwaczka, a z tyłu widniała mapa Chin” (s. 304).

Tańce na imprezie u starszego inspektora Chena są krótkie a goście dokładają starań by nie przeszkadzać sąsiadom (Wang Feng zdejmuje w tym celu buty, by nie hałasować). Qiu Xiaolong dorzuca tutaj kolejną dygresję: „W czasie rewolucji kulturalnej chińskie społeczeństwo mogło wykonywać tylko »taniec lojalnych«. Ludzie tupali miarowo w jednym rytmie: tak okazywali lojalność wobec przewodniczącego Mao. Mówiono jednak, że nawet wtedy za murami Zakazanego Miasta urządzano wiele ekstrawaganckich imprez. Podobno wyśmienity tancerz, jak był przewodniczący Mao, miał »nogi splecione z nogami partnerki nawet po balu«. (…) aż do połowy lat osiemdziesiątych Chińczycy nie mogli tańczyć, nie obawiając się, że ktoś doniesie na nich do władz” (s. 19-20).

Miłą zabawę przerywa jednak telefon do Chena z pracy – starszy inspektor dowiaduje się, że w kanale Baili znaleziono ciało zamordowanej młodej kobiety o nieustalonych jeszcze personaliach. Tak rozpoczyna się trudne i niebezpieczne śledztwo, które kończy się w nieoczekiwany dla inspektora Chena, i jego współpracownika, detektywa Yu Guangminga, sposób. Jak wyjaśnia narrator nazwę wydziału starszego inspektora Chena: „(…) określenie »specjalna« stosowano wówczas, kiedy komenda musiała dostosować punkt widzenia do potrzeb politycznych” (s. 27). Chen w trakcie pracy przekona się boleśnie, że każdy jego krok ma poważne konsekwencje polityczne co może zagrozić nie tylko jego karierze i bezpieczeństwu… Słowo „polityka” pojawia się niemal na każdej stronie powieści i zastępuje nie tylko zwrot „racja stanu” ale też słowa takie jak: „los”, „pech”, „karma” czy „konieczność”. Polityka jest wszechobecna, kieruje każdym aspektem ludzkiego życia i posiada przerażającą wszechmoc. Jej wyroki są nagłe niczym piorun z nieba i podobnie jak on, nieodwołalne.

Starszy inspektor Chen sportretowany jest jako współczesna wersja konfucjańskiego urzędnika państwowego, który kieruje się w swoim życiu powinnościami wobec narodu i opiewa wartości wspierane przez państwo. Uważany przez przeciwników za niedoświadczonego glinę i ekscentrycznego, podatnego na zachodnie – a zatem niebezpieczne dla Chin – wpływy, Chen czasem zachowuje się jak nieodpowiedzialny marzyciel. Pragnie jednak doprowadzić do wykrycia sprawcy morderstwa i ukarania go, co okaże się niezmiernie trudnym zadaniem…

Charakter Chena oddaje choćby scena, kiedy starszy inspektor udaje się obejrzeć miejsce odnalezienia ciała ofiary. Przy drodze do kanału spotyka nastolatkę sprzedającą herbatę. Dziewczynka czyta książkę, a jej niewinny wygląd przypomina Chenowi wiersz z czasów dynastii Tang i Song:

„Smukła, gibka, ma zaledwie lat chyba trzynaście
Koniuszek kardamonu na początku marca”.

Starszy inspektor pyta dziewczęcia co czyta, na co słyszy „Visual Basic” – i liryczny nastrój Chena pryska. Co więcej, dostaje wielce korzystną ofertę zakupu bardzo tanich płyt CD z programami… Chen odjeżdża na motocyklu i dopiero po jakimś czasie zdaje sobie sprawę z tego, że jako policjant powinien zareagować i „coś zrobić” z pirackimi płytami!

Podczas śledztwa opornie idzie ustalanie danych personalnych ofiary. Jednak kiedy kobieta zostaje rozpoznana, kłopoty Chena dopiero się rozpoczynają. Wyłowiona z kanału ofiara za życia miała status narodowej bohaterki, przodowniczki pracy. Nosiła też dumne imię Guan Hongying – gdzie znak Guan oznacza zamykane drzwi, Hong – kolor czerwony, a Ying – bohaterkę, stąd tytuł powieści – Czerwona bohaterka.

W siedzibie komendy starszy inspektor Chen dowiaduje się, że „do pomocy” został mu przydzielony komisarz Zhang Zhigiang, partyjny beton, który od początku akcentuje, że to morderstwo z powodów politycznych. Jednak słowa: „Była doskonale znaną w całym kraju przodownicą pracy i jej tragiczna śmierć jest bolesną stratą dla partii oraz symbolicznym ciosem zadanym bezpieczeństwu publicznemu naszego socjalistycznego społeczeństwa” wypowiada sekretarz partii, Li, mentor i zwierzchnik Chena (s. 44). Komisarz Zhang pełni rolę nadzorcy politycznej poprawności dochodzenia i zachowania policjantów. Jak wyjaśnia sekretarz Li: „Komisarz Zhang osiągnął wiek emerytalny, ale przy tej inflacji i coraz wyższych standardach życia trudno, by ktokolwiek wyżył z samej emerytury (…). Dlatego władze partyjne wystąpiły z nowymi przepisami, dotyczącymi starych towarzyszy” (s. 45) – innymi słowy, tylko śmierć jest w stanie wysiudać ich z zajmowanych stanowisk. Chen i Yu są nader sceptycznie nastawieni do „doradcy” Zhanga i do teorii „kontekstu politycznego” morderstwa. Yu jest pozytywnie zaskoczony, że jego szef wykazuje trzeźwy osąd sytuacji: „Wychowano nas w tym komunistycznym micie wzorców osobowych – powiedział Chen. – W gruncie rzeczy korzeni tej koncepcji można się dopatrzyć w konfucjanizmie. Z tą różnicą, że konfucjanizm nazywał wzorce osobowe mędrcami, natomiast w XX wieku określano je jako wzorowych robotników, wzorowych rolników i wzorowych żołnierzy” (s. 45-46). Jednak Chen rozumie, dlaczego nadal się stosuje takie przykłady: „Ze względu na współczesną polaryzację społeczeństwa. W dzisiejszych czasach garstka dorobkiewiczów żyje w luksusach, jakie się nie śnią zwykłym ludziom, a jednocześnie tak wielu robotników jest bez pracy i czeka na emeryturę albo przydział. Wiele osób z trudem wiąże koniec z końcem. Dlatego propagowanie wzorca ofiarnego komunisty jest tym bardziej potrzebne” (s. 46). Yu dodaje, że równie niesprawiedliwe przywileje dotyczą nomenklatury wysokiego szczebla i ich dzieci nazywanych w skrócie ND. Obydwaj przemilczają kwestie wszelkich ulg dostępnych dla Chena, które pominęły detektywa Yu. Ten ostatni martwi się, że jest pechowcem, bowiem choć według chińskiego kalendarza księżycowego urodził się w roku Smoka, kalendarz gregoriański wyznacza mu niefortunny znak Węża.

Próbując dowiedzieć się czegoś więcej o zamordowanej bohaterce pracy, Chen udaje się do internatu pracowniczego, w którym Guan mieszkała za życia. Mimo swojego statusu partyjnej heroiny, jako osoba samotna nie mogła liczyć na żaden przydział mieszkania. Dzięki swojej pozycji uzyskała jedynie luksus zajmowania osobnego pokoiku na piętrze internatu, gdzie dzieliła łazienkę z dziesięcioma innymi rodzinami. Nie miała jednak powodów do narzekań – zazwyczaj niezamężni pracownicy płci obojga mieszkali po sześć, osiem osób w pokoju i ich przestrzeń prywatną wydzielało jedynie wąskie łóżko, na którym sypiali. Starszy inspektor wypytuje sąsiadów Guan, w nadziei, że dowie się czegoś o jej życiu prywatnym, ale przekonuje się jedynie, że nie była zbytnio lubiana i trzymała wszystkich na dystans. Jedna z sąsiadek twierdzi, że Guan nie korzystała z publicznej pralni, zatem musiała prać swoje rzeczy w pralkach z wystawy Pierwszego Domu Towarowego, w którym pracowała! W pokoiku zajmowanym przez Guan Chen znajduje jedynie kilka rozbieranych zdjęć zmarłej kobiety, niektóre ze śmielszym podtekstem erotycznym. Kolejna ciekawostka – to jeden z, wydawałoby się, drobiazgów dotyczących życia codziennego, o których niełatwo przeczytać w książkach o współczesnych Chinach, a które sprawiają, że kryminał Qiu Xiaolonga jest tym ciekawszy. Otóż same zdjęcia są dowodem na to, że musiał je ktoś wywołać w prywatnej, może nawet domowej, ciemni fotograficznej – zatem był to ktoś majętny i ustawiony. W państwowych zakładach nie można byłoby wywołać zdjęć o takim charakterze – jako „burżuazyjno – dekadenckich”, a w prywatnych – Guan narażałaby się na ryzyko szantażu.

Dość szybko okazuje się, że głównym podejrzanym o morderstwo pięknej przodowniczki pracy jest ND, czyli dziecko komunistycznego aparatczyka, pewnego, że dzięki rodzinnym koneksjom stoi ponad prawem… Ale wierny partii komisarz Zhang nie próżnuje. Nie tylko typuje podejrzanego o zamordowanie Guan: „Według niego Guan zamordował daleki krewny, który żywił do niej urazę za to, że w czasie rewolucji kulturalnej wyparła się go, ponieważ był »czarnym« prawicowcem” (s. 76), ale też donosi na starszego inspektora Chena do Komisji Kontroli Partyjnej Komitetu Szanghajskiego, jako podejrzanego o burżuazyjne i antypaństwowe myślenie… Wszystko w trosce o dobro partii oczywiście! Nie można dopuścić, by promowano kogoś, kto jest ideowo niepewny!

