Archiwum dla kategorii: ‘jedzenie’

Julia Child, współpraca: Alex Prud’Homme, „Moje życie we Francji”

Kiedy na początku najnowszego filmu Woody Allena O północy w Paryżu poznajemy Strasznych Amerykańskich Przyszłych Teściów głównego bohatera (granego przez Owena Wilsona), miałam wrażenie, że rozpoznaję w nich współziomków Julii Child, których spotykała podczas swoich pobytów w Europie. Autobiograficzną książkę Julii Child (autorki żyjącej w latach 1912-2004) i najnowszy film Allena łączy nie tylko to, że akcja obu opowieści dzieje się w Paryżu. Oboje autorzy za pomocą swoich dzieł niewątpliwie starali się choć trochę przełamać stereotyp prowincjonalnego Amerykanina zapatrzonego w swoją ojczyznę jako raj kompletny i ostateczny. Część bohaterów Allena to ludzie aroganccy, nieprawdopodobnie ignoranccy, niewidzący niczego poza ukochanymi Stanami Zjednoczonymi, niemający kompletnie pojęcia o jakichkolwiek ideach intelektualnych – bardzo przypominali niektórych znajomych Julii, a także jej ojca, z którym Julia przez całe życie nie była w najlepszych stosunkach. O ile Allenowi nie udaje się jednak wyjść poza pretensjonalne uniki i popadanie w jeszcze gorsze stereotypy, Child znakomicie prezentuje się jako otwarta i chłonąca nowości nowoczesna kobieta. Co istotne, widzimy, jak ona sama wyzbywała się stereotypowych przedsądów: „(…) za sprawą artykułów w „Vogue” i hollywódzkich filmów, skłonna byłam sądzić, że Francja to kraj elegantów, gdzie wszystkie kobiety są filigranowymi i wytwornie ufryzowanymi złośliwymi stworzeniami, a wszyscy mężczyźni dandysami à la Adolphe Menjou, którzy raz po raz podkręcają wąsa, podszczypują dziewczęta i spiskują przeciwko amerykańskim prostaczkom” (s. 21, pisownia oryginalna).

Ale skąd w ogóle wspomnienia Julii Child w moich lekturach?

…Kiedy tylko poczujemy zmęczenie myślą, że jedzenie stało się gigantycznym przemysłem, w którym przyjemność smakowania, biesiadowania zanika na rzecz wyliczania wartości odżywczych przez dietetyków i gaży dla gwiazd kucharzenia, które nie zawsze gotują naprawdę, warto spojrzeć na początki obecności programów kulinarnych w telewizji, na czas, gdy przepisy kuchenne były często tajemnymi recepturami, i jedynie kucharze i kucharki znali i przekazywali sobie sekrety odpowiednich proporcji, przypraw, ingrediencji i składników. Warto przypomnieć sobie o kimś, dla kogo gotowanie było prawdziwą przyjemnością, pasją, sposobem życia, a nie tylko dochodowym biznesem.

Książki Julii Child nie napisała Julia Child. Za olbrzymi sukces wspomnień Julii odpowiada redaktor jej wspomnień i krewny, Alex Prud’Homme (Julia to jego cioteczna babka). W 2004 roku Julia i Alex zaczęli spotykać się, by spisać wspomnienia Julii z jej ulubionego okresu w życiu, gdy razem z mężem, Paulem Childem, w latach 1948 – 1954 mieszkali w Paryżu i w Marsylii. „Jest to książka o największych miłościach mojego życia: moim mężu, Paulu Childzie, la belle France oraz rozlicznych przyjemnościach gotowania i jedzenia”, czytamy we wstępnych partiach. Początkowo Prud’Homme próbował nagrywać słowa Julii na magnetofon, ale urządzenie rozpraszało ją. Skupił się zatem na spisywaniu jej opowieści, czytaniu listów, które Julia pisała do rodziny i przyjaciół, pracował również z wieloletnią redaktorką książek Julii, Judith Jones, która jako pierwsza dostrzegła potencjał bestsellerowy w projekcie Julii.

Moja pierwsza myśl o książce zredagowanej przez krewniaka Julii sprowadzała się do westchnienia: no tak, spadkobiercy do praw autorskich jej książki zauważyli, że produkt „Julia Child” jest już jedynie kuchennym dinozaurem. Należy więc coś wymyślić, aby produkt stworzyć na nowo, ładniej opakować i sprzedać ponownie. Nie da się wypromować ponownie Julii jako mistrzyni francuskiej kuchni, warto więc przedstawić to, co do tej pory chroniła, czyli prywatność i wspomnienia, pokazać Julię jako człowieka. Hurra, udało się! Kupiłam! Książka, która stanowi efekt współpracy z Prud’Homme, jest znakomitą, napisaną niezwykle lekkim piórem, sympatyczną, ciepłą, pełną ciekawostek i oczywiście przede wszystkim – pasji, opowieścią o szalonym życiu jeszcze bardziej szalonej młodej Amerykanki w Paryżu.

Jestem zatem pod wielkim wrażeniem tego, co wykreował Prud’Homme. Podczas lektury miałam wrażenie, że słyszę głos narratorki – upozowanej po trochę na idealną panią domu z reklam z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych a troszkę na towarzyszkę imprez Holly Gholightly. Zwariowana i jednocześnie świetnie zorganizowana. Pełna energii, z którą przemierza europejskie miasta z uśmiechem, gotowa na niespodzianki, które okiełzna poczuciem humoru i dystansem. Jak jednak było naprawdę? Według Julii Child, kobiety w jej czasach, głównie Amerykanki należące do klasy średniej, nie miały pojęcia o gotowaniu, które w ogóle nie leżało w polu ich zainteresowań. Kupowanie produktów spożywczych i przygotowywanie posiłków to było zajęcie służących i kucharzy. Wiele amerykańskich rodzin w czasach przedwojennych i powojennych, jak wspomina Julia, zatrudniało europejskich kucharzy, którzy często wzorowali się na ideale francuskiej kuchni. Niezdrowe, tłuste i wysokokaloryczne, smażone w dużej ilości tłuszczu jedzenie, które pojawiało się na amerykańskich stołach, wg Julii pochodziło od kucharek afroamerykańskich. Z taktem należnym pogodnej i w miarę beztroskiej rozrywce, w książce nie wspomina się, dlaczego akurat te kobiety znały przepisy głównie na potrawy dostarczające energii ludziom pracującym bardzo ciężko fizycznie.

Wspomnienia Julii Child są absolutnie rozkoszne. Bawi nawet stopień zafałszowania i „słodzenia” obrazów, które – jak sądzę – są dziełem głównie redaktora książki. Przypominam: oto Julia zjawia się z mężem we Francji zaraz po drugiej wojnie światowej, jednak niewiele tam refleksji na temat potworności światowego konfliktu zbrojnego. Właściwie tamta wojna była dla Julii i jej męża egzotyczną przygodą, pracowali razem w Azji (dla armii amerykańskiej na Cejlonie), a potem zjawili się w Paryżu, by nieść Europie pozytywne przesłanie na temat globalnej roli i zasług Stanów Zjednoczonych. Paul, pracownik amerykańskiego urzędu propagandy, był odpowiedzialny za popularyzację i utrwalanie jak najbardziej afirmatywnego obraz swej ojczyzny wśród alianckich sojuszników. Biorąc pod uwagę wspomnienia Julii, w Paryżu na pewno wybrali dobrą drogę zacieśniania przyjaźni amerykańsko–francuskiej zapoznając się z wyśmienitą kuchnią francuską i imprezując z interesującymi osobami. Poznali m. in. małżeństwo Baltrusatisów, zaglądała do nich Alicja B. Toklas, spotykali się z krewnym Hemingwaya, wpadali w restauracjach na Colette, etc., jednak to żadna rewia znanych nazwisk, a wspomnienie autentycznych przyjaciół. Niemal cukierkowa tonacja książki staje się groteskowa, gdy Julia i Paul po pobycie w Paryżu i Marsylii zostają przeniesieni z racji awansu pana Childa do Niemiec – Plittersdorfu. Julia zręcznie omija wszelkie smutne i poważne tematy, skupiając się na słusznej skądinąd uwadze, że absolutnym koszmarem było życie w kopii amerykańskiej prowincji, i że niesłusznie Amerykanie ignorowali miejscową kuchnię, sprowadzając absolutnie wszystko z USA. To zresztą nie był jedynie wybryk starych dobrych czasów. Kiedy czytałam – mniej więcej miesiąc temu – o jakiejś amerykańskiej jednostce stacjonującej w małym polskim mieście, dowiedziałam się, że olbrzymią popularnością wśród Amerykanów cieszyły się pierogi – ich kucharz używał na miejscu w jednostce… amerykańskich jajek w proszku. Nie zdziwiłabym się gdyby sprowadzali ze Stanów również wodę pitną!

