Archiwum dla kategorii: ‘kobiety’

Warszawa. 11 urodziny portalu Kobiety Kobietom. 2012-06-02

W tym roku zapraszamy na imprezę urodzinową portalu do warszawskiego CDQ. Data nieprzypadkowa – sobota 2 czerwca – spotkamy się wieczorem po Paradzie Równości.

logo3 bawarka Warszawa. 11 urodziny portalu Kobiety Kobietom. 2012 06 02

kobiety-kobietom

Sobota, 2 czerwca 2012

Wstęp TYLKO DLA KOBIET

Start godzina 20:00
do godziny 20:30 – wstęp wolny
po godzinie 20:30 – 10 zł

Centralny Dom Qultury
ul. Burakowska 12
http://cdq.pl/

BĘDZIEMY ŚWIĘTOWAĆ W RYTMACH DJ URSA.
BARMANKA OBIECAŁA SUPER KOBIECE SZOTY ZA 5-TAKA.
A DO TEGO SZYKUJEMY NIEZWYKŁE ATRAKCJE .
WIECZÓR UŚWIETNI OBECNOŚĆ OLESS FESTIWAL.:)

Gorąco zapraszamy, przyjeżdżajcie z całej Polski, integrujmy się w realu!


Data wpisu: 15 maja, 2012 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Kobiety dla kobiet: Zabieg z Jane

Zabieg z Jane to aborcja, którą studentki, gospodynie domowe, matki, feministki, ochotniczki po krótkim medycznym przeszkoleniu przeprowadzały dla kobiet, w czasach, gdy aborcja była w USA nielegalna. Działały w latach 1969 – 1973.

 

 

206992 4959 300x222 Kobiety dla kobiet: Zabieg z Jane

świat

Fragment tekstu pochodzi z książki Milczenie owieczek Kazimiery Szczuki, s. 114–117, Warszawa 2004.

 

W tym czasie działało również radykalne, autonomiczne, kobiece podziemie aborcyjne, znane jako kolektyw Jane – od fikcyjnego imienia osoby, która na uniwersytecie w Chicago zapoczątkowała zorganizowane udzielanie informacji i pomocy kobietom poszukującym możliwości usunięcia ciąży. Chicagowska grupa stanowi w historii ruchu kobiecego swoisty fenomen. Studentki i działaczki feministyczne poważyły się na akt nieposłuszeństwa obywatelskiego idącego najdalej, jak to możliwe – zorganizowały sprawnie działającą sieć samopomocy i same nauczyły się przeprowadzać zabiegi, rozwijając technikę wczesnych aborcji metodą próżniową.

 

 

Między rokiem 1969 a 1973 przeprowadziły około jedenastu tysięcy nielegalnych zabiegów, których jakość i bezpieczeństwo były takie same jak w nowojorskich klinikach po legalizacji aborcji. Zabieg z Jane – bo tak się o tym mówiło, dla podkreślenia, że aborcja jest doświadczeniem, przez które kobieta przechodzi aktywnie (a zatem zabieg „z”, a nie „u” Jane) – był płatny. Kosztował średnio pięćdziesiąt dolarów. Była to realna, skalkulowana stawka, podczas gdy w „normalnym” podziemiu ceny sięgały w tym czasie tysiąca dolarów. Organizatorki serwisu, na ogół względnie dobrze sytuowane białe działaczki ruchu feministycznego, uważały, że zabieg to nie usługa, którą ktoś komuś powinien świadczyć za darmo, jak łaskę albo darmowe rozwiązanie kłopotu. Ale żadna kobieta nie była odsyłana – chyba że po wstępnym badaniu okazywało się że względy zdrowotne wymagają skierowania jej do szpitala. Ceny Jane były dostosowane do możliwości klientek – bogatsze płaciły więcej, aby umożliwić funkcjonowanie latającej klinice, przenoszonej z mieszkania do mieszkania. Często jednak, zwłaszcza w późniejszych latach, kiedy zgłaszały się w większości kobiety ubogie, zabiegi przeprowadzano za symboliczną opłatę albo zgoła za darmo.

 

 

Osoby działające w kolektywie Jane kierowały się zasadą pomagania kobietom – oznaczało to całościowe, medyczne ipsychologiczne podejście do każdego przypadku. Zabiegi poprzedzane były konsultacjami, podczas których klientki Jane miały możliwość wejrzenia w motywacje swoich decyzji. Zdarzało się, że feministki uświadamiały kobietom i dziewczynom, przychodzącym na zabieg, że ich rzeczywistym pragnieniem jest donoszenie ciąży. Nie było to zresztą trudne do rozpoznania – kiedy kobieta przychodzi zdecydowana, należy jej udzielić pomocy: wesprzeć suwerenność decyzji iprzeprowadzić zabieg. Kiedy przychodzi zapłakana, roztrzęsiona, nieraz przyprowadzona przez matkę albo zdenerwowanego chłopaka, rozmowa z uważną konsultantką wspiera suwerenność decyzji przeciwnej – o urodzeniu dziecka wbrew naciskom otoczenia. Ogromne znaczenie dla nielegalnych aborcjonistek miało udzielanie kobietom informacji o procedurze zabiegu, o antykoncepcji, o kontekście prawnym i społecznym, w jakim działało podziemie. Zabiegi przeprowadzano z użyciem znieczulenia miejscowego, aby kobiety nie czuły bólu albo czuły go minimalnie. W klinice Jane nie stosowano narkozy – kobiety podczas zabiegu nie podlegały uprzedmiotowieniu jako bezwolne, uśpione ciała, które nie wiedzą, co się z nimi dzieje. Zabiegom towarzyszyła czuła i uważna opieka asystentki, która opowiadała kobiecie przechodzącej zabieg, co się teraz z nią dzieje, trzymała za rękę, rozmawiała. Chodziło o oddemonizowanie aborcji, uczynienie z niej świadomego, medycznego i psychicznego przeżycia, które jest ważne, ale nie traumatyczne. Horror aborcji, zarówno nielegalnej, jak przeprowadzanej w szpitalu w sposób brutalny i poniżający kobiety, związany jest z wyparciem tego doświadczenia ze świadomości.

 

1 Kobiety dla kobiet: Zabieg z Jane

 

Większość kobiet nie chce wspominać własnej aborcji nie tylko dlatego, że raz podjęta decyzja jest ostateczna i nieodwołalna, a mogłaby wywoływać wątpliwości. Chodzi również o wymazanie z pamięci okoliczności zabiegu, które powracają niekiedy w prześladowczej postaci. Inaczej było z klientkami Jane. Wiele z nich wspomina po latach, że doświadczenie spotkania z feministkami w sytuacji przerażenia, desperacji, zaszczucia przez prawo i grozę szeptanych opowieści o molestujących rzeźnikach było początkiem ich nowej świadomości – szacunku do siebie, kierowania własnym losem, aktywności obywatelskiej. Działalność chicagowskiego kolektywu stała się modelem nie tylko autonomicznych działań ruchu kobiecego, ale również holistycznej, prokobiecej ginekologii, dążącej do przywrócenia godności i podmiotowości doświadczeniom miesiączki, bezpłodności, ciąży, aborcji, porodu czy chorób kobiecych. Wśród lekarzy, którzy obierają specjalizację ginekolog-położnik, spotyka się niekiedy takich, którzy mniej lub bardziej świadomie kierują się takim prokobiecym nastawieniem. Oddemonizowanie przerywania ciąży w przypadku podziemnego feministycznego serwisu aborcyjnego Jane polegało jednak na tym, że bezpieczne wspierające dla psychiki kobiet zabiegi przeprowadzały po przeszkoleniu osoby niemające profesjonalnego przygotowania. Był to rzadko notowany przez historię fenomen, kiedy „pokątne” aborcjonistki działały na rzecz kobiet, nie żerując na ich bezradności i złym prawie.

 

 

Zobacz też: http://www.uic.edu/orgs/cwluherstory/CWLUFeature/TribTheater.html

Zajrzyj na stronę Seksualność kobiet


Data wpisu: 11 maja, 2012 autor wpisu: Seksualnosc_Kobiet  |  Komentowanie nie jest możliwe

Joanna Mizielińska, „(De)Konstrukcje kobiecości”

Wydana w 2004 roku książka opatrzona jest podtytułem: Podmiot feminizmu a problem wykluczenia – i to ostatnie, a nie konstruowanie czy dekonstruowanie wydawało mi się w toku lektury wiodącym motywem pracy. Słuszność takiej rekonstrukcji perspektywy potwierdzona zostaje dopiero w kończącym całość opracowania Postscriptum: „uważam, iż refleksja feministyczna powinna rozwijać się w Polsce niejako w dwu kierunkach: pisać o wykluczeniu kobiet czy też feminizmu z głównego nurtu kultury, jak też »składać samokrytykę« z własnych strategii wykluczania” (s. 262).

Chciałabym zaproponować nie tyle recenzję, co garść refleksji związanych z lekturą. Ograniczam się zatem jedynie do wybranych wątków.

Praca oferuje przegląd historyczny, ale niekoniecznie chronologiczny. Skoro dominuje problem wykluczenia w feminizmie, autorka pomija pierwszą falę feminizmu: pierwszy rozdział poświęcony jest przypomnieniu koncepcji rozumienia kobiet jako Innych, w oparciu przede wszystkim o Drugą płeć Simone de Beauvoir. Potem, w rozdziale drugim, następują rozważania nad tym, kim właściwie jest podmiot kilku głównych nurtów feminizmu drugiej połowy XX wieku. Kolejno prezentowana myśl feminizmu liberalnego (skupionego na równouprawnieniu – emancypacji w ramach systemu prawnego), marksowskiego (zainteresowanego w przeważającej mierze sferą pracy) i radykalnego pozwala zauważyć szereg wykluczeni, jakie się w ramach tych ujęć dokonywały, a jakich krytyka jest treścią rozdziału trzeciego. W nim Mizielińska celowo kumuluje, „spiętrza” zastrzeżenia – nieprzypadkowo jeden z odnośnych podrozdziałów zatytułowany jest Piętrowość mechanizmu wykluczenia – ukazując arbitralność określania tego, kim może być podmiot kobiecy w feminizmie. Każdemu „poszerzeniu granic” (więcej na ten temat – niżej) towarzyszyła refleksja o kolejnych zbiorowościach pozostających poza ich obrębem, co prowadziło do stopniowego włączania w feminizm lesbijek, biseksualistek i transseksualistek. Kwestie obecności w feminizmie innych kategorii subaltern podjęte są w ostatnim rozdziale, prezentującym ujęcia posttożsamościowe jako drogę wyjścia z – by sparafrazować autorkę – wielopiętrowej pułapki wykluczenia.

Uprzedzając późniejsze uwagi wspomnę, iż we wszystkich w książce wyliczeniach czynników wykluczania (np. „czynniki (…) związane z (…) pochodzeniem etnicznym, orientacją seksualną czy też pozycją społeczną” – s. 253) pomijane jest wyznanie religijne.

Formułując swoją ogólną koncepcję Mizielińska stwierdza: „Na Zachodzie dyskusje nad problemem dekonstrukcji podmiotowości feministycznej toczą się już od dawna” , w Polsce to natomiast nadal „teoretyczna próżnia” i „nowe zagadnienia” (s. 262-263). Jakkolwiek trudno (szczególnie pamiętając o czasie powstania (De)Konstrukcji kobiecości) zaprzeczyć istnieniu owej luki, jednak nadużyciem jest sprowadzenie „Zachodu” do rekapitulacji myśli amerykańskiej, zważywszy na ogromny wkład feminizmu francuskiego, wielkiego nieobecnego omawianej książki. Simone de Beauvoir nie wystarczy!

Autorka jasno deklaruje, że nie dokonuje analiz pozycji będących teoretyczną podstawą trudnego akademickiego współbytowania postmodernizmu i feminizmu, zaznaczając, że owe pozycje – myśl Foucaulta, Derridy czy Lacana (por. s. 261) znalazły już liczne polskojęzyczne opracowania. Mam obiekcje, by się zgodzić z określaniem Jacquesa Lacana mianem „dobrze znanego w Polsce”, zwłaszcza w świetle niemal kompletnego braku przekładów i plagi niezbyt adekwatnych odwołań i streszczeń z drugiej, a niekiedy z trzeciej ręki, jednak zasadniczy zamysł wspomnianego pominięcia uważam za jak najbardziej zasadny. Zaskakuje jednak, że Jacques Derrida nie został wspomniany jako patron (jeśli nie ojciec) tytułowej koncepcji dekonstrukcji. Co więcej, autorka wykorzystuje pojęcie abiektu, które do refleksji humanistycznej wprowadziła Julia Kristeva w Potędze obrzydzenia, pomijając całkowicie ów wkład. Tu nie może być mowy o szerokim rozpoznaniu na polskim gruncie, Potęga obrzydzenia – równolegle z Czarnym słońcem – ukazała się w Polsce dopiero w 2007 roku jako jeden z dwóch pierwszych przekładów pism Kristevej w formie książki.

Przemilczenie Kristevej frapuje także ze względu na jej esencjalistyczną argumentację, osadzoną na sztandarowym już rozróżnieniu pomiędzy tym, co semiotyczne, i tym, co symboliczne. Tego rodzaju porządkowanie świata kobiet i świata mężczyzn wydaje się – w świetle całości (De)Konstrukcji kobiecości – ujęciem stającym w jednym rzędzie z tymi, jakie zostały przez Mizielińską uznane za nieadekwatne, niesprawiedliwe i generujące wykluczenia, a zatem warte zdemaskowania także ze względu na swą popularność. Kristeva łączona jest z nurtem psychoanalitycznym w humanistyce, trzeba więc zaznaczyć, że Mizielińska odnotowuje istnienie pułapki normatywnej przemocy, jaka jest narzucana przez psychoanalizę (np. 212), co uważam za bardzo istotny gest.

Najcenniejszy z poznawczego (i niewątpliwie dydaktycznego) punktu widzenia wydaje mi się trzon pracy skupiony na argumentacji zwolenniczek i przeciwniczek teorii i praktyki typowej dla poszczególnych odnóg feminizmu drugofalowego. Bezstronność (czy raczej sprawiedliwie podzielona sceptyczność) prezentacji, wieloaspektowość i organizacja treści w sposób problemowy, nie zaś chronologiczny, nadaje tym partiom nieco podręcznikowy charakter – jednak podręcznikowy w jak najlepszym znaczeniu tego słowa. Wartość krytycznego przeglądu dokonanego przez Mizielińską jest tym większa, jeżeli pamięta się o nieuporządkowanej recepcji przełomowych czy wpływowych naukowych pozycji z tej dziedziny, czy też o dość chaotycznej implementacji w polskich realiach idei drugo- i trzeciofalowych [1]. Systematycznego i szczegółowego wywodu nie pozostawię jednak bez drobnych uwag.

Przy okazji rekapitulacji stanowiska feminizmu marksowskiego – dla przypomnienia: zarówno kobiety pracujące zawodowo, jak i te „cieszące się” przywilejem materialnym ze względu na status swoich mężów, dzięki któremu i przez który poświęcają się wyłącznie domowi, mają w swoim interesie „wspólną walkę wraz z klasą robotniczą (również męską jej częścią) w celu obalenia kapitalizmu” (s. 90) – Mizielińska pyta o status pracy domowej kobiet i uznaje, że „dylemat, czy powinna być ona opłacana czy nie, pozostał właściwie nierozstrzygnięty” (s. 91). Nie wspomina się, że stosowanym, choć niekoniecznie doskonałym rozwiązaniem są rozmaite świadczenia socjalne – np. o długiej historii funkcjonowania ojcowskiego odpowiednika urlopu macierzyńskiego w Szwecji można przeczytać tu. Wybrałam ten przykład ze względu na inny fragment prezentacji dokonywanej przez Mizielińską: gdy mowa o dylemacie feminizmu (zwłaszcza w nurcie liberalnym) – „w jaki sposób traktować kobiety, tak aby zapewnić im równość, a zarazem uwzględnić różnicę” (s. 77), związaną przede wszystkim z reprodukcją, a mającą przełożenie na psychikę i funkcjonowanie jednostek w instytucjach społecznych. Urlopy macierzyńskie są w tym miejscu wskazane jako „najbardziej oczywisty przykład” konieczności uwzględnienia owych odmienności – sukces idei urlopów ojcowskich wprowadzanych w duchu poszerzania rodzicielskiej odpowiedzialności, i za aprobatą feministek, tej „oczywistości” przeczą. Można tym samym niejako zrehabilitować feminizm liberalny, oskarżany o zadawalanie się niewystarczającymi postulatami „pełnego włączenia kobiet w struktury społeczne” czyli życie publiczne. Niewystarczającymi, gdyż „[t]ym zmianom nie towarzyszy adekwatne żądanie wejścia mężczyzn w sferę prywatną, zaś korzyści płynące z takiego włączenia są jedynie mgliste” (s. 82). Poza tym, iż określenie żądania adekwatnym należałoby zastąpić „analogicznym”, pamiętajmy, że współcześnie nawet głównonurtowa (partyjno-parlamentarna) polityka dostrzega i promuje te korzyści (ekonomiczne, emocjonalne). Feminizm liberalny jest znaczącym elementem nawet polskiego życia politycznego, by poza urlopami ojcowskimi przypomnieć o parytetach na listach wyborczych. Niezależnie od naszej opinii o tych działaniach reformacyjnych, są one postępem wobec status quo, i przeczą sądowi Mizielińskiej, iż „obecnie retoryka tego nurtu [feminizmu liberalnego – dop. P.S.] oraz narzędzia, którymi się posługiwano, nie przynoszą raczej kolejnych osiągnięć” (s. 83).

Przybliżona zostaje krytyka ujęć marksowskich, jaka wysuwana była przez feminizm liberalny. Mizielińska cytuje Alison Jaggar streszczającą oparte na ustaleniach Marksa i Engelsa jedno z założeń feminizmu marksowskiego: „każde społeczeństwo jest charakteryzowane przez płciowy podział pracy wynikający z podziału pracy w akcie seksualnym” (s. 92), by niżej stwierdzić, iż wedle Jaggar „brak przekonującego wyjaśnienia (…) skąd wziął się płciowy podział pracy”. Role podejmowane przez osoby uczestniczące w akcie seksualnym trudno chyba nazywać pracą. Później jednak, na s. 94, Mizielińska pisze o „różnicach”, wprawdzie bez dopowiedzenia, lecz ufam, że chodzi o tradycyjne zróżnicowanie ról (aktywność, pasywność, receptywność, posiadanie, dominacja, podporządkowanie, etc.). Sprawia to, że ową relację można równie dobrze odwrócić, i przypisane płciom role w stosunku heteroseksualnym postrzegać jako konsekwencję funkcji społecznych (w nurcie marksowskim mowa o wykluczaniu kobiet z rynku pracy zawodowej w sferze publicznej jako podstawowej formie opresji; por. s. 94).

Gayle Rubin w Catamites and Kings w 1993 roku pisała o osobach piętnowanych z uwagi na nienormatywne preferencje i praktyki seksualne (sexual outlaws) jako przeciwstawionych „osobom zamężnym, heteroseksualnym, posiadającym dzieci”. Te ostatnie to „[j]ednostki, których zachowanie jest stawiane wysoko w hierarchii, są nagradzane poświadczonym zdrowiem psychicznym, szacunkiem, legalnością, społeczną i fizyczną mobilnością, zinstytucjonalizowanym wsparciem i materialnymi korzyściami” (s. 202, fragment w przekładzie Mizielińskiej). Wątpliwości budzi „wliczenie” w ów pakiet zdrowia psychicznego, gdyż zarówno na polu psychologii społecznej, jak i w popularnych narracjach fikcjonalnych (np. w Godzinach Michaela Cunninghama) chętnie nam dowodzono, iż to pozornie perfekcyjne (desperate) housewives są najbardziej straumatyzowane.

Krytyczna prezentacja tematyki jest znakomitą strategią, ponieważ autorka nie wyważa otwartych drzwi – naświetla dotychczasowy dorobek w sposób dotąd niespotykany w żadnym innym znanym mi polskim opracowaniu z zakresu badań feministycznych, studiów genderowych czy queerowych. Moje obiekcje budzi wszelako to, że wywód prowadzi do kulminacji w postaci wielkiej pochwały koncepcji Judith Butler, z którą Mizielińska sympatyzuje nie tylko na poziomie merytorycznym, ale także nie szczędząc Amerykance waloryzujących zwrotów retorycznych.

Pula zarzutów teoretyczek feministycznych wobec kontrowersyjnej przecież Butler ogranicza się do takich, jakie są najłatwiejsze do odparcia, a zatem – kompromitujące autorki je wysuwające. Tym partiom (De)Konstrukcji kobiecości przyjrzę się nieco bliżej.

W pierwszym interesującym przykładzie dowiadujemy się, w jaki sposób Teresa Ebert dyskwalifikuje to, co Mizielińska nazywa feminizmem postmodernistycznym: wedle Ebert pozbawia on szans na rewindykację historii grup subaltern (kobiet, „kolorowych”), a co gorsza, dyskwalifikuje tożsamościowe, zatem więc ważne dla emancypacji tych grup koncepcje, przez co umacnia reżimowe status quo; deprecjonując pojęcia płci, „nie daje żadnych konkretnych propozycji społecznej transformacji (…), uniemożliwia wyjaśnienie społecznych relacji władzy oraz ich zmianę” (cytuję to, jak Mizielińska rekapituluje poglądy Ebert – s. 230). Podobnie Nancy Hartstock stwierdza nieużyteczność ujęć postmodernistycznych jako krytyki dla samej krytyki, bez nastawienia na działania. Nietrudno te twierdzenia podważyć: na gruncie amerykańskim, po którym się poruszamy, historia ruchów queerowych przekonuje nas o ich „kapitale” sprawczości, na przykład przełamujący dominujące w USA do czasu wybuchu epidemii AIDS strategie asymilacyjne radykalizm queerowy (ACT UP et al.) nie tylko znacznie przyczynił się do zwiększenia widoczności osób nieheteronormatywnych, ale też do rozpoznawania przez prawo stanowione ściśle asymilacyjnych postulatów wysuwanych przez część owych osób (wprowadzenie możliwości zawierania legalnych związków).

Takoż Seyla Benhabib niecelnie opiniuje konkretnie myśl Butler za impas aktywizmu feministycznego, jaki jest efektem zerwania z kategorią tożsamości – czy kategorią kobiet.

Trafny jest przytaczany przez Mizielińską głos Susan Bordo, która wskazuje, że wszelki feminizm przestał być sprawnie i skutecznie działać, ponieważ pogrąża się w wewnętrznych sporach. Poza tym Bordo uważa „wszechobejmowalność”, potencjał unikania marginalizacji ze strony dyskursów postmodernistycznych za iluzję – to nieprawda, że mówimy o wszystkim, o wszystkich i znikąd, jesteśmy bowiem upozycjonowani, umiejscowieni. Bordo przypomina o coraz dalej idącym poszerzaniu granic i rosnącej wrażliwości, zauważaniu kolejnych uprzedzeń. Feminizm łatwiej, aniżeli inne nurty, je w sobie zwalcza, gdyż – tym razem wg Hartsock – „marginalizowane grupy mają mniejszą tendencję do mylnego uznawania siebie za uniwersalnego »człowieka«” (s. 239).

Ogólnie ocena feminizmu postmodernistycznego wskazuje na problematyczne przekreślenie dotąd obecnego w feminizmie założenia wszechkobiecej wspólnoty doświadczenia opresji, gdyż efektem tego jest niemożność walki, „która przecież wynika z solidarności z opresjonowanymi” (s. 237).

Mizielińska wskazuje na problem dominacji feminizmu przez perspektywę anglosaskich Amerykanek z klasy średniej (WASP), ilustrując go retorycznym pytaniem: „Czy na przykład teoria formułowana przez czarne lesbijki mogłaby uzyskać ten sam status neutralności i uniwersalności, jak ta tworzona przez kobiety białe?” (s. 254). Kontynuuje: dlaczego biała skóra jest czynnikiem oczywistym, a jej posiadaczki uniwersalnymi reprezentantkami kobiecości? Otóż dlatego, że to był i jest kobiecy punkt odniesienia wobec „rządzących światem” mężczyzn, skądinąd będących partnerami (lub głównymi społecznymi oponentami) owych feministek, mężczyzn, którym wydawało się, że istnieje coś takiego, jak cywilizacyjne „brzemię białego człowieka” – człowieka per se, dyskredytującego rdzennych mieszkańców podbijanych kolonii, ewangelizującego nieznających chrześcijaństwa (i mającego nieustanny kłopot z monoteistycznymi muzułmanami). Rzeczą oczywistą jest, że taka perspektywa jest nieaktualna, ale nie oznacza, że uniwersalistyczne roszczenia obecne w pewnych stadiach rozwoju feminizmu i w niektórych jego nurtach są niewyjaśnialne! Uzupełnijmy ten wątek gorzką uwagą Mizielińskiej: zachęty, by włączać i wkluczać „inne rasy i klasy” w dotychczasowy, uniwersalistyczny i esencjalistyczny feminizm „można uznać za kolejną ekspresję przywileju” (s. 255), są bezcelowe.

Przywołany zostaje także argument Butler, który zasadza się na tym, iż „[u]znanie patriarchatu (…) za element łączący wszystkie kobiety nie uwzględnia innych form opresji, tych związanych z rasą, klasą, seksualnością czy pochodzeniem etnicznym” (s. 204; notabene tu też pominięte jest wyznanie religijne). Być może Mizielińska opowiada się za definicją proponowaną przez Adrienne Rich w książce Zrodzone z kobiety, wedle której o patriarchacie mówimy wtedy, gdy jest „możliwe do stwierdzenia istnienie hierarchii płciowej”, w ramach której ma miejsce „przypisanie wyższej wrodzonej wartości mężczyznom niż kobietom” [2]. Ważność twierdzenia o pomijaniu wymienionych form opresji jest uzależniona od sposobu rozumienia pojęcia patriarchatu – może być ono po prostu synonimem systemu, którego opresyjność manifestuje się nie tylko w mizoginii czy seksizmie.

W tym momencie dopominam się „niewylewania dziecka z kąpielą”. Zrelacjonowana przez Mizielińską, dokonana przez Nancy Hartsock deprecjacja oeuvre Michela Foucaulta, określanie francuskiego myśliciela mianem beneficjenta systemu (biały mężczyzna „posiadający przywileje kolonizatora” – s. 232) wydaje się nie na miejscu. „Świadectwo życia” Foucaulta jest dla mnie po stokroć bardziej przekonujące, aniżeli biografie amerykańskich feministek akademickich.

Wracając do listy moich zastrzeżeń, praktyki butch/femme czy transwestytów bynajmniej nie muszą być parodystyczne ani stanowić „płciowej stylizacji” (s. 213), a wynikać z potrzeb wewnętrznych osób biorących w nich udział, a nawet stanowić po Butlerowsku pojmowany przymus performatywny życia codziennego (por. s. 217), a zatem nie mieć potencjału subwersywnego, lecz stawiać silny akcent tożsamościowy, szczególnie w historycznym ujęciu [3]. Także przemienność ról butch/femme, jaką Mizielińska uznaje za realną (w przeciwieństwie do stereotypowego ścisłego przypisania) właściwość takich związków (s. 213) potrzebuje sporej samoświadomości i dystansu ze strony uczestniczek – być może też uczestników – takiego układu. Czyni to ową samoświadomość niejako obligującą, a przecież nie powinniśmy oczekiwać od każdego ani od każdej kompetencji w zakresie akademickich teorii krytycznych.

W ostatnich partiach (De)Konstrukcji kobiecości szczególnie zaakcentowana jest kwestia aktywizmu: zdiagnozowane jako wykluczające formy feminizmu uznane zostają za nieskuteczne, pozbawione demarginalizującego potencjału. Tymczasem wyszczególnianie nurtów feminizmu oparte jest na podziałach akademickich, ugruntowanych ściśle teoretycznie. Nadmieńmy, iż problematyka ich spójności jako naukowych konstruktów – i innych cech uznawanych za nadające jakże niekiedy pożądaną sankcję naukowości – wcale autorki nie zajmuje.

Oczywiście doświadczenie grupy kobiet, jaką reprezentowały feministki WASP, było przez nie niesłusznie brane za „wspólne wszystkim kobietom” (s. 253) i (De)Konstrukcje kobiecości znakomicie tego dowodzą, stanowiąc zarazem ostrzeżenie dla polskich feministek. Mimo to mam wrażenie, że skierowanie książki ku apologii queeru, szczególnie Butlerowskiego [4], odbiera retoryczną i merytoryczną moc wcześniejszym rozdziałom, wyważonym i pozwalającym na samodzielne ustosunkowanie się do repertuaru przedstawionych argumentów. Ten mankament sprawia z drugiej strony, że Mizielińska budzi chęć dyskusji. Została ona wywołana, lecz obecnie (De)Konstrukcje kobiecości są dostępne jedynie w bibliotekach i osiągają bardzo wysokie ceny w obiegu antykwarycznym. Mimo pewnego niedostosowania do realiów polskich, a nawet europejskich, powstałej już dekadę temu książce udało się uniknąć dezaktualizacji. Polecam uważną lekturę!

Paulina Szkudlarek

Joanna Mizielińska, (De)Konstrukcje kobiecości. Podmiot feminizmu a problem wykluczenia, słowo/obraz terytoria, Gdańska 2004. Wszystkie cytaty i inne odniesienia pochodzą z tego wydania.

Przypisy:

[1] Na ten temat por. Agnieszka Graff, Feministki – córki feministek, czyli trzecia fala dobija do brzegu w: W poszukiwaniu małej dziewczynki, red. Izabela Kowalczyk i Edyta Zierkiewicz, Konsola, Poznań 2003; zob. też wystąpienie Roberta Kulpy i Joanny Mizielińskiej De-centralizując (zachodnią) seksualność na konferencji Strategie queer, Warszawa 2011 http://queer.uw.edu.pl/?page_id=194 – tom pokonferencyjny w przygotowaniu.

[2] Adrienne Rich, Zrodzone z kobiety. Macierzyństwo jako doświadczenie i jako instytucja, przeł. Joanna Mizielińska, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2000 , s. 28 i 9.

[3] Por. np. Joan Nestle, A Restricted Country, Firebrand Books, Ithaca 1987.

[4] Mizielińską interesują jedynie zarzuty dotyczące koncepcji podmiotu u Butler, zaś dyskusje z całokształtem ani tez innymi aspektami myśli autorki Uwikłanych w płeć nie są tu uwzględniane, niemniej chciałabym w tym miejscu polecić artykuł Samuela Nowaka Bat na władzę. Koncepcje władzy w teorii queer – przegląd opinii krytycznych, “Furia”, nr 3, 2010, udostępnione tu.

Data wpisu: 5 maja, 2012 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

David Gilmore, „Mizoginia, czyli męska choroba”

Jeśli pamiętamy o tym, z jakim opóźnieniem pojawiają się w Polsce przekłady prac poświęconych feminizmowi czy innym aktywistycznym i akademickim strategiom emancypacyjno-wolnościowym (nie wspominając o coraz dłuższej liście ważnych pozycji, które nie ukazały się w ogóle, i na które – dzięki szerokim możliwościom dostępu do oryginalnych wydań – grona zainteresowanych osób przestały już czekać), może zaskoczyć, że pochodząca z 2001 roku Mizoginia, czyli męska choroba amerykańskiego antropologa Davida Gilmore’a wydana była po polsku już w roku 2003. Czym autor sobie na to zasłużył?

Może to korzystne wizerunkowo i ideowo, gdy mężczyzna publikuje sążnisty i wyposażony w kilkadziesiąt stron przypisów i informacji bibliograficznych sprzeciw wobec mizoginii: pozbawiony uprzedzeń, otwarty, niewykluczone, że feminista. Z drugiej strony autor przyznaje, że „nie mówi tu niczego nowego; część […] wykorzystanych danych antropologicznych to starocie”, a temat „dobrze znamy z historii, literatury, sztuki i antropologii” (s. 9). Deklaruje jednak, że chce uzupełnić brak opracowań komparatystycznych. Oho, typowa arogancja: przez tyle dziesięcioleci żadna – siłą rzeczy zainteresowana zagadnieniem – kobieta nie była zdolna do przyjęcia wystarczająco szerokiej perspektywy, i najwidoczniej potrzeba tu męskiej zdolności do abstrahowania, analizowania, syntezowania oraz interpretacji. Zdolności do opanowania chaosu. Mimo takiego – nie da się ukryć – uprzedzenia podjęłam lekturę, by wkrótce przekonać się, iż gdy przyszło co do czego, to od Gilmore’a otrzymujemy zabytek myśli, nieuporządkowanie i wojownicze komentarze bynajmniej niestawiające autora w korzystnym świetle ani jako naukowca, ani jako człowieka o konkretnym światopoglądzie.

Autor również popełnia idiotyczne drobne błędy, jednak przede wszystkim książka jest zła koncepcyjnie. Jak podpowiada tytuł, Gilmore uważa mizoginię za chorobliwy powszechnik kulturowy. Choć niektórzy indywidualni mężczyźni są od niej wolni, nie ma formacji kulturowej bez uprzedzeń wobec kobiet, nienawiści do kobiet bądź strachu przed kobietami – w różnych skalach, zakresach i wariantach. Gilmore chce omówić mizoginię antropologicznie, psychologicznie, literacko (literaturoznawczo?), zahaczyć też o świat ginefilii, przesadnej aprecjacji kobiecości. Co mu się udaje? Niewiele. Powtarza się, jest nieuporządkowany i ma luki kompetencyjne.

Przede wszystkim trzeba zdefiniować problem: mizoginia jest irracjonalnie negatywnym stosunkiem mężczyzn do kobiet, uprzedzeniem mającym zauważalny wyraz w stosunkach społecznych. Kobietom zło przypisywano na dwa sposoby: czynią je mimowolnie, bądź są diaboliczne w sposób celowy. Gilmore utrzymuje, że mizoginia nie ma adekwatnego odpowiednika „po drugiej stronie” – mizoandrię postrzega jako zjawisko zbyt rozproszone i słabe, byłaby zatem ona ekwiwalentem jedynie słownym, nie zaś faktycznym. Autor zdaje się nie rozumieć, że w mizoginii chodzi o stosunek dominujących do podporządkowanych. Może ksenofobia jest uprzedzeniem „wzajemnym”, dwustronnym, jednak np. antysemityzm czy homofobia nie mają „do pary” zjawisk z przeciwnie skierowanym wektorem. W jednym z miejsc, w których Gilmore „poszukuje” analogii dla mizoginii (s. 38), mówi o takich przejawach tej ostatniej, jak strach przed zakażeniem ze strony kobiety, np. skażonym mlekiem, trującymi wyziewami z waginy, itp.

Z feministycznego (i nie tylko) punktu widzenia można odpowiedzieć, że to sperma niesie większe zagrożenie nie tylko w sensie epidemiologicznym (choroby roznoszone drogą płciową), lecz i w bardziej radykalnym ujęciu: w sensie ciąży. „Ciąża to nie choroba”, a jednak są analogie, np. mobilizacja wszystkich sił organizmu (szczególnie w pierwszym trymestrze kobieta czuje się źle, gdyż jej układ immunologiczny uczy się, że ma w sobie obcego, którego jednak nie należy nie atakować).

Wiele postaw mizoginicznych zostało wygenerowane zjawiskiem menstruacji. Gilmore dowodząc powszechności obrzydzenia, jakie krwawienie miesięczne budziło i budzi, podaje, iż dla współczesnych uczniów w USA menstruacja jest odbierana jako coś wstrętnego. Znakomity dowód! Ciekawe, czy ankietowani uczniowie z USA uznaliby wymiotowanie czy defekację za urocze i fajniusie… Bardzo nie lubię takiego „argumentowania”, ponieważ jest jak reflektor punktowy wydobywający z mroku tylko to, co autorowi do koncepcji pasuje. Odwołuje się np. do ostrej mizoginii późnoantycznej i wczesnośredniowiecznej teologii chrześcijańskiej. Nazywa Tertuliana czy Waltera Mapa (by wymienić kogoś i wcześniejszego, i późniejszego) „najwyraźniej niezrównoważonymi myślicielami” (s. 126), skoro tak dobitnie określali kobiety grzesznymi deprawatorkami i gorąco opowiadali się za antyprorekreacyjnym (a raczej apokreacyjnym) celibatem. Daleko mi do obrony teologii chrześcijańskiej, jednak Gilmore widzi w takich opiniach prolog do „wyniszczenia demograficznego”, a w dalszej konsekwencji, do „ostatecznego zaniku gatunku”. Dodaje doprawdy dowcipną uwagę, że w myśl takich teorii wytępienie także i mężczyzn nie byłoby wysokim kosztem (powszechnego wstrzymywania się od bram piekieł, którym na imię kobieta – dopowiedzenie parafrazujące opis z s. 125).

Gilmore nie rozumie lub celowo przemilcza kontekst religijny (dążenie do bezgrzeszności, zbawienia) i właśnie demograficzny (to były czasy podejść kompletnie inaczej patrzących na przyrost lub ubytek ludności; myślenie o wzroście demograficznym jako źródle przewagi militarnej i ekonomicznej jest charakterystyczne dla ideologii nowożytnych państw narodowych, zaś sama koncepcja populacji pochodzi – jak czytamy w Historii seksualności Foucaulta – z połowy XVIII w.). O religioznawczych kompetencjach autora najdobitniej świadczy pomylenie buddyzmu z shintō (s. 286).

Zanim zacznę czepiać się antropologii, dziedziny, w której Gilmore jest formalnie wyspecjalizowany, wskażę jeszcze rozmaite irytujące drobiazgi, kompromitujące książkę.

Autor zdaje się specyficznie rozumieć potoczne słowo współczesność. Zabytki andaluzyjskiego folkloru uważa za przekonania „dochodzące do głosu we współczesnej Hiszpanii” (s. 194). Czasoprzestrzeń osobliwie się dla niego zakrzywia. Kres epoki wiktoriańskiej wyznacza on na rok 1950 (s. 282), zresztą w innym miejscu powołując do istnienia niesłychany byt, Europę wiktoriańską (s. 238). Anglocentryczny skrót myślowy (gdyż wolę myśleć, że to skrót) w sformułowaniu mającym, jak rozumiem, odwoływać się do szczególnego czasu prymatu purytańskiego mieszczaństwa czy rozwoju opartego na eksploatacji kolonii, czasu dającego podglebie freudyzmowi, jest o tyle rażący, że w opracowaniu, na które w tym miejscu Gilmore się zdaje, mowa o fin-de-siècle’u: wiek kończył się nie tylko w Wielkiej Brytanii, francuskie określenie jest więc szersze i bardziej uprawnione w opisie „stanu” Europy. Do samego freudyzmu jeszcze wrócę, tymczasem tu dodam, że wg autora Brahms (zm. 1897) i Freud (zm. 1937) to rówieśnicy, „ludzie tej samej epoki”. Ja skłonna byłabym twierdzić, że „pomiędzy” nimi świat się przewrócił do góry nogami…

Freudyzm jest przez Gilmore’a brany za dobrą monetę, akceptowany jako ujęcie psychologiczne. Stąd określone wnioski, np. „Wszyscy mężczyźni przechodzą przez fazę edypalną (jeśli Freud ma rację)”, warunek pojawia się w nawiasie, i sformułowany jest w czasie teraźniejszy Wszyscy przechodzą, niektórym tego konfliktu „nie udaje się zażegnać” (s. 299). Przez to, uważa autor, cała heteroseksualna część (większość) ludzkości ma „znaczne nieświadome skażenie edypalne”. Moment! Co z tymi, którzy przejdą fazę edypalną (wszyscy to wszyscy), a potem zostają, okazują się gejami? Będą mizoginami niezależnie od „zażegnania”? Czy dokładnie odwrotnie?

Dla Gilmore’a mizoginia jest obsesją, paranoją, fobią, „wraz z przemieszczeniami somatycznymi i lękami” (s. 192). Strach przed kobiecością paraliżuje pod względem etycznym, daje wrażenia samozatraty. Jest to „oderwany od rzeczywistości lęk”, który motywuje antykobiece reakcje. Co w tym osobliwego? Autor kompletnie nie uwzględnia możliwej złej woli mizoginów, np. wyrachowania polityków.

Myli też rozmaite zjawiska, i nie zauważa ich wariantów. Np. unikanie stosunków seksualnych jest dla niego tym samym, co uchylanie się od prokreacji (s. 128), tymczasem to pierwsze jest tylko jednym, i to nie najpopularniejszym, sposobem na to drugie (inne sposoby to wszelka antykoncepcja, aborcja oraz dzieciobójstwo – choć tu prokreacja zaistniała jako taka, przekreśla się konieczność wieloletniej pracy wychowawczej, o sferze finansowej nie wspomnę). Skoro o tym mowa, we fragmentach poświęconych proporcji płci w danej populacji (s. 233), Gilmore utrzymuje, że przewaga liczebna dorosłych kobiet nad dorosłymi mężczyznami wzmaga w społeczności mizoginię, i vice versa, „niedostatek kobiet” to zarazem kobiet poważanie. Trudno się z tym zgodzić w obliczu strasznych danych o dziewczynkobójstwie praktykowanym nawet we współczesności (często mającym formę „późnej” aborcji płodów żeńskich – wiadomo, że nim badanie USG pozwoli na identyfikację płci, ciąża robi się zaawansowana).

Gilmore chce robić wrażenie, że zajął się całym światem i pełną historyczną osią czasu. Tymczasem – cóż, nie mogłam tego nie zauważyć – nie znajduje ani jednego zdania o Słowianach… Gdzieś tam po przecinku wymienia Jugosławię (w książce z de facto XXI w. – a wtedy kończył się proces rozpadu Jugosławii), gdzieś tam wyrokuje, że w Europie Wschodniej dominuje nacjonalizm (s. 242). O Skandynawii z kolei wie to, co mu się kojarzy z nordycką wzniosłością (wrażenie o której najwyraźniej wyrobił sobie na podstawie dzieł Ryszarda Wagnera i jemu podobnych); o współcześnie realizowanej w Europie północnej polityce prorodzinnej ani się nie zająknie.

O polityce mówiąc, Gilmore daje wyraz brakowi wyobraźni. Za niejakim Tinderem opisuje „konserwatyzm patriarchalny” jako coś innego od nienawistnej, obsesyjnej mizoginii. Ów „konserwatyzm patriarchalny” polega na uznaniu, że kobiety i mężczyźni „ogromnie się różnią (…) chociaż żadna z płci nie jest lepsza” (s. 203). Zaraz zaraz, coś tu nie gra, ale czytajmy dalej. Patriarchalnie konserwatywni feminiści „przyjmują nawet, że kobiety i mężczyzn należy w świetle prawa traktować inaczej” (takoż s. 203). Wydawało mi się, że to pogląd feminizmu różnicy. A osobiście uważam, że oczywiście, trzeba traktować inaczej (np. niezmuszanie do wysiłku fizycznego kobiet w ciąży, parytety wyborcze, kwestie zatrudnienia po porodzie – tak, te dwie ostatnie rzeczy powinny być rozwiązane czasowo, póki nie nastąpi „dobrowolna” regulacja np. w zakresie urlopów macierzyńskich i ojcowskich), przy czym nie musi to mieć ani formy „trzy razy K”, ani patrzenia na mężczyzn jak na jaskiniowców – przydałoby się minimum genderowej wrażliwości i zrozumienia tego, że nie dla wszystkich podmiotów prawa dobre jest to samo.

Spójrzmy na inne nieuprawnione określenia i konstatacje… Za pracą Garber (o której tłumacz niekiedy pisze w rodzaju męskim) Gilmore podaje, że w praktykach transwestytyzmu „przebieranka męsko–damska występuje o wiele częściej, niż jej odmiana damsko–męska” (s. 263). Ciekawam, jak to policzono, niemniej uważam, że raczej panowie przebierający się z różnych (nietransseksualnych) powodów w ubrania kobiece są lepiej widoczni i bardziej karnawałowi. Kulturową dobrowolną „autodegradacją” dają dowód odwagi – że facet musi mieć jaja, by sobie pozwalać na małe choćby przejście na stronę gorszej płci – najbardziej znany jest chyba casus Piotra Pacewicza w sukience na warszawskiej paradzie równości (oberwało mu się od sporej części środowisk LGBT w Polsce), ale nie tylko. Tymczasem kobieta w stroju męskim częściej się podszywała, kryła, np. ze względu na prawo, ale mając na celu swobodę podróży, itp. Nierejestrowalne i niepoliczalne są przypadki „successful passing”. Inny osobliwy pomysł: Karen Horney (1885–1952) nazwana jest… protofeministką (s. 210): Gilmore pomylił się z tym określeniem o sto lat.

Zajrzyjmy do partii poświęconych teoriom psychologicznym. Bioneurologia dowiodła, że rozwijający się organizm ludzki wpierw jest żeński, potem działanie hormonów może wpłynąć na kształtowanie się męskiej anatomii. Pojawiły się w związku z tym koncepcje, że mizoginia to rodzaj genetycznego strachu przed totalną regresją (s. 225). Oczywiście opowiadając się za tym pomysłem Gilmore strzela sobie w stopę, ponieważ generalnie dąży do udowodnienia uniwersalności uprzedzeń i lęków antykobiecych. Nie byłby to wszak pomysł wyjaśniający mizoginię w epokach poprzedzających odkrycia dotyczącego chromosomów! Ale… czy ta bioneurowiedza jest dziś powszechnie znana? Nie sądzę. Zatem może autorowi chodzi o to, że niezależnie od tego, co potrafimy jako lepiej lub gorzej wykształcone osoby powiedzieć o ontogenezie, atawistyczne obawy działają? Oj, to już science–fiction!

Gilmore to – przypomnijmy – antropolog. Współczesna antropologia ma dla siebie trzy drogi:
- skupienia się wyłącznie na swej metodologii, metateorii;
- niegdysiejszego zamorskiego Innego zastąpienia Innym w nas lub Innym w naszym „domu”;
- popadania w anachroniczne entoopisy, dowodzące tego, co jest przedmiotem dociekań. Tu sytuuje się Gilmore!

Niemal od początku (np. s. 34) przyjmuje implicytnie zdyskwalifikowane w jego dyscyplinie eurocentryczne założenie: lokalne, wyspiarskie, plemienne formacje kulturowe, do pewnego czasu funkcjonujące niezależnie od Zachodu (w którym działa się Historia i zachodził Postęp), były niezmienne w czasie, tkwiły w neolicie czy „epoce kamienia” (s. 61)… Oczywiście z powodu braku porównywalnego z okcydentalnym dziejopisarstwa – czy zauważalnej dla kolonizatorów ekspansji. Gilmore daje wyraz kompromitującej arogancji i szowinizmowi kulturowemu, gdy pisze choćby o „plemionach odkrytych w latach trzydziestych i czterdziestych” (s. 232). Odkrycie! Nalot arogantów z notatnikami! Nie ma mowy o spotkaniu; relacja jest z definicji niesymetryczna. Gilmore’owi to podejście nie wadzi. Podsumowuje generalnymi kwantyfikatorami „prawdziwy charakter” rozmaitych grup etnicznych, np. „łagodni Tahitańczycy” (s.71), Semaiom „nieznana jest złość” (s.70), !Kung San to „łagodny lud” (s.69); nepalscy Yurokowie to „łagodni ludzie”, którzy „nie wojują i gremialnie kultywują życie bez przemocy” (s. 235) …a jednak są mizoginami.

Autor upiera się, by penetrować abstrakcyjne odmęty historii kultury (abstrakcyjne o tyle, że były i są w wielkiej mierze efektem naukowych fikcji, perpetuum mobile potwierdzającym wszystko, co pasuje do paradygmatu oraz tezy). Nie interesuje go ani trochę np. wpływ mediatyzacji na zmiany stosunków genderowych. Ponadto wyodrębnia dwa obszary dla mizoginii:

1) czysto fizyczny, cielesny (np. upiera się przy istotności strachu przed krwią menstruacyjną – choćby s. 187 – ignorując abiektalność wszelkich wydzielin… brzydzimy się rozmaitych „niehigieniczności”: potu, moczu, kału, plwocin, tego, co traci integralności z naszym ciałem. Ostatecznie nordyckim koszmarem był statek z paznokci, a włosów, które komuś wypadły, można użyć sporządzając laleczkę voo doo) oraz

2) intelektualno–etyczną mizoginię obecną głównie w religiach. W owym drugim polu nie znajduje miejsca dla nowożytnej nauki ochoczo podchwytującej myśl wrogą kobietom i znajdującej niewątpliwe dowody na wyższość mężczyzn. Wspomniałam o teorii bazującej na specyfice ontogenezy, wedle której to teorii mężczyzna boi się, że grozi mu cofnięcie się do płodowego stanu kobiecości. Gilmore nie wie lub nie uznaje za ważne dwóch rzeczy. Po pierwsze, przez długie wieki uważano, że gdy rodziła się dziewczyna, była „niedokończonym” chłopcem, osobą o nieukończonym rozwoju. Wyższe i lepsze jest bowiem to, co dalej wyewoluowało, odeszło dalej od natury ku cywilizacji. Drugie przekonanie z przeszłości: kobieta to odwrotność mężczyzny. Te organy, które ona na ma zewnątrz, ona ma we wnętrzu. Gorliwie dokumentowano przypadki, gdy przy wielkim wysiłku, np. w biegu, dziewczynce wypadały ze środka męskie genitalia, i oto od tej pory to był chłopiec. Gilmore z upodobaniem przytacza przypadki, kiedy kobiety straszą mężczyzn (lub im grożą) pokazując waginy (s. 62). Autor przemilcza obnażanie przynoszące dla odmiany dobro (jak np. podczas uwieńczonych powodzeniem starań, by wywabić z jaskini Amaterasu, shintoistyczną boginię słońca, która się ukryła, znieważona przez lekkomyślnego brata–rozrabiakę).

Gilmore odwołuje się do męskich praktyk „oszczędzania się” (s. 54–55): utrata spermy podczas stosunków miała być niezwykle osłabiająca. Nie można jednak tego rozważać jako przejaw mizoginii, albowiem w historii (i współczesnym nauczaniu Kościoła kat.) za grzech lub innego rodzaju zło uważano utratę spermy na drodze samozaspokojenia. Tym razem nitka prowadząca od elementu poprzedniej uwagi do kolejnej każe zwrócić znów uwagę na religię. Gilmore pisze o nagonce na kobiety uchylające się od wypełnienia boskiego nakazu prokreacji (np. poprzez antykoncepcję) i pomstowaniu, że przez odrzucenie macierzyństwa ludzkość skazana jest na wyginięcie. „Identyczny strach przed wyginięciem z powodu nihilizmu kobiet zauważa się obecnie w Stanach Zjednoczonych u fanatycznych przeciwników aborcji” (s. 200). Odwrotnie – fanatycy nazywają siebie obrońcami życia (poczętego), argumentem jest tu przykazanie piąte. Przecież gdy nastanie koniec ludzkości, nastąpi też paruzja. Wg zacytowanej tu wypowiedzi, jestem nihilistką. Nie ma w tym zdaniu sugestii, że naśladuje retorykę tych radykalnych grup (np. zabijających ginekologów przeprowadzających aborcje). Odwrotnie: Gilmore za jednym zamachem obraża „fanatyków” i „nihilistki” niematki.

Opisując arogancję antropologa nie wspomniałam o jeszcze jednym „kwiatku”: sformułowaniu „nieskażone przez cywilizację rytuały” (dot. to Gahuka–Gama, s. 249). Metoda Gilmore’a ujawnia się też w deklaracji poprzedzającej deskrypcję pewnego kultu typowego dla wspomnianej grupy etnicznej: „W niniejszym opisie posłużę się czasem teraźniejszym, mimo, że te rytuały już zanikły” (s. 249). Dlaczego zatem teraźniejszym? – pytanie retoryczne. W celu perswazyjnym, to jasne.

Gilmore poświęca sporą część książki na rozważania nad praktykami performatywnie gloryfikującymi kobiece atrybuty i możliwości. Proponuje nazywać to ginefilią: „to typ męskie nerwicy: jej źródłem (…) są nierozwiązane konflikty; ma objawy zarówno cielesne, jak i duchowe, a towarzyszą jej powtarzalne rytuały i pomysłowa tradycja ludowa” (s. 248)… zupełnie jak w przypadku mizoginii. Oba te bieguny są niedobre, źle świadczą o mężczyznach. Etnograficznymi przykładami ginefilii jest np. naśladownictwo ciąży, porodu, i połogu, oraz menstruacji. To ostatnie – przez różne sposoby uważanego za oczyszczające upuszczanie krwi. Gilmore pisze o Melanezyjczykach, którzy „pomimo swoich lęków przed skażeniem »stają się« – w trakcie osobliwego rytuału naśladowania tego biologicznego zdarzenia, które wywołuje lęk (…) – miesiączkującymi kobietami” (s. 249). Ciekawe, co powiedzieliby chrześcijanie z Ziemi, gdyby kosmici–antropolodzy zinterpretowali transsubstancjację podczas katolickiej mszy jako naśladownictwo czegoś obrzydliwego!

Gilmore uważa, że wyjątkowo niewiele do jego rozważań wzniosłyby teorie marksowskie czy historyczno–materialistyczne. Nie wyjaśniają one (mimo zauważenia stosunków wyższości/niższości w społeczeństwach) obecności w mizoginii pierwiastków magicznych czy pojęć nieczystości, skażenia, zarazy (s. 244). Marksiści, ironizuje Gilmore, nie mogą utrzymywać, że istnieje coś takiego, jak „histeryczne oskarżanie biednych o magiczne zarażanie bogatych” (s. 244) albo że „robotnicy (…) mają straszliwe narządy płciowe” (s. 245). Ależ owszem! Przede wszystkim nie chodzi tu o taką drobiazgowość, a o problem dehumanizacji „innego”, „niższego”, podrzędnego. Poza tym istniała stara antyrobotnicza, antysocjalistyczna retoryka strasząca ciałem robotnika jako potwornym.

Gdy Gilmore opowiada o specyfice zabiegów upuszczania krwi, widzi w tym wyłącznie „neolityczną”, nieskażoną cywilizacją formę rytualną, i pomija milczeniem wieki historii zachodniej medycyny, obowiązywania koncepcji czterech humorów (upuszczanie krwi sangwinikowi jako sposób zyskania równowagi humoralnej).

W całej książce Gilmore nie wskazuje na „pakiet”, w którym prawdziwy mężczyzna definiuje się jako ten, który nie jest

1) dzieckiem,
2) kobietą,
3) homoseksualistą.

Przestarzałe? Adekwatne do koncepcji książki! Nie chodzi mi o detale, które się istotnie pojawiają (np. ortodoksyjny Żyd w modlitwie dziękuje Bogu, że nie stworzył go kobietą), ale o zespół przekazów umacniających męską dominację społeczną i definiujących jasno jednostki podrzędne… Gdy więc Gilmore pisze o „tradycyjnych wyobrażeniach o tym, co »męskie« oraz »hegemonistycznej« męskości”, i dodaje: „cokolwiek by to mogło znaczyć” (s. 235), tępe ostrze jego wątpliwej ironii chybi, albowiem w najprostszym sensie (tj. w obrębie danej grupy czy formacji kulturowej) hegemoniczna (SIC!) męskość znaczy właśnie to trojakie odcięcie. Oczywiście można poszerzyć spojrzenie na sferę międzykulturową, ale w tym miejscu nie jest to już nasz problem.

Koniec końców choć Gilmore chciałby być awangardą męskości, której udało się pokonać mizoginię (czy też wyleczyć z niej), okazuje się tylko anachronicznym malkontentem, bo nie ma już utopii, o jakiej antropolodzy jego pokroju marzyli. A w ogóle to starsi powinni pouczać i uczulać młodych, a kobiety jednoczyć się z mężczyznami, po czym następuje ostatnie zdanie: „I tą dwuznaczną uwagą kończymy” (s. 310) – doprawdy, jak u wujaszka lubującego się w marnych żenujących żarcikach z podtekstem erotycznym, i o chamskiej wymowie. Mam antyesencjonalistyczne przekonania, a w niniejszym omówieniu moje komentarze mają ostry, wojowniczy charakter feministyczny. Jednak tutaj zachodzi przypadek szczególnego rodzaju upupienia. Autor wie lepiej. Żadna feministyczna analiza pojęcia mizoginii nie była tak dalekosiężna, jak jego projekt, w apodyktycznym tomie łączący elementy etnologii i psychologii, w przeterminowanych ujęciach ich obu. Mnóstwo u Gilmore’a słów o społeczeństwach i społecznościach, jednak ani odrobiny socjologicznej rozwagi. Rozdziały i podrozdziały wedle jego intencji poświęcone odrębnym obszarom badawczym, mieszają się, przykłady z innych rejestrów – innych, niż sugeruje nagłówek lub śródtytuł – wyskakują w przeróżnych miejscach, całość jest bardziej chaotyczna, niż moje opisy! Kompletną porażką jest partia niby poświęcona literaturze. To kilka nazwisk „bardzo” historycznych, dość soczyste cytaty, wielkie pytanie, czy Szekspir był mizoginem (swoja drogą w całej książce używana jest forma „mizoginista”, sama w sobie niebłędna, jednak będąca ewidentną kalką z angielskiego, gdzie odnośne słowo kończy się na „– ist”), oraz bezradne podsumowanie: nie sposób dociec, czy narracja prozatorska, poetycka bądź dramaturgiczna odzwierciedla osobisty pogląd autora, czy stanowi element kreacji postaci. To dylemat na poziomie gimnazjalnym.

Uderzające i zasmucające jest pominięcie oczywistości: w całej kwestii chodzi o stosunki międzyludzkie w sytuacjach, kiedy dzieje się krzywda, kiedy się rani, dręczy fizycznie lub psychicznie, kiedy się odbiera życiowe szanse. Soczewka Gilmore’a była zogniskowana na czymś innym: koniecznie (jak deklaruje we wstępie) chciał udowodnić, ze mylą się feministki i marksiści upatrujący mizoginicznych postaw w specyfice systemu kapitalistycznego. Stąd, wedle autora, cały ten (przerdzewiały) etnograficzny arsenał: przeciw „upolitycznieniu” (s. 9). Takie konstatacje dowodzą, że Gilmore jest na bakier ze współczesnością jako taką, oraz z obecnym kształtem badań kulturowych i metodologii antropologii. Książka była anachroniczna (i marna, nieprzekonująca, wybiórcza, rojąca się od błędów) chyba w momencie jej złożenia. Skąd pęd, by to od razu przekładać na polski? Przemyt konserwatyzmu pod płaszczykiem otwartości? Retoryka jak w polskiej polityce: padam do nóżek pięknym i niewinnie krzywdzonym paniom, ale te lewackie feministki to należy wystrzelać. Metaforycznie? Z akademickiej spluwy.

Parę cierpkich słów należy się też redakcji z Wydawnictwa Literackiego. Tłumaczem Mizoginii był Janusz Margański, doświadczony na polu naukowym: ma na koncie przekłady Prousta, Ricoeura, Baudrillarda, Derridy, Lévinasa… a by nie wymieniać tylko Francuzów, dorzućmy Rorty’ego i Žižka. W przekładzie Gilmore’a nieprawdopodobnie rażą jednak niestaranność i błędy interpunkcyjne. Obowiązkiem translatora jest odnieść się do wydań już przetłumaczonych, Margański robi to tylko sporadycznie, jakby nie zauważył, że po polsku jest dostępna, np. Ortner… lecz także Malinowski!

- s. 58, 128 i in.: „krytyk feministka” zamiast – krytyczka feministyczna;
- s.143: dalecy ojciec czy bracia – jak w opisie pokrewieństwa można zaliczać ojców lub braci do dalekiej rodziny?
- „mikwah” zamiast – mykwa
- s. 176: imię Greta przełożone za Gilmore’m jako Meg (zamiast po polsku, powiedzmy – Gośka);
- s. 104: źle tłumacząc Margański pisze, że Walkiria to I część tetralogii Wagnera, podczas gdy jest drugą, a autorowi chodziło o pierwszy akt Walkirii, której „numeru” w tetralogii nie podał (pierwsze jest Złoto Renu)
– s. 148: pewni mężczyźni „siekali żony”. Siekli, panie tłumaczu, Sieka się cebulę, ludzi się siecze, choć lepiej tego unikać;
- s. 206 i in.: cytaty z Gelber ujęte są tak, że przy braku jej imienia tłumacz pisze o autorce w rodzaju męskim (choć wiemy np. z bibliografii, że to kobieta).

Poza tym czytanie bardzo zakłóca fakt, iż przypisy końcowe wykonane są systemem harwardzkim, przez co odnoszą do bibliografii. Czy o tym zakłóceniu w ogóle warto się przekonywać? Nie. Gilmore to lektura nie tylko nieobowiązkowa, ale też szkodliwa.

Paulina Szkludlarek

David D. Gilmore, Mizoginia, czyli męska choroba, przeł. Janusz Margański, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003. Wszystkie cytaty i odniesienia pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 16 kwietnia, 2012 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Elżbieta Czykwin, „Stygmat społeczny”, cz. 1

Dla osób zajmujących się naukami humanistycznymi i społecznymi (z odchyleniem w kierunku studiów kulturowych) problematyka emancypacji i demarginalizacji umożliwiających współuczestnictwo w życiu społecznym i pełnię praw obywatelskich zajmuje miejsce poczesne. Kibicuję temu trendowi i na moją niewielką skalę angażuję się weń, co wiąże się także ze śledzeniem publikacji tematycznych. Dają się zauważyć dwa bieguny, pomiędzy którymi budowane są coraz mocniejsze mosty – teoria akademicka i aktywizm. Książka, której chcę się dzisiaj przyjrzeć, sadowi się po stronie teorii, jednak jest jej niezamierzoną parodią, dowodem kompletnego niezrozumienia podjętej problematyki. Pewnego rodzaju impulsem do niniejszego omówienia był artykuł Błażeja Warkockiego i Tomasza Basiuka Odpadki energii, czyli o nieudanym wyparciu politycznego przez Joannę Tokarską-Bakir („Krytyka Polityczna”, nr 16/17, 2009), demaskujący homofobiczną wymowę wstępu, jakim Tokarska-Bakir poprzedziła polską edycję Czystości i zmazy Mary Douglas (przeł. Marta Bucholc, PIW, Warszawa 2007).

Elżbieta Czykwin kieruje obecnie Zakładem Pedagogiki i Kulturoznawstwa Wyższej Szkoły Administracji Publicznej w Białymstoku, a w 2007 roku nakładem szacownego Wydawnictwa Naukowego PWN opublikowała pracę Stygmat społeczny.

Książka obywa się bez podtytułu, co dość zaskakuje. Sugeruje jednak ambicję, by kwestią zająć się wieloaspektowo, a znajduje to potwierdzenie w rozdziale ostatnim, Stygmatyzacja jako ponaddyscyplinarna perspektywa badań. Nim jednak do niego dotrzemy, trzeba powiedzieć, że przyjęta w opracowaniu optyka uprzywilejowuje ujęcie zaproponowane pół już wieku temu przez Ervinga Goffmana w książce Stigma. Notes on the Management of Spoiled Identity (1963). Polska edycja, Piętno. Rozważania o zranionej tożsamości, pojawiła się w 2005 roku (przeł. Aleksandra Dzierżyńska, Joanna Tokarska-Bakir, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne). Co zrozumiałe ze względu na długość cyklu wydawniczego, Czykwin się nią nie posługuje, co jednak bardziej zastanawiające – w żadnym momencie nie odwołuje się też do wyeksponowanego w bibliografii anglojęzycznego oryginału (wszystkie cytaty, o odniesieniach nie wspominając, podawane są z drugiej ręki). W połączeniu z faktem, iż w stopce książki Czykwin brakuje wzmianki o recenzentach, zaufanie do rzetelności merytorycznej Stygmatu społecznego zostaje zachwiane jeszcze przed podjęciem lektury. Niestety, w jej trakcie jest jeszcze gorzej.

Skoro jednak Stygmat społeczny znajduje koncepcyjne oparcie u Goffmana, przypomnijmy, iż zdefiniował on piętnowanie jako proces, na drodze którego normalna tożsamość jednostki jest niszczona przez reakcję innych osób na ową jednostkę. W konsekwencji tego do mgławicy terminów pokrewnych stygmatowi (piętnu) włączone są: stereotyp, dewiacja, uprzedzenia (antysemityzm, rasizm, homofobia, etc.), wykluczenie, marginalizacja. Ja dodałabym tu też przemoc.

Autorka wspomina próby kwalifikacji dewiacji jako przypisanych lub osiągniętych, i wyrokuje, iż kryterium podziału „nasuwa wątpliwości”. Tu przykładem dewiacji osiągniętej jest prostytucja, homoseksualizm zaś sprawia kłopoty: to niewątpliwie dewiacja, ale nie da się orzec: przypisana czy osiągnięta, z uwagi na jego nieustaloną genezę (s. 32). Zaś stygmatyzacja w przypadku dewiantów jest „konieczna i oczywista” (s. 33). Po cóż zatem zadawać następujące pytanie: „Pozostaje jednak kwestia podstawowa: czy jeśli wszelkie przejawy dyskryminacji zostaną wyeliminowane, to zapanuje równość płci?” (s. 261).

Niebywale razi sentencjonalność i potoczny charakter sformułowań obnażających światopogląd, który Umberto Eco nazwał niegdyś „katastroficznym”. Czykwin ubolewa choćby: „Większość telewizyjnych seriali ukazuje jedynie powierzchniową stronę życia” (s. 385). Gdzie indziej objawia nam, iż podrasowane cyfrowo wizerunki modelek czy celebrytek burzą właściwy ogląd świata: „Niczego nieświadomy widz przyjmuje zdjęcia jako dowody istnienia ciał idealnie pięknych” (s. 345). Zaiste, rzadko kto widuje postaci ludzkie poza billboardami czy bez ekranowego pośrednictwa, powszechna nieświadomość wpędza każdego w „silne poczucie negatywnej nieadekwatności” (s. 344). Na tej samej zasadzie sierota z domu dziecka „nie wie, co to znaczy być ojcem dla swojego syna” (s. 160). Internet, prasa, filmy, spotkania ze znajomymi najwyraźniej nie są w stanie dać żadnego pojęcia o ojcostwie, a już na pewno nie tak cennego, jak bezpośrednie wzorce czerpane z życia w tzw. pełnych rodzinach.

Skoro zaś ubolewamy wraz z Czykwin nad współczesnym upadkiem wartości, warto przeczytać, jak skomentowany został film dokumentalny (paradokumentalny?) Mama Masza Michała Bukojemskiego (Polska, 2002, krótki opis tu ). Lesbijka, niemonogamistka, rosyjska Żydówka, emigrantka, matka adopcyjna, matka biologiczna dziecka spłodzonego dzięki pomocy dawcy spermy… „Czy takie spiętrzenie nietypowych zdarzeń życia nie jest też sprokurowane na potrzeby mediów? Tak właśnie sądzę. Potrzeba medialnego rozgłosu, popularności, jest współcześnie praktycznie jedyną drogą zaistnienia” (s. 359). Biografia Maszy Gessen nie mieści się Czykwin w głowie, dlatego sprowadza wybory życiowe kobiety do przemożnej chęci zaistnienia w mediach. Przekreśla też możliwość, iż Masza Gessen postępowała zgodnie ze swą wolą: nietypowe wydarzenia się spiętrzyły, bo tak chciał los bądź wspomagający mającą niebywałe parcie na szkło bohaterkę medialni demiurgowie.

Cóż, wszak ujawnianie czyichś technik seksualnych (czyli: „jak inni to robią”), osobliwie sekretów współżycia nie(hetero)normatywnego tak fascynuje: „Ikony lesbijek, gejów, transseksualistów, transwestytów, seksoholików etc. zawsze mogą liczyć na sporą widownię” (s. 362). Dlaczego jednak „ikony”? Przy okazji popularny przed kilku laty rosyjski duet Tatu to dla Czykwin „przykład inkorporacji problemu lesbijskich skłonności przez kulturę komercji” (s. 352). Oj, tak tak, o tempora…!

Niegdyś dla porządku społecznego niezwykle ważny był podział dzieci na legitymizowane i bękarty. Nieślubne pochodzenie mogło się kłaść cieniem na całej egzystencji. Zwykle jednak poza miejscem pochodzenia nie dało się tak łatwo określić, czy dana osoba została poczęta w małżeńskim łożu przez parę połączoną prawnie obowiązującą przysięgą. Zacytujmy Stygmat społeczny: „Jeśli zadasz sobie pytanie, Czytelniku: czy związałbyś swoje życie z osobą poczętą in vitro…” (s. 159). Ja zadam inne pytania. A po czym to poznać? A co to za różnica? A może należy spytać Czytelnika, czy związałby się z osobą urodzoną przez cesarskie cięcie? Uwypuklam absurdalność, by tym silniej ukazać, jak taka retoryka w opracowaniu mającym być uznane za naukowe co najmniej zdumiewa. Podobnie fragmenty, w których autorka określa „ogólne wrażenie (…) po lekturze” tygodnika „Nie” (s. 371). Tu czai się sugestia, że jej wrażenie jest po prostu słuszne i adekwatne, a jako takie musi być podzielane jeśli nie przez Wszystkich, to chociaż przez odbiorców Stygmatu społecznego.

Klątwą ogólnodostępnych programów edytorskich jest pokusa przestawiania partii tekstu. Stygmat społeczny nie jest jedyną książką naukową, której uważna lektura ujawnia nadużywanie komend „kopiuj / wklej”, jednak dla uniknięcia gołosłowności wskażę, iż Czykwin dwukrotnie wyjaśnia Bourdieu’ańską koncepcję doksy, ortodoksy i heterodoksy (s. 133 i 335) oraz – by przy tym samym nazwisku pozostać – dwa razy definiuje Bourdieu’ański habitus (s. 131 i 334).

Autorka zbyt często luźno podchodzi do podawanych przez siebie danych. Na przykład strona 423: liczby ofiar procesów o czary w różnych europejskich krajach rzucone są bez odwołania bibliograficznego czy jakiegokolwiek uściślenia, a przecież szacunki dotyczące owych liczb są przedmiotem wieloletnich sporów o dociekań co najmniej od połowy XIX wieku, kiedy Jules Michelet napisał Czarownicę, i nie, historycy ani etnolodzy nie osiągnęli konsensusu. Inny przykład podobnej nierzetelności: „Zdaniem homoseksualistów orientacja ta jest wrodzona, choć nie genetyczna” (s. 311) – brak odwołania, brak odnośnika. Pewnie umknęło mi, że homoseksualiści ustalili swoje wspólne stanowisko na walnym zgromadzeniu wszechświatowego kongresu homoseksualistów. Na stronie 158 znajdujemy natomiast anegdotę o politykach-hipokrytach z gejowskiego miesięcznika „Zero”. Z hiszpańskiego miesięcznika „Zero”, z cytatem wypowiedzi redaktora tego pisma – i przy znów braku odwołania. Jeśli redaktor-gej nie zasługuje na rzetelność autorki, tym bardziej nie zasługuje Adolf Hitler. Akapity o stosunku nazistowskich przywódców do homoseksualności mogą tylko przy maximum dobrej woli uznane za luźno oznaczone przez Czykwin jako ustalenia Christiana Adolfa Isermeyera (Czykwin pomija jego drugie imię, ja zaś je dopisuję – jakimś dziwnym trafem mnie ono się również nie podoba, ale Isermeyer sam go sobie nie nadał), nieobecnego w bibliografii.

W licznych przypadkach przykłady podawane przez Czykwin są dyskusyjne, w niektórych innych – zupełnie chybione i nieadekwatne. Wbrew woli autorki przywołane na s. 416 wypowiedzi polityków, (nieparlamentarne obelgi wobec oponentów) nie są przykładami stygmatyzacji. Podobnie opis sytuacji matki trójki dzieci, która „bardzo przybrała na wadze” (i długo przebywając w domu, nie zdawała sobie z tego sprawy), mający być egzemplifikacją życia w enklawie (s. 303), mija się z rozumieniem tego ostatniego pojęcia. Opisywana kobieta nie mieszka w dobrowolnym getcie osób otyłych, a w domu, do którego co dnia po pracy wraca jej mąż (i ojciec dzieci). O posturze mężczyzny niczego się nie dowiadujemy.

Kolejną kategorią są błędy słowne, w dużej mierze zawinione przez brak czujności redakcyjnej. Należą do nich powtórzenia niejako bezpośrednie, np. podwójne „osoby zaangażowane” (s. 217), ale też powielanie wyrazów o tym samym rdzeniu: “Odkrycie bliskości z najbliższymi” (s. 183) , “Istnieje istotny” (s. 124), i in. Idąc dalej, na s. 181 mamy „skłonności perfekcyjne” zamiast: perfekcjonistyczne, na s. 218 – „wypadek motoryzacyjny”, choć kolokacja kazałaby powiedzieć: drogowy. Czykwin nie wie również, iż osoby transseksualne nie poddają się ani operacji zmiany płci, ani konwersji (s. 233), a tranzycji. Międzynarodowa komercja (s. 424) jako ewidentny anglicyzm powinna być zastąpiona po prostu handlem. Podczas wyliczenia warunków Goffmanowskiej interakcji na s. 110 Czykwin pisze, jakoby „dostępność” (rzeczownik) byłaby polskim odpowiednikiem „accessible” (przymiotnik). Warto najwyraźniej posługiwać się (prostym) angielskim. To tak mądrze brzmi. Na stronach 127–128 autorka powtarza określenia: self-esteem i face to face, które jak wiadomo nie mają żadnych satysfakcjonujących ekwiwalentów w języku polskim.

Na s. 138 znajdujemy ciekawostkę – wizualne telefony komórkowe, których upowszechnienie zapowiada autorka.

Parokrotnie obnaża ona swoją uległość wobec stereotypu spojrzenia na marsze tolerancji jako na czas demonstracyjnej manifestacji seksualności gejów (s. 157), co przybiera „nieraz ostentacyjny i prowokujący wyraz”. Jednak do błędnego użycia konkretnego określenia dochodzi, gdy uparcie (np. s. 157, 211, 301 i 319) nazywa marsze i manifestacje typu gay pride – nieważne, czy mają one istotnie charakter parad – mianem Love Parade. Otóż Love Parade jest wyłączną nazwą organizowanej przez ok. 20 lat w Berlinie (1989-2010, zatem także wtedy, gdy książka Czykwin powstawała i została opublikowana) ulicznej imprezy tanecznej. Kolejna osobliwość: „Miarą wzrostu znaczenia wyglądu, który stał się obowiązkiem nie tylko kobiet, ale i mężczyzn” jest coraz wyższa sprzedaż męskich kosmetyków (s. 139). Nie: zadbany wygląd, nie: atrakcyjny wygląd. Wygląd stał się obowiązkiem. Niefortunnym sformułowaniem niewątpliwie jest: „Kobiety stojące u progu wdowieństwa” (s. 424) – to takie z małżonkami na łożach śmierci? A może planujące mężobójstwo? Kolokwializmem razi też: „Społeczna akceptacja wiejskich głupków” (s. 171), staroświecczyzną zaś „lekkie prowadzenie” (s. 143).

Część 2 i notki bibliograficzne tu.

Data wpisu: 7 lutego, 2012 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Elżbieta Czykwin, „Stygmat społeczny”, cz. 2

Część 1 tu.

Dominującym tonem w – nigdy nie dość przypominania – w książce pretendującej do ujęcia akademickiego (sine ira et studio) jest najczystszej wody homofobia. Nieheteronormatywność to dla autorki nienaturalna seksualność (s. 424) Na stronach 113-114 omawia działalność kontrowersyjnej katolickiej grupy Odwaga działającej w Lublinie i dążącej do „reperacji” osób o niezgodnych z katechizmem kościoła katolickiego preferencjach psychoseksualnych. Czykwin o stosowanej tam „terapii” pisze bezkrytycznie i bezrefleksyjnie. W przywołanej tam narracji niesławnego Richarda Cohena widzi „tekst stygmatyzujący”, jednak gładko prześlizguje się do kolejnego przykładu z jakże szerokiego repertuaru. W charakterystyczny homofobiczny sposób przyjmuje, że geje mają ideologię (a nie mają? „Tremble, hetero swine!”)… choć jako przykład z owej ideologii podaje obawę przed wykryciem (s. 310). Jego konsekwencje są wszak tak straszliwe, że „homoseksualiści się żenią i opowiadają dowcipy o swoich »towarzyszach niedoli«” (s. 142). Nie, to nie pomyłka. Chodzi o zinternalizowaną bądź demonstracyjną homofobię mężczyzn (kobiety się nie „żenią”, nie w Polsce Elżbiety Czykwin) wyśmiewających przegięcie tych, których marnego losu („niedola”!) – mimo analogicznych preferencji psychoseksualnych – żonatym udało się uniknąć. Nie dziwi tedy groza sceny, w której pewien nieustraszony gej „wyznał całą prawdę rodzicom” (s. 159). To niejedyny przypadek straceńczej odwagi. Inny jej akt miał miejsce podczas wyborów mera Paryża – gej „mimo przyznania się do homoseksualnych skłonności zwyciężył w wyborach przytłaczającą ilością głosów” (s. 158). W książce pozostaje anonimowy, jednak rzecz jasna chodzi o zwycięzcę wyborów z 2001 roku, Bertranda Delanoë, który jest nadal na tym stanowisku. Może zatem wygrywa, ponieważ ma dobre program polityczny i koncepcję rozwoju miasta, a jego życie prywatne jest w tym miejscu sprawą trzeciorzędną? Dopowiem, że z uwagi na potencjał emancypacyjny sukces polityka-geja jest niezmiernie istotny, jednak Czykwin koncentrowała się na osobistej odwadze, jakiej wymaga coming out. Jak śliską sprawą jest obecność gejów (nigdy lesbijek, o osobach transseksualnych nie wspominając) w polityce dowiadujemy się od autorki w innym miejscu: „Wśród współczesnych przywódców faszystów przedstawiciele orientacji homoseksualnej mają swoją nadreprezentację” (s. 328). Przypisuje się tu gejom fetyszyzację atrybutów nazistowskich.

Nie wymaga chyba dopowiedzenia fakt, iż Czykwin postrzega homoseksualność w kategoriach esencjonalnych, na dodatek przez swą strategię retoryczną obnażając brak podstawowych kompetencji. Pisze „homoseksualizm” na wzór nazwy z niegdysiejszej klasyfikacji jednostek chorobowych, mając na myśli raczej „homoseksualność” jako zespół stałych bądź nie praktyk opartych na psychoseksualnych preferencjach. Tak, „-izm” jest piętnujący. Cóż, zawsze można sięgnąć do jeszcze bardziej archaicznego słownika. W innym miejscu czytamy, iż „pacjenci szpitali psychiatrycznych nie chcą, aby został ujawniony fakt ich sodomii” (s. 144). Sodomię, czyli – w myśl tej wizji świata – praktykowanie męsko-męskich stosunków seksualnych leczy się w szpitalach psychiatrycznych?

W rzeczywistości, w której z uwagi na pojawienie się i wdrożenie coraz skuteczniejszych metod leczenia czy przedłużania ogólnego dobrostanu osób chorych na AIDS wiele ludzi skłania się do bagatelizacji zagrożenia wirusem HIV (co oznacza, że należałoby działać ku ponownemu uczuleniu na kwestie bezpiecznego seksu), Czykwin tymi słowy kwituje starania, by uniknąć zakażenia HIV – „Całkowicie odzierają one kontakty seksualne ze spontaniczności, romantyzmu i unikalności” (s. 208). Dla autorki zresztą możliwość zakażenia to obawa „ostatnich lat” (s. 208). Otóż w Polsce badania epidemiologiczne wykrywające obecność wirusa prowadzone są od 1985 roku, kiedy obecni studenci Czykwin nie byli jeszcze w planach życiowych swoich rodziców.

Czykwin opisuje rozpowszechnianie się AIDS (jako choroby śmiertelnej) jako epidemii współgrającej z autodestrukcyjnością gejów: „Przywołanie przedwczesnej śmierci jest tu równoznaczne z uwolnieniem od mroków starości. Otwiera perspektywę życia krótkiego, ale intensywnego, bez ograniczeń związanych z obowiązkowym uczestnictwem w wyścigu szczurów, pracy zawodowej, liczenia się z innymi, na których to polach geje są na ogół i tak skazani na niepowodzenie” (s. 210). To najwyraźniej znaczy, że geje nie umieją liczyć się z innymi ludźmi i są skazani na niepowodzenie w pracy zawodowej (niezależnie od tego, czy założymy, że wyścig szczurów istotnie jest obowiązkowy). Sąd tyle bulwersujący, ile osobliwy.

Rozmaite inne stwierdzenia Czykwin również wprawiają w osłupienie, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z enumeracją i jeden z klocków zdaje się pochodzić z zupełnie innego kompletu. Na przykład na s. 224 opisuje negatywną samoocenę osób z nadwagą, które widzą swoją otyłość jako przejaw „lenistwa, opieszałości, braku kontroli, tajemniczości i chciwości” (co to znaczy w świetle przyjmowanej przez autorkę Goffmanowskiej klasyfikacji stygmatów jako jawnych i ukrytych?). „Jednym ze sposobów przeciwdziałania agresji np. kibiców na stadionach sportowych jest (…) ustawienie bilboardów na stadionach (…), co pozwala złamać poczucie anonimowości i ograniczyć agresję” (s. 302). Co w opisanej sytuacji dają bilboardy? Co ma być na nich umieszczone? A może chodzi o telebimy? W innym miejscu, w kontekście ukrywania stygmatu (w celu wykluczenia wszelkich podejrzeń, bo – patrz wyżej) Czykwin dopatruje się „nadreprezentacji osób o skłonnościach homoseksualnych” wśród kiboli, kleryków i taterników (s. 148).

Kompletnej ignorancji dowodzi utrzymywanie, iż „bulimia dotyczy najczęściej osób otyłych, natomiast anoreksja ekstremalnie szczupłych” (s. 351).

Podobnie z prognozowaniem: „moda na banki spermy, w których można zostać matką dziecka sławnego ojca, staną się modne” (s. 123). Pomijając niegramatyczność sformułowania, nie można, a w każdym razie nie ma sposobu, by się o tym dowiedzieć: wedle obowiązujących uregulowań dawca spermy pozostaje anonimowy.

Dyskusyjnie i kontrowersyjnie brzmi rekapitulacja kwestii polskiego antysemityzmu „bez Żydów”. Czykwin utrzymuje, iż „niewielka liczba polskich Żydów jest zasymilowana, w podeszłym wieku, samotna i rozproszona” (s. 380). Przeczy temu to, co widać na krakowskim Kazimierzu, gdy nastaje szabas, przeczą temu ci wszyscy, którzy odkrywając swe rodzinne korzenie dążą do poznania i odzyskania dla siebie judaizmu, czego bynajmniej nie kryją. Wyrazem złej woli byłoby odczytywanie słów Czykwin jako antysemickich, jednak ich wymowa (i oderwanie od realiów XXI wieku) skłania mnie do opinii, iż lepiej byłoby, gdyby się w Stygmacie społecznym nie pojawiły.

Swoją drogą, dobór kategorii osób stygmatyzowanych jest w omawianej książce bardzo chaotyczny. Skoro jednak w tym miejscu odnoszę się do niezręczności popełnianych przez autorkę w jej staraniach scharakteryzowania np. homoseksualistów i Żydów, nadmienię, iż oczywiście szeroki nurt kontinuum specyficznych uprzedzeń wobec pierwszych i drugich umknął jej uwadze. Kwestią tą zajmowała się np. Agnieszka Graff (Rykoszetem, W.A.B., Warszawa 2008). Mniej w Polsce znane jest zestawienie dwóch rozpraw: Réflexions sur la question juive Jean-Paula Sartre’a i celowo napisanej w Sartre’owskim idiomie Réflexions sur la question „gay” Didiera Eribona.

Charakterystyczne dla podejścia epistemologicznego autorki jest ponadto zdanie: „Ktoś, kto urodził się z matki Żydówki, jest, obiektywnie rzecz biorąc, Żydem, jakkolwiek może się czuć np. Amerykaninem” (s. 24). Otóż nie. Ktoś taki jest Żydem w myśl halachy (czy de facto wszystkich współczesnych odłamach judaizmu), co w zestawieniu z innymi kryteriami uznawania żydostwa (np. Żydem jest ktoś, kto przeszedł wymagany przez prawo religijne proces konwersji) dyskredytuje pretensje do „obiektywności”. Ta zaś jest również pojęciem cokolwiek przeterminowanym i usprawiedliwianym jedynie celami retorycznymi, nie zaś poznawczymi. Nie mamy jednak do czynienia z czystą retoryką. Czykwin opowiada się w innym miejscu za totalizującą rolą rzekomej obiektywności. Ubolewa nad upadkiem sfery publicznej: na agorze wypracowywano niegdyś „prawdy pozajednostkowe, wspólne i obiektywne”, teraz zaś nie mają się one gdzie krystalizować (s. 395).

Wiarę w wielką wagę „obiektywności” głosi również wskazując na nędzę osoby pozbawionej odniesienia „uniwersalnego i transcendentnego”, która będzie „wyizolowana i samotna”, a jej tożsamość pozostanie niezintegrowana (s. 395). Ratunkiem, przede wszystkim dla osoby stygmatyzowanej, będzie „funkcjonowanie w grupach wsparcia oraz wkład znaczących innych” (s. 266). Takie zestawienie dwóch sfer wpływów oznacza przekonanie autorki o kompletnej niemożności radzenia sobie samodzielnie. Trzeba jednak uważać, kogo uczynimy naszymi „znaczącymi innymi”. Jawność autoekspresji bez względu na stygmat wobec wybranej grupy (wspierającej tudzież znaczącej) w parze z ukrywaniem stygmatu w kontaktach z „niewtajemniczonymi” – jak czytamy – „prowadzi do zamykania się w społecznych enklawach” niczym w więzieniach zaludnionych przez sobie podobnych (s. 207). Jest to zbyt kategorycznym (czy też mylnym) stwierdzeniem, jako że ukrywanie stygmatu równie dobrze może skłaniać do dążeń przeciwnych, na przykład odcięcia się od danej społeczności. W każdym razie sytuacja zdaje się być bez wyjścia.

Mimo to Czykwin nie szczędzi udzielanie rad osobom stygmatyzowanym rad będących zbiorem pustych sloganów oraz infantylizacją, upupieniem potencjalnych adresatów (s. 268).

Są u Czykwin momenty, w których w swym słusznym zapędzie posuwa się cokolwiek zbyt daleko. Spójrzmy: „pojawienie się AIDS oraz permanentne mylenie homoseksualizmu z pedofilią, transseksualizmem i transwestytyzmem (w Polsce) zdaje się podtrzymywać społeczne odium zarówno wobec kobiet, jak i gejów” (s. 300). Odium to synonim wstrętu czy odrazy. Trudno zaprzeczyć istnieniu licznych form dyskryminacji kobiet, jednak wstręt i odraza?

„Określenia: chory na AIDS, lesbijka, bezrobotny, otyły czy dziecko z chorobą Downa etc. mają negatywną konotację, ale nie można przecież z nich zrezygnować. Próbuje się więc zamienić takie określenia słowami nieobciążonymi (np. gej, puszysta pani, sprawni inaczej) lub zmienić negatywne konotacje (…) na przyjaźniejsze” (s. 28). Zupełnie nie rozumiem, w myśl jakich uzusów językowych słowo „lesbijka” niesie konotację negatywną, a – do kompletu – „gej” jest neutralne, poza tym dość zabawne wrażenie robi zestawienie szeregów „nie do pary”. Czykwin jednak podsuwa nam politycznie poprawne ekwiwalenty wyrażeń niestosownych na s. 96. Znajdziemy wśród nich kuriozalnych „puszystych”, „kochających inaczej” i „sprawnych inaczej”, jednak możemy odetchnąć z ulgą, posługiwanie się nimi nie jest przymusowe. Ku wyraźnej uldze Czykwin postulaty poprawnego politycznie języka nie są powszechnie aprobowane (s. 97). Rzeczowa wymiana myśli w języku niewykluczającego dialogu nie ucierpi, jeśli ktoś raz czy drugi chlapnie „pedałem” (zdanie zbudowane z fraz ze s. 96). Choć we wskazanych passusach autorka jasno deklaruje się swe sceptyczne nastawienie do politycznej poprawności, w innym miejscu powołuje się na nieokreślonych przeciwników tej konwencji. Czykwin pisze, iż wedle argumentacji owych przeciwników „political correctness zmusza do wprowadzenia do języka np. polskiego określeń obcych, np. gej, co oznacza zachwaszczanie języka, a przede wszystkim nie jest powszechnie zrozumiałe lub może mieć groteskowy charakter jak w przypadku (…) propozycji zmiany nazwy Placu Inwalidów w Warszawie na »Plac Niepełnosprawnych«” (s. 418). To moment godny uwagi, gdyż przy okazji mamy tu błąd logiczny. Czykwin myli skutek z przyczyną.

W Stygmacie społecznym rażą ponadto usterki spowodowane niedostateczną kompetencją jeżeli chodzi o rozmaite niuanse nie tylko dzisiejszej, ale nawet „wczorajszej” humanistyki. To, co na s. 361 jest dla Czykwin odkrytym w etnometodologii zjawiskiem et cetera, to raczej – jak wynika z kontekstu – działanie Jakobsonowskiej funkcji fatycznej języka. Lingwistyka to najwyraźniej wiedza tajemna, skoro Czykwin pisze: „Stwierdzenia w rodzaju: »Wszyscy dyrektorzy honorują święta prawosławne i pracownicy oczekują tego od pana«, wydają się mocnym argumentem” (s. 272). W świetle wymogów, jakie uczestnikom racjonalnej dyskusji stawia się w logicznej teorii języka, przytoczony argument (posługujący się na domiar złego kwantyfikatorem generalnym) należy do słabych (vide prace np. Teresy Hołówki). Idźmy dalej. Zgromadzone na s. 388 przykłady paniki moralnej, mające ilustrować to pojęcie, są niejasne w polskich realiach jako przynależne brytyjskiej popkulturze. Przepisane z innego opracowania i niejasne także dla autorki, skoro członków subkultury rockersów nazywa „rokersami”.

Czykwin postanawia pochylić się też nad kwestią deprecjacji przedmałżeńskiej biografii żony, czego znamieniem jest utrata panieńskiego nazwiska (s. 94). Gdzie indziej wszelako jako rzecz niegdyś oczywista określone jest „pozostawanie przez kobiety przy nazwisku panieńskim” (s. 133). Ależ odwrotnie: oczywistym, a nawet nieuniknionym było przybieranie nazwiska mężowskiego. Studia feministyczne w sposób wieloaspektowy tłumaczyły te uwikłania i przywołanie zdawkowej ich rekapitulacji pióra Czykwin nie jest konieczne, jednak odnotować należy, że autorka utrzymuje, iż w języku angielskim „gramatyka stygmatyzowała kobiety zamężne” (sic!) jako te, o które – z uwagi na Mrs przed nazwiskiem – nie należy zabiegać. Miss nie jest (czy też nie było, bo tu użyty jest czas przeszły) wedle Czykwin stygmatem staropanieństwa. Nie ma mowy o niedyskryminującym honoryfikatorze Ms., który w ogromnej mierze dezaktualizuje problem. Czykwin nie wspomina również, że nie jest on rozwiązany raczej w języku francuskim, gdzie – o ile mi wiadomo – do dzisiaj pokutuje podział „dwuwartościowy” i brak neutralnej, albo choć neutralizującej paternalizm formy. Osobliwe uwagi Czykwin dotyczące myśli feministycznej możemy znaleźć na s. 49-50.

Deklarowana (vide tylna część okładki) „interdyscyplinarność” książki każe sytuować ją na polach socjologii, pedagogiki i psychologii społecznej (zresztą to ostatnie to dla mnie „chłoporobotnik i boa grzechotnik”), w których istotną rolę odgrywają badania własne. Czykwin takich nie wykonała. Zdecydowana większość przykładowych przypadków, jakimi ilustruje swe wywody, wzięta jest z opracowań cytowanych – obcojęzycznych (by nie powiedzieć: amerykańskich) i pochodzących sprzed lat. Zasadniczo Stygmat społeczny zawiera liczne propozycje klasyfikacji wpływów i skutków piętnowania na tożsamość. Jednak systematyzacje dokonane przez Czykwin w myśl różnych teorii psychologicznych (głównie z akcentem na interakcje) kompletnie tracą na znaczeniu. Ich wartość perswazyjną – a nawet poznawczą – przekreśla światopoglądowy wydźwięk książki. W rzekomo zainspirowanych dziełami Pierre’a Bourdieu partiach rozdziału pt. Obrona Ja przed skutkami stygmatyzacji znajdziemy takie spojrzenie na istotę społecznych protestów (w których „celują” rozmaite mniejszości):

W wyniku walk tych, którzy są za, z tymi, którzy są przeciw, to co partykularne powoli drąży zastany ład i porządek rzeczy oraz wyobrażenie tego porządku przez konserwatywnych obywateli. Jest to denerwujące, ponadto dążenie do społecznie wynegocjowanego ładu przeciąga się w czasie, grożąc permanentnym chaosem. Mniejszości, na wzór terrorystów, uniemożliwiają utworzenie społecznego ładu (s. 332).

Tak, dominujące życie społeczne grupy interesów (by było egzotycznie i absurdalnie, Czykwin stawia na misz-masz: poza mniejszościami narodowymi i seksualnymi wymienia przeciwników „stacji benzynowych, pornografii, agencji towarzyskich, spalarni śmieci, dzwonów kościelnych” oraz miłośników sportów ekstremalnych i… parkingów) „zaprzątają głowy spokojnych obywateli niekończącymi się sporami, które utrudniają wszelkie działanie” (s. 331). Aktywiści, strzeżcie się; lepiej zapomnijcie o Strukturalnych przeobrażeniach sfery publicznej Jürgena Habermasa i Antagonistycznych przestrzeniach publicznych i polityce demokratycznej Chantal Mouffe!

Wracając do zacytowanego wyżej retorycznego pytania ze s. 261, wedle autorki przynajmniej akceptacja homoseksualności przez społeczeństwo „jest w rozsądnej perspektywie czasowej nieosiągalne” (s. 210). Dzięki postawie zaprezentowanej w rzetelnym, wyczerpującym i wielostronnym opracowaniu teoretycznych i praktycznych aspektów piętnowania i dyskryminacji, jakim jest Stygmat społeczny, rzeczywiście nieosiągalne. Książka jest skandalicznym popisem niekompetencji sankcjonowanej tytułem naukowym autorki i renomą wydawnictwa. Notabene renomą niegdyś zasłużoną, dziś będącą pretekstem do dyktowania zawyżonych cen przy czynieniu oszczędności na pracy korektorskiej i redakcyjnej (co w omawianym opracowaniu poświadcza treść stopki). To co dla odbiorców niewyrobionych, np. studentów, szkodliwą dezinformacją, dla innych może być po prostu źródłem żartów.

Przybliżając we wstępie do Wynaleźć codzienność 2 myśl Michela de Certeau Luce Giard zauważa, że ujmowanie „rzeczy w formie wielkich projektów”, wypowiadanie się w sposób pompatyczny i tworzenie „ogólnego i uogólniającego dyskursu o społeczeństwie” znamionuje „niewystarczające opracowanie konceptualne”. Autorka notuje dalej: „Mając zazwyczaj odpowiedź na każde pytanie, dyskurs ów nie dopuszcza sprzeciwu, zręcznie omija konfrontację z rzeczywistością i nigdy nie spotyka się z odrzuceniem”. Deskrypcja ta może być przyłożona do Stygmatu społecznego. Kwestionowanie oczywistości wydaje się w naukach społecznych niemal obowiązkowe, tymczasem Czykwin wręcz chętnie posługuje się komunałami i zahacza swoją retoryką o teologię pastoralną. W jej duchu formułuje postulaty tolerancji, demarginalizacji i przeciwdziałania wykluczeniom (por. np. s. 38). Z nieco mniej zaściankowego punktu widzenia nietrudno zauważyć, że takie ujęcie służy jedynie dobremu samopoczuciu autorki, niewątpliwie uważającej się za osobę o otwartym umyśle i wyzbytą uprzedzeń. Otóż cała książka zdaje się być staraniem, by dopasować teorię Goffmana do własnych uprzedzeń. Czykwin nie widzi jednostek mogących być przedmiotem jej wywodów – realnych osób zagrożonych stygmatyzacją (jeśli w ogóle zgodzimy się na przyjęcie tego terminu) – a buduje ich abstrakcyjne grupowe reprezentacje. Wspomniany postulat tolerancji funkcjonuje u niej na zasadzie dobroczynności: jako pochylanie się nad nieświadomymi maluczkimi (wzmiankując „ideologię gejów” autorka nie odwołuje się do żadnej znaczącej pozycji z dorobku studiów genderowych, LGBT czy queer). W nieco bardziej życzliwej interpretacji można powiedzieć, iż Czykwin deklaruje zwiększoną wrażliwość na różnorodność współczesnych strategii życiowych, jednak czyni to w celu umocnienia swej własnej pozycji poprzez poddanie opisywanych cudzych doświadczeń dyskursywizacji. Poddanie nieudolne i umotywowane koniunkturalizmem w wersji o tyle nietrafionej, że – wbrew konwencjom cieszącym się największym uznaniem – pozbawionej cienia osobistej rękojmi i najmniejszej próby okazania współprzynależności. My i oni. Hołd dla mocno już przykurzonego paradygmatu każącego przemawiać z wyżyn odseparowanej od świata akademickiej Katedry w tym temacie nie mógł się sprawdzić.

Paulina Szkudlarek

Elżbieta Czykwin, Stygmat społeczny, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007. Cytaty lokalizuję w tekście, wytłuszczenia pochodzą ode mnie. Luce Giard przywołuję za jej Wprowadzeniem do: Michel de Certeau, Luce Giard i Pierre Mayol, Wynaleźć codzienność 2, przeł. Katarzyna Thiel-Jańczuk, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2011, s. XII.

Data wpisu: 7 lutego, 2012 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Kobiety uprawiające/planujące seks z kobietami — badanie

Badanie WSW – kobiet uprawiających seks z kobietami

Zapraszamy do wzięcia udziału w pierwszym ogólnopolskim badaniu kobiet uprawiających seks (lub mających na to ochotę) z kobietami.

855434 28884487 300x226 Kobiety uprawiające/planujące seks z kobietami   badanie
pisanie

Ankietę można wypełnić pod adresem: http://moje-ankiety.pl/respond-16315.html Aby zachęcić do udziału partnerem projektu został serwis Frywolnie.pl, który przygotował z tej okazji konkurs – szczegółów dowiecie się po wypełnieniu ankiety. Zależy nam na jak największej liczbie udzielonych odpowiedzi, dlatego prosimy o dzielenie się tą ankietą ze wszystkimi osobami, które mogą być zainteresowane wypełnieniem.

Planowane jest stworzenie kompleksowej publikacji dotyczącej seksu między kobietami w Polsce. Ty również możesz być częścią tego badania! W razie jakichkolwiek pytań możecie zgłaszać się do twórczyni ankiety: Moniki Czaplickiej monika.czaplicka@gmail.com


Data wpisu: 27 stycznia, 2012 autor wpisu: Monika admin Czaplicka  |  Komentowanie nie jest możliwe

Ankieta "Kobiety a pilka nozna w Polsce"

W Polsce piłka nożna jest bardzo mało popularna wśród kobiet w porównaniu z krajami Europy Zachodniej. Chciałabym się dowiedzieć więcej o polskiej piłce kobiecej, o tym jak polskie piłkarki czują się odbierane przez społeczeństwo, jakie przeszkody i bariery (jeśli w ogóle) napotykają na swojej drodze oraz jak w polskiej piłce kobiecej wygląda kwestia orientacji seksualnej.

66561 6352 300x199 Ankieta Kobiety a pilka nozna w Polsce

piłka nożna

W tym celu stworzyłam poniższą ankietę, która się składa z 10 pytań i metryczki. Wypełnienie zajmie Ci około 5 minut.
Ankieta jest oczywiście anonimowa i jest skierowana do wszystkich aktywnych piłkarek, niezależnie od tego, czy są rejestrowane w PZPNie,  grają w klubie, nieformalnie, czy regularnie.
Z góry dziękuję za poświęcony czas.

Suzi Andreis
http://chrzaszczyki.com.pl

Link do ankiety:
http://www.ankietka.pl/ankieta/77457/kobiety-a-pilka–nozna-w-polsce.html

ps. proszę o przekazanie informacji dalej: im więcej odpowiedzi, tym wiarygogniejsze wyniki


Data wpisu: 26 stycznia, 2012 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Kobiety fantazjują o gejowskim seksie

Czego chcą mężczyźni? Jacy są pod względem seksu? Dlaczego mężczyzna nie może być bardziej podobny do kobiety: troskliwszy, bardziej kochający, czulszy? W żadnej innej fantazji kobiety nie badają wnikliwiej seksualizmu mężczyzn niż w fantazji o oglądaniu dwóch mężczyzn podczas seksu. Tutaj patrzą na nich bez osłonek.

1 Kobiety fantazjują o gejowskim seksie

Tekst pochodzi z książki Nancy Friday: Kobiety górą

Dla mężczyzn radość płynąca z oglądania zaangażowanych w seks kobiet jest pod względem jakości i celu całkiem odmienna. Kobiety wnoszą do tej nowej kategorii fantazji voyeurystycznych bezprecedensowe zainteresowanie wnikliwym rozpoznaniem seksu mężczyzn, nie tylko w szczycie orgazmicznym, ale także przesłanek, jak mężczyzna funkcjonuje; oto kobiety, które ćwiczą się w swym osławionym talencie łączenia ludzi ze sobą, gojenia uczuciowych ran, a także dostarczają sobie przyjemności i zabawy.

Obserwując dwu mężczyzn w łóżku — czasami jako uczestniczka, choć częściej z zewnątrz — kobieta szuka emocji, widoków i odgłosów męskiego seksu, które mają jej dopomóc zrozumieć, czego brak w ich własnym rzeczywistym związku heteroseksualnym. „Sądzę, że fantazjuję o dwu mężczyznach, bo zmęczyło mnie i znudziło oglądanie takich kochających, pełnych troski i swobodnych w sferze uczuć kobiet; zaś mężczyzn — takich zimnych, wyniosłych i zdystansowanych” — mówi Mona.

Wiele kobiet wypomina mi, iż w Zakochanych mężczyznach napisałam, że kobiet nie podnieca widok seksu między mężczyznami. Otóż wtedy nigdy się o czymś takim nie mówiło; dziesięć lat temu kobiety nie chciały myśleć o tym, że ich mężczyźni w ogóle masturbują się bez ich udziału — to stanowiło zbyt wielkie zagrożenie. Ale czasy się zmieniają, a fantazje wraz z nimi, i kobiety z lat dziewięćdziesiątych XX wieku, jak Bonnie, myślą tak: „to cudowne, gdy dwu dobrze mi znanych mężczyzn zachowuje się tak otwarcie, ulegle i czule wobec siebie. To sygnał nowego rodzaju męskości — u mężczyzn dostatecznie pewnych swej męskości, że mogą w obecności innego mężczyzny okazywać głębokie uczucia… daje mi nadzieję na przyszłość, a mój srom też to aprobuje — to optymistyczny organ”.

W rozdziale o kobiecych fantazjach na temat innych kobiet wspomniałam, że tak często stwierdzają: „nikt nie wie lepiej, jak zadowolić kobietę niż inna kobieta”. W fantazji o dwu mężczyznach, kobieta podobnie uczy się, jak dwaj mężczyźni wprawnie doprowadzają się wzajemnie do orgazmu, a naukę tę może zastosować w łóżku ze swym partnerem. Dla Natassii, której ukochany odmawia seksu oralnego, fantazja staje się formą spełnienia pragnień, bo dwu mężczyzn doprowadza się oralnie do orgazmu, gdy ona sobie tego życzy.

W rzeczywistości kobiety nie podziwiają męskiego ciała ani też nie uważają go za godne podziwu; fantazja o innej kobiecie adorującej mężczyznę zrodziłaby konkurowanie, zaś przy dwu mężczyznach kobieta może się odprężyć, oglądać i podziwiać. Tymczasem, rzecz jasna, albo może „ułożyć” dwóch mężczyzn według swych pragnień — jak chce Chloe, albo po prostu mieć ich w zasięgu wszechogarniającego wzroku i cieszyć się władzą voyeurki.

„Mężczyźni są piękni — mówi Diana — nie bez ich narządów płciowych, ale wraz z nimi. bo to fantastyczne dopełnienie całej osoby, ta jej część, na którą najczęściej lubię patrzeć. A dzięki temu, że daje mi taką rozkosz, czasami ją wręcz czczę”.

Cale podniecenie w fantazji o seksie dwu mężczyzn nie wynika po prostu tytko z voyeuryzmu. Clair przekonuje się, że ją także podnieca pomysł, by jej mężowi dać możliwość podniecenia innego mężczyzny w fantazji.

Dowiedziawszy się, że jej umysł wcale nie jest czysta kartą, na której jej podświadomość mimowolnie zapisuje erotyczne przekazy, kobieta współczesna akceptuje swe fantazje jako źródło przyjemności seksualnej, a także ważnych informacji z własnej biografii. Bowiem z naszych fantazji czerpiemy wiedzę o nas samych od najwcześniejszego dzieciństwa aż po ostatni bezwstydny akt, zanim zamkniemy oczy do snu.

Diana

Mam 28 lat, jestem rozwiedziona, córka ma półtora roczku. Przez dwa i pół roku uczęszczałam do college’u biblijnego. Obrałam dwie specjalizacje: teologię i anglistykę.

738416 38308795 300x225 Kobiety fantazjują o gejowskim seksie

Love is gay

Wychodząc za mąż, byłam dziewicą i nigdy męża nie zdradziłam. Teraz mam 19-letniego kochanka. To dla mnie ktoś wyjątkowy, a seks daje nam obojgu ogromną radość. On jest bardzo otwarty i często oddaje inicjatywę w moje ręce, co mi bardzo odpowiada.

Zawsze chciałam wypróbować trójkąt, ale na razie on nie ma na to ochoty. Zobaczymy później.

Tak czy inaczej, to, co napisałaś — że kobiety nie snują fantazji o seksie dwu mężczyzn — to nieprawda, co najmniej jedna kobieta to robi. Moją fantazję rozpaliła wypowiedź mego chłopca o odmrożeniach (brzmi śmiesznie, co?). Teraz jest w wojsku, gdzie powiedziano mu, że w razie odmrożenia nie należy rozcierać twarzy, tylko wtulić ją w najcieplejsze miejsce — pod pachę, albo jeśli jest się z drogą osobą, schować twarz między nogi towarzysza (bo krocze to jedno z najcieplejszych miejsc ciała). Opiszę, dokąd mnie to doprowadza.

Wyobrażam sobie, że Marty, mój chłopak (jest wysoki, szczupły, ma jasną karnację z piegami, rude wąsy i niebieskie oczy); ma poważne odmrożenie. Jest razem z innym żołnierzem — ciemnowłosym, o brązowych oczach, wysokim, ale potężniejszej postury. Postanawiają spróbować sposobu z chowaniem twarzy w kroczu jeden u drugiego — ponieważ jest niesamowity mróz i policzki ich pieką, szukają osłoniętego miejsca i kulą się przy sobie. Trzymając twarz nawzajem między nogami kolegi, zaczynają się rozgrzewać. Rozgrzewają się nie tylko ich twarze.

To takie miłe i ciepłe uczucie, gdy trzymają głowę tak blisko penisa, że przez tkaninę spodni czują wzajemnie swe ciężkie oddechy. Obaj mają wzwód. Czy mogą coś na to poradzić?

Jeden z nich jest nieco zażenowany i chce trochę odsunąć swój nabrzmiały penis, ale kończy się tym, że przesuwa go na usta kolegi, a jego policzki ocierają się o uda kumpla. Oczywiście Marty zaczyna się skręcać, podobnie jego przyjaciel. Doznanie jest takie miłe, że kolega otwiera usta i delikatnie ciepłym oddechem dmucha na wybrzuszenie spodni Marty’ego, rozgrzewając jeszcze bardziej jego penis, a Marty kręci się pod dotykiem jego ust. Obaj ciężko dyszą, dociera do nich ich wzajemny seksualizm, zaczynają się kręcić i pocierać o siebie. W końcu ten bliski, przedłużający się kontakt ich ciał to już za dużo. Błyskawicznie jeden drugiemu wydostają pulsujące penisy ze spodni aż każdy ma wytrysk w ustach kolegi. Cała się trzęsę, gdy to piszę.

Często zastanawiałam się, dlaczego prawie nikt, ani mężczyźni, ani kobiety, nie wydaje się zagrożony przez lesbijki, natomiast jako zagrożenie postrzega się mężczyzn, którzy uprawiają seks z innymi mężczyznami. Przez całe życie uczymy się, że kobiety są piękne, godne pożądania, seksowne. Nawet kobiety tak właśnie postrzegają same siebie — i czy to może kogoś dziwić? Mnie nagie kobiece ciało podnieca równie mocno jak męskie. Nigdy nie uprawiałam seksu z kobietą. Taka myśl przeszła mi przez głowę w odniesieniu do kilku znajomych kobiet, które naprawdę lubię, ale odsunęłam ją na bok jako nierealistyczną — to tylko myśl i tyle, choć homoseksualizm ani mnie nie szokuje, ani nie napawa odrazą, jak mego chłopca i wielu innych mężczyzn.

Film, w którym są sceny z nagą kobietą, jest dozwolony od lat 16, natomiast z nagim mężczyzną od 18 (na równi z filmami „tylko dla dorosłych”). Czy ciało mężczyzny jest bardziej obsceniczne? Dla mnie mężczyźni są piękni, nie bez ich narządów płciowych, ale wraz z nimi, bo to fantastyczne dopełnienie całej osoby, ta jej cześć, na którą najczęściej lubię patrzeć. A dzięki temu, że daje mi taką rozkosz, czasami ją wręcz czczę.

Nawet mój chłopak, który zna mnie doskonale, jakoś nie może tego zaakceptować. Podobnie jak wielu mężczyzn, nie może zaakceptować tego, że jego ciało i popęd płciowy są nie tylko OK, ale są wspaniałe. Uwielbiam je i jego.

To smutne. Homoseksualizm nie jest dla mnie, ale też wcale mnie nie przeraża ani nie odstręcza. Uwielbiam seks analny, więc czemu nie miałby uwielbiać go też mężczyzna? Chciałabym robić palcówki memu chłopcu, ale on odbiera to jako zagrożenie dla jego męskości — „tylko faceci robią takie rzeczy”. Fatalnie.

Na tym świecie dla mężczyzn niewiele jest fantastycznych rzeczy, nie tak wiele, bo oni uważają siebie za nieprzyzwoitych. A nie wszystkie kobiety tak uważają. Ja nigdy. Mam nadzieję, że oni też się nauczą. Chciałabym ich tego nauczyć, ale jestem sama. Fatalnie.

Zajrzyj na stronę Seksualność kobiet


Data wpisu: 17 stycznia, 2012 autor wpisu: Seksualnosc_Kobiet  |  Komentowanie nie jest możliwe

Los całkowicie przegrany. Agata Tuszyńska, „Oskarżona: Wiera Gran”

Z okładki książki Tuszyńskiej patrzy na nas młoda Wiera Gran, uwieczniona na promocyjnym zdjęciu kobieta piękna w nieco staroświeckim stylu, ze starannym makijażem. „Polska (?) Edith Piaf”, śpiewaczka z warszawskiego getta, była mi dotąd postacią zupełnie nieznaną. Wątpliwość dotycząca przed chwila wskazanego przydomku bierze się z faktu, iż Wiera Gran była polską Żydówką, o pochodzeniu ukraińskim bądź rosyjskim. Modyfikowała swą datę urodzenia, więc przyjmijmy przedział 1915–1919; zmarła w 2007 r. Tuszyńska daje nam możliwość poznania jej niezwykłych losów, jednocześnie budząc publikacją biografii ogromne kontrowersje. Przyjrzyjmy się Oskarżonej.

Młodziutka Gran pragnęła kariery tancerki, choćby kabaretowej, ale przez spowodowaną wypadkiem samochodowym kontuzję musiała się przerzucić na śpiew (dysponowała altem). Stawała na scenach w lokalach rozrywkowych, klubokawiarniach, z akompaniamentem fortepianowym. Podczas wojny zmieniły się warunki wykonywania takiej pracy. Na początku hitlerowcy zakazali występów, potem wprawdzie dozwolili, ale tylko na występy niewybredne, burleskowe, komediowe, kabaretowe. Gran, ze swym sentymentalnym repertuarem (np. Jej pierwszy bal) mogła powrócić na estradę. Tymczasem jednak utworzono warszawskie getto. Przeniosła się do niego z matką i siostrami praktycznie bez obaw, tym bardziej, że była to postawa powszechna wśród warszawskich Żydów, a poza tym represje nasilały się stopniowo, np. wpierw getto było otwarte.

Pieśniarka znalazła nowe zatrudnienie w obrębie murów. Jednym z jej akompaniatorów był Władysław Szpilman. Książka Tuszyńskiej za punkt wyjścia wzięła pytanie, dlaczego muzyk w swoich wspomnieniach (i Roman Polański w ich ekranizacji) zupełnie Gran pominął: współpracowali przecież przez kilka lat.

Lokale rozrywkowe w getcie to sprawa moralnie kłopotliwa: ich bywalcami byli ci, którzy się na tragicznej sytuacji bogacili, czyli nie tylko właściciele zakładów pogrzebowych (gdyż na nich w pierwszej kolejności wskazuje Tuszyńska), ale tez żydowscy współpracownicy gestapowców. „Panujące w gettowym środowisku artystycznym stosunki wykluczały staranną selekcję towarzyską”, cytuje Tuszyńska (s. 118) Życie surowo wzbronione Antoniego Marianowicza.

Wiera – jaką ją widzimy w Oskarżonej – była skromna, nieoddana szumnemu życiu towarzyskiemu, nieuwodząca, nieskłonna do bratania się z klientami, dla których śpiewała. Przed wojną związała się z Kazimierzem Jezierskim, lekarzem o żydowskich korzeniach (pochodzącym z zasymilowanej rodziny, o – jak widzimy – polsko brzmiącym nazwisku). Nie jest jasne, czy wzięli wcześniej we Lwowie ślub cywilny, czy jednak nie, jednak zawsze uchodzili za małżeństwo. Kazimierz nie trafił do getta, i po zamknięciu jego bram usilnie się starał Wierę z niego wyciągnąć. Udało mu się to po ponad roku (rodzina Wiery zginęła). Do końca wojny małżonkowie mieszkali w podwarszawskiej wsi, gdzie on praktykował, ona zaś postarała się o zmianę wyglądu, i uchodziła za katoliczkę, „panią doktorową”, niesympatyczną i trochę nie przy zdrowych zmysłach – by trzymać innych na dystans.

Po wojnie Wiera starała się powrócić do śpiewania, ale się okazało, że padło na nią odium, rozpoczęła się na nią nagonka jako na gestapowską konfidentkę – i dziwkę. Proces w żydowskim sądzie obywatelskim (Centralnego Komitetu Żydów Polskich), poprzedzony aresztowaniem proces w sądzie karnym PRL… Nieudane emigracje – trochę Paryż, trochę Nowy Jork, Londyn… Próbowała szczęścia także w Izraelu. Przez pół wieku wszędzie doganiały ją plotki, pomówienia, szykany. Brak dowodów winy, ale sytuacja była patowa – oskarżenia padały na podatny grunt i wrastały w życiorys Gran. Kobieta nie może się po wojnie cieszyć, że ocalała.

Czy wspomniane kontrowersje, jakie wzbudziła publikacja biografii, dotyczą tylko spraw wokół domniemanej kolaboracji? Nie! Otóż Tuszyńska dotarła do paryskiego mieszkanka Gran kilka lat przed śmiercią bohaterki. Pokazała ją od bardzo dosłownej, fizjologicznej strony – to, co jest najgorsze w starości. I wygląd, i stroje, i zagracenie mieszkania, i dziwactwa, i manię prześladowczą skądinąd przez lata kompletnie zaszczutej kobiety. Dość do drastyczne, szczególnie jeśli spojrzymy na zdjęcia ilustrujące książkę. (Dodam, że wydanie jest pełne reprodukcji i zdjęć. Ukazują nam Wierę na przestrzeni całego życia, dokumenty z jej spraw, okładki płyt, afisze, jej własne notatki). Pod koniec książki Tuszyńska towarzyszy Gran w domu starców dla francuskiej Polonii. Rejestruje bezlitośnie chylenie się życia ku kresowi.

Wierze mimo wszystko nie brakowało autoironii, jednak portret, jaki wyłania się z biografii, uznany został za niesmaczny, epatujący tym, co powinno pozostawać ukryte. Przecież chodzi o niegdysiejszą piękność, elegantkę scen, która w swych ostatnich latach ma na toaletce sztuczne rzęsy, pudry i podkłady, oraz leki na starcze, raczej wstydliwe dolegliwości, która w swych ostatnich miesiącach musi nosić pieluchę, i to ponad pas.

Tuszyńska nie żałuje odautorskich komentarzy; niektóre nie świadczą o reporterce najlepiej. Na przykład bezustannie podkreślane jest, jak długo na dany zbytkowny przedmiot musieliby harować „zwyczajni” ludzie pracy, a jak łatwo kosztowne zakupy przychodziły eleganckiej diwie (por. s. 62, 117 i in.). Nie budzi to oburzenia rzekomym uprzywilejowaniem pieśniarki, a raczej – zniesmaczenie małostkowością biografistki. Showbusiness zawsze oznaczał pewne pieniądze i rozbuchany styl, to zrozumiałe nawet w odniesieniu do niegdysiejszych scen warszawskich i warszawskich ulic.

Wszelako inne komentarze budzą uznanie staraniem, by wyważyć racje Gran i jej oskarżycieli. Autorka do końca nie opowiada się po jednej ze stron, dla mnie jednak książka broni racji bohaterki, ubolewa nad jej krzywdą.

Co jednak ze Szpilmanem (1911-2000)? To ciekawy wątek. Gran utrzymuje, że w pewnym momencie widziała go w roli pomocnika gestapowców, uczestnika brutalnych łapanek, który jednak nawet działając przemocą chronił swe dłonie pianisty. Po wojnie, gdy dostał doskonalą posadę w Polskim Radiu, w pierwszym spotkaniu z Gran wpierw się bardzo zdziwił, że ona przeżyła, potem odmówił jej radiowego angażu ze względu na oskarżenia o kolaborację. Zdezorientowana Gran zdała się na rady innych znajomych, i sama zgłosiła się do sądu prosząc o proces (została uniewinniona). Później była przekonana, że wówczas Szpilman chciał uprzedzić możliwy wymierzony w niego i jego wojenne postępowanie cios ze strony Gran. W samych swoich zeznaniach Szpilman jej nie oczerniał, jednak również nie zaświadczył o jej niewinności. Jak wspomniałam, burza się rozpętała na długo, a ostatnim jej akordem był film Pianista (2002).

Szpilman opracował i wydał swe wspomnienia, Śmierć miasta (1946), dzięki współpracy i wsparciu Jerzego Waldorffa, w późniejszych jednak latach, np. gdy dzięki staraniom jego syna, Andrzeja, zaczęły się ukazywać przekłady, wszystko zostało przypisane Władysławowi Szpilmanowi. To ma wedle Wiery Gran dowodzić, że nie był dobrym człowiekiem, że miał wiele do ukrycia i bał się konfrontacji, itp. Współczesne polskie edycje są również wydawane jako Pianista Szpilmana: zmiana pierwotnego tytułu, przekreślenie współsprawstwa Waldorffa, kolegi z redakcji Polskiego Radia. Tu kolejna interesująca, choć drobna kwestia. Tuszyńska wpierw ukazuje dysproporcje w powojennej pozycji Szpilmana i Gran: „teraz on rządził, a przynajmniej miał wpływ” (s. 265), sugerując szeroką sferę możliwości kształtowania przez Szpilmana powojennej rzeczywistości, gdy getto było już historią. Kilka stron później czytamy: „Po wojnie to Szpilman miał nieograniczoną władzę w radiu” (s. 269). A, w radiu. W redakcji muzycznej (w mniejszym, niż inne stopniu podatnej na upolitycznienie i naciski propagandy państwa stalinowskiego). Mimo wszystko jednak on mógł się cieszyć ze swego ocalenia.

I w książce, i w filmie Pianista Gran jest przemilczana, nieobecna: „Wyeliminował Wierę ze swojej książki. (…) Wykreślił ze swojego losu, jakby ich drogi nigdy się nie zetknęły” (s. 264). Tu zgrzyt. Tuszyńska kazała mi spytać się: no to co z tym Szpilmanem? Czytałam książkę, podziwiałam film. W co uwierzyć? Znielubić Szpilmana? Jestem daleka od patrzenia w kategoriach czerni i bieli, ponadto świat najtrudniejszych wymagający wyborów nie może być wspominany bez relatywizacji do jego nieludzkich warunków, ale dwie kompletnie sprzeczne relacje z tych samych czasów i – co więcej – podane w tych samych czasach nie mogą być jednocześnie prawdziwe. „Tam, gdzie pamięć spotka się z narodową tożsamością, leży grób, a w nim śmierć”, w nieco innym kontekście napisała Idith Zertal (s. 23).

Gran przyznaje, od początku, że raz zaśpiewała na domowej uroczystości pewnego wyjątkowo paskudnego kolaboranta (por. s. 116-117), ale nie donosiła ani się nie oddawała gestapowcom. Do występu została zmuszona i bała się o konsekwencje, gdyby np. uciekła („Jeśli ci głowa miła, nie odmawiaj” – doradził jej wtedy kolega; s. 117). Nie będę dodawać kolejnych szczegółów okoliczności tego zdarzenia, bo chciałam na tym przykładzie wskazać jedynie, że Gran była świadoma potencjalnego źródła rodzącego się oskarżenia. Jednak największą wagę przywiązywała do ludzkiej zawiści czy złośliwości, chęci szkodzenia w odruchu odrzucającym powszechną uwagę od win oskarżającego. Nie było to myślenie bezzasadne, o czym przekonuje nas lektura Narodu i śmierci Idith Zertal. Do Izraela Gran udała się w 1950 roku, kiedy pod presją grup tych, którzy przeżyli Zagładę i „domagali się sprawiedliwości i działań wobec „kolaborantów” (s. 109), wydano tam Ustawę o sądzeniu nazistów i ich pomocników. Jak przyznaje Zertal,

z deklarowanych intencji i ducha ustawy wynikało, że ocaleni z Zagłady będą mogli sami rozwiać podejrzenia i „oczyścić” w ten sposób atmosferę, jaka panowała w ich środowisku (s. 144).

Państwo stawało jednak często po stronie oskarżyciela, nie zaś podejrzanego.

Zauważmy, że narracja Tuszyńskiej snuta jest w sposób presuponujący znajomość po pierwsze, realiów życia w getcie, po wtóre, problematyki powojennego antysemityzmu w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (tu nacisk położony jest na aktywne organizowanie się Żydów, którzy przetrwali wojnę, okupację i Zagładę). Poszczególne postaci i nawiązania do pewnych zdarzeń pojawiają się na kartach Oskarżonej kilkukrotnie. Autorka czuje się w obowiązku powtarzać wyjaśnienia ich dotyczące, jakby obawiając się, że odbiorca okaże się nie dość uważny, by wszystkich i wszystko spamiętać. Nadaje to jej pracy ton redundancji – nie jest to bowiem książka możliwa do przyjęcia bez skupienia, w beztrosce myśli. To zbyt bolesna lektura.

Wydawałoby się, że to biografia dla zainteresowanych np. estradą przedwojenną czy ściśle, osobą Gran. Spośród różnych aspektów książki Tuszyńskiej, którymi mogłabym ją „otagować” najciekawszy dla mnie był temat losów Żydów w czasie wojny. Jednak nawet gdy ktoś nie jest zainteresowany ani diwami z dawnych lat, ani historią Żydów, ani biografizmem „kobiecym”, praca Tuszyńskiej musi wciągnąć, być może potem oburzyć, być może wzbudzić uznanie, ale to koniecznie trzeba przeczytać! Długi cień wojny, rzucany na egzystencję ocalonych, nie powinien rozproszyć się w niepamięci.

Paulina Szkudlarek

Agata Tuszyńska, Oskarżona: Wiera Gran, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010. Odwołania, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania. Tytuł recenzji zaczerpnęłam ze słów Tuszyńskiej – wywiad dostępny tu.

Odniesienia do Idith Zertal za: tejże, Naród i śmierć. Zagłada w dyskursie i polityce Izraela, przeł. z ang. i fr. Jan Maria Kłoczowski, Universitas, Kraków 2010.

Data wpisu: 7 stycznia, 2012 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Badanie Kobiety będące w związku z kobietą i wychowujące dziecko-poszukiwane!

Witam,

Jestem studentką socjologii w ramach MISH na Uniwersytecie Warszawskim.
Obecnie piszę pracę magisterską na temat “Konstruowanie seksualności u kobiet będących w związku z kobietami i wychowującymi z nimi dziecko”.
Zapraszam do wzięcia udziału w badaniu kobiety:

855434 28884487 300x226 Badanie Kobiety będące w związku z kobietą i wychowujące dziecko poszukiwane!

pisanie

–powyżej 30 roku życia,
–będące wcześniej w związku (małżeńskim/nieformalnym) z mężczyzną, a obecnie będące z kobietą
–będące w związku z kobietą minimum 2 lata,
–mające dziecko z poprzedniego związku.

Badanie będzie miało formę wywiadu. Chciałabym porozmawiać z
kobietami, ich partnerkami i ewentualnie – jeśli wyrazicie zgodę -
dziećmi, jeśli są powyżej 15 roku życia. Chcę dowiedzieć się, co
było dla Was najważniejsze w konstruowaniu własnej seksualności, jakie
elementy miały na nią wpływ, czy Wasze doświadczenia w związku oraz
macierzyństwa zmieniły się z chwilą wejścia w relację z kobietą.
Będę chciała porozmawiać z Wami osobiście (na terenie Warszawy), w
miarę możliwości postaram się do Was przyjechać.
Kontakt do mnie:
e-mail: gkot@kph.org.pl

Będę wdzięczna za każdą zgodę na wzięcie udziału w badaniu:)
Pozdrawiam serdecznie,
Małgorzata Kot.


Data wpisu: 4 stycznia, 2012 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Xue Xinran, „Dobre kobiety z Chin”, Fabienne Verdier, „Pasażerka ciszy”

Chiny, kraj wciąż w ogromnej mierze nieznany, tajemniczy i w pewnym sensie również złowrogi, oglądany pod różnymi kątami, to wdzięczny temat dla literatury zaangażowanej, i niewątpliwie ukazuje się sporo godnych uwagi książek, szczególnie socjologizujących reportaży na jego temat. Ostatnio miałam okazję przeczytać dwa, opublikowane nakładem wydawnictwa W.A.B. w serii Terra Incognita: Xue Xinran, Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia, oraz Fabienne Verdier, Pasażerka ciszy. Dziesięć lat w Chinach.

Xue Xinran była na początku lat dziewięćdziesiątych dziennikarką radiową, która w swoim nadawanym późna porą programie, „Słowa na wieczornym wietrze”, poruszała kwestie kobiece, i była w tym pionierką. Po paru latach, w 1997 roku, wyjechała do Anglii, gdzie pracowała w jednym z ośrodków studiów azjatyckich. Zdecydowała się opublikować swoje radiowe opowieści w formie książkowej. Autorka nie kryje swego warsztatu. Wspomina, w jaki sposób pozyskiwała tematy, dokąd jeździła, kto do niej pisał, kto dzwonił, co się działo za kulisami, wśród koleżanek i kolegów z redakcji, etc. Opowiada o swoich reakcjach na poznawane historie, jak również o swojej szokującej – w świetle jej własnych przeżyć z przeszłości – naiwności.

Porusza wszelkie „dyżurne” tematy feministyczne, charakterystyczne dla wczesnego etapu świadomości konieczności emancypacji. Uwzględnijmy także chińską specyfikę. Czytamy zatem historię dzieci „reedukowanych”, prześladowanych za domniemane winy rodziców w epoce rewolucji kulturalnej. Czytamy o nieszczęśliwych zamążpójściach. O parach rozdzielanych przez władze na długie dziesięciolecia. O profesorach zsyłanych do najbardziej zapadłych prowincjonalnych wiosek. Wyjaśnijmy – prowincjonalna wioska równa się kompletnemu upokorzeniu i deklasacji.

Potem czytamy o zmienionych już Chinach: o tygrysicy biznesu, z sercem złamanym przez wiarołomnego partnera (dodajmy, że w swoim czasie cudzołóstwo, czyli związki niezawarte jako śluby za zezwoleniem organizacji partyjnej, było przestępstwem). O wartości dziewictwa. O powinnościach rodziców wobec dzieci i vice versa. O próbie zalegalizowania chińskiego stowarzyszenia homoseksualistów.

Zebrane relacje, wspomnienia, zwierzenia, układają się w obraz upiorny. Prześladowania, niszczenie dorobku myśli i zasobów materialnych, rozbijanie rodzin – ze strony rewolucjonistów. Jednocześnie kultywowanie mizoginicznych tradycji, wiara w przesądy i samopotwierdzające stereotypy…

Dziennikarka, świadoma wieloletnich praktyk spychania intelektualistów na sam dół drabiny społecznej, dziwi się, gdy kobietami znakomicie wykształconymi okazują się na przykład zbieraczka śmieci, która żyje na ulicy (rozdział „Śmieciarka”) i stara wieśniaczka, w ramach reedukacji wygnana z akademii muzycznej i zmuszona do małżeństwa z przypadkowym chłopem, życia z pracy fizycznej, w osadzie pod partyjną kontrolą. Kiedy się nad tym zastanowić, wydaje się, że Xinran wypierała możliwość, iż podobnego degradującego, odbierającego materialne podstawy bytu i prestiż mogłoby się przydarzyć także i jej. Czuć, że powierniczki Xinran nigdy wcześniej nie miały z kim porozmawiać – tak, powiernictwo bywa wzajemne. Dziennikarka i wysłuchuje, i obnaża się sama (w rozdziale „Dzieciństwo, którego nigdy nie zapomnę”).

Niektóre z życiorysów oceniamy jako dobrowolne lub pełne rezygnacji poddanie się tokowi wydarzeń, które były do uniknięcia, na przykład przy ciut większej autorefleksyjności czy dzięki aktom obyczajowego nonkonformizmu. Inne epatują grozą sytuacji wszelkiego rodzaju zastraszenia, zniewolenia, przymusu, szantażu, przemocy, czy nieopisywalnej nędzy. Autorka przez długi czas nie zawadzała władzom. Pracowita, chętnie przyjmowana we wszystkich miejscach, w których zbierała materiały do programów, awansująca w radiowej hierarchii. Zdarzało się jednak, że odmawiano jej zgody na emisję audycji na określony temat, na przykład o wpędzeniu w chorobę psychiczną córki generała Kuomingu („Córka kuomintangowskiego generała”). Trafiały się też problemy z cenzurą „na żywo”, na przykład gdy do programu zadzwoniła kobieta domagająca się depenalizacji homoseksualizmu i szacunku dla homoseksualistów, a co więcej, wymuszająca na prowadzącej sformułowania opinii w tych kwestiach (rozdział „Kobieta, która kochała kobiety”). W przypadku owej rozmowy telefonicznej nie zadziałała aparatura opóźniająca emisję. Xinran nie mogła na antenie zbyć rozmówczyni, dowodząc wobec rzesz słuchaczy funkcjonowania cenzury, nie chciała też podpaść przełożonym. W kontrolce oddechy wstrzymywała cała ekipa radia, łącznie z dyrektorem.

Autorka porusza jeszcze jeden obowiązkowy, klasyczny feministyczny temat: kobiety i religia („W co wierzą Chinki”). W przypadku Chinek, z którymi rozmawiała, raziła bezrefleksyjność i interesowność wynikająca nie z potrzeb duchowych, a z koniunkturalizmu. Na przykład respondentki mówiły, że warto zostać chrześcijaninem, bo chrześcijan jest na świecie tak wielu, „że coś w tym musi być”, albo że modlą się ludzie starzy i biedni, czyli ci, którzy mają o co prosić: „Jeśli się wzbogacę, nie będę niczego wyznawać. A jeśli dalej będę taka biedna, to zacznę” (odpowiednio s. 115 i 116).

Dobre kobiety… czytałam z przerażeniem walczącym o lepsze z ulgą. To mnie nie dotyczy, to nie nasz świat. Lektura była tym ciekawsza, że niewiele wcześniej miałam okazję przeczytać Pasażerkę ciszy, wspomnienia Fabienne Verdier, młodej absolwentki francuskiej uczelni artystycznej, która uznała, że fascynuje ją malarstwo chińskie i po przeczytaniu jednego klasycznego chińskiego traktatu filozoficznego wystarała się o stypendium w Syczuanie. Była tam przez dziesięć lat. Wpierw w miejscu, w którym ją umieszczono, czyli w akademii sztuk pięknych, w której deprecjonowano dawne osiągnięcia artystyczne i zniechęcano do kontynuacji tych dróg, potem uczyła się od zapomnianych emerytowanych profesorów. Stopniowo nauczyła się języka, towarzyska i otwarta, pozyskiwała znajomości i przyjaźnie, jednak – z odbiorczego punktu widzenia – bardzo komplikowała życie osobom odpowiedzialnym za jej pobyt, wszędzie się wyróżniała (siłą rzeczy, jako Francuzka) i przyciągała uwagę. Nieprawdopodobnie razi jej ignorancja (kompetencje ogólnokulturowe) i pretensjonalność: snobistyczne powoływanie się na przypadkowo dobierane i wyrwane z kontekstu lektury, powierzchowność sądów, wybujałe aspiracje kamuflowane pokorą wobec „starożytnej wiedzy i sztuki”, słowem, dziecinada.

Jednak opisy Verdier oddają fascynujące i przerażające realia Chin sprzed ćwierćwiecza zarówno jeśli chodzi o materialne podstawy bytu, jak i organizację społeczną.

Xinran wspominała, że impuls do publikacji Dobrych kobiet… dało jej czyjeś stwierdzenie o tym, jakoby w Chinach panowało równouprawnienie kobiet i mężczyzn. Pierwsza myśl: któż mógł dokonać takiej „oceny” na podstawie faktu noszenia przez wszystkich obowiązkowych, niwelujących gender „mundurków”? Druga myśl: łatwo obśmiać ignorancję, trudniej ją rozproszyć. Zarówno Xinran, jak i Verdier opowiadają o świecie definiowanym przez rozbudowane struktury hierarchizujące ludzi, oczywiście ukazując bezmiar krzywd. Co łączy te dwie relacje, to uświadamianie – mimochodem – skali triumfu propagandy. Obie autorki u startu nie zdawały sobie sprawy z tego, jaka jest realna sytuacja w Chinach, niemal na wiarę biorąc oficjalne przekazy. Zdobywanie lepszej orientacji współzachodziło ze staraniami o poszerzenie przestrzeni własnej swobody, wpierw dość „na oślep”, potem z coraz większą empatią wobec osób, które mogły ponosić represje owych cudzych starań.

Verdier opisuje ponadto swoje – lekkomyślne podejmowane – podróże na prowincję, na tereny zamieszkiwane przez mniejszości etniczne, nawet nie tyle zmarginalizowane co spisane na straty czy metodycznie wyniszczane. Zauważmy, iż w czasie chińskiej dekady „pasażerki ciszy” światowa opinia publiczna była już poruszona wiedzą o prześladowaniach Tybetańczyków. Dzięki działalności XIV Dalaj Lamy była to tematyka poruszana na forach poświęconych obronom praw człowieka, tylko bądź samej Verdier nieznana, bądź celowo przez nią pomijana. Malarka do dzisiaj zachowuje dobre kontakty z Chinami (ergo chińskimi władzami), i może z rozmysłem unikać w swych publikacjach tematów klasyfikowanych przez Chiny jako kontrowersyjne.

Xinran z kolei interesująco balansuje pomiędzy rejestrowaniem historii jednostkowych a ogólnospołeczną a nawet polityczną skalą systemowych represji. Z pozoru jest idealistką, ale jej umocowanie zawodowe daje jej pewną moc sprawczą. Zresztą gdy Verdier podróżuje po terenach, w których zachowały się specyficzne zwyczaje, widzi jedynie folklor i popełnia gafę za gafą, co pociąga za sobą dość poważne konsekwencje… dla osób jej towarzyszących. Kiedy zaś Xinran jedzie do biednej osady na Wzgórzu Wołania, robi to w ramach pewnego rodzaju konwoju pomocowego. Chodziło tam wprawdzie o – pardon, taka idea przyświecała misji – cywilizowanie zakątków zapomnianych przez rewolucję, jednak Xinran jest pokorną obserwatorką, niezostawiającą za sobą zgliszcz.

Polaryzacja, to jest pochwała postawy Xinran i deprecjacja Verdier, byłaby niesprawiedliwa, tu potrzeba balansu. Jednak od strony podejścia życiowego Pasażerka ciszy budzi więcej moralnych oporów. Dodajmy, że autorka pojęła się później pracy w ambasadzie, z jednej strony legitymizując chiński porządek świata, z drugiej podkopując go swoimi niekonwencjonalnymi działaniami, sprawiając kłopoty osobom trzecim. Po upływie zatrudnienia w służbach dyplomatycznych powróciła do Francji i poświęciła się malarstwu.

Wnioski z obu lektur nie mogą być odkrywcze: Chiny to kraj kontrastów. Rozwarstwienie i nierówności społeczne były bolączkami i przed Mao Zedongiem, i za rewolucji kulturalnej w późnych latach 1960., i po jej najcięższej fali, i po otwarciu się na kapitalizm, przy czym dojmująco brakuje krytyki niesprawiedliwości, i przeciwdziałania jej. Pierwszym krokiem ku temu może być rozpoznanie tematyki, na przykład próba diagnoz opartych na herstoriach (choć przyznam, że bardzo nie lubię tego terminu). Xinran wyszła z nimi ku odbiorcy zachodniemu, po tym, jak wzbogaciła swą perspektywą poznawczą udziałem w życiu społeczeństwa demokratycznego i przynajmniej w pewnej mierze starającego się respektować jednostkowe prawa i wolności. Daleka od mitologizacji i pseudomistycznych uniesień, wypowiada się w sprawach zasadniczych, porusza świadomość czytelników. Nie kieruje się marzeniem o samorozwoju, ale jak najlepiej rozumianym interesem zbiorowym.

Przywołajmy słynne słowa bell hooks dotyczące akademickich narracji werbalizujących przeżycia podmiotów podporządkowanych obcej sobie władzy ekonomicznej, przekształcającej się we władzę retoryczną i ideową: „No need to hear your voice when I can talk about you better than you can speak about yourself”*. Xinran nie ukazuje „dobrych kobiet z Chin” z pozycji swej wyższości. Jest jedną z nich, jej własna historia jest również wstrząsająca. Dostała szansę, by stać się rzeczniczką „głosów z ukrycia” (tak – przypomnijmy – brzmi podtytuł książki), i szansę wykorzystała.

Paulina Szkudlarek

Xue Xinran, Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia, przeł. z angielskiego Katarzyna Kulpa, W.A.B., Warszawa 2008.
Fabienne Verdier, Pasażerka ciszy. Dziesięć lat w Chinach, przeł. Krystyna Arustowicz, W.A.B., Warszawa 2007.

*Cytowany artykuł bell hooks ukazał się pod tytułem Margines jako miejsce radykalnego otwarcia w przekładzie Ewy Domańskiej, w „Literaturze na Świecie” nr 01-02/2008.

Data wpisu: 26 listopada, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Lesbijski seks wykańcza kobiety

Mężczyźni znoszą to lepiej.

Biseksualne kobiety częściej popadają w alkoholizm i depresję niż biseksualni mężczyźni – przekonują badacze z amerykańskiego George Mason University w stanie Wirginia.

SL Lesbijski seks wykańcza kobietyNaukowcy z tej uczelni przeprowadzilibadanie, wykazując różnice w presji psychicznej wywieranej na biseksualnych osobach przez ich styl życia. Ryzykociężkiej depresji i picia alkoholu w nadmiarze są równie wysokie, gdy chodzi o biseksualne nastolatki. Gdy osoby takie wchodzą w wiek dorosły, pojawia się dysproporcja.

Dorośli mężczyźni łatwiej znoszą psychiczny ciężar uprawiania seksu z kobietami i innymi mężczyznami. Panie lesbijski seks wykańcza - zauważa pinkpaper.com.

Co ciekawe, problemy dotyczą tylko kobiet i mężczyzn którzy nie są jednoznacznie określeni. Raport z badania opublikowano w piśmie “American Journal of Public Health”.


Data wpisu: 23 listopada, 2011 autor wpisu: Sfora  |  Komentowanie nie jest możliwe

Kaprysik. Różą haftowana recenzja (Mariusz Szczygieł, „Kaprysik. Damskie historie”)

Kaprysik to taka mała odskocznia od rzeczywistości. Coś, co pozwala nie tylko wytrzymać trudy i cierpienia dnia codziennego, ale też coś, co wg stereotypów płciowych niejako ucieleśnia kobiecość. Kaprysik to domena istoty nieobliczalnej, irracjonalnej, a także – kogoś, kto nie jest traktowany poważnie przez otoczenie i najbliższych, kogo ewentualny bunt przeciwko jakiejś formy opresji nie będzie brany pod uwagę. Kaprysik to zatem autoterapeutyczny gest osoby całkowicie zrezygnowanej, a może raczej pogodzonej z faktem, że z rzeczywistością nie wygra.

Książka Mariusza Szczygła wygląda jak mały pamiętnik nastolatki, ale takiej z początku dwudziestego wieku – różowy tomik w róże wyglądające na wyhaftowane na materiale. Chciałoby się powiedzieć, że to infantylny, kiczowaty, pseudoromansowy look, ale to zdecydowanie gra z konwencją. Przecież od dawna mamy świadomość, że niewinni, niesplamieni kulturą popularną i przyjemnością kiczydeł, co to oddychają tylko kulturą wysoką, nie istnieją. A jeśli nawet, brokat im na drogę. Poza tym Mariusz Szczygieł nigdy nie dyskryminuje żadnej formy autoekspresji, żadnej narracji. Być może to porównanie wyda się komuś nadużyciem, ale pomyślałam sobie, że Szczygieł jest Michaśką Literatką reportażu, a dokładniej, odwróceniem, którego wymaga serce mistrza gatunku. Tam gdzie Michaśka błyszczy i lśni cudowną ironią, cynizmem, autokreacją, Mariusz Szczygieł doprowadza własną przezroczystość i empatię do poziomu, w którym myślę, że albo ma serce z kamienia, skoro się nie roześmiał, albo może to ja już jestem taka straszna, że sikam na wszystkie groby i zastrzeliłam matkę Bambiego. Szczygieł do absolutnej perfekcji doprowadził swoją umiejętność słuchania i zadawania pytań, które zachęcają rozmówcę czy rozmówczynię do kontynuowania opowieści o życiu choćby najbardziej szalonej.

W tym krótkim tomiku mamy 6 opowieści o kobietach, 6 historii czyichś tajemnic i osobistych kaprysików. Wszystkie ukazały się pierwotnie w różnych numerach „Wysokich Obcasów”.

Podobno pomysł na zredagowanie „Kaprysiku” powstał, gdy autor poznał dzieło pani Janiny Turek, której rodzina po jej śmierci odkryła ponad 700 zeszytów z drobiazgowo i obiektywnie opisanymi faktami z każdego dnia – kto kogo spotkał (z pełnymi nazwiskami), kto kogo odwiedził, jakie było menu, jaki prezent otrzymało się od kogoś lub komuś podarowało, etc. Absolutnie fascynująca wyliczanka samych faktów, nie zawierająca żadnych informacji o politycznych aktualnościach, zero wzmianki o emocjonalnych przewrotach czy ważnych zmianach w życiu pani Janiny. Same skrupulatnie posegregowane dane, liczby, rzeczowe opisy.

Już przy pierwszym reportażu pięknie rozkwita cecha charakterystyczna pisarstwa Szczygła. Nie definiuje, nie ocenia opisywanych zjawisk, fenomenów, zawsze pozostawia to czytelnikowi. Robi to nie sugerując niczego, raczej – dyskretnie i niemal niezauważalnie prowadzi całą opowieść tak, by i czytelnik powstrzymał się od krytyki. Prowadzący talk show „Na każdy temat” wiele lat temu umieścił poprzeczkę na tyle wysoko, że żaden inny polski talk show do tego poziomu nawet się nie zbliżył. Szczygieł poruszał tematy tabu dla polskiego społeczeństwa i robił to z wielkim taktem, okazując empatię rozmówcom.

…Kaprysik kaprysikowi nierówny. W niektórych reportażach kaprysik przejawia się jako niegroźne hobby w postaci pozowania do zdjęć w odpowiednio wymyślonej i zaprojektowanej scenografii, w innych to niemal metodyczna autoterapia pozwalająca znieść trudy codziennego życia. Szczygieł właściwie zawsze jako komentarz, na który sobie pozwala, wybiera albo słowa bohaterki danego tekstu, albo opis kolejnego faktu, który w jakiś sposób podsumowuje całość. Wszystkie teksty są zilustrowane fotografiami z prywatnych archiwów bohaterek reportaży. Wśród zdjęć znajdujemy niezapomniane ujęcie portretujące Mariusza Szczygła z jedną z pań, jako leśnego, bardzo zielonego elfa. Bardzo dla dorosłych.

Słuchać – prosta rzecz. Wystarczy nie krzywić się, że czyjeś życie nie jest takie, jakbyśmy chcieli.
(Pisanie – czyli zajmowanie ludziom czasu – jest już o wiele trudniejsze),

pisze Szczygieł na stronie ósmej. Stara się zatem jak najpełniej oddać głos swoim rozmówczyniom. Chyba najwięcej pracy wymagał od niego ostatni reportaż „Serial na dwa długopisy”, w którym przedstawia czytelnikom i czytelniczkom wybrane fragmenty ponad pięćdziesięcioletniej korespondencji dwóch przyjaciółek. Wychodzi z tego nie tyle dialog bliskich sobie osób, które zwierzają się zarówno z drobiazgów, jak i najtrudniejszych przeżyć, ale dwa monologi, które kończą się zupełnie różnym spojrzeniem na przyszłość i gorzką konstatacją, iż ich życie niejako zostało zmarnowane przez oddanie się bliskim.

Najciekawszym dla mnie tekstem, jest pierwszy reportaż zatytułowany „Reality” i dotyczy wspomnianej już, nieżyjącej krakowianki, pani Janiny Turek. Opisując pozostawione przez nią dzieło, czyli kilkaset zeszytów z drobiazgowym opisem najbardziej namacalnych fragmentów codzienności, Szczygieł zastanawia się nad jego możliwymi interpretacjami. Odrzuca od razu narzucającą się niemal i prostacką w swej brutalności diagnozę, iż podłożem powstania tak niesamowitej liczby zapisków była nerwica natręctw, ponieważ zachowanie i osobowość pani Turek przeczyła jej. Przypomina sobie pisma Jolanty Brach-Czainy, która w „Szczelinach istnienia” (PIW, Warszawa 1992) upatruje w codziennej krzątaninie twórczą pracę okiełznania chaosu i przemijania. Być może to jest jeden z lepszych tropów dla zrozumienia treści zeszytów pani Turek, która nigdy nie pisała o sobie ani o swoich czy cudzych emocjach, ale Szczygieł tego nie przesądza.

Ludzie pisali dzienniki z różnych powodów. Lechoń notował wydarzenia dnia w celu autoterapii. Tomasz Mann – gdyż lubił „przytrzymać uciekający dzień”. Fernando Pessoa – bo chciał „swoje życie uczynić własnością ludzkości”, a jego bohater księgowy Soares – bo „lepiej jest pisać, niż odważać się żyć”. Gombrowicz pisał dziennik, by „rozwiązać swój największy problem – ja”. Tyrmand chciał poprzez dziennik „sprawdzenia siebie, co jest klasycznym pożądaniem wyrzuconych na margines życia”. Dla Pascala zaś skrupulatne notowanie codziennych zdarzeń było „stylem, w jakim powoli umiera przeszłość”.
Powodu, dla którego pisała Janina Turek, nie znamy (s. 27).

Z czasem, w którym córka pani Turek, pani Ewa, przekopywała się przez literacką spuściznę po matce, wyszło na jaw, że autorka ponad siedmiuset zeszytów pisała o sobie, w osobistym tonie w pocztówkach, widokówkach, nigdy nie wysłanych, zachowanych tylko dla niej samej. Krótkie, starannie wyważone zdania, pełnie niewyrażanych w żaden inny sposób emocji, są precyzyjnymi kreskami w autoportrecie Polki melancholijnej, która czarną żółć przeznaczyła na zapisanie jednocześnie najbardziej i najmniej trwałych okruchów życia.

Mariusz Szczygieł w krótkim wstępie do sześciu reportaży składających się na „Kaprysik” napisał, że jego przyjaciółka Zofia Czerwińska doskonale opisała ludzką nieskończoną żądzę zmiany swojego życia jednym zdaniem – „Najlepsze miejsce na namiot jest zawsze trochę dalej” (s. 8). Brzmi jak trawestacja powiedzenia, iż trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie miedzy. Kaprysiki bohaterek reportaży pokazują raczej, że kobiety nawet jeśli widzą, że lepsze miejsce na namiot jest trochę dalej, to potrafią zmienić się na tyle, by dane im miejsce stało się najlepszym z możliwych.

Sławomira Raczyńska

Mariusz Szczygieł, Kaprysik. Damskie historie, Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2010. Wszystkie cytaty i odniesienia pochodzą z tej edycji.

Data wpisu: 22 listopada, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Poruszenie kobiet kochających kobiety

Seans filmu Drugie życie Lucii w reżyserii Stefano Pasettoi dyskusja o niewidoczności w społeczeństwie kobiet kochających kobiety. Takspędziłyśmy i  spędziliśmy wieczór 16listopada 2011r. Ogromnie zaskoczyła nas, a jednocześnie bardzo ucieszyłafrekwencja. Na środowe spotkanie przybyło ok. 70 osób.

 Poruszenie kobiet kochających kobiety
Już na początku rozmowy prowadzonej przez MałgorzatęSkowrońską z Instytutu Socjologii Uniwersytetu w Białymstoku i Annę Kozicką zGrupy IRIS pojawiła się kwestia kobiecej miłości do kobiet w odniesieniu dopierwszego skojarzenia – “lesbijka”. Jednak, jak pokazała historia głównychbohaterek “Drugiego życia Lucii”, ale i według tego, o czym była mowa podczasnaszego spotkania, bliskiej relacji dwóch osób tej samej płci nie możnarozpatrywać wyłącznie w kontekście tożsamości psychoseksualnej.
Kobieta w życiu publicznym – polityce, instytucjach,organizacjach pozarządowych, mediach; oraz kobieta w życiu prywatnym,rodzinnym. Jej miejsce w religii i historii. Feministki, gospodynie domowe,kobiety sukcesu, matki, partnerki życiowe. W jaki sposób widoczne są w tychkategoriach kobiety biseksualne, homoseksualne i kłirowe? Czy w ogóle są? Inajważniejsze, czy chcą być widoczne?
Na te pytania, również w porównaniu do sytuacji mężczyzn,starałyśmy i staraliśmy się znaleźć odpowiedzi razem z gośćmi i gościniamipanelu.
Podczas wydarzenia można było również złożyć podpis podprojektem ustawy Tak dla kobiet, czy też zapoznać się z treścią naszego IRISZINA.
Dziękujemy wszystkim przybyłym za obecność i zapraszamy naostatnie już wydarzenie w ramach cyklu RuszaMY LGBTQ w Białymstoku: Żeby życiemiało smaczek? Słodko-gorzka dyskusja o biseksualności, które odbędzie się 24listopada 2011r. o godz. 17:30 w sali nr 48 WydziałuHistoryczno-Socjologicznego UwB.
8536762739109672168 247204473592800549?l=grupairis.blogspot Poruszenie kobiet kochających kobiety


Data wpisu: 22 listopada, 2011 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

To dlatego kobiety zostają lesbijkami

Rodzice popychają dziewczęta w homoseksualizm.

Rozbita rodzina, brak ojca, rodzice żyjący na “kocią łapę” zwiększają szansę na to, że dziewczynka zostanie lesbijką – informuje onenewsnow.com. Szczególnie jeśli jest niewierząca.

To nie genetyka i czynniki biologiczne mają wpływ na to czy dziewczynka będzie miała kontakty homoseksualne. Z naszych badań wynika, że ma na to wpływ jej wychowanie – twierdzi Pat Fagan, dyrektor amerykańskiego Marriage and Religion Research Institut.

239669 9283 To dlatego kobiety zostają lesbijkamiZ badań jego instytutu wynika, że dziewczynki, które wychowują się bez ojca trzykrotnie częściej zostają lesbijkami. W pełnych rodzinach ten współczynnik wynosi zaledwie 4 proc.

Częściej lesbijkami zostają też dziewczynki wychowane przez rodziców żyjących “na kocią łapę”.

Wpływ na późniejsze związki homoseksualne ma także rozwód rodziców, ich drugie małżeństwo czy wychowywanie przez samotnego rodzica.

Gdyby o tych skłonnościach decydowała genetyka to liczba lesbijek we wszystkich rodzinach byłaby taka sama – twierdzi Fagan.

Z jego badań wynika także, że religijne kobiety, które co najmniej raz w miesiącu chodzą do kościoła, są mniej narażone na bycie lesbijką niż te, które w ogóle nie praktykują lub nie wierzą w Boga.

 

Od siebie dodamy tylko, że nie wzięto pod uwagę prostej sprawy – dziewczyny z “dobrych” domów mają większy problem ze swoją seksualnością niż pozostałe.
Kościół, socjalizujący nas w kierunku bycia hetero też nie sprzyja nieheteronormatywnej seksualności. To nie znaczy, że dana osoba nie jest lesbijką – może się tak nie określać.


Data wpisu: 21 listopada, 2011 autor wpisu: Sfora  |  Komentowanie nie jest możliwe

Te kobiety zarabiają najwięcej

Chyba, że wcześniej były mężatkami…

Amerykańscy badacze postanowili zbadać jaki wpływ na zarobek kobiet ma pozostawanie w związku małżeńskim. Okazało się, że najlepiej być lesbijką – to one zarabiają najwięcej- informuje indianexpress.com.

877750 32688408 Te kobiety zarabiają najwięcejZ danych uzyskanych podczas Narodowego Spisu Powszechnego wynika, że lesbijki, które nigdy nie pozostawały w związku małżeńskim zarabiają o 7,5 proc. więcej niż panny. Ich zarobki są też o 9,6 proc. wyższe niż wynagrodzenia rozwódek i o 5 proc. wyższe niż mężatek.

Co ciekawe, zarobki lesbijek, które kiedyś miały mężów nie różnią się zasadniczo od płac mężatek ipanienSą jednak o 2,3 proc. wyższe niż zarobki rozwódek.


Data wpisu: 20 listopada, 2011 autor wpisu: Sfora  |  Komentowanie nie jest możliwe

Julia Child, współpraca: Alex Prud’Homme, „Moje życie we Francji”

Kiedy na początku najnowszego filmu Woody Allena O północy w Paryżu poznajemy Strasznych Amerykańskich Przyszłych Teściów głównego bohatera (granego przez Owena Wilsona), miałam wrażenie, że rozpoznaję w nich współziomków Julii Child, których spotykała podczas swoich pobytów w Europie. Autobiograficzną książkę Julii Child (autorki żyjącej w latach 1912-2004) i najnowszy film Allena łączy nie tylko to, że akcja obu opowieści dzieje się w Paryżu. Oboje autorzy za pomocą swoich dzieł niewątpliwie starali się choć trochę przełamać stereotyp prowincjonalnego Amerykanina zapatrzonego w swoją ojczyznę jako raj kompletny i ostateczny. Część bohaterów Allena to ludzie aroganccy, nieprawdopodobnie ignoranccy, niewidzący niczego poza ukochanymi Stanami Zjednoczonymi, niemający kompletnie pojęcia o jakichkolwiek ideach intelektualnych – bardzo przypominali niektórych znajomych Julii, a także jej ojca, z którym Julia przez całe życie nie była w najlepszych stosunkach. O ile Allenowi nie udaje się jednak wyjść poza pretensjonalne uniki i popadanie w jeszcze gorsze stereotypy, Child znakomicie prezentuje się jako otwarta i chłonąca nowości nowoczesna kobieta. Co istotne, widzimy, jak ona sama wyzbywała się stereotypowych przedsądów: „(…) za sprawą artykułów w „Vogue” i hollywódzkich filmów, skłonna byłam sądzić, że Francja to kraj elegantów, gdzie wszystkie kobiety są filigranowymi i wytwornie ufryzowanymi złośliwymi stworzeniami, a wszyscy mężczyźni dandysami à la Adolphe Menjou, którzy raz po raz podkręcają wąsa, podszczypują dziewczęta i spiskują przeciwko amerykańskim prostaczkom” (s. 21, pisownia oryginalna).

Ale skąd w ogóle wspomnienia Julii Child w moich lekturach?

…Kiedy tylko poczujemy zmęczenie myślą, że jedzenie stało się gigantycznym przemysłem, w którym przyjemność smakowania, biesiadowania zanika na rzecz wyliczania wartości odżywczych przez dietetyków i gaży dla gwiazd kucharzenia, które nie zawsze gotują naprawdę, warto spojrzeć na początki obecności programów kulinarnych w telewizji, na czas, gdy przepisy kuchenne były często tajemnymi recepturami, i jedynie kucharze i kucharki znali i przekazywali sobie sekrety odpowiednich proporcji, przypraw, ingrediencji i składników. Warto przypomnieć sobie o kimś, dla kogo gotowanie było prawdziwą przyjemnością, pasją, sposobem życia, a nie tylko dochodowym biznesem.

Książki Julii Child nie napisała Julia Child. Za olbrzymi sukces wspomnień Julii odpowiada redaktor jej wspomnień i krewny, Alex Prud’Homme (Julia to jego cioteczna babka). W 2004 roku Julia i Alex zaczęli spotykać się, by spisać wspomnienia Julii z jej ulubionego okresu w życiu, gdy razem z mężem, Paulem Childem, w latach 1948 – 1954 mieszkali w Paryżu i w Marsylii. „Jest to książka o największych miłościach mojego życia: moim mężu, Paulu Childzie, la belle France oraz rozlicznych przyjemnościach gotowania i jedzenia”, czytamy we wstępnych partiach. Początkowo Prud’Homme próbował nagrywać słowa Julii na magnetofon, ale urządzenie rozpraszało ją. Skupił się zatem na spisywaniu jej opowieści, czytaniu listów, które Julia pisała do rodziny i przyjaciół, pracował również z wieloletnią redaktorką książek Julii, Judith Jones, która jako pierwsza dostrzegła potencjał bestsellerowy w projekcie Julii.

Moja pierwsza myśl o książce zredagowanej przez krewniaka Julii sprowadzała się do westchnienia: no tak, spadkobiercy do praw autorskich jej książki zauważyli, że produkt „Julia Child” jest już jedynie kuchennym dinozaurem. Należy więc coś wymyślić, aby produkt stworzyć na nowo, ładniej opakować i sprzedać ponownie. Nie da się wypromować ponownie Julii jako mistrzyni francuskiej kuchni, warto więc przedstawić to, co do tej pory chroniła, czyli prywatność i wspomnienia, pokazać Julię jako człowieka. Hurra, udało się! Kupiłam! Książka, która stanowi efekt współpracy z Prud’Homme, jest znakomitą, napisaną niezwykle lekkim piórem, sympatyczną, ciepłą, pełną ciekawostek i oczywiście przede wszystkim – pasji, opowieścią o szalonym życiu jeszcze bardziej szalonej młodej Amerykanki w Paryżu.

Jestem zatem pod wielkim wrażeniem tego, co wykreował Prud’Homme. Podczas lektury miałam wrażenie, że słyszę głos narratorki – upozowanej po trochę na idealną panią domu z reklam z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych a troszkę na towarzyszkę imprez Holly Gholightly. Zwariowana i jednocześnie świetnie zorganizowana. Pełna energii, z którą przemierza europejskie miasta z uśmiechem, gotowa na niespodzianki, które okiełzna poczuciem humoru i dystansem. Jak jednak było naprawdę? Według Julii Child, kobiety w jej czasach, głównie Amerykanki należące do klasy średniej, nie miały pojęcia o gotowaniu, które w ogóle nie leżało w polu ich zainteresowań. Kupowanie produktów spożywczych i przygotowywanie posiłków to było zajęcie służących i kucharzy. Wiele amerykańskich rodzin w czasach przedwojennych i powojennych, jak wspomina Julia, zatrudniało europejskich kucharzy, którzy często wzorowali się na ideale francuskiej kuchni. Niezdrowe, tłuste i wysokokaloryczne, smażone w dużej ilości tłuszczu jedzenie, które pojawiało się na amerykańskich stołach, wg Julii pochodziło od kucharek afroamerykańskich. Z taktem należnym pogodnej i w miarę beztroskiej rozrywce, w książce nie wspomina się, dlaczego akurat te kobiety znały przepisy głównie na potrawy dostarczające energii ludziom pracującym bardzo ciężko fizycznie.

Wspomnienia Julii Child są absolutnie rozkoszne. Bawi nawet stopień zafałszowania i „słodzenia” obrazów, które – jak sądzę – są dziełem głównie redaktora książki. Przypominam: oto Julia zjawia się z mężem we Francji zaraz po drugiej wojnie światowej, jednak niewiele tam refleksji na temat potworności światowego konfliktu zbrojnego. Właściwie tamta wojna była dla Julii i jej męża egzotyczną przygodą, pracowali razem w Azji (dla armii amerykańskiej na Cejlonie), a potem zjawili się w Paryżu, by nieść Europie pozytywne przesłanie na temat globalnej roli i zasług Stanów Zjednoczonych. Paul, pracownik amerykańskiego urzędu propagandy, był odpowiedzialny za popularyzację i utrwalanie jak najbardziej afirmatywnego obraz swej ojczyzny wśród alianckich sojuszników. Biorąc pod uwagę wspomnienia Julii, w Paryżu na pewno wybrali dobrą drogę zacieśniania przyjaźni amerykańsko–francuskiej zapoznając się z wyśmienitą kuchnią francuską i imprezując z interesującymi osobami. Poznali m. in. małżeństwo Baltrusatisów, zaglądała do nich Alicja B. Toklas, spotykali się z krewnym Hemingwaya, wpadali w restauracjach na Colette, etc., jednak to żadna rewia znanych nazwisk, a wspomnienie autentycznych przyjaciół. Niemal cukierkowa tonacja książki staje się groteskowa, gdy Julia i Paul po pobycie w Paryżu i Marsylii zostają przeniesieni z racji awansu pana Childa do Niemiec – Plittersdorfu. Julia zręcznie omija wszelkie smutne i poważne tematy, skupiając się na słusznej skądinąd uwadze, że absolutnym koszmarem było życie w kopii amerykańskiej prowincji, i że niesłusznie Amerykanie ignorowali miejscową kuchnię, sprowadzając absolutnie wszystko z USA. To zresztą nie był jedynie wybryk starych dobrych czasów. Kiedy czytałam – mniej więcej miesiąc temu – o jakiejś amerykańskiej jednostce stacjonującej w małym polskim mieście, dowiedziałam się, że olbrzymią popularnością wśród Amerykanów cieszyły się pierogi – ich kucharz używał na miejscu w jednostce… amerykańskich jajek w proszku. Nie zdziwiłabym się gdyby sprowadzali ze Stanów również wodę pitną!

Julia na początku boi się „życia w kraju potworów”, jak określa Niemcy. Ale kiedy próbuje miejscowego piwa w Plittersdorfie, a potem wędzonej kiełbasy i kiszonej kapusty, dochodzi do wniosku, że tam, gdzie jest tak dobre jedzenie, zło jest niemal niemożliwe. „Znów nas zaskoczyło, jak bardzo sympatyczni są Niemcy. Usiłowałam pogodzić jakoś obrazy Hitlera i obozów koncentracyjnych z tymi miłymi obywatelami. Czy to naprawdę ci sami ludzie, którzy kilka lat temu pozwolili Hitlerowi sterroryzować świat?” (s. 296). I to mimo pysznej kiełbasy i kiszonej kapusty, sacrebleu! Jednakże fragmenty o pobycie w Niemczech nie są, wbrew pozorom, świadectwem totalnej naiwności czy głupoty Julii. Wydaje się raczej, że na siłę próbowała wydobyć wszystkie pozytywne strony przebywania w małym miasteczku, klonie amerykańskiej „dziury zabitej dechami”. Pobyt w dość smutnym, nudnym i brzydkim miejscu, które na dodatek nie obfitowało w sympatyczne towarzystwo (Julia unikała przebywających tam Amerykanów jak tylko mogła), był niewątpliwie przygnębiającym doświadczeniem. W innych fragmentach książki powściągliwie, ale zdecydowanie krytykuje makkartyzm i „polowanie na czarownice”, które rozpoczęło się w Ameryce w 1950 roku (o tym niżej), chwali liberalizm i ubolewa nad przemianami w amerykańskiej polityce, które doprowadziły wedle niej do pogorszenia stosunków USA z państwami Europy Zachodniej.

Ciekawe są opinie Julii o zatrudnieniu Paula, który jako pracownik propagandy dbał o PR USA w Europie i przygotowywał grunt do wprowadzenia Planu Marshalla. Kiedy organizował z amerykańskim attaché kulturalnym rozmaite wystawy sztuki współczesnej, „musiał być zarazem dyplomatą, panienką lekkich obyczajów i łobuzem, bo tylko taka kombinacja pozwalała skutecznie lawirować między diametralne różnymi stylami francuskiej i amerykańskiej biurokracji” (s. 144). Paul nazywał Amerykanów „panienkami Planu Marshalla”. Czytamy o zderzeniu dwóch zupełnie innych podejść do życia i organizacji. Właściwie do opisu Francuzów pasuje zestaw cech: indywidualizm, lekceważenie procedur, przepisów, opór stawiany dyktatowi „produktywności i zyskowi”. Według Julii typowy Francuz na sugestie Amerykanów „jak podkręcić kapitalizm”, reagował następująco:

wzruszał ramionami, jakby chciał powiedzieć: „Te wasze pomysły są niezwykle fascynujące, bez wątpienia, ale pracuje nam się dobrze, i to nam wystarcza. Wszyscy zarabiają przyzwoite pieniądze, nikt nie choruje na wrzody. Ja mam czas, żeby pracować nad monografią o Balzaku, a mój brygadzista z pasją hoduje grusze na treliarzu. Właściwie nie mamy ochoty wprowadzać zmian, które nam proponujecie” (s. 144, 145).

I dalej: „Amerykanie nie potrafili nawet wystraszyć Francuzów na tyle, aby ci zmienili swoje stare obyczaje” (s. 146). Tu zapachniało [neo]kolonializmem idźmy więc dalej.

Choć Child wspomina jako najszczęśliwszy okres w życiu czas spędzony w Paryżu i Marsylii, nie zatrzymuje się jedynie na przeszłości i akcentuje, że gdy z różnych przyczyn stało się niemożliwe życie we Francji, poszli z Paulem do przodu.

Co się stało? Praca dla rządu z upływem czasu stawała się dla małżonków Child coraz trudniejsza i coraz bardziej męcząca. Ich cierpliwość wyczerpała się, gdy za McCarthy’ego nastały czasy „polowań na czarownice”, i Paul został wezwany do Waszyngtonu, by zostać poddanym ocenie, czy przypadkiem nie jest homoseksualistą. Wieloletni pracownik wydziału propagandy wybrał się do USA licząc na merytoryczną dyskusję, informację o awansie – cokolwiek, co ma związek z jego pracą. Zamiast tego kazano mu ściągnąć spodnie. Odmówił. W 1955 roku, kiedy przebywali na placówce w Niemczech, Paul dostał nagłe wezwanie do Waszyngtonu. Na miejscu okazało się, że wezwano go na przesłuchanie, które trwało cały dzień i część wieczoru – przesłuchiwali go agenci z Biura Bezpieczeństwa USIA (The United States Information Agency). Jak się wyjaśniło, ktoś napisał donos oskarżający Paula o zdradę i homoseksualizm. „(…) ten haniebny epizod zostawił niesmak i na zawsze zapadł w pamięć. Co się stało z Ameryką? Skutki polowania na czarownice nie ominęły naszych przyjaciół i kolegów z pracy. McCarthy rujnował ludziom kariery, a nieraz całe życie” (s. 302).

Pomijając towarzyskie i polityczne tło książki Prud’Homme’a i Julii, bardzo interesujące jest podejście Julii do tematyki kulinarnej. Jak już wspomniałam wyżej, pani Child podkreśla niejednokrotnie, że jej rówieśnice i znajome z Ameryki w ogóle nie interesowały się gotowaniem, ani dobrą kuchnią, bazującą na produktach dobrej jakości, które wybrało się samo, najlepiej na pobliskim targu. Kiedy Julia postanowiła, że nauczy się gotować, zrobiła wszystko. by swoje marzenie urzeczywistnić. Zdecydowała się na podjęcie nauki w słynnej od wieków (a dokładniej – od wieku XVI!) szkole Cordon Bleu, została potraktowana jak intruz i amerykański barbarzyńca, i z racji tegoż nie włączono jej do głównej grupy uczniów a dołączono do grupki mężczyzn która chciała poznać głównie podstawy gotowania. Niemniej jednak szkoliła się pod okiem mistrza kuchni, Maxa Bugnarda. Nie wspomina, by udało się jej wtedy zwerbować swoje amerykańskie znajome do wspólnego gotowania. Sama nauka bywała frustrująca głównie z powodów organizacyjnych. Złe zarządzanie finansami i brak chęci zainteresowania szkołą szerszego grona, które wykazywała ówczesna szefowa Cordon Bleu, sprawiały liczne nieprzyjemności. Niemal codziennie szwankowało zaopatrzenie i brakowało podstawowych produktów gastronomicznych na zajęciach (jak np. pieprz i sól!). Brak dbałości o stan budynku, w którym odbywały się zajęcia szkoły Cordon Bleu przyczynił się do tego, że psująca się kuchenka czy brak prądu bywały tam częstymi atrakcjami. Kolejną przeszkodą, której Julia musiała stawić czoło, była niechęć szefowej szkoły do niej jako Amerykanki. Dyrektorka Cordon Bleu wymyślała rozmaite przeszkody, by tylko Julia nie podeszła do egzaminu końcowego – ostatecznie Julia zdała go za drugim podejściem, tylko i wyłącznie dzięki swojej determinacji i licznym listom krytykującym postawę prowadzącej szacowną placówkę edukacji kulinarnej. Trzeba przyznać, że to bardzo interesujący opis słynnej obecnie na cały świat szkoły, która wtedy z całą pewnością potrzebowała reorganizacji w duchu nowego kapitalizmu. Z całą pewnością obywatelstwo jakiegokolwiek kraju nie jest obecnie przeszkodą, by podjąć tam naukę – najważniejsze, by uiścić opłaty. Obecnie Cordon Bleu szczyci się tym, że szkoliła się u nich Julia Child!

Czyż nie jest to najlepsza zachęta dla pasjonatów gotowania z USA?
Dla Julii chęć poznania francuskiej szkoły gotowania było częścią jej ogólnego, otwartego, liberalnego podejścia do świata. Przybyła do Europy karmiona nieprawdopodobnymi opowieściami na temat jej mieszkańców, jakie snuł jej ojciec (Europejczycy są ciemni i brudni, w dużym skrócie), zagorzały republikanin, filantrop, niestety o bardzo ograniczonym horyzoncie poznawczym. Julia wspomina go często jako bardzo hojnego i dobrego człowieka, ale też jako swego adwersarza światopoglądowego pod niemal każdym względem. Cierpiała nie mogąc zarazić go swoją radością życia i poznawania nowych miejsc i smaków. Julia przybyła z Paulem po to, by poznawać Paryż, Francję, by mieszkać jak Francuzi – wynajęli mieszkanie we francuskiej kamienicy (zatrudnili francuską służącą głównie dlatego, że „tak wypadało”), walczyli ze wszelkimi niedogodnościami, jakie się z tym wiązały, by wspomnieć choćby o braku porządnego ogrzewania – zimą trzeba było siedzieć w mieszkaniu w kurtce, ciepłych butach i rękawiczkach.

Zabawne są anegdoty o rozmaitych lapsusach językowych popełnianych przez Amerykanów we Francji. Od niewymawialnego paryskiego adresu państwa Child

Zbitka słowna „rue de l’ Université 81” okazała się trochę za dużym wyzwaniem dla naszych narządów mowy, więc nasz nowy dom szybko stał się „Ru de Lu” (s. 48)

po perypetie siostry Julii, Dort, która

dla komunikacji międzyludzkiej zdolna była zrobić wszystko (…). Dort z całą powagą usiłowała zapytać (fryzjera – dop. S.R.): „Czy obetnie mi pan włosy przed myciem, czy potem?”, ale wyszło: „Czy obetnie mi pan konie przed grzybem, czy po nim?” (s. 72).

Kiedy Julia ukończyła Cordon Bleu i spędziła trochę czasu w Marsylii, zaczęła myśleć o wydaniu na rynek amerykański książki o francuskiej kuchni. Przez kilka lat razem z dwiema współpracownicami – Simone Beck i na początku, z Louisette Bertholle, która później wycofała się projektu, opracowywała i doskonaliła przepisy. Warto odnotować, że wtedy, jak twierdzi Julia, praktycznie nie istniał spisany pewny przepis na np. majonez czy croissanty. Brakowało dokładnych wytycznych, określenia, jakie mają być dokładnie proporcje składników, jaką mają mieć temperaturę, co skąd brać. Dla Julii każdy przepis był potencjalnym polem doświadczalnym, ponieważ porównywała wszystkie składniki, których używała we Francji, i które można było dostać w Europie, z amerykańskimi. Odkrywała np. różnice w mące, oczywiście różnice w metryce, a także zetknęła się z tym, że w Ameryce wielu składników nie można było nigdzie dostać – np. …śmietany! Nawet gdy w 1961 r. ostatecznie książka została opracowana jako grube, ponad 700-stronicowe tomiszcze, gdzie każdy przepis krok po kroku został sprawdzony, zmodyfikowany i bardzo dokładnie opisany, wydawcy, z którymi wtedy autorki prowadziły wstępne pertraktacje, nie kwapili się, by to wydać. Twierdzili, że to pozycja zupełnie anachroniczna i zbyt trudna dla przeciętnego amerykańskiego czytelnika. Według wydawców wszyscy chcieli prostych i szybkich przepisów, które w dodatku można było przygotować w cudzie nowoczesnej kuchni – mikrofalówce. Dopiero po kolejnej długotrwałej i pracochłonnej redakcji (przy której pracowała też wspomniana Judith Jones), Mastering the Art of French Cooking, dzieło Julii i jej przyjaciółek zostało wydane i szybko stało się wielokrotnie wznawianym bestsellerem. Julia, wysoka i elegancka (miała 187 cm wzrostu, na zdjęciach i filmach wygląda dość komicznie, kiedy nachyla się nad współpracownikami niczym żeńska wersja Guliwera w krainie Liliputów) trafiła też do telewizji – były to pierwsze show kulinarne w historii! Nikt nie miał pojęcia, jak to powinno wyglądać. Programy emitowano na żywo! Bardzo często gdy Julia przybywała na plan zdjęciowy, odkrywała, że nie przygotowano niczego, o co prosiła – często musiała radzić sobie w dość ekstremalnych warunkach np. z niemal niedziałającą kuchenką, czy bez produktów kulinarnych. W przeciwieństwie do tego, co znamy z dzisiejszych programów kulinarnych, telewizyjna kuchnia nie przypominała sterylnego laboratorium ani pomieszczenia w salonie meblowym.

Nie znam filmu Julie i Julia Nory Ephron (2009), gdzie w naszą bohaterkę wcieliła się Meryl Streep. Jednak na YouTube można obejrzeć archiwalne audycje The French Chef (polecane linki znajdują się poniżej!). Kiedy je oglądałam, zastanawiałam się, czy razi mnie oczywista anachroniczność i rozbrajająca spontaniczność powiązana z epizodami kiedy pasja przerosła możliwości bohaterki (można być pewnym, że dziś nikt nie zaangażowałby biednej Julii do telewizji!), czy raczej fakt pokazania, jak gotowanie „tak po prostu” wygląda. Nie jest czynnością sterylną, zupełnie prostą i nie wychodzi doskonale, jak widzimy to w dzisiejszych programach. W gotowaniu bądź co bądź chodzi też o wiedzę i mnóstwo pożytecznych informacji, a te Julia zawsze przekazuje. Aktualnymi pozostaje wiele jej rad, choćby ta, by zaopatrywać się w warzywa, nabiał czy nawet mięso na lokalnym targu, by popierać miejscowych wytwórców żywności, a także by w miarę możliwości założyć własny mały ogródek z warzywami! Poza tym jak mawiała „nigdy nie przepraszaj w kuchni” – nawet jeśli coś się nie uda, pozostali powinni docenić trud gotującej osoby!

Prywatna kuchnia Julii była urządzona i zaopatrzona po stokroć lepiej, niż ta, z której zmuszona była korzystać w studio telewizyjnym. We Francji podczas nauki w Cordon Bleu Julia nabyła niesamowitą ilość gadżetów kuchennych. „Tu i tam poupychane były moje narzędzia specjalistyczne: miedziany rondel do rozpuszczania cukru, długie igły do natłuszczania pieczeni, owalna, szylkretowa łopatka do przecierania składników przez tamis, sito, stożkowe sitko nazywane chinois, patelenki używane wyłącznie do smażenia naleśników, formy do tart, rzeźbione z drewna klonowego łopatki do mieszania i niezliczone ciężkie miedziane pokrywki z długimi żelaznymi rączkami. Moja kuchnia dosłownie lśniła od gadżetów. A ja nigdy nie miałam dość” (s. 111). Wśród wyjątkowo rzadko spotykanych przyborów królował na pewno wielki i potwornie ciężki marmurowy moździerz służący do przygotowania jednego tylko dania – quenelles de brochet, utłuczonego i ugotowanego szczupaka, przetartego następnie przez sito i ubitego ze śmietaną nad miską z lodem.

Julia doskonaląc się jako we francuskiej kuchni (na marginesie: jej mąż Paul też dobrze gotował, w dodatku doskonale znał się na winach) oczywiście nie przejmowała się jakimiś tam dietetycznymi ograniczeniami. W ich menu masełko, pieczone mięsiwa i orgiastyczne desery przybierały gargantuiczne rozmiary, co nierzadko odbijało się na ich zdrowiu. Czasem nawet wspominali coś o konieczności walki z brzuszkami. Nigdy jednak nie poświęcili się bezużytecznej ascezie i kiedy tylko mogli, oddawali hołd pysznościom.

Co ciekawe, (jak zauważa choćby recenzent filmu na stronie Filmwebu, Julia Child ze swoją pasją, która w tradycyjnym ujęciu świata jest zajęciem typowo kobiecym, wkroczyła w świat praktycznie zarezerwowany dla mężczyzn. To mężczyźni byli i najczęściej nadal są utytułowanymi kucharzami, mężczyźni są smakoszami i recenzentami kulinarnymi, ogólnie rzecz ujmując, są na stanowiskach gdzie jest kasa i szacunek, a reszta może zmywać gary po gotowaniu. To zabawne, i już dawno odnotowane przez feministki choćby z pokolenia Julii, że tradycjonaliści chcą widzieć miejsce kobiety w domowej kuchni, ale już kobieta zarządzająca np. restauracją, jest już mniej mile widziana, a przynajmniej było tak w czasach prezenterki The French Chef. Jednak Julia w ogóle o tym nie wspomina. Mam wrażenie, że jako żona liczącego się dyplomaty amerykańskiego, w czasach gdy międzynarodowa sytuacja polityczna USA była bez porównania silniejsza niż obecnie, pokonywała wiele przeszkód – formalnych i nieformalnych – dzięki swojej pozycji. Nie wyobrażam sobie, by np. jej przyjaciółki, z którymi współtworzyła książkę, były zaproszone do telewizji, by poprowadzić program kulinarny. Co zabawne, kiedy razem z Simcą, jedną ze współautorek książki udzieliły razem wywiadu, Julia wspominając go podkreśliła, iż Simca źle radziła sobie w telewizji. Jak niewiele trzeba, by poczuć się celebrytką!
Z całą pewnością Prud’Homme’owi udało się wykreować portret Julii, którą chyba każdy chciałby poznać, i z którą chciałby porozmawiać, o wspólnym gotowaniu nie wspominając! Jej energia, pasja życia i zaangażowanie w tematy kulinarne sprawiają, że książkę czyta się z dużą przyjemnością, choć zgrzytem jest końcówka, w której wyraźnie czuje się, że wiele ze wspomnianych epizodów najchętniej nie byłoby w ogóle poruszanych, przede wszystkim – choroba i śmierć Paula, najbliższego jej człowieka czy dość burzliwa przyjaźń z jedną z współautorek książki – Simone Beck. Bon apetit, którego życzyła często Julia na zakończenie swoich programów kulinarnych, na pewno nie dotyczy tylko jedzenia, ale przede wszystkim – życia!

Sławomira Raczyńska

Julia Child, współpraca: Alex Prud’Homme, Moje życie we Francji, przeł. Anna Sak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010. Wszystkie cytaty i odniesienia pochodzą z tej edycji.

Julia i homary

Julia i croissanty

Data wpisu: 14 listopada, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Historia kobiety, która marzy o tym, żeby być mężczyzną.

2509 1020370803038 1638222763 54709 7808494 n 194x300 Historia kobiety, która marzy o tym, żeby być mężczyzną.
Jan-Olov Madeleine Ågren

Jan-Olov Madeleine Ågren fot. archiwum prywatne

Jak to jest, urodzić się kobietą, tak zostać wychowaną, a czuć się mężczyzną? Czy można przez całe życie udawać kogoś, kim się nie jest? Jak stworzyć udany związek, jak uprawiać seks? Nie mówi się o cierpieniu osób, które chcą zmienić swoją płeć. Lepiej nazywać takich ludzi odmieńcami, zboczeńcami albo jeszcze inaczej. Tak jakby to była ich wina…

Nigdy nie byłam typową dziewczynką. Zamiast bawić się lalkami, włóczyłam się z bratem i jego kolegami. Grałam z nimi w piłkę, podpalałam papierosy, potem chodziłam na piwo. Nie miałam żadnej przyjaciółki, nie byłam w stanie porozumieć się z dziewczynami w klasie i szkole. Nigdy się nie malowałam. Wszyscy mówili, że kiedyś dojrzeję i będę bardziej kobieca. Nie udało się. Po wielu latach walki z samą sobą wiem, że powinnam być mężczyzną…

Kobieta zmienną jest? A jednak nie!

Moment oświecenia.

Kiedyś w końcu zaczęłam się zastanawiać, co jest ze mną nie tak. Zaczęłam się za bardzo różnić od innych dziewczyn. Czułam się strasznie wyobcowana i nierozumiana. Starzy koledzy odsuwali się ode mnie po nieudanych próbach romansowania. Każdy dostawał kosza i znikał. Zostałam zupełnie sama. Żeby wypełnić pustkę zaczęłam pisać bloga. Czytałam też mnóstwo stron pisanych przez ludzi podobnych do mnie. Tak dowiedziałam się o transseksualizmie. Na początku wydawało mi się to absurdalne – ja miałam być transseksualistką? A potem wszystkie elementy układanki zaczęły do siebie pasować. I byłam już pewna – że chcę być mężczyzną.

Życie to jest teatr…

Każdego dnia muszę udawać. Zakładam maskę kobiety niezależnej i silnej, która nie szuka związków. Nadal jestem dziewicą i nie wyobrażam sobie, że to mogłoby ulec zmianie. Po prostu nie chcę i wolę nawet o tym nie myśleć. Wiem, że powinnam być mężczyzną – że w głębi serca jestem nim od zawsze. Serce podpowiada mi wyraźnie, kim jestem. Mężczyzną uwięzionym w cielekobiety. Nikt z rodziny jeszcze o tym nie wie, rozmawiam o tym tylko ze znajomymi w sieci, dzięki czemu wiodę pozornie poprawne i normalne życie. Ale już wkrótce to ulegnie zmianie, bo zdecydowałam się na operację zmiany płci. Za kilka dni zacznę terapię hormonalną, muszę też uporządkować pewne sprawy od strony prawnej. A przede wszystkim muszę przygotować na to rodzinę. Trzymajcie za mnie kciuki, bo bardzo się boję! Nie jestem nienormalna – chcę być wreszcie szczęśliwa. Nie chcę nigdy więcej udawać…
http://balala.pl/artykul/382-historia_kobiety_ktora_marzy_o_tym_zeby_byc_mezczyzna


Data wpisu: 15 października, 2011 autor wpisu: Balala  |  Komentowanie nie jest możliwe

Gdzie te kobiety?

25189 chavela 300x219 Gdzie te kobiety?Przeczytałam niedawno w „Wysokich obcasach” (tak, jestem dzieckiem Wyborczej i wcale się tego nie wstydzę) artykuł o Chaveli Vargas, meksykańskiej pieśniarce. Pani Chavela liczy sobie lat 92, ma bujną i niezbyt grzeczną przeszłość, talent, charyzmę oraz jest zdeklarowaną lesbijką. Co prawda owa deklaracja nastąpiła stosunkowo niedawno, bo jedenaście lat temu, ale wcześniej krążyły na temat pani Chaveli przeróżne ploteczki oraz domysły, a wiele jej pieśni skierowanych było do kobiet, zwykle pięknych i zmysłowych a zdradliwych. Poza tym jej prawdziwe nazwisko, które brzmi Isabel Vargas Lizano, nie pozostawia wielu wątpliwości.

Świetna historia: sławna, uwielbiana pieśniarka outuje się po osiemdziesiątce, udziela wywiadów, opowiada o swoich romansach, w tym z Fridą Kahlo, kumpluje się z Almodovarem i pojawia na paradach.

Zazdrość mnie bierze kiedy czytam takie historie, bo w Polsce wszystkie piosenkarki, aktorki, reżyserki, pisarki (z wyjątkiem Izabeli Filipiak) i poetki były i są zupełnie heteroseksualne. Wśród całej naszej, hm, bohemy artystycznej od czasów Ordonki (która co prawda nie była lesbijką, ale potrafiła zaśpiewać ‘W tę noc upalną pragnę cię, jedyna‘) nie pojawiła się żadna  lesbijka. To zakrawa na fenomen w skali światowej! Mamy wyoutowane działaczki, parę dziennikarek (choć kilka innych mogłoby również wyjść z szafy), ale to środowisko, które zwykle ocieka homoperwersją, u nas składa się z samych poczciwych heteryczek, nawet jednej biseksualnej pani nie uświadczysz na estradzie ni w telewizorze.

W poszukiwaniu jakichkolwiek lesbijek przeczesałam Pudelka i Plotka, ale tam znalazłam jakieś ochłapy w rodzaju: znana aktorka wyznaje, że padła ofiarą umizgów ze strony pewnej reżyserki, która próbowała ją posiąść; oczywiście aktorka z lekkim zażenowaniem odrzuciła jej zaloty. Oprócz podobnych kwiatów nie znalazłam żadnych informacji o rodzimych gwiazdach, które świadczyłyby o ich nieheteryckich skłonnościach.

Dziennikarki  zaś na siłę doszukują się sensacji i zadają różne niewygodne pytania, próbując przypierać nasze celebrytki do muru i wyduszać z nich zeznania. Tymczasem okazuje się, że nie ma czego wyduszać, bo zwykle inkryminowana gwiazda twierdzi że:

- z menedżerką łączy ją wieloletnia przyjaźń, ale nic poza tym, a ona od dwudziestu lat szuka tego jedynego

- nie jest lesbijką, bo przecież ma dziecko

- nadmiar pracy nie pozwala jej na założenie rodziny, ale w głębi duszy oczywiście marzy o mężusiu

- nigdy przenigdy nie miała żadnych doświadczeń seksualnych z kobietami, raz na koloniach całowała się z koleżanką, ale to było dawno temu i tylko dla zabawy

- jej najnowsza piosenka nie mówi o miłości lesbijskiej, ale ma znacznie szerszy kontekst

- homoseksualna wymowa jej teledysku to tylko rodzaj artystycznej kreacji, choć ona sama nie ma nic przeciwko, bo przecież jest osobą otwartą i bardzo jej doskwiera polska nietolerancja

- chętnie by przyszła na paradę, bo jest całym sercem za miłością i wolnością, a już zwłaszcza za wolną miłością, ale niestety nie może, bo w tym czasie ma w planach występ w Mszanie Dolnej, za to chętnie zagra komercyjny koncert w gejowskim klubie

- chroni swoja prywatność i chętnie opowie o swoich nałogach, kurzajkach i ukochanym piesku, ale nie powie, z kim mieszka

No i rzeczywiście, te odpowiedzi są bardzo spójne i sensowne, a żarłoczne media na siłę próbują Znanym Paniom wydrzeć ich prywatność, doszukując się przy tym sensacji i perwersji. Przecież panie celebrytki nie mają powodu by ściemniać i mataczyć, prawda? Wszak nie żyjemy w dziewiętnastym wieku i za homoseksualizm nie grożą nikomu żadne kary. A w takiej na przykład Rosji jest wręcz moda na homoseksualizm, aktorki, piosenkarki i reżyserki outują się hurtowo i otwarcie i jakoś nic się nie dzieje. Wyoutowane panie nie tracą kontraktów, ról ani fanek płci wszelakich, a wręcz przeciwnie, zaś niektóre nawet podszywają się pod lesbijki, żeby być na topie. U nas pewnie byłoby podobnie, na przeszkodzie stoi jedynie fakt, że zupełnie nie ma lesbijek wśród artystek, więc co one biedne mają robić, przecież nie będą się outować fałszywie i dla poklasku, bo to byłoby bardzo nieładne.

Niestety, nasze gwiazdy kina, pióra i estrady są tak zupełnie heteroseksualne, że nie ma co marzyć o polskiej odpowiedniczce Chaveli Vargas, o jakiejś diwie estrady, która w wieku osiemdziesięciu lat wyda pięciotomową biografię, opisze ze szczegółami swoje romanse z  pięknymi kobietami, a potem jako ambasadorka akcji Miłość nie wyklucza zacznie pojawiać się na paradach i machać tęczową flagą, a potem jako drag queen parodiować samą siebie w branżowych lokalach. Tak fajnie to nie ma, bo wśród polskich celebrytek lesbijki ni biseksualistki nie uświadczysz.

Jedyna nadzieja leży w gwiazdach z importu: może kiedyś zamieszka u nas jakaś miła i utalentowana pani niehetero z kraju ościennego, dajmy na to ze Słowacji, bo to piękny kraj, i zrobi ogólnopolską karierę jako jedyna lesbijka we wsi, a przy okazji będzie  podrywać z sukcesem nasze zdeklarowane celebrytki- heteryczki. Bo jak twierdzą niektórzy, nie ma stuprocentowych heteryczek, są tylko źle podrywane biseksualistki.

Zajrzyj na branżowy głos w Twoim domu 


Data wpisu: 5 października, 2011 autor wpisu: natalia_oreiro@gazeta.pl  |  Komentowanie nie jest możliwe