Okruchy dnia, resztki godności. Kazuo Ishiguro, „Okruchy dnia”
Sięgając po jedną z najbardziej znanych powieści Kazuo Ishiguro Okruchy dnia (uhonorowanej w 1989 roku The Man-Booker Prize for Fiction) nie sposób było nie przypomnieć sobie o jej znakomitej filmowej adaptacji w reżyserii Jamesa Ivory’ego z 1993 roku.
Autorką scenariusza filmu była wielokrotnie nagradzana pisarka i scenarzystka, Ruth Prawer Jhabvala. Warto poświęcić jej choć parę słów, ponieważ jej twórczość i sylwetka są niemal zupełnie nieznane w Polsce, co wręcz zdumiewa, jeśli przyjrzeć się jej dorobkowi artystycznemu (ponad dwadzieścia scenariuszy do filmów, prestiżowe nagrody za jej własne powieści). Polskie sieciowe serwisy filmowe (jak Filmweb i Stopklatka) nie podają właściwie żadnych informacji o Ruth Prawer Jhabvali. Mimo rodzimej manii akcentowania obecności polskich przodków u niemal każdego znanego z telewizji artysty czy sportowca (choćby jego rodzina mieszkała poza Polską od dwustu lat), postać Jhabvali jakoś umknęła poszukiwaczom śladów poloników na świecie. Tymczasem Ruth Prawer Jhabvala to pochodząca z Niemiec córka polsko–niemieckiego małżeństwa Żydów, którym udało się uciec na początku lat trzydziestych dwudziestego wieku z nazistowskich Niemiec do Anglii.
W Wielkiej Brytanii przyszła laureatka Oscara i Bookera, by wspomnieć tylko o najbardziej znanych nagrodach, zrobiła dyplom z angielskiej literatury. W latach pięćdziesiątych Ruth Prawer Jhabavala przeprowadziła się do Indii, gdzie wyszła za mąż za hinduskiego architekta, i zaczęła pisać swoje pierwsze powieści (przebywała w Indiach ze względu na męża; Indie same w sobie jej nie interesowały. Obecnie mieszka w Stanach Zjednoczonych). Również wtedy nawiązała znajomość i współpracę z Jamesem Ivorym, z którym, razem z producentem Ismailem Merchantem, również pochodzącym z Indii, utworzyli działające do dziś studio filmowe Merchant Ivory Productions (nasuwa się dość oczywiste pytanie, dlaczego jej nazwiska nie ma w nazwie przedsięwzięcia, skoro to właśnie głównie jej scenariuszom firma zawdzięcza sukces).
O ile film ukazuje głównych bohaterów, czyli kamerdynera Stevensa (Anthony Hopkins) i gospodynię – czyli szefową żeńskiego personelu – pannę Kenton (Emma Thompson) jako postacie tragiczne, podporządkowane niemal całkowicie pracy i podzielające w stu procentach światopogląd pracodawcy – a raczej to, co z niego był w stanie zrozumieć Stevens, powieść jest bardziej zniuansowana. Film opowiada o fragmentach losów dwóch istot, których celem i sednem życia było dbanie o porządek każdego dnia nadludzi ich ówczesnego społeczeństwa, angielskich arystokratów. Tytułowe okruchy dnia mogą oznaczać zarówno każdą drobinę codzienności, nad którą sprawowali pieczę Stevens i Kenton, jak i to, co pozostaje we wspomnieniach z całego życia. Drobne sceny, gesty, których znaczenie zmienia czas, wreszcie – okruchy życia to jedyne, co jest bohaterom dane, bowiem Stevens, który nie zauważył szansy na związek z kochającą go kobietą, może żywić swoje człowieczeństwo jedynie okruchami wspomnień.
W filmie Stevens wydaje się reprezentować porządek pozbawiony emocji i bezwzględną lojalność, panna Kenton – uczucia i szansę na szczęście prywatnego życia. W książce taka „dychotomia” nie jest oczywista.
Krytycy wytykają filmowi zbytnie uproszczenia, np. iż pokazuje tylko jedną konferencję z końca lat trzydziestych XX w., a w książkowym pierwowzorze były szerzej opisane dwie, w tym jedna z lat dwudziestych, podczas której Stevens był świadkiem ciekawej dyskusji o „zawodowym” politykowaniu i krytyce amatorów w rodzaju lorda Darlingtona, ofiary idealistycznego wychowania w starym, brytyjskim stylu.
O ile w filmie nie mamy dostępu do przemyśleń bohaterów i dopowiadamy sobie, że oboje, Stevens i Kenton, niemal nie śmieli pragnąć szczęścia dla siebie, w powieści znamy dokładnie myśli kamerdynera Darlingtonów, i zdecydowanie nie są one skupione wokół osobistych emocji związanych z jakąkolwiek kobietą. Tematy zajmujące niemal każdą myśl Stevensa to – godność, wierna i doskonała służba, a także prestiż społeczny, zależny od pozycji, jaką człowiek zajmuje w hierarchii klas. Stevens jest tragikomiczny, czasem groteskowy, przypomina robota wykonującego zaprogramowanie zadania i wdającego się jedynie w błahe pogaduszki.. Wydaje się pozbawiony zdolności do przewidywania konsekwencji obserwowanych wydarzeń i czynów zarówno swoich, jak i osób z jego otoczenia.
Ishiguro ma talent do portretowania bohaterów, którzy z jakiegoś powodu wydają się niemal niezdolni do zrozumienia powagi sytuacji historycznej i politycznej swoich czasów, czyli lat dwudziestych i trzydziestych dwudziestego wieku, w których powstawał i krzepł nazizm i faszyzm. Nie zastanawiają się nad społecznymi i politycznymi implikacjami populistycznych haseł, idą za swoim aktualnym idolem (jak bohater znakomitej noweli Ishiguro Malarz świata ułudy) – Stevens powtarza za swoim pracodawcą Darlingtonem nie tylko frazesy na tematy ogólne, ale i antysemickie przekonania. Zgadza się na zwolnienie ze służby dwóch żydowskich dziewczyn, co w praktyce oznaczało też ich deportację do Niemiec i dalsze prześladowania, a nawet śmierć w jednym z obozów zagłady.
Powieść jest napisana w formie wspomnień i relacji z pewnej niewielkiej wyprawy Stevensa, głównego bohatera i narratora, i rozpoczyna się w czerwcu 1956 roku, kiedy to nowy właściciel siedziby starego arystokratycznego rodu angielskiego, Amerykanin Farraday, proponuje kamerdynerowi kilkudniowy urlop. Reakcja Stevensa jest bardzo charakterystyczna dla jego komunikacji z bezpośrednim Farradayem, który wyraźnie traktuje go jak swego rodzaju ludzki bibelot, nabyty razem z posiadłością Darlington Hall – ale bibelot z ludzkimi potrzebami, których Farraday jest świadom. Otóż Stevens nie wie, jak powinien zareagować. Relacje z poprzednim panem rezydencji, z jej prawowitym właścicielem, lordowską mością, były jasne i oddzielone grubą kreską od życia prywatnego każdego z nich. Stevens był sprawną i dobrze działającą częścią mechanizmu wprawiającą w ruch olbrzymie domostwo obsługujące codziennie nie tylko lordowską rodzinę, ale również tłumy szacownych gości lorda i ich świty. Wystarczy pomyśleć, że za każdym gościem Darlingtona ciągnęło się około 10 służących, których trzeba było zakwaterować i wyżywić, a także zadbać, by się nie pozabijali tudzież nie uciekli z resztą służących ze stałego personelu. Stevens mógł wiedzieć wszystko o rodzinie Darlingtona, ale nie powinien o tym mówić, Darlington nie powinien wiedzieć o Stevensie nic ponad fakt, że wywiązuje się ze służby wzorowo. Tymczasem Farraday wyraźnie próbuje co jakiś czas wciągnąć Stevensa w rozmowę o przeszłości Darlington Hall i jego właścicieli, co wprawia w konsternację kamerdynera, nienawykłego do luźnych i niezobowiązujących konwersacji z kimkolwiek. Co gorsza, Farraday próbuje żartować ze Stevensem, co jednak „nie mieści się w jego kompetencjach”, i podczas całej powieści kamerdyner próbuje wyćwiczyć w sobie tę niezwykłą i dla niego wyraźnie nową zdolność, jaką jest „swobodne i spontaniczne żartowanie”.
Ostatecznie Stevens postanawia wykorzystać tę niesamowitą okazję, jaką jest dla niego urlop – do tej pory służąc Darlingtonom miał jedynie sporadycznie wolny dzień – i wybiera się w podróż do dawnej gospodyni domu lordowskiej mości, panny Kenton, a obecnie pani Benn, aby zapytać ją, czy nie byłaby zainteresowana powrotem na służbę.
Nie od razu dowiadujemy się, co się stało z poprzednim właścicielem Darlington Hall; do czytelnika docierają strzępki informacji, dawkowane oszczędnie, aż ostatecznie wyłania się przygnębiający obraz skompromitowanego przez własną naiwność polityczną arystokraty, który nie zrozumiał, jak bardzo świat się zmienił po pierwszej wojnie światowej. Powodowany dobrymi chęciami – z osobistych pobudek – pragnął wzmocnienia Niemiec po traktacie wersalskim, nie zauważając, że jego polityczny sojusznik i sprzymierzeniec, czyli niemiecki ambasador i bliski współpracownik Hitlera, Ribbentrop, to również jeden z głównych twórców i filarów ruchu nazistowskiego, poczynającego sobie zarówno z oponentami politycznymi, jak i mniejszościami narodowymi, zwłaszcza Żydami, coraz śmielej. Opinie Darlingtona o Ribbentropie przypominają niektórych dzisiejszych polityków prawicowych – „porządni” obywatele o zdecydowanej i dominującej osobowości, a to ich zamiłowanie do swastyk i ogolonych na łyso kolegów, co pozdrawiają słońce, to taka oprawa plastyczna. Dopiero pod koniec książki dowiadujemy się z bardzo lakonicznych wzmianek, ze lord Darlington popełnił samobójstwo.
Monolog narratora, Stevensa, brzmi w przeważającej części niczym pompatyczna przemowa. Nadęty i napuszony ton, pełen przekonania o własnej ważności i wiedzy kontrastuje z licznymi deklaracjami całkowitego podporządkowania się osądowi pracodawców. Czasem słowa Stevensa wydają się próbką spisania Traktatu o Dobrym Kamerdynerze. Stevens nie poddaje w wątpliwość sensowności klasowości społeczeństwa brytyjskiego, swojego miejsca w hierarchii; on urodził się, by służyć. Często wspomina o stowarzyszeniu najlepszych kamerdynerów – Hayes Society, które zdaje się naśladować jakiś elitarny klub dżentelmenów, do którego zapewne należała część chlebodawców członków owego stowarzyszenia. Nie ma ono oczywiście takiego charakteru jak to, do którego należy Jeeves (niezapomniany bohater humoresek Woodehouse’a), a należący doń kamerdynerzy to typy traktujące swoją robotę bardzo poważnie. Co dziwne, Stevens oświadcza, że nie darzy go zbytnim entuzjazmem, ale nie wiemy dlaczego.
Stevens wygłasza liczne peany na temat powagi swojego zawodu, które brzmią dość śmiesznie. Oto kamerdyner to ktoś w rodzaju anioła stróża wielkich ludzi tego świata. Usuwa pyłki spod ich stóp, by ich wielkie mądre głowy mogły rozwiązywać problemy, których maluczcy nie ogarniają.
Podczas podróży do pani Benn, Stevens wydaje się nieporadną, wypuszczoną ze złotej klatki istotą. Zapomina o wodzie do chłodnicy samochodu lorda, o zaopatrzeniu się w benzynę, co kończy się przymusowym pobytem i noclegiem na przypadkowo napotkanej farmie. Opisy kontaktów Stevensa z miejscowymi rolnikami i mieszkańcami są komiczne. On jawi im się niemal jako książę z wysokiego zamku, on traktuje ich protekcjonalnie, jak feudał „dobrych ludzi”, którzy właśnie mu przynieśli w darze brudne kurze jajka. Dodatkowo Stevens podkoloryzowuje znaczenie swojej osoby i opowiada o swojej roli w Darlington Hall, jakby był równy lordom. Gdy ta mistyfikacja niemal wychodzi na jaw, okoliczny doktor, który rozszyfrował Stevensa, nie wydaje go jednak na pastwę kpin wieśniaków, uważając całe zajście za dobrą zabawę. Stevens unika mówienia, gdzie służył, czytelnik może się jedynie domyślać, iż nazwisko Darlington zostało skompromitowane z winy lorda paktującego z nazistami.
Podczas swoich rozważań na temat idealnej służby i nad idealnymi kandydatami do Hayes Society, Stevens zastanawia się nad tym, co cechuje „wielkich” kamerdynerów. Przede wszystkim służba „wielkiemu” panu, a więc konserwatywnej ostoi tego, co „brytyjskie”. Samo Hayes Society, przyciśnięte przez listy publikowane na łamach „Kwartalnika dżentelmena”, oświadcza, że rozpatruje kandydatury swoich członków zwracając uwagę na to, czy charakteryzuje ich „godność”. A czym jest owa godność? Tutaj następuje długie i szczegółowe omówienie owej cechy. Nie wynika ono jednakże z pewności własnego osądu, to raczej okazja do „wymądrzania się” Stevensa, nawet przed sobą samym. Jego monolog to napuszona przemowa, która nie ma w sobie niemal nic z osobistej intymnej refleksji o własnym życiu i wydarzeniach w Darlington Hall. Zatem Stevens próbuje opisać godność anegdotami z życia jego ojca i od niego poznanymi. Ojciec Stevensa, który służył razem z nim w Darlington Hall, był również kamerdynerem i Stevens junior uważał go za idealnego i pełnego godności pracownika. Owa godność polegała głównie na całkowitej dyskrecji, usuwaniu się w cień, ukrywaniu jak najlepiej najgłębszych emocji i całkowitym podporządkowaniu się klasie arystokratycznej. Opis cech składających się na godność według Stevensa, to nie jest po prostu pochwała dyscypliny pracy i perfekcjonizmu w swoim zawodzie. To znakomite studium samoupokorzenia i pozbawienia swojego życia sensu i znaczenia. Choćby lordowskie moście podpaliły cały glob ziemski i wymordowały ludzkość, kamerdyner z kamienną twarzą powinien podać im punktualnie herbatę, dbając o wypolerowane srebra stołowe.
Stevens nie poddaje w wątpliwość żadnej opinii czy zalecenia lorda Darlingtona. Jego usłużność i anormalny brak własnego zdania, czyni z niego bezwolną kukłę, która potrafi jedynie służyć. Jednak ta służba nie ma żadnej konotacji z przyjaźnią czy jakąkolwiek poufałością. Oczywiście lord Darlington może polecić Stevensowi, by uświadomił jego krewniaka dzień przed ślubem, jakby nie dowierzając, że dwudziestokilkulatek wychowany w brytyjskich internatach i wyedukowany poza domem, mógłby znać coś więcej niż opowieści o pszczółkach zapylających kwiatki, ale to po prostu jedno z zadań – z którego zresztą, mimo starań, kamerdyner nie wywiązuje się należycie. Niemniej jednak Stevens oczywiście nie ma żadnego prawa głosu ani krytyki wobec swojego chlebodawcy. Jak się wydaje w toku wydarzeń, w otoczeniu lorda Darlingtona, oprócz syna jego przyjaciela, dziennikarza Cardinala, niemal nikt nie zwrócił uwagi na fakt, że konszachty Darlingtona z niemieckimi faszystami są nie tylko co najmniej naganne, ale również ściągną na niego poważne problemy z racji oskarżeń o kolaborację z wrogiem.
Stevens jest całkowicie skupiony na problemach związanych z prowadzeniem domu Darlingtonów. Podczas podróży do pani Benn podziwia wspaniałe pejzaże angielskie – tu bardzo zabawnie autor pokazuje jego prowincjonalne myślenie w stylu „oglądałem albumy National Geographic ze zdjęciami egzotycznych miejsc, i nie umywają się one do łąk angielskich” – i wspomina rozmaite scenki z przeszłości, gdy spędzał swój wolny czas na rozmowach z panną Kenton. Dla czytelnika wymowa owych kontaktów jest raczej oczywista – Stevens podobał się jej, chciała go jakoś sprowokować do nieformalnych relacji, jakiejkolwiek deklaracji posiadania emocji. Ponadto bardzo bała się samotności. Nie miała rodziny oprócz jednej starszej ciotki, i gdy ta zmarła, Kenton zaczęła myśleć o małżeństwie, by zabezpieczyć swój byt na starość. Jej niemal rozpaczliwy flirt z zainteresowanym nią mężczyzną – i późniejszym mężem – był prowokacją wobec Stevensa, która miałaby go zmusić do decyzji, czy zależy mu na niej. Jednak Stevens nic takiego nie zauważył. Wspomina sobie, ale nie interpretuje w ogóle tego jako czegoś zabarwionego głębszymi uczuciami, nawet po latach jest zdezorientowany: o co mogło wtedy jej chodzić…
Stevens podczas swojej podróży na spotkanie z panią Benn, podczas rozmów z przypadkowo spotkanymi mieszkańcami okolic, jawi się niczym gość z innej planety. Wydaje się zupełnie nie zdawać sprawy z przemian, jakie zaszły w społeczeństwie brytyjskim podczas drugiej wojny światowej i po niej.
Kiedy w końcu Stevens dociera do Little Compton, gdzie w herbaciarni hotelu „Różany Ogródek” spotyka się z panią Benn, spędzają czas – oprócz picia nieodzownej herbatki – na wspominaniu starych dziejów i wspólnej służby w Darlington Hall. Ich rozmowa to majstersztyk przemilczania najgłębszych emocji i pomijania osobistych tematów. Pod koniec spotkania, kiedy już wiadomo, że pani Benn nie wróci na służbę do Darlington Hall, Stevens postanawia zdobyć tytuł mistrza empatii wszechczasów i ze śmiechem oświadcza swej towarzyszce złotych lat Darlington Hall, że przypomniał sobie „pewne stwierdzenie z pani listu. Czytając je, byłem lekko zaniepokojony, ale teraz widzę, że zupełnie niepotrzebnie” (s. 195). Kiedy pani Benn dopytuje Stevensa, o jakież to słowa chodzi, Stevens cytuje: „Reszta mego życia jest teraz dla mnie jedną wielką pustką”. Czytelnik jest świadomy, że te słowa napisała kobieta, która wyszła za mąż jedynie po to, by uciec przed samotnością przewidywaną jako przeznaczenie starszych ludzi, której małżeństwo było nieudane (wielokrotnie przebywała z mężem w nieformalnej separacji), ale Stevens zdaje się nie łączyć tych informacji ze smutkiem sączącym się z jej listów do niego. Pani Benn w odpowiedzi na ten jakże czuły objaw zainteresowania i współczucia ze strony Stevensa, oświadcza, widocznie próbując ukryć zmieszanie z zaskoczeniem („a jednak on jest z drewna”), że to niemożliwe, aby napisała takie słowa. Jej życie na pewno nie jest puste, cieszy się z pojawienia się na świecie wnuka i czeka na następnego. W końcu pani Benn pyta wprost: „Jaka przyszłość oczekuje pana po powrocie do Darlington Hall?” (s. 195). Odpowiedź Stevensa idealnie wpisuje się w jego sylwetkę idealnego kamerdynera, urodzonego by służyć – „Cóż, pani Benn, cokolwiek to będzie, nie czeka mnie pustka. Gdyby tak było! Ale nie, tylko praca, praca i jeszcze raz praca”. Jednak w ostatnich chwilach rozstania, w pełnej napięcia scenie, Stevens dokładniej wypytuje panią Benn o przyczyny żalu tak silnie bijącego z jej listów. Jego słowa, pełne uprzejmości, graniczące z prawdziwą troską, jaką można odczuwać o bliską osobę, ośmielają panią Benn do wyznania, które wygłasza tuż przed przybyciem autobusu mającego ją zabrać do rodzinnego domu, do męża. Tuż przed rozstaniem, być może już na zawsze, Stevens dowiaduje się, że pani Benn darzyła go uczuciem i pragnęła się z nim związać. „Wydaje mi się, że nie odpowiedziałem od razu, gdyż dopiero po chwili udało mi się zrozumieć w pełni znaczenie słów panny Kenton. Ponadto, jak mogą Państwo zauważyć, wnioski z nich płynące mogły wywołać u mnie pewien smutek. Cóż tu zresztą kryć – w owej chwili krwawiło mi serce” (s. 198). I w tym momencie Stevens zaskakuje swoją reakcją. Ukrywa perfekcyjnie swoją reakcję na jej słowa i nie daj poznać po sobie jak go poruszyły. Z uśmiechem na ustach pochwala jej rozsądek i decyzję pozostania przy mężu i rodzinie. Odmalowuje jej sytuację bytową jako jedną z najlepszych, jakie można sobie wyobrazić w jej wieku i sytuacji. Pociesza ją i zachęca do optymizmu, prosząc, by zadbała o siebie i wykorzystała pozostały jej czas na emeryturze na spokojne i szczęśliwe życie z bliskimi.
Wstrząśnięty słowami pani Benn, Stevens rozmyśla przez wiele godzin nad swoim życiem. W rozmowie z przypadkowym turystą na nadmorskim molo, wyznaje obcemu człowiekowi: „Jego lordowska mość [chodzi oczywiście o lorda Darlingtona, którego Stevens znalazł po tym, jak ten popełnił samobójstwo – przyp. S.R.] był człowiekiem odważnym. Obrał w życiu jakąś drogę, okazało się, że niesłuszną, ale przynajmniej coś wybrał. A ja? Ja nie mogę powiedzieć o sobie nawet tego. Bo widzi pan, ja wierzyłem, wierzyłem w mądrość jego lordowskiej mości. Przez wszystkie te lata, kiedy mu służyłem, wierzyłem, że robię coś, co warto. A tymczasem nie mogę nawet powiedzieć, że popełniałem własne błędy. Doprawdy – nasuwa się pytanie – i jakaż w tym godność?” (s. 201-202).
Jednakże krótka chwila refleksji o swoim życiu się kończy i Stevens wraca do swoich typowych rozważań na temat służby dla nowego pana. „Może rzeczywiście najwyższy czas z większym entuzjazmem zająć się sprawą żartowania”. Ostatnie słowa Stevensa w książce brzmią niczym wyznanie złamanego człowieka, który zdał sobie w pełni sprawę, że jego idealna służba nie ma żadnego związku z godnością – „Mam nadzieję, że po powrocie mego chlebodawcy sprawię mu przyjemną niespodziankę” (s. 203).
Sławomira Raczyńska
Kazuo Ishiguro, Okruchy dnia, przeł. Jan Rybicki, Prószyński i S-ka, Warszawa 1997. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.