Julia na początku boi się „życia w kraju potworów”, jak określa Niemcy. Ale kiedy próbuje miejscowego piwa w Plittersdorfie, a potem wędzonej kiełbasy i kiszonej kapusty, dochodzi do wniosku, że tam, gdzie jest tak dobre jedzenie, zło jest niemal niemożliwe. „Znów nas zaskoczyło, jak bardzo sympatyczni są Niemcy. Usiłowałam pogodzić jakoś obrazy Hitlera i obozów koncentracyjnych z tymi miłymi obywatelami. Czy to naprawdę ci sami ludzie, którzy kilka lat temu pozwolili Hitlerowi sterroryzować świat?” (s. 296). I to mimo pysznej kiełbasy i kiszonej kapusty, sacrebleu! Jednakże fragmenty o pobycie w Niemczech nie są, wbrew pozorom, świadectwem totalnej naiwności czy głupoty Julii. Wydaje się raczej, że na siłę próbowała wydobyć wszystkie pozytywne strony przebywania w małym miasteczku, klonie amerykańskiej „dziury zabitej dechami”. Pobyt w dość smutnym, nudnym i brzydkim miejscu, które na dodatek nie obfitowało w sympatyczne towarzystwo (Julia unikała przebywających tam Amerykanów jak tylko mogła), był niewątpliwie przygnębiającym doświadczeniem. W innych fragmentach książki powściągliwie, ale zdecydowanie krytykuje makkartyzm i „polowanie na czarownice”, które rozpoczęło się w Ameryce w 1950 roku (o tym niżej), chwali liberalizm i ubolewa nad przemianami w amerykańskiej polityce, które doprowadziły wedle niej do pogorszenia stosunków USA z państwami Europy Zachodniej.

Ciekawe są opinie Julii o zatrudnieniu Paula, który jako pracownik propagandy dbał o PR USA w Europie i przygotowywał grunt do wprowadzenia Planu Marshalla. Kiedy organizował z amerykańskim attaché kulturalnym rozmaite wystawy sztuki współczesnej, „musiał być zarazem dyplomatą, panienką lekkich obyczajów i łobuzem, bo tylko taka kombinacja pozwalała skutecznie lawirować między diametralne różnymi stylami francuskiej i amerykańskiej biurokracji” (s. 144). Paul nazywał Amerykanów „panienkami Planu Marshalla”. Czytamy o zderzeniu dwóch zupełnie innych podejść do życia i organizacji. Właściwie do opisu Francuzów pasuje zestaw cech: indywidualizm, lekceważenie procedur, przepisów, opór stawiany dyktatowi „produktywności i zyskowi”. Według Julii typowy Francuz na sugestie Amerykanów „jak podkręcić kapitalizm”, reagował następująco:

wzruszał ramionami, jakby chciał powiedzieć: „Te wasze pomysły są niezwykle fascynujące, bez wątpienia, ale pracuje nam się dobrze, i to nam wystarcza. Wszyscy zarabiają przyzwoite pieniądze, nikt nie choruje na wrzody. Ja mam czas, żeby pracować nad monografią o Balzaku, a mój brygadzista z pasją hoduje grusze na treliarzu. Właściwie nie mamy ochoty wprowadzać zmian, które nam proponujecie” (s. 144, 145).

I dalej: „Amerykanie nie potrafili nawet wystraszyć Francuzów na tyle, aby ci zmienili swoje stare obyczaje” (s. 146). Tu zapachniało [neo]kolonializmem idźmy więc dalej.

Choć Child wspomina jako najszczęśliwszy okres w życiu czas spędzony w Paryżu i Marsylii, nie zatrzymuje się jedynie na przeszłości i akcentuje, że gdy z różnych przyczyn stało się niemożliwe życie we Francji, poszli z Paulem do przodu.

Co się stało? Praca dla rządu z upływem czasu stawała się dla małżonków Child coraz trudniejsza i coraz bardziej męcząca. Ich cierpliwość wyczerpała się, gdy za McCarthy’ego nastały czasy „polowań na czarownice”, i Paul został wezwany do Waszyngtonu, by zostać poddanym ocenie, czy przypadkiem nie jest homoseksualistą. Wieloletni pracownik wydziału propagandy wybrał się do USA licząc na merytoryczną dyskusję, informację o awansie – cokolwiek, co ma związek z jego pracą. Zamiast tego kazano mu ściągnąć spodnie. Odmówił. W 1955 roku, kiedy przebywali na placówce w Niemczech, Paul dostał nagłe wezwanie do Waszyngtonu. Na miejscu okazało się, że wezwano go na przesłuchanie, które trwało cały dzień i część wieczoru – przesłuchiwali go agenci z Biura Bezpieczeństwa USIA (The United States Information Agency). Jak się wyjaśniło, ktoś napisał donos oskarżający Paula o zdradę i homoseksualizm. „(…) ten haniebny epizod zostawił niesmak i na zawsze zapadł w pamięć. Co się stało z Ameryką? Skutki polowania na czarownice nie ominęły naszych przyjaciół i kolegów z pracy. McCarthy rujnował ludziom kariery, a nieraz całe życie” (s. 302).

Pomijając towarzyskie i polityczne tło książki Prud’Homme’a i Julii, bardzo interesujące jest podejście Julii do tematyki kulinarnej. Jak już wspomniałam wyżej, pani Child podkreśla niejednokrotnie, że jej rówieśnice i znajome z Ameryki w ogóle nie interesowały się gotowaniem, ani dobrą kuchnią, bazującą na produktach dobrej jakości, które wybrało się samo, najlepiej na pobliskim targu. Kiedy Julia postanowiła, że nauczy się gotować, zrobiła wszystko. by swoje marzenie urzeczywistnić. Zdecydowała się na podjęcie nauki w słynnej od wieków (a dokładniej – od wieku XVI!) szkole Cordon Bleu, została potraktowana jak intruz i amerykański barbarzyńca, i z racji tegoż nie włączono jej do głównej grupy uczniów a dołączono do grupki mężczyzn która chciała poznać głównie podstawy gotowania. Niemniej jednak szkoliła się pod okiem mistrza kuchni, Maxa Bugnarda. Nie wspomina, by udało się jej wtedy zwerbować swoje amerykańskie znajome do wspólnego gotowania. Sama nauka bywała frustrująca głównie z powodów organizacyjnych. Złe zarządzanie finansami i brak chęci zainteresowania szkołą szerszego grona, które wykazywała ówczesna szefowa Cordon Bleu, sprawiały liczne nieprzyjemności. Niemal codziennie szwankowało zaopatrzenie i brakowało podstawowych produktów gastronomicznych na zajęciach (jak np. pieprz i sól!). Brak dbałości o stan budynku, w którym odbywały się zajęcia szkoły Cordon Bleu przyczynił się do tego, że psująca się kuchenka czy brak prądu bywały tam częstymi atrakcjami. Kolejną przeszkodą, której Julia musiała stawić czoło, była niechęć szefowej szkoły do niej jako Amerykanki. Dyrektorka Cordon Bleu wymyślała rozmaite przeszkody, by tylko Julia nie podeszła do egzaminu końcowego – ostatecznie Julia zdała go za drugim podejściem, tylko i wyłącznie dzięki swojej determinacji i licznym listom krytykującym postawę prowadzącej szacowną placówkę edukacji kulinarnej. Trzeba przyznać, że to bardzo interesujący opis słynnej obecnie na cały świat szkoły, która wtedy z całą pewnością potrzebowała reorganizacji w duchu nowego kapitalizmu. Z całą pewnością obywatelstwo jakiegokolwiek kraju nie jest obecnie przeszkodą, by podjąć tam naukę – najważniejsze, by uiścić opłaty. Obecnie Cordon Bleu szczyci się tym, że szkoliła się u nich Julia Child!

Czyż nie jest to najlepsza zachęta dla pasjonatów gotowania z USA?
Dla Julii chęć poznania francuskiej szkoły gotowania było częścią jej ogólnego, otwartego, liberalnego podejścia do świata. Przybyła do Europy karmiona nieprawdopodobnymi opowieściami na temat jej mieszkańców, jakie snuł jej ojciec (Europejczycy są ciemni i brudni, w dużym skrócie), zagorzały republikanin, filantrop, niestety o bardzo ograniczonym horyzoncie poznawczym. Julia wspomina go często jako bardzo hojnego i dobrego człowieka, ale też jako swego adwersarza światopoglądowego pod niemal każdym względem. Cierpiała nie mogąc zarazić go swoją radością życia i poznawania nowych miejsc i smaków. Julia przybyła z Paulem po to, by poznawać Paryż, Francję, by mieszkać jak Francuzi – wynajęli mieszkanie we francuskiej kamienicy (zatrudnili francuską służącą głównie dlatego, że „tak wypadało”), walczyli ze wszelkimi niedogodnościami, jakie się z tym wiązały, by wspomnieć choćby o braku porządnego ogrzewania – zimą trzeba było siedzieć w mieszkaniu w kurtce, ciepłych butach i rękawiczkach.

Zabawne są anegdoty o rozmaitych lapsusach językowych popełnianych przez Amerykanów we Francji. Od niewymawialnego paryskiego adresu państwa Child

Zbitka słowna „rue de l’ Université 81” okazała się trochę za dużym wyzwaniem dla naszych narządów mowy, więc nasz nowy dom szybko stał się „Ru de Lu” (s. 48)

po perypetie siostry Julii, Dort, która

dla komunikacji międzyludzkiej zdolna była zrobić wszystko (…). Dort z całą powagą usiłowała zapytać (fryzjera – dop. S.R.): „Czy obetnie mi pan włosy przed myciem, czy potem?”, ale wyszło: „Czy obetnie mi pan konie przed grzybem, czy po nim?” (s. 72).

Kiedy Julia ukończyła Cordon Bleu i spędziła trochę czasu w Marsylii, zaczęła myśleć o wydaniu na rynek amerykański książki o francuskiej kuchni. Przez kilka lat razem z dwiema współpracownicami – Simone Beck i na początku, z Louisette Bertholle, która później wycofała się projektu, opracowywała i doskonaliła przepisy. Warto odnotować, że wtedy, jak twierdzi Julia, praktycznie nie istniał spisany pewny przepis na np. majonez czy croissanty. Brakowało dokładnych wytycznych, określenia, jakie mają być dokładnie proporcje składników, jaką mają mieć temperaturę, co skąd brać. Dla Julii każdy przepis był potencjalnym polem doświadczalnym, ponieważ porównywała wszystkie składniki, których używała we Francji, i które można było dostać w Europie, z amerykańskimi. Odkrywała np. różnice w mące, oczywiście różnice w metryce, a także zetknęła się z tym, że w Ameryce wielu składników nie można było nigdzie dostać – np. …śmietany! Nawet gdy w 1961 r. ostatecznie książka została opracowana jako grube, ponad 700-stronicowe tomiszcze, gdzie każdy przepis krok po kroku został sprawdzony, zmodyfikowany i bardzo dokładnie opisany, wydawcy, z którymi wtedy autorki prowadziły wstępne pertraktacje, nie kwapili się, by to wydać. Twierdzili, że to pozycja zupełnie anachroniczna i zbyt trudna dla przeciętnego amerykańskiego czytelnika. Według wydawców wszyscy chcieli prostych i szybkich przepisów, które w dodatku można było przygotować w cudzie nowoczesnej kuchni – mikrofalówce. Dopiero po kolejnej długotrwałej i pracochłonnej redakcji (przy której pracowała też wspomniana Judith Jones), Mastering the Art of French Cooking, dzieło Julii i jej przyjaciółek zostało wydane i szybko stało się wielokrotnie wznawianym bestsellerem. Julia, wysoka i elegancka (miała 187 cm wzrostu, na zdjęciach i filmach wygląda dość komicznie, kiedy nachyla się nad współpracownikami niczym żeńska wersja Guliwera w krainie Liliputów) trafiła też do telewizji – były to pierwsze show kulinarne w historii! Nikt nie miał pojęcia, jak to powinno wyglądać. Programy emitowano na żywo! Bardzo często gdy Julia przybywała na plan zdjęciowy, odkrywała, że nie przygotowano niczego, o co prosiła – często musiała radzić sobie w dość ekstremalnych warunkach np. z niemal niedziałającą kuchenką, czy bez produktów kulinarnych. W przeciwieństwie do tego, co znamy z dzisiejszych programów kulinarnych, telewizyjna kuchnia nie przypominała sterylnego laboratorium ani pomieszczenia w salonie meblowym.

Nie znam filmu Julie i Julia Nory Ephron (2009), gdzie w naszą bohaterkę wcieliła się Meryl Streep. Jednak na YouTube można obejrzeć archiwalne audycje The French Chef (polecane linki znajdują się poniżej!). Kiedy je oglądałam, zastanawiałam się, czy razi mnie oczywista anachroniczność i rozbrajająca spontaniczność powiązana z epizodami kiedy pasja przerosła możliwości bohaterki (można być pewnym, że dziś nikt nie zaangażowałby biednej Julii do telewizji!), czy raczej fakt pokazania, jak gotowanie „tak po prostu” wygląda. Nie jest czynnością sterylną, zupełnie prostą i nie wychodzi doskonale, jak widzimy to w dzisiejszych programach. W gotowaniu bądź co bądź chodzi też o wiedzę i mnóstwo pożytecznych informacji, a te Julia zawsze przekazuje. Aktualnymi pozostaje wiele jej rad, choćby ta, by zaopatrywać się w warzywa, nabiał czy nawet mięso na lokalnym targu, by popierać miejscowych wytwórców żywności, a także by w miarę możliwości założyć własny mały ogródek z warzywami! Poza tym jak mawiała „nigdy nie przepraszaj w kuchni” – nawet jeśli coś się nie uda, pozostali powinni docenić trud gotującej osoby!

Prywatna kuchnia Julii była urządzona i zaopatrzona po stokroć lepiej, niż ta, z której zmuszona była korzystać w studio telewizyjnym. We Francji podczas nauki w Cordon Bleu Julia nabyła niesamowitą ilość gadżetów kuchennych. „Tu i tam poupychane były moje narzędzia specjalistyczne: miedziany rondel do rozpuszczania cukru, długie igły do natłuszczania pieczeni, owalna, szylkretowa łopatka do przecierania składników przez tamis, sito, stożkowe sitko nazywane chinois, patelenki używane wyłącznie do smażenia naleśników, formy do tart, rzeźbione z drewna klonowego łopatki do mieszania i niezliczone ciężkie miedziane pokrywki z długimi żelaznymi rączkami. Moja kuchnia dosłownie lśniła od gadżetów. A ja nigdy nie miałam dość” (s. 111). Wśród wyjątkowo rzadko spotykanych przyborów królował na pewno wielki i potwornie ciężki marmurowy moździerz służący do przygotowania jednego tylko dania – quenelles de brochet, utłuczonego i ugotowanego szczupaka, przetartego następnie przez sito i ubitego ze śmietaną nad miską z lodem.

Julia doskonaląc się jako we francuskiej kuchni (na marginesie: jej mąż Paul też dobrze gotował, w dodatku doskonale znał się na winach) oczywiście nie przejmowała się jakimiś tam dietetycznymi ograniczeniami. W ich menu masełko, pieczone mięsiwa i orgiastyczne desery przybierały gargantuiczne rozmiary, co nierzadko odbijało się na ich zdrowiu. Czasem nawet wspominali coś o konieczności walki z brzuszkami. Nigdy jednak nie poświęcili się bezużytecznej ascezie i kiedy tylko mogli, oddawali hołd pysznościom.

Co ciekawe, (jak zauważa choćby recenzent filmu na stronie Filmwebu, Julia Child ze swoją pasją, która w tradycyjnym ujęciu świata jest zajęciem typowo kobiecym, wkroczyła w świat praktycznie zarezerwowany dla mężczyzn. To mężczyźni byli i najczęściej nadal są utytułowanymi kucharzami, mężczyźni są smakoszami i recenzentami kulinarnymi, ogólnie rzecz ujmując, są na stanowiskach gdzie jest kasa i szacunek, a reszta może zmywać gary po gotowaniu. To zabawne, i już dawno odnotowane przez feministki choćby z pokolenia Julii, że tradycjonaliści chcą widzieć miejsce kobiety w domowej kuchni, ale już kobieta zarządzająca np. restauracją, jest już mniej mile widziana, a przynajmniej było tak w czasach prezenterki The French Chef. Jednak Julia w ogóle o tym nie wspomina. Mam wrażenie, że jako żona liczącego się dyplomaty amerykańskiego, w czasach gdy międzynarodowa sytuacja polityczna USA była bez porównania silniejsza niż obecnie, pokonywała wiele przeszkód – formalnych i nieformalnych – dzięki swojej pozycji. Nie wyobrażam sobie, by np. jej przyjaciółki, z którymi współtworzyła książkę, były zaproszone do telewizji, by poprowadzić program kulinarny. Co zabawne, kiedy razem z Simcą, jedną ze współautorek książki udzieliły razem wywiadu, Julia wspominając go podkreśliła, iż Simca źle radziła sobie w telewizji. Jak niewiele trzeba, by poczuć się celebrytką!
Z całą pewnością Prud’Homme’owi udało się wykreować portret Julii, którą chyba każdy chciałby poznać, i z którą chciałby porozmawiać, o wspólnym gotowaniu nie wspominając! Jej energia, pasja życia i zaangażowanie w tematy kulinarne sprawiają, że książkę czyta się z dużą przyjemnością, choć zgrzytem jest końcówka, w której wyraźnie czuje się, że wiele ze wspomnianych epizodów najchętniej nie byłoby w ogóle poruszanych, przede wszystkim – choroba i śmierć Paula, najbliższego jej człowieka czy dość burzliwa przyjaźń z jedną z współautorek książki – Simone Beck. Bon apetit, którego życzyła często Julia na zakończenie swoich programów kulinarnych, na pewno nie dotyczy tylko jedzenia, ale przede wszystkim – życia!

Sławomira Raczyńska

Julia Child, współpraca: Alex Prud’Homme, Moje życie we Francji, przeł. Anna Sak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010. Wszystkie cytaty i odniesienia pochodzą z tej edycji.

Julia i homary

Julia i croissanty

Data wpisu: 14 listopada, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

„Stół, jaki jest. Wokół kuchni w Polsce” Wojciecha Nowickiego, czyli odgrzewany kotlet z mikrofali.

A miało być tak pięknie… Tematyka kulinarna, gatunek uwielbiany – esej, wreszcie autor, niejako znany, bo regularnie co piątek czytany. Wojciech Nowicki, dziennikarz, recenzent kulinarny piszący dla krakowskiego oddziału „Gazety Wyborczej” – czyli marka miejscowa, solidna, powiedziałabym nawet, że darzona zaufaniem, jedynie z lekka umiarkowanym (dystans wobec wszystkiego zawsze bowiem trzeba zachować). Recenzja jego książki właściwie była już gotowa, kiedy miałam „tylko” sprawdzić, w którym to jego felietonie już czytałam anegdotę znalezioną w książce, ot tak, dla porządku, by wykorzystać jako przypis. Zaczęłam więc ponownie czytać archiwalne recenzje kulinarne Nowickiego na portalu krakowskiej „Gazety Wyborczej”, i szlag mnie trafił, gdy trafiłam na pięć fragmentów z ładnie wydanego i dość drogiego eseju w formie elektronicznej, darmowej i już dawno temu opublikowanej. Ale od początku, od początku…

Rzadko się zdarza, by ktokolwiek zabierał się za temat odbrązawiania mitu wspaniałej, smacznej i zdrowej polskiej kuchni. Wojciech Nowicki podjął się opisania realnego stanu polskiego stołu na podstawie własnych doświadczeń, obserwacji i wspomnień, w eseju wydanym przez krakowskie Muzeum Etnograficzne im. Seweryna Udzieli.

Czytam recenzje kulinarne Nowickiego od kilku lat i konsultuję jego opinie z wrażeniami własnymi i znajomych z wizyt w opisywanych przez niego restauracjach i lokalach gastronomicznych. Dodajmy – zdanie przyjaciół jest tu wagi niebagatelnej, wiedzą bowiem zarówno jak wygląda praca na wszelkich stanowiskach w dobrej restauracji, cieszącej się zasłużoną renomą, jak i prowadzenie gastronomicznego biznesu od strony szefowej i szefa. Poznaję więc komentarze do recenzji Nowickiego zarówno tych, co wiedzą zarówno, co to dolce vita, jak i ora et labora – i to nie w wydaniu krytykowanym (słusznie) przez autora recenzowanej tu książki. Nowicki portretuje bowiem parweniuszy nowobogackich albo wyrobników kelneropodobnych, którzy nie potrafią powiedzieć klientowi nawet „dzień dobry”. Z moich porównań wychodzi na to, że można Nowickiemu jak najbardziej wierzyć, że rzadko zdarza mu się zaliczyć wpadkę i polecić lokal może nie tyle nawet mierny i mizerny, co jednak boleśnie nie zachwycający tak, jak by to wynikało z jego gorących pochwał publikowanych na łamach piątkowego dodatku do „Wyborczej” (bo z całą pewnością nigdy niesłusznie nie skrytykował restauracji wartej polecenia). Co prawda przyznam się, że moim guru absolutnym i mistrzem pióra na polu recenzji kulinarnych pozostaje niezmiennie od lat Maciej Nowak, jednakże siedzi w Warszawie i z tego centralnego punktu stołecznego rozwija swój talent gastronauty. Kraków ma Nowickiego, który wytrwale sprawdza, jak się miewają propozycje kulinarne małopolskich restauracji i najczęściej marudzi, narzeka, kręci nosem, rzadko co poleca – i niestety ma rację.

Wracając do jego książki wydanej przez Muzeum Etnograficzne – i polecanej przez Andrzeja Stasiuka i Wojciecha Bursztę (łatwo sobie wyobrazić uzgadnianie tych peanów przy jednym stole), czego nie znoszę – tego powoływania się na „autorytety”, skoro książka adresowana jest do czytelnika z całą pewnością zdolnego do samodzielnego wyrabiania sobie opinii i nie polegania na zdaniu Znanych Nazwisk… otóż książka pomyślana jest jako esej, którego tematem „nie jest sama kuchnia, a wszystko to, co wokół niej się dzieje” (s. 7), zatem – jak zmieniała się kuchnia i polskie myślenie o jedzeniu podczas przemian ustrojowych, co pojawiało się na stołach w czasach naszego dzieciństwa, a co zjawia się teraz. Nowicki od początku swoich rozważań demontuje wyobrażenie, którym karmi się nas nadal od dzieciństwa – że polska kuchnia najlepszą jest w świecie i polskie smaki, zapachy, potrawy, są po prostu niezrównane. Kojarzymy popularne w Polsce zachodnie i azjatyckie kuchnie ze stylami życia, z konkretnym myśleniem o oprawie estetycznej serwowanych potraw.

Książka rozpoczyna się małym falstartem, ponieważ Nowicki uległ niestety czemuś, co bym nazwała grafomanią erudycyjną, popisem, który może miał się pojawić nie jako potrójny tulup, ale przynajmniej porządne taneczne pas na polu literatury, a mnie jawi się jako potknięcie na skórce od banana, czyli – przywołuje metaforę przypominania sobie smaków i zapachów poprzez Proustowską magdalenkę umaczaną w lipowej herbacie. Niewiele jest bardziej ogranych prób popisania się własną erudycją, i niestety ta sytuuje się w ścisłej czołówce. Uwielbiam Prousta (i to bardziej niż Lovecraft, który przeczytał tylko pierwszy tom powieści „W poszukiwaniu straconego czasu”), ale pomijając może maturę i pierwsze lata studiów, do głowy by mi nie przyszło, by wskazywać w pracach na scenę z magdalenką, bowiem takie zdarte płyty, choćby z najpiękniejszym nagraniem, powinno się puszczać tylko dla siebie, a nie ku znudzeniu czytelnika. Ten, kto nie zna Prousta, może nie sięgnie po książkę Nowickiego, ten kto ją zna, ziewnie potężnie w tym miejscu. Na szczęście dalej jest lepiej – zadanie, które sobie autor stawia, spełnia, choć rysuje to smutny portret własny Polaków.

Czytałam niedawno znakomitą książkę poświęconą włoskiej kuchni*, autorstwa Eleny Kostioukovitch, rosyjskiej tłumaczki Umberto Eco, od ponad dwudziestu lat mieszkającej we Włoszech. W tym cudownym tomie autorka oprócz genialnego opisu i specyfiki kulinarnej każdego włoskiego regionu, opowiada, w jaki sposób boska kuchnia śródziemnomorska splotła się z włoskim sposobem życia, jak rolnicza i gastronomiczna samowystarczalność, a zarazem obfitość smaków, zapachów, wszelkich płodów rolnych, złożyła się na włoską pewność siebie, umiejętność wyrażenia indywidualności, a także na demokratyczne podejście do tego całego bogactwa, z którym należy dzielić się z innymi. Radość życia pod złotym słońcem, a także umiejętność wykorzystania najprostszych, dostępnych pod ręką produktów, by wręcz wyczarować znakomite, wykwintne dania – tak można by w największym skrócie wyrazić włoskie myślenie o kuchni zaprezentowane przez Kostioukovitch. Jak coś podobnego mogłoby zaistnieć w kraju, gdzie żyje społeczeństwo Chrystusów Europy, gdzie każdy jest męczennikiem na skalę Miauczyńskiego, który nie spadł na ziemię podczas lotu tupolewem, ale zawisnął na brzozie w połowie drogi i zawodzi żałośnie, nie mogąc ani wzlecieć ku wyżynom, ani spaść, porządnie, w samo bagno? Skąd wykrzesać tę radość życia nad najzimniejszym morzem europejskim? Kto ma nas uczyć smakowania i delektowania się jedzeniem, skoro władcy masowego żywienia, kucharze wszelakich stołówek i wielu restauracji to adepci polskich szkół gastronomicznych, w których uczniowie palą na potęgę przytepiające smak papierosy i są uczeni, jak najtańszym kosztem jakoś upichcić obiad złożony z pomidorowej na mięsie i kostce rosołowej i schaboszczak, ociekający tłuszczem z miękkiej panierki?

Uczynię ekshibicjonistyczne wyznanie – uprawiam „gastronomiczną pornografię” i uwielbiam podczas jedzenia oglądać książki kucharskie, najlepiej pięknie zilustrowane, albo czytać smakowite książki, napisane wspaniałym, aromatycznym i działającym na wyobraźnię stylem. Nowicki w znakomitym fragmencie swojego eseju, przestrzega przed sięgnięciem w takich chwilach po współczesną literaturę polską, gdzie pojawiające się opisy jedzenia są opisem męczarni, blamażu, są niczym żenujące starania parweniuszy bytu, którzy pragną kreować egzystencję, a wychodzi jedynie smętny flak bytowania. Cytowane fragmenty powieści ukazują jedzenie jako odrzucające, bezbarwne i niesmaczne resztki marzeń o jakimś ideale, bohaterowie sprawiają wrażenie albo abnegatów, którym wszystko jedno, czy zjedzą szczura w panierce, czy tort szwarcwaldzki, albo istoty cierpiące na poważne zaburzenia łaknienia.

Znakomite są fragmenty, w których Nowicki ukazuje, jak kuchnię włoską i azjatycką Polacy przez lata skroili na swoją miarę i swój smak. Jak Polaków informowano, w książkach kulinarnych, pisanych przecież przez „znawców”, o postaci innych kuchni narodowych, wschodnich i zachodnich, i jak te koszmarne uogólnienia i stereotypy pokutują czasem do dziś. Świetne jest przypomnienie książek kulinarnych w ogóle, zwłaszcza tych PRL-lowskich. Brakowało mi trochę, by Nowicki zauważył koszmarny trend ciągłego wznawiania tych obrzydliwych staroci – sama mam w domu parę Szymanderskich i innych książeczek, w których rozpoznaję blade i umęczone cienie znanych potraw z kuchni śródziemnomorskiej, ale zatłuczone, zatłuszczone i pozbawione wszelkich substancji odżywczych oprócz tłuszczu – o smaku nawet nie mówię. Ba, jedna z takich książek ma nawet tytuł „Kuchnia europejska”, ponieważ autorom się wydawało, że „ezgotyczny garnir” na zwykłym ziemniaku zmienia go w „coś zupełnie innego”. Szkoda, że nie pisze o absolutnie koszmarnym wynalazku, jak „globalna książka kucharska lokalna”, np. wydawnictwa Reader’s Digest, gdzie okazuje się, że w Polsce jada się tarty i homary na co dzień. Zauważa natomiast coś innego, że bardzo często polskie książki kucharskie przemawiają do odbiorcy urzędowym lub naukowym tonem, zniechęcając czytelnika do jakichkolwiek prób kulinarnych. Podaje się w nich mnóstwo danych o kaloriach, kilodżulach, piramidzie żywienia, każe się zaopatrzyć w około trzysta niezbędnych w kuchni narzędzi, słowem – zabija jakąkolwiek radość z gotowania i odbiera chęć do eksperymentowania na własną rękę.

A jak wyglądają polskie kuchnie regionalne? Nowicki trafia w sedno pisząc „Najczęściej (…) Polska je dania pamięci” (s. 91). Brak restauracji starających się wykorzystać miejscowe, sezonowe dobra. Wspomina się raczej, jak to kiedyś, ktoś, świetne piekł chlebki czy może gotował coś pysznego, typowego tylko dla danej okolicy. Jednak to się powoli zmienia, powoli pojawiają się małe wysepki, na których pasjonaci odtwarzają smaki przeszłości, biorą pod ochronę ginące odmiany potraw i rodzaje smaków, dzięki którym kreuje się na nowo coś, co nazywamy smakiem regionalnym, i to w wydaniu godnym polecenia.

Nowicki przygląda się również obsłudze w polskich restauracjach i lokalach gastronomicznych. Opowiada historie koszmarne, po których raz na zawsze odechciewa się przygód kulinarnych i zwiedzania restauracji. Dosadnie portretuje typowego polskiego kelnera (s. 132), który zawsze stoi po przeciwnej stronie barykady niż klient. I jest w tym jakaś strasznie smutna diagnoza polskiego społeczeństwa, polskiego braku myślenia w kategoriach dobra większości, solidarności międzyludzkiej, braku życzliwości dla innych. Gdzieś wyczytałam, że w Polsce obsługa w sklepach i restauracjach stoi na tak niskim poziomie, ponieważ jest to personel bez przeszkolenia i słabo opłacany. Niestety, rzadko jest to prawda – to raczej wynik braku jakiejkolwiek kindersztuby i wymagania czegokolwiek od siebie samego. Oczywiście przeszkolenie przydałoby się na pewno, pytanie tylko, kto kelnerów i kelnerki powinien uczyć obsługiwania klientów – jeszcze bardziej chamski poprzednik, czy może, jak się to zdarza, arogancki właściciel, niemający pojęcia o prowadzeniu restauracji?

Jedyną rzeczą, do której się przyczepię jeszcze w książce Nowickiego to pewna niezbyt ładna praktyka, którą mogłabym nazwać autoplagiatem. Oczywiście Nowicki ma prawo do wykorzystania własnego tekstu, ba, ubolewam, że jego recenzje, jak i recenzje Nowaka, nie ukazały się drukiem, bo chętnie bym je kupiła (no dobra, to Nowaka kupiłabym na pewno), ale mimo wszystko, wypadałoby choćby wspomnieć, że drogie czytelniczki, drodzy czytelnicy, już o tym pisałem tu i tu. Przykłady?

Fragment o kelnerowaniu w powieści „Zaklęte rewiry” Worcella i jej ekranizacji (w książce Nowickiego na stronach 128 – 131), w nieco tylko zmienionej stylistyce, choć zachowane są porównania i dane, znajdziemy w recenzji „Grand Hotel. O pustce” (ukazała się w GW 22 stycznia 2009 r. i można ją znaleźć w internecie tutaj ). Anegdota o kelnerze pouczającym autora, czym jest macchiato, pochodzi z recenzji „Kraków kulinarny. Kuchnia tarska (GW, 10 października 2008 r., tutaj). Z kolei anegdotę o zaproszeniu na sylwestra w języku prawie–polskim, ze strony 25, można przeczytać też tu. Fragment o tęsknocie za swojskimi smakami, w książce na stronach 78 – 79, spisany słowo w słowo, pochodzi z recenzji tejże. Rzecz o polskich kuchniach regionalnych, i jak pisała o nich Irena Gumowska – ze stron 80-83, tamże. Litości! Czasu nie było, wydawca gonił, zobowiązania wobec koncernów medialnych były tak wielkie, że aż tak trzeba było wykorzystywać opcję „kopiuj – wklej”? Dalej – anegdota ze strony 127, pojawiła się już tutaj.

Na zakończenie dodam jeszcze złośliwie, że spoglądając na znajdujące się na tylnej okładce pochwały książki, zastanawiam się, czy autorzy przeczytali ją na pewno. Ponieważ jeśli jest to „danie roku” jak chce Stasiuk, to chyba lepiej przejść na dietę, a jeśli „Wokół stołu” – „namawia nas do myślenia i inwencji, podpowiada, jak poradzić sobie we współczesnym supermarkecie możliwości, by nie stracić w nim orientacji”, jak z kolei notuje Burszta, to zastanawiam się, czy przeczytał jakieś niezamieszczone w książce rozdziały (zresztą jego słowa pasują o wiele bardziej do książek wspomnianego przez Nowickiego Michaela Pollana). Kiedy zabrałam się za tę recenzję i zajrzałam, co Nowicki napisał o krakowskich lokalach (przeczytałam wszystkie teksty na stronie internetowej krakowskiej GW), ogarnęło mnie zniechęcenie. Okazuje się bowiem, że dużo lepiej i więcej autor już zdążył powiedzieć, a ilość zapożyczeń, choćby najbardziej usprawiedliwionych, z własnych tekstów (i nie zaznaczenie tegoż faktu), na polu literackim staje się tym, czego Nowicki tak bardzo nie cierpi na obszarze gastronomii – nazywa swojskie, przyzwoite danie dumną nazwą eseju, a to niestety kotlet, choć porządny, to jednak odgrzewany. Z chęcią przeczytam kolejne recenzje kulinarne Nowickiego, ale esej… strzeż się, pisarzu, recenzentka pamięta!

Sławomira Raczyńska

Wojciech Nowicki, Stół, jaki jest. Wokół kuchni w Polsce, Muzeum Etnograficzne im. Seweryna Udzieli, Kraków 2011. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

* Elena Kostioukovitch, Sekrety włoskiej kuchni, przedmowa Umberto Eco, przeł. Jan Jackowicz, Albatros, Warszawa 2010.

Data wpisu: 10 maja, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

„Stół, jaki jest. Wokół kuchni w Polsce” Wojciecha Nowickiego, czyli odgrzewany kotlet z mikrofali.

A miało być tak pięknie… Tematyka kulinarna, gatunek uwielbiany – esej, wreszcie autor, niejako znany, bo regularnie co piątek czytany. Wojciech Nowicki, dziennikarz, recenzent kulinarny piszący dla krakowskiego oddziału „Gazety Wyborczej” – czyli marka miejscowa, solidna, powiedziałabym nawet, że darzona zaufaniem, jedynie z lekka umiarkowanym (dystans wobec wszystkiego zawsze bowiem trzeba zachować). Recenzja jego książki właściwie była już gotowa, kiedy miałam „tylko” sprawdzić, w którym to jego felietonie już czytałam anegdotę znalezioną w książce, ot tak, dla porządku, by wykorzystać jako przypis. Zaczęłam więc ponownie czytać archiwalne recenzje kulinarne Nowickiego na portalu krakowskiej „Gazety Wyborczej”, i szlag mnie trafił, gdy trafiłam na pięć fragmentów z ładnie wydanego i dość drogiego eseju w formie elektronicznej, darmowej i już dawno temu opublikowanej. Ale od początku, od początku…

Rzadko się zdarza, by ktokolwiek zabierał się za temat odbrązawiania mitu wspaniałej, smacznej i zdrowej polskiej kuchni. Wojciech Nowicki podjął się opisania realnego stanu polskiego stołu na podstawie własnych doświadczeń, obserwacji i wspomnień, w eseju wydanym przez krakowskie Muzeum Etnograficzne im. Seweryna Udzieli.

Czytam recenzje kulinarne Nowickiego od kilku lat i konsultuję jego opinie z wrażeniami własnymi i znajomych z wizyt w opisywanych przez niego restauracjach i lokalach gastronomicznych. Dodajmy – zdanie przyjaciół jest tu wagi niebagatelnej, wiedzą bowiem zarówno jak wygląda praca na wszelkich stanowiskach w dobrej restauracji, cieszącej się zasłużoną renomą, jak i prowadzenie gastronomicznego biznesu od strony szefowej i szefa. Poznaję więc komentarze do recenzji Nowickiego zarówno tych, co wiedzą zarówno, co to dolce vita, jak i ora et labora – i to nie w wydaniu krytykowanym (słusznie) przez autora recenzowanej tu książki. Nowicki portretuje bowiem parweniuszy nowobogackich albo wyrobników kelneropodobnych, którzy nie potrafią powiedzieć klientowi nawet „dzień dobry”. Z moich porównań wychodzi na to, że można Nowickiemu jak najbardziej wierzyć, że rzadko zdarza mu się zaliczyć wpadkę i polecić lokal może nie tyle nawet mierny i mizerny, co jednak boleśnie nie zachwycający tak, jak by to wynikało z jego gorących pochwał publikowanych na łamach piątkowego dodatku do „Wyborczej” (bo z całą pewnością nigdy niesłusznie nie skrytykował restauracji wartej polecenia). Co prawda przyznam się, że moim guru absolutnym i mistrzem pióra na polu recenzji kulinarnych pozostaje niezmiennie od lat Maciej Nowak, jednakże siedzi w Warszawie i z tego centralnego punktu stołecznego rozwija swój talent gastronauty. Kraków ma Nowickiego, który wytrwale sprawdza, jak się miewają propozycje kulinarne małopolskich restauracji i najczęściej marudzi, narzeka, kręci nosem, rzadko co poleca – i niestety ma rację.

Wracając do jego książki wydanej przez Muzeum Etnograficzne – i polecanej przez Andrzeja Stasiuka i Wojciecha Bursztę (łatwo sobie wyobrazić uzgadnianie tych peanów przy jednym stole), czego nie znoszę – tego powoływania się na „autorytety”, skoro książka adresowana jest do czytelnika z całą pewnością zdolnego do samodzielnego wyrabiania sobie opinii i nie polegania na zdaniu Znanych Nazwisk… otóż książka pomyślana jest jako esej, którego tematem „nie jest sama kuchnia, a wszystko to, co wokół niej się dzieje” (s. 7), zatem – jak zmieniała się kuchnia i polskie myślenie o jedzeniu podczas przemian ustrojowych, co pojawiało się na stołach w czasach naszego dzieciństwa, a co zjawia się teraz. Nowicki od początku swoich rozważań demontuje wyobrażenie, którym karmi się nas nadal od dzieciństwa – że polska kuchnia najlepszą jest w świecie i polskie smaki, zapachy, potrawy, są po prostu niezrównane. Kojarzymy popularne w Polsce zachodnie i azjatyckie kuchnie ze stylami życia, z konkretnym myśleniem o oprawie estetycznej serwowanych potraw.

Książka rozpoczyna się małym falstartem, ponieważ Nowicki uległ niestety czemuś, co bym nazwała grafomanią erudycyjną, popisem, który może miał się pojawić nie jako potrójny tulup, ale przynajmniej porządne taneczne pas na polu literatury, a mnie jawi się jako potknięcie na skórce od banana, czyli – przywołuje metaforę przypominania sobie smaków i zapachów poprzez Proustowską magdalenkę umaczaną w lipowej herbacie. Niewiele jest bardziej ogranych prób popisania się własną erudycją, i niestety ta sytuuje się w ścisłej czołówce. Uwielbiam Prousta (i to bardziej niż Lovecraft, który przeczytał tylko pierwszy tom powieści „W poszukiwaniu straconego czasu”), ale pomijając może maturę i pierwsze lata studiów, do głowy by mi nie przyszło, by wskazywać w pracach na scenę z magdalenką, bowiem takie zdarte płyty, choćby z najpiękniejszym nagraniem, powinno się puszczać tylko dla siebie, a nie ku znudzeniu czytelnika. Ten, kto nie zna Prousta, może nie sięgnie po książkę Nowickiego, ten kto ją zna, ziewnie potężnie w tym miejscu. Na szczęście dalej jest lepiej – zadanie, które sobie autor stawia, spełnia, choć rysuje to smutny portret własny Polaków.

Czytałam niedawno znakomitą książkę poświęconą włoskiej kuchni*, autorstwa Eleny Kostioukovitch, rosyjskiej tłumaczki Umberto Eco, od ponad dwudziestu lat mieszkającej we Włoszech. W tym cudownym tomie autorka oprócz genialnego opisu i specyfiki kulinarnej każdego włoskiego regionu, opowiada, w jaki sposób boska kuchnia śródziemnomorska splotła się z włoskim sposobem życia, jak rolnicza i gastronomiczna samowystarczalność, a zarazem obfitość smaków, zapachów, wszelkich płodów rolnych, złożyła się na włoską pewność siebie, umiejętność wyrażenia indywidualności, a także na demokratyczne podejście do tego całego bogactwa, z którym należy dzielić się z innymi. Radość życia pod złotym słońcem, a także umiejętność wykorzystania najprostszych, dostępnych pod ręką produktów, by wręcz wyczarować znakomite, wykwintne dania – tak można by w największym skrócie wyrazić włoskie myślenie o kuchni zaprezentowane przez Kostioukovitch. Jak coś podobnego mogłoby zaistnieć w kraju, gdzie żyje społeczeństwo Chrystusów Europy, gdzie każdy jest męczennikiem na skalę Miauczyńskiego, który nie spadł na ziemię podczas lotu tupolewem, ale zawisnął na brzozie w połowie drogi i zawodzi żałośnie, nie mogąc ani wzlecieć ku wyżynom, ani spaść, porządnie, w samo bagno? Skąd wykrzesać tę radość życia nad najzimniejszym morzem europejskim? Kto ma nas uczyć smakowania i delektowania się jedzeniem, skoro władcy masowego żywienia, kucharze wszelakich stołówek i wielu restauracji to adepci polskich szkół gastronomicznych, w których uczniowie palą na potęgę przytepiające smak papierosy i są uczeni, jak najtańszym kosztem jakoś upichcić obiad złożony z pomidorowej na mięsie i kostce rosołowej i schaboszczak, ociekający tłuszczem z miękkiej panierki?

Uczynię ekshibicjonistyczne wyznanie – uprawiam „gastronomiczną pornografię” i uwielbiam podczas jedzenia oglądać książki kucharskie, najlepiej pięknie zilustrowane, albo czytać smakowite książki, napisane wspaniałym, aromatycznym i działającym na wyobraźnię stylem. Nowicki w znakomitym fragmencie swojego eseju, przestrzega przed sięgnięciem w takich chwilach po współczesną literaturę polską, gdzie pojawiające się opisy jedzenia są opisem męczarni, blamażu, są niczym żenujące starania parweniuszy bytu, którzy pragną kreować egzystencję, a wychodzi jedynie smętny flak bytowania. Cytowane fragmenty powieści ukazują jedzenie jako odrzucające, bezbarwne i niesmaczne resztki marzeń o jakimś ideale, bohaterowie sprawiają wrażenie albo abnegatów, którym wszystko jedno, czy zjedzą szczura w panierce, czy tort szwarcwaldzki, albo istoty cierpiące na poważne zaburzenia łaknienia.

Znakomite są fragmenty, w których Nowicki ukazuje, jak kuchnię włoską i azjatycką Polacy przez lata skroili na swoją miarę i swój smak. Jak Polaków informowano, w książkach kulinarnych, pisanych przecież przez „znawców”, o postaci innych kuchni narodowych, wschodnich i zachodnich, i jak te koszmarne uogólnienia i stereotypy pokutują czasem do dziś. Świetne jest przypomnienie książek kulinarnych w ogóle, zwłaszcza tych PRL-lowskich. Brakowało mi trochę, by Nowicki zauważył koszmarny trend ciągłego wznawiania tych obrzydliwych staroci – sama mam w domu parę Szymanderskich i innych książeczek, w których rozpoznaję blade i umęczone cienie znanych potraw z kuchni śródziemnomorskiej, ale zatłuczone, zatłuszczone i pozbawione wszelkich substancji odżywczych oprócz tłuszczu – o smaku nawet nie mówię. Ba, jedna z takich książek ma nawet tytuł „Kuchnia europejska”, ponieważ autorom się wydawało, że „ezgotyczny garnir” na zwykłym ziemniaku zmienia go w „coś zupełnie innego”. Szkoda, że nie pisze o absolutnie koszmarnym wynalazku, jak „globalna książka kucharska lokalna”, np. wydawnictwa Reader’s Digest, gdzie okazuje się, że w Polsce jada się tarty i homary na co dzień. Zauważa natomiast coś innego, że bardzo często polskie książki kucharskie przemawiają do odbiorcy urzędowym lub naukowym tonem, zniechęcając czytelnika do jakichkolwiek prób kulinarnych. Podaje się w nich mnóstwo danych o kaloriach, kilodżulach, piramidzie żywienia, każe się zaopatrzyć w około trzysta niezbędnych w kuchni narzędzi, słowem – zabija jakąkolwiek radość z gotowania i odbiera chęć do eksperymentowania na własną rękę.

A jak wyglądają polskie kuchnie regionalne? Nowicki trafia w sedno pisząc „Najczęściej (…) Polska je dania pamięci” (s. 91). Brak restauracji starających się wykorzystać miejscowe, sezonowe dobra. Wspomina się raczej, jak to kiedyś, ktoś, świetne piekł chlebki czy może gotował coś pysznego, typowego tylko dla danej okolicy. Jednak to się powoli zmienia, powoli pojawiają się małe wysepki, na których pasjonaci odtwarzają smaki przeszłości, biorą pod ochronę ginące odmiany potraw i rodzaje smaków, dzięki którym kreuje się na nowo coś, co nazywamy smakiem regionalnym, i to w wydaniu godnym polecenia.

Nowicki przygląda się również obsłudze w polskich restauracjach i lokalach gastronomicznych. Opowiada historie koszmarne, po których raz na zawsze odechciewa się przygód kulinarnych i zwiedzania restauracji. Dosadnie portretuje typowego polskiego kelnera (s. 132), który zawsze stoi po przeciwnej stronie barykady niż klient. I jest w tym jakaś strasznie smutna diagnoza polskiego społeczeństwa, polskiego braku myślenia w kategoriach dobra większości, solidarności międzyludzkiej, braku życzliwości dla innych. Gdzieś wyczytałam, że w Polsce obsługa w sklepach i restauracjach stoi na tak niskim poziomie, ponieważ jest to personel bez przeszkolenia i słabo opłacany. Niestety, rzadko jest to prawda – to raczej wynik braku jakiejkolwiek kindersztuby i wymagania czegokolwiek od siebie samego. Oczywiście przeszkolenie przydałoby się na pewno, pytanie tylko, kto kelnerów i kelnerki powinien uczyć obsługiwania klientów – jeszcze bardziej chamski poprzednik, czy może, jak się to zdarza, arogancki właściciel, niemający pojęcia o prowadzeniu restauracji?

Jedyną rzeczą, do której się przyczepię jeszcze w książce Nowickiego to pewna niezbyt ładna praktyka, którą mogłabym nazwać autoplagiatem. Oczywiście Nowicki ma prawo do wykorzystania własnego tekstu, ba, ubolewam, że jego recenzje, jak i recenzje Nowaka, nie ukazały się drukiem, bo chętnie bym je kupiła (no dobra, to Nowaka kupiłabym na pewno), ale mimo wszystko, wypadałoby choćby wspomnieć, że drogie czytelniczki, drodzy czytelnicy, już o tym pisałem tu i tu. Przykłady?

Fragment o kelnerowaniu w powieści „Zaklęte rewiry” Worcella i jej ekranizacji (w książce Nowickiego na stronach 128 – 131), w nieco tylko zmienionej stylistyce, choć zachowane są porównania i dane, znajdziemy w recenzji „Grand Hotel. O pustce” (ukazała się w GW 22 stycznia 2009 r. i można ją znaleźć w internecie tutaj ). Anegdota o kelnerze pouczającym autora, czym jest macchiato, pochodzi z recenzji „Kraków kulinarny. Kuchnia tarska (GW, 10 października 2008 r., tutaj). Z kolei anegdotę o zaproszeniu na sylwestra w języku prawie–polskim, ze strony 25, można przeczytać też tu. Fragment o tęsknocie za swojskimi smakami, w książce na stronach 78 – 79, spisany słowo w słowo, pochodzi z recenzji tejże. Rzecz o polskich kuchniach regionalnych, i jak pisała o nich Irena Gumowska – ze stron 80-83, tamże. Litości! Czasu nie było, wydawca gonił, zobowiązania wobec koncernów medialnych były tak wielkie, że aż tak trzeba było wykorzystywać opcję „kopiuj – wklej”? Dalej – anegdota ze strony 127, pojawiła się już tutaj.

Na zakończenie dodam jeszcze złośliwie, że spoglądając na znajdujące się na tylnej okładce pochwały książki, zastanawiam się, czy autorzy przeczytali ją na pewno. Ponieważ jeśli jest to „danie roku” jak chce Stasiuk, to chyba lepiej przejść na dietę, a jeśli „Wokół stołu” – „namawia nas do myślenia i inwencji, podpowiada, jak poradzić sobie we współczesnym supermarkecie możliwości, by nie stracić w nim orientacji”, jak z kolei notuje Burszta, to zastanawiam się, czy przeczytał jakieś niezamieszczone w książce rozdziały (zresztą jego słowa pasują o wiele bardziej do książek wspomnianego przez Nowickiego Michaela Pollana). Kiedy zabrałam się za tę recenzję i zajrzałam, co Nowicki napisał o krakowskich lokalach (przeczytałam wszystkie teksty na stronie internetowej krakowskiej GW), ogarnęło mnie zniechęcenie. Okazuje się bowiem, że dużo lepiej i więcej autor już zdążył powiedzieć, a ilość zapożyczeń, choćby najbardziej usprawiedliwionych, z własnych tekstów (i nie zaznaczenie tegoż faktu), na polu literackim staje się tym, czego Nowicki tak bardzo nie cierpi na obszarze gastronomii – nazywa swojskie, przyzwoite danie dumną nazwą eseju, a to niestety kotlet, choć porządny, to jednak odgrzewany. Z chęcią przeczytam kolejne recenzje kulinarne Nowickiego, ale esej… strzeż się, pisarzu, recenzentka pamięta!

Sławomira Raczyńska

Wojciech Nowicki, Stół, jaki jest. Wokół kuchni w Polsce, Muzeum Etnograficzne im. Seweryna Udzieli, Kraków 2011. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

* Elena Kostioukovitch, Sekrety włoskiej kuchni, przedmowa Umberto Eco, przeł. Jan Jackowicz, Albatros, Warszawa 2010.

Data wpisu: 10 maja, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Pod skórą, Michel Faber – recenzja

Skóra to chyba szczególna dla Michela Fabera, sfera wyznaczająca odmienność. W „Szkarłatnym płatku i białym” (W.A.B., 2006), innej powieści autora, bohaterka cierpi na pewną odmianę łuszczycy, która rysuje na jej skórze pręgi, podobne do tygrysich. Ta odmienność nadaje urodzie bohaterki egzotyczny rys, niedostępny innym kobietom. Jest rasy kaukaskiej, zatem to żadna przedstawicielka kolonii kuszących mglistą wizją erotyki pozbawionej skrupułów chrześcijańskiego Zachodu. Pręgi na jej skórze nie są dziełem tatuażu ani makijażu, są trwałym rysunkiem – nie da się ich zatuszować ani zmyć. Ten ornament na ciele prostytutki dążącej do choćby częściowej samodzielności bytowej, wydaje się nasuwać żałośnie prostą metaforę jej losu z teoriami Loosa.

Z tyłu okładki „Pod skórą” przeczytać możemy, iż na pierwszy rzut oka powieść może się wydawać klasycznym dreszczowcem, jednak nim nie jest. Czy rzeczywiście?
Bohaterką jest przedstawicielka pozaziemskiej cywilizacji, która aby przynajmniej powierzchownie zasymilować się na Ziemi, przeszła na swojej planecie skomplikowane operacje plastyczne, mające upodobnić ją do człowieka. W swojej pierwotnej postaci Isserley poruszała się na czterech kończynach, miała ogon i gęste, piękne umaszczone futro. Poświęcając się, by dostać zatrudnienie w Korporacji Vessa, Isserley poddała się zabiegom, w wyniku których straciła połowę kręgosłupa, ogon, niemal całe owłosienie i wszelkie cechy płciowe, właściwie dla swojego gatunku. Każdy kontakt ze współpracownikami, zwłaszcza tymi, którzy nie przeszli podobnej „plastyki”, boleśnie przypomina jej o nowej powierzchowności, ohydnej i przysparzającej niekończących się dolegliwości.

O ile „Szkarłatny płatek i biały” to nudnawa powieść w wiktoriańskich dekoracjach, „Pod skórą” wciąga czytelnika, przynajmniej z początku, zwrotem akcji i całkiem interesującym kontrastem pomiędzy działalnością Isserley a jej nieustającymi zachwytami nad pięknem ziemskich krajobrazów i pogody. Korporacja Vessa, dla której pracuje bohaterka, zaopatruje na odległej planecie swoich najbogatszych klientów w niezwykle rzadkie i tak drogie, że niemal bezcenne mięso – woddisydynę. Ów rarytas, pozyskiwany ze starannie wyselekcjonowanych i utuczonych osobników, fachowo porcjowany, jest transportowany z Ziemi raz na miesiąc. Źródłem tego przysmaku są wodsele, czyli ludzie. Isserley, wyglądająca z grubsza na niską kobietę o wielkich oczach w małej twarzyczce, olbrzymim biuście i króciutkich nóżkach, jeździ autem po okolicy (gdzieś w Szkocji, nad Morzem Północnym) i zabiera wyglądających obiecująco (czytaj – mężczyzn w miarę umięśnionych, najlepszych do tuczenia po kastracji) autostopowiczów, pozornie by ich podwieźć. Zadając mniej lub bardziej trafne pytania, próbuje dowiedzieć się, czy dany delikwent może być poszukiwany, gdyby zaginął. Jeśli okazuje się, że jest bezrobotnym samotnikiem, Isserley traktuje go pozaziemską toksyną o silnym działaniu paraliżującym i odurzającym, ikpatuą. Następnie zabiera oszołomionego i nieświadomego autostopowicza na Ablach Farm, gdzie w podziemiach budynku jest kastrowany, pozbawiany języka i wsadzany do klatki na miesięczne tuczenie. Zajmują się tym współpracownicy Isserley, mężczyźni z odległej planety…
Pewnego dnia Ablach Farm odwiedza syn właściciela Korporacji Vessa, Amlis, i próbuje przekonać Isserley i resztę załogi, że wodsele nie są tak prymitywne, za jakie się je uważa, i że należy zrezygnować z tak okrutnego pozyskiwania mięsa…

„Pod skórą” czyta się nienajgorzej – sprawnie napisana i skomponowana, dawkuje to, co drastyczne, dość oszczędnie. Całość jednak wydaje się traktować poruszane weń problemy co najwyżej naskórkowo, być historyjką bez większej mocy sugestii. O rodzinnej planecie Isserley i jej kompanów dowiadujemy się niewiele. Nie poznajemy jej nazwy, a struktur społeczna gatunków, które ją zamieszkują, jest rozczarowująco znajoma (szefem korporacji jest starszy samiec, męscy są protektorzy młodej Isserley, stosunki między pracownikami podlegają hierarchizacji). Mgliście została zarysowana biografia głównej bohaterki (służy korporacji, by nie harować w potwornych warunkach w podziemnej fabryce tlenu, nienawidzi rodziców, liczyła w przeszłości na protekcję bogatych młodych kochanków, na których jednak, z niewiadomych powodów, zawiodła się). Zgrzyta fałszem i niekonsekwencją, gdy Amlis Vess domyśla się bogatego życia wewnętrznego posiadanego przez wodsele, ponieważ wiemy o nim i jego gatunku zbyt mało, by zrozumieć skalę jego obcości wobec homo sapiens. Ciekawe jest to, jak Isserley reaguje na wezwanie Amlisa do zakończenia procederu łowienia wodseli – jest zirytowana i traktuje usłyszane słowa jak idealistyczne wynurzenia znudzonego bogacza, który nie potrafi zrozumieć i docenić nieprawdopodobnie ciężkiej pracy, jaką wykonują wszyscy zaangażowani w produkcję mięsa z ziemskich dwunożnych ssaków. Kiedy Amlis widząc owce, pyta Isserley, czy z nich również bierze się mięso dla Korporacji Vessa, Isserley reaguje oburzeniem połączonym z niedowierzaniem: przecież to istoty poruszające się na czterech kończynach, pokryte runem, łagodne, podobne do nich… zjadanie ich byłoby przecież niemal kanibalizmem – o ile można użyć tutaj takiego określenia. Jednakże, mimo podobieństwa swojego gatunku do owczego, Isserley potrafi zamienić z nimi jedynie kilka słów. I właśnie tutaj dostrzegam w koncepcji Fabera coś, co nie pozwala mi traktować pomysłu na fabułę „Pod skórą” zbyt serio, jako dokładnie przemyślanego. Jeżeli historia o łapaniu i tuczeniu ludzi na przysmak dla obcego gatunku, który przybył na Ziemię z odległego miejsca we Wszechświecie, może być metaforą stosunku człowieka do zjadanych przez niego zwierząt, przeszkadza mi w niej kwestia komunikacji werbalnej, którą Isserley z dużym powodzeniem podejmuje wobec wodseli. W powieści fantastycznej „Świat Rocannona” Ursuli LeGuin, główny bohater (człowiek), polując na najdziwniejsze gatunki zwierząt dochodzi do wniosku, że nie byłby w stanie zjeść czegoś, co mówi, z czym byłby w stanie porozmawiać, ponieważ umiejętność prowadzenia rozmowy za bardzo zbliża jakikolwiek gatunek do jego własnego. Zjedzenie czegoś, co prowadziło z nim choćby najkrótszą, ale sensowną konwersację, Rocannon uznał za mniej lub bardziej symboliczny kanibalizm. Takie rozgraniczenie na gatunki „zdatne i niezdatne do spożycia” wydaje się, moim zdaniem, bardzo trafne i najprawdopodobniej sprawdzające się w konieczności dokonywania tego rodzaju wyboru. Człowiek w nieprzyjaznym dla siebie środowisku, chcąc przeżyć, zaczyna polować na wszystko, co może złapać i zjeść, ale nawet tutaj natrafia na jakąś granicę, którą wyznacza właśnie umiejętność mówienia. Rzecz nie w tym, że zjadanie własnego gatunku może być złem, ani nie w tym, że nie jest praktykowane, ale w konsekwencji samopoczucia psychicznego i moralnego degustatora takiego rodzaju mięsa. Homo sapiens zjadał przedstawicieli własnego gatunku przez tysiące lat (z różnych powodów) i nawet dziś zdarzają się udokumentowane przypadki kanibalizmu. Zarzucenie takiej praktyki ma uzasadnienie natury głównie medycznej, bowiem konsumpcja ludzkiego mięsa przez człowieka najczęściej prowadzi do śmiertelnych chorób mózgu i układu nerwowego – aczkolwiek nie jest to regułą i zdarza się, że organizm uodparnia się na tzw. „złe priony”. Poza tym, jako droga pozyskiwania pełnowartościowego pożywienia, nie opłaca się w perspektywie kontynuacji i przeżycia własnego gatunku, gdyż oznacza jego systematyczną likwidację. Ten czynnik biologiczny, a także względy religijne i psychologiczne, prawdopodobnie najskuteczniej zahamowały praktyki kanibalistyczne na szeroką skalę.

Kwestia zjadania mięsa w ogóle, przez człowieka, to dla mnie temat–rzeka. Jeżeli np. możliwość komunikacji werbalnej z drugą istotą jest czymś, co powstrzymuje mnie przed zjedzeniem jej, na co naprowadzają nas ludowe wierzenia i opowieści, w których występują mówiące zwierzęta? Tam gdzie zwierzęta mówią, rzadko giną i są zjadane. Zabija się je, ale już sam fakt – akt późniejszej konsumpcji bywa najczęściej przemilczany.

Wracając do powieści Fabera, autor sugeruje, że jeśli Isserley jakkolwiek była w stanie okazać współczucie wobec porywanych przez siebie mężczyzn, robiło to za nią jej ludzkie ciało. Uczucia Isserley dotyczyły właściwie tylko jej samej. Przez całą książkę troszczy się ona tylko o siebie i własną przyszłość. Choć praca na bogatej w tlen i wodę Ziemi jest dla niej w pewnym stopniu wybawieniem od harówki w podziemnej fabryce na swej rodzimej planecie, rosną jej frustracja i rozgoryczenie. Opanowuje ją coraz większy strach – przed utratą pracy (co, jak sugeruje Amlis Vess, jest całkiem możliwe), przed konsekwencjami wpadki w swojej działalności (choć nie jest to pokazane przez Fabera konsekwentnie – z jednej strony Isserley mgliście zdaje sobie sprawę z tego czym jest policja i na ile skutecznie działa, z drugiej, boi się, że jej proceder zostanie wykryty). Działalność Isserley, w opisie Fabera, jest bardziej zbliżona do typowych i schematycznych aktywności psychopatów mordujących ludzi na pęczki dla zrealizowania jakiegoś szalonego celu, niż do typowo ludzkiej obojętności wobec cierpień zjadanych przezeń zwierząt.

Z fabuły niewiele dowiadujemy się o tym, skąd Isserley i jej gatunek czerpał wiedzę na temat Ziemi i ludzi. Wiemy, że pozaziemscy chirurdzy plastyczni operujący przyszłą łowczynię, by upodobnić ją do ludzkich samic, opierali się na jakimś pisemku przywiezionym z naszej planety. Ponieważ bohaterka zostaje „zaopatrzona” w wielki biust, czytelnik domyśla się, było to prawdopodobnie czasopismo pornograficzne. Chociaż twarz Isserley wyszła raczej nieproporcjonalna i w odczuciu ludzi groteskowa, nie miało to większego znaczenia dla mężczyzn, których zabierała ze sobą – niemal wszyscy skupiali się na jej wyeksponowanych piersiach, zapominając o innych, nietypowych jak na człowieka, fragmentach ciała – zbyt krótkich, w stosunku do tułowia nogach czy za długich rękach, pokrytych na dłoniach skórą przypominającą łuski na ptasich odnóżach. Isserley podczas pobytu na Ablach Farm prawie codziennie oglądała programy w telewizji, ale szybko zrezygnowała z nich jako źródła informacji. Nie wiemy, jak nauczyła się języka angielskiego ani w ogóle strategii prowadzenia rozmów z mieszkańcami Szkocji.

Postać Isserley była dla mnie nieustannie jednocześnie zbyt zdawkowo opisana, by jakkolwiek utożsamić się z nią, i zanadto swojsko, bym mogła uwierzyć w jej obcość, nie pozwalającą na wykształcenie się czy ujawnienie empatii wobec cierpienia wodseli. Zachwyty bohaterki nad ziemską przyrodą, mające często bardzo prozaiczne przyczyny – na jej planecie brakuje wody i tlenu, brzmią w kontekście całości powieści jak naiwne, patetyczne hymny na cześć Wspaniałości Życia i Piękna Wszystkiego Co nas (nie zapominajmy, jesteśmy tylko tucznikami) Otacza.

Tak zatem, chociaż „Pod skórą” jest napisane bardzo sprawnie, widoczny dla mnie brak wiedzy i przemyśleń na tematy poruszane przez Fabera sprawiają, że całość pozostawia jedynie wrażenie krótkiego, naskórkowego dreszczu (thrill).

Sławomira Raczyńska

Michel Faber, Pod skórą, przeł. Maciej Świerkocki, W.A.B., Warszawa 2005.

Data wpisu: 5 lutego, 2010 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe