Nie będę ukrywał, że najprościej było mi wyoutować się przed przyjaciółmi. O wiele łatwiej niż przed samym sobą. Zanim jednak do tego przejdę, opiszę swoją sytuację przed wyjściem z szafy. Pierwsze symptomy mojej orientacji pojawiły się w gimnazjum, kiedy stopniowo zmieniało się moje spojrzenie na rówieśników i ich kolegów. Nie było to już spojrzenie dzieciaka, który chętniej od piłki nożnej zajmował się ogólnie pojętą sztuką, tylko szereg młodocianych, wstydliwych chwil poświęconych na przyjrzenie się ich ciałom, zachowaniom, rozmowom.
Ręce
Wszystko zdawało się być ukradkowe i przypadkowe, ponieważ dłuższe przyglądanie, czy obcowanie mogłoby okazać się mimowolnym „przyznaniem się”. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, ani nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak cienka jest granica między tym, co homospołeczne a homoseksualne. Dziś mogę szczerze powiedzieć, że wybitnie, czy wręcz obsesyjnie starałem się tej granicy nie przekroczyć. Chciałem być jednym z wielu, kimś niewidocznym, obserwatorem znajdującym się za lustrem weneckim. Wiadomo jednak, że prędzej czy później takie postawy mogą stać się męczące. Hormony buzowały, mężczyźni dojrzewali, a ja starałem się temu wszystkiemu przyjrzeć, jednocześnie składając z wszelkich oglądów, podpatrywań i refleksji jakiś obraz samego siebie, a konkretniej odpowiedź na to, jaki jestem i kim jestem.
Stanowcza odpowiedź przyszła dopiero w liceum, kiedy stwierdziłem, że trzeba już dać sobie spokój z mentalnymi dywagacjami na temat tego, która płeć mi się bardziej podoba. Odpowiedź była oczywista– mężczyźni– zmącona jednak była wizja tego, co ta odpowiedź za sobą pociąga. Życie z mężczyzną? Gdzie? Jak?! I tutaj z pomocą przybyli mi przyjaciele, a może raczej osoby, które później stały się moimi przyjaciółmi. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Było to jakieś jesienne popołudnie spędzone wspólnie na oglądaniu filmów, komentowaniu ich, rozmawianiu na temat postaw aktorów etc. W pewnym momencie dyskusji po prostu padło pytanie od koleżanki „Marcel, czy ty jesteś gejem?”. „A co by to zmieniło?” odpowiedziałem zdezorientowany. „Nic” odpowiedziała. „Mogę ci zatem szczerze powiedzieć, że jestem” i na tym skończył się mój coming-out. Powróciliśmy potem do głównego wątku rozmowy, a ja bez skrępowania mogłem mówić, kto mi się w filmie podobał i dlaczego. Wyszedłem zresztą z założenia, że gdybym nie znalazł zrozumienia u rówieśników, to zawsze pozostaje mi rodzina, która, być może, nie była jeszcze wtajemniczona, ale która w tym momencie na pewno, by się ode mnie nie odwróciła. Rok później okazało się, że mój przyjaciel, z którym owego czasu rozmawialiśmy o filmach, również był gejem. Jednak też miał te chwile zwątpienia i wolał poczekać z wyjściem z szafy aż, być może ja, przetrę trochę szlaki w naszej ówczesnej paczce. Wszystko koniec końców potoczyło się szczęśliwie i nadal, choć dzieli nas obecnie odległość miejsc zamieszkania i różne większe lub mniejsze kryzysy, utrzymujemy ze sobą choćby sporadyczny kontakt.
