Archiwum dla kategorii: ‘H.P. Lovecraft’

Gigant kosmicznej wyobraźni, którego nie zauważyła Opatrzność. O biografii H. P. Lovecrafta

„To nie może być dobre” – pomyślałam, gdy po raz pierwszy przeczytałam zapowiedź polskiego wydania biografii Howarda Phillipsa Lovecratfa (określanego najczęściej dalej w tekście skrótem HPL) autorstwa Sunanda Tryambaka Joshiego. Ponad tysiąc stron, czyż to nie przypomina niesprawdzanej przez nikogo pracy doktorskiej? Podobno w życiu HPL nie działo się zbyt wiele, cóż więc takiego opisuje autor przez tyle stron???

Jednak ciekawość zwyciężyła – przecież tak mało wiemy o życiu prywatnym HPL! Wzmianki o jego biografii w kolejnych polskich wydaniach opowiadań klasyka grozy, konsekwentnie tworzyły aurę tajemniczości i tragedii wokół losów pisarza. Nieomal można było uwierzyć, że wychował się w ciemniejszej niż nohttp://www.blogger.com/img/blank.gifc piwnicy, doglądany jedynie przez obłąkaną matkę. Ponadto miał cierpieć na alergię na zimno – ach, jakież to „artystyczne”! A ileż ciekawsze niż pospolita gruźlica czy obrzydliwa kiła! No i rodzice chorzy psychicznie – skądś przecież musiała brać źródło jego niepospolita, określana przez wielu jako „chora” wyobraźnia. Wspominana wielokrotnie na blogu Dwóch Poważnych Dam Victoria Nelson wydawała się świetnie poinformowana, gdy pisała w swojej książce o pewnych aspektach życia prywatnego pisarza z miasteczka Nowej Anglii. Niewątpliwie dołożyła swoje paranoiczne trzy grosze do podtrzymywania atmosfery mrocznej tajemnicy okrywającej codzienność Howarda P. Lovecrafta. Co zatem dopisze do tej legendy Joshi? Jakim cudem ze skromnego żywota, nad którym pociesznie rozczulał się Houllebecq, można wysnuć tak nieprawdopodobnie długą opowieść? (Nawiasem mówiąc, gdy Houellebecq pisał swój esej o HPL, książka Joshiego była już dostępna na rynku od ponad 3 lat – fakt, że nawet nie zainteresował się tą publikacją, doskonale świadczy o rzetelności z jaką nie–wywiązał się z tematu, który sam wybrał, ale jeszcze bardziej – o jego faktycznych kompetencjach).

S. T. Joshi, jako biograf HPL, bywa określany przez komentatorów w internecie jako „monopolista”. Jest autorem nie tylko opasłego tomu o życiu HPL, ale również wielu publikacji o jego twórczości. Zajmuje się również literaturą fantastyczną i historią idei (ateizmu, socjalizmu). Przeglądając szesnastostronicową bibliografię biografii HPL łatwo uwierzyć, że Joshi dotarł niemal do wszystkiego, co napisano o Lovecrafcie. Bibliografia HPL przedstawia się od strony dokumentalnej jako imponująca praca archeologiczno–historyczna, do której Joshi dołożył bardzo wyważone, zdroworozsądkowe podejście w interpretacji wielu ważnych wydarzeń z życia Lovecrafta. Starania Joshiego, by każdy etap życia i twórczości HPL osadzić w konkretnym kontekście, by zarysować tło historyczno–polityczno–społeczno–kulturalne, nie zawsze są udane głównie ze względu na raczej suchy, zupełnie nieporywający język. Początek książki może bardzo łatwo zniechęcić czytelnika, ponieważ nietrudno odnieść wrażenie, że Joshi najzwyczajniej w świecie nie poradził sobie z ogromem materiałów i faktów, które zgromadził. Nieco chaotycznie i monotonnie opisane jest drzewo genealogiczne HPL, podobnie drętwo Joshi opisał miasto, w którym Lovecraft spędził niemal całe życie, czyli sławetne Providence.

Styl Joshiego jest dość prosty i bezpośredni, choć zdarza mu się emocjonalnie reagować na opisywane wydarzenia. Sam autor deklaruje zresztą już na początku swego dzieła, że na pewno nie jest idealnym, choć nieistniejącym przypadkiem biografa niezaangażowanego, skrajnie obiektywnego, który jedynie relacjonuje wydarzenia z opisywanego życia. Jednak wbrew tej deklaracji Joshi nie wtrąca zbyt często osobiście zabarwionych komentarzy, natomiast – co chwalebne i godne podkreślenia – unika paranoicznych, psychoanalitycznych interpretacji życia HPL, kierując się raczej empatią i zrozumieniem szeregu uwarunkowań nie tylko emocjonalnych, ale choćby i ekonomicznych losów Lovecrafta.

Jeśli więc tylko nie przestraszymy się, że pod opasłym tomiszczem wydawnictwa Zysk i Spółka załamie się nasz stolik tudzież kolana, jak również nie zniechęci nas nużący początek, nasz trud czytelniczy na pewno zostanie nagrodzony. Oto bowiem mamy do czynienia z imponującą panoramą życia kulturalnego, politycznego i społecznego Amerykanów z początków dwudziestego wieku, a dokładniej, z ugrupowaniami, do których w różnych okresach należał HPL. Poznajemy prężne środowisko amerykańskich dziennikarzy–amatorów, niezliczone rzesze pisarzy grozy, fantastyki czy gatunku, do którego należał chyba najpełniej HPL, czyli weird fiction, a także ich fanów, wrogów i wydawców. Dowiadujemy się również sporo o ekonomicznych realiach ówczesnego życia nie tylko w niewielkiej miejscowości Nowej Anglii, Providence, ale też Bostonie, Chicago czy Nowym Jorku. Joshi nie tylko całkiem dokładnie opisał życie i sylwetkę samego HPL, ale też wielu jego przyjaciół i znajomych, choćby korespondencyjnych. Wreszcie poznajemy czasy, w których stosunkowo młode społeczeństwo amerykańskie próbowało ustalić swoją przynależność kulturalną – jak łatwo się domyślić, HPL podkreślał całe życie identyfikację z kulturą europejską, a dokładniej z obszarem promieniowania kultury anglosaskiej. Możemy też dowiedzieć się wielu bardzo ciekawych rzeczy o innych biografiach HPL, a także poznać zadziwiające fakty o niektórych przekładach prozy i poezji Lovecrafta. Last but not least, Joshi zarysowuje portret artystyczny pisarza, szczegółowo informując czytelnika o wszelkich pisarskich fascynacjach HPL, wpływach, przeróbkach własnej twórczości, a także dlaczego w taki a nie inny sposób poznajemy spuściznę po HPL, niemal zagrabioną przez uzurpującego sobie prawa do wyłączności, Augusta Derletha.

Z biografii HPL autorstwa Joshiego wyłania się poruszający portret wrażliwego, niemal wiecznego chłopca, ekscentryka, oddanego przyjaciela, nie wierzącego w siebie i swoje możliwości człowieka, a z drugiej strony – nader pewnego swoich kompetencji, zdystansowanego idealisty niepotrafiącego dostosować się do swoich czasów. Nie jest to jednak hagiografia – Joshi dostrzega też wielokrotnie szokującą niedojrzałość emocjonalną HPL, jego egocentryzm i kurczowe trzymanie się sztywnych ram wychowania wiktoriańsko–konserwatywnego. Biograf krytykuje także postawę intelektualną HPL, za wybiórcze uzupełnianie swojej wiedzy o świecie ówczesnym (pisarz był na bieżąco z odkryciami fizyków i astronomów, ale już antropologów – nie, i głosił rasistowskie oraz antysemickie poglądy). Czytelnik poznając zwyczaje i nawyki HPL może dodać sobie, iż pisarz miał skłonności do depresji i anoreksji (negował przez całe życie potrzeby cielesne i prezentował nieprawdopodobnie purytański stosunek do erotyzmu pod jakąkolwiek postacią).

Niesłychanie imponujący jest pisarski warsztat HPL, który choć dość wcześnie zakończył instytucjonalną edukację (wbrew własnej woli), przez całe życie bardzo dużo czytał, jednak pierwszymi lekturami, które chyba najsilniej wpłynęły na jego późniejszą formację artystyczną, były klasyczne dzieła anglojęzycznej (zarówno angielskiej, jak i amerykańskiej) literatury osiemnastowiecznej i dziewiętnastowiecznej, a także opowiadania z pulpowych magazynów. Od bardzo młodego wieku tworzył wyrafinowane – nie tylko jak na wiek – dziełka, które świadczyły o perfekcyjnym opanowaniu warsztatu literackiego oraz nieposkromionej wyobraźni – i chociaż Joshi pokazuje bardzo dokładnie, które elementy opowiadań HPL są inspirowane jego artystycznymi mentorami, bardzo wcześnie daje się zauważyć oryginalność i odrębność twórczości HPL, która zostaje nazwana kosmicyzmem. Zachowały się pierwsze wytwory talentu HPL – wiersze, które powstały najprawdopodobniej przed siódmymi urodzinami Howarda. Inspirowane stylem Alexandra Pope’a były doskonalsze metrycznie, niż utwory innego mentora kilkuletniego HPL – Samulea T. Coleridge’a. Mistrzami jego dojrzałego stylu zostali Lord Dunsany, Arthur Machen, Edgar Allan Poe.

Co z rodzicami i rodziną Howarda? Wbrew sugestiom Victorii Nelson, jakoby pisarz miał obsesję na punkcie choroby swojego ojca (syfilis), zarówno HPL, jak i jego matka Suzie, najprawdopodobniej nie mieli pełnego obrazu choroby Winfielda Lovecrafta. Mniej więcej od trzeciego roku życia Howarda, Winfield przebywał w zakładzie zamkniętym i ze względu na częste ataki halucynacji, był raczej rzadko odwiedzany przez żonę i syna. Z akt medycznych Winfielda wynika, że zmarł na ogólny niedowład ciała poprzedzony wieloletnią chorobą psychiczną (miał omamy, napady paranoi), który najprawdopodobniej był ostatnim studium syfilisu – wzmianki o chorobie wenerycznej nie umieszczono, ponieważ medycyna nie wiedziała jeszcze o związku powyższych objawów z działalnością krętka bladego.

Po śmierci Winfielda, finansową opiekę nad matką i małym Howardem sprawuje ukochany przez niego dziadek, po śmierci którego rodzina doświadcza dość szybko postępującej finansowej degradacji – do końca życia HPL będzie żył praktycznie na granicy ubóstwa, zupełnie nieprzygotowany przez bliskich do niemal jakiejkolwiek pracy zarobkowej. Młody Lovecraft pasjonował się astrofizyką (żałował, że nie mógł studiować fizyki!), chemią, historią i dziennikarstwem. Uważał się za najprawdziwszego poganina, pogardzającego chrześcijańskim motłochem z wyżyn swej angielskiej gentry, w niczym nie ustępującej najlepszym starożytnym rzymskim rodom („w wieku siedmiu lat w zabawach przybrałem imię L. VALERIUS MESSALA i torturowałem wyobrażonych chrześcijan w amfiteatrach” [s. 55]). Jako nastolatek wydawał własną gazetę, uwielbiał zabawy ze swoim ukochanym kotem Czarnuchem (pardonez le mot), zawiązywał pierwsze przyjaźnie…

HPL w optyce Joshiego nie był mizantropem, pustelnikiem, który każdą wolną chwilę wykorzystywał, by wbiegać na wyższe piętra osamotnionej wieży z kości słoniowej. Po śmierci nadopiekuńczej, zaborczej i neurotycznej matki, Howard niemal rzucił się w wir życia towarzyskiego, sporo podróżował (przez całe swoje życie wykorzystywał każdą okazję by udawać się na mniej lub bardziej odległe wycieczki) – zwiedził dużą część Stanów Zjednoczonych, wybrał się nawet do Quebeku, a także zdecydował się na turystyczny przelot samolotem! Kiedy tylko mógł, odwiedzał swoich przyjaciół – głównie w Nowym Jorku, ale też wybierał się czasem z wizytami do osób, z którymi korespondował (początkujący pisarze, tudzież jego liczni podopieczni, którym robił korekty mniej lub bardziej udanych opowiadań). Wreszcie przeprowadził się na pewien czas do amerykańskiej metropolii – Nowego Jorku, gdzie został brutalnie skonfrontowany z rzeczywistością wolnorynkową (tragikomicznie brzmią listy motywacyjne, które Howard wysyłał do potencjalnych pracodawców. Jak to ujął jeden z jego znajomych, „były to tego rodzaju listy, jakie napisałby tymczasowo zubożały angielski szlachcic poszukujący korzystnych finansowo znajomości w świecie biznesu dalekiej przeszłości” – s. 572). Poznajemy też losy nieudanego małżeństwa HPL z Sonią Haft Green, a także hipotezy o tym, dlaczego prawdopodobnie jedyny bliższy związek HPL z kobietą rozpadł się w dość smutnych okolicznościach (wg Joshiego Lovecraft był na tyle niedojrzały emocjonalnie, że nie powinien wchodzić w żaden stały związek, co potwierdza wiele szokujących wydarzeń mających miejsce podczas trwania małżeństwa Howarda. Jednak Sonia nie pozostała zupełnie bez winy za rozpad ich związku – usilnie próbowała zmienić męża na wzór swojej wizji i pragnień, rozpaczliwie ignorując rzeczywiste jego wady). Po rozstaniu z Sonią (opis rozwodu pozostaje na długo w pamięci), kiedy Howard powrócił do rodzinnego domu w Provicence, prowadził korespondencję z nieprawdopodobną liczbą osób, która dobiła w pewnym momencie do ponad dziewięćdziesięciu. Kim byli jego korespondenci? Często pracodawcami, ponieważ zlecali HPL korektę własnych prób literackich, częściej – szczerymi wielbicielami, pragnącymi podzielić się z pisarzem własną wizją świata i literatury fantastycznej. Nierzadko – samotnymi, schorowanymi osobami, dla których wymiana listów była niemal jedyną okazją do dialogu z drugą osobą. Lovecraft rozumiał doskonale podobne pobudki, sam bowiem odpisywał właśnie z takich powodów… Odpowiadał na każdy list, uważnie i bardzo grzecznie, uważał wręcz to za swój dżentelmeński obowiązek!

Dzięki biografii Joshiego zrozumiałam, dlaczego na nagrobku HPL widnieje napis „Providence to ja” („I am Providence”). Joshi drobiazgowo opisał, jak często i przy jakiej okazji, HPL inspirował architekturą Providence i Nowej Anglii, historią, krajobrazem, a także lokalnymi legendami, folklorem, przesądami, do zarysowania scenerii swoich opowiadań (był nawet autorem esejów – przewodników!). Jednak napis z nagrobka pisarza można również zrozumieć inaczej, zinterpretować jako swego rodzaju przestrogę, gdyż właśnie w postawie światopoglądowej HPL niemal idealne ucieleśnienie znalazły niektóre negatywne cechy osobowości początku dwudziestego wieku (i nie tylko tego…) – rasizm, antysemityzm, seksizm czy homofobia. Jednak swoje – choć radykalne, to raczej typowe dla swoich czasów – poglądy HPL wyrażał dość rzadko werbalnie, zazwyczaj ograniczał się do pisemnych deklaracji nietolerancji. Jego żona, która była z pochodzenia Żydówką, często kłóciła się z Howardem o jego antysemickie poglądy. Lovecraft uważał, że jego opinie nie dotyczą Sonii, ponieważ jest Żydówką zasymilowaną (!), ale zapowiedział jej, że planuje obracać się głównie w towarzystwie „aryjskim” (s. 625). Wśród przyjaciół Howarda było kilku homoseksualistów – prawdopodobnie starannie ukrywali swoją orientację przed Lovecraftem (i zapewne nie tylko przed nim), choć jak twierdzi Joshi, pisarz był niemal całkowicie ślepy na wszelkie aspekty związane z ludzką seksualnością (można znaleźć w książce anegdotę o tym, jak pewien rysownik zakpił z Lovecrafta, ilustrując jego opowiadanie rysunkami przyrody stylizowanej na kształt penisów – zauważyli to wszyscy czytelnicy, zaś sam pisarz – nie).

Polityczne, społeczne i naukowe poglądy Lovecrafta Joshi opisuje w jednym z najlepszych rozdziałów książki zatytułowanym „W trosce o cywilizację”. I tak dowiadujemy się np. że Lovecraft rzadko wspominał w swoich listach czy prywatnych dziennikach o jednym z ważniejszych wydarzeń swoich czasów, czyli Wielkim Kryzysie. Być może dlatego, jak twierdzi Joshi, że podczas podobnych wydarzeń osoby skromnie sytuowane nie doświadczają radykalnej zmiany swojego położenia – nie mają bowiem zbyt wiele do stracenia. Nie oznacza to jednak, że HPL ignorował ówczesne przemiany społeczne i ekonomiczne. Zauważył, że amerykańskie elity intelektualne poparły socjalizm, do czego sam dołączył (natomiast komunizm Lenina odrzucał). Choć początkowo popierał plutokrację i arystokrację, ostatecznie odrzucił je na rzecz socjalizmu. W 1936 roku uznał wręcz, że wszelkie zalety ducha, które wiązał z arystokracją, równie dobrze mogą rozwinąć się w formacji myślowej ukierunkowanej przez socjalizm, co było niebagatelną zmianą poglądową zatwardziałego konserwatysty (s. 925). Lovecraft uznał również, że chociaż nie jest w stanie zgodzić się ze wszystkimi punktami planu politycznego Roosevelta, należy go poprzeć, ponieważ walka o prawa robotników to przede wszystkim walka o ludzką godność, możliwość poprawy losu biedujących oraz niezaradnych finansowo (i choć raczej nie miał na myśli własnej korzyści, znał doskonale taki stan). Joshi sugeruje również, że istnieją przesłanki by uznać, że pod koniec życia Lovecraft wycofał się ze swojego antysemityzmu i poparcia dla poglądów Hitlera, co miało mieć miejsce po opowiadaniach znajomej Niemki, która odwiedziła swoją ojczyznę pod koniec lat trzydziestych, gdy wchodziły w życie antysemickie ustawy nazistów.

Ciekawie przedstawia się kwestia poglądów artystycznych Lovecrafta. Jako antymodernista krytykował ówczesnych poetów, przede wszystkim Eliota, za pomysł prowadzący do zniszczenia poezji. Co interesujące, zachwycał się za to twórczością Prousta, choć podobno poznał tylko pierwszy tom W poszukiwaniu straconego czasu. Gdy Lovecraft dowiedział się o cenzurze zakazującej wydawania Ulissesa Joyce’a w USA, sprzeciwił się temu, choć z całą pewnością literackie koncepcje Irlandczyka nie przypadły mu do gustu.

Lovecraft przez całe swoje życie – codzienne i literackie – był nie tylko świadomy swojej anachroniczności (w wielu aspektach), lecz potrafił też parodiować swój własny styl i swoje zainteresowania. Jego biografia z pewnością nie jest próbą odczarowania znakomitej prozy czy samego życia pisarza, jest też nie tylko bardzo rzetelnie opracowaną i zrealizowaną biografią (mnóstwo wybornych anegdot zarówno o Howardzie, jak i o jego przyjaciołach), ale również dobrym komentarzem do twórczości wspaniałego pisarza weird fiction. Choć Joshi nie ustrzegł się przed paroma potknięciami (przede wszystkim jego zupełnie nietrafione, banalne i zbędne interpretacje opowiadań Lovecrafta), z pewnością udało mu się spełnić własne marzenie, aby „obraz Lovecrafta, jaki ukształtuje się w przyszłości, to nie tylko obraz mistrza grozy czy ogólnie, fantastyki, lecz również serdecznego przyjaciela i korespondenta, poszukiwacza rzeczy niezwykłych i zabytkowych, intelekt, który odważnie stawiał czoło niezliczonym wyzwaniom zmieniającego się świata” (s. 1108).

Sławomira Raczyńska

Sunand Tryambak Joshi, „H.P. Lovecraft”, przeł. Mateusz Kopacz, Zysk i S-ka, Poznań 2010.
Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 10 kwietnia, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Gigant kosmicznej wyobraźni, którego nie zauważyła Opatrzność. O biografii H. P. Lovecrafta

„To nie może być dobre” – pomyślałam, gdy po raz pierwszy przeczytałam zapowiedź polskiego wydania biografii Howarda Phillipsa Lovecratfa (określanego najczęściej dalej w tekście skrótem HPL) autorstwa Sunanda Tryambaka Joshiego. Ponad tysiąc stron, czyż to nie przypomina niesprawdzanej przez nikogo pracy doktorskiej? Podobno w życiu HPL nie działo się zbyt wiele, cóż więc takiego opisuje autor przez tyle stron???

Jednak ciekawość zwyciężyła – przecież tak mało wiemy o życiu prywatnym HPL! Wzmianki o jego biografii w kolejnych polskich wydaniach opowiadań klasyka grozy, konsekwentnie tworzyły aurę tajemniczości i tragedii wokół losów pisarza. Nieomal można było uwierzyć, że wychował się w ciemniejszej niż nohttp://www.blogger.com/img/blank.gifc piwnicy, doglądany jedynie przez obłąkaną matkę. Ponadto miał cierpieć na alergię na zimno – ach, jakież to „artystyczne”! A ileż ciekawsze niż pospolita gruźlica czy obrzydliwa kiła! No i rodzice chorzy psychicznie – skądś przecież musiała brać źródło jego niepospolita, określana przez wielu jako „chora” wyobraźnia. Wspominana wielokrotnie na blogu Dwóch Poważnych Dam Victoria Nelson wydawała się świetnie poinformowana, gdy pisała w swojej książce o pewnych aspektach życia prywatnego pisarza z miasteczka Nowej Anglii. Niewątpliwie dołożyła swoje paranoiczne trzy grosze do podtrzymywania atmosfery mrocznej tajemnicy okrywającej codzienność Howarda P. Lovecrafta. Co zatem dopisze do tej legendy Joshi? Jakim cudem ze skromnego żywota, nad którym pociesznie rozczulał się Houllebecq, można wysnuć tak nieprawdopodobnie długą opowieść? (Nawiasem mówiąc, gdy Houellebecq pisał swój esej o HPL, książka Joshiego była już dostępna na rynku od ponad 3 lat – fakt, że nawet nie zainteresował się tą publikacją, doskonale świadczy o rzetelności z jaką nie–wywiązał się z tematu, który sam wybrał, ale jeszcze bardziej – o jego faktycznych kompetencjach).

S. T. Joshi, jako biograf HPL, bywa określany przez komentatorów w internecie jako „monopolista”. Jest autorem nie tylko opasłego tomu o życiu HPL, ale również wielu publikacji o jego twórczości. Zajmuje się również literaturą fantastyczną i historią idei (ateizmu, socjalizmu). Przeglądając szesnastostronicową bibliografię biografii HPL łatwo uwierzyć, że Joshi dotarł niemal do wszystkiego, co napisano o Lovecrafcie. Bibliografia HPL przedstawia się od strony dokumentalnej jako imponująca praca archeologiczno–historyczna, do której Joshi dołożył bardzo wyważone, zdroworozsądkowe podejście w interpretacji wielu ważnych wydarzeń z życia Lovecrafta. Starania Joshiego, by każdy etap życia i twórczości HPL osadzić w konkretnym kontekście, by zarysować tło historyczno–polityczno–społeczno–kulturalne, nie zawsze są udane głównie ze względu na raczej suchy, zupełnie nieporywający język. Początek książki może bardzo łatwo zniechęcić czytelnika, ponieważ nietrudno odnieść wrażenie, że Joshi najzwyczajniej w świecie nie poradził sobie z ogromem materiałów i faktów, które zgromadził. Nieco chaotycznie i monotonnie opisane jest drzewo genealogiczne HPL, podobnie drętwo Joshi opisał miasto, w którym Lovecraft spędził niemal całe życie, czyli sławetne Providence.

Styl Joshiego jest dość prosty i bezpośredni, choć zdarza mu się emocjonalnie reagować na opisywane wydarzenia. Sam autor deklaruje zresztą już na początku swego dzieła, że na pewno nie jest idealnym, choć nieistniejącym przypadkiem biografa niezaangażowanego, skrajnie obiektywnego, który jedynie relacjonuje wydarzenia z opisywanego życia. Jednak wbrew tej deklaracji Joshi nie wtrąca zbyt często osobiście zabarwionych komentarzy, natomiast – co chwalebne i godne podkreślenia – unika paranoicznych, psychoanalitycznych interpretacji życia HPL, kierując się raczej empatią i zrozumieniem szeregu uwarunkowań nie tylko emocjonalnych, ale choćby i ekonomicznych losów Lovecrafta.

Jeśli więc tylko nie przestraszymy się, że pod opasłym tomiszczem wydawnictwa Zysk i Spółka załamie się nasz stolik tudzież kolana, jak również nie zniechęci nas nużący początek, nasz trud czytelniczy na pewno zostanie nagrodzony. Oto bowiem mamy do czynienia z imponującą panoramą życia kulturalnego, politycznego i społecznego Amerykanów z początków dwudziestego wieku, a dokładniej, z ugrupowaniami, do których w różnych okresach należał HPL. Poznajemy prężne środowisko amerykańskich dziennikarzy–amatorów, niezliczone rzesze pisarzy grozy, fantastyki czy gatunku, do którego należał chyba najpełniej HPL, czyli weird fiction, a także ich fanów, wrogów i wydawców. Dowiadujemy się również sporo o ekonomicznych realiach ówczesnego życia nie tylko w niewielkiej miejscowości Nowej Anglii, Providence, ale też Bostonie, Chicago czy Nowym Jorku. Joshi nie tylko całkiem dokładnie opisał życie i sylwetkę samego HPL, ale też wielu jego przyjaciół i znajomych, choćby korespondencyjnych. Wreszcie poznajemy czasy, w których stosunkowo młode społeczeństwo amerykańskie próbowało ustalić swoją przynależność kulturalną – jak łatwo się domyślić, HPL podkreślał całe życie identyfikację z kulturą europejską, a dokładniej z obszarem promieniowania kultury anglosaskiej. Możemy też dowiedzieć się wielu bardzo ciekawych rzeczy o innych biografiach HPL, a także poznać zadziwiające fakty o niektórych przekładach prozy i poezji Lovecrafta. Last but not least, Joshi zarysowuje portret artystyczny pisarza, szczegółowo informując czytelnika o wszelkich pisarskich fascynacjach HPL, wpływach, przeróbkach własnej twórczości, a także dlaczego w taki a nie inny sposób poznajemy spuściznę po HPL, niemal zagrabioną przez uzurpującego sobie prawa do wyłączności, Augusta Derletha.

Z biografii HPL autorstwa Joshiego wyłania się poruszający portret wrażliwego, niemal wiecznego chłopca, ekscentryka, oddanego przyjaciela, nie wierzącego w siebie i swoje możliwości człowieka, a z drugiej strony – nader pewnego swoich kompetencji, zdystansowanego idealisty niepotrafiącego dostosować się do swoich czasów. Nie jest to jednak hagiografia – Joshi dostrzega też wielokrotnie szokującą niedojrzałość emocjonalną HPL, jego egocentryzm i kurczowe trzymanie się sztywnych ram wychowania wiktoriańsko–konserwatywnego. Biograf krytykuje także postawę intelektualną HPL, za wybiórcze uzupełnianie swojej wiedzy o świecie ówczesnym (pisarz był na bieżąco z odkryciami fizyków i astronomów, ale już antropologów – nie, i głosił rasistowskie oraz antysemickie poglądy). Czytelnik poznając zwyczaje i nawyki HPL może dodać sobie, iż pisarz miał skłonności do depresji i anoreksji (negował przez całe życie potrzeby cielesne i prezentował nieprawdopodobnie purytański stosunek do erotyzmu pod jakąkolwiek postacią).

Niesłychanie imponujący jest pisarski warsztat HPL, który choć dość wcześnie zakończył instytucjonalną edukację (wbrew własnej woli), przez całe życie bardzo dużo czytał, jednak pierwszymi lekturami, które chyba najsilniej wpłynęły na jego późniejszą formację artystyczną, były klasyczne dzieła anglojęzycznej (zarówno angielskiej, jak i amerykańskiej) literatury osiemnastowiecznej i dziewiętnastowiecznej, a także opowiadania z pulpowych magazynów. Od bardzo młodego wieku tworzył wyrafinowane – nie tylko jak na wiek – dziełka, które świadczyły o perfekcyjnym opanowaniu warsztatu literackiego oraz nieposkromionej wyobraźni – i chociaż Joshi pokazuje bardzo dokładnie, które elementy opowiadań HPL są inspirowane jego artystycznymi mentorami, bardzo wcześnie daje się zauważyć oryginalność i odrębność twórczości HPL, która zostaje nazwana kosmicyzmem. Zachowały się pierwsze wytwory talentu HPL – wiersze, które powstały najprawdopodobniej przed siódmymi urodzinami Howarda. Inspirowane stylem Alexandra Pope’a były doskonalsze metrycznie, niż utwory innego mentora kilkuletniego HPL – Samulea T. Coleridge’a. Mistrzami jego dojrzałego stylu zostali Lord Dunsany, Arthur Machen, Edgar Allan Poe.

Co z rodzicami i rodziną Howarda? Wbrew sugestiom Victorii Nelson, jakoby pisarz miał obsesję na punkcie choroby swojego ojca (syfilis), zarówno HPL, jak i jego matka Suzie, najprawdopodobniej nie mieli pełnego obrazu choroby Winfielda Lovecrafta. Mniej więcej od trzeciego roku życia Howarda, Winfield przebywał w zakładzie zamkniętym i ze względu na częste ataki halucynacji, był raczej rzadko odwiedzany przez żonę i syna. Z akt medycznych Winfielda wynika, że zmarł na ogólny niedowład ciała poprzedzony wieloletnią chorobą psychiczną (miał omamy, napady paranoi), który najprawdopodobniej był ostatnim studium syfilisu – wzmianki o chorobie wenerycznej nie umieszczono, ponieważ medycyna nie wiedziała jeszcze o związku powyższych objawów z działalnością krętka bladego.

Po śmierci Winfielda, finansową opiekę nad matką i małym Howardem sprawuje ukochany przez niego dziadek, po śmierci którego rodzina doświadcza dość szybko postępującej finansowej degradacji – do końca życia HPL będzie żył praktycznie na granicy ubóstwa, zupełnie nieprzygotowany przez bliskich do niemal jakiejkolwiek pracy zarobkowej. Młody Lovecraft pasjonował się astrofizyką (żałował, że nie mógł studiować fizyki!), chemią, historią i dziennikarstwem. Uważał się za najprawdziwszego poganina, pogardzającego chrześcijańskim motłochem z wyżyn swej angielskiej gentry, w niczym nie ustępującej najlepszym starożytnym rzymskim rodom („w wieku siedmiu lat w zabawach przybrałem imię L. VALERIUS MESSALA i torturowałem wyobrażonych chrześcijan w amfiteatrach” [s. 55]). Jako nastolatek wydawał własną gazetę, uwielbiał zabawy ze swoim ukochanym kotem Czarnuchem (pardonez le mot), zawiązywał pierwsze przyjaźnie…

HPL w optyce Joshiego nie był mizantropem, pustelnikiem, który każdą wolną chwilę wykorzystywał, by wbiegać na wyższe piętra osamotnionej wieży z kości słoniowej. Po śmierci nadopiekuńczej, zaborczej i neurotycznej matki, Howard niemal rzucił się w wir życia towarzyskiego, sporo podróżował (przez całe swoje życie wykorzystywał każdą okazję by udawać się na mniej lub bardziej odległe wycieczki) – zwiedził dużą część Stanów Zjednoczonych, wybrał się nawet do Quebeku, a także zdecydował się na turystyczny przelot samolotem! Kiedy tylko mógł, odwiedzał swoich przyjaciół – głównie w Nowym Jorku, ale też wybierał się czasem z wizytami do osób, z którymi korespondował (początkujący pisarze, tudzież jego liczni podopieczni, którym robił korekty mniej lub bardziej udanych opowiadań). Wreszcie przeprowadził się na pewien czas do amerykańskiej metropolii – Nowego Jorku, gdzie został brutalnie skonfrontowany z rzeczywistością wolnorynkową (tragikomicznie brzmią listy motywacyjne, które Howard wysyłał do potencjalnych pracodawców. Jak to ujął jeden z jego znajomych, „były to tego rodzaju listy, jakie napisałby tymczasowo zubożały angielski szlachcic poszukujący korzystnych finansowo znajomości w świecie biznesu dalekiej przeszłości” – s. 572). Poznajemy też losy nieudanego małżeństwa HPL z Sonią Haft Green, a także hipotezy o tym, dlaczego prawdopodobnie jedyny bliższy związek HPL z kobietą rozpadł się w dość smutnych okolicznościach (wg Joshiego Lovecraft był na tyle niedojrzały emocjonalnie, że nie powinien wchodzić w żaden stały związek, co potwierdza wiele szokujących wydarzeń mających miejsce podczas trwania małżeństwa Howarda. Jednak Sonia nie pozostała zupełnie bez winy za rozpad ich związku – usilnie próbowała zmienić męża na wzór swojej wizji i pragnień, rozpaczliwie ignorując rzeczywiste jego wady). Po rozstaniu z Sonią (opis rozwodu pozostaje na długo w pamięci), kiedy Howard powrócił do rodzinnego domu w Provicence, prowadził korespondencję z nieprawdopodobną liczbą osób, która dobiła w pewnym momencie do ponad dziewięćdziesięciu. Kim byli jego korespondenci? Często pracodawcami, ponieważ zlecali HPL korektę własnych prób literackich, częściej – szczerymi wielbicielami, pragnącymi podzielić się z pisarzem własną wizją świata i literatury fantastycznej. Nierzadko – samotnymi, schorowanymi osobami, dla których wymiana listów była niemal jedyną okazją do dialogu z drugą osobą. Lovecraft rozumiał doskonale podobne pobudki, sam bowiem odpisywał właśnie z takich powodów… Odpowiadał na każdy list, uważnie i bardzo grzecznie, uważał wręcz to za swój dżentelmeński obowiązek!

Dzięki biografii Joshiego zrozumiałam, dlaczego na nagrobku HPL widnieje napis „Providence to ja” („I am Providence”). Joshi drobiazgowo opisał, jak często i przy jakiej okazji, HPL inspirował architekturą Providence i Nowej Anglii, historią, krajobrazem, a także lokalnymi legendami, folklorem, przesądami, do zarysowania scenerii swoich opowiadań (był nawet autorem esejów – przewodników!). Jednak napis z nagrobka pisarza można również zrozumieć inaczej, zinterpretować jako swego rodzaju przestrogę, gdyż właśnie w postawie światopoglądowej HPL niemal idealne ucieleśnienie znalazły niektóre negatywne cechy osobowości początku dwudziestego wieku (i nie tylko tego…) – rasizm, antysemityzm, seksizm czy homofobia. Jednak swoje – choć radykalne, to raczej typowe dla swoich czasów – poglądy HPL wyrażał dość rzadko werbalnie, zazwyczaj ograniczał się do pisemnych deklaracji nietolerancji. Jego żona, która była z pochodzenia Żydówką, często kłóciła się z Howardem o jego antysemickie poglądy. Lovecraft uważał, że jego opinie nie dotyczą Sonii, ponieważ jest Żydówką zasymilowaną (!), ale zapowiedział jej, że planuje obracać się głównie w towarzystwie „aryjskim” (s. 625). Wśród przyjaciół Howarda było kilku homoseksualistów – prawdopodobnie starannie ukrywali swoją orientację przed Lovecraftem (i zapewne nie tylko przed nim), choć jak twierdzi Joshi, pisarz był niemal całkowicie ślepy na wszelkie aspekty związane z ludzką seksualnością (można znaleźć w książce anegdotę o tym, jak pewien rysownik zakpił z Lovecrafta, ilustrując jego opowiadanie rysunkami przyrody stylizowanej na kształt penisów – zauważyli to wszyscy czytelnicy, zaś sam pisarz – nie).

Polityczne, społeczne i naukowe poglądy Lovecrafta Joshi opisuje w jednym z najlepszych rozdziałów książki zatytułowanym „W trosce o cywilizację”. I tak dowiadujemy się np. że Lovecraft rzadko wspominał w swoich listach czy prywatnych dziennikach o jednym z ważniejszych wydarzeń swoich czasów, czyli Wielkim Kryzysie. Być może dlatego, jak twierdzi Joshi, że podczas podobnych wydarzeń osoby skromnie sytuowane nie doświadczają radykalnej zmiany swojego położenia – nie mają bowiem zbyt wiele do stracenia. Nie oznacza to jednak, że HPL ignorował ówczesne przemiany społeczne i ekonomiczne. Zauważył, że amerykańskie elity intelektualne poparły socjalizm, do czego sam dołączył (natomiast komunizm Lenina odrzucał). Choć początkowo popierał plutokrację i arystokrację, ostatecznie odrzucił je na rzecz socjalizmu. W 1936 roku uznał wręcz, że wszelkie zalety ducha, które wiązał z arystokracją, równie dobrze mogą rozwinąć się w formacji myślowej ukierunkowanej przez socjalizm, co było niebagatelną zmianą poglądową zatwardziałego konserwatysty (s. 925). Lovecraft uznał również, że chociaż nie jest w stanie zgodzić się ze wszystkimi punktami planu politycznego Roosevelta, należy go poprzeć, ponieważ walka o prawa robotników to przede wszystkim walka o ludzką godność, możliwość poprawy losu biedujących oraz niezaradnych finansowo (i choć raczej nie miał na myśli własnej korzyści, znał doskonale taki stan). Joshi sugeruje również, że istnieją przesłanki by uznać, że pod koniec życia Lovecraft wycofał się ze swojego antysemityzmu i poparcia dla poglądów Hitlera, co miało mieć miejsce po opowiadaniach znajomej Niemki, która odwiedziła swoją ojczyznę pod koniec lat trzydziestych, gdy wchodziły w życie antysemickie ustawy nazistów.

Ciekawie przedstawia się kwestia poglądów artystycznych Lovecrafta. Jako antymodernista krytykował ówczesnych poetów, przede wszystkim Eliota, za pomysł prowadzący do zniszczenia poezji. Co interesujące, zachwycał się za to twórczością Prousta, choć podobno poznał tylko pierwszy tom W poszukiwaniu straconego czasu. Gdy Lovecraft dowiedział się o cenzurze zakazującej wydawania Ulissesa Joyce’a w USA, sprzeciwił się temu, choć z całą pewnością literackie koncepcje Irlandczyka nie przypadły mu do gustu.

Lovecraft przez całe swoje życie – codzienne i literackie – był nie tylko świadomy swojej anachroniczności (w wielu aspektach), lecz potrafił też parodiować swój własny styl i swoje zainteresowania. Jego biografia z pewnością nie jest próbą odczarowania znakomitej prozy czy samego życia pisarza, jest też nie tylko bardzo rzetelnie opracowaną i zrealizowaną biografią (mnóstwo wybornych anegdot zarówno o Howardzie, jak i o jego przyjaciołach), ale również dobrym komentarzem do twórczości wspaniałego pisarza weird fiction. Choć Joshi nie ustrzegł się przed paroma potknięciami (przede wszystkim jego zupełnie nietrafione, banalne i zbędne interpretacje opowiadań Lovecrafta), z pewnością udało mu się spełnić własne marzenie, aby „obraz Lovecrafta, jaki ukształtuje się w przyszłości, to nie tylko obraz mistrza grozy czy ogólnie, fantastyki, lecz również serdecznego przyjaciela i korespondenta, poszukiwacza rzeczy niezwykłych i zabytkowych, intelekt, który odważnie stawiał czoło niezliczonym wyzwaniom zmieniającego się świata” (s. 1108).

Sławomira Raczyńska

Sunand Tryambak Joshi, „H.P. Lovecraft”, przeł. Mateusz Kopacz, Zysk i S-ka, Poznań 2010.
Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 10 kwietnia, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Postmodernistyczny cień nad Providence. Michel Houellebecq, „H.P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu”

Do Polski trafiła już opasła biografia Howarda Phillipsa Lovecrafta autorstwa S. T. Joshiego [1] i moje macki same wyciągają się po nią… Jednak to, czego jestem ciekawa, nie zaspokoją podstawowe dane biograficzne, raczej liczę na zapoznanie się przynajmniej z częścią bogatej korespondencji HPL z jego uczniami, pisarzami traktującymi go jak mistrza, czy informacje o nieprzełożonych na polski utworach (głównie poezjach).

Biografia to specyficzny rodzaj fikcji, która zdaje się składać obietnicę, której nigdy nie wypełnia – zrozumienie fenomenu, istoty talentu danej indywidualności. O próbę biograficzną pokusił się również francuski pisarz Michel Houellebecq, czego efektem jest dość dawno wydany esej „Przeciw światu, przeciw życiu”.

Przyznaję, że zainteresowanie Houellebecqua Lovecraftem jest dla mnie zaskakujące – zupełnie jakby o amerykańskim pisarzu książkę wydał Krzysztof Zanussi. Autor „Cząstek elementarnych” zamęczający czytelnika bladym moralizmem z gatunku utyskiwań impotenta w średnim wieku (pamiętam wywiad z Houellebecqueiem, gdzie opisywał jak wybrał się do Tajlandii na prostytutki w nadziei, że tam będzie łatwiej – cóż, niestety i tak Francja zapamiętała lepiej wyczyny Frederica Mitteranda), któremu przypisuje się ironiczne pióro – o Lovecrafcie? Cthulhu ty mój! Po latach ostentacyjnego lekceważenia tej książki, z braku lepszych znalezisk na bibliotecznej półce, wrzuciłam do koszyka esej wydany z serii „Fortuna i Fatum” W.A.B.

„Przeciw światu, przeciw życiu” rozpoczyna wstęp autorstwa Stephena Kinga. Wspaniała okazja by przypomnieć o sobie czytelnikom, wypromować się choć trochę (jakby to było jeszcze potrzebne), podnieść sprzedaż, gdyby nazwisko Lovecrafta okazało się niewystarczające (nazwiska King i Houellebecq chyba na niewielu półkach sąsiadują ze sobą) – naturalnie King wykorzystuje ją w pełni. Miałam nieodparte wrażenie, że King uważa, iż jego wstęp jest napisany o wiele lepiej niż „dość długi esej”, jak go określa, Houellebecqua. Lepiej niekoniecznie, na pewno jednak prostszym językiem – przecież to może wyjść w Stanach Zjednoczonych! Mamy więc zupełnie niezawoalowane pochlebstwa w kierunku jakże wyrafinowanych i wysmakowanych czytelników Kinga (ponieważ czytają w ogóle – tak przynajmniej ujmuje to King). Niemal z przysłowiowym amerykańskim pragmatyzmem „król horroru” zastanawia się nad milionami, które czerpią z wydań powieści HPL spadkobiercy i sugeruje, że kwestia praw autorskich nie jest tak jasna, jak chciałoby amerykańskie prawo i urząd skarbowy.

„Z zacięciem bynajmniej nie akademickim Houellebecq wyciąga wnioski, które na pewno wzbudzą kontrowersje i wywołają dyskusje”, czytamy we wstępie (s. 13, 14). Otóż niestety nie, ale o tym dalej. Ciekawe jest to, co King sygnalizuje opowiadając o swoim nigdy nie zrealizowanym pomyśle na opowiadanie „Poduszka Lovecrafta” – podążanie za HPL może przerosnąć autora. Wykorzystywanie jego osoby, stylu czy kontynuowanie pomysłów HPL, jeśli nie staje się parodią czy pastiszem (umyślną i znakomitą w przypadku np. Terry’ego Pratchetta), wydaje się zadaniem zupełnie chybionym, ponieważ HPL to przypadek absolutnie osobny w historii literatury – sam w sobie to hapaks legomenon.

Esej Houellebecqa rozczarowuje nie tylko dość bezbarwnym stylem, ale i tym, że nie wychodzi poza raczej typowe w przypadku twórczości HPL ochy, achy i jęki zafascynowanego czytelnika. Zaskakujące jest niejakie „nieprzygotowanie” autora – podana na końcu książki krótka bibliografia „uporządkowana według preferencji autora” liczy sobie oprócz francuskojęzycznych wydań twórczości HPL, wyboru listów Lovecrafta, aż DWIE pozycje traktujące o pisarzu. Co więcej, treść eseju nawet nie sugeruje, że korzystał z lektur, które mogłyby np. lepiej umieścić w szerszym kontekście twórczość Lovecrafta, czy też analizujących samą wyobraźnię [2]. Recenzowana na blogu Dwóch Poważnych Dam Victoria Nelson, choć krytycznie nastawiona do Lovecrafta, wydaje się być o wiele lepiej obeznana z tematem, a początek rozdziału jej książki poświęcony porównaniu (sic!) Lovecrafta z Brunonem Schulzem jest lepszym nakreśleniem specyfiki twórczość HPL, niż niemal cały esej Houellebecqa. Np. Houellebecq zauważa niezwykłą wrażliwość Lovecrafta na architekturę i muzykę, ale to Nelson określa jego wyobraźnię jako psychotopograficzną – ale o ile ona stosuje psychoanalizę z wirtuozerią ślepego rzeźnika, Houellebecq wskazuje na inspirację HPL nie koszmarami dzieciństwa, a snami.

Cóż więc takiego o HPL pisze Houellebecq? „Życie jest bolesne i pełne rozczarowań” (kiedy przestałam się śmiać, byłam w stanie czytać dalej) rozpoczyna część eseju pt „Inny świat”, i dalej zastanawia się nad przyczynami „letargicznej trwogi”, która ogarnęła Lovecrafta w osiemnastej zimie – ponieważ wiosna chyba nie była mu znana – życia. Przypisuje Lovecraftowi swoje seksualne frustracje i rozczarowanie, unikając choćby sugestii, że była to depresja. Zauważa totalną nieludzkość Lovecraftiańskich bóstw, które niczym Solaris Lema, są dalekie i obce naiwnej mrzonce jakoby kosmiczne byty o wyższej niż ludzka, inteligencji, kierowały się dobrem czy jakąkolwiek moralnością. Ciekawa uwaga, pasująca również chyba do bohatera – oby – mojej kolejnej recenzji, Emila Ciorana – „Przez całe życie zachowa typowo artystokratyczny pogardliwy stosunek do ludzkości jako takiej, połączony z wyjątkową sympatią do poszczególnych osób” (s. 40). Interesująco robi się w rodziale „Techniki zaskoczenia”, gdzie Houellebecq opisuje książkę Lovecrafta o chwytach kompozycyjnych, przydatnych podczas pisania utworów fantastycznych. Wg Houellebecqa owa książka ma tytuł „Księga Rozumu” – być może informacje o niej zaczerpnął z którejś z dwóch książek, które umieścił w bibliografii – ani na stronie archiwalnej o twórczości HPL http://www.hplovecraft.com/ ani na stronie amerykańskiego wydawcy Lovecrafta
http://www.arkhamhouse.com/ nie znalazłam tytułu, który pasowałby do takiego tłumaczenia (najbliższe temu, o czym pisze Houellebecq wydają się „Notes on Weird Fiction”, ale czy tłumacz zrobiłby z tego „Księgę Rozumu”?). Tak czy inaczej, wg Houellebecqa również ta pozycja nie przybliża czytelnika do zrozumienia, w jaki sposób Lovecraftowi udało się stworzyć tak sugestywną i doskonałą prozę, w której groza odczuwana przez odbiorcę miesza się z zachwytem nad wspaniałym językiem pełnym niezapomnianych i charakterystycznych fraz. Do tego stopnia, że Houellebecqowi zdarza się dławiącym głosem wykrztusić raz po raz wezwania do Przedwiecznych, co jest częstą i żenującą przypadłością fanów HPL piszących o swym mistrzu – a w przypadku francuskiego pisarza sprawia, że ma się wrażenie, że ten dorosły i dość marudny typ ma nadal nastoletnie pryszcze.

„Czytając opowiadania Lovecrafta, często zadajemy sobie pytanie, dlaczego protagoniści potrzebują tyle czasu, by zrozumieć istotę zagrożenia” (s. 59). Doprawdy? Za każdym razem czytelnik WIE jakie monstrum czai się za progiem? Zawsze dało się przewidzieć ogrom koszmaru, który czekał na końcu – najczęściej – naukowych poszukiwań bohaterów Lovecrafta? Być może ta niecierpliwość dotyka odbiorcę literatury i filmów dzisiaj, gdy idąc do kina czy biorąc do ręki książkę, niemal od początku wiemy dokładnie co się wydarzy i za pomocą jakich technik autor chce wywołać w nas takie a nie inne wrażenie. Moim zdaniem to zupełnie nie pasuje akurat do Lovecrafta, choćby dlatego, że przecież rzecz nie w tym, by bohaterom udało się zawsze uciec…

Do słusznych uwag Houellebecqa na pewno należy dopisać jeszcze co najmniej dwie – spostrzeżenie, że w prozie Lovecrafta brakuje jakichkolwiek psychologizmów (co oczywiście jest pożywką dla interpretacji psychoanalitycznych „jak to nie pisał o seksie, a shoggothy?” wydaje się twierdzić np. Victoria Nelson): bohaterowie mają jedynie postrzegać i relacjonować wydarzenia, osobliwie kojarząc rozmaite wrażenia słuchowe i wzrokowe, dzięki czemu udaje się to, co zauważa Houellebecq: „Przekształcić zwykłe codzienne doznania w niewyczerpane źródło koszmarów” (s. 74). Drugim trafnym spostrzeżeniem jest podkreślenie roli nauki w dziełach Lovecrafta, który nie tylko był na bieżąco z aktualnymi odkryciami z zakresu fizyki, astronomii czy matematyki, ale z powodzeniem wykorzystał terminologię kliniczną w zakresie zoologii, a także lingwistyczną, archeologiczną; nadawał relacjom swoich bohaterów cechy obiektywnego reportażu dziennikarskiego lub sprawozdania naukowego, genialnie łącząc fakty z realnego świata z autorską mitologią. „Lovecrafta interesuje w istocie groza obiektywna” podsumowuje Houellebecq i dodaje: „Podobnie jak Kant, który pragnie wznieść fundamenty moralności ważnej „nie tylko dla człowieka, ale dla każdego rozumnego stworzenia”, Lovecraft chce stworzyć fantastykę zdolną przerazić każdą istotę wyposażoną w rozum. Obaj mają też zresztą inne punkty wspólne; niepozorna postura, zamiłowanie do słodyczy oraz, jak to sformułowano, fakt, że nie są c a ł k i e m l u d z c y” (s. 83 – niezaprzeczalnie najlepsze zdanie z całej książki).

Biograficzny fragment o Lovecrafcie jest w eseju Houellebecqa bardzo krótki. Zaskakuje brak wzmianki o rodzicach pisarza, znajdujemy jedynie informację, iż przed rozwodem ze swoją żoną Sonią, Lovecraft zamieszkał na powrót u swojej ciotki w Providence. Krótki ustęp jest poświęcony pobytowi Lovecdafta w Nowym Jorku, gdzie zachwyt nad architekturą miesza się ze skrajnym obrzydzeniem mieszkańcami pochodzącymi z najprzeróżniejszych stron świata. Melting pot zdecydowanie nie był dla Lovecrafta alchemicznym tyglem, w którym wytapiało się złoto talentów, ale budzącym strach i obrzydzenie miejscem, gdzie wygrywa brutalność, a geny mieszają się tylko po to, by degeneracja rodzaju ludzkiego nastąpiła w szybszym tempie. I znowu Houellebecq zaskakuje trafnością spostrzeżenia – w swoich niewątpliwie rasistowskich opisach Afroamerykanów czy przybyszów z Azji, Lovecraft nie ustawia swoich bohaterów jako dumnych panów białej rasy, do której to przynależność bardzo cenił, ale jako ofiary. Czego Houellebecq w ogóle nie analizuje – a szkoda, to fakt, że właśnie te pogardzane przez Lovecrafta istoty (bo przecież nie ludzie) wydają się mieć najbliższy kontakt i styczność z budzącymi grozę Przedwiecznymi, to właśnie oni są depozytariuszami szczątkowej wiedzy, jaka ocalała na ich temat na Ziemi. Czy można to rozumieć jako kolejny wyraz pogardy Lovecrafta do wszelkich impulsów religijnych, których mogą ulec jedynie fanatyczni i nierozumni „mieszańcy”? Czy raczej specyficzna zazdrość o jakiś rodzaj wyobraźni, niedostępnej Lovecraftowi? (aż trudno w to uwierzyć!) A może raczej to Lovecraft budzi zazdrość Houellebecqa, ponieważ „zdołał przekształcić swą niechęć do życia w a k t y w n ą wrogość” (s. 126). Niewątpliwie niechęć Houellebecqa do życia i jego krytyka współczesnej cywilizacji i kultury połączona z osobliwą niemocą, zrodziła jedynie dzielenie się mdłościami, które czuje francuski pisarz podczas kontaktu z rzeczywistością. Biografia Lovecrafta to kronika nieudanego – wg dzisiejszych standardów – życia w ubóstwie i zupełnym niedocenieniu twórczości. W bierności Lovecrafta wobec „obowiązków” dorosłego życia na progu dwudziestego wieku, Houellebecq prawie chciałby odnaleźć źródło i usprawiedliwienie swoich własnych zawodzeń i narzekania, ale tego nie robi – być może dlatego, że obce mu są jakiekolwiek silne emocje, które według niego samego pomagają stworzyć naprawdę wybitne dzieło literackie. To stwierdzenie aż zabawne w swej naiwności mówi coś nie o dziele Lovecrafta, ale raczej o samym Houellebecqu. Sięgnął po twórczość amerykańskiego autora, by przypomnieć sobie silną fascynację czytelniczą, której doświadczył w młodym wieku, jakby chciał odnaleźć w tym siłę, iskrę zdolną zapalić coś, co pomoże mu napisać kolejną książkę. Jego esej o Lovecrafcie jest niczym rozmowa z dobrym znajomym, który podobnie jak czytelnik ceni autora „Zewu Cthulhu” i wnosi w naszą wiedzę dokładnie tyle samo. Ale czy cienie mają cokolwiek oświetlać?

Czy naprawdę chcemy strach towarzyszący lekturze Lovecrafta uczynić mniej prywatnym?

Oczywiście iluzją byłaby wiara w istnienie książki o Lovecrafcie „wyjaśniającej wszystko” czy dającej wystarczająco mocny klucz biograficzny do interpretacji powieści. Zaskakujące zdanie w tym temacie napisała wspomniana już parokrotnie Victoria Nelson: „Największym aktem twórczym HPL było ocalenie własnego człowieczeństwa” [3]. Można ocenić taką opinię jako całkowicie deprecjonującą twórczość HPL – zupełnie jakby był psychopatą z powieści Thomasa Harrisa, który jednak zacisnął zęby i zamiast zamordować chorego na kiłę ojca postanowił napisać opowiadanie.

Sławomira Raczyńska

Michel Houellebecq, „H.P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu”, przeł. Jacek Giszczak, W.A.B., Warszawa 2007. Wszystkie cytaty ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Przypisy:
[1] S. T. Joshi, H.P. Lovecraft: Biografia, przeł. M. Kopacz, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2010.
[2] Por. np. Gaston Bachelard, Poetyka marzenia, przeł., oprac. i posłowie: L. Brogowski, Wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 1998; Roger Caillois, W sercu fantastyki, przeł. M. Ochab, Wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 2005.
[3] Victoria Nelson, Sekretne życie lalek, przeł. A. Kowalcze-Pawlik, Universitas, Kraków 2009, s. 156.

Data wpisu: 16 stycznia, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Postmodernistyczny cień nad Providence. Michel Houellebecq, „H.P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu”

Do Polski trafiła już opasła biografia Howarda Phillipsa Lovecrafta autorstwa S. T. Joshiego [1] i moje macki same wyciągają się po nią… Jednak to, czego jestem ciekawa, nie zaspokoją podstawowe dane biograficzne, raczej liczę na zapoznanie się przynajmniej z częścią bogatej korespondencji HPL z jego uczniami, pisarzami traktującymi go jak mistrza, czy informacje o nieprzełożonych na polski utworach (głównie poezjach).

Biografia to specyficzny rodzaj fikcji, która zdaje się składać obietnicę, której nigdy nie wypełnia – zrozumienie fenomenu, istoty talentu danej indywidualności. O próbę biograficzną pokusił się również francuski pisarz Michel Houellebecq, czego efektem jest dość dawno wydany esej „Przeciw światu, przeciw życiu”.

Przyznaję, że zainteresowanie Houellebecqua Lovecraftem jest dla mnie zaskakujące – zupełnie jakby o amerykańskim pisarzu książkę wydał Krzysztof Zanussi. Autor „Cząstek elementarnych” zamęczający czytelnika bladym moralizmem z gatunku utyskiwań impotenta w średnim wieku (pamiętam wywiad z Houellebecqueiem, gdzie opisywał jak wybrał się do Tajlandii na prostytutki w nadziei, że tam będzie łatwiej – cóż, niestety i tak Francja zapamiętała lepiej wyczyny Frederica Mitteranda), któremu przypisuje się ironiczne pióro – o Lovecrafcie? Cthulhu ty mój! Po latach ostentacyjnego lekceważenia tej książki, z braku lepszych znalezisk na bibliotecznej półce, wrzuciłam do koszyka esej wydany z serii „Fortuna i Fatum” W.A.B.

„Przeciw światu, przeciw życiu” rozpoczyna wstęp autorstwa Stephena Kinga. Wspaniała okazja by przypomnieć o sobie czytelnikom, wypromować się choć trochę (jakby to było jeszcze potrzebne), podnieść sprzedaż, gdyby nazwisko Lovecrafta okazało się niewystarczające (nazwiska King i Houellebecq chyba na niewielu półkach sąsiadują ze sobą) – naturalnie King wykorzystuje ją w pełni. Miałam nieodparte wrażenie, że King uważa, iż jego wstęp jest napisany o wiele lepiej niż „dość długi esej”, jak go określa, Houellebecqua. Lepiej niekoniecznie, na pewno jednak prostszym językiem – przecież to może wyjść w Stanach Zjednoczonych! Mamy więc zupełnie niezawoalowane pochlebstwa w kierunku jakże wyrafinowanych i wysmakowanych czytelników Kinga (ponieważ czytają w ogóle – tak przynajmniej ujmuje to King). Niemal z przysłowiowym amerykańskim pragmatyzmem „król horroru” zastanawia się nad milionami, które czerpią z wydań powieści HPL spadkobiercy i sugeruje, że kwestia praw autorskich nie jest tak jasna, jak chciałoby amerykańskie prawo i urząd skarbowy.

„Z zacięciem bynajmniej nie akademickim Houellebecq wyciąga wnioski, które na pewno wzbudzą kontrowersje i wywołają dyskusje”, czytamy we wstępie (s. 13, 14). Otóż niestety nie, ale o tym dalej. Ciekawe jest to, co King sygnalizuje opowiadając o swoim nigdy nie zrealizowanym pomyśle na opowiadanie „Poduszka Lovecrafta” – podążanie za HPL może przerosnąć autora. Wykorzystywanie jego osoby, stylu czy kontynuowanie pomysłów HPL, jeśli nie staje się parodią czy pastiszem (umyślną i znakomitą w przypadku np. Terry’ego Pratchetta), wydaje się zadaniem zupełnie chybionym, ponieważ HPL to przypadek absolutnie osobny w historii literatury – sam w sobie to hapaks legomenon.

Esej Houellebecqa rozczarowuje nie tylko dość bezbarwnym stylem, ale i tym, że nie wychodzi poza raczej typowe w przypadku twórczości HPL ochy, achy i jęki zafascynowanego czytelnika. Zaskakujące jest niejakie „nieprzygotowanie” autora – podana na końcu książki krótka bibliografia „uporządkowana według preferencji autora” liczy sobie oprócz francuskojęzycznych wydań twórczości HPL, wyboru listów Lovecrafta, aż DWIE pozycje traktujące o pisarzu. Co więcej, treść eseju nawet nie sugeruje, że korzystał z lektur, które mogłyby np. lepiej umieścić w szerszym kontekście twórczość Lovecrafta, czy też analizujących samą wyobraźnię [2]. Recenzowana na blogu Dwóch Poważnych Dam Victoria Nelson, choć krytycznie nastawiona do Lovecrafta, wydaje się być o wiele lepiej obeznana z tematem, a początek rozdziału jej książki poświęcony porównaniu (sic!) Lovecrafta z Brunonem Schulzem jest lepszym nakreśleniem specyfiki twórczość HPL, niż niemal cały esej Houellebecqa. Np. Houellebecq zauważa niezwykłą wrażliwość Lovecrafta na architekturę i muzykę, ale to Nelson określa jego wyobraźnię jako psychotopograficzną – ale o ile ona stosuje psychoanalizę z wirtuozerią ślepego rzeźnika, Houellebecq wskazuje na inspirację HPL nie koszmarami dzieciństwa, a snami.

Cóż więc takiego o HPL pisze Houellebecq? „Życie jest bolesne i pełne rozczarowań” (kiedy przestałam się śmiać, byłam w stanie czytać dalej) rozpoczyna część eseju pt „Inny świat”, i dalej zastanawia się nad przyczynami „letargicznej trwogi”, która ogarnęła Lovecrafta w osiemnastej zimie – ponieważ wiosna chyba nie była mu znana – życia. Przypisuje Lovecraftowi swoje seksualne frustracje i rozczarowanie, unikając choćby sugestii, że była to depresja. Zauważa totalną nieludzkość Lovecraftiańskich bóstw, które niczym Solaris Lema, są dalekie i obce naiwnej mrzonce jakoby kosmiczne byty o wyższej niż ludzka, inteligencji, kierowały się dobrem czy jakąkolwiek moralnością. Ciekawa uwaga, pasująca również chyba do bohatera – oby – mojej kolejnej recenzji, Emila Ciorana – „Przez całe życie zachowa typowo artystokratyczny pogardliwy stosunek do ludzkości jako takiej, połączony z wyjątkową sympatią do poszczególnych osób” (s. 40). Interesująco robi się w rodziale „Techniki zaskoczenia”, gdzie Houellebecq opisuje książkę Lovecrafta o chwytach kompozycyjnych, przydatnych podczas pisania utworów fantastycznych. Wg Houellebecqa owa książka ma tytuł „Księga Rozumu” – być może informacje o niej zaczerpnął z którejś z dwóch książek, które umieścił w bibliografii – ani na stronie archiwalnej o twórczości HPL http://www.hplovecraft.com/ ani na stronie amerykańskiego wydawcy Lovecrafta
http://www.arkhamhouse.com/ nie znalazłam tytułu, który pasowałby do takiego tłumaczenia (najbliższe temu, o czym pisze Houellebecq wydają się „Notes on Weird Fiction”, ale czy tłumacz zrobiłby z tego „Księgę Rozumu”?). Tak czy inaczej, wg Houellebecqa również ta pozycja nie przybliża czytelnika do zrozumienia, w jaki sposób Lovecraftowi udało się stworzyć tak sugestywną i doskonałą prozę, w której groza odczuwana przez odbiorcę miesza się z zachwytem nad wspaniałym językiem pełnym niezapomnianych i charakterystycznych fraz. Do tego stopnia, że Houellebecqowi zdarza się dławiącym głosem wykrztusić raz po raz wezwania do Przedwiecznych, co jest częstą i żenującą przypadłością fanów HPL piszących o swym mistrzu – a w przypadku francuskiego pisarza sprawia, że ma się wrażenie, że ten dorosły i dość marudny typ ma nadal nastoletnie pryszcze.

„Czytając opowiadania Lovecrafta, często zadajemy sobie pytanie, dlaczego protagoniści potrzebują tyle czasu, by zrozumieć istotę zagrożenia” (s. 59). Doprawdy? Za każdym razem czytelnik WIE jakie monstrum czai się za progiem? Zawsze dało się przewidzieć ogrom koszmaru, który czekał na końcu – najczęściej – naukowych poszukiwań bohaterów Lovecrafta? Być może ta niecierpliwość dotyka odbiorcę literatury i filmów dzisiaj, gdy idąc do kina czy biorąc do ręki książkę, niemal od początku wiemy dokładnie co się wydarzy i za pomocą jakich technik autor chce wywołać w nas takie a nie inne wrażenie. Moim zdaniem to zupełnie nie pasuje akurat do Lovecrafta, choćby dlatego, że przecież rzecz nie w tym, by bohaterom udało się zawsze uciec…

Do słusznych uwag Houellebecqa na pewno należy dopisać jeszcze co najmniej dwie – spostrzeżenie, że w prozie Lovecrafta brakuje jakichkolwiek psychologizmów (co oczywiście jest pożywką dla interpretacji psychoanalitycznych „jak to nie pisał o seksie, a shoggothy?” wydaje się twierdzić np. Victoria Nelson): bohaterowie mają jedynie postrzegać i relacjonować wydarzenia, osobliwie kojarząc rozmaite wrażenia słuchowe i wzrokowe, dzięki czemu udaje się to, co zauważa Houellebecq: „Przekształcić zwykłe codzienne doznania w niewyczerpane źródło koszmarów” (s. 74). Drugim trafnym spostrzeżeniem jest podkreślenie roli nauki w dziełach Lovecrafta, który nie tylko był na bieżąco z aktualnymi odkryciami z zakresu fizyki, astronomii czy matematyki, ale z powodzeniem wykorzystał terminologię kliniczną w zakresie zoologii, a także lingwistyczną, archeologiczną; nadawał relacjom swoich bohaterów cechy obiektywnego reportażu dziennikarskiego lub sprawozdania naukowego, genialnie łącząc fakty z realnego świata z autorską mitologią. „Lovecrafta interesuje w istocie groza obiektywna” podsumowuje Houellebecq i dodaje: „Podobnie jak Kant, który pragnie wznieść fundamenty moralności ważnej „nie tylko dla człowieka, ale dla każdego rozumnego stworzenia”, Lovecraft chce stworzyć fantastykę zdolną przerazić każdą istotę wyposażoną w rozum. Obaj mają też zresztą inne punkty wspólne; niepozorna postura, zamiłowanie do słodyczy oraz, jak to sformułowano, fakt, że nie są c a ł k i e m l u d z c y” (s. 83 – niezaprzeczalnie najlepsze zdanie z całej książki).

Biograficzny fragment o Lovecrafcie jest w eseju Houellebecqa bardzo krótki. Zaskakuje brak wzmianki o rodzicach pisarza, znajdujemy jedynie informację, iż przed rozwodem ze swoją żoną Sonią, Lovecraft zamieszkał na powrót u swojej ciotki w Providence. Krótki ustęp jest poświęcony pobytowi Lovecdafta w Nowym Jorku, gdzie zachwyt nad architekturą miesza się ze skrajnym obrzydzeniem mieszkańcami pochodzącymi z najprzeróżniejszych stron świata. Melting pot zdecydowanie nie był dla Lovecrafta alchemicznym tyglem, w którym wytapiało się złoto talentów, ale budzącym strach i obrzydzenie miejscem, gdzie wygrywa brutalność, a geny mieszają się tylko po to, by degeneracja rodzaju ludzkiego nastąpiła w szybszym tempie. I znowu Houellebecq zaskakuje trafnością spostrzeżenia – w swoich niewątpliwie rasistowskich opisach Afroamerykanów czy przybyszów z Azji, Lovecraft nie ustawia swoich bohaterów jako dumnych panów białej rasy, do której to przynależność bardzo cenił, ale jako ofiary. Czego Houellebecq w ogóle nie analizuje – a szkoda, to fakt, że właśnie te pogardzane przez Lovecrafta istoty (bo przecież nie ludzie) wydają się mieć najbliższy kontakt i styczność z budzącymi grozę Przedwiecznymi, to właśnie oni są depozytariuszami szczątkowej wiedzy, jaka ocalała na ich temat na Ziemi. Czy można to rozumieć jako kolejny wyraz pogardy Lovecrafta do wszelkich impulsów religijnych, których mogą ulec jedynie fanatyczni i nierozumni „mieszańcy”? Czy raczej specyficzna zazdrość o jakiś rodzaj wyobraźni, niedostępnej Lovecraftowi? (aż trudno w to uwierzyć!) A może raczej to Lovecraft budzi zazdrość Houellebecqa, ponieważ „zdołał przekształcić swą niechęć do życia w a k t y w n ą wrogość” (s. 126). Niewątpliwie niechęć Houellebecqa do życia i jego krytyka współczesnej cywilizacji i kultury połączona z osobliwą niemocą, zrodziła jedynie dzielenie się mdłościami, które czuje francuski pisarz podczas kontaktu z rzeczywistością. Biografia Lovecrafta to kronika nieudanego – wg dzisiejszych standardów – życia w ubóstwie i zupełnym niedocenieniu twórczości. W bierności Lovecrafta wobec „obowiązków” dorosłego życia na progu dwudziestego wieku, Houellebecq prawie chciałby odnaleźć źródło i usprawiedliwienie swoich własnych zawodzeń i narzekania, ale tego nie robi – być może dlatego, że obce mu są jakiekolwiek silne emocje, które według niego samego pomagają stworzyć naprawdę wybitne dzieło literackie. To stwierdzenie aż zabawne w swej naiwności mówi coś nie o dziele Lovecrafta, ale raczej o samym Houellebecqu. Sięgnął po twórczość amerykańskiego autora, by przypomnieć sobie silną fascynację czytelniczą, której doświadczył w młodym wieku, jakby chciał odnaleźć w tym siłę, iskrę zdolną zapalić coś, co pomoże mu napisać kolejną książkę. Jego esej o Lovecrafcie jest niczym rozmowa z dobrym znajomym, który podobnie jak czytelnik ceni autora „Zewu Cthulhu” i wnosi w naszą wiedzę dokładnie tyle samo. Ale czy cienie mają cokolwiek oświetlać?

Czy naprawdę chcemy strach towarzyszący lekturze Lovecrafta uczynić mniej prywatnym?

Oczywiście iluzją byłaby wiara w istnienie książki o Lovecrafcie „wyjaśniającej wszystko” czy dającej wystarczająco mocny klucz biograficzny do interpretacji powieści. Zaskakujące zdanie w tym temacie napisała wspomniana już parokrotnie Victoria Nelson: „Największym aktem twórczym HPL było ocalenie własnego człowieczeństwa” [3]. Można ocenić taką opinię jako całkowicie deprecjonującą twórczość HPL – zupełnie jakby był psychopatą z powieści Thomasa Harrisa, który jednak zacisnął zęby i zamiast zamordować chorego na kiłę ojca postanowił napisać opowiadanie.

Sławomira Raczyńska

Michel Houellebecq, „H.P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu”, przeł. Jacek Giszczak, W.A.B., Warszawa 2007. Wszystkie cytaty ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Przypisy:
[1] S. T. Joshi, H.P. Lovecraft: Biografia, przeł. M. Kopacz, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2010.
[2] Por. np. Gaston Bachelard, Poetyka marzenia, przeł., oprac. i posłowie: L. Brogowski, Wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 1998; Roger Caillois, W sercu fantastyki, przeł. M. Ochab, Wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 2005.
[3] Victoria Nelson, Sekretne życie lalek, przeł. A. Kowalcze-Pawlik, Universitas, Kraków 2009, s. 156.

Data wpisu: 16 stycznia, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe