Yoko Ogawa, „Muzeum Ciszy”
W ostatnich latach kobiecą prozę japońską popularyzuje niewielkie wydawnictwo Karakter, publikując niepokojące, fascynujące powieści Hiromi Kawakami czy Yoko Tawady. Yoko Ogawa w anonsowanej jako kobieca (praktycznie zaś często – feministycznej) serii Z miotłą W.A.B. jest pewnego rodzaju zaskoczeniem. Nie czytałam wszystkich pozycji z tego cyklu, jednak chyba nie trafiła się tam dotąd narracja mężczyzny. Tymczasem Muzeum Ciszy to pierwszoosobowa opowieść trzydziestokilkulatka.
Yoko Ogawa zaś to pisarka średniego pokolenia (ur. 1962), tłumaczona na języki zachodnie, natomiast w swoim kraju często nagradzana. Jest na przykład laureatką nagrody im. Tanizakiego (Tanizaki Jun’ichirō Shō), zaś na okładce Muzeum Ciszy widzimy rekomendację noblisty Kenzaburō Ōe. Wiele, począwszy od nazwisk tych japońskich mistrzów literatury, już u startu wyróżniało tę powieść w aspektach, które są dla mnie istotne.
Oto mężczyzna przybywa do niewielkiego miasteczka (dodałabym górskiego, lecz Japonia to w 90% góry), by podjąć pracę przy organizacji prywatnego muzeum bazującego na kolekcji ekscentrycznej staruszki. Wielu kandydatów na tą pozycję zostało już odrzuconych.
Z eskortą młodziutkiej, adoptowanej córki kobiety przybywa do wielkiego, zwanego pałacem domostwa. Pełne jest ono cennych przedmiotów. Rozmowa kwalifikacyjna mu nie idzie. W nieporadnych próbach, w których zawodzi go elokwencja, próbuje nawiązać do otoczenia, do chaosu i zaniedbania, w jakim tkwią zabytkowe przedmioty, lecz ku jego zadziwieniu starucha beszta go kpiąco, kompletnie dezawuując to, co nazywa śmieciami nagromadzonymi przez jej przodków. W muzeum będzie chodziło o coś zupełnie innego! Tymczasem kobieta przepytuje narratora, sprawdza jego fachową wiedzę. Tryskając śliną i odkrztuszając flegmę, wymachując laską i unosząc się, wyśmiewa wszystko, co usłyszy, mówi, że to bzdury dobre na występ na międzynarodowej konferencji. Mężczyzna wraca na noc do przygotowanego dla niego mieszkania, stara się niczego nie używać, nie rozgrzebywać, nie zostawiać śladów swej bytności, które by trzeba było potem sprzątać. Ma odjechać rankiem. Następnego dnia jednak okazuje się, że jego przerodzone w pewność wrażenia po rozmowie były mylne – ależ oczywiście zostaje w miasteczku, ma iść do pracy (do pałacu), w żadnym razie nie na dworzec.
Wyjaśnię od razu, że wszyscy bohaterowie u Ogawy są definiowani swoimi rolami społecznymi – staruszka (bądź starucha) będąca pracodawczynią narratora, jej córka, mnich nowicjusz, zatrudniony u staruchy ogrodnik (złota rączka), brat narratora to osoby bezimienne.
Muzeum ma powstać w gigantycznej starej stajni, po odpowiedniej jej przebudowie. Mężczyzna, odtąd zwany kustoszem, ma nową aranżację zaplanować – wszelkie czynności wykona później ogrodnik wraz z najętymi w miasteczku pracownikami. Trzeba też skatalogować i opisać przedmioty muzealne. Co gorsza zaś, pozyskiwać nowe…
Kobieta zbiera pamiątki po zmarłych mieszkańcach miasteczka. Robi to od kilkudziesięciu lat, przy czym nie są to przedmioty, jakie rodzina chętnie ofiarowałaby żałobnikom. Pamiątki to rzeczy specyficzne, niekoniecznie cenne, niekoniecznie wstydliwe – po prostu w jakiś sposób ważne w kontekście biografii danej zmarłej osoby.
Kustosz z jednej strony przyzwyczaja się do miasteczka, z drugiej rozpoczyna spisywanie katalogu i oczyszczanie zgromadzonych do tej pory pamiątek. W pewnym sensie zaprzyjaźnia się z córką pracodawczyni. Mieszka w „bliźniaku”, po sąsiedzku z ogrodnikiem, czyli mężczyzną sprawującym w pałacu wszelkie funkcje techniczne, i jego żoną. Miasteczko, choć turystyczne, słynie tylko z „rodzaju ludowego rzemiosła” (s. 24), lokalnych suwenirów wykonywanych z wydmuszek, chętnie kupowanych jako talizmany. W pobliżu zaś znajduje się dziwny klasztor. Mnisi tam mieszkający po prostu praktykują milczenie (co później okazuje się jednak niezupełnie proste).
Praca pozyskiwacza pamiątek rozpoczyna się dla kustosza wcześnie, gdy umiera miejscowy chirurg. Wszystkowiedząca starucha opowiada, że wykonywał on specyficznego rodzaju nielegalne zabiegi. Chce, by kustosz włamał się do ukrytego gabinetu i wziął skalpel po zmarłym chirurgu. Uprzedzając fakty, kustoszowi się to udaje. Przykład skalpela jako osobistej pamiątki definiującej byłego właściciela jest miarodajny jeśli chodzi o charakter kolekcji staruchy. Jej pierwszym eksponatem był sekator wyjęty z dłoni ogrodnika (przodka ogrodnika aktualnego), który spadł podczas pracy z drabiny i pechowo poniósł śmierć na miejscu.
Pozyskiwanie kolejnych eksponatów wymaga włamań i kradzieży. Choć to rzeczy o nikłej wartości materialnej, zawsze w jakiś specjalny sposób odnoszą się do zmarłej osoby. Np. starucha opowiada kustoszowi o bardzo biednej i niecenionej lokalnej malarce, która z braku czegokolwiek innego zjadła farby z tubek (umarła z głodu bądź zatrucia; s. 118-121). Kustosz płynnie wchodzi w taką konwencję, umie dobierać pamiątki ciekawe (straszne, przejmujące), choć w odróżnieniu od staruchy nie zna mieszkańców miasteczka. Aranżuje gmach na muzeum, zapewnia odpowiednie warunki do przechowywania i ekspozycji pamiątek; do jego pracy należy też spisywanie dyktowanych mu w natchnieniu przez staruchę historii stojących za poszczególnymi przedmiotami.
Kustosz mimochodem wzmiankuje niektóre inne pamiątki, ale powieść nie jest bynajmniej ich wyliczeniem i zbiorem związanych z nimi historii. Odwrotnie – tych poznajemy bardzo niewiele. Bywają drastyczne w sposób charakterystyczny dla japońskiego imaginarium. Nie bez powodu na początku wspomniałam, ze Yoko Ogawa otrzymała nagrodę imienia Tanizakiego, literackiego skandalisty, apologety wszelkich meandrów erotyki tak wysublimowanej, jak i perwersyjnej, nie wykluczając nekrofilnego fetyszyzowania. Tanizaki wszelako, mimo image’u dandysa i światowca, był głęboko zakorzeniony w japońskiej tradycji (także w konwencjach wypowiedzeniowych, rozpoznawalnych w polskich przekładach niezależnie od tego, kto ich dokonywał), natomiast u Ogawy są liczne fragmenty treściowo i formalnie skonstruowane u-topijnie (pozamiejscowo), mogące równie dobrze dotyczyć Europy. Być może to wrażenie jest wzmagane przez brak nazw własnych (które, gdyby się pojawiły, byłyby japońskie), lecz ja z tego braku zdałam sobie sprawę w połowie lektury, co zadziwiająco osłabiało kontekst kulturowy.
Ogawa pisze spokojnie o rzeczach strasznych i obrzydliwych (niekiedy to te same), a zwłaszcza o człowieku, który się w nich zatapia tak, że stają się one elementem jego codzienności, normą. Jest też drobna makabra, rozsiana po powieści jakby dla ostrzeżenia. W dzieciństwie kustosz dostał od starszego brata mikroskop. To prosty model, jednak działa, a mężczyzna bardzo lubi się nim posługiwać dla rozrywki i relaksu. Przygotowuje preparaty, np. z komórek śluzu żab czy plemników ślimaków, opisując wszystko, co przy okazji dzieje się z tymi żyjątkami. Robi to bez powodu, z ciekawości, ale nie z woli wiedzy, ponieważ on to już przecież widział, i to wiele razy. Nie jest to popis braku wrażliwości, choć żyjątka wpierw bronią się rozpaczliwie, a potem giną. Ta postawa kustosza nie ma wpływu na przebieg fabuły – jest elementem jego portretu. Co być może najosobliwsze, seanse z mikroskopem są swego rodzaju kontaktem z kochanym bratem (który nie odpowiada na listy), mają mówić o sentymencie, nie o bezwzględności.
Innym tego typu motywem jest odniesienie do wspomnianej nielegalnej działalności zmarłego chirurga. Kustosz, będąc w mieście z córką pracodawczyni, widzi płot z dziwnym otworami. Dziewczyna wyjaśnia, że przyjęto, iż np. wzrost czy wiek nie świadczą o dojrzałości i dorosłości, natomiast dobrym miernikiem jest stan uszu, u dzieci elastycznych. „Zdarza się, że ktoś przestaje rosnąć w młodym wieku, sądzono jednak, że chrząstka w uchu rośnie równomiernie” (s. 23). Po rozmiarze i elastyczności ucha określano, czy dana osoba dorosła, i powinna zacząć płacić podatki. Co roku młodzież z miasteczka była testowana przy płocie. Należało włożyć ucho w odpowiednio wycięty otwór, i dowieść, że usłyszało się dźwięk (dzwoneczka lub piszczałki) z drugiej strony płotu. Tylko ci z małymi uszami byli w stanie spełnić ten warunek. Chirurg zaś zajmował się pokątnie przecinaniem chrząstek, by młodzi, ale dorośli nie musieli w danym roku podejmować obowiązków obywatelskich.
Fabuła Ogawy ma w tle wątek z zabójstwami kobiet. Nie jest to wyrafinowana zagadka kryminalna, ale trzyma w napięciu, gdyż policja podejrzewa, że zbrodniarzem jest kustosz. I tak, jak jemu trudno udowodnić, że nim nie jest (bez zdemaskowania procederu okradania wszystkich zmarłych), we mnie rodziło się podejrzenie: a jeśli to jednak on?
Kustosz (podobnie jak starucha) poznaje prawdę o morderstwach, lecz mimo osobistego zagrożenia jej nie ujawnia. Doprowadza do otwarcia Muzeum Ciszy, a po śmierci staruchy – i odkryciu, że jego brat bynajmniej nie doczekał się dziecka i nie prowadzi szczęśliwego życia rodzinnego (a najprawdopodobniej zmarł) – postanawia zostać w miasteczku, prowadzić muzeum z córką jego założycielki i nadal zbierać pamiątki pośmiertne. Właściwie… nie postanawia. Ot, zostaje. To jest zrozumiałe samo przez się.
Nie jest to dla niego kara ani przymus. Wprawdzie starucha za życia tego oczekiwała, ale kustosz się podporządkował, rozumiejąc, że to już jego miejsce. Do kolekcji dołączył ważną dla niego książkę po matce, i mikroskop po bracie.
Nie ma cienia sugestii, że kustosz zwiąże się z dziewczyną, którą raczej opiekował się po ojcowsku. Nastolatka była zafascynowana nowicjuszem wstępującym do wspólnoty milczących mnichów, jednak po pewnym czasie chłopak składa swe śluby, i jakby staje się niedostępny. Nie w sensie seksualnym, ta sfera jest nieistotna. Po prostu młodzi prowadzili wcześniej sprawiające im przyjemność rozmowy. Nowicjusz jednak staje się jednym z nauczycieli ciszy.
Nieważne, czy owi mnisi są jakimś odłamem buddystów, czy kompletnym parareligijnym dziwactwem (vide szkoła Drogi Tygrysa we Fruwającej duszy Yoko Tawady) – przecież de facto niczego nie głoszą. Szanujący ich mieszkańcy miasteczka i okolic traktują ich jako pewnego rodzaju żywe talizmany, wierzą ponadto, że mnisi są idealnymi powiernikami tajemnic: sekret zdradzony nauczycielowi ciszy nigdy nie zostanie w żaden sposób ujawniony. W akcie podobnym do odciążającej sumienie spowiedzi kustosz właśnie nowemu młodziutkiemu nauczycielowi ciszy zdradza historię zabójstw, wraz z tożsamością winowajcy.
Duchowa rola nauczycieli ciszy osobliwie przeplata się z fizyczną. Np. gdy szaleniec podkłada bombę w fontannie w środku miasteczka, jedyną śmiertelną ofiarą jest mnich, który realnie nie zrobił niczego, by ochronić innych (wybuch był nagły)… Jednak nawet pomijając zgiełk, chaos i stan licznych rannych, po zamachu nikt poza kustoszem nie przejął się losem mnicha, jakby jego dosłowna rola żywej tarczy była oczywistością. To jednak epizod z początkowych partii powieści.
Narrator wierzył w oficjalnie nakreślaną misję placówek muzealnych, w której poczesne miejsce ma kwestia pamięci. Yoko Ogawa snuje narrację w sposób przewartościowujący hierarchię. Najważniejsza ma być cisza. Nazwa muzeum to tylko jedna rzecz mająca o tym świadczyć. Autorka poświęca uwagę małej kongregacji milczących mnichów, ponadto miasteczkowy rytuał przejścia związany jest najściślej ze słuchem (organem słuchu).
Kustosz nie stał się potworem. Zmarli nie potrzebowali odbieranych przez niego przedmiotów, w Muzeum Ciszy potem świadczących o historii miasteczka i jednostkowych biografiach. Mężczyzna raczej znalazł swe miejsce, ku któremu ciążył po przedwczesnej śmierci matki. Nie wsiąkł zarazem w atmosferę miasteczka. Starucha była baczną obserwatorką przyrody, pouczała kustosza, na podstawie jakich zjawisk przewiduje pogodę – trafnie. W miasteczku praktykowane są doroczne marsze płaczu mające odpędzać zimę (Japonia obchodzi mnóstwo malowniczych lokalnych świąt, i trudno orzec, czy autorka akurat to powieściowe wymyśliła!). Ten marsz, który oglądał kustosz, nie zadziałał. „Mimo tych wszystkich próśb i płaczów nikt nie mógł zapobiec nadejściu zimy (s.227); potwierdziła się zaś prognoza staruchy. Tymczasem podczas obchodów mężczyzna został ze swą towarzyszką jakby zaszczuty, przewrócony i zadeptany. Obyło się bez obrażeń, nawet odzież udało się uratować, ale to dobry obraz osobności kustosza, być może wręcz znak wrogości na linii miasteczko – pałac. (Nie chciałam wdawać się w dodatkowe szczegóły, jednak widzę, że należy jeszcze coś odnotować: dziewczyna nie chodzi do szkoły, uczy się korespondencyjnie). Pałac sadowi się w pewien sposób w opozycji wobec miasteczka, niczym klasyczny nawiedzony dom z autonomiczną, niemieszkającą w miasteczku służbą (przychodzą na myśl Inni, film w reżyserii A. Amenábara z 2001 roku)
Paradoks opowieści polega na tym, że kustosz miał zapanować nad materią, poddać ją organizacji, znarratywizować, i choć mu się to udaje, to on wchodzi we władanie pamiątek, służąc idei, będzie służył im. Od początku rozumiemy, iż miał ku temu predyspozycje. Jego skarbem była książka, jaką uratował w chwili, gdy rodzina pozbywała się rzeczy należących do przedwcześnie zmarłej matki. Uratował od anihilacji, bądź ukradł, przypieczętowując swój przyszły los następcy staruchy z górskiego miasteczka. Miasteczkowa wrogość nie jest tak naprawdę artykułowana. Co więcej, starucha jest właściwie obojętna, czy mieszkańcy będą chcieli zwiedzać muzeum; niegrzecznie dopowiem, że o przyjezdnych się nie trzeba martwić – japoński turysta zwiedzi wszystko.
Pozwala to na odmiennego rodzaju spojrzenie, uwypuklające oniryczność powieści Ogawy; oniryczność wiązaną ze śmiercią. Bohaterowie nie mają imion. Kustosz podejmuje jedną próbę wyjazdu z miasteczka, jednak na stację nie podjeżdża żaden pociąg (s. 274-275), a mężczyzna nie ma dość determinacji, by ponowić próbę czy zintensyfikować starania. Listy, jakie kustosz wysyła, wracają do nadawcy, nie jest jednak jasne, w jakim miejscu poczta je zawróciła. Niewyjaśniona jest zagadka braku kontaktu z bratem narratora. Ukrywający zwrot korespondencji ogrodnik niczego nie precyzuje, to kustosz dopowiada sobie, iż z pewnością brat nie żyje, nie interesując się głębiej tajemnicą zniknięcia trzyosobowej rodziny. Wrażenie oniryczności potęgowane jest przez wspomnianą – i rozumianą tu etymologicznie – u-topijność, oraz bezczas akcji. Brak jakichkolwiek przedmiotów współczesnych, np. telefonów, a to, co jest używane przez bohaterów (aparat fotograficzny, kolej, mikroskop), to wynalazki i osiągnięcia techniczne sprzed wielu dziesięcioleci.
Interpretacje Muzeum Ciszy Yoko Ogawy często koncentrują się na kwestii akceptacji jednostkowych śmierci jako dominanty powieści. W mojej opinii jednak autorka dokonała raczej oglądu przypadku zaburzonej relacji do śmierci jako zjawiska, wobec którego żywi, „pozostali” okazują się na tyle bezradni, że uciekają w fiksacje, fetyszyzm, samookłamywanie się, szaleństwo. Jeśli zima jest również metaforą śmierci, a przynajmniej późnej starości, strach i bezsilność pozostaną na zawsze cieniem rzucanym na naszą świadomość. Można jedynie płakać, wyrażając niczego niezmieniający protest.
Paulina Szkudlarek
Yoko Ogawa, Muzeum Ciszy, przeł. Anna Horikoshi, W.A.B., Warszawa 2012. Wszystkie cytaty i odniesienia pochodzą z tego wydania.