Archiwum dla kategorii: ‘Gross’

Barbara Engelking, „Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945”

Jak było, a jak jest nacechowane słowo Żyd? Czy to obelga? Określenie, którego należy unikać w imię szacunku (wszak obelgą nadal bywa), a może dumnie używać, ponieważ zostało poddane skutecznemu reclaimingowi, zmieniło swój wydźwięk z negatywnego, pogardliwego, a przez ludzi „na poziomie” unikanego, na neutralny i opisowy? Nie, nie sięgnę tu po Walczące słowa Judith Butler (przeł. Adam Ostolski, Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”, Warszawa 2010)! Chcę tylko – pod pretekstem tego pytania – wskazać wagę kontekstów, intencji nadawczej i odbiorczej, oraz szerokiego spektrum interpretacji określonych wypowiedzi, zarówno prac naukowych, jak i apelatywów. Pozwoli to umotywować moją krytykę jednej książki, i aprecjację drugiej, gdzie obie poświęcone są dość zbliżonej tematyce: to Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów oraz Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945.

Nie miałam okazji sięgnąć po wcześniejsze prace Jana Tomasza Grossa. Rzecz jasna śledziłam publicystykę wokół nich, jeszcze w Poznaniu uczestniczyłam w poświęconej im dyskusji. Ponadto kwestią hamującą moje zainteresowanie tematyką żydowską jest podstawowa dystynkcja, tu ustanowiona przez wierzenia religijne – a mnie odrzucają wszelkie. Jednak ostatnio, podobnie jak współautorka tego bloga, sięgnęłam po Złote żniwa. Gross (jako współpracowniczkę w autorstwie podana jest jego żona, więc nie wiem, czy może należy pisać: Grossowie), pozyskał i zreprodukował zdjęcie, na którym widać ludzi siedzących wokół rozkopanych mogił. Ma być to fotografia spod Treblinki, ukazująca usankcjonowaną, uporządkowaną działalność hien cmentarnych. Gross nie opowiada, że tam i wtedy było właśnie tak, a nie inaczej, tylko bierze ów punkt wyjścia, by relacjonować grabieże (i nie tylko) – jak podpowiada podtytuł – „na obrzeżach zagłady Żydów”. W skrócie, albowiem Złotym żniwom poświęcony już jest poprzedni wpis, autorowi nie chodzi o hitlerowców, lecz o osoby zamieszkujące teren okupowanej Rzeczpospolitej: co mówiło narzucone prawo, co praktykowano, jak pomagano (Gross koncentruje się na niskich pobudkach, czyli: ukrywaniu czy dożywianiu za słonymi opłatami) i jak szkodzono: poprzez upokorzenia, donosy, tortury, przepędzanie, obławy, zabijanie. Jak zachowywano się po wyzwoleniu wobec tych, którzy przetrwali w obozach, tych, którym do końca udało się kryć, tych, którzy wracali w swe dawne miejsca zamieszkania. Gross poświęca rzecz jasna rozdział obojętności oraz antysemityzmowi kleru i Kościoła katolickiego.

Książka asekuracyjnie została przez wydawców nazwana esejem historycznym: dla uniknięcia oskarżeń, że to przecież nie jest „własna” praca badawcza. Zebrane i wykorzystywane są wyłącznie gotowe opracowania, z czego większość pochodzi z ostatnich lat, czyli odkąd problem polskiej odpowiedzialności za zbrodnie przeciw Żydom został nagłośniony w największej mierze przez Grossa właśnie: odkąd znani są jego Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka (Fundacja Pogranicze, Sejny 2000).

To mój kolejny zarzut: koniunkturalizm, odcinanie kuponów od wcześniejszych osiągnięć – i niejednoznacznej sławy. Gross zdaje się ukazywać siebie jako niezłomnego głosiciela gorzkiej i niewygodnej dla Polaków prawdy, napiętnowanego przez tych nietolerancyjnych antysemitów jako wróg publiczny (co potwierdza publicystyka reprezentująca skrajnie prawą stronę sceny politycznej). Wydawnictwu „Znak” nie przeszkadza otaczająca autora antykatolicka fama, wszak na Grossie można zarobić. Opublikowano już zresztą Wokół „Złotych Żniw”. Debatę o ksiażce Jana Tomasza Grossa i Ireny Grudzińskiej-Gross.

„Znak” to mainstream w swojej branży, balans między zaściankowością a kontrowersyjnością, wydawnictwo aktualnie specjalizujące się we wznowieniach przekładów beletrystycznego kanonu współczesności. Publikuje Grossa znanego, zapoznanego, i po tym, jak jego Sąsiedzi zostali wchłonięci w społeczny krwioobieg. Pamiętajmy choćby o ówcześnie urzędującym Prezydencie RP w 2001 roku oficjalnie przepraszającym za zbrodnię w Jedwabnem. Jakkolwiek dla prawej strony tutejszej sceny politycznej był to skandal, upokorzenie Polaków, dowód na to, na czyjej smyczy chadza Kwaśniewski, do kogo się łasi i macha ogonkiem (do dzisiaj wypowiedzi krytyczne i antysemickie są na szczycie listy wyszukiwania frazy Kwaśniewski Jedwabne), i jakkolwiek mnie ten gest wydawał się spóźniony i niewystarczający, dziś należy podkreślać, iż był to rzadki moment, kiedy władze tego kraju zdobyły się na coś godnego szacunku, coś czego jako obywatelka nie muszę się wstydzić. Przez lata, które od tamtych przeprosin minęły, podobnie godne pochwały wydarzenie się nie powtórzyło. W każdym razie to dowód uznania Grossowych racji, mimo warsztatowych wątpliwości, jakie Sąsiedzi budzili. Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści (Znak, Kraków 2008) był już skazany na status bestsellera.

O ostatniej książce zaś z goryczą można rzec, iż „żniwa” to sobie Gross urządził, sięgając po wiele szczegółowych (lecz ze względu na charakterystyczny obieg literatury naukowej niemogących liczyć na dużą popularność) opracowań, na nich, na cudzym wysiłku badawczym opierając swój sukces wydawniczy. Nic wtedy dziwnego, że metodologii tu brak. Jest wzmianka o antropologicznym pojęciu opisu gęstego, ale to chyba jedynie retoryczny sztafaż mający zaimponować odbiorcom niezorientowanym.

Problem, jaki mam ze Złotymi żniwami, to… obojętność. Nie ruszają mnie nienawistność, okrucieństwo, bezduszność, chciwość, bezmyślność czy antysemickie zacietrzewienie, o jakich w książce mowa, ponieważ opisy są z drugiej ręki, rzecz jasna, zamieszczone zgodnie z regułami cytowania. Rzekome „szkalowanie” Polaków przez autora również nie budzi mej pasji polemicznej – o świętym oburzeniu nie wspominając – gdyż nie dość, że jestem bardzo daleka od jakichkolwiek ideowych i retorycznych form gloryfikacji tej grupy (jako ofiar historii czy osobników szczególnie szlachetnych), to jeszcze niemiłe jest mi myślenie o pojęciu „naród” jako definiowalnej, adekwatnej (do czegokolwiek) kategorii poznawczej. Jedyna naprawdę istotna dla mnie rzecz: Gross domaga się przezwyciężenia prymatu liczb i statystyk, pragnie pamięci o każdej skrzywdzonej osobie jako indywiduum, kimś wyjątkowym, kto czuł, przeżywał, cierpiał, kogo udziałem był strach, głód, zimno, kogo raniło lekceważenie, obojętność, kogo pełne prześladowań ostatnie lata życia zakończyła anonimowa śmierć, czyje szczątki były porzucane gdziekolwiek bądź, przeszukiwane… Zaraz zaraz! Tak naprawdę mnie interesuje, wzrusza, bulwersuje to, co miało miejsce przed śmiercią, gdy człowiek – z pełnią szacunku dla nie-ludzkich form życia – jest człowiekiem. To, co się robi z zwłokami, jest istotne tylko dla żywych – ku ich pocieszeniu, satysfakcji, znieczuleniu sumienia, ba, z najbardziej przyziemnego punktu widzenia: dla odsunięcia groźby epidemiologicznej. A jednak to za mało: Gross mnie nie przekonuje na przykład dlatego, że jego wywody nie przewartościowują moich poglądów. Po drugie: nie wierzę, że przewartościowują czyjekolwiek. Ci bowiem, którzy przyznają mu rację, badają, zgłębiają, dopowiadają, edukują, przepraszają już od lat. Osobom nastawionym indyferentnie przychodzi jedynie przełączyć kanał, gdy w telewizji pojawia się ten irytujący temat, gdzieś tam w końcu trafią się utalentowane gwiazdy tańczące na lodzie.

Zetknęłam się również z inną, opublikowaną bardziej „niszowo” (przez Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów) pozycją: Jest taki piękny słoneczny dzień… losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942 – 1945 Barbary Engelking. To już praca oparta na bogatych badaniach własnych, odwołująca się do źródeł historycznych: dokumentów sądowych (archiwa IPN, sprawy głównie z województw warszawskiego, kieleckiego, etc. – słowem, z hitlerowskiej Generalnej Gubernii), zbiorach warszawskiego ŻIH i jerozolimskiego Yad Vashem – by wymienić kilka, plus rzecz jasna literatura przedmiotu.

Autorka chce ukazywać świat wojennego ukrywania się z perspektywy Żydów, i tych, którzy przetrwali, i tych, którzy zginęli. Obficie cytuje relacje jednych ukrywających się o innych, pamiętniki niekiedy odkrywane w gruzach, itp. Każda możliwa do zidentyfikowania osoba otrzymuje godność na kartach tej książki – a „godność” jest przecież staroświeckim synonimem „nazwiska” – tym samym Engelking spełnia najmocniejszy postulat Grossa – w kwestii dopominania się o indywidualizację ofiar więcej już zrobić nie można.

Wszystko opisane jest bardzo systematycznie. Skąd się wzięli szukający pomocy ludzie? Uciekli z miast. Uciekli z gett. Uciekli z transportów. Albo już przed wojną mieszkali na wsiach. Jak się utrzymywali? Znów kilka grup, oczywiście niekoniecznie rozłącznych: spieniężyli przedwojenny majątek; nie spieniężyli, ale stopniowo upłynniali, by opłacić haracze za swe utrzymanie; pracowali nadal w swoich skromnych zawodach (np. krawcy); pracowali gdziekolwiek (np. na roli); byli w pełni zdani na swoich gospodarzy; byli zdani na swój spryt, szczęście i przyrodę. Czemu musieli ukrywać się nawet przed własnymi sąsiadami? Okoliczności wyzwalały najgorsze instynkty. Chłopi wzajemnie sobie zazdrościli – czemu on, a nie ja, się ma bogacić żydowskim złotem? Trzeba na niego donieść. Albo z zięciem sami załatwimy sprawę. (To akurat nie cytat; słowa osób autentycznie zamieszanych w opisywane procedery są po stokroć bardziej drastyczne). Równie dobrze budziły się zadawnione animozje: imperatyw kategoryczny szkodzenia bliźniemu. Kolejny powód: w wioskach niemieckie kontrole nie były częste, ale przed okupantami odpowiadali sołtysi i polska policja. Zaniechanie i niesubordynacja wszelkiego rodzaju dawały powody do karania. Tu uzasadnieniem był strach, owszem. Gross pisał w Złotych żniwach, że Polacy starają się forsować w świecie „usprawiedliwienie”, jakoby w okupowanej Polsce, inaczej niż np. we Francji, za ukrywanie Żydów groziła kara śmierci. Według Grossa to propaganda tuszująca winy. Tymczasem Engelking opowiada o właśnie takim zabijaniu ludzi niosących pomoc, pardon, przyłapanych na niesieniu pomocy. Kończyło się też puszczaniem z dymem gospodarstw. Przy tym potworną rzeczywistością było ochotnicze karanie, np. przez sołtysa albo wioskową grupkę brutalnych osiłków–terrorystów. Autorka mówi, że hitlerowcy byli „na służbie zła”, zaś ci Polacy byli jego „wolontariuszami” (s. 153), szkodzili, dręczyli, zabijali brutalnie, spontanicznie, chaotycznie, chętniej uprawiając „rękodzieło” albo wyszukując improwizowaną broń. Wskazane jest, że w – proszę wybaczyć to określenie – odmętach pamięci narodowej pozostali na powierzchni ci, którym pomagano (s. 17). Tych skrzywdzonych i pokrzywdzonych wyparto. W aktach oskarżeń polskich zbrodniarzy najczęściej bezimienne ofiary określane są jako mężczyźni lub kobiety N. N., ewentualnie dzieci. Oczywiście powojenne losy ocalonych też były dramatyczne, i choć Engelking zatrzymuje się na 1945 roku, cytowane dokumenty sądowe są powojenne. Tedy w przypadku wielu opisywanych procesów Żydzi – świadkowie nie oczekiwali wyroków (albo wyników apelacji): byli już w Izraelu. Ostracyzm czekał ich wybawicieli – wiemy o ludziach, którzy wstydzili się odznaczeń „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”, kryli się z nimi lub je wyrzucali.

W czasach wojny nie mówiono: Polacy i Żydzi, tylko zawsze: chrześcijanie i żydzi. Wydaje mi się, że wprowadzony później przepis ortograficzny „powiększający” wiadomą pierwszą literę jest proizraelski, w sensie politycznym (wskazuje wspólnotę etniczną), nie zaś honoryfikującym (czyli nie podkreśla wyjątkowego szacunku dla wiary religijnej). Przecież nie trzeba wyznawać judaizmu, by być Żydem. Żydem czy Izraelczykiem? Zauważyłam, że w historycznych dokumentach częstym synonimem żyda jest izraelita. W nawiązaniu do konstatacji otwierających dzisiejszego posta, myślę, że to swego rodzaju niegdysiejszy eufemizm, dzisiaj odbierany jako pogardliwy, obok typowo grubiańskich obelg, których przykładów nie będę jednak starała się sobie przypomnieć.

Porzucając dygresję dodam, iż wiadomym jest, że w okupacyjnym antysemickim kontekście z żydowską identyfikacją było dokładnie odwrotnie. Osoby, które z obywateli wieloetnicznego państwa spadły do poziomu podludzi, w większości uważały się za Polaków (s. 154) – nie byli ani syjonistami optującymi za osobnym krajem dla swej wspólnoty krwi i wiary, ani odklejonymi od dowolnej rzeczywistości politycznej i gospodarczej ortodoksami. Celowo piszę w rodzaju męskoosobowym. Z nazistowskiego punktu widzenia Żyd był lepiej rozpoznawalny niż Żydówka. Niezależnie od płci można było mieć wygląd „dobry” bądź „ujemny” – ale to na pierwszy, niekiedy złudny rzut oka. Wydaje się, choć praca Engelking o tym milczy, że we wsiach semicka aparycja nie robiła tak wielkiej różnicy, jak w miastach. W większych skupiskach ludności anonimowość przechodniów, współpasażerów i innych przypadkiem się spotykających osób, sprzyjała ocenie „na oko”. Mieszkańcy wsi znali się nawzajem, wiedzieli, nie musieli szacować i klasyfikować bliźnich na podstawie proporcji części twarzy czy koloru włosów.

U Engelking opisywane są warunki bytowe Żydów: w jakich pomieszczeniach, lub gdzie na polach i w lasach ludzie się chowali, jak dawali sobie radę z głodem, pragnieniem, zimnem, upałem, opadami, dusznością, etc., jak się komunikowali z osobami niemuszącymi się kryć i ze sobą nawzajem. Co dość interesujące, wielkim zagrożeniem była partyzantka: AL, AK, BCh, ktokolwiek. Żydzi często nie rozpoznawali specyfiki poszczególnych ideowych odnóg, zresztą zaiste: co to w ich sytuacji była za różnica?

Na wsiach – wedle relacji dostępnych i przywołanych przez autorkę – nigdy się nie zdarzały brawurowe odbicia podczas transportów. Zresztą główna teza mówi, że to, co się działo, przekracza tradycyjną triadę: kat, ofiara, świadek (np. s. 257). Niemcy rozpisali inne role: ściganej zwierzyny, naganiacza, myśliwego. Żydzi nigdy nie mogli zmienić swego emploi w tym teatrze śmierci, natomiast Polacy bywali i myśliwymi, i naganiaczami, i gapiami. Och, ofiarami też.

Praca Engelking jest socjologiczno-historyczna. Jej mankamentem są aspiracje do wzniesienia się poza tę dziedzinową atrybucję. Mianowicie dla objęcia uroków ludzkiej natury autorka sięga po psychologię. „Na doświadczenie Zagłady można spojrzeć z perspektywy psychologicznej także jako na swoiste laboratorium natury ludzkiej, gdzie ścierają się tkwiące w niej dobro i zło (…). W owym laboratorium rozpoznajemy wyraźnie, że linia oddzielająca dobro od zła jest umowna, a ludzie są nie tyle źli, ile raczej mają dyspozycję do czynienia zarówno zła, jak i dobra” (s. 189). Gdzie indziej przeczytamy: „Zło (…) jest bardziej wyraziste niż dobro, zarówno z punktu widzenia doświadczenia psychologicznego, jak i ze względu na obiektywną szkodę, jaką wyrządza. Doznane dobro nie wymazuje doświadczonego zła (…)” (s. 155, wyróżnienie moje – P.S.). Dalej mowa o tym, jak psychologiczna reguła asymetrii pozytywno–negatywnej uczy nas, że „wpływ przeżyć negatywnych jest silniejszy, niż pozytywnych”, choćby „obiektywnie” plusy i minusy się równoważyły, oraz o tym, dlaczego jest to mechanizm ewolucyjny i efektywny w życiu społecznym (s. 155). W podobnym guście wyjaśniane są takie zjawiska psychiczne jak zawiść i zazdrość (s. 107-108), czy chciwość: „jedna z wielkich namiętności, kierujących ludzkim działaniem” (s. 111).

Drażniący bywa sposób wysławiania się autorki. Co to jest doświadczenie psychologiczne z cytatu przywołanego w poprzednim akapicie? Eksperyment dokonany w ramach dziedziny nauki, która nazywana jest psychologią? Formalnie tak. A może to doznanie w jakiś sposób odciskające się na psychice jednostki? Kontekstowo tak. Innymi słowy, w ferworze kwiecistym autorka przegapiła działanie konwencji każącej mówić o „doświadczeniu psychicznym”, nie psychologicznym.

Podobne wątpliwości budzi we mnie aplikacja licznych innych „uczonych” sformułowań. Engelking pisze – by ograniczyć się do dwóch zaledwie przykładów – o „dedykowanym zabójcom aktom” (s. 227). Cóż za zbędny anglicyzm, by ograniczyć się do wymownego uniesienia brwi. Szczególnie przyciąga uwagę jedno z najchętniej współcześnie nadużywanych określeń, przestrzeń. Słowa: „ukrywanie się w przestrzeni wiejskiej” (s. 101) czy [t]opografia przestrzeni wiejskiej” (s. 85) brzmią niemal karykaturalnie.

Engelking uruchamia mnóstwo tanich, nawet nie religijnych, a dewocyjnych i stereotypowych skojarzeń. Wspomina o wydarzeniach mających strukturę odpowiadającą narracji ewangelii, o gestach ewangelicznych, o Żydzie–tułaczu, o żłóbku, o pustyni… Autorka pisze o tej ostatniej, gdzie ludzie dopraszają się wspomożenia: „Chodzi nie tylko o dosłowny sens – braku pomocy, obijania się o ludzi, ich strach lub niechęć (…). Pustynia ludzka ma także wymiar psychologiczny – jest bezskutecznym poszukiwaniem współczucia oraz nadziei i wiary w drugiego człowieka. W wymiarze topograficznym to doświadczenie włóczęgi, bezdomności, braku schronienia, a w wymiarze duchowym – doznanie najgłębszego cierpienia i egzystencjalnej samotności” (s. 259). Taka narracja nosi znamiona szantażu emocjonalnego, gdyż jako takie odbieram te fragmenty apelujące do chrześcijańskich sumień (należy zarazem zauważyć, iż deprecjonująca deskrypcja tak zwanego doświadczenia pustyni nie jest teologicznie relewantna). I chociaż owe odniesienia czysto religijne powodują tylko kolejny przypływ irytacji z powodu wszechobecności tej retoryki, legitymizującej jedynie słuszny porządek opartego na Biblii świata, to podbudowa treści merytorycznej, która zdecydowanie mówi sama za siebie, nie potrzebuje ciągłych argumentów ad miseriacordiam. Natomiast ktoś, komu i tak brak empatii czy kto jest obojętny wobec akurat tego aspektu czasów Zagłady – i tak przez Jest taki piękny słoneczny dzień nie przebrnie. Jeżeli zaś ktoś ostrzy swe pióro przeciw naukowcom i publicystom dopominającym się pamięci o polskiej odpowiedzialności za udrękę Żydów (czyli współodpowiedzialności za Zagładę), sięgnie raczej po efekciarskiego Grossa i otrzyma wodę na swój młyn. Pozostaje zatem dopominać się o jak najszerszą dystrybucję i recepcję publikacji Barbary Engelking.

Paulina Szkudlarek

Barbara Engelking, Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2011.Wszystkie nieoznaczone cytaty i odwołania pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 10 sierpnia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Barbara Engelking, „Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945”

Jak było, a jak jest nacechowane słowo Żyd? Czy to obelga? Określenie, którego należy unikać w imię szacunku (wszak obelgą nadal bywa), a może dumnie używać, ponieważ zostało poddane skutecznemu reclaimingowi, zmieniło swój wydźwięk z negatywnego, pogardliwego, a przez ludzi „na poziomie” unikanego, na neutralny i opisowy? Nie, nie sięgnę tu po Walczące słowa Judith Butler (przeł. Adam Ostolski, Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”, Warszawa 2010)! Chcę tylko – pod pretekstem tego pytania – wskazać wagę kontekstów, intencji nadawczej i odbiorczej, oraz szerokiego spektrum interpretacji określonych wypowiedzi, zarówno prac naukowych, jak i apelatywów. Pozwoli to umotywować moją krytykę jednej książki, i aprecjację drugiej, gdzie obie poświęcone są dość zbliżonej tematyce: to Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów oraz Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945.

Nie miałam okazji sięgnąć po wcześniejsze prace Jana Tomasza Grossa. Rzecz jasna śledziłam publicystykę wokół nich, jeszcze w Poznaniu uczestniczyłam w poświęconej im dyskusji. Ponadto kwestią hamującą moje zainteresowanie tematyką żydowską jest podstawowa dystynkcja, tu ustanowiona przez wierzenia religijne – a mnie odrzucają wszelkie. Jednak ostatnio, podobnie jak współautorka tego bloga, sięgnęłam po Złote żniwa. Gross (jako współpracowniczkę w autorstwie podana jest jego żona, więc nie wiem, czy może należy pisać: Grossowie), pozyskał i zreprodukował zdjęcie, na którym widać ludzi siedzących wokół rozkopanych mogił. Ma być to fotografia spod Treblinki, ukazująca usankcjonowaną, uporządkowaną działalność hien cmentarnych. Gross nie opowiada, że tam i wtedy było właśnie tak, a nie inaczej, tylko bierze ów punkt wyjścia, by relacjonować grabieże (i nie tylko) – jak podpowiada podtytuł – „na obrzeżach zagłady Żydów”. W skrócie, albowiem Złotym żniwom poświęcony już jest poprzedni wpis, autorowi nie chodzi o hitlerowców, lecz o osoby zamieszkujące teren okupowanej Rzeczpospolitej: co mówiło narzucone prawo, co praktykowano, jak pomagano (Gross koncentruje się na niskich pobudkach, czyli: ukrywaniu czy dożywianiu za słonymi opłatami) i jak szkodzono: poprzez upokorzenia, donosy, tortury, przepędzanie, obławy, zabijanie. Jak zachowywano się po wyzwoleniu wobec tych, którzy przetrwali w obozach, tych, którym do końca udało się kryć, tych, którzy wracali w swe dawne miejsca zamieszkania. Gross poświęca rzecz jasna rozdział obojętności oraz antysemityzmowi kleru i Kościoła katolickiego.

Książka asekuracyjnie została przez wydawców nazwana esejem historycznym: dla uniknięcia oskarżeń, że to przecież nie jest „własna” praca badawcza. Zebrane i wykorzystywane są wyłącznie gotowe opracowania, z czego większość pochodzi z ostatnich lat, czyli odkąd problem polskiej odpowiedzialności za zbrodnie przeciw Żydom został nagłośniony w największej mierze przez Grossa właśnie: odkąd znani są jego Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka (Fundacja Pogranicze, Sejny 2000).

To mój kolejny zarzut: koniunkturalizm, odcinanie kuponów od wcześniejszych osiągnięć – i niejednoznacznej sławy. Gross zdaje się ukazywać siebie jako niezłomnego głosiciela gorzkiej i niewygodnej dla Polaków prawdy, napiętnowanego przez tych nietolerancyjnych antysemitów jako wróg publiczny (co potwierdza publicystyka reprezentująca skrajnie prawą stronę sceny politycznej). Wydawnictwu „Znak” nie przeszkadza otaczająca autora antykatolicka fama, wszak na Grossie można zarobić. Opublikowano już zresztą Wokół „Złotych Żniw”. Debatę o ksiażce Jana Tomasza Grossa i Ireny Grudzińskiej-Gross.

„Znak” to mainstream w swojej branży, balans między zaściankowością a kontrowersyjnością, wydawnictwo aktualnie specjalizujące się we wznowieniach przekładów beletrystycznego kanonu współczesności. Publikuje Grossa znanego, zapoznanego, i po tym, jak jego Sąsiedzi zostali wchłonięci w społeczny krwioobieg. Pamiętajmy choćby o ówcześnie urzędującym Prezydencie RP w 2001 roku oficjalnie przepraszającym za zbrodnię w Jedwabnem. Jakkolwiek dla prawej strony tutejszej sceny politycznej był to skandal, upokorzenie Polaków, dowód na to, na czyjej smyczy chadza Kwaśniewski, do kogo się łasi i macha ogonkiem (do dzisiaj wypowiedzi krytyczne i antysemickie są na szczycie listy wyszukiwania frazy Kwaśniewski Jedwabne), i jakkolwiek mnie ten gest wydawał się spóźniony i niewystarczający, dziś należy podkreślać, iż był to rzadki moment, kiedy władze tego kraju zdobyły się na coś godnego szacunku, coś czego jako obywatelka nie muszę się wstydzić. Przez lata, które od tamtych przeprosin minęły, podobnie godne pochwały wydarzenie się nie powtórzyło. W każdym razie to dowód uznania Grossowych racji, mimo warsztatowych wątpliwości, jakie Sąsiedzi budzili. Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści (Znak, Kraków 2008) był już skazany na status bestsellera.

O ostatniej książce zaś z goryczą można rzec, iż „żniwa” to sobie Gross urządził, sięgając po wiele szczegółowych (lecz ze względu na charakterystyczny obieg literatury naukowej niemogących liczyć na dużą popularność) opracowań, na nich, na cudzym wysiłku badawczym opierając swój sukces wydawniczy. Nic wtedy dziwnego, że metodologii tu brak. Jest wzmianka o antropologicznym pojęciu opisu gęstego, ale to chyba jedynie retoryczny sztafaż mający zaimponować odbiorcom niezorientowanym.

Problem, jaki mam ze Złotymi żniwami, to… obojętność. Nie ruszają mnie nienawistność, okrucieństwo, bezduszność, chciwość, bezmyślność czy antysemickie zacietrzewienie, o jakich w książce mowa, ponieważ opisy są z drugiej ręki, rzecz jasna, zamieszczone zgodnie z regułami cytowania. Rzekome „szkalowanie” Polaków przez autora również nie budzi mej pasji polemicznej – o świętym oburzeniu nie wspominając – gdyż nie dość, że jestem bardzo daleka od jakichkolwiek ideowych i retorycznych form gloryfikacji tej grupy (jako ofiar historii czy osobników szczególnie szlachetnych), to jeszcze niemiłe jest mi myślenie o pojęciu „naród” jako definiowalnej, adekwatnej (do czegokolwiek) kategorii poznawczej. Jedyna naprawdę istotna dla mnie rzecz: Gross domaga się przezwyciężenia prymatu liczb i statystyk, pragnie pamięci o każdej skrzywdzonej osobie jako indywiduum, kimś wyjątkowym, kto czuł, przeżywał, cierpiał, kogo udziałem był strach, głód, zimno, kogo raniło lekceważenie, obojętność, kogo pełne prześladowań ostatnie lata życia zakończyła anonimowa śmierć, czyje szczątki były porzucane gdziekolwiek bądź, przeszukiwane… Zaraz zaraz! Tak naprawdę mnie interesuje, wzrusza, bulwersuje to, co miało miejsce przed śmiercią, gdy człowiek – z pełnią szacunku dla nie-ludzkich form życia – jest człowiekiem. To, co się robi z zwłokami, jest istotne tylko dla żywych – ku ich pocieszeniu, satysfakcji, znieczuleniu sumienia, ba, z najbardziej przyziemnego punktu widzenia: dla odsunięcia groźby epidemiologicznej. A jednak to za mało: Gross mnie nie przekonuje na przykład dlatego, że jego wywody nie przewartościowują moich poglądów. Po drugie: nie wierzę, że przewartościowują czyjekolwiek. Ci bowiem, którzy przyznają mu rację, badają, zgłębiają, dopowiadają, edukują, przepraszają już od lat. Osobom nastawionym indyferentnie przychodzi jedynie przełączyć kanał, gdy w telewizji pojawia się ten irytujący temat, gdzieś tam w końcu trafią się utalentowane gwiazdy tańczące na lodzie.

Zetknęłam się również z inną, opublikowaną bardziej „niszowo” (przez Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów) pozycją: Jest taki piękny słoneczny dzień… losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942 – 1945 Barbary Engelking. To już praca oparta na bogatych badaniach własnych, odwołująca się do źródeł historycznych: dokumentów sądowych (archiwa IPN, sprawy głównie z województw warszawskiego, kieleckiego, etc. – słowem, z hitlerowskiej Generalnej Gubernii), zbiorach warszawskiego ŻIH i jerozolimskiego Yad Vashem – by wymienić kilka, plus rzecz jasna literatura przedmiotu.

Autorka chce ukazywać świat wojennego ukrywania się z perspektywy Żydów, i tych, którzy przetrwali, i tych, którzy zginęli. Obficie cytuje relacje jednych ukrywających się o innych, pamiętniki niekiedy odkrywane w gruzach, itp. Każda możliwa do zidentyfikowania osoba otrzymuje godność na kartach tej książki – a „godność” jest przecież staroświeckim synonimem „nazwiska” – tym samym Engelking spełnia najmocniejszy postulat Grossa – w kwestii dopominania się o indywidualizację ofiar więcej już zrobić nie można.

Wszystko opisane jest bardzo systematycznie. Skąd się wzięli szukający pomocy ludzie? Uciekli z miast. Uciekli z gett. Uciekli z transportów. Albo już przed wojną mieszkali na wsiach. Jak się utrzymywali? Znów kilka grup, oczywiście niekoniecznie rozłącznych: spieniężyli przedwojenny majątek; nie spieniężyli, ale stopniowo upłynniali, by opłacić haracze za swe utrzymanie; pracowali nadal w swoich skromnych zawodach (np. krawcy); pracowali gdziekolwiek (np. na roli); byli w pełni zdani na swoich gospodarzy; byli zdani na swój spryt, szczęście i przyrodę. Czemu musieli ukrywać się nawet przed własnymi sąsiadami? Okoliczności wyzwalały najgorsze instynkty. Chłopi wzajemnie sobie zazdrościli – czemu on, a nie ja, się ma bogacić żydowskim złotem? Trzeba na niego donieść. Albo z zięciem sami załatwimy sprawę. (To akurat nie cytat; słowa osób autentycznie zamieszanych w opisywane procedery są po stokroć bardziej drastyczne). Równie dobrze budziły się zadawnione animozje: imperatyw kategoryczny szkodzenia bliźniemu. Kolejny powód: w wioskach niemieckie kontrole nie były częste, ale przed okupantami odpowiadali sołtysi i polska policja. Zaniechanie i niesubordynacja wszelkiego rodzaju dawały powody do karania. Tu uzasadnieniem był strach, owszem. Gross pisał w Złotych żniwach, że Polacy starają się forsować w świecie „usprawiedliwienie”, jakoby w okupowanej Polsce, inaczej niż np. we Francji, za ukrywanie Żydów groziła kara śmierci. Według Grossa to propaganda tuszująca winy. Tymczasem Engelking opowiada o właśnie takim zabijaniu ludzi niosących pomoc, pardon, przyłapanych na niesieniu pomocy. Kończyło się też puszczaniem z dymem gospodarstw. Przy tym potworną rzeczywistością było ochotnicze karanie, np. przez sołtysa albo wioskową grupkę brutalnych osiłków–terrorystów. Autorka mówi, że hitlerowcy byli „na służbie zła”, zaś ci Polacy byli jego „wolontariuszami” (s. 153), szkodzili, dręczyli, zabijali brutalnie, spontanicznie, chaotycznie, chętniej uprawiając „rękodzieło” albo wyszukując improwizowaną broń. Wskazane jest, że w – proszę wybaczyć to określenie – odmętach pamięci narodowej pozostali na powierzchni ci, którym pomagano (s. 17). Tych skrzywdzonych i pokrzywdzonych wyparto. W aktach oskarżeń polskich zbrodniarzy najczęściej bezimienne ofiary określane są jako mężczyźni lub kobiety N. N., ewentualnie dzieci. Oczywiście powojenne losy ocalonych też były dramatyczne, i choć Engelking zatrzymuje się na 1945 roku, cytowane dokumenty sądowe są powojenne. Tedy w przypadku wielu opisywanych procesów Żydzi – świadkowie nie oczekiwali wyroków (albo wyników apelacji): byli już w Izraelu. Ostracyzm czekał ich wybawicieli – wiemy o ludziach, którzy wstydzili się odznaczeń „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”, kryli się z nimi lub je wyrzucali.

W czasach wojny nie mówiono: Polacy i Żydzi, tylko zawsze: chrześcijanie i żydzi. Wydaje mi się, że wprowadzony później przepis ortograficzny „powiększający” wiadomą pierwszą literę jest proizraelski, w sensie politycznym (wskazuje wspólnotę etniczną), nie zaś honoryfikującym (czyli nie podkreśla wyjątkowego szacunku dla wiary religijnej). Przecież nie trzeba wyznawać judaizmu, by być Żydem. Żydem czy Izraelczykiem? Zauważyłam, że w historycznych dokumentach częstym synonimem żyda jest izraelita. W nawiązaniu do konstatacji otwierających dzisiejszego posta, myślę, że to swego rodzaju niegdysiejszy eufemizm, dzisiaj odbierany jako pogardliwy, obok typowo grubiańskich obelg, których przykładów nie będę jednak starała się sobie przypomnieć.

Porzucając dygresję dodam, iż wiadomym jest, że w okupacyjnym antysemickim kontekście z żydowską identyfikacją było dokładnie odwrotnie. Osoby, które z obywateli wieloetnicznego państwa spadły do poziomu podludzi, w większości uważały się za Polaków (s. 154) – nie byli ani syjonistami optującymi za osobnym krajem dla swej wspólnoty krwi i wiary, ani odklejonymi od dowolnej rzeczywistości politycznej i gospodarczej ortodoksami. Celowo piszę w rodzaju męskoosobowym. Z nazistowskiego punktu widzenia Żyd był lepiej rozpoznawalny niż Żydówka. Niezależnie od płci można było mieć wygląd „dobry” bądź „ujemny” – ale to na pierwszy, niekiedy złudny rzut oka. Wydaje się, choć praca Engelking o tym milczy, że we wsiach semicka aparycja nie robiła tak wielkiej różnicy, jak w miastach. W większych skupiskach ludności anonimowość przechodniów, współpasażerów i innych przypadkiem się spotykających osób, sprzyjała ocenie „na oko”. Mieszkańcy wsi znali się nawzajem, wiedzieli, nie musieli szacować i klasyfikować bliźnich na podstawie proporcji części twarzy czy koloru włosów.

U Engelking opisywane są warunki bytowe Żydów: w jakich pomieszczeniach, lub gdzie na polach i w lasach ludzie się chowali, jak dawali sobie radę z głodem, pragnieniem, zimnem, upałem, opadami, dusznością, etc., jak się komunikowali z osobami niemuszącymi się kryć i ze sobą nawzajem. Co dość interesujące, wielkim zagrożeniem była partyzantka: AL, AK, BCh, ktokolwiek. Żydzi często nie rozpoznawali specyfiki poszczególnych ideowych odnóg, zresztą zaiste: co to w ich sytuacji była za różnica?

Na wsiach – wedle relacji dostępnych i przywołanych przez autorkę – nigdy się nie zdarzały brawurowe odbicia podczas transportów. Zresztą główna teza mówi, że to, co się działo, przekracza tradycyjną triadę: kat, ofiara, świadek (np. s. 257). Niemcy rozpisali inne role: ściganej zwierzyny, naganiacza, myśliwego. Żydzi nigdy nie mogli zmienić swego emploi w tym teatrze śmierci, natomiast Polacy bywali i myśliwymi, i naganiaczami, i gapiami. Och, ofiarami też.

Praca Engelking jest socjologiczno-historyczna. Jej mankamentem są aspiracje do wzniesienia się poza tę dziedzinową atrybucję. Mianowicie dla objęcia uroków ludzkiej natury autorka sięga po psychologię. „Na doświadczenie Zagłady można spojrzeć z perspektywy psychologicznej także jako na swoiste laboratorium natury ludzkiej, gdzie ścierają się tkwiące w niej dobro i zło (…). W owym laboratorium rozpoznajemy wyraźnie, że linia oddzielająca dobro od zła jest umowna, a ludzie są nie tyle źli, ile raczej mają dyspozycję do czynienia zarówno zła, jak i dobra” (s. 189). Gdzie indziej przeczytamy: „Zło (…) jest bardziej wyraziste niż dobro, zarówno z punktu widzenia doświadczenia psychologicznego, jak i ze względu na obiektywną szkodę, jaką wyrządza. Doznane dobro nie wymazuje doświadczonego zła (…)” (s. 155, wyróżnienie moje – P.S.). Dalej mowa o tym, jak psychologiczna reguła asymetrii pozytywno–negatywnej uczy nas, że „wpływ przeżyć negatywnych jest silniejszy, niż pozytywnych”, choćby „obiektywnie” plusy i minusy się równoważyły, oraz o tym, dlaczego jest to mechanizm ewolucyjny i efektywny w życiu społecznym (s. 155). W podobnym guście wyjaśniane są takie zjawiska psychiczne jak zawiść i zazdrość (s. 107-108), czy chciwość: „jedna z wielkich namiętności, kierujących ludzkim działaniem” (s. 111).

Drażniący bywa sposób wysławiania się autorki. Co to jest doświadczenie psychologiczne z cytatu przywołanego w poprzednim akapicie? Eksperyment dokonany w ramach dziedziny nauki, która nazywana jest psychologią? Formalnie tak. A może to doznanie w jakiś sposób odciskające się na psychice jednostki? Kontekstowo tak. Innymi słowy, w ferworze kwiecistym autorka przegapiła działanie konwencji każącej mówić o „doświadczeniu psychicznym”, nie psychologicznym.

Podobne wątpliwości budzi we mnie aplikacja licznych innych „uczonych” sformułowań. Engelking pisze – by ograniczyć się do dwóch zaledwie przykładów – o „dedykowanym zabójcom aktom” (s. 227). Cóż za zbędny anglicyzm, by ograniczyć się do wymownego uniesienia brwi. Szczególnie przyciąga uwagę jedno z najchętniej współcześnie nadużywanych określeń, przestrzeń. Słowa: „ukrywanie się w przestrzeni wiejskiej” (s. 101) czy [t]opografia przestrzeni wiejskiej” (s. 85) brzmią niemal karykaturalnie.

Engelking uruchamia mnóstwo tanich, nawet nie religijnych, a dewocyjnych i stereotypowych skojarzeń. Wspomina o wydarzeniach mających strukturę odpowiadającą narracji ewangelii, o gestach ewangelicznych, o Żydzie–tułaczu, o żłóbku, o pustyni… Autorka pisze o tej ostatniej, gdzie ludzie dopraszają się wspomożenia: „Chodzi nie tylko o dosłowny sens – braku pomocy, obijania się o ludzi, ich strach lub niechęć (…). Pustynia ludzka ma także wymiar psychologiczny – jest bezskutecznym poszukiwaniem współczucia oraz nadziei i wiary w drugiego człowieka. W wymiarze topograficznym to doświadczenie włóczęgi, bezdomności, braku schronienia, a w wymiarze duchowym – doznanie najgłębszego cierpienia i egzystencjalnej samotności” (s. 259). Taka narracja nosi znamiona szantażu emocjonalnego, gdyż jako takie odbieram te fragmenty apelujące do chrześcijańskich sumień (należy zarazem zauważyć, iż deprecjonująca deskrypcja tak zwanego doświadczenia pustyni nie jest teologicznie relewantna). I chociaż owe odniesienia czysto religijne powodują tylko kolejny przypływ irytacji z powodu wszechobecności tej retoryki, legitymizującej jedynie słuszny porządek opartego na Biblii świata, to podbudowa treści merytorycznej, która zdecydowanie mówi sama za siebie, nie potrzebuje ciągłych argumentów ad miseriacordiam. Natomiast ktoś, komu i tak brak empatii czy kto jest obojętny wobec akurat tego aspektu czasów Zagłady – i tak przez Jest taki piękny słoneczny dzień nie przebrnie. Jeżeli zaś ktoś ostrzy swe pióro przeciw naukowcom i publicystom dopominającym się pamięci o polskiej odpowiedzialności za udrękę Żydów (czyli współodpowiedzialności za Zagładę), sięgnie raczej po efekciarskiego Grossa i otrzyma wodę na swój młyn. Pozostaje zatem dopominać się o jak najszerszą dystrybucję i recepcję publikacji Barbary Engelking.

Paulina Szkudlarek

Barbara Engelking, Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2011.Wszystkie nieoznaczone cytaty i odwołania pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 10 sierpnia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Jan Tomasz Gross (współpraca Irena Grudzińska–Gross), „Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów”

Sven Lindqvist zastanawiając się w książce Terra nullius nad problemem zadośćuczynienia za wielowiekowe krzywdy i prześladowania wobec Aborygenów, proponuje rozważenie następujących kwestii. Przede wszystkim – jak pokolenia, które nie uczestniczyły w kolaboracji Szwecji z nazistowskimi Niemcami, w Holokauście, czy ci Australijczycy, którzy urodzili się wiele lat po tym, jak wyrugowano Aborygenów z ich terytorium, mogą poczuć jakąkolwiek odpowiedzialność za czyny przodków i krzywdę ich ofiar i ich potomków? Lindqvist wspomina sytuację gdy jako młody człowiek został oskarżony przez Islandczyków jako „Szwed, czyli kolaborant z nazistami” – bronił się mówiąc, że miał tym czasie dziesięć lat: „Nikt mnie nie pytał o zdanie”, jednak islandzka gospodyni podsumowuje to mówiąc „Wystarczająco dużo, żeby podzielić się łupem”. Rozważając później słuszność tego oskarżenia, broni się: „Nie można winić dzieci za błędy rodziców. Każde nowe pokolenie rodzi się bez winy”. Jednak później dochodzi do wniosku, że to nie do końca prawda, przynajmniej nie w tym kontekście. „Dług zaciągnięty przez państwo przechodzi z pokolenia na pokolenie. Podobnie majątek narodowy, wielokrotnie przewyższający zadłużenie. Żeby być bogatym, wystarczyło urodzić się Szwedem. (…) To, że nigdy nie przeżyłem bombardowania, ostrzałów, a nawet nie musiałem spać głodny, zawdzięczałem tchórzliwej polityce ustępstw mojego kraju. Gospodyni miała rację. Brałem udział w podziału łupu. A zatem powinienem ponieść odpowiedzialność” [1]. Autor Terra nullius przypomina sobie, jak w dzieciństwie był uczony na lekcjach religii czym jest skrucha i co się na nią składa – zrozumienie swojej winy, żałowanie złych uczynków i ich konsekwencji, wreszcie – przyrzeczenie poprawy. Jako dorosły człowiek uważa jednak taki chrześcijański proces skruchy za niewystarczający, ponieważ ogranicza się on jedynie do osobistych przemyśleń i jako taki „jest marną pociechą dla pokrzywdzonego. Łatwo zresztą zapomnieć o obietnicy [zadośćuczynienia – przyp. SR], jeżeli nikt o niej nie wie”. I dalej, Lindqvist pisze słowa, które uznaję za znakomite wprowadzenie do omawianej książki Grossów:

„Czy można brać na siebie winę za cudze występki? Występki, których się osobiście nie popełniło, lecz pośrednio odniosło się z nich korzyści? Jak powinny brzmieć kryteria skruchy, by móc je zastosować w przypadku zbiorowej odpowiedzialności za historyczne przewinienia? Może tak:

· Przyznajemy otwarcie, że nasi przodkowie popełnili nieprawości, a my czerpiemy z nich korzyści.
· Prosimy o wybaczenie tych, którzy doznali krzywd, oraz ich potomków.
· Przyrzekamy w miarę możności wynagrodzić pokrzywdzonych za wciąż żywe następstwa popełnionych czynów.

Im większa zbiorowość, tym bardziej rozmywa się osobista odpowiedzialność. Im słabsze indywidualne poczucie winy, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie ona tylko pustym gestem” [2].

Może ktoś zapyta, jaki związek mają rozważania szwedzkiego dziennikarza o stosunku Australijczyków do Aborygenów w kontekście książki Grossów? Przecież taki temat pasuje bardziej do rozważań na temat postkolonialnych zależności i należności, a poza tym, zgodnie z popularnym w pewnych kręgach przekonaniem, bogatą Szwecję „stać” na tolerancję. Jednak moim zdaniem co najmniej jednym wspólnym mianownikiem tych dwóch książek jest porażająca obojętność świadków tragedii i zagłady ludzi.

Przyznam się, że choć Złote żniwa wpadły w moje ręce przez przypadek, przeczytałam je kilkukrotnie i przedyskutowałam. Jeśli mogę powiedzieć, że jest problematyczna czy też wieloznaczna, to dlatego, że jako ćwiczenie ze społecznej, historycznej czy emocjonalnej wrażliwości i poczucia odpowiedzialności w duchu opisywanym przez Lindqvista, lektura Grossów sprawdza się znakomicie, to z kolei jako dziełko określone mianem eseju historycznego jest co najmniej dyskusyjne, ponieważ ładunek emocjonalny jest tak absolutnie przytłaczający, że czytelnik nie śmie niemal zapytać dokładniej o użytą metodologię czy też słuszność niektórych wniosków autorów. Nie ukrywam, że znajduje moje osobiste uznanie fakt, iż prowokująca intelektualnie i moralnie książka to znakomicie wyważony kamień obrazy dla odbiorców hołdujących wizji Polaka – wiecznego bohatera i zarazem wiecznej ofiary. Postaram się wskazać najbardziej interesujące dla mnie fragmenty książki Grossów.

Tytułowa metafora Złote żniwa może być zinterpretowana na różne sposoby. Znajdujemy tu skojarzenie alchemiczne, złowrogie w swojej wymowie. Oto bowiem otrzymujemy opis niezliczonych (nawet jeśli policzalnych) umęczonych ofiar żydowskiego pochodzenia – bo nie zawsze takiej tożsamości i świadomości etnicznej – które w wyniku zbrodniczych działań innych ludzi chyba niemal każdej europejskiej narodowości, zostają zepchnięte w czerń śmierci, bólu, by zmienić się w złoto, materialne, złoto kosztowności, złoto wydarte z ciał, nieważne na jakim etapie uśmiercania.

Z kolei życie jako złoty kłos to metafora na wskroś chrześcijańska, o czym przypomina wykorzystanie symbolu kłosa na szatach liturgicznych katolickich księży. Tutaj nabiera ona bardzo materialnego wydźwięku – jako opłacalny interes i to nie dla tych, stereotypowo utożsamianych z bogactwem i chomikowaniem złota w tej samej piwnicy, w której duszą się maleńkie chrześcijańskie dzieciny, z których potem zrobi się macę. Żniwa śmierci zmieniają złote kłosy w czarną gnijącą materię. Skojarzenia alchemiczne są o tyle złowrogie, ponieważ doskonale ukazują czysto materialny aspekt obłąkańczej ideologii ludobójczej. W moim odczytaniu tytuł tej książki wskazuje na los, życie, przeznaczone i zdefiniowane tylko i wyłącznie przez groźbę okrutnej śmierci.

Grossowie skupiają się głównie na ekonomicznym aspekcie zagłady Żydów podczas drugiej wojny światowej. Pozbawiona skrupułów grabież żydowskiego mienia, jaka miała miejsce jeszcze przed rozpoczęciem tej wojny, jak i podczas niemieckiej okupacji Europy, wzbogaciła nie tylko bezpośrednich sprawców Zagłady, ale również m. in. polskich chłopów. W tym momencie warto przypomnieć sobie dylemat Lindqvista – na ile choćby moje pokolenie (rocznik 1979) powinno poczuwać się do odpowiedzialności za wydarzenia mające miejsce za życia moich babek i dziadków, prababć i pradziadków. W jakim sensie mogę mówić o udziale w „podziale łupu”, majątku, który został odebrany Żydom? Biorąc pod uwagę częściowo chłopskie pochodzenie mojej rodziny, a także niezłą znajomość antysemickich stereotypów wygłaszanych nie tylko przez członków rodziny, ale i mieszkańców rodzinnego miasteczka, moją uwagę przykuły w tym kontekście następujące fragmenty Złotych żniw:

· Raport Romana Knolla (kierownika Komisji Spraw Zagranicznych przy Delegaturze Rządu) z sierpnia 1943 roku, w którym rozważa powrót Żydów do „ich placówek i warsztatów jest zupełne wykluczony, nawet w znacznie zmniejszonej ilości” – ponieważ w strukturze społeczeństwa polskiego ludność nieżydowska zajęła miejsce Żydów – i następnie „powrót Żydów w masie odczuty byłby przez ludność nie jako restytucja, ale jako inwazja, przeciwko której broniłaby się ona nawet drogą fizyczną” [por. s. 176];

· Ocena polityka londyńskiego, Jerzego Brauna, który na polecenie rządu likwidował aparat Delegatury, z lipca 1945 roku: „[...] we wsi i w miasteczkach nie ma dziś miejsca dla Żyda. W ciągu ubiegłych sześciu lat w Polsce wytworzył się (nareszcie!) nieistniejący przedtem polski stan trzeci, przejął całkowicie prowincjonalny handel, pośrednictwo, dostawy, lokalną wytwórczość [...] oraz wszelkie rękodzieło. Ci młodzi synowie chłopscy i dawny proletariat miejski wysługujący się Żydom – stanowią element zawzięty, wytrwały, chciwy, pozbawiony doszczętnie wszelkich skrupułów moralnych w handlu, górujący nad Żydami odwagą, inicjatywą i rzutkością [...]. Te masy z tych terenów nie ustąpią. Nie ma siły, która by je usunęła” [s. 176, 177].

Uderza w tych cytatach między innymi fakt, że choć następcy przedstawicieli ludności pochodzenia żydowskiej – bo przecież najczęściej byli to po prostu zasymilowani Polacy, niekoniecznie przejawiający zainteresowanie ruchem syjonistycznym, o których pochodzeniu nikt nie dał IM zapomnieć ani wybrać – są wprost określani terminami rodem z wszelkich negatywnych stereotypów Żydów – bogaczy, krwiopijców i wyzyskiwaczy. Dzisiejsze opisy bezwzględnych „bojowników korporacyjnych” czy też „liderów drapieżnego kapitalizmu” pasują całkiem nieźle do „polskiego żywiołu”, który po wojnie starał się wzbogacić najprzeróżniejszymi metodami. Wątpliwości co do moralnej oceny tego zastąpienia Żydów przez Polaków w społeczeństwie nie pojawiły się jednak dopiero razem z książkami badaczy Zagłady czy u potencjalnego polskiego czytelnika czy czytelniczki po lekturze szwedzkiego moralisty Lindqvista. Grossowie przypominają co na ten temat pisał Kazimierz Wyka w latach 1939–45 w książce Życie na niby: „Centralnym faktem psychogospodarczym lat okupacji pozostanie niewątpliwie zniknięcie z handlu i pośrednictwa milionowej masy żydowskiej [...i] próba inercyjnego i automatycznego wejścia żywiołu polskiego na miejsce opróżnione przez Żydów. [...] Czy formy, w jakich się ta eliminacja dokonała, i sposób, w jaki społeczeństwo nasze pragnęło i pragnie ją zdyskontować, były i moralne, i rzeczowo do przyjęcia? Otóż, chociażbym tylko za siebie odpowiadał i nie znalazł nikogo, kto by mi zawtórował, będę powtarzał – nie, po stokroć nie. Te formy i nadzieje były haniebne, demoralizujące i niskie. Skrót bowiem gospodarczo – moralnego stanowiska przeciętnego Polaka wobec tragedii Żydów wygląda tak: Niemcy, mordując Żydów, popełnili zbrodnię. My byśmy tego nie zrobili. Za tę zbrodnię Niemcy poniosą karę, Niemcy splamili swoje sumienie, ale my – my już teraz mamy same korzyści i w przyszłości będziemy mieli same korzyści, nie brudząc sumienia, nie plamiąc dłoni krwią” [s. 178].

Zapewne nie tylko Polacy są wyjątkowo odporni na wszelką refleksję nad własną winą i zaangażowaniem narodu w prześladowania i eliminację Żydów, a także rozgrabieniem żydowskiego mienia. Polski mit narodowy, jakoby kraj zamieszkiwali niemal wyłącznie święci, bohaterowie i ofiary, co jest usprawiedliwieniem roszczeniowego stosunku do rzeczywistości, zawsze dzielnie podtrzymywał Kościół katolicki, który nauczając swoich poddanych w wierze o moralności, całkowicie wyrugował z tego pojęcia empatię i współczucie wobec ludzkiego cierpienia, za które Polacy odpowiadali lub odpowiadają nadal. Biorąc pod uwagę zasłyszane nie tylko w domu, ale i w rodzinnym miasteczku antysemickie wierzenia i sądy, doskonale zdaję sobie sprawę, że przez wszystkie powojenne lata zdecydowana większość księży nie splamiła się rozważaniem nad tym, dlaczego antysemityzm był i jest złem, które żyje dzięki kłamstwom i lękom [3]. Ludzie, których znam od lat, głównie z pokolenia babć i dziadków, ale także rodziców, powtarzają znane od wieków potworności na temat Żydów nie tylko dlatego, że nigdy nie postarali się zweryfikować tych sądów – również dlatego, że ich tak zwani duchowi przewodnicy nigdy nie zajęli się wystarczająco światle i konsekwentnie tym bolesnym i drażliwym tematem. Spośród wielu antysemickich zapisków sporządzonych przez Polaków, które bezdyskusyjnie udowodniają religijne źródło ich moralnej, emocjonalnej znieczulicy w obliczu zagłady Żydów, przytoczę jeden, wręcz idealnie reprezentatywny: „a więc Pan Jezus dał Żydom prawie dwa tysiące lat na poprawę, lecz widząc, że dalej trwają w swych zbrodniach, zesłał na nich karę. Tak jak oni przelewali krew Niewinnego, tak teraz ich właśni przyjaciele Niemcy, z którymi tyle nieprawości rozsiali po świecie, teraz ich mordują. A więc sprawiedliwość Boska nierychliwa, ale sprawiedliwa” [s. 12, z przedmowy autorstwa Jana Grabowskiego].

Grossowie poświęcili tematowi stosunku Kościoła katolickiego w Polsce wobec Żydów w czasie drugiej wojny światowej osobny rozdział swojej książki. Z cytowanych dokumentów wynika jasno i przerażająco – Kościół katolicki nie był praktycznie w ogóle zainteresowany losem Polaków żydowskiego pochodzenia. Sami księża byli nadzwyczaj rzadko zaangażowani w jakąkolwiek pomoc Żydom. „Kościelny obrachunek z okresem okupacji wymaga objaśnienia braku reakcji na ludobójstwo, którego dokonywano wówczas na oczach polskiego duchowieństwa. (…) W kilkudziesięciu listach przesłanych przez polskich biskupów do Rzymu, które opublikowano w oficjalnym watykańskim zbiorze dokumentów na temat drugiej wojny światowej (…) nie ma żadnych informacji o zagładzie Żydów” [s. 185, 186]. Dodatkowo przez całą książkę przewijają się świadectwa ukazujące, iż Polacy biorący udział w mordowaniu ludności żydowskiej, nierzadko wykorzystywali scenariusz drogi krzyżowej bądź inne elementy kultu katolickiego podczas bezpośredniej eliminacji swoich ofiar. Religia nie służyła pokrzepianiu ducha podczas grozy wojny, nie pomagała zachować człowieczeństwa. Przytaczane relacje z kaźni żydowskiej wskazują raczej na fakt, że wierzenia katolickie legitymizowały i nadawały pewien porządek zbrodni.

W Złotych żniwach Grossowie bardzo konsekwentnie ukazują, iż uprzedmiotowienie i odczłowieczenie Żydów zarówno przed, jak i podczas drugiej wojny światowej, przyczyniły się do całkowitego braku skrupułów podczas aktywnego udziału w mordowaniu Żydów i kradzieży ich majątku. W artykule Puścić Żyda na zajączka, powstałym jako komentarz czy też dodatek do książki Jana Grabowskiego Judenjagd. Polowanie na Żydów [4], Anna Bikont wskazuje na fakt, że „W czasie wojny chłopi bali się Niemców, bali Żydów, ale głównie bali się siebie nawzajem”. Chciwość i strach przed sąsiadami sprawiała, że chłopi polowali na ukrywających się Żydów nie tylko pod przymusem i z chęci ratowania własnego życia, ale również spontanicznie, niejako „dla siebie”, aby tym więcej zgarnąć ewentualnych kosztowności dla siebie. Rozmówcy Anny Bikont zwracają też uwagę na fakt, że chłopi polscy używali innych określeń na zabijanie Żydów i na strzelanie do Polaków.

Warto tu wspomnieć o znakomitej recenzji Jerzego Jedlickiego książki Barbary Engelking Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945 [5], w której autor pisze: „O nieadekwatności triady Hilberga [rozróżniającej role sprawcy, ofiary i świadka – przyp. SR] pierwsza pisała Elżbieta Janicka w przenikliwej polemice z niektórymi tezami Strachu Jana Tomasza Grossa („Kultura i Społeczeństwo” 2008, nr 2), której notabene autor Złotych żniw postanowił nie zauważyć. Może dlatego, że Janicka sprzeciwia się stanowczo uznawaniu żądzy złota, rabunku czy konkurencyjnej zawiści za główny motyw aktów antyżydowskich przed wojną, podczas wojny czy po wojnie. Były to powody pospolite, towarzyszące, lecz wtórne: „Warunkiem mówienia o tak zwanych ekonomicznych przyczynach antysemityzmu jest bowiem uprzednie wykluczenie Żydów ze wspólnoty – społecznej, narodowej, ludzkiej”. Nawet dzieci świetnie to rozumiały wiedząc, że „żydków” wolno wydrwiwać, nękać, a wreszcie, gdy przyjdzie taka pora, chwytać, sprawdzać, czy są obrzezani, i wydawać na śmierć. Za darmo. „W odniesieniu do tej sytuacji – pisze Janicka – trzecie ogniwo triady Hilbergowskiej nie funkcjonuje. [...] Bystander? Ani stander. Ani by. [...] Bo czy świadek zaangażowany – w przenośni i/lub dosłownie – to jeszcze świadek”? Ani nie jest „świadkiem” ten, kto się poczuł zobowiązany do uratowania przed fatalizmem Zagłady choć jednego skazanego na poniżenie i bezimienną śmierć. Co zaś sprawiało, że tacy ludzie mimo wszystko się znajdowali i mieli siłę stawić czoło swojej społeczności i jej prawom – na to nie umiemy odpowiedzieć”.

Odnoszę wrażenie, że tezę Elżbiety Janickiej Złote żniwa Grossów – chcąc lub nie chcąc – częściowo udowadniają. Dokumenty przytoczone dla podparcia tezy, iż antysemityzm i traktowanie współobywateli żydowskiego pochodzenia jako martwych za życia, udowadniają, niejako pobocznie, że chciwość, zawziętość i obojętność na ludzką krzywdę, wynikającą z głównie z dziedziczonej z pokolenia na pokolenie biedy, polscy chłopi okazywali każdemu bez względu na narodowość czy pochodzenie. Jedyna rzecz, która ich różniła w tym względzie, to łupiąc bezlitośnie Żydów, pozostawali – a nawet pozostają – bezkarni, działali niemalże w majestacie ówczesnego prawa. Podobne stwierdzenia można odnaleźć też w wypowiedziach zebranych przez Annę Bikont w cytowanym wyżej artykule. Miałam wrażenie częściowej niespójności tez Grossów zwłaszcza podczas lektury rozdziału „Próba normalizacji”. Nie do końca spójne z tematyką książki jest podawanie przez Grossa przykładów spoza polskiego kontekstu. Ich wymowa zdaje się sugerować: natura ludzka to walka o przeżycie i zagrabienie tego, co może życie uratować lub polepszyć, i człowiek stara się o to nie przebierając w środkach. Każdy może zwrócić się przeciwko drugiemu, nienawiść do drugiego człowieka jest ponad wszelką antypatię do określonego rodzaju, gatunku czy przynależności etnicznej. Gross podkreśla, że cała aktywność polskich chłopów, aby rozgrabić i zabrać dla siebie jak najwięcej, „wyabstrahowana jest z kontekstu moralnego. To nie są groby, to jest coś w rodzaju pola z ostatkami” [s. 57].

Najsłabszym punktem książki Grossa jest wg mnie fakt, że często wydaje się odchodzić od formy eseju do pewnej formy analizy czy też konkluzji natury historyczno–socjologicznej, do której, moim zdaniem, po prostu nie przedstawia wystarczająco dobrej metodologii. Fragmenty, w których jako hasła przywoływane są nadal dość modne koncepcje antropologiczne (opis gęsty), osłabiają wymowę całej książki i z wymiaru empatycznego przechodzi się w irytację metodologa i krytycznego czytelnika. O ile jako esej propozycja Grossa jest znakomitym odium przeciw polskiemu nadętemu samozadowoleniu z bycia wiecznym bohaterem, ofiarą, romantycznym, szlachetnym i posiadającym słowiańską umiejętność aktywizowania gamy subtelnych emocji, których jest pozbawiony zarówno germański oprawca, jak i zdradziecki Rosjanin na spółkę ze zboczonym Unitą, o tyle jako diagnoza społeczno–historyczna bazuje na zbyt wątłej metodologii i stosunkowo niewielkiej liczbie przykładów, stąd zapewne krytyka wniosków wysuwanych przez Grossa, iż są one nieuprawnionymi uogólnieniami. Moim zdaniem Złote żniwa mogłyby być nawet książką całkowicie zmyśloną – okazały się one bowiem o tyle znakomitym ćwiczeniem dla zwyczajnej ludzkiej wrażliwości na ból, śmierć, zło, cierpienie dla polskiego społeczeństwa, o tyle diagnoza jest straszliwa – ponieważ po raz kolejny okazuje się, że ważniejszy jest patriotyczny PR i dobre samopoczucie wszystkich zainteresowanych. Na Grossa posypały się gromy głównie za szkalowanie Polaków, zabrakło elementarnego poczucia ludzkiej przyzwoitości wobec bezpośrednich i pośrednich świadectw bezgranicznej śmierci, nieskończonego bólu, cierpienia.

Przytoczyłam na początku tej recenzji rozważania Lindqvista (którego książki bardzo polecam), ponieważ jedną z moich konkluzji jest opinia wcale nie oczywista dla wielu osób, a mianowicie, że chrześcijaństwo jako powiedzmy, projekt wychowawczy ludzkiego charakteru i autorytet wzmacniający dobro, na które ludzie potrafią się zdobyć, jest całkowitym fiaskiem. Lindqvist w książce o Aborygenach pokazał, jak możliwa była ich eksterminacja i wywłaszczenie – dzięki uznaniu przez przybywających z Europy Zachodniej przybyszów Australii za Ziemię Niczyją, a Aborygenów za nieme cienie przemykające po kontynencie. Grossowie przedstawiają w Złotych żniwach „niczyj” majątek, „niczyje kosztowności” należące do „nikogo”, czyli Żydów. Natomiast ja zwracam uwagę na „niczyją” odpowiedzialność zbrodni opisaną przez świadków, historyków i dokumentalistów Zagłady – nie tylko Żydów, ale wszelkich mniejszości etnicznych. Przytoczę jeszcze raz słowa Lindqvista: „Im większa zbiorowość, tym bardziej rozmywa się osobista odpowiedzialność. Im słabsze indywidualne poczucie winy, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie ona tylko pustym gestem” [6], ponieważ społeczność Kościoła katolickiego jest olbrzymia, odpowiedzialność, poczucie winy rodzi się i pozostaje najczęściej w tych, którzy do niej nie należą.

W projekcie fotograficznym Macewy codziennego użytku Łukasz Baksik zwraca uwagę na fakt, iż skoro, podążając logiką ukazaną powyżej, Żydzi to „nikt”, po Zagładzie (choć praktyka niszczenia macew znacznie ją poprzedza) ich ciała nie potrzebują do pochówku wyszczególnionej w tym celu ziemi. Odkąd zabrakło wspólnoty, żydowskie cmentarze stają się terenem pamięci o „nikim”, terenem „niczyim”, skąd wszelkie materialne obiekty upamiętniające „drogich zmarłych” mogą być wykorzystane jako budulec nowej codzienności – bez Żydów.

Kiedy fotografie Baksika zaprezentowano na tegorocznym 21. Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie, skorzystałam z okazji, by posłuchać opowieści autora, w jaki sposób powstawała dokumentacja losów żydowskich nagrobków. Łukasz Baksik relacjonował, jak doszło do tego, że przez kilka lat jeździł po Polsce w poszukiwaniu tego, co pozostało po żydowskich cmentarzach po drugiej wojnie światowej. Jak odkrywał zaskakujące wykorzystanie macew z żydowskich cmentarzy jako budulca codziennego użytku, do odnowienia drogi, muru, ścian domu, czy jako koła szlifierskie w warsztatach. Z rozmów z właścicielami fotografowanych obiektów wynikało jasno, że nikt nie pomyślał o użytym materiale jako jakimkolwiek obiekcie mającym znaczenie kulturowe, religijne czy emocjonalne. Ot, leżało „niczyje”, nikomu już nie przydatne, bez zastosowania. Nawet jeśli indagowany człowiek wiedział, że używa w jakimś kontekście codziennym fragmenty macew, nie widział w tym nic niestosownego. Słowa Baksika współbrzmią zgodnie z cytowanymi wyżej tezami Elżbiety Janickiej o wykluczaniu Żydów ze wspólnoty ludzkiej ,narodowej, społecznej: „Wydaje mi się, że to, co stało się z cmentarzami żydowskimi i ich nagrobkami, to efekt procesu wykluczania Żydów poza ramy wspólnoty. Myślę, że (w dużym skrócie) proces ten przebiegał w taki sposób: inni – nie nasi – nie swoi – nie mieszczą się w ramach wspólnoty, albo dokładniej – naszej wspólnoty. Wykluczeniu podlegają również ich zmarli, duchy, cmentarze, nagrobki. To nie nasi zmarli, nie nasze duchy, więc nie będą nas straszyły; to nie nasze cmentarze – tracą zatem swoje tabu, skradzenie z nich nagrobka przestaje być profanacją, a zaczyna być jedynie wykorzystaniem kamienia jako materiału budowlanego”.

Baksik bezpośrednio, osobiście, włączył się w pobudzanie do refleksji napotykanych ludzi, w sprawie macew w ich domach, ogródkach, zadawał proste pytania odwołujące się do wrażliwości w wymiarze, w jakim rozmówcy byli w stanie zrozumieć własną odpowiedzialność w tym zakresie. „Moje zdjęcia mają zachęcić np. nauczycieli, by przygotowali lekcje dotyczące przedwojennej historii żydowskiej w konkretnej miejscowości. Z Towarzystwem Inicjatyw Twórczych „ę”, znanym z projektu Dla tolerancji, jeździmy po Polsce. Staramy się angażować lokalne społeczności. Pokazujemy, co robiono z macew, i zastanawiamy się, co zrobić, gdy się potkniesz o macewę. Bo najlepiej zawieźć ją na cmentarz. Ale nie wszędzie są cmentarze żydowskie, bywa, że są bardzo zaniedbane. Może tworzyć lapidaria? Każdy przypadek jest inny, dla każdej miejscowości tworzymy więc inną Instrukcję powrotu informującą mieszkańców, gdzie odwieźć macewę, kogo poprosić o radę. Opracowujemy je z lokalnymi działaczami, ekspertami z ŻIH-u i innych instytucji” [całość wypowiedzi tu].

To, co chciałabym zaakcentować najmocniej, to słowa autora, kiedy opowiada czym dla niego są jego zdjęcia i cały projekt. Nie powołuje się na instytucje („razem z Centralnym Biurem Pamięci Narodowej”…), nie wspiera się żadnym „autorytetem” („kiedy rozmawiałem z biskupem Głośnobrzmiącym”… ), ani nie odwołuje do jakiejś szerszej zbiorowości ( „uważam, że dla nas, Polaków”). Baksik rozpoczyna od siebie, własnej odpowiedzialności i świadomości: „(…) traktuję je jako misję – chciałbym, żeby wystawa przyczyniła się do rozpoczęcia wielkiej, ogólnopolskiej akcji oddawania macew na cmentarze żydowskie; z drugiej mają dla mnie z pewnością wymiar intymny, bo wszystkie pytania, które zadaję odbiorcom moich fotografii, zadawałem i wciąż zadaję również sobie”.

Sławomira Raczyńska

Jan Tomasz Gross, współpraca Irena Grudzińska–Gross, Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011. Wszystkie nieoznaczone cytaty i odwołania pochodzą z tego wydania.

Zdjęcia wykorzystane za uprzejmą zgodą Autora.

Przypisy:

[1] Sven Lindqvist, Terra nullius. Podróż przez ziemię niczyją, przeł. Irena Kowadło-Przedmojska, W.A.B., Warszawa 2010, s. 14 i 15.
[2] Tamże, s. 22-23.
[3] Przy zaznaczeniu wiedzy o życiu i działalności takich postaci, jak np. Romuald Jakub Weksler-Waszkinel.
[4] Jan Grabowski, JUDENJAGD. Polowanie na Żydów 1942-1945. Studium dziejów pewnego powiatu, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2011.
[5] Barbara Engelking Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2011.
[6] Sven Lindqvist, Terra nullius. Podróż przez ziemię niczyją, dz. cyt., s. 22-23.

Data wpisu: 26 lipca, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Jan Tomasz Gross (współpraca Irena Grudzińska–Gross), „Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów”

Sven Lindqvist zastanawiając się w książce Terra nullius nad problemem zadośćuczynienia za wielowiekowe krzywdy i prześladowania wobec Aborygenów, proponuje rozważenie następujących kwestii. Przede wszystkim – jak pokolenia, które nie uczestniczyły w kolaboracji Szwecji z nazistowskimi Niemcami, w Holokauście, czy ci Australijczycy, którzy urodzili się wiele lat po tym, jak wyrugowano Aborygenów z ich terytorium, mogą poczuć jakąkolwiek odpowiedzialność za czyny przodków i krzywdę ich ofiar i ich potomków? Lindqvist wspomina sytuację gdy jako młody człowiek został oskarżony przez Islandczyków jako „Szwed, czyli kolaborant z nazistami” – bronił się mówiąc, że miał tym czasie dziesięć lat: „Nikt mnie nie pytał o zdanie”, jednak islandzka gospodyni podsumowuje to mówiąc „Wystarczająco dużo, żeby podzielić się łupem”. Rozważając później słuszność tego oskarżenia, broni się: „Nie można winić dzieci za błędy rodziców. Każde nowe pokolenie rodzi się bez winy”. Jednak później dochodzi do wniosku, że to nie do końca prawda, przynajmniej nie w tym kontekście. „Dług zaciągnięty przez państwo przechodzi z pokolenia na pokolenie. Podobnie majątek narodowy, wielokrotnie przewyższający zadłużenie. Żeby być bogatym, wystarczyło urodzić się Szwedem. (…) To, że nigdy nie przeżyłem bombardowania, ostrzałów, a nawet nie musiałem spać głodny, zawdzięczałem tchórzliwej polityce ustępstw mojego kraju. Gospodyni miała rację. Brałem udział w podziału łupu. A zatem powinienem ponieść odpowiedzialność” [1]. Autor Terra nullius przypomina sobie, jak w dzieciństwie był uczony na lekcjach religii czym jest skrucha i co się na nią składa – zrozumienie swojej winy, żałowanie złych uczynków i ich konsekwencji, wreszcie – przyrzeczenie poprawy. Jako dorosły człowiek uważa jednak taki chrześcijański proces skruchy za niewystarczający, ponieważ ogranicza się on jedynie do osobistych przemyśleń i jako taki „jest marną pociechą dla pokrzywdzonego. Łatwo zresztą zapomnieć o obietnicy [zadośćuczynienia – przyp. SR], jeżeli nikt o niej nie wie”. I dalej, Lindqvist pisze słowa, które uznaję za znakomite wprowadzenie do omawianej książki Grossów:

„Czy można brać na siebie winę za cudze występki? Występki, których się osobiście nie popełniło, lecz pośrednio odniosło się z nich korzyści? Jak powinny brzmieć kryteria skruchy, by móc je zastosować w przypadku zbiorowej odpowiedzialności za historyczne przewinienia? Może tak:

· Przyznajemy otwarcie, że nasi przodkowie popełnili nieprawości, a my czerpiemy z nich korzyści.
· Prosimy o wybaczenie tych, którzy doznali krzywd, oraz ich potomków.
· Przyrzekamy w miarę możności wynagrodzić pokrzywdzonych za wciąż żywe następstwa popełnionych czynów.

Im większa zbiorowość, tym bardziej rozmywa się osobista odpowiedzialność. Im słabsze indywidualne poczucie winy, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie ona tylko pustym gestem” [2].

Może ktoś zapyta, jaki związek mają rozważania szwedzkiego dziennikarza o stosunku Australijczyków do Aborygenów w kontekście książki Grossów? Przecież taki temat pasuje bardziej do rozważań na temat postkolonialnych zależności i należności, a poza tym, zgodnie z popularnym w pewnych kręgach przekonaniem, bogatą Szwecję „stać” na tolerancję. Jednak moim zdaniem co najmniej jednym wspólnym mianownikiem tych dwóch książek jest porażająca obojętność świadków tragedii i zagłady ludzi.

Przyznam się, że choć Złote żniwa wpadły w moje ręce przez przypadek, przeczytałam je kilkukrotnie i przedyskutowałam. Jeśli mogę powiedzieć, że jest problematyczna czy też wieloznaczna, to dlatego, że jako ćwiczenie ze społecznej, historycznej czy emocjonalnej wrażliwości i poczucia odpowiedzialności w duchu opisywanym przez Lindqvista, lektura Grossów sprawdza się znakomicie, to z kolei jako dziełko określone mianem eseju historycznego jest co najmniej dyskusyjne, ponieważ ładunek emocjonalny jest tak absolutnie przytłaczający, że czytelnik nie śmie niemal zapytać dokładniej o użytą metodologię czy też słuszność niektórych wniosków autorów. Nie ukrywam, że znajduje moje osobiste uznanie fakt, iż prowokująca intelektualnie i moralnie książka to znakomicie wyważony kamień obrazy dla odbiorców hołdujących wizji Polaka – wiecznego bohatera i zarazem wiecznej ofiary. Postaram się wskazać najbardziej interesujące dla mnie fragmenty książki Grossów.

Tytułowa metafora Złote żniwa może być zinterpretowana na różne sposoby. Znajdujemy tu skojarzenie alchemiczne, złowrogie w swojej wymowie. Oto bowiem otrzymujemy opis niezliczonych (nawet jeśli policzalnych) umęczonych ofiar żydowskiego pochodzenia – bo nie zawsze takiej tożsamości i świadomości etnicznej – które w wyniku zbrodniczych działań innych ludzi chyba niemal każdej europejskiej narodowości, zostają zepchnięte w czerń śmierci, bólu, by zmienić się w złoto, materialne, złoto kosztowności, złoto wydarte z ciał, nieważne na jakim etapie uśmiercania.

Z kolei życie jako złoty kłos to metafora na wskroś chrześcijańska, o czym przypomina wykorzystanie symbolu kłosa na szatach liturgicznych katolickich księży. Tutaj nabiera ona bardzo materialnego wydźwięku – jako opłacalny interes i to nie dla tych, stereotypowo utożsamianych z bogactwem i chomikowaniem złota w tej samej piwnicy, w której duszą się maleńkie chrześcijańskie dzieciny, z których potem zrobi się macę. Żniwa śmierci zmieniają złote kłosy w czarną gnijącą materię. Skojarzenia alchemiczne są o tyle złowrogie, ponieważ doskonale ukazują czysto materialny aspekt obłąkańczej ideologii ludobójczej. W moim odczytaniu tytuł tej książki wskazuje na los, życie, przeznaczone i zdefiniowane tylko i wyłącznie przez groźbę okrutnej śmierci.

Grossowie skupiają się głównie na ekonomicznym aspekcie zagłady Żydów podczas drugiej wojny światowej. Pozbawiona skrupułów grabież żydowskiego mienia, jaka miała miejsce jeszcze przed rozpoczęciem tej wojny, jak i podczas niemieckiej okupacji Europy, wzbogaciła nie tylko bezpośrednich sprawców Zagłady, ale również m. in. polskich chłopów. W tym momencie warto przypomnieć sobie dylemat Lindqvista – na ile choćby moje pokolenie (rocznik 1979) powinno poczuwać się do odpowiedzialności za wydarzenia mające miejsce za życia moich babek i dziadków, prababć i pradziadków. W jakim sensie mogę mówić o udziale w „podziale łupu”, majątku, który został odebrany Żydom? Biorąc pod uwagę częściowo chłopskie pochodzenie mojej rodziny, a także niezłą znajomość antysemickich stereotypów wygłaszanych nie tylko przez członków rodziny, ale i mieszkańców rodzinnego miasteczka, moją uwagę przykuły w tym kontekście następujące fragmenty Złotych żniw:

· Raport Romana Knolla (kierownika Komisji Spraw Zagranicznych przy Delegaturze Rządu) z sierpnia 1943 roku, w którym rozważa powrót Żydów do „ich placówek i warsztatów jest zupełne wykluczony, nawet w znacznie zmniejszonej ilości” – ponieważ w strukturze społeczeństwa polskiego ludność nieżydowska zajęła miejsce Żydów – i następnie „powrót Żydów w masie odczuty byłby przez ludność nie jako restytucja, ale jako inwazja, przeciwko której broniłaby się ona nawet drogą fizyczną” [por. s. 176];

· Ocena polityka londyńskiego, Jerzego Brauna, który na polecenie rządu likwidował aparat Delegatury, z lipca 1945 roku: „[...] we wsi i w miasteczkach nie ma dziś miejsca dla Żyda. W ciągu ubiegłych sześciu lat w Polsce wytworzył się (nareszcie!) nieistniejący przedtem polski stan trzeci, przejął całkowicie prowincjonalny handel, pośrednictwo, dostawy, lokalną wytwórczość [...] oraz wszelkie rękodzieło. Ci młodzi synowie chłopscy i dawny proletariat miejski wysługujący się Żydom – stanowią element zawzięty, wytrwały, chciwy, pozbawiony doszczętnie wszelkich skrupułów moralnych w handlu, górujący nad Żydami odwagą, inicjatywą i rzutkością [...]. Te masy z tych terenów nie ustąpią. Nie ma siły, która by je usunęła” [s. 176, 177].

Uderza w tych cytatach między innymi fakt, że choć następcy przedstawicieli ludności pochodzenia żydowskiej – bo przecież najczęściej byli to po prostu zasymilowani Polacy, niekoniecznie przejawiający zainteresowanie ruchem syjonistycznym, o których pochodzeniu nikt nie dał IM zapomnieć ani wybrać – są wprost określani terminami rodem z wszelkich negatywnych stereotypów Żydów – bogaczy, krwiopijców i wyzyskiwaczy. Dzisiejsze opisy bezwzględnych „bojowników korporacyjnych” czy też „liderów drapieżnego kapitalizmu” pasują całkiem nieźle do „polskiego żywiołu”, który po wojnie starał się wzbogacić najprzeróżniejszymi metodami. Wątpliwości co do moralnej oceny tego zastąpienia Żydów przez Polaków w społeczeństwie nie pojawiły się jednak dopiero razem z książkami badaczy Zagłady czy u potencjalnego polskiego czytelnika czy czytelniczki po lekturze szwedzkiego moralisty Lindqvista. Grossowie przypominają co na ten temat pisał Kazimierz Wyka w latach 1939–45 w książce Życie na niby: „Centralnym faktem psychogospodarczym lat okupacji pozostanie niewątpliwie zniknięcie z handlu i pośrednictwa milionowej masy żydowskiej [...i] próba inercyjnego i automatycznego wejścia żywiołu polskiego na miejsce opróżnione przez Żydów. [...] Czy formy, w jakich się ta eliminacja dokonała, i sposób, w jaki społeczeństwo nasze pragnęło i pragnie ją zdyskontować, były i moralne, i rzeczowo do przyjęcia? Otóż, chociażbym tylko za siebie odpowiadał i nie znalazł nikogo, kto by mi zawtórował, będę powtarzał – nie, po stokroć nie. Te formy i nadzieje były haniebne, demoralizujące i niskie. Skrót bowiem gospodarczo – moralnego stanowiska przeciętnego Polaka wobec tragedii Żydów wygląda tak: Niemcy, mordując Żydów, popełnili zbrodnię. My byśmy tego nie zrobili. Za tę zbrodnię Niemcy poniosą karę, Niemcy splamili swoje sumienie, ale my – my już teraz mamy same korzyści i w przyszłości będziemy mieli same korzyści, nie brudząc sumienia, nie plamiąc dłoni krwią” [s. 178].

Zapewne nie tylko Polacy są wyjątkowo odporni na wszelką refleksję nad własną winą i zaangażowaniem narodu w prześladowania i eliminację Żydów, a także rozgrabieniem żydowskiego mienia. Polski mit narodowy, jakoby kraj zamieszkiwali niemal wyłącznie święci, bohaterowie i ofiary, co jest usprawiedliwieniem roszczeniowego stosunku do rzeczywistości, zawsze dzielnie podtrzymywał Kościół katolicki, który nauczając swoich poddanych w wierze o moralności, całkowicie wyrugował z tego pojęcia empatię i współczucie wobec ludzkiego cierpienia, za które Polacy odpowiadali lub odpowiadają nadal. Biorąc pod uwagę zasłyszane nie tylko w domu, ale i w rodzinnym miasteczku antysemickie wierzenia i sądy, doskonale zdaję sobie sprawę, że przez wszystkie powojenne lata zdecydowana większość księży nie splamiła się rozważaniem nad tym, dlaczego antysemityzm był i jest złem, które żyje dzięki kłamstwom i lękom [3]. Ludzie, których znam od lat, głównie z pokolenia babć i dziadków, ale także rodziców, powtarzają znane od wieków potworności na temat Żydów nie tylko dlatego, że nigdy nie postarali się zweryfikować tych sądów – również dlatego, że ich tak zwani duchowi przewodnicy nigdy nie zajęli się wystarczająco światle i konsekwentnie tym bolesnym i drażliwym tematem. Spośród wielu antysemickich zapisków sporządzonych przez Polaków, które bezdyskusyjnie udowodniają religijne źródło ich moralnej, emocjonalnej znieczulicy w obliczu zagłady Żydów, przytoczę jeden, wręcz idealnie reprezentatywny: „a więc Pan Jezus dał Żydom prawie dwa tysiące lat na poprawę, lecz widząc, że dalej trwają w swych zbrodniach, zesłał na nich karę. Tak jak oni przelewali krew Niewinnego, tak teraz ich właśni przyjaciele Niemcy, z którymi tyle nieprawości rozsiali po świecie, teraz ich mordują. A więc sprawiedliwość Boska nierychliwa, ale sprawiedliwa” [s. 12, z przedmowy autorstwa Jana Grabowskiego].

Grossowie poświęcili tematowi stosunku Kościoła katolickiego w Polsce wobec Żydów w czasie drugiej wojny światowej osobny rozdział swojej książki. Z cytowanych dokumentów wynika jasno i przerażająco – Kościół katolicki nie był praktycznie w ogóle zainteresowany losem Polaków żydowskiego pochodzenia. Sami księża byli nadzwyczaj rzadko zaangażowani w jakąkolwiek pomoc Żydom. „Kościelny obrachunek z okresem okupacji wymaga objaśnienia braku reakcji na ludobójstwo, którego dokonywano wówczas na oczach polskiego duchowieństwa. (…) W kilkudziesięciu listach przesłanych przez polskich biskupów do Rzymu, które opublikowano w oficjalnym watykańskim zbiorze dokumentów na temat drugiej wojny światowej (…) nie ma żadnych informacji o zagładzie Żydów” [s. 185, 186]. Dodatkowo przez całą książkę przewijają się świadectwa ukazujące, iż Polacy biorący udział w mordowaniu ludności żydowskiej, nierzadko wykorzystywali scenariusz drogi krzyżowej bądź inne elementy kultu katolickiego podczas bezpośredniej eliminacji swoich ofiar. Religia nie służyła pokrzepianiu ducha podczas grozy wojny, nie pomagała zachować człowieczeństwa. Przytaczane relacje z kaźni żydowskiej wskazują raczej na fakt, że wierzenia katolickie legitymizowały i nadawały pewien porządek zbrodni.

W Złotych żniwach Grossowie bardzo konsekwentnie ukazują, iż uprzedmiotowienie i odczłowieczenie Żydów zarówno przed, jak i podczas drugiej wojny światowej, przyczyniły się do całkowitego braku skrupułów podczas aktywnego udziału w mordowaniu Żydów i kradzieży ich majątku. W artykule Puścić Żyda na zajączka, powstałym jako komentarz czy też dodatek do książki Jana Grabowskiego Judenjagd. Polowanie na Żydów [4], Anna Bikont wskazuje na fakt, że „W czasie wojny chłopi bali się Niemców, bali Żydów, ale głównie bali się siebie nawzajem”. Chciwość i strach przed sąsiadami sprawiała, że chłopi polowali na ukrywających się Żydów nie tylko pod przymusem i z chęci ratowania własnego życia, ale również spontanicznie, niejako „dla siebie”, aby tym więcej zgarnąć ewentualnych kosztowności dla siebie. Rozmówcy Anny Bikont zwracają też uwagę na fakt, że chłopi polscy używali innych określeń na zabijanie Żydów i na strzelanie do Polaków.

Warto tu wspomnieć o znakomitej recenzji Jerzego Jedlickiego książki Barbary Engelking Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945 [5], w której autor pisze: „O nieadekwatności triady Hilberga [rozróżniającej role sprawcy, ofiary i świadka – przyp. SR] pierwsza pisała Elżbieta Janicka w przenikliwej polemice z niektórymi tezami Strachu Jana Tomasza Grossa („Kultura i Społeczeństwo” 2008, nr 2), której notabene autor Złotych żniw postanowił nie zauważyć. Może dlatego, że Janicka sprzeciwia się stanowczo uznawaniu żądzy złota, rabunku czy konkurencyjnej zawiści za główny motyw aktów antyżydowskich przed wojną, podczas wojny czy po wojnie. Były to powody pospolite, towarzyszące, lecz wtórne: „Warunkiem mówienia o tak zwanych ekonomicznych przyczynach antysemityzmu jest bowiem uprzednie wykluczenie Żydów ze wspólnoty – społecznej, narodowej, ludzkiej”. Nawet dzieci świetnie to rozumiały wiedząc, że „żydków” wolno wydrwiwać, nękać, a wreszcie, gdy przyjdzie taka pora, chwytać, sprawdzać, czy są obrzezani, i wydawać na śmierć. Za darmo. „W odniesieniu do tej sytuacji – pisze Janicka – trzecie ogniwo triady Hilbergowskiej nie funkcjonuje. [...] Bystander? Ani stander. Ani by. [...] Bo czy świadek zaangażowany – w przenośni i/lub dosłownie – to jeszcze świadek”? Ani nie jest „świadkiem” ten, kto się poczuł zobowiązany do uratowania przed fatalizmem Zagłady choć jednego skazanego na poniżenie i bezimienną śmierć. Co zaś sprawiało, że tacy ludzie mimo wszystko się znajdowali i mieli siłę stawić czoło swojej społeczności i jej prawom – na to nie umiemy odpowiedzieć”.

Odnoszę wrażenie, że tezę Elżbiety Janickiej Złote żniwa Grossów – chcąc lub nie chcąc – częściowo udowadniają. Dokumenty przytoczone dla podparcia tezy, iż antysemityzm i traktowanie współobywateli żydowskiego pochodzenia jako martwych za życia, udowadniają, niejako pobocznie, że chciwość, zawziętość i obojętność na ludzką krzywdę, wynikającą z głównie z dziedziczonej z pokolenia na pokolenie biedy, polscy chłopi okazywali każdemu bez względu na narodowość czy pochodzenie. Jedyna rzecz, która ich różniła w tym względzie, to łupiąc bezlitośnie Żydów, pozostawali – a nawet pozostają – bezkarni, działali niemalże w majestacie ówczesnego prawa. Podobne stwierdzenia można odnaleźć też w wypowiedziach zebranych przez Annę Bikont w cytowanym wyżej artykule. Miałam wrażenie częściowej niespójności tez Grossów zwłaszcza podczas lektury rozdziału „Próba normalizacji”. Nie do końca spójne z tematyką książki jest podawanie przez Grossa przykładów spoza polskiego kontekstu. Ich wymowa zdaje się sugerować: natura ludzka to walka o przeżycie i zagrabienie tego, co może życie uratować lub polepszyć, i człowiek stara się o to nie przebierając w środkach. Każdy może zwrócić się przeciwko drugiemu, nienawiść do drugiego człowieka jest ponad wszelką antypatię do określonego rodzaju, gatunku czy przynależności etnicznej. Gross podkreśla, że cała aktywność polskich chłopów, aby rozgrabić i zabrać dla siebie jak najwięcej, „wyabstrahowana jest z kontekstu moralnego. To nie są groby, to jest coś w rodzaju pola z ostatkami” [s. 57].

Najsłabszym punktem książki Grossa jest wg mnie fakt, że często wydaje się odchodzić od formy eseju do pewnej formy analizy czy też konkluzji natury historyczno–socjologicznej, do której, moim zdaniem, po prostu nie przedstawia wystarczająco dobrej metodologii. Fragmenty, w których jako hasła przywoływane są nadal dość modne koncepcje antropologiczne (opis gęsty), osłabiają wymowę całej książki i z wymiaru empatycznego przechodzi się w irytację metodologa i krytycznego czytelnika. O ile jako esej propozycja Grossa jest znakomitym odium przeciw polskiemu nadętemu samozadowoleniu z bycia wiecznym bohaterem, ofiarą, romantycznym, szlachetnym i posiadającym słowiańską umiejętność aktywizowania gamy subtelnych emocji, których jest pozbawiony zarówno germański oprawca, jak i zdradziecki Rosjanin na spółkę ze zboczonym Unitą, o tyle jako diagnoza społeczno–historyczna bazuje na zbyt wątłej metodologii i stosunkowo niewielkiej liczbie przykładów, stąd zapewne krytyka wniosków wysuwanych przez Grossa, iż są one nieuprawnionymi uogólnieniami. Moim zdaniem Złote żniwa mogłyby być nawet książką całkowicie zmyśloną – okazały się one bowiem o tyle znakomitym ćwiczeniem dla zwyczajnej ludzkiej wrażliwości na ból, śmierć, zło, cierpienie dla polskiego społeczeństwa, o tyle diagnoza jest straszliwa – ponieważ po raz kolejny okazuje się, że ważniejszy jest patriotyczny PR i dobre samopoczucie wszystkich zainteresowanych. Na Grossa posypały się gromy głównie za szkalowanie Polaków, zabrakło elementarnego poczucia ludzkiej przyzwoitości wobec bezpośrednich i pośrednich świadectw bezgranicznej śmierci, nieskończonego bólu, cierpienia.

Przytoczyłam na początku tej recenzji rozważania Lindqvista (którego książki bardzo polecam), ponieważ jedną z moich konkluzji jest opinia wcale nie oczywista dla wielu osób, a mianowicie, że chrześcijaństwo jako powiedzmy, projekt wychowawczy ludzkiego charakteru i autorytet wzmacniający dobro, na które ludzie potrafią się zdobyć, jest całkowitym fiaskiem. Lindqvist w książce o Aborygenach pokazał, jak możliwa była ich eksterminacja i wywłaszczenie – dzięki uznaniu przez przybywających z Europy Zachodniej przybyszów Australii za Ziemię Niczyją, a Aborygenów za nieme cienie przemykające po kontynencie. Grossowie przedstawiają w Złotych żniwach „niczyj” majątek, „niczyje kosztowności” należące do „nikogo”, czyli Żydów. Natomiast ja zwracam uwagę na „niczyją” odpowiedzialność zbrodni opisaną przez świadków, historyków i dokumentalistów Zagłady – nie tylko Żydów, ale wszelkich mniejszości etnicznych. Przytoczę jeszcze raz słowa Lindqvista: „Im większa zbiorowość, tym bardziej rozmywa się osobista odpowiedzialność. Im słabsze indywidualne poczucie winy, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie ona tylko pustym gestem” [6], ponieważ społeczność Kościoła katolickiego jest olbrzymia, odpowiedzialność, poczucie winy rodzi się i pozostaje najczęściej w tych, którzy do niej nie należą.

W projekcie fotograficznym Macewy codziennego użytku Łukasz Baksik zwraca uwagę na fakt, iż skoro, podążając logiką ukazaną powyżej, Żydzi to „nikt”, po Zagładzie (choć praktyka niszczenia macew znacznie ją poprzedza) ich ciała nie potrzebują do pochówku wyszczególnionej w tym celu ziemi. Odkąd zabrakło wspólnoty, żydowskie cmentarze stają się terenem pamięci o „nikim”, terenem „niczyim”, skąd wszelkie materialne obiekty upamiętniające „drogich zmarłych” mogą być wykorzystane jako budulec nowej codzienności – bez Żydów.

Kiedy fotografie Baksika zaprezentowano na tegorocznym 21. Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie, skorzystałam z okazji, by posłuchać opowieści autora, w jaki sposób powstawała dokumentacja losów żydowskich nagrobków. Łukasz Baksik relacjonował, jak doszło do tego, że przez kilka lat jeździł po Polsce w poszukiwaniu tego, co pozostało po żydowskich cmentarzach po drugiej wojnie światowej. Jak odkrywał zaskakujące wykorzystanie macew z żydowskich cmentarzy jako budulca codziennego użytku, do odnowienia drogi, muru, ścian domu, czy jako koła szlifierskie w warsztatach. Z rozmów z właścicielami fotografowanych obiektów wynikało jasno, że nikt nie pomyślał o użytym materiale jako jakimkolwiek obiekcie mającym znaczenie kulturowe, religijne czy emocjonalne. Ot, leżało „niczyje”, nikomu już nie przydatne, bez zastosowania. Nawet jeśli indagowany człowiek wiedział, że używa w jakimś kontekście codziennym fragmenty macew, nie widział w tym nic niestosownego. Słowa Baksika współbrzmią zgodnie z cytowanymi wyżej tezami Elżbiety Janickiej o wykluczaniu Żydów ze wspólnoty ludzkiej ,narodowej, społecznej: „Wydaje mi się, że to, co stało się z cmentarzami żydowskimi i ich nagrobkami, to efekt procesu wykluczania Żydów poza ramy wspólnoty. Myślę, że (w dużym skrócie) proces ten przebiegał w taki sposób: inni – nie nasi – nie swoi – nie mieszczą się w ramach wspólnoty, albo dokładniej – naszej wspólnoty. Wykluczeniu podlegają również ich zmarli, duchy, cmentarze, nagrobki. To nie nasi zmarli, nie nasze duchy, więc nie będą nas straszyły; to nie nasze cmentarze – tracą zatem swoje tabu, skradzenie z nich nagrobka przestaje być profanacją, a zaczyna być jedynie wykorzystaniem kamienia jako materiału budowlanego”.

Baksik bezpośrednio, osobiście, włączył się w pobudzanie do refleksji napotykanych ludzi, w sprawie macew w ich domach, ogródkach, zadawał proste pytania odwołujące się do wrażliwości w wymiarze, w jakim rozmówcy byli w stanie zrozumieć własną odpowiedzialność w tym zakresie. „Moje zdjęcia mają zachęcić np. nauczycieli, by przygotowali lekcje dotyczące przedwojennej historii żydowskiej w konkretnej miejscowości. Z Towarzystwem Inicjatyw Twórczych „ę”, znanym z projektu Dla tolerancji, jeździmy po Polsce. Staramy się angażować lokalne społeczności. Pokazujemy, co robiono z macew, i zastanawiamy się, co zrobić, gdy się potkniesz o macewę. Bo najlepiej zawieźć ją na cmentarz. Ale nie wszędzie są cmentarze żydowskie, bywa, że są bardzo zaniedbane. Może tworzyć lapidaria? Każdy przypadek jest inny, dla każdej miejscowości tworzymy więc inną Instrukcję powrotu informującą mieszkańców, gdzie odwieźć macewę, kogo poprosić o radę. Opracowujemy je z lokalnymi działaczami, ekspertami z ŻIH-u i innych instytucji” [całość wypowiedzi tu].

To, co chciałabym zaakcentować najmocniej, to słowa autora, kiedy opowiada czym dla niego są jego zdjęcia i cały projekt. Nie powołuje się na instytucje („razem z Centralnym Biurem Pamięci Narodowej”…), nie wspiera się żadnym „autorytetem” („kiedy rozmawiałem z biskupem Głośnobrzmiącym”… ), ani nie odwołuje do jakiejś szerszej zbiorowości ( „uważam, że dla nas, Polaków”). Baksik rozpoczyna od siebie, własnej odpowiedzialności i świadomości: „(…) traktuję je jako misję – chciałbym, żeby wystawa przyczyniła się do rozpoczęcia wielkiej, ogólnopolskiej akcji oddawania macew na cmentarze żydowskie; z drugiej mają dla mnie z pewnością wymiar intymny, bo wszystkie pytania, które zadaję odbiorcom moich fotografii, zadawałem i wciąż zadaję również sobie”.

Sławomira Raczyńska

Jan Tomasz Gross, współpraca Irena Grudzińska–Gross, Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011. Wszystkie nieoznaczone cytaty i odwołania pochodzą z tego wydania.

Zdjęcia wykorzystane za uprzejmą zgodą Autora.

Przypisy:

[1] Sven Lindqvist, Terra nullius. Podróż przez ziemię niczyją, przeł. Irena Kowadło-Przedmojska, W.A.B., Warszawa 2010, s. 14 i 15.
[2] Tamże, s. 22-23.
[3] Przy zaznaczeniu wiedzy o życiu i działalności takich postaci, jak np. Romuald Jakub Weksler-Waszkinel.
[4] Jan Grabowski, JUDENJAGD. Polowanie na Żydów 1942-1945. Studium dziejów pewnego powiatu, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2011.
[5] Barbara Engelking Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2011.
[6] Sven Lindqvist, Terra nullius. Podróż przez ziemię niczyją, dz. cyt., s. 22-23.

Data wpisu: 26 lipca, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe