Archiwum dla kategorii: ‘jestem’

"Jestem szczęśliwa! Dzięki, panie prezydencie!"

REAKCJA GWIAZD NA „TAK” OBAMY DLA MAŁŻEŃSTW GEJÓW

1 portia ellen 199x300 Jestem szczęśliwa!  Dzięki, panie prezydencie!

Portia i Ellen DeGeneres

Gwiazdy od razu zareagowały na wypowiedź Baracka Obamy, który jako pierwszy w historii urzędujący prezydent USA poparł małżeństwa osób tej samej płci. Radości nie kryły zwłaszcza gwiazdy o homoseksualnej orientacji. „Dziękuję Obamie za wspieranie równości małżeństw. Nie jestem w stanie wytłumaczyć, jak wiele to znaczy dla mnie, mojej żony i naszych dzieci” – napisała aktorka Wanda Sykes. „Gratuluję prezydentowi odwagi. To historyczny moment” – dorzucił muzyk Ricky Martin, który wraz ze swoim partnerem wychowuje dwóch synów.Jeszcze niedawno Barack Obama unikał wyraźnej deklaracji, mówiąc, że jego poglądy w sprawie małżeństw homoseksualnych „ewoluują”. W środę w wywiadzie dla ABC News poszedł jednak krok dalej: – Właśnie doszedłem do wniosku, że ważne jest bym potwierdził, iż uważam, że pary tej samej płci powinny móc zawrzeć związek małżeński.

d238328d96d6bb6afb769d079dfa8a3a,27,1 Jestem szczęśliwa!  Dzięki, panie prezydencie!

 
Neil Patrick Harris ze swoim ukochanym, Davidem Burtką, na okładce magazynu dla gejów „Out”

„Brawo, panie prezydencie!”

Jego wypowiedź wywołała lawinową reakcję gwiazd, głównie o homoseksualnej orientacji seksualnej. Sławy nie kryły swojego poparcia dla głowy państwa.

„Dziękuję prezydentowi za słowa piękne i odważne. Jestem wniebowzięta” – napisała gwiazda telewizyjna Ellen DeGeneres, która w 2008 roku wzięła ślub ze swoją partnerką, aktorką znaną z serialu „Ally McBeal”, Portią de Rossi. „Wow! Wow! To niesamowity dzień dla naszego kraju. Były momenty w jego historii, kiedy ktoś miał odwagę stanąć w obronie tego, w co wierzy i jedna akcja zmieniała wszystko. Mam nadzieję, że jest to jeden z tych momentów. Trzeba odważnego człowieka, aby zająć stanowisko w tak ważnej sprawie w roku wyborczym. Panie prezydencie, do ciebie mówię, bardzo, bardzo dziękuję” – dodała.

„Brawo, panie prezydencie! Dziękujemy” – napisał Neil Patrick Harris, aktor znany z serialu „Jak poznałem waszą matkę”, który w 2006 roku publicznie oświadczył, że jest homoseksualistą i żyje w związku z aktorem, Davidem Burtką. Panowie wspólnie wychowują bliźnięta, które urodziła im matka zastępcza.

8d6ff9be06bb10aaf5c244374e36793b,27,1 Jestem szczęśliwa!  Dzięki, panie prezydencie!

Ricky Martin wraz ze swoim partnerem, Carlosem Gonzalesem, wychowuje bliźniaki: Matteo i Valentino. Tu muzyk z dziećmi na okładce hiszpańskiej edycji „Vanity Fair”

Aktorka Jane Lynch, znana z serialu „Glee”, oznajmiła: „Jestem dzisiaj cholernie szczęśliwa. Dzięki panie prezydencie, za wspieranie godności mojej rodziny i wielu innych!”.

Piosenkarz Ricky Martin, który dwa lata temu ujawnił, że jest gejem, i wraz ze swoim partnerem wychowuje dwóch synów, które urodziła surogatka, napisał: „Gratuluję prezydentowi odwagi. Potwierdzając, że WSZYSCY Amerykanie mogą się cieszyć z równych praw, dokonał historycznego przełomu!”.

Radości nie kryła też aktorka komediowa Wanda Sykes, która ujawniła swoje preferencje seksualne w 2008 roku i w mediach pokazała swoją ukochaną Alex, z którą wychowuje dwójkę dzieci: „Dziękuję prezydentowi Obamie za wspieranie równości małżeństw. O mój Boże!!! Nie jestem w stanie wytłumaczyć, jak wiele to znaczy dla mnie, mojej żony i naszych bliźniąt”.

„Miło to usłyszeć od Big B”

0d3d923b3e7e6b570ad2e2f44b6d275e,27,1 Jestem szczęśliwa!  Dzięki, panie prezydencie!

 
Wanda Sykes dumna ze swojego „coming outu” (fot. Facebook)

Głos zabrały też heteroseksualne gwiazdy. „Wiedziałam, że głosowałam na tego faceta nie bez powodu” – taki post na swoim koncie na Twitterze opublikowała Diablo Cody, scenarzystka, która dostała Oscara za „Juno”.

„Równość! Miło to usłyszeć od Big B” – wypowiedź aktora i piosenkarza Jareda Leto była krótka.

Kim Kardashian, celebrytka znana z reality-show „Kardashianowie”, też zabrała głos: „Wow! Właśnie słyszałam, że Obama oficjalnie ogłosił, że popiera małżeństwa homoseksualne! Mam nadzieję, że dzisiaj dał nadzieję wielu młodym ludziom. Nigdy nie mieliśmy prezydenta, który popiera lesbijki, społeczności gejów, biseksualistów i transseksualistów, a dziś jestem dumna z bycia Amerykanką! Jestem taka szczęśliwa, że nasz kraj zmienia historię i robi tak ogromny krok naprzód”.


Data wpisu: 13 maja, 2012 autor wpisu: TVN24  |  Komentowanie nie jest możliwe

Czy ja jestem staromodna?

Może i okażę się być staromodną, a nawet nietolerancyjną, ale czy ludzie to poupadali  na głowy z tym wymyślaniem nowych konfiguracji  łóżkowo – emocjonalnych??? Pewnie ktoś mi zarzuci, że poligamia i poliamoria nie istnieją od dziś, ale czy my aby nie idziemy w rozwoju ogólno cywilizacyjnym trochę jednak do przodu a nie wstecz?

363795 15811 300x225 Czy ja jestem staromodna?

trzymanie za ręce

Nie czuję się osobą indoktrynowaną w  młodości przez matki i ciotki przesiąknięte patriarchalnym i tradycyjnym modelem rodziny.  Wychowywały mnie głównie kobiety, bardzo silne kobiety i naprawdę postępowe kobiety.  Nie słyszałam więc nigdy historii z przyszłości o zamążpójściu, o szczęśliwej rodzinie stworzonej z heteroseksualnych rodziców płodzących potomstwo w standardowym pakiecie „chłopiec + dziewczynka”.  Najważniejsze bym była szczęśliwa. Może dlatego też nie miałam problemu z budzącym się we mnie biseksualizmem, moje matki i ciotki również. Czułam się emocjonalnie i seksualnie wyzwolona. Nikt przecież nie narzucał mi żadnych barier, nikt nie wpajał utartych schematów. Mogłam robić co chcę i z kim chcę. Nie będę ukrywać, że korzystałam z tej wolności. Najpierw przeszłam przez temat pt. Chłopcy, potem Mężczyźni dochodząc w końcu do Kobiet…szczęśliwie dochodząc i to nie tylko w dosłownym znaczeniu. Miałam nawet epizod, który przyjaciółka określiła jako przejaw moich poliamorycznych skłonności. Zajęło mi trochę czasu  nim zrozumiałam o co w tym chodzi.  I gdy wreszcie pojęłam te wszystkie nowe kategorie doszłam do wniosku, że jednak jestem starzejącą się, monogamiczną konserwą.

Zanim jednak dostąpiłam oświecenia i zanim doszłam do tematu pt. Kobiety mój ówczesny partner, w ramach modernizacji naszego związku zaproponował mi związek otwarty. Oczywiście nie zgodziłam się na jego wizję naszego przyszłego małżeństwa (sic!) i zdecydowałam się zostać szczęśliwą singielką. Poza pierścionkiem zaręczynowym, który sprzedałam w celu zakupienia 0,7 czystej wódki, zostało mi po nim nurtujące mnie wciąż pytanie: czym tak naprawdę jest otwarty związek i czemu ludzie się decydują na taką formę bycia ze sobą? Przewertowałam dziesiątki stron internetowych, brałam udział w wielu dyskusjach na różnego rodzaju forach i prawie udało mi się uwierzyć, że jest to naprawdę coś niewiarygodnie ekscytującego i świeżego w życiu miłosno-seksualnym człowieka. Na jednym z for poznałam buddystę, wielkiego entuzjastę otwartego związku, który w charakterystyczny dla nawiedzonych buddystów sposób opowiadał, że związek nie może być więzieniem, że nie możemy zatrzymywać przy sobie drugiego, wolnego człowieka, że dając wolność, rozumianą jako wolność w wybieraniu seksualnych partnerek, stajemy się dojrzałymi partnerami, mogącymi stworzyć naprawdę udaną relację. Inny buddysta przekonywał, że tylko w takim związku rzeczywiście się staramy o partnera, że monogamia zabija namiętność, szacunek, że myśląc o kimś jako o naszej własności, przestajemy dbać o uczucia. Jeszcze ktoś inny dodał, że w takim związku nie ma zdrady, bo seks na boku jest jawny. Prawie uwierzyłam. Bo czy mamy się starać o kogoś tylko dlatego, że boimy się odejścia tej osoby? Nie trzeba otwierać związku, by mieć świadomość, że drugi człowiek nie jest nam dany raz na zawsze i bez względu na wszystko.  Jawna zdrada? Rozumiem, że coraz więcej osób zdradza, że monogamia staje się przeżytkiem, ale czy o to chodzi w byciu kimś?

Wiem, że są udane związki otwarte, związki bigamiczne i poliamoryczne, że są nawet udane rodziny stworzone na bazie takich relacji, jednak ja tego nie kupuję i twardo będę upierać się przy tym, że monogamiczny związek to najpiękniejsza z form bycia razem. Nie chcę demonizować wszystkiego co nie jest mono, ale nie jestem w stanie zaakceptować poglądu, że mono jest passe, a znakiem nowoczesności i wolności jest poliamoria i wszystkie te jej poli-pochodne. Związek jest dla mnie niemal żywym organem, który by funkcjonował prawidłowo, należy go właściwie pielęgnować. Mając więcej niż jedną osobę pod opieką, żadnej nie poświęcimy zbyt wiele uwagi. Owszem, jest to dobra opcja na „tymczas”, na okres młodzieńczych szaleństw, ale jeśli rozmawiamy o dorosłych i dojrzałych, mam wrażenie, że jest to idealna forma wiązania się dla osób, które albo nie potrafią się w pełni emocjonalnie zaangażować albo są zbyt leniwe i zbyt skoncentrowane na sobie, by móc i chcieć codziennie pracować nad związkiem z drugą osobą. Związek to także praca, czasami bardzo ciężka praca. Nie wspominam o tzw. docieraniu się, uczeniu wzajemnych przyzwyczajeń, próbach dzielenia wspólnej przestrzeni.  Mam na myśli przeszkody, na które codziennie natyka się wiele par. Szara rzeczywistość potrafi skutecznie zabić uczucia i namiętność, a wszędzie czające się pokusy mają jeszcze bardziej niszczycielską moc. Jedni zechcą wybrać prostą drogę i pozornie angażują się otwarty związek, drudzy podejmą wyzwanie i będą czerpać satysfakcję z pokonywania kolejnego etapu na krętej ścieżce. Nic nie daje mi większej radości jak praca nad tym, by umieć przy sobie zatrzymać ukochaną kobietę. Nie uwiązać ją przy sobie, ale pracować nad sobą i nad nami tak, by nie myślała zbyt długo o blondynce na której dłużej zawiesiła wzrok na ostatniej imprezie. By codziennie wracała do wspólnego domu z radością ujrzenia mnie, która czeka z obiadem, bym ja po kilku latach związku potrafiła pisać o tęsknocie, gdy przez kilka dni nie będzie jej przy mnie. To jest prawdziwym wyzwaniem! A nie jakieś tam „nowozwiązki”, które tylko próbują utwierdzić nas, że jesteśmy istotami chcącymi jedynie zaspakajać swoje instynkty i dać na to pełne przyzwolenie w imię nowoczesności. Cudownie jest być tą jedyną i mieć tę jedyną, wciąż patrzeć na siebie z czułością i pożądaniem.

Nie, nie jestem nowoczesna. Próbowałam wyjść z tej konserwatywnej skorupy i bawić się życiem jak młodsi ode mnie znajomi. I nie mogę napisać, że nie potrafię, bo bawiłam się, ale jedyne co mi pozostało z tamtych czasów, to wyrzuty sumienia, że skrzywdziłam tym nie tylko siebie, ale przede wszystkim bliskie mi wtedy osoby. Nie umiem połączyć związku otwartego ze słowem „szacunek”. Mimo że zasady są z góry ustalone, nadal pozostajemy istotami emocjonalnymi, czy tego chcemy czy nie. I nie jesteśmy w stanie przestawić się na tryb „open relationship” ot tak po prostu i działać według przyjętych zasad. Technika idzie do przodu w zawrotnym tempie, ale człowiek od wieki wieków w drugiej osobie szukał i szukać będzie odwzajemnionej miłości, najlepiej takiej na całe życie.


Data wpisu: 10 maja, 2012 autor wpisu: Emi  |  Komentowanie nie jest możliwe

Czy ja jestem staromodna?

Może i okażę się być staromodną, a nawet nietolerancyjną, ale czy ludzie to poupadali  na głowy z tym wymyślaniem nowych konfiguracji  łóżkowo – emocjonalnych??? Pewnie ktoś mi zarzuci, że poligamia i poliamoria nie istnieją od dziś, ale czy my aby nie idziemy w rozwoju ogólno cywilizacyjnym trochę jednak do przodu a nie wstecz?

363795 15811 300x225 Czy ja jestem staromodna?

trzymanie za ręce

Nie czuję się osobą indoktrynowaną w  młodości przez matki i ciotki przesiąknięte patriarchalnym i tradycyjnym modelem rodziny.  Wychowywały mnie głównie kobiety, bardzo silne kobiety i naprawdę postępowe kobiety.  Nie słyszałam więc nigdy historii z przyszłości o zamążpójściu, o szczęśliwej rodzinie stworzonej z heteroseksualnych rodziców płodzących potomstwo w standardowym pakiecie „chłopiec + dziewczynka”.  Najważniejsze bym była szczęśliwa. Może dlatego też nie miałam problemu z budzącym się we mnie biseksualizmem, moje matki i ciotki również. Czułam się emocjonalnie i seksualnie wyzwolona. Nikt przecież nie narzucał mi żadnych barier, nikt nie wpajał utartych schematów. Mogłam robić co chcę i z kim chcę. Nie będę ukrywać, że korzystałam z tej wolności. Najpierw przeszłam przez temat pt. Chłopcy, potem Mężczyźni dochodząc w końcu do Kobiet…szczęśliwie dochodząc i to nie tylko w dosłownym znaczeniu. Miałam nawet epizod, który przyjaciółka określiła jako przejaw moich poliamorycznych skłonności. Zajęło mi trochę czasu  nim zrozumiałam o co w tym chodzi.  I gdy wreszcie pojęłam te wszystkie nowe kategorie doszłam do wniosku, że jednak jestem starzejącą się, monogamiczną konserwą.

Zanim jednak dostąpiłam oświecenia i zanim doszłam do tematu pt. Kobiety mój ówczesny partner, w ramach modernizacji naszego związku zaproponował mi związek otwarty. Oczywiście nie zgodziłam się na jego wizję naszego przyszłego małżeństwa (sic!) i zdecydowałam się zostać szczęśliwą singielką. Poza pierścionkiem zaręczynowym, który sprzedałam w celu zakupienia 0,7 czystej wódki, zostało mi po nim nurtujące mnie wciąż pytanie: czym tak naprawdę jest otwarty związek i czemu ludzie się decydują na taką formę bycia ze sobą? Przewertowałam dziesiątki stron internetowych, brałam udział w wielu dyskusjach na różnego rodzaju forach i prawie udało mi się uwierzyć, że jest to naprawdę coś niewiarygodnie ekscytującego i świeżego w życiu miłosno-seksualnym człowieka. Na jednym z for poznałam buddystę, wielkiego entuzjastę otwartego związku, który w charakterystyczny dla nawiedzonych buddystów sposób opowiadał, że związek nie może być więzieniem, że nie możemy zatrzymywać przy sobie drugiego, wolnego człowieka, że dając wolność, rozumianą jako wolność w wybieraniu seksualnych partnerek, stajemy się dojrzałymi partnerami, mogącymi stworzyć naprawdę udaną relację. Inny buddysta przekonywał, że tylko w takim związku rzeczywiście się staramy o partnera, że monogamia zabija namiętność, szacunek, że myśląc o kimś jako o naszej własności, przestajemy dbać o uczucia. Jeszcze ktoś inny dodał, że w takim związku nie ma zdrady, bo seks na boku jest jawny. Prawie uwierzyłam. Bo czy mamy się starać o kogoś tylko dlatego, że boimy się odejścia tej osoby? Nie trzeba otwierać związku, by mieć świadomość, że drugi człowiek nie jest nam dany raz na zawsze i bez względu na wszystko.  Jawna zdrada? Rozumiem, że coraz więcej osób zdradza, że monogamia staje się przeżytkiem, ale czy o to chodzi w byciu kimś?

Wiem, że są udane związki otwarte, związki bigamiczne i poliamoryczne, że są nawet udane rodziny stworzone na bazie takich relacji, jednak ja tego nie kupuję i twardo będę upierać się przy tym, że monogamiczny związek to najpiękniejsza z form bycia razem. Nie chcę demonizować wszystkiego co nie jest mono, ale nie jestem w stanie zaakceptować poglądu, że mono jest passe, a znakiem nowoczesności i wolności jest poliamoria i wszystkie te jej poli-pochodne. Związek jest dla mnie niemal żywym organem, który by funkcjonował prawidłowo, należy go właściwie pielęgnować. Mając więcej niż jedną osobę pod opieką, żadnej nie poświęcimy zbyt wiele uwagi. Owszem, jest to dobra opcja na „tymczas”, na okres młodzieńczych szaleństw, ale jeśli rozmawiamy o dorosłych i dojrzałych, mam wrażenie, że jest to idealna forma wiązania się dla osób, które albo nie potrafią się w pełni emocjonalnie zaangażować albo są zbyt leniwe i zbyt skoncentrowane na sobie, by móc i chcieć codziennie pracować nad związkiem z drugą osobą. Związek to także praca, czasami bardzo ciężka praca. Nie wspominam o tzw. docieraniu się, uczeniu wzajemnych przyzwyczajeń, próbach dzielenia wspólnej przestrzeni.  Mam na myśli przeszkody, na które codziennie natyka się wiele par. Szara rzeczywistość potrafi skutecznie zabić uczucia i namiętność, a wszędzie czające się pokusy mają jeszcze bardziej niszczycielską moc. Jedni zechcą wybrać prostą drogę i pozornie angażują się otwarty związek, drudzy podejmą wyzwanie i będą czerpać satysfakcję z pokonywania kolejnego etapu na krętej ścieżce. Nic nie daje mi większej radości jak praca nad tym, by umieć przy sobie zatrzymać ukochaną kobietę. Nie uwiązać ją przy sobie, ale pracować nad sobą i nad nami tak, by nie myślała zbyt długo o blondynce na której dłużej zawiesiła wzrok na ostatniej imprezie. By codziennie wracała do wspólnego domu z radością ujrzenia mnie, która czeka z obiadem, bym ja po kilku latach związku potrafiła pisać o tęsknocie, gdy przez kilka dni nie będzie jej przy mnie. To jest prawdziwym wyzwaniem! A nie jakieś tam „nowozwiązki”, które tylko próbują utwierdzić nas, że jesteśmy istotami chcącymi jedynie zaspakajać swoje instynkty i dać na to pełne przyzwolenie w imię nowoczesności. Cudownie jest być tą jedyną i mieć tę jedyną, wciąż patrzeć na siebie z czułością i pożądaniem.

Nie, nie jestem nowoczesna. Próbowałam wyjść z tej konserwatywnej skorupy i bawić się życiem jak młodsi ode mnie znajomi. I nie mogę napisać, że nie potrafię, bo bawiłam się, ale jedyne co mi pozostało z tamtych czasów, to wyrzuty sumienia, że skrzywdziłam tym nie tylko siebie, ale przede wszystkim bliskie mi wtedy osoby. Nie umiem połączyć związku otwartego ze słowem „szacunek”. Mimo że zasady są z góry ustalone, nadal pozostajemy istotami emocjonalnymi, czy tego chcemy czy nie. I nie jesteśmy w stanie przestawić się na tryb „open relationship” ot tak po prostu i działać według przyjętych zasad. Technika idzie do przodu w zawrotnym tempie, ale człowiek od wieki wieków w drugiej osobie szukał i szukać będzie odwzajemnionej miłości, najlepiej takiej na całe życie.


Data wpisu: 10 maja, 2012 autor wpisu: Gosia  |  Komentowanie nie jest możliwe

Jestem gejem i mam dziewczynę – bo chcę normalnie żyć!

Ja też jestem gejem. Też próbowałem stworzyć udany związek. Niestety nie miałem tyle szczęścia co inni. Dwa razy miałem złamany nos i rękę, raz żebra, kilka razy skończyło się na zwykłych potłuczeniach. Otrzymywałem listy z obelgami, upokarzano mnie publicznie. Oto czym jest nietolerancja i homofobia!

877661 78371318 300x258 Jestem gejem i mam dziewczynę – bo chcę normalnie żyć!
facet

Mój pierwszy kontakt z innym chłopakiem miał miejsce, gdy miałem 17 lat. Potem przerwa, ale już nigdy więcej nie tknąłem dziewczyny (chociaż swój pierwszy razem przeżyłem właśnie z kobietą, jeszcze jako 15-latek). Zorientowałem się, że preferuję posiadaczy członka zamiast biustu. Też poszedłem na studia, wyjechałem z domu rodzinnego. Tu sielanka się kończy.

Każdy ma prawo do miłości.

Ja akurat nie byłem szczególnie wierny. Tzn. prowadziłem rozwiązły tryb życia – sypiałem z wieloma. Zdarzało mi się co tydzień wracać z imprezy z kimś innym. Szybki numerek i do widzenia, nie chciałem się wiązać. Byłem szczęśliwy. Skoro moi koledzy mogli chodzić do łóżka z wieloma dziewczynami (im więcej zaliczyli, tym lepiej) – to czemu ja nie? Po pół roku się uspokoiłem i zacząłem myśleć o kimś na stałe. Umawiałem się z różnymi facetami. Czasem dotknęliśmy się w miejscu publicznym, czasem szliśmy zbyt blisko siebie, fakt, nie ukrywałem tego, że jestem gejem. Chociaż ubieram się jak przeciętny chłopak (rurki i różowe koszulki to nie ja), to jednak zdarzało mi się przytulać czy całować w miejscu publicznym.

Ale nie każdy ma prawo tę miłość wyrażać…

Któregoś razu, późno i ciemno już było, całowałem się z moim ówczesnym chłopakiem, kiedy usłyszałem krzyk: „patrzcie, cioty!”. Nie zdążyliśmy uciec. Tłukli nas do utraty przytomności, nie wiem nawet, kto zadzwonił po pogotowie – może ktoś przechodził obok. Niczego nam nie ukradli. Ja miałem złamany nos i rękę, Patryk – wstrząs mózgu. O obitych jądrach już nie wspomnę… Od tamtej pory byliśmy bardziej ostrożni. Ale kolejny raz dostałem wychodząc z klubu dla homoseksualnych – właściwie to kilka kroków od wejścia. Ktoś by zapytał, czemu się do cholery nie broniłem. A ciekawe jak?! Jak cię jeden trzyma a trzech kopie i okłada pięściami, to nie bardzo możesz krzyczeć. Po wszystkim pluli na mnie, a jeden oddał mocz…

Dla własnego dobra postanowiłem stać się kimś innym.

Po kilku latach studiów wiele osób wiedziało, że jestem gejem. Parę razy jeszcze dostałem na ulicy (może za frajerski wygląd? A może przyciągam dresów?) i postanowiłem, że mam dość. Odczekałem do obrony, a potem wyjechałem na drugi koniec Polski. Znalazłem pracę, prowadziłem samotniczy tryb życia. Złamałem serce facetowi, który bardzo mnie kochał i chciał się ze mną związać na zawsze. W nowej firmie poznałem całkiem ładną i sympatyczną kobietę – najpierw kawa, potem spacer, kino, i tak od słowa do słowa jesteśmy parą. Nie, ona nie wie. W życiu bym jej nie powiedział. Nie jesteśmy razem długo – dopiero kilka miesięcy. Żyję w ciągłym strachu, że to się wyda, że ktoś ze starych znajomych się ze mną skontaktuje (chociaż zerwałem wszystkie kontakty). Nie wybaczyłbym sobie, gdyby to wyszło na jaw, bo dla mnie to już sprawa zamknięta.

Pytanie, którego nie sposób uniknąć…

Jak to możliwe, że jestem gejem i mam dziewczynę? Przez jakiś czas spotykałem się z seksuologiem – może jestem tylko biseksualny, ale w każdym razie nie jestem zadeklarowanym homoseksualistą. Od biedy dam radę odbyć stosunek z kobietą, chociaż nie jest to szczególnie przyjemne i wymaga wysiłku (albo bujnej wyobraźni…). Tak więc robimy to rzadko, ona nie naciska, preferujemy seks oralny i analny i da się żyć. Nawet nie jest tak źle. No wiecie –jestem dorosłym, poważnym i normalnym mężczyzną. I wcale nie poszedłem na łatwiznę! Każdego dnia muszę udawać kogoś, kim nie jestem – a kim bardzo chciałbym być…bo tak jest bezpieczniej.


Data wpisu: 4 maja, 2012 autor wpisu: Balala  |  Komentowanie nie jest możliwe

Seksowny wnuk Omara Sharifa: Jestem gejem!

O przystojnym Egipcjaninie, Omarze Sharifie Juniorze (wnuk legendarnego aktora Omara Sharifa) zrobiło się głośno w krajach arabskich i Stanach Zjednoczonych kiedy w ubiegłym roku na gali wręczenia Oscarów towarzyszył na scenie Kirkowi Douglasowi.

imgmCkGcV 300x219 Seksowny wnuk Omara Sharifa: Jestem gejem!

Omar Sharif Junior

Ostatnio postanowił o sobie przypomnieć i na łamach „The Advocate” wyznał, że jest gejem i w połowie Żydem, a to na pewno nie przysporzyło mu sympatyków w tak konserwatywnym kraju jakim jest Egipt. Omar Jr napisał:

- Piszę to, bo się boję. Boję się o mój kraj, rodzinę i siebie. Moi rodzice będę w szoku, kiedy to przeczytają, bo pewnie woleliby, abym pozostał w cieniu, milczał. Przyjamniej na ten czas. Ale nie jestem w stanie milczeć.

Chociaż 29-letni Omar mieszka na co dzień w Los Angeles i obawia się powrotu do ojczyzny, to wcale nie żałuje swojego wyznania. Ma nadzieję, że w Egipcie przyszedł czas nie tylko na polityczne, ale i obyczajowe zmiany. Czy takim wyznaniem uda mu się przekonać mocno konserwatywny naród do swoich przekonań i poglądów?

http://afterparty.pl/newsy_artykul,8038.html


Data wpisu: 28 marca, 2012 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Jestem gejem i nie chcę być już traktowany jak "gorszy"

Kilka dni temu Minerwa opisała historię nastoletniej lesbijki – Magdy, która została zmuszona do zerwania ze swoją dziewczyną. Dziś ja chciałbym podzielić się z Wami moją historią. Chcę w imieniu wszystkich gejów powiedzieć – nie jesteśmy inni i chcemy być szczęśliwi! Też mamy prawo kochać!

13202 6695 300x225 Jestem gejem i nie chcę być już traktowany jak gorszy
balony

Orientacji się nie wybiera.

To nie jest tak, że można sobie wybrać, czy będzie się homo czy heteroseksualistą. Nie wygląda to w ten sposób, że budzisz się rano, stajesz przed lustrem i myślisz – wolę chłopców. Choć wielu ignorantów chciałoby, żeby taka właśnie była prawda – wtedy można by nas leczyć i nawracać. Tymczasem homoseksualizm to coś, z czym się rodzimy – tak jak heteroseksualizm. Nie ma w tym naszych kaprysów. Wielu z nas na początku czuje potworny lęk i wstyd. Pewnie nie jeden chciałby być „normalny”, ale się nie da i już. Można z tym walczyć, udawać zwykłego faceta i być bardzo nieszczęśliwym…

Dlaczego wzbudzamy takie emocje?

Dlaczego mamy się ukrywać i rezygnować z miłości?

Heteroseksualne pary mogą okazywać sobie uczucia publicznie. Mogą się obściskiwać, całować, przekraczać granice przyzwoitości i to jest ok, ale kiedy dwóch chłopaków trzyma się za ręce – nagle wszyscy mają problem. Kobietom lesbijkom jest łatwiej. Ludzie bardziej akceptują przytulające się kobiety. Gdy robią to mężczyźni – są narażeni na wrogość. Kiedy spotykam się z moim chłopakiem w knajpie albo idziemy do kina, udajemy kumpli. Tak, boimy się manifestować publicznie, że jesteśmy razem. I jest to powód ciągłych konfliktów.

Czego chcę i oczekuję?

Przede wszystkim tolerancji, ale nie tej deklarowanej w czasie dyskusji, bo tak wypada, tylko takiej codziennej, życiowej. Takiej, która daje nam prawo do spotykania się z osobami tej samej płci, to publicznego okazywania sobie uczuć, do seksu, do posiadania dzieci i zakładania rodzin. Nie jesteśmy gorsi. W XXI wieku prawa człowieka powinny być na tyle respektowane, że nie powinniśmy czuć się zażenowani z powodu swojej orientacji. Nie powinniśmy bać się tego, że inni, zaślepieni nienawiścią, mogą zrobić nam krzywdę. Oczekuję od wszystkich i każdego z osobna chwili refleksji. Należy nam się święty spokój, bo nie robimy niczego złego. Jeśli ktoś nie umie sobie z tym poradzić – najwidoczniej potrzebuje pomocy – on, nie my.


Data wpisu: 18 marca, 2012 autor wpisu: Balala  |  Komentowanie nie jest możliwe

Mogę ci zatem szczerze powiedzieć, że jestem

Nie będę ukrywał, że najprościej było mi wyoutować się przed przyjaciółmi. O wiele łatwiej niż przed samym sobą. Zanim jednak do tego przejdę, opiszę swoją sytuację przed wyjściem z szafy. Pierwsze symptomy mojej orientacji pojawiły się w gimnazjum, kiedy stopniowo zmieniało się moje spojrzenie na rówieśników i ich kolegów. Nie było to już spojrzenie dzieciaka, który chętniej od piłki nożnej zajmował się ogólnie pojętą sztuką, tylko szereg młodocianych, wstydliwych chwil poświęconych na przyjrzenie się ich ciałom, zachowaniom, rozmowom.

1046916 37159679 225x300 Mogę ci zatem szczerze powiedzieć, że jestem

Ręce

Wszystko zdawało się być ukradkowe i przypadkowe, ponieważ dłuższe przyglądanie, czy obcowanie mogłoby okazać się mimowolnym „przyznaniem się”. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, ani nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak cienka jest granica między tym, co homospołeczne a homoseksualne. Dziś mogę szczerze powiedzieć, że wybitnie, czy wręcz obsesyjnie starałem się tej granicy nie przekroczyć. Chciałem być jednym z wielu, kimś niewidocznym, obserwatorem znajdującym się za lustrem weneckim. Wiadomo jednak, że prędzej czy później takie postawy mogą stać się męczące. Hormony buzowały, mężczyźni dojrzewali, a ja starałem się temu wszystkiemu przyjrzeć, jednocześnie składając z wszelkich oglądów, podpatrywań i refleksji jakiś obraz samego siebie, a konkretniej odpowiedź na to, jaki jestem i kim jestem.

Stanowcza odpowiedź przyszła dopiero w liceum, kiedy stwierdziłem, że trzeba już dać sobie spokój z mentalnymi dywagacjami na temat tego, która płeć mi się bardziej podoba. Odpowiedź była oczywista– mężczyźni– zmącona jednak była wizja tego, co ta odpowiedź za sobą pociąga. Życie z mężczyzną? Gdzie? Jak?! I tutaj z pomocą przybyli mi przyjaciele, a może raczej osoby, które później stały się moimi przyjaciółmi. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Było to jakieś jesienne popołudnie spędzone wspólnie na oglądaniu filmów, komentowaniu ich, rozmawianiu na temat postaw aktorów etc. W pewnym momencie dyskusji po prostu padło pytanie od koleżanki „Marcel, czy ty jesteś gejem?”. „A co by to zmieniło?” odpowiedziałem zdezorientowany. „Nic” odpowiedziała. „Mogę ci zatem szczerze powiedzieć, że jestem” i na tym skończył się mój coming-out. Powróciliśmy potem do głównego wątku rozmowy, a ja bez skrępowania mogłem mówić, kto mi się w filmie podobał i dlaczego. Wyszedłem zresztą z założenia, że gdybym nie znalazł zrozumienia u rówieśników, to zawsze pozostaje mi rodzina, która, być może, nie była jeszcze wtajemniczona, ale która w tym momencie na pewno, by się ode mnie nie odwróciła. Rok później okazało się, że mój przyjaciel, z którym owego czasu rozmawialiśmy o filmach, również był gejem. Jednak też miał te chwile zwątpienia i wolał poczekać z wyjściem z szafy aż, być może ja, przetrę trochę szlaki w naszej ówczesnej paczce. Wszystko koniec końców potoczyło się szczęśliwie i nadal, choć dzieli nas obecnie odległość miejsc zamieszkania i różne większe lub mniejsze kryzysy, utrzymujemy ze sobą choćby sporadyczny kontakt.

Coming-out przed rodzicami był już trudniejszą sprawą. O tyle trudną, że nadal ostatecznie przeze mnie nie rozwiązaną. O mojej „tajemnicy” wie jedynie mama, którą powiadomiłem o tym nie osobiście, a listownie. Pamiętam, że był to jeden z długich weekendów majowych i że miałem wtedy zająć się psem mojej ciotki, jednocześnie przez kilka dni u niej mieszkając. Wujostwo postanowiło zrobić sobie krótkie preludium przed wakacjami. List ze wszystkimi wyjaśnieniami pozostawiłem w jednej ze swoich szuflad na notatki i gdy wieczorem mama zadzwoniła do mnie z dziwnym, aczkolwiek sympatycznym pytaniem „Czy dotarłeś?” (trzeba dodać, że moja ciotka mieszkała zaledwie kilka ulic od mojego rodzinnego domu), w trakcie rozmowy poprosiłem ją o podejście do owej szuflady i przeczytanie znajdującej się w niej „niespodzianki”. Pierwsze pytanie  ze strony rodzicielki brzmiało: „Czy mam usiąść, gdy będę to czytać?”. Spokojnie odpowiedziałem, że lepiej, by usiadła, na co ona odparła, że oddzwoni za chwilę. Po bodajże kwadransie, który próbowałem zapełnić sobie wszelkimi możliwymi zajęciami, mogącymi odciągnąć mnie od myśli o liście, zadzwoniła mama z lekkim płaczem w głosie. Zapewniła mnie o swojej miłości do mnie, o tym, że podejrzewała, ale (jak to matka) odrzucała taką myśl od siebie, że nic się nie stało, że najważniejsze bym był szczęśliwy itd. Spytała również, czy zamierzam się zwierzyć ojcu. Odpowiedziałem, że na pewno tak, tylko nie wiem kiedy. Przestrzegła mnie, bym był ostrożny, bo ojciec to „typowy heteryk”, ale że na pewno to zrozumie, że będzie potrzebował więcej czasu etc. I że oficjalnie, dopóki tata nie wie, ona też jest niewtajemniczona. Po powrocie do domu odbyłem z nią jeszcze jedną rozmowę, która głównie zasadzała się na przypomnieniu mi, że należy się zabezpieczać, że trzeba uważać na ludzi itd. I na tym praktycznie zakończyła się moja rozmowa z matką o mojej orientacji. Później tylko raz o tym rozmawialiśmy, ale krótko. Rozmowa ta była nasycona matczyną nadzieją na „bycie hetero”. Czy mam do niej o to żal? Nie, nigdy nie miałem. W pełni ją rozumiem, bowiem wiem, w jakim świecie przyszło jej wychowywać się. Mama pozostawia mi moją prywatność i nigdy w nią nie ingeruje. Zawsze wychodziła z założenia, że jeżeli będę chciał jej coś powiedzieć, to po prostu do niej przyjdę. Wyciąganie informacji na siłę nigdy nie miało miejsca w moim domu i to mi się zawsze podobało.

Kolejne wyjście z szafy miało miejsce w pracy. Działałem jako instruktor teatralny w swoim byłym liceum. Chodziły tam wszakże pogłoski o mojej odmienności, jednakże nie miałem z tym większego kłopotu. Coś tam szeptano za moimi plecami, o czymś plotkowano, ale jako że byłem pracownikiem szkoły, nikt nie mógł na mnie teoretycznie podnieść ręki. Jeżeli ktoś chciał pracować w kole teatralnym, to po prostu na nie przychodził, przyglądał się zajęciom i, jeżeli satysfakcjonował go tryb mojej pracy i stawiane wymagania, zostawał. Tak zresztą dorobiłem się całkiem dobrego zespołu. Po kilku miesiącach współpracy, na jednej z imprez „powystępowych” któryś z podopiecznych spontanicznie zapytał, jak wyglądał mój pierwszy raz z dziewczyną? Do dzisiaj nie wiem, skąd im to pytanie przyszło do głowy, jednakże z uśmiechem na ustach zapytałem, czemu ta osoba sugeruje, że odbyło się to z dziewczyną? Na chwilę zapadła cisza w miejscu spotkania, po czem przeszli do standardowych pytań: jak, dlaczego, po co, itd. Mogę szczerze powiedzieć, że chyba wtedy ich to trochę intrygowało, a nawet pociągało. Moda na posiadanie geja-przyjaciela była wtedy w pełnym rozkwicie, ale posiadanie geja-reżysera przechodziło ich najśmielsze oczekiwania. Poznając moją „intymność” i moje patrzenie na świat, zaczęli bardziej skupiać się na sobie nawzajem. Zżyli się, mając świadomość, że mam do nich zaufanie i w razie potrzeby bronili mojego imienia na forum szkoły, czy raczej za kulisami życia uczniowskiego. Czy przybyło mi przez to chętnych do grupy? Nie, jednak miałem skład na tyle silny, że pracowali ze mną aż do dnia mojego wyjazdu z rodzinnego miasta, pomimo tego, że większość z nich już dawno pokończyła liceum. Mam z nimi wspaniały kontakt i mam nadzieję, że jeszcze choćby raz uda mi się z nimi coś przygotować. A tak na marginesie to jeszcze jednym plusem mojego bycia instruktorem w liceum była pomoc innym gejom, czy lesbijkom, którzy, podobnie jak ja kiedyś, borykali się z chaotycznymi myślami o własnej orientacji, i którzy wiedzeni wiadomością, że reżyser grupy jest homoseksualistą, chociażby z ciekawości przychodzili na zajęcia teatralne. Czy stawałem się dla nich mentorem? Nie, raczej starałem się być dla nich przyjacielem. Czy byłem im potrzebny? Być może. Jednakże zauważyłem, przyglądając się kolejnym pokoleniom licealistów, że oni już na starcie często nie mają problemów z własnym określaniem się. Przynajmniej ta tzw. „lanserska część społeczności uczniowskiej”. Może to i kwestia mody, lecz nie jest złym trend, który prawdopodobnie umożliwi innym osobom wyjście z szafy i szczere życie w zgodzie z samym sobą. Czyż nie każdy chciałby zaczynać od takiego fundamentu? icon smile Mogę ci zatem szczerze powiedzieć, że jestem


Data wpisu: 23 lutego, 2012 autor wpisu: Marcel  |  Komentowanie nie jest możliwe

Jestem polskim ‘biszkoptem’!

Pierwszym krokiem było przyznanie się przed samą sobą. Czasem w żartach mówiłam, że jestem bi, ale ostatecznie zawsze podkreślałam swoją heteroseksualność. Znałam facetów, którzy woleli facetów, na uczelni mijałam się z jedną dziewczyną, o której wiedziałam, że jest lesbijką, ale nie spotkałam nikogo, kto otwarcie mówił “Jestem biseksualny/biseksualna”.

1042480 90236538 300x225 Jestem polskim ‘biszkoptem’!

radość

Wyjechałam na studia do Szwajcarii. Poznałam uroczą blondwłosą Finkę. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że to nie tylko kwestia estetyki kobiecego ciała. Ujęła mnie poczuciem humoru i oczami jak dwie błękitne akwarelki. Ze swoich uczuć zwierzyłam się trójce swoich najlepszych przyjaciół i to wtedy po raz pierwszy powiedziałam głośno : “Jestem waszą przyjaciółką i jestem bieseksualna”. Czekałam na ich reakcję. Przytulili mnie i zaraz zaczęli zadawać masę pytań, ale na szczęście nie tych w stylu “Jak to jest być bi?”. Pytali mnie o to, czy ona wie, że mi się podoba, czy chciałabym z nią być, co będzie z nami po zakończeniu stypendium, czy wyprowadzę się do Finlandii. Poczułam ulgę.
Jakby ktoś rozluźnił ten heteronormatywny gorset, w który wbiłam swoją nieforemną seksualność. Wkrótce po tym poznałam swoich szwajcarskich kolegów i koleżanki, z którymi uczęszczałam na zajęcia. Szczególnie polubiłam kilka osób, z którymi spędzałam czas po i między zajęciami. W naszej paczce był m. in. jeden zadeklarowany gej oraz biseksualista określający się tak, mimo trwania w monogamicznym związku z kobietą. Reszta znajomych była lesbigayfriendly. Przed nimi nie musiałam niczego ukrywać. Wszyscy z tej grupy wiedzieli o moim biseksualizmie. Nigdy wcześniej nie czułam się tak dobrze wśród innych i z samą sobą.

Może to dzięki coming outowi  w obcym języku było mi łatwiej?  Ale “biseksualny” po angielsku to tylko jedna literka różnicy. O tę jedną literę było trudniej po powrocie do Polski. Niewiadomy “x” trzeba było zamienić na “ks”.
Zaczęłam od przystąpienia do KPH. Przerażona poszłam na spotkanie. Wydawało mi się, że wszyscy znali się wcześniej, a ja nawet nie byłam pewna co powinnam powiedzieć przedstawiając się. Jak na spotkaniu AA “Jestem Edi i jestem bi”. Tak naprawdę to nikt ode mnie takiej deklaracji nie oczeiwał. Powiedziałam, więc inni przyjęli to do wiadomości. Ja czułam, że mam zaczerwienione policzki. Powiedziałam to po polsku. Jestem ‘biszkoptem’. Jestem polskim ‘biszkoptem’!
Podjęłam decyzję o zaangażowaniu się w sprawy lgbtq. Od tej pory staram się uwrażliwiać moich znajomych, przyjaciół, rodzinę… Właśnie… Rodzinę…
Rozmowa z siostrą przez telefon:
K: A co tam u tego P.?
Ja: Wszystko dobrze. Spotykam się z dziewczyną.
K: Spotyka się z dziewczyną?
Ja: Nie, ja się spotykam!
K: Ty się spotykasz z dziewczyną?
Ja: Tak
K: Z dziewczyną???
Ja: Pomidor! No z dziewczyną!
K: Aaaaa… no spoko.

Potem powiedziałam bratu, który zapytał mnie dlaczego jestem w KPH, skoro nie jestem lesbijką.
–Bo jestem bi i jest to też w moim interesie, żeby starać się coś zmienić.
Mamie chciałam kiedyś odpowiedzieć na standardowe pytanie “Kto dzwonił?”, buszując na dziale z mrożonkami w hipermarkecie po prostu “Moja dziewczyna!”. Zebrałam się w sobie i odpowiedziałam jednym tchem. Moja mama nie usłyszała. Owładnięta szałem zakupów nurkowała właśnie po knedle ze śliwkami. Schowała głowę w zamrażarkę, jak struś chowa swoją w piasek. Westchnęłam cicho, ale postanowiłam sobie, że wkrótce i tak jej powiem.
Pewnego dnia przyniosłam do domu tulipany. Specjalnie postawiłam je w wazonie na stole, przy którym siedziała.
Mama: Skąd masz kwiaty?
Ja: Dostałam.
Mama: Od kogo?
Ja: Od dziewczyny.
Mama: Czy ja o czymś nie wiem?
Ja: Wiesz o wszystkim.
Mama: Czy Ty coś przede mną ukrywasz?
Ja: Nie mamo, niczego przed Tobą nie ukrywam. Usiadłam na przeciwko niej, spojrzałam prosto w oczy…- Tak mamo, czasem spotykam się też z dziewczynami.
Mama: To Twoje życie.
Po tej rozmowie, przeszłyśmy do porządku dziennego. Wypiłyśmy kawę i rozmawiałyśmy o głupotach. Tak jakby nic się nie zdarzyło.
Tata? Tata wiedział wcześniej. Wspomniałam , że spędzam czas u koleżanki, kiedy zadzwonił żeby zapytać mnie gdzie jestem i co robię. Wiedział, że ona też jest w KPH i że mówię o niej częściej niż o innych.

Niektórzy znajomi wywnioskowali z rozmów ze mną albo grup na Facebooku, inni pytali wprost. Zawsze odpowiadam, ale nie noszę koszulki z napisem “Bisex”. Czasami słyszę : “Ja też kiedyś całowałam się z dziewczyną” albo “W sumie też kiedyś zastanawiałem się, jak to jest z mężczyzną”. Uśmiecham się wtedy, bo wiem, że mówią tak, żeby było mi raźniej. Wiem, że czasem to ja dodaję im odwagi.

Opublikowanie tej historii jest kolejnym etapem mojego coming outu. Jak wygląda moje życie teraz? W zasadzie nic się nie zmieniło. Ci których kocham, lubię szanuję zostali, a jeśli ktoś się odwrócił, to nawet nie wiem kto. Widocznie był to ktoś mało istotny w moim życiu.

Podobno bi mają skłonność do zdrady, podobno są niezdecydowani. Jak można czuć taki sam pociąg do obu płci? Staram się obalać stereotypy i wytłumaczyć, że bycie osobą biseksualną nie oznacza poliamorii, poszukuję w człowieku konkretnych cech, wartości i… nie dyskryminuję ze względu na płeć. Chciałabym przekonać osoby także ze środowiska lgbtq, że bi to nie fanaberie. Tak, kiedyś dokonam wyboru, ale będzie to wybór partnera/partnerki, nie orientacji. Byłam, jestem i będę biseksualna.


Data wpisu: 9 lutego, 2012 autor wpisu: Edie  |  Komentowanie nie jest możliwe

Jestem dziewczynką!

Holandia, 2010, 15′
reżyseria: Susan Koenen
zdjęcia: Reinout Steenhuizen
montaż: Susan Koenen, Denise Janzee
produkcja: Hollandse Helden

Joppe lacht 300x168 Jestem dziewczynką!
Jestem dziewczyną!

Joppe urodziła się chłopcem, ale od kiedy pamięta, chciała być dziewczynką. Teraz ma trzynaście lat i poprosiła dzieci ze swojej klasy, by odtąd traktowały ją jak dziewczynkę. Udało się, ale nie wszystko jest takie proste, zwłaszcza gdy na horyzoncie pojawia się miłość. Czy będzie odwzajemniona?
Nawet jeśli nie i nawet jeśli Joppe ma świadomość, że nie będzie mogła urodzić dzieci, kończymy oglądanie filmu z wrażeniem, że ma ona ogromne szanse wieść naprawdę szczęśliwe życie. Bohaterka filmu Susan Koenen jest bowiem uderzająco silną osobą. A „Jestem dziewczynką!” to nie tylko zgrabnie nakręcona krótkometrażówka z transseksualną bohaterką, której historia opowiedziana jest szczerze i bez lukru, ale nie w poetyce „filmów o problemie”. I choć obraz ten jest rzeczywiście lekki w odbiorze – nie bez powodu wszystko jest tu ładne i wiosenne – chodzi o coś więcej. Jak mówi sama Susan Koenen, intrygują ją zwykli (w znaczeniu nie – sławni) ludzie, którzy mogą stać się dla innych wzorem radzenia sobie w niełatwych sytuacjach.
(mn)

Festiwale:
2011 IDFA
2011 Los Angeles FF (Best Short Documentary)

Susan Koenen 150x150 Jestem dziewczynką!
Susan Koenen

Susan Koenen – Filmografia:
2010 The Wild West
2009 The Secret  of the Queue
2008 Laura & Anne 4 Ever
2005 Elena in Wonderland
2004 I’m Up to Something

Pokazy podczas WatchDogs:

12 XII, poniedziałek 17:00 Kino Rejs

14 XII, środa 16:00 Kino.Lab


Data wpisu: 5 grudnia, 2011 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Jestem transoptymistą

mar 01.1 201x300 Jestem transoptymistą
mar_01.1

Marianna fot. M. Rak

Powszechnie uważa się, że transseksualizm to droga przez mękę i cierpienie związane z „uwięzieniem w obcym ciele”, a sobą można być dopiero po operacji zmiany płci. Że nie należy mówić o tym innym, bo odrzucą, nie zaakceptują. Moja historia jest całkiem inna…To była sobota, wrzesień 2007 roku, pierwsze zajęcia na zaocznej psychologii. Wykładowca zachęcił nas do przedstawienia się innym, do powiedzenia czegoś o sobie. Wstałem i powiedziałem zdanie, które od tej pory powtórzyłem kilkadziesiąt razy: „Cześć, jestem Marcin, jestem transseksualistą, ale to tylko jedna z wielu moich zalet”. W auli zaległa cisza. Tak uczczono moją zmianę płci.

Ta jedna wypowiedź pociągnęła za sobą wiele konsekwencji: od tej pory nie tylko czułem się mężczyzną, ale żyłem jako mężczyzna w społeczeństwie. Mówiłem w rodzaju męskim, korzystałem z męskiej toalety, byłem pytany o związki z dziewczynami. Ludzie traktowali mnie inaczej niż do tej pory, a ja musiałem dorosnąć do nowej roli. Wtedy jednak nie czułem jeszcze, że właśnie zmieniłem dla świata płeć – nie miałem na to czasu, byłem zbyt zajęty ogarnianiem wszystkich skutków tej zmiany.
Celowo nie mówiłem o korekcie płci. Przymuszony okolicznościami, zostawiłem to na później, bowiem korygowanie płci to dostosowanie tego, co jeszcze nie pasuje do mojej męskiej tożsamości i roli płciowej.

Zmiana dokonała się w tamtej auli: z nieśmiałego „przepraszam-że-żyję” Niczego płci podobno żeńskiej, ukrywającego swoje transsekrety i drugą tożsamość w internecie, stałem się popularnym chłopakiem, jednym z najlepszych studentów na uczelni. Nareszcie rozkwitłem.

Przez pierwsze dwa zjazdy, ilekroć szedłem korytarzem, czułem na sobie spojrzenia innych, ale nie usłyszałem ani jednego złego słowa. Żadnego linczu, napaści, których się – wychowany na „Boys don’t cry” – z początku obawiałem. Tylko akceptacja wyrażana mówieniem do mnie po imieniu i całkowitym brakiem komentarzy (mężczyźni) bądź dyskretnym dopytywaniem o szczegóły (kobiety).

Trochę bałem się list obecności, gdzie wciąż figurowałem jako dziewczyna, bo wtedy „każdy dowiedziałby się, jak mam na imię”. Obawiałem się, że kiedy poznają „prawdę”, będą do mnie mówili w znienawidzonej formie. Uspokoiła mnie koleżanka: „Przecież wszyscy wiedzą, jak masz na imię”. Miałem na imię Marcin. To było oczywiste. A listy obecności stały się naszym grupowym testem reakcji prowadzących: czując akceptację mojej grupy, coraz bardziej się rozkręcałem i w finale, na szóstym semestrze, przedstawiłem się tak: „Nazywam się Marcin Rzeczkowski. Powodzenia w szukaniu mnie na liście”.

Z początku nie każdy wiedział, że zacząłem żyć jako mężczyzna: przed wielkim coming outem ujawniłem się tylko przed kilkorgiem najbliższych mi osób. Moją mamę poinformowałem kilka miesięcy później, a przepracowanie tego problemu zajęło jej dwa lata. Dziś nasz kontakt jest znakomity, poszła ze mną na spotkanie z innymi, którzy zazdrościli mi mamy.

Część przyjaciół spoza uczelni nie umiała tej zmiany zaakceptować. Z paru przyjaźni musiałem zrezygnować, ponieważ ich utrzymywanie wymuszało na mnie granie dziewczyny – nie byłem w stanie funkcjonować w podwójnej roli i odszedłem po dwóch latach zabiegania o kontakt.

Kiedy zaczynałem oswajać się ze swoją tożsamością, byłem przekonany, że po zmianie płci – oficjalnej, dokonanej chirurgicznie i prawnie – będę musiał zmienić miasto i wszystkich przyjaciół i zacząć życie od nowa. Przeczytałem, że tak właśnie robią transseksualiści, by uniknąć odrzucenia. Co prawda moje życie ułożyło się zupełnie inaczej, ale – ponieważ wierzyłem w to, co przeczytałem w necie – po coming oucie odsunąłem się od wielu ludzi. Teraz najbardziej cieszy mnie odnawianie relacji z dawnymi przyjaciółmi, którzy przyjęli mnie do swojego grona na nowo. I nadal mam listę ludzi, do których chciałbym się kiedyś odezwać.

Zmiana płci, która u „normalnego” transfaceta byłaby zwieńczeniem jego biegania od seksuologa do psychologa i od psychologa do chirurga, postawiła na głowie całą tę procedurę. Również moje samopoczucie uległo zmianie w zupełnie nietypowy sposób. Zawsze byłem wysoki i szczupły, ze średnio dziewczęcymi rysami twarzy. Odkąd zacząłem widzieć siebie samego jako mężczyznę i tak się zachowywać, ciało również zaczęło być postrzegane jako męskie. Skoro zaś ludzie widzieli we mnie mężczyznę, nie miałem powodów, by traktować je jak więzienie. Byłem co najwyżej – i dalej jestem – dwudziestoparoletnim mężczyzną zamkniętym w ciele nastoletniego chłopaka. Nienawiść do swojej fizyczności powoli zaczęła słabnąć, aż po paru latach zaakceptowałem swój wygląd.

Prawie nie odczułem skutków terapii hormonalnej, które pojawiły się w moim życiu długo po zmianie płci. Zmienił się jedynie mój głos – wcześniej mówiłem sopranem, co psuło mój męski wizerunek. Za jakiś czas ujawni się zarost – na samą myśl o codziennym zrywaniu się o świcie, żeby się go pozbywać, moje wewnętrzne lenistwo szaleje z radości.

Nie mam już problemów i radości typowych dla transmężczyzn. Zmieniając płeć, ulokowałem się gdzieś poza ich światem. Gdy przed terapią hormonalną uczestniczyłem w spotkaniach z kilkoma osobami trans, miałem wrażenie, jakbym wszedł do obcej mi grupy: nie moja perspektywa, nie moje priorytety… i w ogóle co to za pesymizm?

Wierzę w ludzi. I w siebie. Większość ludzi jest tak naprawdę życzliwa i tolerancyjna, tylko łatwiej jest im to okazać, gdy mają wiedzę, jak się zachować wobec osoby trans i widzą w niej „kogoś od nas”, a nie „obcego”. Wierzę, że jeśli podejdziemy do siebie z szacunkiem i damy sobie czas na wzajemne oswojenie się, będziemy potrafili żyć razem. Wierzę też, że akceptacją można zarażać, tak jak ja to robię!


Data wpisu: 18 października, 2011 autor wpisu: Marcin  |  Komentowanie nie jest możliwe