Coming-out przed rodzicami był już trudniejszą sprawą. O tyle trudną, że nadal ostatecznie przeze mnie nie rozwiązaną. O mojej „tajemnicy” wie jedynie mama, którą powiadomiłem o tym nie osobiście, a listownie. Pamiętam, że był to jeden z długich weekendów majowych i że miałem wtedy zająć się psem mojej ciotki, jednocześnie przez kilka dni u niej mieszkając. Wujostwo postanowiło zrobić sobie krótkie preludium przed wakacjami. List ze wszystkimi wyjaśnieniami pozostawiłem w jednej ze swoich szuflad na notatki i gdy wieczorem mama zadzwoniła do mnie z dziwnym, aczkolwiek sympatycznym pytaniem „Czy dotarłeś?” (trzeba dodać, że moja ciotka mieszkała zaledwie kilka ulic od mojego rodzinnego domu), w trakcie rozmowy poprosiłem ją o podejście do owej szuflady i przeczytanie znajdującej się w niej „niespodzianki”. Pierwsze pytanie ze strony rodzicielki brzmiało: „Czy mam usiąść, gdy będę to czytać?”. Spokojnie odpowiedziałem, że lepiej, by usiadła, na co ona odparła, że oddzwoni za chwilę. Po bodajże kwadransie, który próbowałem zapełnić sobie wszelkimi możliwymi zajęciami, mogącymi odciągnąć mnie od myśli o liście, zadzwoniła mama z lekkim płaczem w głosie. Zapewniła mnie o swojej miłości do mnie, o tym, że podejrzewała, ale (jak to matka) odrzucała taką myśl od siebie, że nic się nie stało, że najważniejsze bym był szczęśliwy itd. Spytała również, czy zamierzam się zwierzyć ojcu. Odpowiedziałem, że na pewno tak, tylko nie wiem kiedy. Przestrzegła mnie, bym był ostrożny, bo ojciec to „typowy heteryk”, ale że na pewno to zrozumie, że będzie potrzebował więcej czasu etc. I że oficjalnie, dopóki tata nie wie, ona też jest niewtajemniczona. Po powrocie do domu odbyłem z nią jeszcze jedną rozmowę, która głównie zasadzała się na przypomnieniu mi, że należy się zabezpieczać, że trzeba uważać na ludzi itd. I na tym praktycznie zakończyła się moja rozmowa z matką o mojej orientacji. Później tylko raz o tym rozmawialiśmy, ale krótko. Rozmowa ta była nasycona matczyną nadzieją na „bycie hetero”. Czy mam do niej o to żal? Nie, nigdy nie miałem. W pełni ją rozumiem, bowiem wiem, w jakim świecie przyszło jej wychowywać się. Mama pozostawia mi moją prywatność i nigdy w nią nie ingeruje. Zawsze wychodziła z założenia, że jeżeli będę chciał jej coś powiedzieć, to po prostu do niej przyjdę. Wyciąganie informacji na siłę nigdy nie miało miejsca w moim domu i to mi się zawsze podobało.
Kolejne wyjście z szafy miało miejsce w pracy. Działałem jako instruktor teatralny w swoim byłym liceum. Chodziły tam wszakże pogłoski o mojej odmienności, jednakże nie miałem z tym większego kłopotu. Coś tam szeptano za moimi plecami, o czymś plotkowano, ale jako że byłem pracownikiem szkoły, nikt nie mógł na mnie teoretycznie podnieść ręki. Jeżeli ktoś chciał pracować w kole teatralnym, to po prostu na nie przychodził, przyglądał się zajęciom i, jeżeli satysfakcjonował go tryb mojej pracy i stawiane wymagania, zostawał. Tak zresztą dorobiłem się całkiem dobrego zespołu. Po kilku miesiącach współpracy, na jednej z imprez „powystępowych” któryś z podopiecznych spontanicznie zapytał, jak wyglądał mój pierwszy raz z dziewczyną? Do dzisiaj nie wiem, skąd im to pytanie przyszło do głowy, jednakże z uśmiechem na ustach zapytałem, czemu ta osoba sugeruje, że odbyło się to z dziewczyną? Na chwilę zapadła cisza w miejscu spotkania, po czem przeszli do standardowych pytań: jak, dlaczego, po co, itd. Mogę szczerze powiedzieć, że chyba wtedy ich to trochę intrygowało, a nawet pociągało. Moda na posiadanie geja-przyjaciela była wtedy w pełnym rozkwicie, ale posiadanie geja-reżysera przechodziło ich najśmielsze oczekiwania. Poznając moją „intymność” i moje patrzenie na świat, zaczęli bardziej skupiać się na sobie nawzajem. Zżyli się, mając świadomość, że mam do nich zaufanie i w razie potrzeby bronili mojego imienia na forum szkoły, czy raczej za kulisami życia uczniowskiego. Czy przybyło mi przez to chętnych do grupy? Nie, jednak miałem skład na tyle silny, że pracowali ze mną aż do dnia mojego wyjazdu z rodzinnego miasta, pomimo tego, że większość z nich już dawno pokończyła liceum. Mam z nimi wspaniały kontakt i mam nadzieję, że jeszcze choćby raz uda mi się z nimi coś przygotować. A tak na marginesie to jeszcze jednym plusem mojego bycia instruktorem w liceum była pomoc innym gejom, czy lesbijkom, którzy, podobnie jak ja kiedyś, borykali się z chaotycznymi myślami o własnej orientacji, i którzy wiedzeni wiadomością, że reżyser grupy jest homoseksualistą, chociażby z ciekawości przychodzili na zajęcia teatralne. Czy stawałem się dla nich mentorem? Nie, raczej starałem się być dla nich przyjacielem. Czy byłem im potrzebny? Być może. Jednakże zauważyłem, przyglądając się kolejnym pokoleniom licealistów, że oni już na starcie często nie mają problemów z własnym określaniem się. Przynajmniej ta tzw. „lanserska część społeczności uczniowskiej”. Może to i kwestia mody, lecz nie jest złym trend, który prawdopodobnie umożliwi innym osobom wyjście z szafy i szczere życie w zgodzie z samym sobą. Czyż nie każdy chciałby zaczynać od takiego fundamentu?