I tak starszy inspektor Chen przekonuje się bardzo boleśnie, że dochodzenie ma kontekst polityczny – w dodatku taki, którego na pewno sobie by nie życzył. Jego przełożony, sekretarz Li tłumaczy mu, dlaczego dochodzenie w sprawie śmierci Guan jest z punktu widzenia władzy niewłaściwe: „Najważniejsze jest teraz wyczucie czasu. Czy uważacie, że przy obecnych nastrojach politycznych wasze dochodzenie dobrze wpłynie na wizerunek partii? (…) Kto jest zamieszany w tę sprawę? Według waszej hipotezy narodowa bohaterka pracy i żonaty ND. Co ludzie sobie pomyślą? Ideologiczne bankructwo! A co gorsza, zaczną uważać nomenklaturowe dzieci za produkt naszego systemu partyjnego i oskarżać wyższych funkcjonariuszy starszego pokolenia o wszystkie swoje kłopoty. Niektórzy mogą nawet wykorzystać to jako pretekst do rzucania oszczerstw na nasz rząd. Po tym, co ubiegłego lata wydarzyło się na placu Tienanmen, wiele osób przestało wierzyć w socjalizm” (s. 250). Tak oto Chen przekonuje się, że nie tylko czarne jest białe, ale co istotne, lepiej nie mącić wody kijem, wszak najważniejsze jest hasło propagowane przez Deng Xiaopinga „stabilizacja polityczna”, czyli – promować młodą kadrę w partii, nie drażnić starszej. Śledztwo Chena stawiające ND i zasłużonego towarzysza w fatalnym świetle narusza tę delikatną równowagę.

Klasyczna literatura chińska – cytowana najczęściej przez głównego bohatera Chena – pojawia się w powieści nie tyle jako przejaw anachronicznego myślenia chińskich obywateli niegotowych na produktywne działanie w duchu zachodniego kapitalizmu i stuprocentowej wydajności. Jej znajomość procentuje w niebezpiecznej politycznie rzeczywistości, a cytowanie jej okazuje się znakomitym szyfrem między konspirantami w walce o sprawiedliwość. Wystarczy przypomnieć sobie kontekst, w jakich dane słowa były wypowiedziane i wiadomo, czy zacytowany wiersz jest ostrzeżeniem czy pociechą, że ktoś nie wydał służbie bezpieczeństwa informatora. Autor powołuje się też na koncepcje T. S. Eliota jako… pomocne Chenowi w śledztwie, przywołuje też poezję amerykańską i teorię Derridy. Ale czy nic nie gubi się w tłumaczeniu? Kiedy Chen oprowadza amerykańskiego profesora literatury i jego żonę po Szanghaju, tłumaczy gościom: „słowo prywatność trudno przetłumaczyć na chiński. (…) W chińskim nie było pojedynczego słowa oznaczającego prywatność” (s. 274).

Cz. II i dane bibliograficzne tu.

Data wpisu: 10 kwietnia, 2012 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Czerwona bohaterka. Cena prawdy regulowana państwowo (Qiu Xiaolong) – cz. II

Cz. I tu.

W powieści Qiu Xiaolonga technologiczny wymiar śledztwa, taki jak badanie śladów wokół ciała zamordowanej, czy przenicowanie zwłok w poszukiwaniu czegoś, co mógłby pozostawić morderca, jest sprowadzony do minimum i choć nie jest powiedziane to wprost, czytelnik łatwo się domyśla, że szanghajska komenda policji jest po prostu niedofinansowana. Poza tym technologie ułatwiające wymianę informacji między obywatelami państwa to z pewnością nie jest coś, co popierałaby służba bezpieczeństwa wewnętrznego. Policjanci muszą użyć swoich znajomości, doświadczenia i przede wszystkim – jak poradzić sobie ze zbieraniem śladów i informacji w społeczeństwie dalekim od współczesnych nam standardów informatyzacji. Nie ma przecież mowy o własnym laptopie, telefonach komórkowych czy internecie. Inspektorowi Chenowi podczas robienia wywiadu o Guan pomagają członkowie komitetu mieszkańców, który: „(…) uchodził za komórkę miejscowego komisariatu policji i częściowo, choć nieoficjalnie, działał pod jego nadzorem. Organizacja była odpowiedzialna za wszystko, co działo się poza zakładami pracy – urządzała cotygodniowe szkolenia polityczne, kontrolowała liczbę mieszkańców, prowadziła ośrodki dziennej opieki, rozprowadzała kartki żywnościowe, przydzielała limity urodzeń, rozstrzygała sąsiedzkie i rodzinne spory. A co najważniejsze, bacznie obserwowała wszystko, co dzieje się w okolicy” (s. 104). Jak widać, kamery i podsłuch nie są wcale potrzebne do wprowadzenia społeczeństwa obserwowanego przez Wielkiego Brata, wystarczy tylko odrobina partyjnego zapału.

Inspektor Chen, razem z podwładnym, detektywem Yu, ofiarnie szukają dowodów winy podejrzanego, choć ten już po pierwszej rozmowie z policją, uruchamia wszelkie znajomości partyjne, by uniknąć śledztwa i wyroku. Początkowo wydaje się, że stare układy partyjne nadal są wystarczająco silne, by morderca uniknął kary, w dodatku na komendzie policji starszy komisarz Zhang, ślepo oddany partii donosi na inspektora Chena jako podejrzanego o uleganie wpływom zgniłego zachodniego liberalizmu… Inspektor Chen i detektyw Yu zostają odsunięci od sprawy, zawieszeni w swoich obowiązkach, zaczynają też być śledzeni przez funkcjonariuszy bezpieczeństwa wewnętrznego. Nie zamierzają się jednak poddać. Wykorzystując rozmaite znajomości i fortele, zbierają dowody winy podejrzanego, ustalają motyw zbrodni, wreszcie inspektor Chen sięga po swego asa w rękawie – dawną romantyczną zażyłość z córką wysokiego urzędnika partyjnego… Jednak nawet mimo postępów śledztwa, sprawa kończy się nieoczekiwanie dla idealistycznie nastawionych policjantów.

Poznajemy w tej powieści nie tylko Szanghaj, ale i fragment Kantonu, do którego inspektor Chen udaje się przesłuchać świadka. Niesamowite jest to, jak obrazu chińskich miast w kryminale Qiu Xiaolonga dopełniają niedawne lektury – np. recenzowane tu na blogu Dobre kobiety z Chin, wybór reportaży chińskiego dziennikarza Liao Yiwu Prowadzący umarłych, czy nawet Zakazane wrota Tiziano Terzaniego. Wszystkie te książki budują w spójny sposób obraz Chin, w których resztki dawnej świetności chińskiego imperium, lukruje się na nowo, głównie dla zachodnich turystów, a na których powstają nowe miejsca handlu, z którego próbują się utrzymać najbiedniejsi.

Terzani zauważył, że Chińczycy podczas rewolucji kulturalnej skreślili przeszłość jako złą, niewłaściwą i nieprowadzącą do rozwoju. Teraz Chińczykom rządząca partia proponuje potraktować historię własnego kraju i kulturową spuściznę dawnych wieków z większym respektem. Czują się zatem zdezorientowani, co więcej, niedawno budowali socjalizm i choć teoretycznie budują go nadal, kwitnący handel w dawnej świątyni boga miasta, pokazuje im nowego boga, którego należy czcić i który wydaje się odpowiedzialny za wszelkie zło i dobro, czyli pieniądz. Porażające są wnioski płynące ze spotkań inspektora Chena z profesor Xie Kun, której córka Xie Rong woli się prostytuować niż edukować i cierpieć z powodu prześladowań politycznych jak jej matka: „Najbiedniejszy jest doktor nauk, a najgłupszy – profesor” (s. 124).

Po zatłoczonym Szanghaju, w którym powietrze i rzeka są coraz bardziej zanieczyszczone, inspektor Chen podróżuje najczęściej miejskimi środkami transportu, czasem pieszo, a najrzadziej, korzystając ze służbowego przydziału na auto z szoferem. Dysponuje nim jako uprzywilejowany funkcjonariusz służby publicznej i pupil partyjnego ważniaka, który pragnie zrobić z Chena modelowego „Chińczyka nowej generacji” (czyli urzędnika państwowego z wyższym wykształceniem i nienagannym morale).

Realia życia codziennego w Szanghaju, jakie wyłaniają się z powieści, są szokujące. Straszliwe zatłoczenie, powszechny brak mieszkań i choćby odrobiny prywatnej przestrzeni, nędzne warunki sanitarne (inspektor Chen bez zdziwienia, obrzydzenia czy wstydu komunikuje swojej koleżance, że w jego kawalerce są karaluchy – stwierdza jedynie fakt)… wreszcie – wszechobecna polityka, węszący staruszkowie z dawnych komitetów sąsiedzkich, które szpiegowały rodziny i czuwały nad przestrzeganiem polityki jednego dziecka, nieustający strach przed plotkami i złymi pogłoskami sugerującymi podupadłe morale i złe prowadzenie się – to jest bardzo ciekawa kwestia, bowiem chińskie społeczeństwo zostaje opisane jako bardzo konserwatywne i niesłychanie pruderyjne. Pozamałżeńskie romanse są niedopuszczalne i mogą zniszczyć zawodową i polityczną (ponieważ obie kwestie są ze sobą nierozerwalnie złączone) karierę kochanków. Kiedy Chen zastanawia się nad ewentualnymi konsekwencjami romansu z Wang Feng dochodzi do wniosku, że: „Pod względem politycznym nie mogła uchodzić za idealna partnerkę. Ucieczka tak zwanego męża ciążyć będzie na jej przyszłości. Nawet po rozwodzie zostanie na nią hak w ankiecie personalnej. (…) Mężatka, chociaż tylko w papierach, też nie była »właściwą kulturowo« partią” (s. 100). Rozważania Chena nie są jednak tylko bezduszną kalkulacją pnącego się w górę aparatczyka. Chen po prostu jest świadomy tego, co może się wydarzyć i stara się, choćby wbrew sobie, być odpowiedzialny, w konfucjańskim duchu będąc posłusznym dobru ojczyzny. Kobiety i mężczyźni powinni dążyć do znalezienia współmałżonka i założenia rodziny – do czego są nakłaniani przez wszystkie strony, od współpracowników po bliskich i domowników, którzy nieustannie dopominają się – najlepiej – wnuka, jako że konfucjański prymat płci męskiej nad żeńską nadal trzyma się mocno. Naturalnie biografia i koneksje rodzinne kandydata na męża/ kandydatki na żonę, powinny być starannie prześwietlone i rozważone przed wiążącym krokiem. Nie ma mowy o uczuciu, małżeństwa powinny być rozważnie aranżowane, by nowa rodzina stała się korzystnym połączeniem więzów pokrewieństwa i politycznych wpływów. Tym bardziej niezwykła wydaje się historia małżeństwa detektywa Yu, który jako szesnastolatek z podejrzanego, kontrrewolucyjnego domu, został zesłany na daleką wieś w celach reedukacji. Ponieważ ten sam los ma spotkać jego przyjaciółkę z lat dziecinnych, nastoletnią Peiqin, ich rodzice przed wyjazdem dzieci aranżują ich związek. Lata spędzone w trudnych warunkach na odległej wsi stają się czasem umacniania związku Yu i Peiqin (piekielny rodzaj Błękitnej laguny), którzy po powrocie do Szanghaju, już jako dorośli ludzie, wspominają przymusowy pobyt w prowincji Yunnan jako najszczęśliwsze lata życia. Nie oznacza to jednak, że ich związek wszedł w fazę wypalenia uczucia, wręcz przeciwnie. Choć nigdy nie zostali formalnie małżeństwem, żyją ze sobą nadal, kochają się nadal i trzymają razem, wspierając w radościach i kłopotach, których nie brakowało. Detektyw Yu, początkowo sceptycznie i niechętnie nastawiony do nowego młodszego przełożonego, inspektora Chena, stopniowo przekonuje się do niego i docenia jego idealistyczną chęć walki o sprawiedliwość. Z czasem zaprzyjaźnia się z Chenem, zapoznaje z żoną i ojcem (nazywanym Starym Myśliwym, bowiem był podobnie jak sam Yu, policjantem), a także stoi za nim murem podczas całego dochodzenia – ryzykując swą skromną karierę i bezpieczeństwo.

Dodatkowym atutem będącej intrygującym kryminałem powieści są barwne opisy chińskiej kuchni – bowiem jedzenie jest tutaj „bohaterem drugiego planu”. Bohaterowie nieustannie rozglądają się za czymś do jedzenia i znajdują najczęściej pyszne, „domowe”, tradycyjne potrawy sprzedawane przez ulicznych handlarzy lub w bardzo skromnych jadłodajniach (na wzór opiewanych knajpek z ceratą zamiast obrusa w powieściach Camilleriego). Spotykają się na ucztach, podczas których serwują egzotyczne dania, nadal rzadko spotykane nawet w chińskich restauracjach na Zachodzie (gdzie menu jest dostosowane do lokalnych gustów) takie jak np. kawałki wieprzowego żołądka, „kurczak żebraka” w sosnowych igłach czy „walka tygrysa i smoka” czyli pieczeń z kota i węża, o zupie z kurzej krwi nie wspominając… W Kantonie inspektor Chen trafia nawet na Ulicę Smakoszy, w której kulinarna fantazja mogła przekroczyć zachodnie granice wrażliwości, jednak gość miał pewność, że wszystko jest nie tylko świeże, ale i wspomagające męskie siły witalne. Codzienność jest mniej barwna czy urozmaicona. Chińczycy mają miesięczne przydziały na produkty spożywcze – można jednak kupić je dodatkowo albo na państwowym targu (gdzie ceny były z góry regulowane) albo na prywatnym, bez nazwy, gdzie klient dostawał lepszą obsługę, wyższą jakość towarów – ale za ceny dwu- lub nawet trzykrotnie wyższe, niż na bazarze państwowym: „Tak zwana cena państwowa wciąż istniała, ale tylko w gazetach albo rządowych statystykach” (s. 160). Fakt istnienia dwóch bazarów z różnymi cenami doczekał się również oficjalnej wykładni: „Pokojowa egzystencja – państwowy i prywatny rynek. Socjalizm i kapitalizm obok siebie” (s. 149). Filozofia partii została skorygowana: „Jedno z najpopularniejszych haseł brzmiało: xiang qian han. Teraz znaczyło: »Dąż do pieniędzy!« W latach siedemdziesiątych znak qian pisany był trochę inaczej i wtedy hasło brzmiało: »Dąż do przyszłości!«” (s. 275). Partyjny interes prowadzi do dramatycznego zakończenia całej sprawy – Chen i Yu zdają sobie sprawę, że wszystko rozegrało się według życzenia oficjeli i posłużyło propagandzie. „Ten, kto walczy z potworami, powinien się strzec, aby prowadząc tę walkę, samemu nie stać się potworem” – przypomina sobie Chen słowa Nietzschego (s. 340), które brzmią tu jak wschodnia sentencja.

Powieść została przetłumaczona z języka angielskiego – co ciekawe, sporo w niej chińskich terminów (dotyczących głównie kulinariów), które nie są w ogóle objaśnione, a szkoda. O ile jednak można zrozumieć, że tłumacz z języka angielskiego nie jest znawcą chińskiej terminologii kulinarnej, to już korekty płci bardzo znanej brytyjskiej autorki kryminałów wybaczyć nie mogę – na stronie 292 czytam „Kilkakrotnie sama zarezerwowała dla niego książki, w tym również jedną pozycję P.D. Jamesa”. Nie wiem czy zawinił tłumacz czy korekta, ale to ewidentna wpadka. Niedosyt też budzą liczne niejasności, gdy rozmaite porównania czy powiedzenia nie zostają w ogóle wyjaśnione (np. metaforycznie ujęty seks jako „stawanie się chmurą i deszczem” – notabene opisany w lekkim czytadle Dziesięć tysięcy uciech cesarza autorstwa José Frèchesa, w przekładzie Marty Olszewskiej; W. A. B., Warszawa 2011). Znalazłam informację na stronie wydawnictwa Amber, że wydano po polsku jeszcze jeden kryminał z tej serii – być może wkrótce wpadnie w moje ręce. Dla każdego zainteresowanego tematyką Wschodu i współczesnych Chin, Czerwona bohaterka może być interesującą ciekawostką. Jeżeli szuka się po prostu dobrego kryminału, książka Qiu Xiaolonga jest również na pewno warta polecenia. Powieść może być też odczytana jako zapis dramatycznej walki bohatera o zachowanie swojego prywatnego języka, wolnego od propagandowych klisz, którym Chen będzie w stanie wyrażać swoje prywatne opinie, myśli, najintymniejsze uczucia. Kiedy Chen oprowadzał amerykańskie małżeństwo po Szanghaju, trzymał się odgórnych wytycznych dotyczących odpowiedniego postępowania z cudzoziemcami, pozwalającego na pokazywanie urzędowo wyselekcjonowanych atrakcji, i nakazującego ukrywanie tego, co niewygodne, „był jednak poirytowany swoją automatyczną reakcją. Frazesy, same gazetowe slogany, zupełnie jakby miał włączoną w głowie kasetę z nagłówkami »Dziennika Ludu«. Coraz bardziej mu przeszkadzało, że zmieniał się w odtwarzający automat” (s. 270).

Być może stąd upodobanie autora do cytowania poezji, która staje się kodem do wyrażania swojego „ja”. Podczas prowadzonego śledztwa Chen przypomniał sobie wiersz amerykańskiego poety Matthew Arnolda, który miał pasować do opisu sytuacji życiowej nie tylko zamordowanej Guan, ale i starszego inspektora. Jednak pod koniec wydarzeń wydaje się raczej, że poemat opisuje niebezpieczeństwa zaskakujące bezbronnych chińskich idealistów:

„I jesteśmy tu niczym na równinie, co pogrąża się w mroku,
Wśród bezładnych ostrzeżeń o zmaganiach, walce,
Gdzie nieświadome armie ścierają się w nocy” (s. 108).

Sławomira Raczyńska

Qiu Xiaolong, Śmierć czerwonej bohaterki (Death of a Red Heroine), przeł. Sławomir Kędzierski, Amber, Warszawa 2007. Wszystkie cytaty i odniesienia pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 10 kwietnia, 2012 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Z prochu powstałeś, w kurz się obrócisz. P.D. James, „Śmierć każdego dnia”

Podczas pisania tej recenzji przeczytałam i obejrzałam parę wywiadów z Phyllis Dorothy James, jedną z najbardziej znanych i cenionych autorek brytyjskich kryminałów. Leciwa, blisko dziewięćdziesięcioletnia dama, ubrana w jasne kostiumiki a la królowa Elżbieta, wywiera sympatyczne wrażenie zapewne na zasadzie wizualnego stereotypu. Uprzejma, odpowiada krótko i wydawałoby się, precyzyjnie na pytania, ale jak podkreślają liczni dziennikarze, zawsze chroni swoją prywatność i niewiele mówi o swoim życiu rodzinnym, zwłaszcza o tragedii z przeszłości, jaką niewątpliwie było życie z mężem, który po powrocie z wojska po drugiej wojnie światowej popadł w ciężką depresję i popełnił samobójstwo, najprawdopodobniej w wyniku choroby. Jej stonowane wypowiedzi wskazują na konserwatywny światopogląd, co w połączeniu z jej pasją tworzenia powieści pełnych fizycznej i psychicznej przemocy, staje się niewysychającym źródłem natchnienia dla dziennikarskich pytań o jej spojrzenie na świat i ludzkie sprawy. P.D. James wydaje się delikatna, zdystansowana, niemal z troskliwą uwagą pochylającą się nad dziennikarskimi dywagacjami. Jednocześnie zachowuje czujność uważnej obserwatorki, o swoich poglądach mówi krótko i prosto. Tak, wierzy w Boga, Bóg jest miłością, a zdolność do miłości to najważniejsza zdolność człowieka. Poprawność polityczna to współczesny faszyzm. Kiedy dziennikarz „Guardiana” podśmiewa się, że arystokratka zajmuje się morderstwami i jednocześnie piastuje tytuł baronessy, James odpowiada, że to sprawa jej wyobraźni i nie widzi powodu, dla którego nie miałaby z niej korzystać, skoro jest pisarką. W innej wypowiedzi zastanawia się nad zmianą prawdopodobnego dla czytelnika powodu zbrodni – dawniej ujawnienie sekretu na temat czyjegoś życia seksualnego mogło być uznane za prawdopodobną przyczynę popychającą do zbrodni kogoś, kto ową tajemnicę chciał utrzymać (być może miała na myśli jeszcze lata siedemdziesiąte, kiedy wydano omawianą tutaj powieść Śmierć każdego dnia, w której przyczyną zdeterminowany zbrodniarz pragnie ukryć swój romans). Dzisiaj, jak zauważa P.D. James, informacje o życiu seksualnym sprzedaje się do gazet i nie ma już niczego co mogłoby zszokować czy zadziwić masowego odbiorcę. Na szczęście dla szacownej Baronessy Holland Park, uhonorowanej za swoją twórczość literacką tytułem arystokratycznym od angielskiej królowej, zbrodnia nadal jest opłacalna.

Zanim cokolwiek autorstwa P.D. James przeczytałam, trafiłam na sporo opinii o jej kryminałach typu – wspaniała, klasyczna, przenikliwa, głęboka, psychologiczna obserwacja, mistrzowsko napisane, i tak dalej, ad nauseam… Kiedy więc zabrałam się do pierwszej powieści James, którą miałam poznać, surowo upomniałam sama siebie, by odpowiednio godnie się zachować i cześć oddać tak wielce czcigodnej autorce. Ową książką był Całun dla pielęgniarki, czwarta z kolei powieść P.D. James o sprawach prowadzonych przez pupila jej wyobraźni pisarskiej, czyli nadinspektora Scotland Yardu, Adama Dalgliesha, opisywanego jako policjanta dżentelmena.

Nie od razu się zorientowałam, że akcja Całunu dla pielęgniarki toczy się w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku; najpierw byłam przekonana, że mam do czynienia z kryminałem w nieco historycznej dekoracji i wszystko dzieje się w wieku osiemnastym, dziewiętnastym. Nie była to tylko kwestia opisu warunków życia bohaterów – m. in. dwóch starszych pielęgniarek, które wydawały się mieszkać w muzeum wiktoriańskiego stylu, gdzie angielski sposób życia przechodził ze stereotypowego we wręcz groteskowy. Wrażenie, że czytam powieść sprzed dwóch wieków, miałam również podczas lektury kolejnych kryminałów P.D. James – Czarnej wieży i Intryg i żądz. Dlaczego?

Choć powieści James są skonstruowane bez zarzutu, z widocznie przemyślaną intrygą (w przeciwieństwie do np. metody Agathy Christie, która niemal do końca pisania kolejnego kryminału sama nie była pewna kto zabił, P.D. James od początku obsadza konkretną postać jako winną zbrodni), chociaż dialogi są dobrze napisane i pełne dosadnych wyrażeń, jakby to ujęła staromodna dama – nie można ustrzec się przed wrażeniem, że oglądam teatrzyk cieni, drewniane marionetki.

P.D. James nie potrafi wykreować chyba ani jednego bohatera, który mógłby zaintrygować czytelnika, o wzbudzeniu sympatii czy jakiegokolwiek mocniejszego uczucia nie wspominając („chciałbym czytać jak konsjerżka” napisał kiedyś Cioran mając na myśli przyjemność naiwnej lektury). Niestety, nawet jej superheros brytyjskiej policji, nadinspektor Scotland Yardu Adam Dalgliesh, choć stworzony według wzorowego przepisu na melodramat – wysoki, przystojny dżentelmen, którego żona umarła razem z ich nowonarodzonym dzieckiem, piszący w wolnych chwilach niepokojące, mroczne i nagradzane przez krytyków wiersze – obdarzony urokiem i charyzmą drewnianej deski. Biografia Dalgliesha, jego powodzenie podczas prowadzenia śledztwa czy takt, jakim się wykazuje podczas przesłuchiwania podejrzanych i świadków – skontrastowany z gruboskórnymi współpracownikami – obchodzą czytelnika tyle, ile fusy po herbacie sprzed dwóch wieków. Nie lepiej jest z bohaterką dwóch innych kryminałów P.D. James (być może miała powstać dłuższa seria), prywatną panią detektyw Cordelią Gray. Cordelia jest jedną z najbardziej irytujących bohaterek, na jakie kiedykolwiek trafiłam. Została wykreowana tak, jakby P.D. James chciała udowodnić „Acha, popatrzcie, kobiety nie nadają się na detektywów! Mówiłam!”.

Opinia o P.D. James jako znawczyni natury człowieka, która nie waha się zajrzeć w najmroczniejsze zakątki ludzkiej duszy być może bierze się z faktu, że autorka opisuje wszelkie romanse swych bohaterów. Moralność w wydaniu P.D. James można złośliwie streścić hasłem za każdym razem, gdy uprawiasz seks, NA PEWNO ginie kotek.

Choć autorka opisuje całkiem intrygująco ofiary, podejrzanych i świadków w każdej sprawie, nigdy nie budzą oni sympatii, co najwyżej współczucie wymieszane ze wstrętem – ze strony autorki, które oczywiście przenosi na swojego głównego bohatera, nadinspektora Dalgliesha. Jeden z dziennikarzy zapytał nawet P.D. James, czy jej sympatia stoi czasem po stronie morderców, ponieważ często w jej kryminałach zamordowani ludzie okazują się naprawdę nieprzyjemnymi, uciążliwymi ludźmi, za którymi mało kto zatęskni. Autorka oczywiście zaprzeczyła, akcentując fakt, że niezależnie od osobistych przywar, to zabity człowiek traci najwięcej i to, co mu zostało zabrane, jest stratą nie do odzyskania.

P.D. James przepracowała wiele lat jako urzędniczka (w urzędzie skarbowym i w szpitalu), stąd jej opisy zaplecza administracyjnego opisywanych miejsc – laboratorium czy państwowej szkoły pielęgniarskiej wydają się być wiarygodnie. Często poświęca sporo miejsca postaciom, które wydają się mieć jej cechy z przeszłości, jak Brenda Pridmore – młodym kobietom zatrudnionym na podrzędnych stanowiskach, które aby podjąć dalszą naukę, muszą przede wszystkim pokonać niechęć nastawionej tradycjonalistycznie najbliższej rodziny, która uważa, że kobiecie wykształcenie nie jest potrzebne. Jak sama powiedziała w wywiadzie dla „Guardiana”,zaczęła pisać w latach pięćdziesiątych. Zawsze marzyła o tym by być pisarką, ale zwlekała z tym, nigdy nie czując się wystarczająco dobra. Szokująco skromne słowa jak na osobę, która swoje powieści konstruuje właściwie bez zarzutów formalnych – moim zdaniem.

W Śmierci każdego dnia, wydanej w 1977 roku, oprócz intrygującej zagadki kryminalnej, czytelnik poznaje – jak się wydaje – realistycznie opisane początki współpracy angielskiej policji i laboratoriów naukowych, bez których współczesna kryminalistyka nie potrafi i nie może się już obejść. Frapujący jest opis śledztwa, w dekadzie, w której urodzili się aktualni trzydziestolatkowie, więc niby w naszych czasach, ale tuż przed zastosowaniem badań DNA – zatem niemal w prehistorii, w którym mimo sporej ilości materiałów dowodowych, w tym śladów krwi, nie ma możliwości stuprocentowego przypisania ich konkretnej osobie. Śmierć każdego dnia opowiada o brutalnym morderstwie popełnionym na pracowniku laboratorium naukowego, pracującego dla policji i pomagającego podczas rozwiązywania śledztw w sprawach najpoważniejszych przestępstw, jak morderstwa czy podpalenia. Frapujące są dialogi bohaterów pracujących w powieściowym laboratorium, o tym jak ciężko czasem było przekonać policję o przydatności usług placówki badawczej w rozwiązywaniu spraw kryminalnych. Jak ważne było, by badacz, który ustalił pochodzenie i przynależność próbek materiałów dowodowych zdobytych w śledztwie, potrafił wypaść przekonująco przed sądem i ławą przysięgłych – i co najważniejsze, by był w stanie wytłumaczyć przystępnie najczęściej niewykształconym ławnikom, na czym polegały jego badania i co mówią jego ustalenia.

Powieściowe laboratorium, nazwane od nazwiska założyciela, pułkownika Hoggatha, powstało w 1860 r., gdy jedynie nieliczni dostrzegali w nauce potencjał przydatny w kryminalistyce. Anegdotyczne wspominki o poprzednim szefie laboratorium, doktorze McIntyre, rysują zabawny obraz rubasznego żartownisia, który bardziej niż o procedury naukowe dbał o własny prestiż i wygody materialne. Obecny dyrektor Laboratorium Hoggatha, Howarth, wyłoniony podczas konkursu, choć z wykształcenia jest fizykiem teoretycznym, jest opisywany jako osoba mająca talenty menedżerskie, potrzebne do zarządzania niełatwym zespołem. Podczas śledztwa nie wychodzi na jaw jego niemal kazirodcza więź z piękną siostrą Domenicą, femme fatale całej powieści. Dalgliesh podczas śledztwa dowiaduje się, że ofiara morderstwa, doktor Lorrimer, był świetnym naukowcem, ale fatalnym współpracownikiem i apodyktycznym szefem dla swoich podwładnych. Doktor Lorrimer był pedantycznym, surowym starym kawalerem żyjącym z sędziwym i schorowanym ojcem. Nie miał przyjaciół, a chyba jedyną osobą wyrażającą się o nim ciepło po jego śmierci, była niedawno przyjęta do pracy recepcjonistka, młoda dziewczyna Brenda Pridmore, której naukowe ciągoty doktor Lorrimer bardzo wspierał – i nawet zapisał jej w testamencie pokaźną sumę na książki i edukację.

Strona po stronie, poznajemy historie mieszkańców małego miasteczka Chevisham, pracowników laboratorium Hoggatha i ich rodziny, wśród których jest sporo nieszczęśliwych istot na skraju załamania nerwowego. Na jaw wychodzą wszelkie tajemnice doktora Lorrimera, jego fatalna – bo jakże mogłoby być inaczej według P.D. James – namiętność do siostry nowego przełożonego, jego odtrącona miłość, która stała się obsesją… Scena, w której dowiadujemy się, że Domenica została przyłapana z kolejnym kochankiem przez Lorrimera w zabytkowej kaplicy, gdzie oddawała się lubieżnym zachciankom wśród płonących świec w opuszczonym przybytku boskim, jest majstersztykiem zgorszenia autorki – doprawdy, zło nie mogło przybrać potworniejszej maski!

Anachronizm (i mam tu na myśli nie tyle stan faktyczny/realia, ale to, jak współczesny odbiorca dzięki najnowszym powieściom i serialom kryminalnym może sobie wyobrażać przebieg śledztwa) procesu śledztwa nie wyznacza oczywiście jedynie fakt dopiero powstającej stałej współpracy policji kryminalnej z laboratoriami naukowymi czy stosowane metody badań. Czytelnik może się dowiedzieć w trakcie powieści, iż złamano wszelkie procedury śledcze, które może poznawać podczas oglądania licznych seriali kryminalnych – w przypadku serii CSI można mówić wręcz o kryminalnej science fiction. Oto laboratorium badawcze z powieści P.D. James nie jest całe objęte zabezpieczeniami antywłamaniowymi – o monitoringu oczywiście nie wspominając, a w tym samym ośrodku, w którym doszło do morderstwa, bada się nadal materiały dowodowe pochodzące z innych spraw o morderstwa. Osoby będące w kręgu podejrzeń, czyli naukowcy zatrudnieni w laboratorium – od początku bowiem wiadomo, że najprawdopodobniej zbrodnię popełnił ktoś ze współpracowników niesympatycznego i wręcz okrutnego doktora Lorrimera – nadal pracują na swoich stanowiskach, nikt im nie przeszkadza w wykonywaniu ich obowiązków, nie pojawia się cień podejrzenia, że sam fakt morderstwa w tym miejscu i prowadzonego śledztwa w tej sprawie kompromituje i dyskwalifikuje owo centrum badawcze jako pomocnika policji.

W wydawanych w Polsce powieściach uznanych brytyjskich autorek kryminałów – np. Agathy Christie, Caroline Graham – pojawiają się bohaterowie homoseksualni (w przeciwieństwie do polskich współczesnych powieści tego gatunku, wśród których autorzy najczęściej wolą się „nie wychylać”, i tworzą bohaterów będących zadziwiającą, ale „działającą” mieszanką mentalności postaci z serialu Klan i ciężkich, często maczoidalnych dowcipów portalu Joemonster). U Agathy Christie to „queers” przetłumaczeni na polski jako „dziwacy” (w starszych wydaniach; poza tym w czasach Christie był to synonim homoseksualisty), odmalowani jako komiczne, przegięte, ale sympatyczne zjawiska – wszak prawdziwi Brytyjczycy nie zwykli dziwić się zbyt wielu rzeczom. Caroline Graham portretuje rozmaite związki męsko–męskie, wśród których dramat goni dramat zakończony czasem ofiarami śmiertelnymi. Lepiej miewają się kobiety, których „pogłębiające się przyjaźnie” Graham ukazuje w znacznie cieplejszym świetle, sugerując, że jej bohaterki w nowych rodzących się związkach odnajdą nareszcie zrozumienie i wsparcie po traumatycznych przeżyciach. W Śmierci każdego dnia Adam Dalgliesh poznaje i przesłuchuje parę dwóch kobiet (w powieści nie pojawia się słowo „lesbijka”) i czuje do nich „instynktowną niechęć”. Prawdziwy dżentelmen z pana nadinspektora. Choć owa niechęć nie jest umotywowana, została zaznaczona przez autorkę, jako być może jej własny komentarz emocjonalny. Co prawda Dalgliesh nie czuje podobnej niechęci, gdy wychodzi na jaw, iż inspektor śledczy Doyle z Chevisham handlował na boku rekwirowanymi narkotykami i gdy okazało się, że był w czasie zbrodni na Lorrimerze blisko laboratorium, ponieważ udał się tam samochodem z poznaną kwadrans wcześniej kobietą na seks, no, ale przecież autorka wie, „jacy są mężczyźni”. P.D. James nie szczędzi wzruszających opisów niedoli, jakie zaznały obie wyżej opisywane kobiety i skromnych warunków, w jakich żyją. Adam Dalgliesh dowiaduje się też, że były szczęśliwe i się kochały, ale cóż, ten moralny występek P.D. James ukróciła okrutnym morderstwem na jednej z nich, według starych dobrych przepisów na literaturę umoralniającą.

Są okoliczności, w których lektura staroświecka w wymowie i zdezaktualizowana w treści (oczywiście w sensie anachronizmu, nie zaś dystansu czasowego, jaki minął od powstania danej książki) cieszy swoim urokiem. Nie jest to jednak przypadek P.D. James. Parafrazując światopoglądowe wypowiedzi autorki, jej książki z kurzu powstały i w kurz się obrócą.

Sławomira Raczyńska

P.D. James, Śmierć każdego dnia, przeł. Joanna Ociepka, Książnica, Katowice 1996.

Wywiad z P.D. James tu.

Data wpisu: 28 grudnia, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Perversa et iniqua doctrina. „Samotność liczb pierwszych” P. Giordano i „Ciemna materia” J. Zeh

Mimo zwrotu antypozytywistycznego w naukach humanistycznych wciąż powraca pokusa czy też ambicja, aby uprawiać je w sposób nomotetyczny – naśladujący dyscypliny empiryczne, ścisłe, przyrodoznawcze. Słynna była rola cybernetycznych – dziś powiedzielibyśmy: związanych z wczesnymi stadiami rozwoju informatyki – inspiracji dla szkoły moskiewsko-tartuskiej. Claude Lévi-Strauss z kolei mówił jeszcze w późnych latach osiemdziesiątych XX wieku, iż idiograficzne nauki społeczne i humanistyczne nie są prawdziwe. „My”, ich – wraz z Lévi-Straussem – przedstawiciele, „nie osiągnęliśmy jeszcze tej dojrzałości” [1].

Działalność artystyczna zdaje się nie mieć szans w tej konkurencji utopijnego dążenia do obiektywności treści przekazu, i z pozoru osobliwym jest mniemanie, iż mogłaby przejawiać takie dążenia. Jednak w jakiś sposób zdaje się podzielać wspomniane aspiracje, nadać sobie szczególną pozycję dzięki metonimii, albo – by tak rzec – zyskom z prawa styczności, sąsiedztwa. Często artyści wplatają w swe narracje elementy popularnonaukowe. Jest to zjawisko szczególnie interesujące w literaturze. Przejawia się np. w „dydaktycznych” eksplikacjach, jakie za Umbertem Eco można nazwać salgaryzmami. Czytając „Lód i wodę, wodę i lód” Majgull Axelsson [2] nolens volens poznajemy metody badania lodowców, choć książka jest powieścią psychologiczną.

Niekiedy jednak powieściopisarze sięgają ku wyższemu poziomowi abstrakcji. Fizyka kwantowa, szczególnie teoria strun, fraktale (fotogeniczny zbiór Mandelbrota w roli głównej), czarne dziury, bozon Higgsa – takie odwołania, niezależnie od możliwości ich pojmowania przez potencjalnych czytelników, mają zapewne dowodzić erudycji autora i mile łechtać erudycję odbiorców (przy utrzymaniu wcześniejszej uwagi stawiającej pod znakiem zapytania potencjał „zrozumiałości”). Takie naukowe abstrakcje dodają narracjom powagi; ponadto postawiłabym tezę, iż w pewien sposób przejmują funkcje skądinąd utraconej transcendencji (aspekt religijny, metafizyka w niegdysiejszej filozofii).

Stosunkowo niedawno miałam okazję przeczytać głośną powieść „Samotność liczb pierwszych” autorstwa Paola Giordano (ur. 1982), o relacji–nierelacji genialnego matematyka, Mattiego i jego koleżanki Alice, anorektyczki, która „stoczyła się” (studiowała prawo na uniwersytecie) do pozycji pomocnicy w zakładzie fotograficznym. Zarówno bohaterka, jak i bohater, są prześladowani – i zdeterminowani – przez wspomnienia wypadków z dzieciństwa. W przypadku Alice był to bardzo niebezpieczny upadek podczas przymusowej nauki jazdy na nartach, w przypadku Mattiego – zaniedbanie opieki nad niepełnosprawną umysłowo siostrą i spowodowanie jej zaginięcia. Zranione nastolatki spotykają się w szkole. Mimo swoistej przyjaźni tej dwójki, w istocie jedynie niedopasowanie stanowi ich wspólny mianownik. Spędzają razem dużo czasu, rozmawiają, Alice dąży do wejścia w związek miłosny, jednak wszystko to na darmo. Nie potrafią się wspierać, nie potrafią się nawzajem zmieniać. Powiększa się między nimi dystans przestrzenny, społeczny, emocjonalny i – co chyba najbardziej denerwujące – intelektualny. Autor zapragnął ukazać proces rozchodzenia się tej pary oryginałów analogicznie do tego, jak kolejne liczby pierwsze oddalają się od siebie wzajemnie w ciągu matematycznym. Odmalował kilka scenek z życia naukowców, wykładowców–stypendystów, słabo odbijających konwencje campus novel, domowe perypetie kobiety konsekwentnie odmawiającej jedzenia opisał jak z internetowego kącika porad dla początkującej entuzjastki pro-ana. Rażące zdaje się stereotypowe upozycjonowanie genderowe: oto bohater u szczytów abstrakcji i teorii, oraz bohaterka wycofana w kompulsywną autoanalizę i zaangażowana w niemogące być satysfakcjonującymi związki (z małżeństwem na czele). Inny uruchomiony stereotyp: geniusz naukowy jest niemożliwy bez zaburzeń psychicznych. Powieściowa geneza wybitnego intelektu ma źródło w fakcie, iż tragicznie zaginiona siostra–bliźniaczka Mattiego była upośledzona umysłowo a on zaś – o czym jest przekonany – otrzymał to, czego dla dziewczynki zabrakło.

„Samotność liczb pierwszych” drażni również faktem, iż spora część pochwał na nią spływających ma za grunt zaskoczenie osobą autora: opisywany jest jako uroczo nieśmiały młody człowiek, nadzieja włoskiej fizyki. Budzi to skojarzenie z obcowaniem z herosem, który zszedł z parnasu, by opowiadać zwykłym ludziom o zwykłych emocjach. Niewątpliwie znakomicie rozumie źródło użytej w tytule metafory, jednak matematyczna skrupulatność obraca się przeciw powieści, symetryczność okazuje się nie do utrzymania.

Na początku narracji w powieści Juli Zeh, „Ciemna materia”, mamy sytuację w pewien sposób zbliżoną. Poznajemy szanowanego profesora fizyki, Sebastiana, który w pewnym momencie dokonał wyboru życia rodzinnego kosztem dążeń do naukowej doskonałości. Wykłada na pewnym niemieckim uniwersytecie, ale ma świadomość, że nie gra już w pierwszej lidze, w której utrzymuje się jego przyjaciel ze studiów, Oskar. Spotykamy ich obu podczas przygotowań do comiesięcznej wspólnej kolacji, wyprawianej przez żonę Sebastiana, Maike. Panowie są, by tak rzec, po dżentelmeńsku skonfliktowani, „pięknie się różnią”. Sebastian niewiele wcześniej zyskał prasową sławę, publikując artykuł popularyzujący koncepcje światów równoległych, jako odpowiedź na wątpliwości w sprawie głośnej zbrodni (wielokrotny zabójca deklarował, że przybył w wehikule czasu, by eksperymentalnie zabić osoby, które w świecie przyszłości wyraziły na to zgodę, i żyją nadal). Oskar uważał takie wystąpienie kolegi za niegodne, a jego tezy za niepoważne. Dowiadujemy się ponadto, że Oskar ma ambiwalentny stosunek do założenia przez Sebastiana rodziny. Zazdrość o piękną żonę, która podzieliła nierozłącznych przyjaciół? Tak, ale… Dawniej Oskar i Sebastian byli nie tylko partnerami w nauce, ale też kochankami, i „ten odrzucony” przez lata nie może się uporać z decyzją „odrzucającego”.

Historia tej relacji jest najbardziej interesującym (choć pobocznym) wątkiem w książce Zeh. Dość powiedzieć, że wątek główny, opowieść quasi-kryminalna o zdesperowanym ojcu, zarazem ofierze i winnym, nie dość, że nie angażuje, to jeszcze rozczarowuje banalnością zaproponowanego rozwiązania.

Tytuł „Ciemna materia” pochodzi od polskiego wydawcy. W oryginale brzmiał on „Schilf”, od nazwiska wybitnego inspektora śledczego, we współpracy z pewną młodą komisarz o imieniu Rita zajmującego się złożonym dochodzeniem. Poza łzawym finałem, para ta niejednokrotnie dostarcza comic relief, co kazało mi nieco zrewidować moje co najmniej wysoce sceptyczne nastawienie do pojęcia „niemieckiego humoru”.

Inspektor przegania jakąś uczennicę z ufarbowanymi na zielono włosami, która prosi go o jedno euro, chociaż nosi firmowe dżinsy, a na smyczy prowadzi dalmatyńczyka. Kiedy Schilf zamierza jej wyjaśnić, że nie można równocześnie czerpać radości z praktycznych zalet dobrobytu i moralnych zalet biedy… [s. 188].

- To dworzec dla niepalących! – woła sprzedawca zza lady baru.
- A to jest palący wariat, który ma dobrych przyjaciół w urzędzie kontroli małych firm – krzyczy Rita w jego stronę [s. 182].

Rita przypominała mi Marge z Fargo braci Coenów (1996), jednak w odróżnieniu od postaci filmowej, pełniła rolę niezbyt ważnego pionka na planszy, nie tylko w porównaniu ze swoim policyjnym mistrzem, ale też wobec właściwego starcia gigantów, inteligentnych, błyskotliwych i w dodatku przystojnych. Szczególnie Oskar jawi się jako bóg swojego świata, zraniony odtrąceniem i mściwy. Nie jest sługą nauki, jej wyrobnikiem. Jest jej panem, manipulatorem o tyle osobliwym, że bynajmniej nie fałszującym wyników ani nic w tym rodzaju: praktycznie wykorzystującym, niemal aplikującym „ryzykowne teorie naukowe” [3] do gry z uczuciami.

Podobnie jak u Giordano, u Zeh wygrywa sfera emocjonalna. Dominuje, definiuje bohaterów znacznie lepiej, aniżeli ich naukowe zatrudnienia. Charakterystyczne wykorzystanie słownictwa i koncepcji, jako elementu życiorysów postaci, i jako ogólniejszych metafor, nie imponuje nośnością. Tam, gdzie „liczby” przeważają nad człowieczeństwem, postaci stają się jednowymiarowe i plastikowe, co dla beletrystyki może być zabójcze, niezależnie od tego, ile informacji o hipotezie światów równoległych da się wynieść z lektury.

Paulina Szkudlarek

Juli Zeh, Ciemna materia, przeł. Sława Lisiecka, W.A.B., Warszawa 2009. Paolo Giordano, Samotność liczb pierwszych, przeł. Alina Pawłowska-Zampino, W.A.B., Warszawa 2010.

Przypisy:

[1] Didier Eribon, Claude Lévi-Strauss, Z bliska i z oddali, przeł. Krzysztof Kocjan, Opus, Łódź 1994, s. 124.
[2] Majgull Axelsson, Lód i woda, woda i lód, przeł. Katarzyna Tubylewicz, W.A.B., Warszawa 2010.
[3] Z umieszczonego z przodu okładki, reklamującego powieść zdania: „Kryminał, romans i ryzykowne teorie naukowe w jednym”.

Data wpisu: 24 marca, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Perversa et iniqua doctrina. „Samotność liczb pierwszych” P. Giordano i „Ciemna materia” J. Zeh

Mimo zwrotu antypozytywistycznego w naukach humanistycznych wciąż powraca pokusa czy też ambicja, aby uprawiać je w sposób nomotetyczny – naśladujący dyscypliny empiryczne, ścisłe, przyrodoznawcze. Słynna była rola cybernetycznych – dziś powiedzielibyśmy: związanych z wczesnymi stadiami rozwoju informatyki – inspiracji dla szkoły moskiewsko-tartuskiej. Claude Lévi-Strauss z kolei mówił jeszcze w późnych latach osiemdziesiątych XX wieku, iż idiograficzne nauki społeczne i humanistyczne nie są prawdziwe. „My”, ich – wraz z Lévi-Straussem – przedstawiciele, „nie osiągnęliśmy jeszcze tej dojrzałości” [1].

Działalność artystyczna zdaje się nie mieć szans w tej konkurencji utopijnego dążenia do obiektywności treści przekazu, i z pozoru osobliwym jest mniemanie, iż mogłaby przejawiać takie dążenia. Jednak w jakiś sposób zdaje się podzielać wspomniane aspiracje, nadać sobie szczególną pozycję dzięki metonimii, albo – by tak rzec – zyskom z prawa styczności, sąsiedztwa. Często artyści wplatają w swe narracje elementy popularnonaukowe. Jest to zjawisko szczególnie interesujące w literaturze. Przejawia się np. w „dydaktycznych” eksplikacjach, jakie za Umbertem Eco można nazwać salgaryzmami. Czytając „Lód i wodę, wodę i lód” Majgull Axelsson [2] nolens volens poznajemy metody badania lodowców, choć książka jest powieścią psychologiczną.

Niekiedy jednak powieściopisarze sięgają ku wyższemu poziomowi abstrakcji. Fizyka kwantowa, szczególnie teoria strun, fraktale (fotogeniczny zbiór Mandelbrota w roli głównej), czarne dziury, bozon Higgsa – takie odwołania, niezależnie od możliwości ich pojmowania przez potencjalnych czytelników, mają zapewne dowodzić erudycji autora i mile łechtać erudycję odbiorców (przy utrzymaniu wcześniejszej uwagi stawiającej pod znakiem zapytania potencjał „zrozumiałości”). Takie naukowe abstrakcje dodają narracjom powagi; ponadto postawiłabym tezę, iż w pewien sposób przejmują funkcje skądinąd utraconej transcendencji (aspekt religijny, metafizyka w niegdysiejszej filozofii).

Stosunkowo niedawno miałam okazję przeczytać głośną powieść „Samotność liczb pierwszych” autorstwa Paola Giordano (ur. 1982), o relacji–nierelacji genialnego matematyka, Mattiego i jego koleżanki Alice, anorektyczki, która „stoczyła się” (studiowała prawo na uniwersytecie) do pozycji pomocnicy w zakładzie fotograficznym. Zarówno bohaterka, jak i bohater, są prześladowani – i zdeterminowani – przez wspomnienia wypadków z dzieciństwa. W przypadku Alice był to bardzo niebezpieczny upadek podczas przymusowej nauki jazdy na nartach, w przypadku Mattiego – zaniedbanie opieki nad niepełnosprawną umysłowo siostrą i spowodowanie jej zaginięcia. Zranione nastolatki spotykają się w szkole. Mimo swoistej przyjaźni tej dwójki, w istocie jedynie niedopasowanie stanowi ich wspólny mianownik. Spędzają razem dużo czasu, rozmawiają, Alice dąży do wejścia w związek miłosny, jednak wszystko to na darmo. Nie potrafią się wspierać, nie potrafią się nawzajem zmieniać. Powiększa się między nimi dystans przestrzenny, społeczny, emocjonalny i – co chyba najbardziej denerwujące – intelektualny. Autor zapragnął ukazać proces rozchodzenia się tej pary oryginałów analogicznie do tego, jak kolejne liczby pierwsze oddalają się od siebie wzajemnie w ciągu matematycznym. Odmalował kilka scenek z życia naukowców, wykładowców–stypendystów, słabo odbijających konwencje campus novel, domowe perypetie kobiety konsekwentnie odmawiającej jedzenia opisał jak z internetowego kącika porad dla początkującej entuzjastki pro-ana. Rażące zdaje się stereotypowe upozycjonowanie genderowe: oto bohater u szczytów abstrakcji i teorii, oraz bohaterka wycofana w kompulsywną autoanalizę i zaangażowana w niemogące być satysfakcjonującymi związki (z małżeństwem na czele). Inny uruchomiony stereotyp: geniusz naukowy jest niemożliwy bez zaburzeń psychicznych. Powieściowa geneza wybitnego intelektu ma źródło w fakcie, iż tragicznie zaginiona siostra–bliźniaczka Mattiego była upośledzona umysłowo a on zaś – o czym jest przekonany – otrzymał to, czego dla dziewczynki zabrakło.

„Samotność liczb pierwszych” drażni również faktem, iż spora część pochwał na nią spływających ma za grunt zaskoczenie osobą autora: opisywany jest jako uroczo nieśmiały młody człowiek, nadzieja włoskiej fizyki. Budzi to skojarzenie z obcowaniem z herosem, który zszedł z parnasu, by opowiadać zwykłym ludziom o zwykłych emocjach. Niewątpliwie znakomicie rozumie źródło użytej w tytule metafory, jednak matematyczna skrupulatność obraca się przeciw powieści, symetryczność okazuje się nie do utrzymania.

Na początku narracji w powieści Juli Zeh, „Ciemna materia”, mamy sytuację w pewien sposób zbliżoną. Poznajemy szanowanego profesora fizyki, Sebastiana, który w pewnym momencie dokonał wyboru życia rodzinnego kosztem dążeń do naukowej doskonałości. Wykłada na pewnym niemieckim uniwersytecie, ale ma świadomość, że nie gra już w pierwszej lidze, w której utrzymuje się jego przyjaciel ze studiów, Oskar. Spotykamy ich obu podczas przygotowań do comiesięcznej wspólnej kolacji, wyprawianej przez żonę Sebastiana, Maike. Panowie są, by tak rzec, po dżentelmeńsku skonfliktowani, „pięknie się różnią”. Sebastian niewiele wcześniej zyskał prasową sławę, publikując artykuł popularyzujący koncepcje światów równoległych, jako odpowiedź na wątpliwości w sprawie głośnej zbrodni (wielokrotny zabójca deklarował, że przybył w wehikule czasu, by eksperymentalnie zabić osoby, które w świecie przyszłości wyraziły na to zgodę, i żyją nadal). Oskar uważał takie wystąpienie kolegi za niegodne, a jego tezy za niepoważne. Dowiadujemy się ponadto, że Oskar ma ambiwalentny stosunek do założenia przez Sebastiana rodziny. Zazdrość o piękną żonę, która podzieliła nierozłącznych przyjaciół? Tak, ale… Dawniej Oskar i Sebastian byli nie tylko partnerami w nauce, ale też kochankami, i „ten odrzucony” przez lata nie może się uporać z decyzją „odrzucającego”.

Historia tej relacji jest najbardziej interesującym (choć pobocznym) wątkiem w książce Zeh. Dość powiedzieć, że wątek główny, opowieść quasi-kryminalna o zdesperowanym ojcu, zarazem ofierze i winnym, nie dość, że nie angażuje, to jeszcze rozczarowuje banalnością zaproponowanego rozwiązania.

Tytuł „Ciemna materia” pochodzi od polskiego wydawcy. W oryginale brzmiał on „Schilf”, od nazwiska wybitnego inspektora śledczego, we współpracy z pewną młodą komisarz o imieniu Rita zajmującego się złożonym dochodzeniem. Poza łzawym finałem, para ta niejednokrotnie dostarcza comic relief, co kazało mi nieco zrewidować moje co najmniej wysoce sceptyczne nastawienie do pojęcia „niemieckiego humoru”.

Inspektor przegania jakąś uczennicę z ufarbowanymi na zielono włosami, która prosi go o jedno euro, chociaż nosi firmowe dżinsy, a na smyczy prowadzi dalmatyńczyka. Kiedy Schilf zamierza jej wyjaśnić, że nie można równocześnie czerpać radości z praktycznych zalet dobrobytu i moralnych zalet biedy… [s. 188].

- To dworzec dla niepalących! – woła sprzedawca zza lady baru.
- A to jest palący wariat, który ma dobrych przyjaciół w urzędzie kontroli małych firm – krzyczy Rita w jego stronę [s. 182].

Rita przypominała mi Marge z Fargo braci Coenów (1996), jednak w odróżnieniu od postaci filmowej, pełniła rolę niezbyt ważnego pionka na planszy, nie tylko w porównaniu ze swoim policyjnym mistrzem, ale też wobec właściwego starcia gigantów, inteligentnych, błyskotliwych i w dodatku przystojnych. Szczególnie Oskar jawi się jako bóg swojego świata, zraniony odtrąceniem i mściwy. Nie jest sługą nauki, jej wyrobnikiem. Jest jej panem, manipulatorem o tyle osobliwym, że bynajmniej nie fałszującym wyników ani nic w tym rodzaju: praktycznie wykorzystującym, niemal aplikującym „ryzykowne teorie naukowe” [3] do gry z uczuciami.

Podobnie jak u Giordano, u Zeh wygrywa sfera emocjonalna. Dominuje, definiuje bohaterów znacznie lepiej, aniżeli ich naukowe zatrudnienia. Charakterystyczne wykorzystanie słownictwa i koncepcji, jako elementu życiorysów postaci, i jako ogólniejszych metafor, nie imponuje nośnością. Tam, gdzie „liczby” przeważają nad człowieczeństwem, postaci stają się jednowymiarowe i plastikowe, co dla beletrystyki może być zabójcze, niezależnie od tego, ile informacji o hipotezie światów równoległych da się wynieść z lektury.

Paulina Szkudlarek

Juli Zeh, Ciemna materia, przeł. Sława Lisiecka, W.A.B., Warszawa 2009. Paolo Giordano, Samotność liczb pierwszych, przeł. Alina Pawłowska-Zampino, W.A.B., Warszawa 2010.

Przypisy:

[1] Didier Eribon, Claude Lévi-Strauss, Z bliska i z oddali, przeł. Krzysztof Kocjan, Opus, Łódź 1994, s. 124.
[2] Majgull Axelsson, Lód i woda, woda i lód, przeł. Katarzyna Tubylewicz, W.A.B., Warszawa 2010.
[3] Z umieszczonego z przodu okładki, reklamującego powieść zdania: „Kryminał, romans i ryzykowne teorie naukowe w jednym”.

Data wpisu: 24 marca, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Łacina na co dzień. Marek Krajewski a Steven Saylor

Starożytni Grecy określali sytuację, w której człowiek zaślepiony dumą i pychą nie potrafił właściwie (zgodnie z boskim porządkiem i boskimi prawami) rozpoznać sytuacji, w której się znajduje, mianem hybris. Hybris była złem i zło rodziło; szaleństwem widzenia tylko siebie, własnych planów i ambicji, wyzwaniem rzuconym bogom, które karała Nemezis. Oznaczało również przekroczenie miary – zlekceważenie norm, dzięki którym człowiek rozróżniał dobro od zła. Kiedy Grecja została podbita przez Rzym, podbici zdobyli zwycięzców – kultura grecka w głównej mierze ukształtowała rzymską, nie dziwi więc, że Rzymianie znali i używali terminu hybris.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjmuję, że to słowo jest znane autorowi jednej z najpopularniejszych serii kryminałów w Polsce, Markowi Krajewskiemu. Pisarz podkreślający często, iż jest filologiem klasycznym, obdarzył znajomością łaciny bohatera swoich książek, Eberharda Mocka. Niestety Krajewski zapomniał, że omne trinum perfectum, i po trzech pierwszych powieściach o Mocku dopisał kolejne, w których konsekwentna stylizacja zmieniła się w opis groteskowego światka i nie mniej potwornych od złoczyńców, ich łowców. Popularne dawniej powiedzenie „kto nie umiał po łacinie, musiał pasać świnie”, współcześnie przywoływane głównie po to, by ponarzekać na aktualny stan systemu edukacji i na pogłębiającą się ignorancję uczniów, studentów i nauczycieli wszystkich szczebli, niezupełnie pasuje do hipermęskiego bohatera Krajewskiego. Eberhard Mock, łaciną posługuje się jedynie na podstawowym poziomie (a i w ten każe zwątpić fragment „Festung Breslau”, w którym Mock nie rozumie znaczenia słowa znanego niżej podpisanej po zaledwie roku nauki łaciny w liceum). Ten potężny i brutalny mężczyzna „ryje w ziemi” nie w poszukiwaniu trufli a napęczniałych od rozkładu zwłok i jak świnia, której przynosi ulgę tarzanie się w błocie, bohater Krajewskiego odpoczywa dzięki nurzaniu się w brudach [1].
Męskość jest u Krajewskiego kategorią moralną i etyczną – wszystko, co złe, jest jej przekroczeniem. Występek pojawia się, ponieważ mężczyzna zapomina kim jest i w jaki sposób może egzekwować swoje prawa. Zepsucie i zgnilizna moralna są nieodłączne od kobiet i wszystkiego, co się z nimi wg autora wiąże, zatem i zniewieścienia mężczyzn homoseksualnych i transwestytów.
Niemal wszystkie kobiety pojawiające się w powieści są „dziwkami” albo nimi zostaną. Jeśli tak nie jest, to oznacza, że kobieta jest a) martwa, b) nieletnia, c) całkowicie niewidoczna (jak np. siostra Edwarda Popielewicza w „Głowie Minotaura”)[2]. Sam Eberhard Mock, który woniejąc przetrawionym alkoholem i zakąskami do wódki, roztacza samczy urok na delikatne i piękne ozdoby salonów niczym prymitywny Nikodem Dyzma Dołęgi–Mostowicza, jest emocjonalnym inwalidą i damskim bokserem. Nie potrafi rozmawiać z kobietami ani uznawać je za równe sobie partnerki, natomiast świetnie mu wychodzą zastraszanie siłą i małżeński gwałt. Pojawiający się od czasu do czasu homoseksualiści są odrażającymi kreaturami, które zaprzeczają nie tylko własnej płci, ale też własnemu człowieczeństwu. Panika i wstręt, jaki czuje na samą myśl o nich wrocławski śledczy, współgra z jego mizoginią. Jeżeli autor próbuje uzasadnić odruchy Mocka złym doświadczeniem z przeszłości (z kobietami) i kreując zniewieściałych mężczyzn na głównych podejrzanych okrutnych zbrodni, to czyni to naiwnie i nieprzekonywująco. Najwidoczniej siła Mocka leży tylko w jego fizyczności i obcesowym zachowaniu, a nie w jego psychice.
Przywoływanie co jakiś czas znajomości łaciny, jaką podobno posiada Mock, nie idzie w parze z duchem starożytnej mądrości. Upadły świat pełen występków i zbrodniarzy, w którym żyje bohater Krajewskiego, jest potwornie jednowymiarowy i monotonny. Postacie, a przede wszystkim główny bohater, z powieści na powieść stają się coraz bardziej karykaturalne. Chociaż tytuł ostatnio wydanego kryminału z Mockiem: „Głowa Minotaura”, wskazuje na mordercę, odnoszę wrażenie, że Minotaurem jest raczej sam Eberhard. Brak kontroli nad samym sobą, umiarkowania w folgowaniu każdej fizycznej potrzebie, wreszcie przedkładanie samosądu nad jakimkolwiek prawem czynią z Mocka Minotaura – potwora uwięzionego przez własną, dość prostacko zdefiniowaną męskość. Samo użycie mitycznej figury spłaszcza jej wymowę i wieloznaczność. Co więcej, postępowania Mocka nie da się w pełni wytłumaczyć – w sensie usprawiedliwić – ani okolicznościami życia prywatnego, ani zżartym przez korupcję i polityczne układy niewydolnym systemem prawnym. Eberhard Mock wydaje się ucieleśniać sformułowanie „prawo i sprawiedliwość”, gdzie rozdziela się pojęcia ideowo nierozłączne na rzecz niemej zgody na brutalny samosąd w imię kary za znieważoną męskość. W niczym nie sprawia, że świat staje się lepszym miejscem, w którym daje się ocalić jakąkolwiek wartość sprawiającą, że ludzie nie rzucają się na siebie z zębami i pazurami. Dość niewiarygodnie psychologicznie brzmi w tym wszystkim podkreślane przez autora przywiązanie Mocka do prawdy, poszukiwania, za wszelką cenę, sprawców zbrodni. Naturalnie nie postuluję, by bohater był nieskazitelny i niewinny niczym biały baranek, który łagodnym pobekiwaniem i trącaniem pyszczkiem kwiatków na łące rozwiązywał skomplikowane zagadki kryminalne. Brakuje po prostu literackiego i światopoglądowego umiaru, i to nie dlatego, że autor przyjął określoną konwencję literacką. Wydaje się, że hybris przekroczyła karty książki i dotknęła Krajewskiego, a chaos i zepsucie jego świata i bohaterów pochłonęły styl i pomysły. Mimowolne autoparodie nudzą.

Odwołać się do kultury starożytnego Rzymu można jednak lepiej, niż poprzez cytowanie co jakiś czas jakiejś łacińskiej maksymy, co znakomicie ukazuje cykl Stevena Saylora, „Roma sub rosa”. Autor (historyk z wykształcenia), tłumaczy ten termin następująco: „W starożytnym Egipcie róża była symbolem Horusa, utożsamianego później przez Greków i Rzymian z bogiem milczenia. Rozwinął się zwyczaj zawieszania róży nad stołem radnych na znak, że wszyscy obecni zobowiązani są do dochowania tajemnicy. Zwrot „sub rosa” (pod różą) przyjął się jako określenie wszystkiego, co się robi w sekrecie” [3]. Tajemnicami kryminalnymi starożytnego Rzymu i egipskiej Aleksandrii zajmuje się bohater całej serii, Gordianus zwany Poszukiwaczem. Ten szacowny obywatel rzymski, żyjący wg autora w czasach Cezara, Pompejusza, Kleopatry i Cycerona, nie przypomina właściwie w niczym surowego pater familias, władającego życiem i śmiercią każdego członka rodziny rzymskiej, o niewolnikach nawet nie wspominając. Jego rodzinę można wręcz nazwać dysfunkcyjną – piękna i władcza żona Bethesda to była niewolnica, wyzwolona przez Gordianusa, gdy zaszła z nim w ciążę z córką Gordianą, zwaną Dianą. Synowie Gordianusa są adoptowani – starszego Ekona Gordianus przygarnia z ulicy, na której chłopiec żył, porzucony przez matkę doprowadzoną do nędzy przez niestabilną sytuację gospodarczą rzymskiego imperium. Młodszy to wyzwoleniec o imieniu Meto, którego główny bohater wykupuje od okrutnego właściciela, sycylijskiego rolnika, u którego chłopiec służył jako żywy strach na ptaki dużo bardziej drapieżne niż wróble. Wrażliwy na los niewolników, kochający rodzinę i troszczący się o nią w każdych okolicznościach, a także niestrudzony i nieustraszony poszukiwacz prawdy, tak jak to wskazuje jego przydomek, Gordianus nie jest jednak drętwym i przynudzającym moralizatorem. Nie osądza winnych najprzeróżniejszych występków, nie ocenia z góry, świadomy ogromu ilości odcieni szarości, z jakich składa się życie i świat nieprawdopodobnie splątanych ludzkich interesów i emocji. Bystry obserwator i analityk, dzięki zmysłowi detektywistycznemu i informatorom, wśród których prym wiodą Ekon i dwaj mali niewolnicy, rozwiązuje rozmaite sprawy, których starożytne tło wydaje się o wiele bliższe współczesnemu spojrzeniu na świat, niż międzywojenny Wrocław Krajewskiego. Saylor osiąga to nie tylko dzięki interesującym opisom codziennego życia w stolicy dawnego imperium, ale przede wszystkim – stworzeniu wyrazistych i skomplikowanych bohaterów zarówno pierwszo-, jak i drugoplanowych. Obdarza też głosem wykluczonych z głównego nurtu historiografii – kobiety i niewolników. Bohaterki w powieściach Saylora mają równie mocne, złożone i intrygujące charaktery, co mężczyźni, a ich dziełem była niejedna intryga polityczna i obyczajowa, jak np. w tomie „Mgliste proroctwa”, gdzie w posłowiu autor pisze o nich: „Choć wszystkie musiały być nieprzeciętnymi kobietami, żaden historyk nie uznał za stosowne pozostawić nam biografii którejkolwiek z nich” [4]. Starania Saylora, by z okruchów pozostałych wiadomości odtworzyć życie zapomnianych patrycjuszek, kapłanek i artystek są bez wątpienia udane. Po części odtwarzając, po części kreując życie obyczajowe starożytnych Rzymian, Saylor nie pomija właściwie żadnego aspektu. Warto pamiętać, że każda powieść jest rzetelnie ugruntowana historycznie, autor w posłowiach poleca nawet bibliografię lektur odnoszących się do opisywanych wydarzeń, i przedstawia, które z nich są fikcyjne, a które nie. Oprócz humorystycznej polemiki z obrazem budzącego grozę rzymskiego ojca rodziny, za którym przez wiele wieków tęsknili rozmaici konserwatyści, Saylor podważa również mit samej „podstawowej komórki społecznej”, przedstawiając powszechność związków homoseksualnych [5]. Męskości nie podważa związek z innym mężczyzną, ale rola w nim. Obsesja Rzymian na punkcie wizerunku agresywnego penetratora (zarówno wobec kobiet, jak i mężczyzn), wiązała się ze ścisłą hierarchizacją społeczeństwa. W prywatnych komnatach rzymski obywatel mógł robić cokolwiek, co podpowiadała mu wyobraźnia, ale jeśli nie chciał się skazać na polityczny niebyt, musiał być odbierany jako aktywny i dominujący kochanek. Niemniej jednak rzymska obyczajowość czasów starożytnych z pewnością nie posłużyłaby jako model utopii dla realizowania ludzkiej seksualności, czy udanych związków w ogóle. O ile główny bohater Saylora dostrzega człowieka w niewolniku, nie da się powiedzieć tego samego o rzymskich patrycjuszach, dla których zazwyczaj pracuje. Szokujący rozmiar władzy nad drugim człowiekiem, jakie dawało bycie panem niewolnika, większość Rzymian wykorzystywała w pełnym zakresie. Okaleczanie nieposłusznych, gwałcenie pożądania godnych płci obojga w dowolnym wieku [6], odbywa się nie tylko w majestacie prawa, ale też na oczach dowolnej ilości dobrowolnych lub nie, widzów. Pater familias niemal równie swobodnie rozporządzał losami członków swojej rodziny – mógł zabić nieposłuszne ojcowskiej woli dzieci, odebrać i zgładzić niechciane i nieślubne wnuki. Wędrujący przez starożytny świat Gordianus bywa świadkiem straszliwych, okrutnych scen i jedynie czasem jest w stanie zapobiec cierpieniu innych. Znalezienie winnego nie oznacza automatycznego zwycięstwa sprawiedliwości wymierzanej przez państwo – wielu kupowało uniewinnienie pieniędzmi i wynajmując adwokatów biegłych w retoryce (zdolnych również dzięki odpowiedniej przemowie do nakłonienia rzymskiego senatu, aby uznał praworządnych obywateli za zbrodniarzy), inni, nie licząc na ułaskawienie odbierali sobie życie. Skorumpowany italski system sądowniczy nie zmienia Gordianusa w obojętnego na krzywdę ludzką cynika. Sam bohater balansuje czasem na granicy prawa, by chronić swoich bliskich.
Postać Minotaura pojawia się również w powieściach Saylora, jednak w zupełnie innym kontekście niż u Krajewskiego. Mityczny potwór nie jest jedynie bestią, którą można straszyć małe dzieci, ani tylko symbolem tauromachii. Pojawia się we śnie Gordianusa jako przypomnienie o losie zesłanym przez bogów, od którego nie można uciec w labiryncie życia. Śmiech Minotaura jest szyderstwem z ludzkich starań, ale mimo tego, nieludzki syn Posejdona i Pazyfae pomaga Goridanusowi rozwiązać zagadkę kryminalną. W świecie, w którym hybris wydaje się dosięgać przede wszystkim samego pojęcia państwowości, również Nemezis rzadko ma ludzkie oblicze. Jednak wobec najokropniejszych występków i politycznych zawirowań, Gordianus nie traci swojej umiejętności rozróżniania dobra od zła, chroni rodzinę za wszelką cenę. Powtarzając za autorem, jest to auspicium melioris aevi.

[1] Prymitywność i dosłowność metafory w pełni zamierzona. Znajomość łaciny u Mocka, podobnie jak jego hobby – szachy – mają ukazywać wg autora wyższość intelektualną bohatera. O Mocku warto przeczytać artykuł Elizy Szybowicz i Błażeja Warkockiego, Mock w mieście potworów. Trupy, żony i nierządnice. Plus zadowolony z siebie samiec alfa i konserwatywny populizm, w Krytyce Politycznej, nr 20 – 21 (2010), tytuł numeru: „Manifest komunistyczny i kryminał”.
[2] Marek Krajewski, Głowa Minotaura, W.A.B., 2009 r.
[3] Steven Saylor, Dom Westalek, przeł. Janusz Szczepański, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2004, s. 284.
[4] Steven Saylor, Mgliste proroctwa, przeł. Janusz Szczepański, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2004, s. 298.
[5] Mam świadomość pewnej anachroniczności tego stwierdzenia: pojęcie rodziny, oraz to, kto i na jakich zasadach mógł być uznawany za jej członka, ewoluowało w czasie, i nie zawsze odnosiło się do modelu nuklearnego, jaki łączy się z metaforą „podstawowej komórki społecznej”. Fakt tej ewolucji służy za argument wytaczany w dyskusjach z przeciwnikami legalizacji związków homoseksualnych.
[6] Warto przeczytać np. Seks i trwogę Pascala Quignarda (przeł. Krzysztof Rutkowski, Czytenik, Warszawa 2002).

Sławomira Raczyńska

Data wpisu: 4 marca, 2010 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe