Archiwum dla kategorii: ‘etyka’

David Gilmore, „Mizoginia, czyli męska choroba”

Jeśli pamiętamy o tym, z jakim opóźnieniem pojawiają się w Polsce przekłady prac poświęconych feminizmowi czy innym aktywistycznym i akademickim strategiom emancypacyjno-wolnościowym (nie wspominając o coraz dłuższej liście ważnych pozycji, które nie ukazały się w ogóle, i na które – dzięki szerokim możliwościom dostępu do oryginalnych wydań – grona zainteresowanych osób przestały już czekać), może zaskoczyć, że pochodząca z 2001 roku Mizoginia, czyli męska choroba amerykańskiego antropologa Davida Gilmore’a wydana była po polsku już w roku 2003. Czym autor sobie na to zasłużył?

Może to korzystne wizerunkowo i ideowo, gdy mężczyzna publikuje sążnisty i wyposażony w kilkadziesiąt stron przypisów i informacji bibliograficznych sprzeciw wobec mizoginii: pozbawiony uprzedzeń, otwarty, niewykluczone, że feminista. Z drugiej strony autor przyznaje, że „nie mówi tu niczego nowego; część […] wykorzystanych danych antropologicznych to starocie”, a temat „dobrze znamy z historii, literatury, sztuki i antropologii” (s. 9). Deklaruje jednak, że chce uzupełnić brak opracowań komparatystycznych. Oho, typowa arogancja: przez tyle dziesięcioleci żadna – siłą rzeczy zainteresowana zagadnieniem – kobieta nie była zdolna do przyjęcia wystarczająco szerokiej perspektywy, i najwidoczniej potrzeba tu męskiej zdolności do abstrahowania, analizowania, syntezowania oraz interpretacji. Zdolności do opanowania chaosu. Mimo takiego – nie da się ukryć – uprzedzenia podjęłam lekturę, by wkrótce przekonać się, iż gdy przyszło co do czego, to od Gilmore’a otrzymujemy zabytek myśli, nieuporządkowanie i wojownicze komentarze bynajmniej niestawiające autora w korzystnym świetle ani jako naukowca, ani jako człowieka o konkretnym światopoglądzie.

Autor również popełnia idiotyczne drobne błędy, jednak przede wszystkim książka jest zła koncepcyjnie. Jak podpowiada tytuł, Gilmore uważa mizoginię za chorobliwy powszechnik kulturowy. Choć niektórzy indywidualni mężczyźni są od niej wolni, nie ma formacji kulturowej bez uprzedzeń wobec kobiet, nienawiści do kobiet bądź strachu przed kobietami – w różnych skalach, zakresach i wariantach. Gilmore chce omówić mizoginię antropologicznie, psychologicznie, literacko (literaturoznawczo?), zahaczyć też o świat ginefilii, przesadnej aprecjacji kobiecości. Co mu się udaje? Niewiele. Powtarza się, jest nieuporządkowany i ma luki kompetencyjne.

Przede wszystkim trzeba zdefiniować problem: mizoginia jest irracjonalnie negatywnym stosunkiem mężczyzn do kobiet, uprzedzeniem mającym zauważalny wyraz w stosunkach społecznych. Kobietom zło przypisywano na dwa sposoby: czynią je mimowolnie, bądź są diaboliczne w sposób celowy. Gilmore utrzymuje, że mizoginia nie ma adekwatnego odpowiednika „po drugiej stronie” – mizoandrię postrzega jako zjawisko zbyt rozproszone i słabe, byłaby zatem ona ekwiwalentem jedynie słownym, nie zaś faktycznym. Autor zdaje się nie rozumieć, że w mizoginii chodzi o stosunek dominujących do podporządkowanych. Może ksenofobia jest uprzedzeniem „wzajemnym”, dwustronnym, jednak np. antysemityzm czy homofobia nie mają „do pary” zjawisk z przeciwnie skierowanym wektorem. W jednym z miejsc, w których Gilmore „poszukuje” analogii dla mizoginii (s. 38), mówi o takich przejawach tej ostatniej, jak strach przed zakażeniem ze strony kobiety, np. skażonym mlekiem, trującymi wyziewami z waginy, itp.

Z feministycznego (i nie tylko) punktu widzenia można odpowiedzieć, że to sperma niesie większe zagrożenie nie tylko w sensie epidemiologicznym (choroby roznoszone drogą płciową), lecz i w bardziej radykalnym ujęciu: w sensie ciąży. „Ciąża to nie choroba”, a jednak są analogie, np. mobilizacja wszystkich sił organizmu (szczególnie w pierwszym trymestrze kobieta czuje się źle, gdyż jej układ immunologiczny uczy się, że ma w sobie obcego, którego jednak nie należy nie atakować).

Wiele postaw mizoginicznych zostało wygenerowane zjawiskiem menstruacji. Gilmore dowodząc powszechności obrzydzenia, jakie krwawienie miesięczne budziło i budzi, podaje, iż dla współczesnych uczniów w USA menstruacja jest odbierana jako coś wstrętnego. Znakomity dowód! Ciekawe, czy ankietowani uczniowie z USA uznaliby wymiotowanie czy defekację za urocze i fajniusie… Bardzo nie lubię takiego „argumentowania”, ponieważ jest jak reflektor punktowy wydobywający z mroku tylko to, co autorowi do koncepcji pasuje. Odwołuje się np. do ostrej mizoginii późnoantycznej i wczesnośredniowiecznej teologii chrześcijańskiej. Nazywa Tertuliana czy Waltera Mapa (by wymienić kogoś i wcześniejszego, i późniejszego) „najwyraźniej niezrównoważonymi myślicielami” (s. 126), skoro tak dobitnie określali kobiety grzesznymi deprawatorkami i gorąco opowiadali się za antyprorekreacyjnym (a raczej apokreacyjnym) celibatem. Daleko mi do obrony teologii chrześcijańskiej, jednak Gilmore widzi w takich opiniach prolog do „wyniszczenia demograficznego”, a w dalszej konsekwencji, do „ostatecznego zaniku gatunku”. Dodaje doprawdy dowcipną uwagę, że w myśl takich teorii wytępienie także i mężczyzn nie byłoby wysokim kosztem (powszechnego wstrzymywania się od bram piekieł, którym na imię kobieta – dopowiedzenie parafrazujące opis z s. 125).

Gilmore nie rozumie lub celowo przemilcza kontekst religijny (dążenie do bezgrzeszności, zbawienia) i właśnie demograficzny (to były czasy podejść kompletnie inaczej patrzących na przyrost lub ubytek ludności; myślenie o wzroście demograficznym jako źródle przewagi militarnej i ekonomicznej jest charakterystyczne dla ideologii nowożytnych państw narodowych, zaś sama koncepcja populacji pochodzi – jak czytamy w Historii seksualności Foucaulta – z połowy XVIII w.). O religioznawczych kompetencjach autora najdobitniej świadczy pomylenie buddyzmu z shintō (s. 286).

Zanim zacznę czepiać się antropologii, dziedziny, w której Gilmore jest formalnie wyspecjalizowany, wskażę jeszcze rozmaite irytujące drobiazgi, kompromitujące książkę.

Autor zdaje się specyficznie rozumieć potoczne słowo współczesność. Zabytki andaluzyjskiego folkloru uważa za przekonania „dochodzące do głosu we współczesnej Hiszpanii” (s. 194). Czasoprzestrzeń osobliwie się dla niego zakrzywia. Kres epoki wiktoriańskiej wyznacza on na rok 1950 (s. 282), zresztą w innym miejscu powołując do istnienia niesłychany byt, Europę wiktoriańską (s. 238). Anglocentryczny skrót myślowy (gdyż wolę myśleć, że to skrót) w sformułowaniu mającym, jak rozumiem, odwoływać się do szczególnego czasu prymatu purytańskiego mieszczaństwa czy rozwoju opartego na eksploatacji kolonii, czasu dającego podglebie freudyzmowi, jest o tyle rażący, że w opracowaniu, na które w tym miejscu Gilmore się zdaje, mowa o fin-de-siècle’u: wiek kończył się nie tylko w Wielkiej Brytanii, francuskie określenie jest więc szersze i bardziej uprawnione w opisie „stanu” Europy. Do samego freudyzmu jeszcze wrócę, tymczasem tu dodam, że wg autora Brahms (zm. 1897) i Freud (zm. 1937) to rówieśnicy, „ludzie tej samej epoki”. Ja skłonna byłabym twierdzić, że „pomiędzy” nimi świat się przewrócił do góry nogami…

Freudyzm jest przez Gilmore’a brany za dobrą monetę, akceptowany jako ujęcie psychologiczne. Stąd określone wnioski, np. „Wszyscy mężczyźni przechodzą przez fazę edypalną (jeśli Freud ma rację)”, warunek pojawia się w nawiasie, i sformułowany jest w czasie teraźniejszy Wszyscy przechodzą, niektórym tego konfliktu „nie udaje się zażegnać” (s. 299). Przez to, uważa autor, cała heteroseksualna część (większość) ludzkości ma „znaczne nieświadome skażenie edypalne”. Moment! Co z tymi, którzy przejdą fazę edypalną (wszyscy to wszyscy), a potem zostają, okazują się gejami? Będą mizoginami niezależnie od „zażegnania”? Czy dokładnie odwrotnie?

Dla Gilmore’a mizoginia jest obsesją, paranoją, fobią, „wraz z przemieszczeniami somatycznymi i lękami” (s. 192). Strach przed kobiecością paraliżuje pod względem etycznym, daje wrażenia samozatraty. Jest to „oderwany od rzeczywistości lęk”, który motywuje antykobiece reakcje. Co w tym osobliwego? Autor kompletnie nie uwzględnia możliwej złej woli mizoginów, np. wyrachowania polityków.

Myli też rozmaite zjawiska, i nie zauważa ich wariantów. Np. unikanie stosunków seksualnych jest dla niego tym samym, co uchylanie się od prokreacji (s. 128), tymczasem to pierwsze jest tylko jednym, i to nie najpopularniejszym, sposobem na to drugie (inne sposoby to wszelka antykoncepcja, aborcja oraz dzieciobójstwo – choć tu prokreacja zaistniała jako taka, przekreśla się konieczność wieloletniej pracy wychowawczej, o sferze finansowej nie wspomnę). Skoro o tym mowa, we fragmentach poświęconych proporcji płci w danej populacji (s. 233), Gilmore utrzymuje, że przewaga liczebna dorosłych kobiet nad dorosłymi mężczyznami wzmaga w społeczności mizoginię, i vice versa, „niedostatek kobiet” to zarazem kobiet poważanie. Trudno się z tym zgodzić w obliczu strasznych danych o dziewczynkobójstwie praktykowanym nawet we współczesności (często mającym formę „późnej” aborcji płodów żeńskich – wiadomo, że nim badanie USG pozwoli na identyfikację płci, ciąża robi się zaawansowana).

Gilmore chce robić wrażenie, że zajął się całym światem i pełną historyczną osią czasu. Tymczasem – cóż, nie mogłam tego nie zauważyć – nie znajduje ani jednego zdania o Słowianach… Gdzieś tam po przecinku wymienia Jugosławię (w książce z de facto XXI w. – a wtedy kończył się proces rozpadu Jugosławii), gdzieś tam wyrokuje, że w Europie Wschodniej dominuje nacjonalizm (s. 242). O Skandynawii z kolei wie to, co mu się kojarzy z nordycką wzniosłością (wrażenie o której najwyraźniej wyrobił sobie na podstawie dzieł Ryszarda Wagnera i jemu podobnych); o współcześnie realizowanej w Europie północnej polityce prorodzinnej ani się nie zająknie.

O polityce mówiąc, Gilmore daje wyraz brakowi wyobraźni. Za niejakim Tinderem opisuje „konserwatyzm patriarchalny” jako coś innego od nienawistnej, obsesyjnej mizoginii. Ów „konserwatyzm patriarchalny” polega na uznaniu, że kobiety i mężczyźni „ogromnie się różnią (…) chociaż żadna z płci nie jest lepsza” (s. 203). Zaraz zaraz, coś tu nie gra, ale czytajmy dalej. Patriarchalnie konserwatywni feminiści „przyjmują nawet, że kobiety i mężczyzn należy w świetle prawa traktować inaczej” (takoż s. 203). Wydawało mi się, że to pogląd feminizmu różnicy. A osobiście uważam, że oczywiście, trzeba traktować inaczej (np. niezmuszanie do wysiłku fizycznego kobiet w ciąży, parytety wyborcze, kwestie zatrudnienia po porodzie – tak, te dwie ostatnie rzeczy powinny być rozwiązane czasowo, póki nie nastąpi „dobrowolna” regulacja np. w zakresie urlopów macierzyńskich i ojcowskich), przy czym nie musi to mieć ani formy „trzy razy K”, ani patrzenia na mężczyzn jak na jaskiniowców – przydałoby się minimum genderowej wrażliwości i zrozumienia tego, że nie dla wszystkich podmiotów prawa dobre jest to samo.

Spójrzmy na inne nieuprawnione określenia i konstatacje… Za pracą Garber (o której tłumacz niekiedy pisze w rodzaju męskim) Gilmore podaje, że w praktykach transwestytyzmu „przebieranka męsko–damska występuje o wiele częściej, niż jej odmiana damsko–męska” (s. 263). Ciekawam, jak to policzono, niemniej uważam, że raczej panowie przebierający się z różnych (nietransseksualnych) powodów w ubrania kobiece są lepiej widoczni i bardziej karnawałowi. Kulturową dobrowolną „autodegradacją” dają dowód odwagi – że facet musi mieć jaja, by sobie pozwalać na małe choćby przejście na stronę gorszej płci – najbardziej znany jest chyba casus Piotra Pacewicza w sukience na warszawskiej paradzie równości (oberwało mu się od sporej części środowisk LGBT w Polsce), ale nie tylko. Tymczasem kobieta w stroju męskim częściej się podszywała, kryła, np. ze względu na prawo, ale mając na celu swobodę podróży, itp. Nierejestrowalne i niepoliczalne są przypadki „successful passing”. Inny osobliwy pomysł: Karen Horney (1885–1952) nazwana jest… protofeministką (s. 210): Gilmore pomylił się z tym określeniem o sto lat.

Zajrzyjmy do partii poświęconych teoriom psychologicznym. Bioneurologia dowiodła, że rozwijający się organizm ludzki wpierw jest żeński, potem działanie hormonów może wpłynąć na kształtowanie się męskiej anatomii. Pojawiły się w związku z tym koncepcje, że mizoginia to rodzaj genetycznego strachu przed totalną regresją (s. 225). Oczywiście opowiadając się za tym pomysłem Gilmore strzela sobie w stopę, ponieważ generalnie dąży do udowodnienia uniwersalności uprzedzeń i lęków antykobiecych. Nie byłby to wszak pomysł wyjaśniający mizoginię w epokach poprzedzających odkrycia dotyczącego chromosomów! Ale… czy ta bioneurowiedza jest dziś powszechnie znana? Nie sądzę. Zatem może autorowi chodzi o to, że niezależnie od tego, co potrafimy jako lepiej lub gorzej wykształcone osoby powiedzieć o ontogenezie, atawistyczne obawy działają? Oj, to już science–fiction!

Gilmore to – przypomnijmy – antropolog. Współczesna antropologia ma dla siebie trzy drogi:
- skupienia się wyłącznie na swej metodologii, metateorii;
- niegdysiejszego zamorskiego Innego zastąpienia Innym w nas lub Innym w naszym „domu”;
- popadania w anachroniczne entoopisy, dowodzące tego, co jest przedmiotem dociekań. Tu sytuuje się Gilmore!

Niemal od początku (np. s. 34) przyjmuje implicytnie zdyskwalifikowane w jego dyscyplinie eurocentryczne założenie: lokalne, wyspiarskie, plemienne formacje kulturowe, do pewnego czasu funkcjonujące niezależnie od Zachodu (w którym działa się Historia i zachodził Postęp), były niezmienne w czasie, tkwiły w neolicie czy „epoce kamienia” (s. 61)… Oczywiście z powodu braku porównywalnego z okcydentalnym dziejopisarstwa – czy zauważalnej dla kolonizatorów ekspansji. Gilmore daje wyraz kompromitującej arogancji i szowinizmowi kulturowemu, gdy pisze choćby o „plemionach odkrytych w latach trzydziestych i czterdziestych” (s. 232). Odkrycie! Nalot arogantów z notatnikami! Nie ma mowy o spotkaniu; relacja jest z definicji niesymetryczna. Gilmore’owi to podejście nie wadzi. Podsumowuje generalnymi kwantyfikatorami „prawdziwy charakter” rozmaitych grup etnicznych, np. „łagodni Tahitańczycy” (s.71), Semaiom „nieznana jest złość” (s.70), !Kung San to „łagodny lud” (s.69); nepalscy Yurokowie to „łagodni ludzie”, którzy „nie wojują i gremialnie kultywują życie bez przemocy” (s. 235) …a jednak są mizoginami.

Autor upiera się, by penetrować abstrakcyjne odmęty historii kultury (abstrakcyjne o tyle, że były i są w wielkiej mierze efektem naukowych fikcji, perpetuum mobile potwierdzającym wszystko, co pasuje do paradygmatu oraz tezy). Nie interesuje go ani trochę np. wpływ mediatyzacji na zmiany stosunków genderowych. Ponadto wyodrębnia dwa obszary dla mizoginii:

1) czysto fizyczny, cielesny (np. upiera się przy istotności strachu przed krwią menstruacyjną – choćby s. 187 – ignorując abiektalność wszelkich wydzielin… brzydzimy się rozmaitych „niehigieniczności”: potu, moczu, kału, plwocin, tego, co traci integralności z naszym ciałem. Ostatecznie nordyckim koszmarem był statek z paznokci, a włosów, które komuś wypadły, można użyć sporządzając laleczkę voo doo) oraz

2) intelektualno–etyczną mizoginię obecną głównie w religiach. W owym drugim polu nie znajduje miejsca dla nowożytnej nauki ochoczo podchwytującej myśl wrogą kobietom i znajdującej niewątpliwe dowody na wyższość mężczyzn. Wspomniałam o teorii bazującej na specyfice ontogenezy, wedle której to teorii mężczyzna boi się, że grozi mu cofnięcie się do płodowego stanu kobiecości. Gilmore nie wie lub nie uznaje za ważne dwóch rzeczy. Po pierwsze, przez długie wieki uważano, że gdy rodziła się dziewczyna, była „niedokończonym” chłopcem, osobą o nieukończonym rozwoju. Wyższe i lepsze jest bowiem to, co dalej wyewoluowało, odeszło dalej od natury ku cywilizacji. Drugie przekonanie z przeszłości: kobieta to odwrotność mężczyzny. Te organy, które ona na ma zewnątrz, ona ma we wnętrzu. Gorliwie dokumentowano przypadki, gdy przy wielkim wysiłku, np. w biegu, dziewczynce wypadały ze środka męskie genitalia, i oto od tej pory to był chłopiec. Gilmore z upodobaniem przytacza przypadki, kiedy kobiety straszą mężczyzn (lub im grożą) pokazując waginy (s. 62). Autor przemilcza obnażanie przynoszące dla odmiany dobro (jak np. podczas uwieńczonych powodzeniem starań, by wywabić z jaskini Amaterasu, shintoistyczną boginię słońca, która się ukryła, znieważona przez lekkomyślnego brata–rozrabiakę).

Gilmore odwołuje się do męskich praktyk „oszczędzania się” (s. 54–55): utrata spermy podczas stosunków miała być niezwykle osłabiająca. Nie można jednak tego rozważać jako przejaw mizoginii, albowiem w historii (i współczesnym nauczaniu Kościoła kat.) za grzech lub innego rodzaju zło uważano utratę spermy na drodze samozaspokojenia. Tym razem nitka prowadząca od elementu poprzedniej uwagi do kolejnej każe zwrócić znów uwagę na religię. Gilmore pisze o nagonce na kobiety uchylające się od wypełnienia boskiego nakazu prokreacji (np. poprzez antykoncepcję) i pomstowaniu, że przez odrzucenie macierzyństwa ludzkość skazana jest na wyginięcie. „Identyczny strach przed wyginięciem z powodu nihilizmu kobiet zauważa się obecnie w Stanach Zjednoczonych u fanatycznych przeciwników aborcji” (s. 200). Odwrotnie – fanatycy nazywają siebie obrońcami życia (poczętego), argumentem jest tu przykazanie piąte. Przecież gdy nastanie koniec ludzkości, nastąpi też paruzja. Wg zacytowanej tu wypowiedzi, jestem nihilistką. Nie ma w tym zdaniu sugestii, że naśladuje retorykę tych radykalnych grup (np. zabijających ginekologów przeprowadzających aborcje). Odwrotnie: Gilmore za jednym zamachem obraża „fanatyków” i „nihilistki” niematki.

Opisując arogancję antropologa nie wspomniałam o jeszcze jednym „kwiatku”: sformułowaniu „nieskażone przez cywilizację rytuały” (dot. to Gahuka–Gama, s. 249). Metoda Gilmore’a ujawnia się też w deklaracji poprzedzającej deskrypcję pewnego kultu typowego dla wspomnianej grupy etnicznej: „W niniejszym opisie posłużę się czasem teraźniejszym, mimo, że te rytuały już zanikły” (s. 249). Dlaczego zatem teraźniejszym? – pytanie retoryczne. W celu perswazyjnym, to jasne.

Gilmore poświęca sporą część książki na rozważania nad praktykami performatywnie gloryfikującymi kobiece atrybuty i możliwości. Proponuje nazywać to ginefilią: „to typ męskie nerwicy: jej źródłem (…) są nierozwiązane konflikty; ma objawy zarówno cielesne, jak i duchowe, a towarzyszą jej powtarzalne rytuały i pomysłowa tradycja ludowa” (s. 248)… zupełnie jak w przypadku mizoginii. Oba te bieguny są niedobre, źle świadczą o mężczyznach. Etnograficznymi przykładami ginefilii jest np. naśladownictwo ciąży, porodu, i połogu, oraz menstruacji. To ostatnie – przez różne sposoby uważanego za oczyszczające upuszczanie krwi. Gilmore pisze o Melanezyjczykach, którzy „pomimo swoich lęków przed skażeniem »stają się« – w trakcie osobliwego rytuału naśladowania tego biologicznego zdarzenia, które wywołuje lęk (…) – miesiączkującymi kobietami” (s. 249). Ciekawe, co powiedzieliby chrześcijanie z Ziemi, gdyby kosmici–antropolodzy zinterpretowali transsubstancjację podczas katolickiej mszy jako naśladownictwo czegoś obrzydliwego!

Gilmore uważa, że wyjątkowo niewiele do jego rozważań wzniosłyby teorie marksowskie czy historyczno–materialistyczne. Nie wyjaśniają one (mimo zauważenia stosunków wyższości/niższości w społeczeństwach) obecności w mizoginii pierwiastków magicznych czy pojęć nieczystości, skażenia, zarazy (s. 244). Marksiści, ironizuje Gilmore, nie mogą utrzymywać, że istnieje coś takiego, jak „histeryczne oskarżanie biednych o magiczne zarażanie bogatych” (s. 244) albo że „robotnicy (…) mają straszliwe narządy płciowe” (s. 245). Ależ owszem! Przede wszystkim nie chodzi tu o taką drobiazgowość, a o problem dehumanizacji „innego”, „niższego”, podrzędnego. Poza tym istniała stara antyrobotnicza, antysocjalistyczna retoryka strasząca ciałem robotnika jako potwornym.

Gdy Gilmore opowiada o specyfice zabiegów upuszczania krwi, widzi w tym wyłącznie „neolityczną”, nieskażoną cywilizacją formę rytualną, i pomija milczeniem wieki historii zachodniej medycyny, obowiązywania koncepcji czterech humorów (upuszczanie krwi sangwinikowi jako sposób zyskania równowagi humoralnej).

W całej książce Gilmore nie wskazuje na „pakiet”, w którym prawdziwy mężczyzna definiuje się jako ten, który nie jest

1) dzieckiem,
2) kobietą,
3) homoseksualistą.

Przestarzałe? Adekwatne do koncepcji książki! Nie chodzi mi o detale, które się istotnie pojawiają (np. ortodoksyjny Żyd w modlitwie dziękuje Bogu, że nie stworzył go kobietą), ale o zespół przekazów umacniających męską dominację społeczną i definiujących jasno jednostki podrzędne… Gdy więc Gilmore pisze o „tradycyjnych wyobrażeniach o tym, co »męskie« oraz »hegemonistycznej« męskości”, i dodaje: „cokolwiek by to mogło znaczyć” (s. 235), tępe ostrze jego wątpliwej ironii chybi, albowiem w najprostszym sensie (tj. w obrębie danej grupy czy formacji kulturowej) hegemoniczna (SIC!) męskość znaczy właśnie to trojakie odcięcie. Oczywiście można poszerzyć spojrzenie na sferę międzykulturową, ale w tym miejscu nie jest to już nasz problem.

Koniec końców choć Gilmore chciałby być awangardą męskości, której udało się pokonać mizoginię (czy też wyleczyć z niej), okazuje się tylko anachronicznym malkontentem, bo nie ma już utopii, o jakiej antropolodzy jego pokroju marzyli. A w ogóle to starsi powinni pouczać i uczulać młodych, a kobiety jednoczyć się z mężczyznami, po czym następuje ostatnie zdanie: „I tą dwuznaczną uwagą kończymy” (s. 310) – doprawdy, jak u wujaszka lubującego się w marnych żenujących żarcikach z podtekstem erotycznym, i o chamskiej wymowie. Mam antyesencjonalistyczne przekonania, a w niniejszym omówieniu moje komentarze mają ostry, wojowniczy charakter feministyczny. Jednak tutaj zachodzi przypadek szczególnego rodzaju upupienia. Autor wie lepiej. Żadna feministyczna analiza pojęcia mizoginii nie była tak dalekosiężna, jak jego projekt, w apodyktycznym tomie łączący elementy etnologii i psychologii, w przeterminowanych ujęciach ich obu. Mnóstwo u Gilmore’a słów o społeczeństwach i społecznościach, jednak ani odrobiny socjologicznej rozwagi. Rozdziały i podrozdziały wedle jego intencji poświęcone odrębnym obszarom badawczym, mieszają się, przykłady z innych rejestrów – innych, niż sugeruje nagłówek lub śródtytuł – wyskakują w przeróżnych miejscach, całość jest bardziej chaotyczna, niż moje opisy! Kompletną porażką jest partia niby poświęcona literaturze. To kilka nazwisk „bardzo” historycznych, dość soczyste cytaty, wielkie pytanie, czy Szekspir był mizoginem (swoja drogą w całej książce używana jest forma „mizoginista”, sama w sobie niebłędna, jednak będąca ewidentną kalką z angielskiego, gdzie odnośne słowo kończy się na „– ist”), oraz bezradne podsumowanie: nie sposób dociec, czy narracja prozatorska, poetycka bądź dramaturgiczna odzwierciedla osobisty pogląd autora, czy stanowi element kreacji postaci. To dylemat na poziomie gimnazjalnym.

Uderzające i zasmucające jest pominięcie oczywistości: w całej kwestii chodzi o stosunki międzyludzkie w sytuacjach, kiedy dzieje się krzywda, kiedy się rani, dręczy fizycznie lub psychicznie, kiedy się odbiera życiowe szanse. Soczewka Gilmore’a była zogniskowana na czymś innym: koniecznie (jak deklaruje we wstępie) chciał udowodnić, ze mylą się feministki i marksiści upatrujący mizoginicznych postaw w specyfice systemu kapitalistycznego. Stąd, wedle autora, cały ten (przerdzewiały) etnograficzny arsenał: przeciw „upolitycznieniu” (s. 9). Takie konstatacje dowodzą, że Gilmore jest na bakier ze współczesnością jako taką, oraz z obecnym kształtem badań kulturowych i metodologii antropologii. Książka była anachroniczna (i marna, nieprzekonująca, wybiórcza, rojąca się od błędów) chyba w momencie jej złożenia. Skąd pęd, by to od razu przekładać na polski? Przemyt konserwatyzmu pod płaszczykiem otwartości? Retoryka jak w polskiej polityce: padam do nóżek pięknym i niewinnie krzywdzonym paniom, ale te lewackie feministki to należy wystrzelać. Metaforycznie? Z akademickiej spluwy.

Parę cierpkich słów należy się też redakcji z Wydawnictwa Literackiego. Tłumaczem Mizoginii był Janusz Margański, doświadczony na polu naukowym: ma na koncie przekłady Prousta, Ricoeura, Baudrillarda, Derridy, Lévinasa… a by nie wymieniać tylko Francuzów, dorzućmy Rorty’ego i Žižka. W przekładzie Gilmore’a nieprawdopodobnie rażą jednak niestaranność i błędy interpunkcyjne. Obowiązkiem translatora jest odnieść się do wydań już przetłumaczonych, Margański robi to tylko sporadycznie, jakby nie zauważył, że po polsku jest dostępna, np. Ortner… lecz także Malinowski!

- s. 58, 128 i in.: „krytyk feministka” zamiast – krytyczka feministyczna;
- s.143: dalecy ojciec czy bracia – jak w opisie pokrewieństwa można zaliczać ojców lub braci do dalekiej rodziny?
- „mikwah” zamiast – mykwa
- s. 176: imię Greta przełożone za Gilmore’m jako Meg (zamiast po polsku, powiedzmy – Gośka);
- s. 104: źle tłumacząc Margański pisze, że Walkiria to I część tetralogii Wagnera, podczas gdy jest drugą, a autorowi chodziło o pierwszy akt Walkirii, której „numeru” w tetralogii nie podał (pierwsze jest Złoto Renu)
– s. 148: pewni mężczyźni „siekali żony”. Siekli, panie tłumaczu, Sieka się cebulę, ludzi się siecze, choć lepiej tego unikać;
- s. 206 i in.: cytaty z Gelber ujęte są tak, że przy braku jej imienia tłumacz pisze o autorce w rodzaju męskim (choć wiemy np. z bibliografii, że to kobieta).

Poza tym czytanie bardzo zakłóca fakt, iż przypisy końcowe wykonane są systemem harwardzkim, przez co odnoszą do bibliografii. Czy o tym zakłóceniu w ogóle warto się przekonywać? Nie. Gilmore to lektura nie tylko nieobowiązkowa, ale też szkodliwa.

Paulina Szkludlarek

David D. Gilmore, Mizoginia, czyli męska choroba, przeł. Janusz Margański, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003. Wszystkie cytaty i odniesienia pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 16 kwietnia, 2012 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Mario Vargas Llosa, „Marzenie Celta”

Marzenie Celta to pierwsza książka Llosy opublikowana po tym, jak pisarz został uhonorowany nagrodą Nobla (2010). Prace nad powieścią zakończył jednak jeszcze przed ogłoszeniem decyzji sztokholmskiej komisji.

Kanwą fabuły jest życiorys Rogera Casementa, który był działaczem na rzecz walki z kolonializmem (w Kongo oraz w Peru, z którego pochodzi Llosa, obecnie obywatel Hiszpanii), zaangażował się też bardzo głęboko w ruch irlandzkiego wyzwolenia narodowego. Casement był postacią tak niesamowitą, że gdyby nie pewność, że on istniał i działał naprawdę, kreację powieściową można byłoby uznać wręcz za niewiarygodną. Chciałabym zaznaczyć, że w niniejszym omówieniu interesuje mnie bohater literacki, nie zaś prawda historyczna (przypomnę tylko, że „prawdziwy” Casement jest „odkryty” dla naszej pamięci w znakomitych Pierścieniach Saturna Sebalda). Llosa zresztą w wywiadach przyznawał, że tą ostatnią inspirował się dość luźno – choć przeczy temu imponująca lista podziękowań dla osób i instytucji wspomagających pisarza informacjami źródłowymi, potrzebnymi mu do pracy.

Urodzony w 1864 roku Casement był Irlandczykiem ze zanglicyzowanej rodziny, wychowany został przez wujostwo. Jak dziewiętnastolatek wyprawił się do Afryki, osiadł w Kongu. Kraj był własnością (!) belgijskiego króla Leopolda II, a Casement pracował w dyplomacji. Kongo było bezwzględnie eksploatowane jako producent kauczuku, a władze kolonialne charakteryzowały się niebywałym okrucieństwem: mieszkańcy pełnili rolę zwierząt roboczych. Notabene to właśnie Casement pokazał Josephowi Conradowi Kongo jako jądro ciemności.

Spędził w Kongu niemal 20 lat. Po powrocie do Londynu rozpoczął bardzo szeroką kampanię uświadamiającą, sporządzał raporty dla rządu, angażował się w dobroczynność. Jednocześnie odkrył swoje korzenie etniczne, zainteresował się historią Irlandii, językiem gaelickim. Uznał, że Irlandia jest również ofiarą angielskiego kolonializmu, wynarodowienia, i że należy się jej niepodległa państwowość.

Życiorys Casementa nie jest zapomniany, więc nie zdradzę sekretu zaburzając chronologię: powieść napisana jest z perspektywy kresu życia bohatera. Siedzi on w celi śmierci. Rozumiemy, że przyczyną skazania była proirlandzka i antyangielska działalność, lecz jej szczegóły zostaną odkryte stopniowo.

Jest szansa na ułaskawienie Casementa, w imię – prawdopodobnie – dawniejszych zasług dla dyplomacji (wszak za kampanię na rzecz zmian w Kongu otrzymał brytyjskie szlachectwo, choć z powodów ideologicznych nie przybył na królewską ceremonię jego nadania). Szansa jednak szybko znika. Podczas spotkania z pomocnikiem swego adwokata (to dla Casementa ważny znak: sam adwokat nie pofatygował się na widzenie) okazuje się, że na światło dzienne wyszły pamiętniki skazańca. Wszyscy ludzie, którym na Rogerze zależy, są przekonani, że to fejk, ale fejk mający bardzo silny wpływ na opinię publiczną, a zarazem na tok sprawy. O owych dziennikach napiszę jeszcze nieco później.

Parę lat po powrocie z Afryki Casement podjął pracę konsula brytyjskiego w Amazonii. Posługuję się nazwą terenu, gdyż w owych czasach w Ameryce Południowej było marnie z instytucjami państwowymi; o teren będący przedmiotem trosk Casementa starała się zawalczyć Kolumbia, zaś wpływ administracyjny Limy (albowiem te ziemie formalnie należały do Peru) był żaden. Realnie rządził tam pewien brytyjski potentat w produkcji kauczuku. Dodam, że zdaniem Casementa amazoński kauczuk cuchnął bardziej, niż kongijski. I tam właśnie – bynajmniej nie z powodu swądu – nasz dyplomata Korony uwikłał się w beznadziejną walkę z potężnym biznesem.

Poruszył wiele sumień, swą pracowitością, skrupulatnością (wszak musiał formułować zarzuty pewne, niepodważalne, niemożliwe do zdyskredytowania przez obrońców status quo), osobistym zaangażowaniem, i niezłomnością zasłużył na miejsce w historii. Prywatnie był niemal ascetą. Jedynie nałogowo palił, poza tym był wstrzemięźliwy, nieprzekupny, niełasy na luksusy. Wysoki, chudy brodacz o bardzo marnym zdrowiu (zresztą żył w potęgujących jego dolegliwości warunkach). Miał jeden problem. Problem z ówczesnego punktu widzenia: był homoseksualistą. Dyskretnym, niemającym szczęścia do w miarę trwałych relacji. Raczej cierpiętnik niż hedonista.

W czasie I wojny światowej padł pomysł, by dążący do niepodległości Irlandczycy wzięli stronę walczących z Brytyjczykami Niemców. Casement przez wiele miesięcy lobbował w Berlinie za stworzeniem irlandzkiego oddziału z tych jeńców, którzy zostali uwięzieni w Niemczech jako żołnierze brytyjscy. Zabiegał też o broń. W Irlandii separatyści szykowali powstanie, znane dziś jako wielkanocne. Casement zrekrutował bardzo niewielu jeńców – Irlandczyków. Nawet w obozie jego idea była uważana za zdradziecką: w grę wchodziło wszak złamanie przysięgi wojskowej i przejście na stronę dotychczasowego wroga.

Casement chciał, by przy braku dostatecznego wsparcia ze strony Niemiec powstanie zostało powstrzymane. Z taką misją do jego dowódców udał się do Irlandii… niemieckim statkiem. Na skutek zdrady, został pojmany, aresztowany i stanął przed sądem. Skazano go na karę śmierci, zauważmy: w czasie, gdy nadal toczyła się wojna.

Szansa na ułaskawienie została zaś zaprzepaszczona po tym, jak przegrzebujący rzeczy osobiste Rogera funkcjonariusze dokopali się do jego pamiętników relacjonujących życie seksualne mężczyzny. Znane są one w historii jako „czarne zeszyty”, i nie udało się dociec, w jakiej mierze wersja, która wyciekła i została upubliczniona, jest fałszywką. Kompromitacja zboczeńca, który dopuścił się haniebnej zdrady stanu (i został prawdopodobnie „sprzedany” przez jedynego partnera, z jakim udało mu się tworzyć w miarę trwały związek – Eivinda), była pełna. W 1916 Casement zginął na więziennej szubienicy.

By nie pomijać tego, co mi osobiście nie odpowiada, Casement jest człowiekiem bardzo potrzebującym duchowości. Odnajduje ją w pokładach irlandzkiej tradycji, ale niebagatelny jest dlań też aspekt religii instytucjonalnej. W swoich kongijskich i peruwiańskich podróżach spotyka i współpracuje z misjonarzami, przede wszystkim katolickimi zakonnikami. Dla niemoralnych „białych” wyzyskiwaczy, właścicieli firm i nadzorców, wiara nie ma znaczenia. Sam Casement oficjalnie należał do Kościoła anglikańskiego, ale prawdopodobnie jego przedwcześnie zmarła matka zapewniła mu jednak w dzieciństwie katolicki chrzest. Katolicyzm był rzecz jasna elementem irlandzkości. Ostatnie dni życia Casement spędza głównie z więziennym kapelanem, ojcem Careyem, czyta Tomasza z Kempis, a na egzekucję idzie z modlitwą na ustach.

Mimo porywającej historii zręcznie operującej elementami krytyki postkolonialnej, powieść Llosy wzbudza moje liczne zastrzeżenia.

Przede wszystkim pisarz przedobrzył. Wydobył z historii bohatera niezłomnego, charyzmatycznego, niesłusznie krzywdzonego idealistę. Napisałam „krzywdzonego” w czasie niedokonanym, ponieważ w formie dokonanej byłoby to zbyt łagodne określenie na karę śmierci, a wszelakie nękanie, rzucanie kłód pod nogi, sabotowanie działalności, oczernianie itp. były całożyciowym doświadczeniem Casementa.

Nie dowiadujemy się wiele ponad to, czego świadomy jest bohater. Może w związku z Eivindem, młodzieńcem, który okazał się agentem, Roger nie miał takiej jak ta sugerowana czytelnikom w narracji Llosy wiedzy o prawdziwym obliczu swego kochanka, jednak z perspektywy więziennej dociekł wszystkiego – a powieść opowiadana jest z perspektywy tego, co Roger rozumie poniewczasie. Zza murów nie docierają do niego informacje o kampanii obyczajowej rozpętanej przez treści pamiętników, „czarnych zeszytów”. Nigdzie nie jest wprost ujęte, o co chodziło, a od czytelnika zależy, kiedy stanie się dlań jasne, że przedmiotem nagonki jest homoseksualność Casementa.

- Te wszystkie okropne rzeczy, które wypisują w gazetach, to kalumnie, ohydne kłamstwa, prawda, Rogerze? (…)
- Nie wiem, co piszą o mnie w prasie (…) Nie dociera to do mnie. Ale – starannie dobrał słowa – to na pewno kalumnie. (…) Popełniłem w życiu wiele pomyłek, to jasne. Ale nie zrobiłem niczego, czego mógłbym się wstydzić [s. 30].

W czasach bardzo rozwiniętej krytyki postkolonialnej czy starań o równouprawnienie grup marginalizowanych w przeszłości to wszystko jest… banałem. Zacytowana wypowiedź, powieściowa, jest anachroniczna. W XXI wieku łatwo nobliście bronić Casementa, któremu wsparcia swego czasu poskąpił były przyjaciel, współideowiec i niedoszły noblista Conrad.
Rzecz jasna Llosa jest znany ze swej działalności prowolnościowej, to spora część jego publicznej persony, przez co pisarz (także jako polityk) wystawiał się na ciosy np. konserwatystów, choć bez porównania nie tak silne jak te, które dosięgały nieszczęsnego Casementa. Mimo to Marzenie Celta do mnie nie przemawia. Wydaje się być odpowiedzią na zapotrzebowanie słusznej etyczności ze strony autora zaangażowanego, a po Noblu niemal ucieleśniającego Sumienie.

Powieść jest zdecydowanie przegadana. Szczególnie nużą fragmenty poświecone… nie, nie więziennym rozważaniom religijnym (tam nie ma mowy o niczym konkretnie, a zresztą poczucie dobra i zła u Casementa rozwinęło się na drodze świeckiej, poprzez przeżycia kongijskie). Te niemieckie układy, plany militarne, irlandzka konspiracja. Wpierw, przez jakieś 100–200 stron Llosę czyta się gładko, jednak później, aż do następującego po ponad 400 stronach finału, coraz bardziej mozolnie i żmudnie.

Nie wiem, jak mogła wyglądać wersja znana jako „czarne zeszyty”, jednak Llosa przyjmuje, ze mężczyzna zapisywał nie tylko swe realne, dokonane akty i przeżycia, ale i nieudane próby, różne porażki w formie sugerującej „realizację”. Zresztą notatki były lakoniczne. Gdzie, kiedy, ewentualnie za ile (jeśli trafiał na prostytuującego się młodzieńca), plus kilka słów zachwytu nad urodą oraz uwagi bardzo techniczne (wielkość penisa, czy poszło lekko, itp.). W tym samym stylu rejestrował stosunki nieodbyte, wyobrażone. Oczywiście opinia publiczna nie rozróżniała dokonanych od jedynie opowiedzianych – prawdopodobnie nic w „czarnych zeszytach” takiej dystynkcji nie ułatwiało. W małym posłowiu Llosa dopowiada, że po egzekucji zbadano ciało Casementa by się przekonać, czy rzeczywiście praktykował on seks analny (ergo homoseksualny). Uznano, że tak.

Oczywiście nie tylko waloryzacja realizacji potrzeb cielesnych Casementa jest u Llosy anachroniczna. Trudno na przykład uznać za wiarygodną odpowiedź bohatera na pytanie, czy w Amazonii jest tak strasznie, jak w Kongu Leopolda II:

- Obawiam się, że tak, a być może gorzej (…). Chociaż wydaje mi się nieprzyzwoite ustanawianie hierarchii dla zbrodni tej skali [s. 248].

„Tej skali”? Pojawia się tu proste skojarzenie z tym, co działo się później, podczas II wojny światowej. Tymczasem Casementowi nie przeszkadzało braterstwo broni z Niemcami używającymi iperytu. To nie kwestia niekonsekwencji bohatera historycznego – to Llosa naginał bohatera literackiego, by go dopasować do tezy. Niekoniecznie z powodzeniem.

Budzący podziw i współczucie ze względu na działalność antykolonialną w Afryce i Ameryce Południowej, proirlandzki później Casement przede wszystkim drażni. Ma się poczucie, że swój zły los i śmierć sam sobie zgotował, i to nie dlatego, że prowadził kronikę swych stosunków seksualnych między linijkami dziennika wielkiego obrońcy praw człowieka (avant la lettre).

W pewien sposób deprymuje mnie też niewiedza co do tego, gdzie się zaczyna fikcja literacka. Czemu? Ponieważ wartość Marzenia Celta jest w pełni zależna od fascynującego życiorysu bohatera, od tego, że Casement to postać historyczna. Dla porównania bardziej współczesna narracja o amerykańskiej aktywistce uwikłanej w środowisko rządów Charlesa Taylora, powieść Russella Banksa Kochanie, bardzo mnie wciągnęła, ale nie sprowokowała pytań o realia (mąż głównej bohaterki był ministrem, wiec byłaby to sprawa weryfikowalna, jednak u Banksa przeważyła autonomia beletrystyki).

Jeśli zaś chodzi o Casementa, trudno przejąć się detaliczną fabularyzacją biografii, zaproponowaną przez Llosę. Interesujące, ale podane w sposób niemal wykluczający zaangażowanie, redundantne, statyczne literacko, skonstruowane w dość tradycyjny sposób. Nim podejmę się znalezienia niebeletryzowanej biografii Casementa – a niejedna taka powstała – będę raczej wracać do fragmentów z Sebalda.

Paulina Szkudlarek

Mario Vargas Llosa, Marzenie Celta, przeł. Marzena Chrobak, Znak, Kraków 2011. Wszystkie cytaty i odniesienia pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 3 kwietnia, 2012 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Elżbieta Czykwin, „Stygmat społeczny”, cz. 1

Dla osób zajmujących się naukami humanistycznymi i społecznymi (z odchyleniem w kierunku studiów kulturowych) problematyka emancypacji i demarginalizacji umożliwiających współuczestnictwo w życiu społecznym i pełnię praw obywatelskich zajmuje miejsce poczesne. Kibicuję temu trendowi i na moją niewielką skalę angażuję się weń, co wiąże się także ze śledzeniem publikacji tematycznych. Dają się zauważyć dwa bieguny, pomiędzy którymi budowane są coraz mocniejsze mosty – teoria akademicka i aktywizm. Książka, której chcę się dzisiaj przyjrzeć, sadowi się po stronie teorii, jednak jest jej niezamierzoną parodią, dowodem kompletnego niezrozumienia podjętej problematyki. Pewnego rodzaju impulsem do niniejszego omówienia był artykuł Błażeja Warkockiego i Tomasza Basiuka Odpadki energii, czyli o nieudanym wyparciu politycznego przez Joannę Tokarską-Bakir („Krytyka Polityczna”, nr 16/17, 2009), demaskujący homofobiczną wymowę wstępu, jakim Tokarska-Bakir poprzedziła polską edycję Czystości i zmazy Mary Douglas (przeł. Marta Bucholc, PIW, Warszawa 2007).

Elżbieta Czykwin kieruje obecnie Zakładem Pedagogiki i Kulturoznawstwa Wyższej Szkoły Administracji Publicznej w Białymstoku, a w 2007 roku nakładem szacownego Wydawnictwa Naukowego PWN opublikowała pracę Stygmat społeczny.

Książka obywa się bez podtytułu, co dość zaskakuje. Sugeruje jednak ambicję, by kwestią zająć się wieloaspektowo, a znajduje to potwierdzenie w rozdziale ostatnim, Stygmatyzacja jako ponaddyscyplinarna perspektywa badań. Nim jednak do niego dotrzemy, trzeba powiedzieć, że przyjęta w opracowaniu optyka uprzywilejowuje ujęcie zaproponowane pół już wieku temu przez Ervinga Goffmana w książce Stigma. Notes on the Management of Spoiled Identity (1963). Polska edycja, Piętno. Rozważania o zranionej tożsamości, pojawiła się w 2005 roku (przeł. Aleksandra Dzierżyńska, Joanna Tokarska-Bakir, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne). Co zrozumiałe ze względu na długość cyklu wydawniczego, Czykwin się nią nie posługuje, co jednak bardziej zastanawiające – w żadnym momencie nie odwołuje się też do wyeksponowanego w bibliografii anglojęzycznego oryginału (wszystkie cytaty, o odniesieniach nie wspominając, podawane są z drugiej ręki). W połączeniu z faktem, iż w stopce książki Czykwin brakuje wzmianki o recenzentach, zaufanie do rzetelności merytorycznej Stygmatu społecznego zostaje zachwiane jeszcze przed podjęciem lektury. Niestety, w jej trakcie jest jeszcze gorzej.

Skoro jednak Stygmat społeczny znajduje koncepcyjne oparcie u Goffmana, przypomnijmy, iż zdefiniował on piętnowanie jako proces, na drodze którego normalna tożsamość jednostki jest niszczona przez reakcję innych osób na ową jednostkę. W konsekwencji tego do mgławicy terminów pokrewnych stygmatowi (piętnu) włączone są: stereotyp, dewiacja, uprzedzenia (antysemityzm, rasizm, homofobia, etc.), wykluczenie, marginalizacja. Ja dodałabym tu też przemoc.

Autorka wspomina próby kwalifikacji dewiacji jako przypisanych lub osiągniętych, i wyrokuje, iż kryterium podziału „nasuwa wątpliwości”. Tu przykładem dewiacji osiągniętej jest prostytucja, homoseksualizm zaś sprawia kłopoty: to niewątpliwie dewiacja, ale nie da się orzec: przypisana czy osiągnięta, z uwagi na jego nieustaloną genezę (s. 32). Zaś stygmatyzacja w przypadku dewiantów jest „konieczna i oczywista” (s. 33). Po cóż zatem zadawać następujące pytanie: „Pozostaje jednak kwestia podstawowa: czy jeśli wszelkie przejawy dyskryminacji zostaną wyeliminowane, to zapanuje równość płci?” (s. 261).

Niebywale razi sentencjonalność i potoczny charakter sformułowań obnażających światopogląd, który Umberto Eco nazwał niegdyś „katastroficznym”. Czykwin ubolewa choćby: „Większość telewizyjnych seriali ukazuje jedynie powierzchniową stronę życia” (s. 385). Gdzie indziej objawia nam, iż podrasowane cyfrowo wizerunki modelek czy celebrytek burzą właściwy ogląd świata: „Niczego nieświadomy widz przyjmuje zdjęcia jako dowody istnienia ciał idealnie pięknych” (s. 345). Zaiste, rzadko kto widuje postaci ludzkie poza billboardami czy bez ekranowego pośrednictwa, powszechna nieświadomość wpędza każdego w „silne poczucie negatywnej nieadekwatności” (s. 344). Na tej samej zasadzie sierota z domu dziecka „nie wie, co to znaczy być ojcem dla swojego syna” (s. 160). Internet, prasa, filmy, spotkania ze znajomymi najwyraźniej nie są w stanie dać żadnego pojęcia o ojcostwie, a już na pewno nie tak cennego, jak bezpośrednie wzorce czerpane z życia w tzw. pełnych rodzinach.

Skoro zaś ubolewamy wraz z Czykwin nad współczesnym upadkiem wartości, warto przeczytać, jak skomentowany został film dokumentalny (paradokumentalny?) Mama Masza Michała Bukojemskiego (Polska, 2002, krótki opis tu ). Lesbijka, niemonogamistka, rosyjska Żydówka, emigrantka, matka adopcyjna, matka biologiczna dziecka spłodzonego dzięki pomocy dawcy spermy… „Czy takie spiętrzenie nietypowych zdarzeń życia nie jest też sprokurowane na potrzeby mediów? Tak właśnie sądzę. Potrzeba medialnego rozgłosu, popularności, jest współcześnie praktycznie jedyną drogą zaistnienia” (s. 359). Biografia Maszy Gessen nie mieści się Czykwin w głowie, dlatego sprowadza wybory życiowe kobiety do przemożnej chęci zaistnienia w mediach. Przekreśla też możliwość, iż Masza Gessen postępowała zgodnie ze swą wolą: nietypowe wydarzenia się spiętrzyły, bo tak chciał los bądź wspomagający mającą niebywałe parcie na szkło bohaterkę medialni demiurgowie.

Cóż, wszak ujawnianie czyichś technik seksualnych (czyli: „jak inni to robią”), osobliwie sekretów współżycia nie(hetero)normatywnego tak fascynuje: „Ikony lesbijek, gejów, transseksualistów, transwestytów, seksoholików etc. zawsze mogą liczyć na sporą widownię” (s. 362). Dlaczego jednak „ikony”? Przy okazji popularny przed kilku laty rosyjski duet Tatu to dla Czykwin „przykład inkorporacji problemu lesbijskich skłonności przez kulturę komercji” (s. 352). Oj, tak tak, o tempora…!

Niegdyś dla porządku społecznego niezwykle ważny był podział dzieci na legitymizowane i bękarty. Nieślubne pochodzenie mogło się kłaść cieniem na całej egzystencji. Zwykle jednak poza miejscem pochodzenia nie dało się tak łatwo określić, czy dana osoba została poczęta w małżeńskim łożu przez parę połączoną prawnie obowiązującą przysięgą. Zacytujmy Stygmat społeczny: „Jeśli zadasz sobie pytanie, Czytelniku: czy związałbyś swoje życie z osobą poczętą in vitro…” (s. 159). Ja zadam inne pytania. A po czym to poznać? A co to za różnica? A może należy spytać Czytelnika, czy związałby się z osobą urodzoną przez cesarskie cięcie? Uwypuklam absurdalność, by tym silniej ukazać, jak taka retoryka w opracowaniu mającym być uznane za naukowe co najmniej zdumiewa. Podobnie fragmenty, w których autorka określa „ogólne wrażenie (…) po lekturze” tygodnika „Nie” (s. 371). Tu czai się sugestia, że jej wrażenie jest po prostu słuszne i adekwatne, a jako takie musi być podzielane jeśli nie przez Wszystkich, to chociaż przez odbiorców Stygmatu społecznego.

Klątwą ogólnodostępnych programów edytorskich jest pokusa przestawiania partii tekstu. Stygmat społeczny nie jest jedyną książką naukową, której uważna lektura ujawnia nadużywanie komend „kopiuj / wklej”, jednak dla uniknięcia gołosłowności wskażę, iż Czykwin dwukrotnie wyjaśnia Bourdieu’ańską koncepcję doksy, ortodoksy i heterodoksy (s. 133 i 335) oraz – by przy tym samym nazwisku pozostać – dwa razy definiuje Bourdieu’ański habitus (s. 131 i 334).

Autorka zbyt często luźno podchodzi do podawanych przez siebie danych. Na przykład strona 423: liczby ofiar procesów o czary w różnych europejskich krajach rzucone są bez odwołania bibliograficznego czy jakiegokolwiek uściślenia, a przecież szacunki dotyczące owych liczb są przedmiotem wieloletnich sporów o dociekań co najmniej od połowy XIX wieku, kiedy Jules Michelet napisał Czarownicę, i nie, historycy ani etnolodzy nie osiągnęli konsensusu. Inny przykład podobnej nierzetelności: „Zdaniem homoseksualistów orientacja ta jest wrodzona, choć nie genetyczna” (s. 311) – brak odwołania, brak odnośnika. Pewnie umknęło mi, że homoseksualiści ustalili swoje wspólne stanowisko na walnym zgromadzeniu wszechświatowego kongresu homoseksualistów. Na stronie 158 znajdujemy natomiast anegdotę o politykach-hipokrytach z gejowskiego miesięcznika „Zero”. Z hiszpańskiego miesięcznika „Zero”, z cytatem wypowiedzi redaktora tego pisma – i przy znów braku odwołania. Jeśli redaktor-gej nie zasługuje na rzetelność autorki, tym bardziej nie zasługuje Adolf Hitler. Akapity o stosunku nazistowskich przywódców do homoseksualności mogą tylko przy maximum dobrej woli uznane za luźno oznaczone przez Czykwin jako ustalenia Christiana Adolfa Isermeyera (Czykwin pomija jego drugie imię, ja zaś je dopisuję – jakimś dziwnym trafem mnie ono się również nie podoba, ale Isermeyer sam go sobie nie nadał), nieobecnego w bibliografii.

W licznych przypadkach przykłady podawane przez Czykwin są dyskusyjne, w niektórych innych – zupełnie chybione i nieadekwatne. Wbrew woli autorki przywołane na s. 416 wypowiedzi polityków, (nieparlamentarne obelgi wobec oponentów) nie są przykładami stygmatyzacji. Podobnie opis sytuacji matki trójki dzieci, która „bardzo przybrała na wadze” (i długo przebywając w domu, nie zdawała sobie z tego sprawy), mający być egzemplifikacją życia w enklawie (s. 303), mija się z rozumieniem tego ostatniego pojęcia. Opisywana kobieta nie mieszka w dobrowolnym getcie osób otyłych, a w domu, do którego co dnia po pracy wraca jej mąż (i ojciec dzieci). O posturze mężczyzny niczego się nie dowiadujemy.

Kolejną kategorią są błędy słowne, w dużej mierze zawinione przez brak czujności redakcyjnej. Należą do nich powtórzenia niejako bezpośrednie, np. podwójne „osoby zaangażowane” (s. 217), ale też powielanie wyrazów o tym samym rdzeniu: “Odkrycie bliskości z najbliższymi” (s. 183) , “Istnieje istotny” (s. 124), i in. Idąc dalej, na s. 181 mamy „skłonności perfekcyjne” zamiast: perfekcjonistyczne, na s. 218 – „wypadek motoryzacyjny”, choć kolokacja kazałaby powiedzieć: drogowy. Czykwin nie wie również, iż osoby transseksualne nie poddają się ani operacji zmiany płci, ani konwersji (s. 233), a tranzycji. Międzynarodowa komercja (s. 424) jako ewidentny anglicyzm powinna być zastąpiona po prostu handlem. Podczas wyliczenia warunków Goffmanowskiej interakcji na s. 110 Czykwin pisze, jakoby „dostępność” (rzeczownik) byłaby polskim odpowiednikiem „accessible” (przymiotnik). Warto najwyraźniej posługiwać się (prostym) angielskim. To tak mądrze brzmi. Na stronach 127–128 autorka powtarza określenia: self-esteem i face to face, które jak wiadomo nie mają żadnych satysfakcjonujących ekwiwalentów w języku polskim.

Na s. 138 znajdujemy ciekawostkę – wizualne telefony komórkowe, których upowszechnienie zapowiada autorka.

Parokrotnie obnaża ona swoją uległość wobec stereotypu spojrzenia na marsze tolerancji jako na czas demonstracyjnej manifestacji seksualności gejów (s. 157), co przybiera „nieraz ostentacyjny i prowokujący wyraz”. Jednak do błędnego użycia konkretnego określenia dochodzi, gdy uparcie (np. s. 157, 211, 301 i 319) nazywa marsze i manifestacje typu gay pride – nieważne, czy mają one istotnie charakter parad – mianem Love Parade. Otóż Love Parade jest wyłączną nazwą organizowanej przez ok. 20 lat w Berlinie (1989-2010, zatem także wtedy, gdy książka Czykwin powstawała i została opublikowana) ulicznej imprezy tanecznej. Kolejna osobliwość: „Miarą wzrostu znaczenia wyglądu, który stał się obowiązkiem nie tylko kobiet, ale i mężczyzn” jest coraz wyższa sprzedaż męskich kosmetyków (s. 139). Nie: zadbany wygląd, nie: atrakcyjny wygląd. Wygląd stał się obowiązkiem. Niefortunnym sformułowaniem niewątpliwie jest: „Kobiety stojące u progu wdowieństwa” (s. 424) – to takie z małżonkami na łożach śmierci? A może planujące mężobójstwo? Kolokwializmem razi też: „Społeczna akceptacja wiejskich głupków” (s. 171), staroświecczyzną zaś „lekkie prowadzenie” (s. 143).

Część 2 i notki bibliograficzne tu.

Data wpisu: 7 lutego, 2012 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Elżbieta Czykwin, „Stygmat społeczny”, cz. 2

Część 1 tu.

Dominującym tonem w – nigdy nie dość przypominania – w książce pretendującej do ujęcia akademickiego (sine ira et studio) jest najczystszej wody homofobia. Nieheteronormatywność to dla autorki nienaturalna seksualność (s. 424) Na stronach 113-114 omawia działalność kontrowersyjnej katolickiej grupy Odwaga działającej w Lublinie i dążącej do „reperacji” osób o niezgodnych z katechizmem kościoła katolickiego preferencjach psychoseksualnych. Czykwin o stosowanej tam „terapii” pisze bezkrytycznie i bezrefleksyjnie. W przywołanej tam narracji niesławnego Richarda Cohena widzi „tekst stygmatyzujący”, jednak gładko prześlizguje się do kolejnego przykładu z jakże szerokiego repertuaru. W charakterystyczny homofobiczny sposób przyjmuje, że geje mają ideologię (a nie mają? „Tremble, hetero swine!”)… choć jako przykład z owej ideologii podaje obawę przed wykryciem (s. 310). Jego konsekwencje są wszak tak straszliwe, że „homoseksualiści się żenią i opowiadają dowcipy o swoich »towarzyszach niedoli«” (s. 142). Nie, to nie pomyłka. Chodzi o zinternalizowaną bądź demonstracyjną homofobię mężczyzn (kobiety się nie „żenią”, nie w Polsce Elżbiety Czykwin) wyśmiewających przegięcie tych, których marnego losu („niedola”!) – mimo analogicznych preferencji psychoseksualnych – żonatym udało się uniknąć. Nie dziwi tedy groza sceny, w której pewien nieustraszony gej „wyznał całą prawdę rodzicom” (s. 159). To niejedyny przypadek straceńczej odwagi. Inny jej akt miał miejsce podczas wyborów mera Paryża – gej „mimo przyznania się do homoseksualnych skłonności zwyciężył w wyborach przytłaczającą ilością głosów” (s. 158). W książce pozostaje anonimowy, jednak rzecz jasna chodzi o zwycięzcę wyborów z 2001 roku, Bertranda Delanoë, który jest nadal na tym stanowisku. Może zatem wygrywa, ponieważ ma dobre program polityczny i koncepcję rozwoju miasta, a jego życie prywatne jest w tym miejscu sprawą trzeciorzędną? Dopowiem, że z uwagi na potencjał emancypacyjny sukces polityka-geja jest niezmiernie istotny, jednak Czykwin koncentrowała się na osobistej odwadze, jakiej wymaga coming out. Jak śliską sprawą jest obecność gejów (nigdy lesbijek, o osobach transseksualnych nie wspominając) w polityce dowiadujemy się od autorki w innym miejscu: „Wśród współczesnych przywódców faszystów przedstawiciele orientacji homoseksualnej mają swoją nadreprezentację” (s. 328). Przypisuje się tu gejom fetyszyzację atrybutów nazistowskich.

Nie wymaga chyba dopowiedzenia fakt, iż Czykwin postrzega homoseksualność w kategoriach esencjonalnych, na dodatek przez swą strategię retoryczną obnażając brak podstawowych kompetencji. Pisze „homoseksualizm” na wzór nazwy z niegdysiejszej klasyfikacji jednostek chorobowych, mając na myśli raczej „homoseksualność” jako zespół stałych bądź nie praktyk opartych na psychoseksualnych preferencjach. Tak, „-izm” jest piętnujący. Cóż, zawsze można sięgnąć do jeszcze bardziej archaicznego słownika. W innym miejscu czytamy, iż „pacjenci szpitali psychiatrycznych nie chcą, aby został ujawniony fakt ich sodomii” (s. 144). Sodomię, czyli – w myśl tej wizji świata – praktykowanie męsko-męskich stosunków seksualnych leczy się w szpitalach psychiatrycznych?

W rzeczywistości, w której z uwagi na pojawienie się i wdrożenie coraz skuteczniejszych metod leczenia czy przedłużania ogólnego dobrostanu osób chorych na AIDS wiele ludzi skłania się do bagatelizacji zagrożenia wirusem HIV (co oznacza, że należałoby działać ku ponownemu uczuleniu na kwestie bezpiecznego seksu), Czykwin tymi słowy kwituje starania, by uniknąć zakażenia HIV – „Całkowicie odzierają one kontakty seksualne ze spontaniczności, romantyzmu i unikalności” (s. 208). Dla autorki zresztą możliwość zakażenia to obawa „ostatnich lat” (s. 208). Otóż w Polsce badania epidemiologiczne wykrywające obecność wirusa prowadzone są od 1985 roku, kiedy obecni studenci Czykwin nie byli jeszcze w planach życiowych swoich rodziców.

Czykwin opisuje rozpowszechnianie się AIDS (jako choroby śmiertelnej) jako epidemii współgrającej z autodestrukcyjnością gejów: „Przywołanie przedwczesnej śmierci jest tu równoznaczne z uwolnieniem od mroków starości. Otwiera perspektywę życia krótkiego, ale intensywnego, bez ograniczeń związanych z obowiązkowym uczestnictwem w wyścigu szczurów, pracy zawodowej, liczenia się z innymi, na których to polach geje są na ogół i tak skazani na niepowodzenie” (s. 210). To najwyraźniej znaczy, że geje nie umieją liczyć się z innymi ludźmi i są skazani na niepowodzenie w pracy zawodowej (niezależnie od tego, czy założymy, że wyścig szczurów istotnie jest obowiązkowy). Sąd tyle bulwersujący, ile osobliwy.

Rozmaite inne stwierdzenia Czykwin również wprawiają w osłupienie, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z enumeracją i jeden z klocków zdaje się pochodzić z zupełnie innego kompletu. Na przykład na s. 224 opisuje negatywną samoocenę osób z nadwagą, które widzą swoją otyłość jako przejaw „lenistwa, opieszałości, braku kontroli, tajemniczości i chciwości” (co to znaczy w świetle przyjmowanej przez autorkę Goffmanowskiej klasyfikacji stygmatów jako jawnych i ukrytych?). „Jednym ze sposobów przeciwdziałania agresji np. kibiców na stadionach sportowych jest (…) ustawienie bilboardów na stadionach (…), co pozwala złamać poczucie anonimowości i ograniczyć agresję” (s. 302). Co w opisanej sytuacji dają bilboardy? Co ma być na nich umieszczone? A może chodzi o telebimy? W innym miejscu, w kontekście ukrywania stygmatu (w celu wykluczenia wszelkich podejrzeń, bo – patrz wyżej) Czykwin dopatruje się „nadreprezentacji osób o skłonnościach homoseksualnych” wśród kiboli, kleryków i taterników (s. 148).

Kompletnej ignorancji dowodzi utrzymywanie, iż „bulimia dotyczy najczęściej osób otyłych, natomiast anoreksja ekstremalnie szczupłych” (s. 351).

Podobnie z prognozowaniem: „moda na banki spermy, w których można zostać matką dziecka sławnego ojca, staną się modne” (s. 123). Pomijając niegramatyczność sformułowania, nie można, a w każdym razie nie ma sposobu, by się o tym dowiedzieć: wedle obowiązujących uregulowań dawca spermy pozostaje anonimowy.

Dyskusyjnie i kontrowersyjnie brzmi rekapitulacja kwestii polskiego antysemityzmu „bez Żydów”. Czykwin utrzymuje, iż „niewielka liczba polskich Żydów jest zasymilowana, w podeszłym wieku, samotna i rozproszona” (s. 380). Przeczy temu to, co widać na krakowskim Kazimierzu, gdy nastaje szabas, przeczą temu ci wszyscy, którzy odkrywając swe rodzinne korzenie dążą do poznania i odzyskania dla siebie judaizmu, czego bynajmniej nie kryją. Wyrazem złej woli byłoby odczytywanie słów Czykwin jako antysemickich, jednak ich wymowa (i oderwanie od realiów XXI wieku) skłania mnie do opinii, iż lepiej byłoby, gdyby się w Stygmacie społecznym nie pojawiły.

Swoją drogą, dobór kategorii osób stygmatyzowanych jest w omawianej książce bardzo chaotyczny. Skoro jednak w tym miejscu odnoszę się do niezręczności popełnianych przez autorkę w jej staraniach scharakteryzowania np. homoseksualistów i Żydów, nadmienię, iż oczywiście szeroki nurt kontinuum specyficznych uprzedzeń wobec pierwszych i drugich umknął jej uwadze. Kwestią tą zajmowała się np. Agnieszka Graff (Rykoszetem, W.A.B., Warszawa 2008). Mniej w Polsce znane jest zestawienie dwóch rozpraw: Réflexions sur la question juive Jean-Paula Sartre’a i celowo napisanej w Sartre’owskim idiomie Réflexions sur la question „gay” Didiera Eribona.

Charakterystyczne dla podejścia epistemologicznego autorki jest ponadto zdanie: „Ktoś, kto urodził się z matki Żydówki, jest, obiektywnie rzecz biorąc, Żydem, jakkolwiek może się czuć np. Amerykaninem” (s. 24). Otóż nie. Ktoś taki jest Żydem w myśl halachy (czy de facto wszystkich współczesnych odłamach judaizmu), co w zestawieniu z innymi kryteriami uznawania żydostwa (np. Żydem jest ktoś, kto przeszedł wymagany przez prawo religijne proces konwersji) dyskredytuje pretensje do „obiektywności”. Ta zaś jest również pojęciem cokolwiek przeterminowanym i usprawiedliwianym jedynie celami retorycznymi, nie zaś poznawczymi. Nie mamy jednak do czynienia z czystą retoryką. Czykwin opowiada się w innym miejscu za totalizującą rolą rzekomej obiektywności. Ubolewa nad upadkiem sfery publicznej: na agorze wypracowywano niegdyś „prawdy pozajednostkowe, wspólne i obiektywne”, teraz zaś nie mają się one gdzie krystalizować (s. 395).

Wiarę w wielką wagę „obiektywności” głosi również wskazując na nędzę osoby pozbawionej odniesienia „uniwersalnego i transcendentnego”, która będzie „wyizolowana i samotna”, a jej tożsamość pozostanie niezintegrowana (s. 395). Ratunkiem, przede wszystkim dla osoby stygmatyzowanej, będzie „funkcjonowanie w grupach wsparcia oraz wkład znaczących innych” (s. 266). Takie zestawienie dwóch sfer wpływów oznacza przekonanie autorki o kompletnej niemożności radzenia sobie samodzielnie. Trzeba jednak uważać, kogo uczynimy naszymi „znaczącymi innymi”. Jawność autoekspresji bez względu na stygmat wobec wybranej grupy (wspierającej tudzież znaczącej) w parze z ukrywaniem stygmatu w kontaktach z „niewtajemniczonymi” – jak czytamy – „prowadzi do zamykania się w społecznych enklawach” niczym w więzieniach zaludnionych przez sobie podobnych (s. 207). Jest to zbyt kategorycznym (czy też mylnym) stwierdzeniem, jako że ukrywanie stygmatu równie dobrze może skłaniać do dążeń przeciwnych, na przykład odcięcia się od danej społeczności. W każdym razie sytuacja zdaje się być bez wyjścia.

Mimo to Czykwin nie szczędzi udzielanie rad osobom stygmatyzowanym rad będących zbiorem pustych sloganów oraz infantylizacją, upupieniem potencjalnych adresatów (s. 268).

Są u Czykwin momenty, w których w swym słusznym zapędzie posuwa się cokolwiek zbyt daleko. Spójrzmy: „pojawienie się AIDS oraz permanentne mylenie homoseksualizmu z pedofilią, transseksualizmem i transwestytyzmem (w Polsce) zdaje się podtrzymywać społeczne odium zarówno wobec kobiet, jak i gejów” (s. 300). Odium to synonim wstrętu czy odrazy. Trudno zaprzeczyć istnieniu licznych form dyskryminacji kobiet, jednak wstręt i odraza?

„Określenia: chory na AIDS, lesbijka, bezrobotny, otyły czy dziecko z chorobą Downa etc. mają negatywną konotację, ale nie można przecież z nich zrezygnować. Próbuje się więc zamienić takie określenia słowami nieobciążonymi (np. gej, puszysta pani, sprawni inaczej) lub zmienić negatywne konotacje (…) na przyjaźniejsze” (s. 28). Zupełnie nie rozumiem, w myśl jakich uzusów językowych słowo „lesbijka” niesie konotację negatywną, a – do kompletu – „gej” jest neutralne, poza tym dość zabawne wrażenie robi zestawienie szeregów „nie do pary”. Czykwin jednak podsuwa nam politycznie poprawne ekwiwalenty wyrażeń niestosownych na s. 96. Znajdziemy wśród nich kuriozalnych „puszystych”, „kochających inaczej” i „sprawnych inaczej”, jednak możemy odetchnąć z ulgą, posługiwanie się nimi nie jest przymusowe. Ku wyraźnej uldze Czykwin postulaty poprawnego politycznie języka nie są powszechnie aprobowane (s. 97). Rzeczowa wymiana myśli w języku niewykluczającego dialogu nie ucierpi, jeśli ktoś raz czy drugi chlapnie „pedałem” (zdanie zbudowane z fraz ze s. 96). Choć we wskazanych passusach autorka jasno deklaruje się swe sceptyczne nastawienie do politycznej poprawności, w innym miejscu powołuje się na nieokreślonych przeciwników tej konwencji. Czykwin pisze, iż wedle argumentacji owych przeciwników „political correctness zmusza do wprowadzenia do języka np. polskiego określeń obcych, np. gej, co oznacza zachwaszczanie języka, a przede wszystkim nie jest powszechnie zrozumiałe lub może mieć groteskowy charakter jak w przypadku (…) propozycji zmiany nazwy Placu Inwalidów w Warszawie na »Plac Niepełnosprawnych«” (s. 418). To moment godny uwagi, gdyż przy okazji mamy tu błąd logiczny. Czykwin myli skutek z przyczyną.

W Stygmacie społecznym rażą ponadto usterki spowodowane niedostateczną kompetencją jeżeli chodzi o rozmaite niuanse nie tylko dzisiejszej, ale nawet „wczorajszej” humanistyki. To, co na s. 361 jest dla Czykwin odkrytym w etnometodologii zjawiskiem et cetera, to raczej – jak wynika z kontekstu – działanie Jakobsonowskiej funkcji fatycznej języka. Lingwistyka to najwyraźniej wiedza tajemna, skoro Czykwin pisze: „Stwierdzenia w rodzaju: »Wszyscy dyrektorzy honorują święta prawosławne i pracownicy oczekują tego od pana«, wydają się mocnym argumentem” (s. 272). W świetle wymogów, jakie uczestnikom racjonalnej dyskusji stawia się w logicznej teorii języka, przytoczony argument (posługujący się na domiar złego kwantyfikatorem generalnym) należy do słabych (vide prace np. Teresy Hołówki). Idźmy dalej. Zgromadzone na s. 388 przykłady paniki moralnej, mające ilustrować to pojęcie, są niejasne w polskich realiach jako przynależne brytyjskiej popkulturze. Przepisane z innego opracowania i niejasne także dla autorki, skoro członków subkultury rockersów nazywa „rokersami”.

Czykwin postanawia pochylić się też nad kwestią deprecjacji przedmałżeńskiej biografii żony, czego znamieniem jest utrata panieńskiego nazwiska (s. 94). Gdzie indziej wszelako jako rzecz niegdyś oczywista określone jest „pozostawanie przez kobiety przy nazwisku panieńskim” (s. 133). Ależ odwrotnie: oczywistym, a nawet nieuniknionym było przybieranie nazwiska mężowskiego. Studia feministyczne w sposób wieloaspektowy tłumaczyły te uwikłania i przywołanie zdawkowej ich rekapitulacji pióra Czykwin nie jest konieczne, jednak odnotować należy, że autorka utrzymuje, iż w języku angielskim „gramatyka stygmatyzowała kobiety zamężne” (sic!) jako te, o które – z uwagi na Mrs przed nazwiskiem – nie należy zabiegać. Miss nie jest (czy też nie było, bo tu użyty jest czas przeszły) wedle Czykwin stygmatem staropanieństwa. Nie ma mowy o niedyskryminującym honoryfikatorze Ms., który w ogromnej mierze dezaktualizuje problem. Czykwin nie wspomina również, że nie jest on rozwiązany raczej w języku francuskim, gdzie – o ile mi wiadomo – do dzisiaj pokutuje podział „dwuwartościowy” i brak neutralnej, albo choć neutralizującej paternalizm formy. Osobliwe uwagi Czykwin dotyczące myśli feministycznej możemy znaleźć na s. 49-50.

Deklarowana (vide tylna część okładki) „interdyscyplinarność” książki każe sytuować ją na polach socjologii, pedagogiki i psychologii społecznej (zresztą to ostatnie to dla mnie „chłoporobotnik i boa grzechotnik”), w których istotną rolę odgrywają badania własne. Czykwin takich nie wykonała. Zdecydowana większość przykładowych przypadków, jakimi ilustruje swe wywody, wzięta jest z opracowań cytowanych – obcojęzycznych (by nie powiedzieć: amerykańskich) i pochodzących sprzed lat. Zasadniczo Stygmat społeczny zawiera liczne propozycje klasyfikacji wpływów i skutków piętnowania na tożsamość. Jednak systematyzacje dokonane przez Czykwin w myśl różnych teorii psychologicznych (głównie z akcentem na interakcje) kompletnie tracą na znaczeniu. Ich wartość perswazyjną – a nawet poznawczą – przekreśla światopoglądowy wydźwięk książki. W rzekomo zainspirowanych dziełami Pierre’a Bourdieu partiach rozdziału pt. Obrona Ja przed skutkami stygmatyzacji znajdziemy takie spojrzenie na istotę społecznych protestów (w których „celują” rozmaite mniejszości):

W wyniku walk tych, którzy są za, z tymi, którzy są przeciw, to co partykularne powoli drąży zastany ład i porządek rzeczy oraz wyobrażenie tego porządku przez konserwatywnych obywateli. Jest to denerwujące, ponadto dążenie do społecznie wynegocjowanego ładu przeciąga się w czasie, grożąc permanentnym chaosem. Mniejszości, na wzór terrorystów, uniemożliwiają utworzenie społecznego ładu (s. 332).

Tak, dominujące życie społeczne grupy interesów (by było egzotycznie i absurdalnie, Czykwin stawia na misz-masz: poza mniejszościami narodowymi i seksualnymi wymienia przeciwników „stacji benzynowych, pornografii, agencji towarzyskich, spalarni śmieci, dzwonów kościelnych” oraz miłośników sportów ekstremalnych i… parkingów) „zaprzątają głowy spokojnych obywateli niekończącymi się sporami, które utrudniają wszelkie działanie” (s. 331). Aktywiści, strzeżcie się; lepiej zapomnijcie o Strukturalnych przeobrażeniach sfery publicznej Jürgena Habermasa i Antagonistycznych przestrzeniach publicznych i polityce demokratycznej Chantal Mouffe!

Wracając do zacytowanego wyżej retorycznego pytania ze s. 261, wedle autorki przynajmniej akceptacja homoseksualności przez społeczeństwo „jest w rozsądnej perspektywie czasowej nieosiągalne” (s. 210). Dzięki postawie zaprezentowanej w rzetelnym, wyczerpującym i wielostronnym opracowaniu teoretycznych i praktycznych aspektów piętnowania i dyskryminacji, jakim jest Stygmat społeczny, rzeczywiście nieosiągalne. Książka jest skandalicznym popisem niekompetencji sankcjonowanej tytułem naukowym autorki i renomą wydawnictwa. Notabene renomą niegdyś zasłużoną, dziś będącą pretekstem do dyktowania zawyżonych cen przy czynieniu oszczędności na pracy korektorskiej i redakcyjnej (co w omawianym opracowaniu poświadcza treść stopki). To co dla odbiorców niewyrobionych, np. studentów, szkodliwą dezinformacją, dla innych może być po prostu źródłem żartów.

Przybliżając we wstępie do Wynaleźć codzienność 2 myśl Michela de Certeau Luce Giard zauważa, że ujmowanie „rzeczy w formie wielkich projektów”, wypowiadanie się w sposób pompatyczny i tworzenie „ogólnego i uogólniającego dyskursu o społeczeństwie” znamionuje „niewystarczające opracowanie konceptualne”. Autorka notuje dalej: „Mając zazwyczaj odpowiedź na każde pytanie, dyskurs ów nie dopuszcza sprzeciwu, zręcznie omija konfrontację z rzeczywistością i nigdy nie spotyka się z odrzuceniem”. Deskrypcja ta może być przyłożona do Stygmatu społecznego. Kwestionowanie oczywistości wydaje się w naukach społecznych niemal obowiązkowe, tymczasem Czykwin wręcz chętnie posługuje się komunałami i zahacza swoją retoryką o teologię pastoralną. W jej duchu formułuje postulaty tolerancji, demarginalizacji i przeciwdziałania wykluczeniom (por. np. s. 38). Z nieco mniej zaściankowego punktu widzenia nietrudno zauważyć, że takie ujęcie służy jedynie dobremu samopoczuciu autorki, niewątpliwie uważającej się za osobę o otwartym umyśle i wyzbytą uprzedzeń. Otóż cała książka zdaje się być staraniem, by dopasować teorię Goffmana do własnych uprzedzeń. Czykwin nie widzi jednostek mogących być przedmiotem jej wywodów – realnych osób zagrożonych stygmatyzacją (jeśli w ogóle zgodzimy się na przyjęcie tego terminu) – a buduje ich abstrakcyjne grupowe reprezentacje. Wspomniany postulat tolerancji funkcjonuje u niej na zasadzie dobroczynności: jako pochylanie się nad nieświadomymi maluczkimi (wzmiankując „ideologię gejów” autorka nie odwołuje się do żadnej znaczącej pozycji z dorobku studiów genderowych, LGBT czy queer). W nieco bardziej życzliwej interpretacji można powiedzieć, iż Czykwin deklaruje zwiększoną wrażliwość na różnorodność współczesnych strategii życiowych, jednak czyni to w celu umocnienia swej własnej pozycji poprzez poddanie opisywanych cudzych doświadczeń dyskursywizacji. Poddanie nieudolne i umotywowane koniunkturalizmem w wersji o tyle nietrafionej, że – wbrew konwencjom cieszącym się największym uznaniem – pozbawionej cienia osobistej rękojmi i najmniejszej próby okazania współprzynależności. My i oni. Hołd dla mocno już przykurzonego paradygmatu każącego przemawiać z wyżyn odseparowanej od świata akademickiej Katedry w tym temacie nie mógł się sprawdzić.

Paulina Szkudlarek

Elżbieta Czykwin, Stygmat społeczny, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007. Cytaty lokalizuję w tekście, wytłuszczenia pochodzą ode mnie. Luce Giard przywołuję za jej Wprowadzeniem do: Michel de Certeau, Luce Giard i Pierre Mayol, Wynaleźć codzienność 2, przeł. Katarzyna Thiel-Jańczuk, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2011, s. XII.

Data wpisu: 7 lutego, 2012 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Okruchy dnia, resztki godności. Kazuo Ishiguro, „Okruchy dnia”

Sięgając po jedną z najbardziej znanych powieści Kazuo Ishiguro Okruchy dnia (uhonorowanej w 1989 roku The Man-Booker Prize for Fiction) nie sposób było nie przypomnieć sobie o jej znakomitej filmowej adaptacji w reżyserii Jamesa Ivory’ego z 1993 roku.

Autorką scenariusza filmu była wielokrotnie nagradzana pisarka i scenarzystka, Ruth Prawer Jhabvala. Warto poświęcić jej choć parę słów, ponieważ jej twórczość i sylwetka są niemal zupełnie nieznane w Polsce, co wręcz zdumiewa, jeśli przyjrzeć się jej dorobkowi artystycznemu (ponad dwadzieścia scenariuszy do filmów, prestiżowe nagrody za jej własne powieści). Polskie sieciowe serwisy filmowe (jak Filmweb i Stopklatka) nie podają właściwie żadnych informacji o Ruth Prawer Jhabvali. Mimo rodzimej manii akcentowania obecności polskich przodków u niemal każdego znanego z telewizji artysty czy sportowca (choćby jego rodzina mieszkała poza Polską od dwustu lat), postać Jhabvali jakoś umknęła poszukiwaczom śladów poloników na świecie. Tymczasem Ruth Prawer Jhabvala to pochodząca z Niemiec córka polsko–niemieckiego małżeństwa Żydów, którym udało się uciec na początku lat trzydziestych dwudziestego wieku z nazistowskich Niemiec do Anglii.

W Wielkiej Brytanii przyszła laureatka Oscara i Bookera, by wspomnieć tylko o najbardziej znanych nagrodach, zrobiła dyplom z angielskiej literatury. W latach pięćdziesiątych Ruth Prawer Jhabavala przeprowadziła się do Indii, gdzie wyszła za mąż za hinduskiego architekta, i zaczęła pisać swoje pierwsze powieści (przebywała w Indiach ze względu na męża; Indie same w sobie jej nie interesowały. Obecnie mieszka w Stanach Zjednoczonych). Również wtedy nawiązała znajomość i współpracę z Jamesem Ivorym, z którym, razem z producentem Ismailem Merchantem, również pochodzącym z Indii, utworzyli działające do dziś studio filmowe Merchant Ivory Productions (nasuwa się dość oczywiste pytanie, dlaczego jej nazwiska nie ma w nazwie przedsięwzięcia, skoro to właśnie głównie jej scenariuszom firma zawdzięcza sukces).

O ile film ukazuje głównych bohaterów, czyli kamerdynera Stevensa (Anthony Hopkins) i gospodynię – czyli szefową żeńskiego personelu – pannę Kenton (Emma Thompson) jako postacie tragiczne, podporządkowane niemal całkowicie pracy i podzielające w stu procentach światopogląd pracodawcy – a raczej to, co z niego był w stanie zrozumieć Stevens, powieść jest bardziej zniuansowana. Film opowiada o fragmentach losów dwóch istot, których celem i sednem życia było dbanie o porządek każdego dnia nadludzi ich ówczesnego społeczeństwa, angielskich arystokratów. Tytułowe okruchy dnia mogą oznaczać zarówno każdą drobinę codzienności, nad którą sprawowali pieczę Stevens i Kenton, jak i to, co pozostaje we wspomnieniach z całego życia. Drobne sceny, gesty, których znaczenie zmienia czas, wreszcie – okruchy życia to jedyne, co jest bohaterom dane, bowiem Stevens, który nie zauważył szansy na związek z kochającą go kobietą, może żywić swoje człowieczeństwo jedynie okruchami wspomnień.

W filmie Stevens wydaje się reprezentować porządek pozbawiony emocji i bezwzględną lojalność, panna Kenton – uczucia i szansę na szczęście prywatnego życia. W książce taka „dychotomia” nie jest oczywista.

Krytycy wytykają filmowi zbytnie uproszczenia, np. iż pokazuje tylko jedną konferencję z końca lat trzydziestych XX w., a w książkowym pierwowzorze były szerzej opisane dwie, w tym jedna z lat dwudziestych, podczas której Stevens był świadkiem ciekawej dyskusji o „zawodowym” politykowaniu i krytyce amatorów w rodzaju lorda Darlingtona, ofiary idealistycznego wychowania w starym, brytyjskim stylu.

O ile w filmie nie mamy dostępu do przemyśleń bohaterów i dopowiadamy sobie, że oboje, Stevens i Kenton, niemal nie śmieli pragnąć szczęścia dla siebie, w powieści znamy dokładnie myśli kamerdynera Darlingtonów, i zdecydowanie nie są one skupione wokół osobistych emocji związanych z jakąkolwiek kobietą. Tematy zajmujące niemal każdą myśl Stevensa to – godność, wierna i doskonała służba, a także prestiż społeczny, zależny od pozycji, jaką człowiek zajmuje w hierarchii klas. Stevens jest tragikomiczny, czasem groteskowy, przypomina robota wykonującego zaprogramowanie zadania i wdającego się jedynie w błahe pogaduszki.. Wydaje się pozbawiony zdolności do przewidywania konsekwencji obserwowanych wydarzeń i czynów zarówno swoich, jak i osób z jego otoczenia.

Ishiguro ma talent do portretowania bohaterów, którzy z jakiegoś powodu wydają się niemal niezdolni do zrozumienia powagi sytuacji historycznej i politycznej swoich czasów, czyli lat dwudziestych i trzydziestych dwudziestego wieku, w których powstawał i krzepł nazizm i faszyzm. Nie zastanawiają się nad społecznymi i politycznymi implikacjami populistycznych haseł, idą za swoim aktualnym idolem (jak bohater znakomitej noweli Ishiguro Malarz świata ułudy) – Stevens powtarza za swoim pracodawcą Darlingtonem nie tylko frazesy na tematy ogólne, ale i antysemickie przekonania. Zgadza się na zwolnienie ze służby dwóch żydowskich dziewczyn, co w praktyce oznaczało też ich deportację do Niemiec i dalsze prześladowania, a nawet śmierć w jednym z obozów zagłady.

Powieść jest napisana w formie wspomnień i relacji z pewnej niewielkiej wyprawy Stevensa, głównego bohatera i narratora, i rozpoczyna się w czerwcu 1956 roku, kiedy to nowy właściciel siedziby starego arystokratycznego rodu angielskiego, Amerykanin Farraday, proponuje kamerdynerowi kilkudniowy urlop. Reakcja Stevensa jest bardzo charakterystyczna dla jego komunikacji z bezpośrednim Farradayem, który wyraźnie traktuje go jak swego rodzaju ludzki bibelot, nabyty razem z posiadłością Darlington Hall – ale bibelot z ludzkimi potrzebami, których Farraday jest świadom. Otóż Stevens nie wie, jak powinien zareagować. Relacje z poprzednim panem rezydencji, z jej prawowitym właścicielem, lordowską mością, były jasne i oddzielone grubą kreską od życia prywatnego każdego z nich. Stevens był sprawną i dobrze działającą częścią mechanizmu wprawiającą w ruch olbrzymie domostwo obsługujące codziennie nie tylko lordowską rodzinę, ale również tłumy szacownych gości lorda i ich świty. Wystarczy pomyśleć, że za każdym gościem Darlingtona ciągnęło się około 10 służących, których trzeba było zakwaterować i wyżywić, a także zadbać, by się nie pozabijali tudzież nie uciekli z resztą służących ze stałego personelu. Stevens mógł wiedzieć wszystko o rodzinie Darlingtona, ale nie powinien o tym mówić, Darlington nie powinien wiedzieć o Stevensie nic ponad fakt, że wywiązuje się ze służby wzorowo. Tymczasem Farraday wyraźnie próbuje co jakiś czas wciągnąć Stevensa w rozmowę o przeszłości Darlington Hall i jego właścicieli, co wprawia w konsternację kamerdynera, nienawykłego do luźnych i niezobowiązujących konwersacji z kimkolwiek. Co gorsza, Farraday próbuje żartować ze Stevensem, co jednak „nie mieści się w jego kompetencjach”, i podczas całej powieści kamerdyner próbuje wyćwiczyć w sobie tę niezwykłą i dla niego wyraźnie nową zdolność, jaką jest „swobodne i spontaniczne żartowanie”.

Ostatecznie Stevens postanawia wykorzystać tę niesamowitą okazję, jaką jest dla niego urlop – do tej pory służąc Darlingtonom miał jedynie sporadycznie wolny dzień – i wybiera się w podróż do dawnej gospodyni domu lordowskiej mości, panny Kenton, a obecnie pani Benn, aby zapytać ją, czy nie byłaby zainteresowana powrotem na służbę.

Nie od razu dowiadujemy się, co się stało z poprzednim właścicielem Darlington Hall; do czytelnika docierają strzępki informacji, dawkowane oszczędnie, aż ostatecznie wyłania się przygnębiający obraz skompromitowanego przez własną naiwność polityczną arystokraty, który nie zrozumiał, jak bardzo świat się zmienił po pierwszej wojnie światowej. Powodowany dobrymi chęciami – z osobistych pobudek – pragnął wzmocnienia Niemiec po traktacie wersalskim, nie zauważając, że jego polityczny sojusznik i sprzymierzeniec, czyli niemiecki ambasador i bliski współpracownik Hitlera, Ribbentrop, to również jeden z głównych twórców i filarów ruchu nazistowskiego, poczynającego sobie zarówno z oponentami politycznymi, jak i mniejszościami narodowymi, zwłaszcza Żydami, coraz śmielej. Opinie Darlingtona o Ribbentropie przypominają niektórych dzisiejszych polityków prawicowych – „porządni” obywatele o zdecydowanej i dominującej osobowości, a to ich zamiłowanie do swastyk i ogolonych na łyso kolegów, co pozdrawiają słońce, to taka oprawa plastyczna. Dopiero pod koniec książki dowiadujemy się z bardzo lakonicznych wzmianek, ze lord Darlington popełnił samobójstwo.

Monolog narratora, Stevensa, brzmi w przeważającej części niczym pompatyczna przemowa. Nadęty i napuszony ton, pełen przekonania o własnej ważności i wiedzy kontrastuje z licznymi deklaracjami całkowitego podporządkowania się osądowi pracodawców. Czasem słowa Stevensa wydają się próbką spisania Traktatu o Dobrym Kamerdynerze. Stevens nie poddaje w wątpliwość sensowności klasowości społeczeństwa brytyjskiego, swojego miejsca w hierarchii; on urodził się, by służyć. Często wspomina o stowarzyszeniu najlepszych kamerdynerów – Hayes Society, które zdaje się naśladować jakiś elitarny klub dżentelmenów, do którego zapewne należała część chlebodawców członków owego stowarzyszenia. Nie ma ono oczywiście takiego charakteru jak to, do którego należy Jeeves (niezapomniany bohater humoresek Woodehouse’a), a należący doń kamerdynerzy to typy traktujące swoją robotę bardzo poważnie. Co dziwne, Stevens oświadcza, że nie darzy go zbytnim entuzjazmem, ale nie wiemy dlaczego.

Stevens wygłasza liczne peany na temat powagi swojego zawodu, które brzmią dość śmiesznie. Oto kamerdyner to ktoś w rodzaju anioła stróża wielkich ludzi tego świata. Usuwa pyłki spod ich stóp, by ich wielkie mądre głowy mogły rozwiązywać problemy, których maluczcy nie ogarniają.

Podczas podróży do pani Benn, Stevens wydaje się nieporadną, wypuszczoną ze złotej klatki istotą. Zapomina o wodzie do chłodnicy samochodu lorda, o zaopatrzeniu się w benzynę, co kończy się przymusowym pobytem i noclegiem na przypadkowo napotkanej farmie. Opisy kontaktów Stevensa z miejscowymi rolnikami i mieszkańcami są komiczne. On jawi im się niemal jako książę z wysokiego zamku, on traktuje ich protekcjonalnie, jak feudał „dobrych ludzi”, którzy właśnie mu przynieśli w darze brudne kurze jajka. Dodatkowo Stevens podkoloryzowuje znaczenie swojej osoby i opowiada o swojej roli w Darlington Hall, jakby był równy lordom. Gdy ta mistyfikacja niemal wychodzi na jaw, okoliczny doktor, który rozszyfrował Stevensa, nie wydaje go jednak na pastwę kpin wieśniaków, uważając całe zajście za dobrą zabawę. Stevens unika mówienia, gdzie służył, czytelnik może się jedynie domyślać, iż nazwisko Darlington zostało skompromitowane z winy lorda paktującego z nazistami.

Podczas swoich rozważań na temat idealnej służby i nad idealnymi kandydatami do Hayes Society, Stevens zastanawia się nad tym, co cechuje „wielkich” kamerdynerów. Przede wszystkim służba „wielkiemu” panu, a więc konserwatywnej ostoi tego, co „brytyjskie”. Samo Hayes Society, przyciśnięte przez listy publikowane na łamach „Kwartalnika dżentelmena”, oświadcza, że rozpatruje kandydatury swoich członków zwracając uwagę na to, czy charakteryzuje ich „godność”. A czym jest owa godność? Tutaj następuje długie i szczegółowe omówienie owej cechy. Nie wynika ono jednakże z pewności własnego osądu, to raczej okazja do „wymądrzania się” Stevensa, nawet przed sobą samym. Jego monolog to napuszona przemowa, która nie ma w sobie niemal nic z osobistej intymnej refleksji o własnym życiu i wydarzeniach w Darlington Hall. Zatem Stevens próbuje opisać godność anegdotami z życia jego ojca i od niego poznanymi. Ojciec Stevensa, który służył razem z nim w Darlington Hall, był również kamerdynerem i Stevens junior uważał go za idealnego i pełnego godności pracownika. Owa godność polegała głównie na całkowitej dyskrecji, usuwaniu się w cień, ukrywaniu jak najlepiej najgłębszych emocji i całkowitym podporządkowaniu się klasie arystokratycznej. Opis cech składających się na godność według Stevensa, to nie jest po prostu pochwała dyscypliny pracy i perfekcjonizmu w swoim zawodzie. To znakomite studium samoupokorzenia i pozbawienia swojego życia sensu i znaczenia. Choćby lordowskie moście podpaliły cały glob ziemski i wymordowały ludzkość, kamerdyner z kamienną twarzą powinien podać im punktualnie herbatę, dbając o wypolerowane srebra stołowe.

Stevens nie poddaje w wątpliwość żadnej opinii czy zalecenia lorda Darlingtona. Jego usłużność i anormalny brak własnego zdania, czyni z niego bezwolną kukłę, która potrafi jedynie służyć. Jednak ta służba nie ma żadnej konotacji z przyjaźnią czy jakąkolwiek poufałością. Oczywiście lord Darlington może polecić Stevensowi, by uświadomił jego krewniaka dzień przed ślubem, jakby nie dowierzając, że dwudziestokilkulatek wychowany w brytyjskich internatach i wyedukowany poza domem, mógłby znać coś więcej niż opowieści o pszczółkach zapylających kwiatki, ale to po prostu jedno z zadań – z którego zresztą, mimo starań, kamerdyner nie wywiązuje się należycie. Niemniej jednak Stevens oczywiście nie ma żadnego prawa głosu ani krytyki wobec swojego chlebodawcy. Jak się wydaje w toku wydarzeń, w otoczeniu lorda Darlingtona, oprócz syna jego przyjaciela, dziennikarza Cardinala, niemal nikt nie zwrócił uwagi na fakt, że konszachty Darlingtona z niemieckimi faszystami są nie tylko co najmniej naganne, ale również ściągną na niego poważne problemy z racji oskarżeń o kolaborację z wrogiem.

Stevens jest całkowicie skupiony na problemach związanych z prowadzeniem domu Darlingtonów. Podczas podróży do pani Benn podziwia wspaniałe pejzaże angielskie – tu bardzo zabawnie autor pokazuje jego prowincjonalne myślenie w stylu „oglądałem albumy National Geographic ze zdjęciami egzotycznych miejsc, i nie umywają się one do łąk angielskich” – i wspomina rozmaite scenki z przeszłości, gdy spędzał swój wolny czas na rozmowach z panną Kenton. Dla czytelnika wymowa owych kontaktów jest raczej oczywista – Stevens podobał się jej, chciała go jakoś sprowokować do nieformalnych relacji, jakiejkolwiek deklaracji posiadania emocji. Ponadto bardzo bała się samotności. Nie miała rodziny oprócz jednej starszej ciotki, i gdy ta zmarła, Kenton zaczęła myśleć o małżeństwie, by zabezpieczyć swój byt na starość. Jej niemal rozpaczliwy flirt z zainteresowanym nią mężczyzną – i późniejszym mężem – był prowokacją wobec Stevensa, która miałaby go zmusić do decyzji, czy zależy mu na niej. Jednak Stevens nic takiego nie zauważył. Wspomina sobie, ale nie interpretuje w ogóle tego jako czegoś zabarwionego głębszymi uczuciami, nawet po latach jest zdezorientowany: o co mogło wtedy jej chodzić…

Stevens podczas swojej podróży na spotkanie z panią Benn, podczas rozmów z przypadkowo spotkanymi mieszkańcami okolic, jawi się niczym gość z innej planety. Wydaje się zupełnie nie zdawać sprawy z przemian, jakie zaszły w społeczeństwie brytyjskim podczas drugiej wojny światowej i po niej.

Kiedy w końcu Stevens dociera do Little Compton, gdzie w herbaciarni hotelu „Różany Ogródek” spotyka się z panią Benn, spędzają czas – oprócz picia nieodzownej herbatki – na wspominaniu starych dziejów i wspólnej służby w Darlington Hall. Ich rozmowa to majstersztyk przemilczania najgłębszych emocji i pomijania osobistych tematów. Pod koniec spotkania, kiedy już wiadomo, że pani Benn nie wróci na służbę do Darlington Hall, Stevens postanawia zdobyć tytuł mistrza empatii wszechczasów i ze śmiechem oświadcza swej towarzyszce złotych lat Darlington Hall, że przypomniał sobie „pewne stwierdzenie z pani listu. Czytając je, byłem lekko zaniepokojony, ale teraz widzę, że zupełnie niepotrzebnie” (s. 195). Kiedy pani Benn dopytuje Stevensa, o jakież to słowa chodzi, Stevens cytuje: „Reszta mego życia jest teraz dla mnie jedną wielką pustką”. Czytelnik jest świadomy, że te słowa napisała kobieta, która wyszła za mąż jedynie po to, by uciec przed samotnością przewidywaną jako przeznaczenie starszych ludzi, której małżeństwo było nieudane (wielokrotnie przebywała z mężem w nieformalnej separacji), ale Stevens zdaje się nie łączyć tych informacji ze smutkiem sączącym się z jej listów do niego. Pani Benn w odpowiedzi na ten jakże czuły objaw zainteresowania i współczucia ze strony Stevensa, oświadcza, widocznie próbując ukryć zmieszanie z zaskoczeniem („a jednak on jest z drewna”), że to niemożliwe, aby napisała takie słowa. Jej życie na pewno nie jest puste, cieszy się z pojawienia się na świecie wnuka i czeka na następnego. W końcu pani Benn pyta wprost: „Jaka przyszłość oczekuje pana po powrocie do Darlington Hall?” (s. 195). Odpowiedź Stevensa idealnie wpisuje się w jego sylwetkę idealnego kamerdynera, urodzonego by służyć – „Cóż, pani Benn, cokolwiek to będzie, nie czeka mnie pustka. Gdyby tak było! Ale nie, tylko praca, praca i jeszcze raz praca”. Jednak w ostatnich chwilach rozstania, w pełnej napięcia scenie, Stevens dokładniej wypytuje panią Benn o przyczyny żalu tak silnie bijącego z jej listów. Jego słowa, pełne uprzejmości, graniczące z prawdziwą troską, jaką można odczuwać o bliską osobę, ośmielają panią Benn do wyznania, które wygłasza tuż przed przybyciem autobusu mającego ją zabrać do rodzinnego domu, do męża. Tuż przed rozstaniem, być może już na zawsze, Stevens dowiaduje się, że pani Benn darzyła go uczuciem i pragnęła się z nim związać. „Wydaje mi się, że nie odpowiedziałem od razu, gdyż dopiero po chwili udało mi się zrozumieć w pełni znaczenie słów panny Kenton. Ponadto, jak mogą Państwo zauważyć, wnioski z nich płynące mogły wywołać u mnie pewien smutek. Cóż tu zresztą kryć – w owej chwili krwawiło mi serce” (s. 198). I w tym momencie Stevens zaskakuje swoją reakcją. Ukrywa perfekcyjnie swoją reakcję na jej słowa i nie daj poznać po sobie jak go poruszyły. Z uśmiechem na ustach pochwala jej rozsądek i decyzję pozostania przy mężu i rodzinie. Odmalowuje jej sytuację bytową jako jedną z najlepszych, jakie można sobie wyobrazić w jej wieku i sytuacji. Pociesza ją i zachęca do optymizmu, prosząc, by zadbała o siebie i wykorzystała pozostały jej czas na emeryturze na spokojne i szczęśliwe życie z bliskimi.

Wstrząśnięty słowami pani Benn, Stevens rozmyśla przez wiele godzin nad swoim życiem. W rozmowie z przypadkowym turystą na nadmorskim molo, wyznaje obcemu człowiekowi: „Jego lordowska mość [chodzi oczywiście o lorda Darlingtona, którego Stevens znalazł po tym, jak ten popełnił samobójstwo – przyp. S.R.] był człowiekiem odważnym. Obrał w życiu jakąś drogę, okazało się, że niesłuszną, ale przynajmniej coś wybrał. A ja? Ja nie mogę powiedzieć o sobie nawet tego. Bo widzi pan, ja wierzyłem, wierzyłem w mądrość jego lordowskiej mości. Przez wszystkie te lata, kiedy mu służyłem, wierzyłem, że robię coś, co warto. A tymczasem nie mogę nawet powiedzieć, że popełniałem własne błędy. Doprawdy – nasuwa się pytanie – i jakaż w tym godność?” (s. 201-202).

Jednakże krótka chwila refleksji o swoim życiu się kończy i Stevens wraca do swoich typowych rozważań na temat służby dla nowego pana. „Może rzeczywiście najwyższy czas z większym entuzjazmem zająć się sprawą żartowania”. Ostatnie słowa Stevensa w książce brzmią niczym wyznanie złamanego człowieka, który zdał sobie w pełni sprawę, że jego idealna służba nie ma żadnego związku z godnością – „Mam nadzieję, że po powrocie mego chlebodawcy sprawię mu przyjemną niespodziankę” (s. 203).

Sławomira Raczyńska

Kazuo Ishiguro, Okruchy dnia, przeł. Jan Rybicki, Prószyński i S-ka, Warszawa 1997. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 10 stycznia, 2012 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Los całkowicie przegrany. Agata Tuszyńska, „Oskarżona: Wiera Gran”

Z okładki książki Tuszyńskiej patrzy na nas młoda Wiera Gran, uwieczniona na promocyjnym zdjęciu kobieta piękna w nieco staroświeckim stylu, ze starannym makijażem. „Polska (?) Edith Piaf”, śpiewaczka z warszawskiego getta, była mi dotąd postacią zupełnie nieznaną. Wątpliwość dotycząca przed chwila wskazanego przydomku bierze się z faktu, iż Wiera Gran była polską Żydówką, o pochodzeniu ukraińskim bądź rosyjskim. Modyfikowała swą datę urodzenia, więc przyjmijmy przedział 1915–1919; zmarła w 2007 r. Tuszyńska daje nam możliwość poznania jej niezwykłych losów, jednocześnie budząc publikacją biografii ogromne kontrowersje. Przyjrzyjmy się Oskarżonej.

Młodziutka Gran pragnęła kariery tancerki, choćby kabaretowej, ale przez spowodowaną wypadkiem samochodowym kontuzję musiała się przerzucić na śpiew (dysponowała altem). Stawała na scenach w lokalach rozrywkowych, klubokawiarniach, z akompaniamentem fortepianowym. Podczas wojny zmieniły się warunki wykonywania takiej pracy. Na początku hitlerowcy zakazali występów, potem wprawdzie dozwolili, ale tylko na występy niewybredne, burleskowe, komediowe, kabaretowe. Gran, ze swym sentymentalnym repertuarem (np. Jej pierwszy bal) mogła powrócić na estradę. Tymczasem jednak utworzono warszawskie getto. Przeniosła się do niego z matką i siostrami praktycznie bez obaw, tym bardziej, że była to postawa powszechna wśród warszawskich Żydów, a poza tym represje nasilały się stopniowo, np. wpierw getto było otwarte.

Pieśniarka znalazła nowe zatrudnienie w obrębie murów. Jednym z jej akompaniatorów był Władysław Szpilman. Książka Tuszyńskiej za punkt wyjścia wzięła pytanie, dlaczego muzyk w swoich wspomnieniach (i Roman Polański w ich ekranizacji) zupełnie Gran pominął: współpracowali przecież przez kilka lat.

Lokale rozrywkowe w getcie to sprawa moralnie kłopotliwa: ich bywalcami byli ci, którzy się na tragicznej sytuacji bogacili, czyli nie tylko właściciele zakładów pogrzebowych (gdyż na nich w pierwszej kolejności wskazuje Tuszyńska), ale tez żydowscy współpracownicy gestapowców. „Panujące w gettowym środowisku artystycznym stosunki wykluczały staranną selekcję towarzyską”, cytuje Tuszyńska (s. 118) Życie surowo wzbronione Antoniego Marianowicza.

Wiera – jaką ją widzimy w Oskarżonej – była skromna, nieoddana szumnemu życiu towarzyskiemu, nieuwodząca, nieskłonna do bratania się z klientami, dla których śpiewała. Przed wojną związała się z Kazimierzem Jezierskim, lekarzem o żydowskich korzeniach (pochodzącym z zasymilowanej rodziny, o – jak widzimy – polsko brzmiącym nazwisku). Nie jest jasne, czy wzięli wcześniej we Lwowie ślub cywilny, czy jednak nie, jednak zawsze uchodzili za małżeństwo. Kazimierz nie trafił do getta, i po zamknięciu jego bram usilnie się starał Wierę z niego wyciągnąć. Udało mu się to po ponad roku (rodzina Wiery zginęła). Do końca wojny małżonkowie mieszkali w podwarszawskiej wsi, gdzie on praktykował, ona zaś postarała się o zmianę wyglądu, i uchodziła za katoliczkę, „panią doktorową”, niesympatyczną i trochę nie przy zdrowych zmysłach – by trzymać innych na dystans.

Po wojnie Wiera starała się powrócić do śpiewania, ale się okazało, że padło na nią odium, rozpoczęła się na nią nagonka jako na gestapowską konfidentkę – i dziwkę. Proces w żydowskim sądzie obywatelskim (Centralnego Komitetu Żydów Polskich), poprzedzony aresztowaniem proces w sądzie karnym PRL… Nieudane emigracje – trochę Paryż, trochę Nowy Jork, Londyn… Próbowała szczęścia także w Izraelu. Przez pół wieku wszędzie doganiały ją plotki, pomówienia, szykany. Brak dowodów winy, ale sytuacja była patowa – oskarżenia padały na podatny grunt i wrastały w życiorys Gran. Kobieta nie może się po wojnie cieszyć, że ocalała.

Czy wspomniane kontrowersje, jakie wzbudziła publikacja biografii, dotyczą tylko spraw wokół domniemanej kolaboracji? Nie! Otóż Tuszyńska dotarła do paryskiego mieszkanka Gran kilka lat przed śmiercią bohaterki. Pokazała ją od bardzo dosłownej, fizjologicznej strony – to, co jest najgorsze w starości. I wygląd, i stroje, i zagracenie mieszkania, i dziwactwa, i manię prześladowczą skądinąd przez lata kompletnie zaszczutej kobiety. Dość do drastyczne, szczególnie jeśli spojrzymy na zdjęcia ilustrujące książkę. (Dodam, że wydanie jest pełne reprodukcji i zdjęć. Ukazują nam Wierę na przestrzeni całego życia, dokumenty z jej spraw, okładki płyt, afisze, jej własne notatki). Pod koniec książki Tuszyńska towarzyszy Gran w domu starców dla francuskiej Polonii. Rejestruje bezlitośnie chylenie się życia ku kresowi.

Wierze mimo wszystko nie brakowało autoironii, jednak portret, jaki wyłania się z biografii, uznany został za niesmaczny, epatujący tym, co powinno pozostawać ukryte. Przecież chodzi o niegdysiejszą piękność, elegantkę scen, która w swych ostatnich latach ma na toaletce sztuczne rzęsy, pudry i podkłady, oraz leki na starcze, raczej wstydliwe dolegliwości, która w swych ostatnich miesiącach musi nosić pieluchę, i to ponad pas.

Tuszyńska nie żałuje odautorskich komentarzy; niektóre nie świadczą o reporterce najlepiej. Na przykład bezustannie podkreślane jest, jak długo na dany zbytkowny przedmiot musieliby harować „zwyczajni” ludzie pracy, a jak łatwo kosztowne zakupy przychodziły eleganckiej diwie (por. s. 62, 117 i in.). Nie budzi to oburzenia rzekomym uprzywilejowaniem pieśniarki, a raczej – zniesmaczenie małostkowością biografistki. Showbusiness zawsze oznaczał pewne pieniądze i rozbuchany styl, to zrozumiałe nawet w odniesieniu do niegdysiejszych scen warszawskich i warszawskich ulic.

Wszelako inne komentarze budzą uznanie staraniem, by wyważyć racje Gran i jej oskarżycieli. Autorka do końca nie opowiada się po jednej ze stron, dla mnie jednak książka broni racji bohaterki, ubolewa nad jej krzywdą.

Co jednak ze Szpilmanem (1911-2000)? To ciekawy wątek. Gran utrzymuje, że w pewnym momencie widziała go w roli pomocnika gestapowców, uczestnika brutalnych łapanek, który jednak nawet działając przemocą chronił swe dłonie pianisty. Po wojnie, gdy dostał doskonalą posadę w Polskim Radiu, w pierwszym spotkaniu z Gran wpierw się bardzo zdziwił, że ona przeżyła, potem odmówił jej radiowego angażu ze względu na oskarżenia o kolaborację. Zdezorientowana Gran zdała się na rady innych znajomych, i sama zgłosiła się do sądu prosząc o proces (została uniewinniona). Później była przekonana, że wówczas Szpilman chciał uprzedzić możliwy wymierzony w niego i jego wojenne postępowanie cios ze strony Gran. W samych swoich zeznaniach Szpilman jej nie oczerniał, jednak również nie zaświadczył o jej niewinności. Jak wspomniałam, burza się rozpętała na długo, a ostatnim jej akordem był film Pianista (2002).

Szpilman opracował i wydał swe wspomnienia, Śmierć miasta (1946), dzięki współpracy i wsparciu Jerzego Waldorffa, w późniejszych jednak latach, np. gdy dzięki staraniom jego syna, Andrzeja, zaczęły się ukazywać przekłady, wszystko zostało przypisane Władysławowi Szpilmanowi. To ma wedle Wiery Gran dowodzić, że nie był dobrym człowiekiem, że miał wiele do ukrycia i bał się konfrontacji, itp. Współczesne polskie edycje są również wydawane jako Pianista Szpilmana: zmiana pierwotnego tytułu, przekreślenie współsprawstwa Waldorffa, kolegi z redakcji Polskiego Radia. Tu kolejna interesująca, choć drobna kwestia. Tuszyńska wpierw ukazuje dysproporcje w powojennej pozycji Szpilmana i Gran: „teraz on rządził, a przynajmniej miał wpływ” (s. 265), sugerując szeroką sferę możliwości kształtowania przez Szpilmana powojennej rzeczywistości, gdy getto było już historią. Kilka stron później czytamy: „Po wojnie to Szpilman miał nieograniczoną władzę w radiu” (s. 269). A, w radiu. W redakcji muzycznej (w mniejszym, niż inne stopniu podatnej na upolitycznienie i naciski propagandy państwa stalinowskiego). Mimo wszystko jednak on mógł się cieszyć ze swego ocalenia.

I w książce, i w filmie Pianista Gran jest przemilczana, nieobecna: „Wyeliminował Wierę ze swojej książki. (…) Wykreślił ze swojego losu, jakby ich drogi nigdy się nie zetknęły” (s. 264). Tu zgrzyt. Tuszyńska kazała mi spytać się: no to co z tym Szpilmanem? Czytałam książkę, podziwiałam film. W co uwierzyć? Znielubić Szpilmana? Jestem daleka od patrzenia w kategoriach czerni i bieli, ponadto świat najtrudniejszych wymagający wyborów nie może być wspominany bez relatywizacji do jego nieludzkich warunków, ale dwie kompletnie sprzeczne relacje z tych samych czasów i – co więcej – podane w tych samych czasach nie mogą być jednocześnie prawdziwe. „Tam, gdzie pamięć spotka się z narodową tożsamością, leży grób, a w nim śmierć”, w nieco innym kontekście napisała Idith Zertal (s. 23).

Gran przyznaje, od początku, że raz zaśpiewała na domowej uroczystości pewnego wyjątkowo paskudnego kolaboranta (por. s. 116-117), ale nie donosiła ani się nie oddawała gestapowcom. Do występu została zmuszona i bała się o konsekwencje, gdyby np. uciekła („Jeśli ci głowa miła, nie odmawiaj” – doradził jej wtedy kolega; s. 117). Nie będę dodawać kolejnych szczegółów okoliczności tego zdarzenia, bo chciałam na tym przykładzie wskazać jedynie, że Gran była świadoma potencjalnego źródła rodzącego się oskarżenia. Jednak największą wagę przywiązywała do ludzkiej zawiści czy złośliwości, chęci szkodzenia w odruchu odrzucającym powszechną uwagę od win oskarżającego. Nie było to myślenie bezzasadne, o czym przekonuje nas lektura Narodu i śmierci Idith Zertal. Do Izraela Gran udała się w 1950 roku, kiedy pod presją grup tych, którzy przeżyli Zagładę i „domagali się sprawiedliwości i działań wobec „kolaborantów” (s. 109), wydano tam Ustawę o sądzeniu nazistów i ich pomocników. Jak przyznaje Zertal,

z deklarowanych intencji i ducha ustawy wynikało, że ocaleni z Zagłady będą mogli sami rozwiać podejrzenia i „oczyścić” w ten sposób atmosferę, jaka panowała w ich środowisku (s. 144).

Państwo stawało jednak często po stronie oskarżyciela, nie zaś podejrzanego.

Zauważmy, że narracja Tuszyńskiej snuta jest w sposób presuponujący znajomość po pierwsze, realiów życia w getcie, po wtóre, problematyki powojennego antysemityzmu w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (tu nacisk położony jest na aktywne organizowanie się Żydów, którzy przetrwali wojnę, okupację i Zagładę). Poszczególne postaci i nawiązania do pewnych zdarzeń pojawiają się na kartach Oskarżonej kilkukrotnie. Autorka czuje się w obowiązku powtarzać wyjaśnienia ich dotyczące, jakby obawiając się, że odbiorca okaże się nie dość uważny, by wszystkich i wszystko spamiętać. Nadaje to jej pracy ton redundancji – nie jest to bowiem książka możliwa do przyjęcia bez skupienia, w beztrosce myśli. To zbyt bolesna lektura.

Wydawałoby się, że to biografia dla zainteresowanych np. estradą przedwojenną czy ściśle, osobą Gran. Spośród różnych aspektów książki Tuszyńskiej, którymi mogłabym ją „otagować” najciekawszy dla mnie był temat losów Żydów w czasie wojny. Jednak nawet gdy ktoś nie jest zainteresowany ani diwami z dawnych lat, ani historią Żydów, ani biografizmem „kobiecym”, praca Tuszyńskiej musi wciągnąć, być może potem oburzyć, być może wzbudzić uznanie, ale to koniecznie trzeba przeczytać! Długi cień wojny, rzucany na egzystencję ocalonych, nie powinien rozproszyć się w niepamięci.

Paulina Szkudlarek

Agata Tuszyńska, Oskarżona: Wiera Gran, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010. Odwołania, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania. Tytuł recenzji zaczerpnęłam ze słów Tuszyńskiej – wywiad dostępny tu.

Odniesienia do Idith Zertal za: tejże, Naród i śmierć. Zagłada w dyskursie i polityce Izraela, przeł. z ang. i fr. Jan Maria Kłoczowski, Universitas, Kraków 2010.

Data wpisu: 7 stycznia, 2012 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Z prochu powstałeś, w kurz się obrócisz. P.D. James, „Śmierć każdego dnia”

Podczas pisania tej recenzji przeczytałam i obejrzałam parę wywiadów z Phyllis Dorothy James, jedną z najbardziej znanych i cenionych autorek brytyjskich kryminałów. Leciwa, blisko dziewięćdziesięcioletnia dama, ubrana w jasne kostiumiki a la królowa Elżbieta, wywiera sympatyczne wrażenie zapewne na zasadzie wizualnego stereotypu. Uprzejma, odpowiada krótko i wydawałoby się, precyzyjnie na pytania, ale jak podkreślają liczni dziennikarze, zawsze chroni swoją prywatność i niewiele mówi o swoim życiu rodzinnym, zwłaszcza o tragedii z przeszłości, jaką niewątpliwie było życie z mężem, który po powrocie z wojska po drugiej wojnie światowej popadł w ciężką depresję i popełnił samobójstwo, najprawdopodobniej w wyniku choroby. Jej stonowane wypowiedzi wskazują na konserwatywny światopogląd, co w połączeniu z jej pasją tworzenia powieści pełnych fizycznej i psychicznej przemocy, staje się niewysychającym źródłem natchnienia dla dziennikarskich pytań o jej spojrzenie na świat i ludzkie sprawy. P.D. James wydaje się delikatna, zdystansowana, niemal z troskliwą uwagą pochylającą się nad dziennikarskimi dywagacjami. Jednocześnie zachowuje czujność uważnej obserwatorki, o swoich poglądach mówi krótko i prosto. Tak, wierzy w Boga, Bóg jest miłością, a zdolność do miłości to najważniejsza zdolność człowieka. Poprawność polityczna to współczesny faszyzm. Kiedy dziennikarz „Guardiana” podśmiewa się, że arystokratka zajmuje się morderstwami i jednocześnie piastuje tytuł baronessy, James odpowiada, że to sprawa jej wyobraźni i nie widzi powodu, dla którego nie miałaby z niej korzystać, skoro jest pisarką. W innej wypowiedzi zastanawia się nad zmianą prawdopodobnego dla czytelnika powodu zbrodni – dawniej ujawnienie sekretu na temat czyjegoś życia seksualnego mogło być uznane za prawdopodobną przyczynę popychającą do zbrodni kogoś, kto ową tajemnicę chciał utrzymać (być może miała na myśli jeszcze lata siedemdziesiąte, kiedy wydano omawianą tutaj powieść Śmierć każdego dnia, w której przyczyną zdeterminowany zbrodniarz pragnie ukryć swój romans). Dzisiaj, jak zauważa P.D. James, informacje o życiu seksualnym sprzedaje się do gazet i nie ma już niczego co mogłoby zszokować czy zadziwić masowego odbiorcę. Na szczęście dla szacownej Baronessy Holland Park, uhonorowanej za swoją twórczość literacką tytułem arystokratycznym od angielskiej królowej, zbrodnia nadal jest opłacalna.

Zanim cokolwiek autorstwa P.D. James przeczytałam, trafiłam na sporo opinii o jej kryminałach typu – wspaniała, klasyczna, przenikliwa, głęboka, psychologiczna obserwacja, mistrzowsko napisane, i tak dalej, ad nauseam… Kiedy więc zabrałam się do pierwszej powieści James, którą miałam poznać, surowo upomniałam sama siebie, by odpowiednio godnie się zachować i cześć oddać tak wielce czcigodnej autorce. Ową książką był Całun dla pielęgniarki, czwarta z kolei powieść P.D. James o sprawach prowadzonych przez pupila jej wyobraźni pisarskiej, czyli nadinspektora Scotland Yardu, Adama Dalgliesha, opisywanego jako policjanta dżentelmena.

Nie od razu się zorientowałam, że akcja Całunu dla pielęgniarki toczy się w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku; najpierw byłam przekonana, że mam do czynienia z kryminałem w nieco historycznej dekoracji i wszystko dzieje się w wieku osiemnastym, dziewiętnastym. Nie była to tylko kwestia opisu warunków życia bohaterów – m. in. dwóch starszych pielęgniarek, które wydawały się mieszkać w muzeum wiktoriańskiego stylu, gdzie angielski sposób życia przechodził ze stereotypowego we wręcz groteskowy. Wrażenie, że czytam powieść sprzed dwóch wieków, miałam również podczas lektury kolejnych kryminałów P.D. James – Czarnej wieży i Intryg i żądz. Dlaczego?

Choć powieści James są skonstruowane bez zarzutu, z widocznie przemyślaną intrygą (w przeciwieństwie do np. metody Agathy Christie, która niemal do końca pisania kolejnego kryminału sama nie była pewna kto zabił, P.D. James od początku obsadza konkretną postać jako winną zbrodni), chociaż dialogi są dobrze napisane i pełne dosadnych wyrażeń, jakby to ujęła staromodna dama – nie można ustrzec się przed wrażeniem, że oglądam teatrzyk cieni, drewniane marionetki.

P.D. James nie potrafi wykreować chyba ani jednego bohatera, który mógłby zaintrygować czytelnika, o wzbudzeniu sympatii czy jakiegokolwiek mocniejszego uczucia nie wspominając („chciałbym czytać jak konsjerżka” napisał kiedyś Cioran mając na myśli przyjemność naiwnej lektury). Niestety, nawet jej superheros brytyjskiej policji, nadinspektor Scotland Yardu Adam Dalgliesh, choć stworzony według wzorowego przepisu na melodramat – wysoki, przystojny dżentelmen, którego żona umarła razem z ich nowonarodzonym dzieckiem, piszący w wolnych chwilach niepokojące, mroczne i nagradzane przez krytyków wiersze – obdarzony urokiem i charyzmą drewnianej deski. Biografia Dalgliesha, jego powodzenie podczas prowadzenia śledztwa czy takt, jakim się wykazuje podczas przesłuchiwania podejrzanych i świadków – skontrastowany z gruboskórnymi współpracownikami – obchodzą czytelnika tyle, ile fusy po herbacie sprzed dwóch wieków. Nie lepiej jest z bohaterką dwóch innych kryminałów P.D. James (być może miała powstać dłuższa seria), prywatną panią detektyw Cordelią Gray. Cordelia jest jedną z najbardziej irytujących bohaterek, na jakie kiedykolwiek trafiłam. Została wykreowana tak, jakby P.D. James chciała udowodnić „Acha, popatrzcie, kobiety nie nadają się na detektywów! Mówiłam!”.

Opinia o P.D. James jako znawczyni natury człowieka, która nie waha się zajrzeć w najmroczniejsze zakątki ludzkiej duszy być może bierze się z faktu, że autorka opisuje wszelkie romanse swych bohaterów. Moralność w wydaniu P.D. James można złośliwie streścić hasłem za każdym razem, gdy uprawiasz seks, NA PEWNO ginie kotek.

Choć autorka opisuje całkiem intrygująco ofiary, podejrzanych i świadków w każdej sprawie, nigdy nie budzą oni sympatii, co najwyżej współczucie wymieszane ze wstrętem – ze strony autorki, które oczywiście przenosi na swojego głównego bohatera, nadinspektora Dalgliesha. Jeden z dziennikarzy zapytał nawet P.D. James, czy jej sympatia stoi czasem po stronie morderców, ponieważ często w jej kryminałach zamordowani ludzie okazują się naprawdę nieprzyjemnymi, uciążliwymi ludźmi, za którymi mało kto zatęskni. Autorka oczywiście zaprzeczyła, akcentując fakt, że niezależnie od osobistych przywar, to zabity człowiek traci najwięcej i to, co mu zostało zabrane, jest stratą nie do odzyskania.

P.D. James przepracowała wiele lat jako urzędniczka (w urzędzie skarbowym i w szpitalu), stąd jej opisy zaplecza administracyjnego opisywanych miejsc – laboratorium czy państwowej szkoły pielęgniarskiej wydają się być wiarygodnie. Często poświęca sporo miejsca postaciom, które wydają się mieć jej cechy z przeszłości, jak Brenda Pridmore – młodym kobietom zatrudnionym na podrzędnych stanowiskach, które aby podjąć dalszą naukę, muszą przede wszystkim pokonać niechęć nastawionej tradycjonalistycznie najbliższej rodziny, która uważa, że kobiecie wykształcenie nie jest potrzebne. Jak sama powiedziała w wywiadzie dla „Guardiana”,zaczęła pisać w latach pięćdziesiątych. Zawsze marzyła o tym by być pisarką, ale zwlekała z tym, nigdy nie czując się wystarczająco dobra. Szokująco skromne słowa jak na osobę, która swoje powieści konstruuje właściwie bez zarzutów formalnych – moim zdaniem.

W Śmierci każdego dnia, wydanej w 1977 roku, oprócz intrygującej zagadki kryminalnej, czytelnik poznaje – jak się wydaje – realistycznie opisane początki współpracy angielskiej policji i laboratoriów naukowych, bez których współczesna kryminalistyka nie potrafi i nie może się już obejść. Frapujący jest opis śledztwa, w dekadzie, w której urodzili się aktualni trzydziestolatkowie, więc niby w naszych czasach, ale tuż przed zastosowaniem badań DNA – zatem niemal w prehistorii, w którym mimo sporej ilości materiałów dowodowych, w tym śladów krwi, nie ma możliwości stuprocentowego przypisania ich konkretnej osobie. Śmierć każdego dnia opowiada o brutalnym morderstwie popełnionym na pracowniku laboratorium naukowego, pracującego dla policji i pomagającego podczas rozwiązywania śledztw w sprawach najpoważniejszych przestępstw, jak morderstwa czy podpalenia. Frapujące są dialogi bohaterów pracujących w powieściowym laboratorium, o tym jak ciężko czasem było przekonać policję o przydatności usług placówki badawczej w rozwiązywaniu spraw kryminalnych. Jak ważne było, by badacz, który ustalił pochodzenie i przynależność próbek materiałów dowodowych zdobytych w śledztwie, potrafił wypaść przekonująco przed sądem i ławą przysięgłych – i co najważniejsze, by był w stanie wytłumaczyć przystępnie najczęściej niewykształconym ławnikom, na czym polegały jego badania i co mówią jego ustalenia.

Powieściowe laboratorium, nazwane od nazwiska założyciela, pułkownika Hoggatha, powstało w 1860 r., gdy jedynie nieliczni dostrzegali w nauce potencjał przydatny w kryminalistyce. Anegdotyczne wspominki o poprzednim szefie laboratorium, doktorze McIntyre, rysują zabawny obraz rubasznego żartownisia, który bardziej niż o procedury naukowe dbał o własny prestiż i wygody materialne. Obecny dyrektor Laboratorium Hoggatha, Howarth, wyłoniony podczas konkursu, choć z wykształcenia jest fizykiem teoretycznym, jest opisywany jako osoba mająca talenty menedżerskie, potrzebne do zarządzania niełatwym zespołem. Podczas śledztwa nie wychodzi na jaw jego niemal kazirodcza więź z piękną siostrą Domenicą, femme fatale całej powieści. Dalgliesh podczas śledztwa dowiaduje się, że ofiara morderstwa, doktor Lorrimer, był świetnym naukowcem, ale fatalnym współpracownikiem i apodyktycznym szefem dla swoich podwładnych. Doktor Lorrimer był pedantycznym, surowym starym kawalerem żyjącym z sędziwym i schorowanym ojcem. Nie miał przyjaciół, a chyba jedyną osobą wyrażającą się o nim ciepło po jego śmierci, była niedawno przyjęta do pracy recepcjonistka, młoda dziewczyna Brenda Pridmore, której naukowe ciągoty doktor Lorrimer bardzo wspierał – i nawet zapisał jej w testamencie pokaźną sumę na książki i edukację.

Strona po stronie, poznajemy historie mieszkańców małego miasteczka Chevisham, pracowników laboratorium Hoggatha i ich rodziny, wśród których jest sporo nieszczęśliwych istot na skraju załamania nerwowego. Na jaw wychodzą wszelkie tajemnice doktora Lorrimera, jego fatalna – bo jakże mogłoby być inaczej według P.D. James – namiętność do siostry nowego przełożonego, jego odtrącona miłość, która stała się obsesją… Scena, w której dowiadujemy się, że Domenica została przyłapana z kolejnym kochankiem przez Lorrimera w zabytkowej kaplicy, gdzie oddawała się lubieżnym zachciankom wśród płonących świec w opuszczonym przybytku boskim, jest majstersztykiem zgorszenia autorki – doprawdy, zło nie mogło przybrać potworniejszej maski!

Anachronizm (i mam tu na myśli nie tyle stan faktyczny/realia, ale to, jak współczesny odbiorca dzięki najnowszym powieściom i serialom kryminalnym może sobie wyobrażać przebieg śledztwa) procesu śledztwa nie wyznacza oczywiście jedynie fakt dopiero powstającej stałej współpracy policji kryminalnej z laboratoriami naukowymi czy stosowane metody badań. Czytelnik może się dowiedzieć w trakcie powieści, iż złamano wszelkie procedury śledcze, które może poznawać podczas oglądania licznych seriali kryminalnych – w przypadku serii CSI można mówić wręcz o kryminalnej science fiction. Oto laboratorium badawcze z powieści P.D. James nie jest całe objęte zabezpieczeniami antywłamaniowymi – o monitoringu oczywiście nie wspominając, a w tym samym ośrodku, w którym doszło do morderstwa, bada się nadal materiały dowodowe pochodzące z innych spraw o morderstwa. Osoby będące w kręgu podejrzeń, czyli naukowcy zatrudnieni w laboratorium – od początku bowiem wiadomo, że najprawdopodobniej zbrodnię popełnił ktoś ze współpracowników niesympatycznego i wręcz okrutnego doktora Lorrimera – nadal pracują na swoich stanowiskach, nikt im nie przeszkadza w wykonywaniu ich obowiązków, nie pojawia się cień podejrzenia, że sam fakt morderstwa w tym miejscu i prowadzonego śledztwa w tej sprawie kompromituje i dyskwalifikuje owo centrum badawcze jako pomocnika policji.

W wydawanych w Polsce powieściach uznanych brytyjskich autorek kryminałów – np. Agathy Christie, Caroline Graham – pojawiają się bohaterowie homoseksualni (w przeciwieństwie do polskich współczesnych powieści tego gatunku, wśród których autorzy najczęściej wolą się „nie wychylać”, i tworzą bohaterów będących zadziwiającą, ale „działającą” mieszanką mentalności postaci z serialu Klan i ciężkich, często maczoidalnych dowcipów portalu Joemonster). U Agathy Christie to „queers” przetłumaczeni na polski jako „dziwacy” (w starszych wydaniach; poza tym w czasach Christie był to synonim homoseksualisty), odmalowani jako komiczne, przegięte, ale sympatyczne zjawiska – wszak prawdziwi Brytyjczycy nie zwykli dziwić się zbyt wielu rzeczom. Caroline Graham portretuje rozmaite związki męsko–męskie, wśród których dramat goni dramat zakończony czasem ofiarami śmiertelnymi. Lepiej miewają się kobiety, których „pogłębiające się przyjaźnie” Graham ukazuje w znacznie cieplejszym świetle, sugerując, że jej bohaterki w nowych rodzących się związkach odnajdą nareszcie zrozumienie i wsparcie po traumatycznych przeżyciach. W Śmierci każdego dnia Adam Dalgliesh poznaje i przesłuchuje parę dwóch kobiet (w powieści nie pojawia się słowo „lesbijka”) i czuje do nich „instynktowną niechęć”. Prawdziwy dżentelmen z pana nadinspektora. Choć owa niechęć nie jest umotywowana, została zaznaczona przez autorkę, jako być może jej własny komentarz emocjonalny. Co prawda Dalgliesh nie czuje podobnej niechęci, gdy wychodzi na jaw, iż inspektor śledczy Doyle z Chevisham handlował na boku rekwirowanymi narkotykami i gdy okazało się, że był w czasie zbrodni na Lorrimerze blisko laboratorium, ponieważ udał się tam samochodem z poznaną kwadrans wcześniej kobietą na seks, no, ale przecież autorka wie, „jacy są mężczyźni”. P.D. James nie szczędzi wzruszających opisów niedoli, jakie zaznały obie wyżej opisywane kobiety i skromnych warunków, w jakich żyją. Adam Dalgliesh dowiaduje się też, że były szczęśliwe i się kochały, ale cóż, ten moralny występek P.D. James ukróciła okrutnym morderstwem na jednej z nich, według starych dobrych przepisów na literaturę umoralniającą.

Są okoliczności, w których lektura staroświecka w wymowie i zdezaktualizowana w treści (oczywiście w sensie anachronizmu, nie zaś dystansu czasowego, jaki minął od powstania danej książki) cieszy swoim urokiem. Nie jest to jednak przypadek P.D. James. Parafrazując światopoglądowe wypowiedzi autorki, jej książki z kurzu powstały i w kurz się obrócą.

Sławomira Raczyńska

P.D. James, Śmierć każdego dnia, przeł. Joanna Ociepka, Książnica, Katowice 1996.

Wywiad z P.D. James tu.

Data wpisu: 28 grudnia, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Xue Xinran, „Dobre kobiety z Chin”, Fabienne Verdier, „Pasażerka ciszy”

Chiny, kraj wciąż w ogromnej mierze nieznany, tajemniczy i w pewnym sensie również złowrogi, oglądany pod różnymi kątami, to wdzięczny temat dla literatury zaangażowanej, i niewątpliwie ukazuje się sporo godnych uwagi książek, szczególnie socjologizujących reportaży na jego temat. Ostatnio miałam okazję przeczytać dwa, opublikowane nakładem wydawnictwa W.A.B. w serii Terra Incognita: Xue Xinran, Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia, oraz Fabienne Verdier, Pasażerka ciszy. Dziesięć lat w Chinach.

Xue Xinran była na początku lat dziewięćdziesiątych dziennikarką radiową, która w swoim nadawanym późna porą programie, „Słowa na wieczornym wietrze”, poruszała kwestie kobiece, i była w tym pionierką. Po paru latach, w 1997 roku, wyjechała do Anglii, gdzie pracowała w jednym z ośrodków studiów azjatyckich. Zdecydowała się opublikować swoje radiowe opowieści w formie książkowej. Autorka nie kryje swego warsztatu. Wspomina, w jaki sposób pozyskiwała tematy, dokąd jeździła, kto do niej pisał, kto dzwonił, co się działo za kulisami, wśród koleżanek i kolegów z redakcji, etc. Opowiada o swoich reakcjach na poznawane historie, jak również o swojej szokującej – w świetle jej własnych przeżyć z przeszłości – naiwności.

Porusza wszelkie „dyżurne” tematy feministyczne, charakterystyczne dla wczesnego etapu świadomości konieczności emancypacji. Uwzględnijmy także chińską specyfikę. Czytamy zatem historię dzieci „reedukowanych”, prześladowanych za domniemane winy rodziców w epoce rewolucji kulturalnej. Czytamy o nieszczęśliwych zamążpójściach. O parach rozdzielanych przez władze na długie dziesięciolecia. O profesorach zsyłanych do najbardziej zapadłych prowincjonalnych wiosek. Wyjaśnijmy – prowincjonalna wioska równa się kompletnemu upokorzeniu i deklasacji.

Potem czytamy o zmienionych już Chinach: o tygrysicy biznesu, z sercem złamanym przez wiarołomnego partnera (dodajmy, że w swoim czasie cudzołóstwo, czyli związki niezawarte jako śluby za zezwoleniem organizacji partyjnej, było przestępstwem). O wartości dziewictwa. O powinnościach rodziców wobec dzieci i vice versa. O próbie zalegalizowania chińskiego stowarzyszenia homoseksualistów.

Zebrane relacje, wspomnienia, zwierzenia, układają się w obraz upiorny. Prześladowania, niszczenie dorobku myśli i zasobów materialnych, rozbijanie rodzin – ze strony rewolucjonistów. Jednocześnie kultywowanie mizoginicznych tradycji, wiara w przesądy i samopotwierdzające stereotypy…

Dziennikarka, świadoma wieloletnich praktyk spychania intelektualistów na sam dół drabiny społecznej, dziwi się, gdy kobietami znakomicie wykształconymi okazują się na przykład zbieraczka śmieci, która żyje na ulicy (rozdział „Śmieciarka”) i stara wieśniaczka, w ramach reedukacji wygnana z akademii muzycznej i zmuszona do małżeństwa z przypadkowym chłopem, życia z pracy fizycznej, w osadzie pod partyjną kontrolą. Kiedy się nad tym zastanowić, wydaje się, że Xinran wypierała możliwość, iż podobnego degradującego, odbierającego materialne podstawy bytu i prestiż mogłoby się przydarzyć także i jej. Czuć, że powierniczki Xinran nigdy wcześniej nie miały z kim porozmawiać – tak, powiernictwo bywa wzajemne. Dziennikarka i wysłuchuje, i obnaża się sama (w rozdziale „Dzieciństwo, którego nigdy nie zapomnę”).

Niektóre z życiorysów oceniamy jako dobrowolne lub pełne rezygnacji poddanie się tokowi wydarzeń, które były do uniknięcia, na przykład przy ciut większej autorefleksyjności czy dzięki aktom obyczajowego nonkonformizmu. Inne epatują grozą sytuacji wszelkiego rodzaju zastraszenia, zniewolenia, przymusu, szantażu, przemocy, czy nieopisywalnej nędzy. Autorka przez długi czas nie zawadzała władzom. Pracowita, chętnie przyjmowana we wszystkich miejscach, w których zbierała materiały do programów, awansująca w radiowej hierarchii. Zdarzało się jednak, że odmawiano jej zgody na emisję audycji na określony temat, na przykład o wpędzeniu w chorobę psychiczną córki generała Kuomingu („Córka kuomintangowskiego generała”). Trafiały się też problemy z cenzurą „na żywo”, na przykład gdy do programu zadzwoniła kobieta domagająca się depenalizacji homoseksualizmu i szacunku dla homoseksualistów, a co więcej, wymuszająca na prowadzącej sformułowania opinii w tych kwestiach (rozdział „Kobieta, która kochała kobiety”). W przypadku owej rozmowy telefonicznej nie zadziałała aparatura opóźniająca emisję. Xinran nie mogła na antenie zbyć rozmówczyni, dowodząc wobec rzesz słuchaczy funkcjonowania cenzury, nie chciała też podpaść przełożonym. W kontrolce oddechy wstrzymywała cała ekipa radia, łącznie z dyrektorem.

Autorka porusza jeszcze jeden obowiązkowy, klasyczny feministyczny temat: kobiety i religia („W co wierzą Chinki”). W przypadku Chinek, z którymi rozmawiała, raziła bezrefleksyjność i interesowność wynikająca nie z potrzeb duchowych, a z koniunkturalizmu. Na przykład respondentki mówiły, że warto zostać chrześcijaninem, bo chrześcijan jest na świecie tak wielu, „że coś w tym musi być”, albo że modlą się ludzie starzy i biedni, czyli ci, którzy mają o co prosić: „Jeśli się wzbogacę, nie będę niczego wyznawać. A jeśli dalej będę taka biedna, to zacznę” (odpowiednio s. 115 i 116).

Dobre kobiety… czytałam z przerażeniem walczącym o lepsze z ulgą. To mnie nie dotyczy, to nie nasz świat. Lektura była tym ciekawsza, że niewiele wcześniej miałam okazję przeczytać Pasażerkę ciszy, wspomnienia Fabienne Verdier, młodej absolwentki francuskiej uczelni artystycznej, która uznała, że fascynuje ją malarstwo chińskie i po przeczytaniu jednego klasycznego chińskiego traktatu filozoficznego wystarała się o stypendium w Syczuanie. Była tam przez dziesięć lat. Wpierw w miejscu, w którym ją umieszczono, czyli w akademii sztuk pięknych, w której deprecjonowano dawne osiągnięcia artystyczne i zniechęcano do kontynuacji tych dróg, potem uczyła się od zapomnianych emerytowanych profesorów. Stopniowo nauczyła się języka, towarzyska i otwarta, pozyskiwała znajomości i przyjaźnie, jednak – z odbiorczego punktu widzenia – bardzo komplikowała życie osobom odpowiedzialnym za jej pobyt, wszędzie się wyróżniała (siłą rzeczy, jako Francuzka) i przyciągała uwagę. Nieprawdopodobnie razi jej ignorancja (kompetencje ogólnokulturowe) i pretensjonalność: snobistyczne powoływanie się na przypadkowo dobierane i wyrwane z kontekstu lektury, powierzchowność sądów, wybujałe aspiracje kamuflowane pokorą wobec „starożytnej wiedzy i sztuki”, słowem, dziecinada.

Jednak opisy Verdier oddają fascynujące i przerażające realia Chin sprzed ćwierćwiecza zarówno jeśli chodzi o materialne podstawy bytu, jak i organizację społeczną.

Xinran wspominała, że impuls do publikacji Dobrych kobiet… dało jej czyjeś stwierdzenie o tym, jakoby w Chinach panowało równouprawnienie kobiet i mężczyzn. Pierwsza myśl: któż mógł dokonać takiej „oceny” na podstawie faktu noszenia przez wszystkich obowiązkowych, niwelujących gender „mundurków”? Druga myśl: łatwo obśmiać ignorancję, trudniej ją rozproszyć. Zarówno Xinran, jak i Verdier opowiadają o świecie definiowanym przez rozbudowane struktury hierarchizujące ludzi, oczywiście ukazując bezmiar krzywd. Co łączy te dwie relacje, to uświadamianie – mimochodem – skali triumfu propagandy. Obie autorki u startu nie zdawały sobie sprawy z tego, jaka jest realna sytuacja w Chinach, niemal na wiarę biorąc oficjalne przekazy. Zdobywanie lepszej orientacji współzachodziło ze staraniami o poszerzenie przestrzeni własnej swobody, wpierw dość „na oślep”, potem z coraz większą empatią wobec osób, które mogły ponosić represje owych cudzych starań.

Verdier opisuje ponadto swoje – lekkomyślne podejmowane – podróże na prowincję, na tereny zamieszkiwane przez mniejszości etniczne, nawet nie tyle zmarginalizowane co spisane na straty czy metodycznie wyniszczane. Zauważmy, iż w czasie chińskiej dekady „pasażerki ciszy” światowa opinia publiczna była już poruszona wiedzą o prześladowaniach Tybetańczyków. Dzięki działalności XIV Dalaj Lamy była to tematyka poruszana na forach poświęconych obronom praw człowieka, tylko bądź samej Verdier nieznana, bądź celowo przez nią pomijana. Malarka do dzisiaj zachowuje dobre kontakty z Chinami (ergo chińskimi władzami), i może z rozmysłem unikać w swych publikacjach tematów klasyfikowanych przez Chiny jako kontrowersyjne.

Xinran z kolei interesująco balansuje pomiędzy rejestrowaniem historii jednostkowych a ogólnospołeczną a nawet polityczną skalą systemowych represji. Z pozoru jest idealistką, ale jej umocowanie zawodowe daje jej pewną moc sprawczą. Zresztą gdy Verdier podróżuje po terenach, w których zachowały się specyficzne zwyczaje, widzi jedynie folklor i popełnia gafę za gafą, co pociąga za sobą dość poważne konsekwencje… dla osób jej towarzyszących. Kiedy zaś Xinran jedzie do biednej osady na Wzgórzu Wołania, robi to w ramach pewnego rodzaju konwoju pomocowego. Chodziło tam wprawdzie o – pardon, taka idea przyświecała misji – cywilizowanie zakątków zapomnianych przez rewolucję, jednak Xinran jest pokorną obserwatorką, niezostawiającą za sobą zgliszcz.

Polaryzacja, to jest pochwała postawy Xinran i deprecjacja Verdier, byłaby niesprawiedliwa, tu potrzeba balansu. Jednak od strony podejścia życiowego Pasażerka ciszy budzi więcej moralnych oporów. Dodajmy, że autorka pojęła się później pracy w ambasadzie, z jednej strony legitymizując chiński porządek świata, z drugiej podkopując go swoimi niekonwencjonalnymi działaniami, sprawiając kłopoty osobom trzecim. Po upływie zatrudnienia w służbach dyplomatycznych powróciła do Francji i poświęciła się malarstwu.

Wnioski z obu lektur nie mogą być odkrywcze: Chiny to kraj kontrastów. Rozwarstwienie i nierówności społeczne były bolączkami i przed Mao Zedongiem, i za rewolucji kulturalnej w późnych latach 1960., i po jej najcięższej fali, i po otwarciu się na kapitalizm, przy czym dojmująco brakuje krytyki niesprawiedliwości, i przeciwdziałania jej. Pierwszym krokiem ku temu może być rozpoznanie tematyki, na przykład próba diagnoz opartych na herstoriach (choć przyznam, że bardzo nie lubię tego terminu). Xinran wyszła z nimi ku odbiorcy zachodniemu, po tym, jak wzbogaciła swą perspektywą poznawczą udziałem w życiu społeczeństwa demokratycznego i przynajmniej w pewnej mierze starającego się respektować jednostkowe prawa i wolności. Daleka od mitologizacji i pseudomistycznych uniesień, wypowiada się w sprawach zasadniczych, porusza świadomość czytelników. Nie kieruje się marzeniem o samorozwoju, ale jak najlepiej rozumianym interesem zbiorowym.

Przywołajmy słynne słowa bell hooks dotyczące akademickich narracji werbalizujących przeżycia podmiotów podporządkowanych obcej sobie władzy ekonomicznej, przekształcającej się we władzę retoryczną i ideową: „No need to hear your voice when I can talk about you better than you can speak about yourself”*. Xinran nie ukazuje „dobrych kobiet z Chin” z pozycji swej wyższości. Jest jedną z nich, jej własna historia jest również wstrząsająca. Dostała szansę, by stać się rzeczniczką „głosów z ukrycia” (tak – przypomnijmy – brzmi podtytuł książki), i szansę wykorzystała.

Paulina Szkudlarek

Xue Xinran, Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia, przeł. z angielskiego Katarzyna Kulpa, W.A.B., Warszawa 2008.
Fabienne Verdier, Pasażerka ciszy. Dziesięć lat w Chinach, przeł. Krystyna Arustowicz, W.A.B., Warszawa 2007.

*Cytowany artykuł bell hooks ukazał się pod tytułem Margines jako miejsce radykalnego otwarcia w przekładzie Ewy Domańskiej, w „Literaturze na Świecie” nr 01-02/2008.

Data wpisu: 26 listopada, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Czy rybki są szczęśliwe, gdy pływa z nimi trup? Simon Leys, „Szczęście małych rybek”

Tytułowe szczęście małych rybek to temat anegdoty opowiadanej przez autora w pierwszym z felietonów składających się na tomik. W tej opowiastce dwóch chińskich uczonych przechadza się po moście nad rzeką i rozprawia o szczęściu małych rybek, wesoło pluskających w wodzie. Szybko jednak zaczynają dyskutować o słuszności takiego stwierdzenia – skąd mają wiedzieć, czym owo szczęście małych rybek jest? Dialog kończy się, moim zdaniem, raczej dwuznaczną konstatacją – iż samo sformułowanie takiego pytania sugeruje, iż zapytany zna odpowiedź, a ponadto, że nawet tak abstrakcyjne pytanie jak to: czym w ogóle jest „szczęście małych rybek”, może być rozstrzygnięte dzięki doświadczeniu. W moim odczuciu nie jest to jednak pochwała empirii, ale stwierdzenie, iż rozważanie pewnych problemów jest błędnym kołem – wychodzimy bowiem od niewiedzy i w niej pozostajemy, ponieważ nasze odpowiedzi są czystym zmyśleniem. Nie są korygowane przez doświadczenie, jest ono jedynie „wartością dodaną” do przypadkowych ustaleń. Króciutka anegdota, od której wziął się tytuł całego tomiku, może być uznana za swego rodzaju motto dla podejścia autora wobec poruszanej tematyki.

Simon Leys to pseudonim literacki Pierre’a Ryckmansa, „belgijskiego sinologa, pisarza i krytyka literackiego. Studiował prawo na Katolickim Uniwersytecie w Leuven, a następnie język, literaturę i sztukę chińską na Tajwanie. W 1970 roku osiedlił się w Australii”, czytam na skrzydełku okładki. Ach, cudownie, myślę sobie, oto literacki obieżyświat, który na dodatek jest z wykształcenia sinologiem i mieszka na kontynencie, na którym wszystko stoi do góry nogami. Pociągający lekkoduch, który swobodnie kojarzy klasyków myśli zachodniej z myślicielami chińskimi. Znawca filozofii i literatury, który nie wykorzystuje swojej wiedzy do tworzenia żelaznego gorsetu sztywnego systemu, w który ujmie posiadane informacje i w które zakuje rozmówców. Przyjemność czytania, przyjemność pisania, mogłoby się wydawać, że nieskażona polityką, rzeczywistością, prozą życia; jej jedynym celem jest rozkoszowanie się lekkością myśli. Już niemal widziałam musicalową wstawkę w moim czytelniczym życiu, w której niesiona entuzjazmem polatuję przez piękny ogród by zatrzymać się nad cudnym oczkiem wodnym migoczącym złotem rybich łusek, kiedy kolejne strony książki uświadomiły mi, że w tym uroczym stawie pływa wzdęty od rozkładu trup.

Na początku czytałam „Szczęście małych rybek” z wielką przyjemnością, która jednak nie uśpiła mojego wrodzonego i męczącego zarówno mnie, jak i innych, krytycyzmu. Krótkie felietony były sympatyczną lekturą ciekawych spostrzeżeń rzucanych jakby od niechcenia, niczym w rozmowie, której nie dokończyło się, ponieważ rozmówca nie chce przesądzać ani kończyć namysłu nad żadną z poruszanych kwestii. Tu i ówdzie pojawiły się co prawda „żelazne punkty programu każdego erudyty” (Goethe, Proust, Swift, Wagner, etc. – tak na wszelki wypadek, by nie dać umrzeć tym nazwiskom), jednak całość nie jest powtórką z rozrywki. Niejaki brak planu, nienarzucanie jedynej koncepcji widzenia tematów, to wielkie plusy. Styl niemal potoczny, lekki, bezpośredni, ale jednocześnie dość bezosobowy, przeskakiwanie z cytatu na cytat chwilami zaskakuje doborem przywoływanych autorów, a chwilami zastanawia, na ile to jeszcze erudycja, a na ile myślotok, dziki bluszcz, którego nie przycina ani nie ogarnia ogrodnik.

Niefortunnie brzmią słowa autora potępiające rasizm i seksizm, ponieważ zdarzają mu się seksistowskie komentarze, niewinnie przemycane w cytatach, najchętniej puentujących dany fragment rozważań (recenzja jest jak naga kobieta, zakonnicy życzy się, by jej synowie zaszli wysoko w kościelnej hierarchii, na karierze instrumentalistki najbardziej zaważyło to, iż niegdyś zwrócono się do niej „proszę pana”, etc.). Tymczasem być może za rasizm można uznać to,f co chyba najbardziej wstrząsające – pomijanie, niedostrzeganie aktualnych problemów społecznych i kulturowych, o czym piszę niżej. O ile więc miałam ochotę przymknąć oko na ewidentne wpadki rodem z repertuaru „dżentelmena” z początku dwudziestego wieku, niektóre rozważania autora niestety zaliczam raczej do utyskiwań w rodzaju nieszczęsnych „refleksji” Jana Turnaua aka „Jonasza” w „Gazecie Wyborczej”. Leys wstrząśnięty sytuacją Chin podczas maoistowskiej rewolucji kulturalnej (krótko o tym można przeczytać tutaj i tutaj) nie otworzył jednakowoż swych mądrych ocząt na tyle, by dostrzec dwuznaczność swoich pasji intelektualnych. W wywiadzie z 2011 roku dla „China Heritage Quarterly”, Leys opowiada o swoich aktualnych lekturach – dowiadujemy się, że czyta niejakiego „Leszka Kolekowskiego” (ale może ta literówka nie jest winą jego, tylko internetowego dziennika), ale również eseje Ciorana. Biorąc pod uwagę fakt, że posługuje się językiem francuskim, a także wydaje się żywo zainteresowany ideą „docierania do prawdy”, szkoda, że nie przeczytał na temat autora sardonicznych maksym znakomitej książki Alexandry Laignel–Lavastine „Cioran, Eliade, Ionesco: o zapominaniu faszyzmu. Trzech intelektualistów rumuńskich w dziejowej zawierusze” (przeł. Ireneusz Kania, Universitas, Kraków 2010), która wyszła we Francji w 2002 roku. Być może nie byłby tak entuzjastyczny wobec ideologa rumuńskiej faszystowskiej Żelaznej Gwardii, który nigdy – co bardzo przekonująco udowadnia Laignel–Lavastine – nie odciął się od swojej przeszłości, wręcz przeciwnie, na emigracji robił, co tylko możliwe, by uniknąć spotkania z rodakami, którzy uciekli z Rumunii z innych niż on powodów, i doskonale pamiętali, kogo swego czasu czcił i wychwalał błyskotliwy Emil.

Powrócę raz jeszcze do tytułowej anegdotki, która się pojawia w felietonie otwierającym tomik „Szczęście małych rybek. Wiedza z wysokości mostu”. Subtelna przypowieść chińska może być odczytana tak: nikt nie jest w stanie stać się szczęśliwą rybką, ale każdy zna prawdę o jej samopoczuciu/stanie. Ale uczony może opowiedzieć o swojej próbie zrozumienia czy wyobrażenia sobie tego stanu. Leys opowiada się przy okazji przeciwko rugowaniu z nauczania instytucjonalnego sądów wartościujących jako bezprawnych. Według niego byłoby to równoznaczne ze zgonem samej idei uniwersytetu. Ironicznie cytuje w tym kontekście Wiktora Hugo „Każdy uczony jest trochę trupem” (s. 11), co w przypadku Leysa muszę niestety potwierdzić, iż jest może nie tylko „trochę” trupem intelektualnym. Dlaczego? Wielokrotnie lamentuje nad zwycięstwem poprawności politycznej, która przyczynia się nie tylko do usuwania pewnych „idei” z przekazywanych na uczelniach treści, ale również podważa prawo i reguły ocen, które niegdyś funkcjonowały i dominowały. W kontekście osobistych doświadczeń Leysa można by doszukiwać się w jego obronie swego rodzaju oporu wobec czegoś, co mu się kojarzy z kulturalną rewolucją maoistowskich Chin, której przez pewien czas był bezpośrednim świadkiem. Jednak Leys nie odwołuje się do swojej biografii. Moim zdaniem Leys nie potrafi diagnozować przemian współczesnego świata i myśli humanistycznej, o czym świadczy nie tylko wybierana przez niego tematyka, ale uporczywe niedostrzeganie przyczyn tego, co łatwiej mu nazwać „upadkiem”, niż próbować zrozumieć. Nie chce zauważyć, że ów zgon idei uniwersytetu (s. 11) następuje również z powodu braku odpowiedzialności i wyobraźni moralnej intelektualistów zachodnich. Społeczeństwo, a raczej siły konserwatywne kładące nacisk na wagę i powagę autorytetu, wskazując jego źródła, skrajnie nieodpowiedzialnie skazują strony mające owych autorytetów słuchać, na powtarzanie błędów i odklejanie się od zmian następujących w świecie. Rzecz nie w tym, że zmiany są na lepsze czy gorsze, one są zawsze; rewolty nastają, gdy udawanie, że tych zmian nie ma, posuwa się za daleko.

Opinie Leysa na temat współczesności charakteryzuje przede wszystkim brak wrażliwości społecznej – która przydaje się, gdy przemawia z wysokości uczonego Zachodu, chrześcijańskiego obrońcy platońskiej prawdy – na tematy społeczne właśnie. Pomijając wpadkę z chwaleniem mądrości Ciorana, Leys przybiera pozy misjonarza niosącego kaganek oświaty, który zauważa tylko podobnych sobie na ziemi niczyjej. Spójrzmy np. na felieton „Wycieczka do Nowej Anglii”. Oto autor zauważa, że niesłusznie zarzuca się Ameryce (w domyśle: USA) bycie młodą, niedojrzałą kulturą, której brak wyrafinowania i doświadczenia pozwalającego na prowadzenie bardziej humanitarnej i niepozbawionej wyobraźni polityki zagranicznej. A przecież, zauważa Leys, „istniała również ‘stara’ Ameryka, której wyrafinowanie w niczym nie ustępowały wyrafinowaniu i humanizmowi jej europejskich kuzynów” (s. 13). „No jasne” – myślę sobie. – „Ponad 124 plemion Amerykanów rdzennych w samej Ameryce Północnej i wielkie kultury ludów Ameryki Południowej w czasach przed Kolumbem”, ale autor szybko rozwiewa moje naiwne podejście, bowiem pisze, że ma na myśli tzw. „Nową Anglię”, czyli region Stanów Zjednoczonych nazywany przez Amerykanów kolebką ich współczesnej kultury i świadomości odrębności kulturowej wobec Europy, z której przybyli oni bądź ich przodkowie. Ale może należy przyznać rację Leysowi, bo przecież ludność współczesnej Ameryki nie wyrosła na doświadczeniu i kulturze jej rdzennych mieszkańców: nie ma niemal żadnej kontynuacji, nie ma pełnoprawnego odniesienia; to kultura wyrosła na krwawym podboju, bezwzględnym rabunku w imię zamorskich imperiów chrześcijańskich. Słusznie, że wierzący i praktykujący katolik Leys – jak sam siebie opisuje – nie wspomina o jakichś tam brudnych poganach.

Pochodzący z Belgii autor powinien coś niecoś słyszeć na temat problematyki kolonializmu i postkolonializmu, zwłaszcza, że na dodatek osiadł w Australii, gdzie dramatyczna sytuacja ekonomiczna i społeczna znacznej większości jej rdzennych mieszkańców jest szokującą i smutną codziennością. Lata siedemdziesiąte XX w., w których Leys zamieszkał na kontynencie Aborygenów, to czas, gdy potomkowie białych przybyszów ze „starego świata” zaczęli sobie stopniowo uświadamiać, że biedna, niedouczona, mająca problem z alkoholem, narkotykami i przemocą miejscowa czarna mniejszość etniczna, nie znalazła się w tak pożałowania godnym położeniu z własnej woli, z własnego wyboru, ale jest to konsekwencja agresji najeźdźców, którzy „odkryli” Australię w podobnym stylu, jak swego czasu Ameryki. Jednak w eseju o ciekawym w tym kontekście tytule „O kłamstwach, które mówią prawdę”, a który pierwotnie był referatem na doroczną konferencję australijskiego Sądu Najwyższego w 2007 roku (gdzie Leys wygłosił go pod innym tytułem: „Prawdy historyczne i inne”), autor nawet się nie zająknął o jak najbardziej aktualnym problemie australijskiego społeczeństwa, podzielonego i skonfliktowanego. Nie wierzę, że ta tematyka była mu zupełnie obca, że nie zetknął się z nią, choćby dlatego, że w tym czasie nie dyskutowano o tym w Australii, bowiem właśnie w 2007 roku ława przysięgłych w australijskim Townville, po trzyletnim procesie uznała sierżanta policji, Chrisa Hurleya za niewinnego w sprawie śmierci aresztowanego Aborygena Camerona Doomadgee w 2004 roku. Był to pierwszy w historii Australii proces oskarżający policjanta o spowodowanie śmierci aresztanta. Historia stała się bardzo głośna nie tylko na kontynencie australijskim, a sam proces, a także jak do niego doszło i co się stało bezpośrednio po nim, opisała we wstrząsającej książce „Wysoki. Śmierć Camerona Doomadgee” Chloe Hooper (przeł. Agnieszka Nowakowska, Czarne, Wołowiec 2010). W tej relacji nic nie jest czarno–białe; jak powiedziała autorka: „pewne jest jedno prawdę o tym, co tam się stało, zna tylko dwóch ludzi, z których jeden nie żyje” (całość wywiadu z Hooper tutaj). W roku 2009 wznowiono śledztwo, analizujące po raz kolejny dowody i zeznania świadków. Hooper, laureatka wielu nagród, w Polsce nominowana do Nagrody im. Kapuścińskiego, opowiada w wywiadach o procesie tworzenia swojej książki i podkreśla, jak niewiele biali mieszkańcy Australii wiedzą o Aborygenach, jak mało interesują się ich sytuacją i dziejami, jak błogo nieświadomi są wzajemnych relacji i tego, w jaki sposób biali przybysze zdobyli supremację na „terra nulla”. Śledztwo w sprawie śmierci Camerona Doomadgee to śledztwo w sprawie kłamstw, to bardzo skomplikowana historia, na którą składają się między innymi nigdy nie „przetrawiona” historia prześladowań kolonialnych, jakich doznali i doznają Aborygeni. Zresztą zwróćmy uwagę na samo nazewnictwo: Australijczycy – nie wymaga to dodatkowych opisów, Aborygeni – nie brzmi jak „Australijczycy”, przez sam rozdźwięk nazwy gdzieś pozostaje sugestia, że oni nie mają prawa do swojej ziemi.

Jednakże ta bulwersująca i nader aktualna sprawa nie doczekała się nawet najmniejszej wzmianki w referacie Leysa, a raczej – jeśli się doczekała, to o tym nie wiemy (Leys nie odnotowuje, na ile różne są wersje jego eseju – w książce i referatu, który wygłosił). Dowiadujemy się natomiast, ze autor uznał za stosowne wspomnieć o… stalinizmie i hitleryzmie. Jak wiadomo, Australia straszliwie wycierpiała podczas Zimnej Wojny, a Trzecia Rzesza jak tylko zajęła niemal całą Europę, planowała natychmiastowy desant na kontynent australijski. Pisarz nie ma oczywiście żadnego obowiązku być sprawozdawcą politycznym swoich czasów, niemniej jednak jeśli udaje skromnego, ale jednocześnie obytego intelektualistę, radego, by przedstawicieli australijskiej palestry uraczyć godnym zapamiętania referatem o dążeniu do prawdy i o naturze kłamstwa, przy jednoczesnym odwołaniu się do historii północnoatlantyckiej kultury, byłoby cudownie nie zapominać o tym, gdzie i kiedy o tym opowiada. Zbiór felietonów „Szczęście małych rybek” nie jest tylko przyznaniem się, że humanistyka mówi o rzeczach, na których nie ma prawa się znać – czyli dysponować jakimiś ostatecznymi odpowiedziami na prawidłowo postawione pytania. Czytelnik wie, że humanista to uroczy oszust, który zrobił ze śmietnika smoczą górę klejnotów. Problem w tym, że wybór tej tytułowej anegdoty świadczy o kierowaniu myśli i uwagi autora „zawsze gdzieś indziej, zawsze dalej”, nigdy tam, gdzie faktycznie przebywa. Ironicznie, lubując się w klasykach literatury zachodniej, Leys wybiera często cytaty doskonale go opisujące. Trochę niczym obywatel Laputy Swifta, trochę niczym trup z balzakowskiej metafory uczonego.

Sławomira Raczyńska

Simon Leys, Szczęście małych rybek. Listy z Antypodów. O literaturze i nie tylko, przeł. Wiktor Dłuski, Drzewo Babel, Warszawa 2011. Wszystkie nieoznaczone cytaty i odwołania pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 29 sierpnia, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Czy rybki są szczęśliwe, gdy pływa z nimi trup? Simon Leys, „Szczęście małych rybek”

Tytułowe szczęście małych rybek to temat anegdoty opowiadanej przez autora w pierwszym z felietonów składających się na tomik. W tej opowiastce dwóch chińskich uczonych przechadza się po moście nad rzeką i rozprawia o szczęściu małych rybek, wesoło pluskających w wodzie. Szybko jednak zaczynają dyskutować o słuszności takiego stwierdzenia – skąd mają wiedzieć, czym owo szczęście małych rybek jest? Dialog kończy się, moim zdaniem, raczej dwuznaczną konstatacją – iż samo sformułowanie takiego pytania sugeruje, iż zapytany zna odpowiedź, a ponadto, że nawet tak abstrakcyjne pytanie jak to: czym w ogóle jest „szczęście małych rybek”, może być rozstrzygnięte dzięki doświadczeniu. W moim odczuciu nie jest to jednak pochwała empirii, ale stwierdzenie, iż rozważanie pewnych problemów jest błędnym kołem – wychodzimy bowiem od niewiedzy i w niej pozostajemy, ponieważ nasze odpowiedzi są czystym zmyśleniem. Nie są korygowane przez doświadczenie, jest ono jedynie „wartością dodaną” do przypadkowych ustaleń. Króciutka anegdota, od której wziął się tytuł całego tomiku, może być uznana za swego rodzaju motto dla podejścia autora wobec poruszanej tematyki.

Simon Leys to pseudonim literacki Pierre’a Ryckmansa, „belgijskiego sinologa, pisarza i krytyka literackiego. Studiował prawo na Katolickim Uniwersytecie w Leuven, a następnie język, literaturę i sztukę chińską na Tajwanie. W 1970 roku osiedlił się w Australii”, czytam na skrzydełku okładki. Ach, cudownie, myślę sobie, oto literacki obieżyświat, który na dodatek jest z wykształcenia sinologiem i mieszka na kontynencie, na którym wszystko stoi do góry nogami. Pociągający lekkoduch, który swobodnie kojarzy klasyków myśli zachodniej z myślicielami chińskimi. Znawca filozofii i literatury, który nie wykorzystuje swojej wiedzy do tworzenia żelaznego gorsetu sztywnego systemu, w który ujmie posiadane informacje i w które zakuje rozmówców. Przyjemność czytania, przyjemność pisania, mogłoby się wydawać, że nieskażona polityką, rzeczywistością, prozą życia; jej jedynym celem jest rozkoszowanie się lekkością myśli. Już niemal widziałam musicalową wstawkę w moim czytelniczym życiu, w której niesiona entuzjazmem polatuję przez piękny ogród by zatrzymać się nad cudnym oczkiem wodnym migoczącym złotem rybich łusek, kiedy kolejne strony książki uświadomiły mi, że w tym uroczym stawie pływa wzdęty od rozkładu trup.

Na początku czytałam „Szczęście małych rybek” z wielką przyjemnością, która jednak nie uśpiła mojego wrodzonego i męczącego zarówno mnie, jak i innych, krytycyzmu. Krótkie felietony były sympatyczną lekturą ciekawych spostrzeżeń rzucanych jakby od niechcenia, niczym w rozmowie, której nie dokończyło się, ponieważ rozmówca nie chce przesądzać ani kończyć namysłu nad żadną z poruszanych kwestii. Tu i ówdzie pojawiły się co prawda „żelazne punkty programu każdego erudyty” (Goethe, Proust, Swift, Wagner, etc. – tak na wszelki wypadek, by nie dać umrzeć tym nazwiskom), jednak całość nie jest powtórką z rozrywki. Niejaki brak planu, nienarzucanie jedynej koncepcji widzenia tematów, to wielkie plusy. Styl niemal potoczny, lekki, bezpośredni, ale jednocześnie dość bezosobowy, przeskakiwanie z cytatu na cytat chwilami zaskakuje doborem przywoływanych autorów, a chwilami zastanawia, na ile to jeszcze erudycja, a na ile myślotok, dziki bluszcz, którego nie przycina ani nie ogarnia ogrodnik.

Niefortunnie brzmią słowa autora potępiające rasizm i seksizm, ponieważ zdarzają mu się seksistowskie komentarze, niewinnie przemycane w cytatach, najchętniej puentujących dany fragment rozważań (recenzja jest jak naga kobieta, zakonnicy życzy się, by jej synowie zaszli wysoko w kościelnej hierarchii, na karierze instrumentalistki najbardziej zaważyło to, iż niegdyś zwrócono się do niej „proszę pana”, etc.). Tymczasem być może za rasizm można uznać to,f co chyba najbardziej wstrząsające – pomijanie, niedostrzeganie aktualnych problemów społecznych i kulturowych, o czym piszę niżej. O ile więc miałam ochotę przymknąć oko na ewidentne wpadki rodem z repertuaru „dżentelmena” z początku dwudziestego wieku, niektóre rozważania autora niestety zaliczam raczej do utyskiwań w rodzaju nieszczęsnych „refleksji” Jana Turnaua aka „Jonasza” w „Gazecie Wyborczej”. Leys wstrząśnięty sytuacją Chin podczas maoistowskiej rewolucji kulturalnej (krótko o tym można przeczytać tutaj i tutaj) nie otworzył jednakowoż swych mądrych ocząt na tyle, by dostrzec dwuznaczność swoich pasji intelektualnych. W wywiadzie z 2011 roku dla „China Heritage Quarterly”, Leys opowiada o swoich aktualnych lekturach – dowiadujemy się, że czyta niejakiego „Leszka Kolekowskiego” (ale może ta literówka nie jest winą jego, tylko internetowego dziennika), ale również eseje Ciorana. Biorąc pod uwagę fakt, że posługuje się językiem francuskim, a także wydaje się żywo zainteresowany ideą „docierania do prawdy”, szkoda, że nie przeczytał na temat autora sardonicznych maksym znakomitej książki Alexandry Laignel–Lavastine „Cioran, Eliade, Ionesco: o zapominaniu faszyzmu. Trzech intelektualistów rumuńskich w dziejowej zawierusze” (przeł. Ireneusz Kania, Universitas, Kraków 2010), która wyszła we Francji w 2002 roku. Być może nie byłby tak entuzjastyczny wobec ideologa rumuńskiej faszystowskiej Żelaznej Gwardii, który nigdy – co bardzo przekonująco udowadnia Laignel–Lavastine – nie odciął się od swojej przeszłości, wręcz przeciwnie, na emigracji robił, co tylko możliwe, by uniknąć spotkania z rodakami, którzy uciekli z Rumunii z innych niż on powodów, i doskonale pamiętali, kogo swego czasu czcił i wychwalał błyskotliwy Emil.

Powrócę raz jeszcze do tytułowej anegdotki, która się pojawia w felietonie otwierającym tomik „Szczęście małych rybek. Wiedza z wysokości mostu”. Subtelna przypowieść chińska może być odczytana tak: nikt nie jest w stanie stać się szczęśliwą rybką, ale każdy zna prawdę o jej samopoczuciu/stanie. Ale uczony może opowiedzieć o swojej próbie zrozumienia czy wyobrażenia sobie tego stanu. Leys opowiada się przy okazji przeciwko rugowaniu z nauczania instytucjonalnego sądów wartościujących jako bezprawnych. Według niego byłoby to równoznaczne ze zgonem samej idei uniwersytetu. Ironicznie cytuje w tym kontekście Wiktora Hugo „Każdy uczony jest trochę trupem” (s. 11), co w przypadku Leysa muszę niestety potwierdzić, iż jest może nie tylko „trochę” trupem intelektualnym. Dlaczego? Wielokrotnie lamentuje nad zwycięstwem poprawności politycznej, która przyczynia się nie tylko do usuwania pewnych „idei” z przekazywanych na uczelniach treści, ale również podważa prawo i reguły ocen, które niegdyś funkcjonowały i dominowały. W kontekście osobistych doświadczeń Leysa można by doszukiwać się w jego obronie swego rodzaju oporu wobec czegoś, co mu się kojarzy z kulturalną rewolucją maoistowskich Chin, której przez pewien czas był bezpośrednim świadkiem. Jednak Leys nie odwołuje się do swojej biografii. Moim zdaniem Leys nie potrafi diagnozować przemian współczesnego świata i myśli humanistycznej, o czym świadczy nie tylko wybierana przez niego tematyka, ale uporczywe niedostrzeganie przyczyn tego, co łatwiej mu nazwać „upadkiem”, niż próbować zrozumieć. Nie chce zauważyć, że ów zgon idei uniwersytetu (s. 11) następuje również z powodu braku odpowiedzialności i wyobraźni moralnej intelektualistów zachodnich. Społeczeństwo, a raczej siły konserwatywne kładące nacisk na wagę i powagę autorytetu, wskazując jego źródła, skrajnie nieodpowiedzialnie skazują strony mające owych autorytetów słuchać, na powtarzanie błędów i odklejanie się od zmian następujących w świecie. Rzecz nie w tym, że zmiany są na lepsze czy gorsze, one są zawsze; rewolty nastają, gdy udawanie, że tych zmian nie ma, posuwa się za daleko.

Opinie Leysa na temat współczesności charakteryzuje przede wszystkim brak wrażliwości społecznej – która przydaje się, gdy przemawia z wysokości uczonego Zachodu, chrześcijańskiego obrońcy platońskiej prawdy – na tematy społeczne właśnie. Pomijając wpadkę z chwaleniem mądrości Ciorana, Leys przybiera pozy misjonarza niosącego kaganek oświaty, który zauważa tylko podobnych sobie na ziemi niczyjej. Spójrzmy np. na felieton „Wycieczka do Nowej Anglii”. Oto autor zauważa, że niesłusznie zarzuca się Ameryce (w domyśle: USA) bycie młodą, niedojrzałą kulturą, której brak wyrafinowania i doświadczenia pozwalającego na prowadzenie bardziej humanitarnej i niepozbawionej wyobraźni polityki zagranicznej. A przecież, zauważa Leys, „istniała również ‘stara’ Ameryka, której wyrafinowanie w niczym nie ustępowały wyrafinowaniu i humanizmowi jej europejskich kuzynów” (s. 13). „No jasne” – myślę sobie. – „Ponad 124 plemion Amerykanów rdzennych w samej Ameryce Północnej i wielkie kultury ludów Ameryki Południowej w czasach przed Kolumbem”, ale autor szybko rozwiewa moje naiwne podejście, bowiem pisze, że ma na myśli tzw. „Nową Anglię”, czyli region Stanów Zjednoczonych nazywany przez Amerykanów kolebką ich współczesnej kultury i świadomości odrębności kulturowej wobec Europy, z której przybyli oni bądź ich przodkowie. Ale może należy przyznać rację Leysowi, bo przecież ludność współczesnej Ameryki nie wyrosła na doświadczeniu i kulturze jej rdzennych mieszkańców: nie ma niemal żadnej kontynuacji, nie ma pełnoprawnego odniesienia; to kultura wyrosła na krwawym podboju, bezwzględnym rabunku w imię zamorskich imperiów chrześcijańskich. Słusznie, że wierzący i praktykujący katolik Leys – jak sam siebie opisuje – nie wspomina o jakichś tam brudnych poganach.

Pochodzący z Belgii autor powinien coś niecoś słyszeć na temat problematyki kolonializmu i postkolonializmu, zwłaszcza, że na dodatek osiadł w Australii, gdzie dramatyczna sytuacja ekonomiczna i społeczna znacznej większości jej rdzennych mieszkańców jest szokującą i smutną codziennością. Lata siedemdziesiąte XX w., w których Leys zamieszkał na kontynencie Aborygenów, to czas, gdy potomkowie białych przybyszów ze „starego świata” zaczęli sobie stopniowo uświadamiać, że biedna, niedouczona, mająca problem z alkoholem, narkotykami i przemocą miejscowa czarna mniejszość etniczna, nie znalazła się w tak pożałowania godnym położeniu z własnej woli, z własnego wyboru, ale jest to konsekwencja agresji najeźdźców, którzy „odkryli” Australię w podobnym stylu, jak swego czasu Ameryki. Jednak w eseju o ciekawym w tym kontekście tytule „O kłamstwach, które mówią prawdę”, a który pierwotnie był referatem na doroczną konferencję australijskiego Sądu Najwyższego w 2007 roku (gdzie Leys wygłosił go pod innym tytułem: „Prawdy historyczne i inne”), autor nawet się nie zająknął o jak najbardziej aktualnym problemie australijskiego społeczeństwa, podzielonego i skonfliktowanego. Nie wierzę, że ta tematyka była mu zupełnie obca, że nie zetknął się z nią, choćby dlatego, że w tym czasie nie dyskutowano o tym w Australii, bowiem właśnie w 2007 roku ława przysięgłych w australijskim Townville, po trzyletnim procesie uznała sierżanta policji, Chrisa Hurleya za niewinnego w sprawie śmierci aresztowanego Aborygena Camerona Doomadgee w 2004 roku. Był to pierwszy w historii Australii proces oskarżający policjanta o spowodowanie śmierci aresztanta. Historia stała się bardzo głośna nie tylko na kontynencie australijskim, a sam proces, a także jak do niego doszło i co się stało bezpośrednio po nim, opisała we wstrząsającej książce „Wysoki. Śmierć Camerona Doomadgee” Chloe Hooper (przeł. Agnieszka Nowakowska, Czarne, Wołowiec 2010). W tej relacji nic nie jest czarno–białe; jak powiedziała autorka: „pewne jest jedno prawdę o tym, co tam się stało, zna tylko dwóch ludzi, z których jeden nie żyje” (całość wywiadu z Hooper tutaj). W roku 2009 wznowiono śledztwo, analizujące po raz kolejny dowody i zeznania świadków. Hooper, laureatka wielu nagród, w Polsce nominowana do Nagrody im. Kapuścińskiego, opowiada w wywiadach o procesie tworzenia swojej książki i podkreśla, jak niewiele biali mieszkańcy Australii wiedzą o Aborygenach, jak mało interesują się ich sytuacją i dziejami, jak błogo nieświadomi są wzajemnych relacji i tego, w jaki sposób biali przybysze zdobyli supremację na „terra nulla”. Śledztwo w sprawie śmierci Camerona Doomadgee to śledztwo w sprawie kłamstw, to bardzo skomplikowana historia, na którą składają się między innymi nigdy nie „przetrawiona” historia prześladowań kolonialnych, jakich doznali i doznają Aborygeni. Zresztą zwróćmy uwagę na samo nazewnictwo: Australijczycy – nie wymaga to dodatkowych opisów, Aborygeni – nie brzmi jak „Australijczycy”, przez sam rozdźwięk nazwy gdzieś pozostaje sugestia, że oni nie mają prawa do swojej ziemi.

Jednakże ta bulwersująca i nader aktualna sprawa nie doczekała się nawet najmniejszej wzmianki w referacie Leysa, a raczej – jeśli się doczekała, to o tym nie wiemy (Leys nie odnotowuje, na ile różne są wersje jego eseju – w książce i referatu, który wygłosił). Dowiadujemy się natomiast, ze autor uznał za stosowne wspomnieć o… stalinizmie i hitleryzmie. Jak wiadomo, Australia straszliwie wycierpiała podczas Zimnej Wojny, a Trzecia Rzesza jak tylko zajęła niemal całą Europę, planowała natychmiastowy desant na kontynent australijski. Pisarz nie ma oczywiście żadnego obowiązku być sprawozdawcą politycznym swoich czasów, niemniej jednak jeśli udaje skromnego, ale jednocześnie obytego intelektualistę, radego, by przedstawicieli australijskiej palestry uraczyć godnym zapamiętania referatem o dążeniu do prawdy i o naturze kłamstwa, przy jednoczesnym odwołaniu się do historii północnoatlantyckiej kultury, byłoby cudownie nie zapominać o tym, gdzie i kiedy o tym opowiada. Zbiór felietonów „Szczęście małych rybek” nie jest tylko przyznaniem się, że humanistyka mówi o rzeczach, na których nie ma prawa się znać – czyli dysponować jakimiś ostatecznymi odpowiedziami na prawidłowo postawione pytania. Czytelnik wie, że humanista to uroczy oszust, który zrobił ze śmietnika smoczą górę klejnotów. Problem w tym, że wybór tej tytułowej anegdoty świadczy o kierowaniu myśli i uwagi autora „zawsze gdzieś indziej, zawsze dalej”, nigdy tam, gdzie faktycznie przebywa. Ironicznie, lubując się w klasykach literatury zachodniej, Leys wybiera często cytaty doskonale go opisujące. Trochę niczym obywatel Laputy Swifta, trochę niczym trup z balzakowskiej metafory uczonego.

Sławomira Raczyńska

Simon Leys, Szczęście małych rybek. Listy z Antypodów. O literaturze i nie tylko, przeł. Wiktor Dłuski, Drzewo Babel, Warszawa 2011. Wszystkie nieoznaczone cytaty i odwołania pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 29 sierpnia, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Edward P. Jones, „Znany świat”

Z grafiki na utrzymanej w kolorze sepii… pardon, w barwach ziemi okładce patrzy na nas trójka ludzi odjeżdżająca wozem. A może nie na nas, może odwracają się, by spojrzeć na pola rozciągające się po obu stronach drogi. Pod tytułem na zachętę wymienione są nagrody, jakich laureatem jest autor – Edward P. Jones. Objętość typowa dla ambitnej powieści obyczajowej. Gdy dodać, że książka to epickie zestawienie losów kilku pokoleń grupy żyjących po sąsiedzku rodzin naznaczonych doświadczeniem niewolnictwa, otrzymujemy zaangażowaną światopoglądowo lekturę dla cieszących się nadmiarem wolnego czasu intelektualistów. Zwłaszcza, że wyjątkowe są pewne okoliczności: przede wszystkim akcja Znanego świata dzieje się w USA przed zniesieniem niewolnictwa (skupiona jest wokół wydarzenia z 1855 roku). Wtedy po pierwsze, choć oczywiście liczni czarnoskórzy (lub osoby o pochodzeniu „międzyrasowym” – trudno używać takich określeń bez niesmaku, nie dość jednak, że były one stosowane, to pozostają zrozumiałe także dziś) byli wolni – wolni, póki nie trafiali na bariery społecznych podziałów, segregacji, w każdym jednak razie nie byli własnością panów, po drugie, zdarzało się, że… sami posiadali niewolników. Niektórzy wolni byli tym praktykom ogromnie przeciwni, i pewnie było to zjawisko o niewielkiej skali, jednak miało miejsce, i chyba rzadko się o tym mówi.

W posiadłości na farmie w miejscowości w południowym stanie Wirginia zmarł taki właśnie pan, Henry Townsend, u progu dorosłości wykupiony z niewoli, dekadę później stateczny mąż (bezdzietny), właściciel niedużej grupy niewolników, swego rodzaju protegowany, ulubiony sąsiad niegdysiejszego swego pana, Billa Robbinsa. Ów biały farmer w przeszłości pozwolił, by wykupili się od niego rodzice Henry’ego, z wielką niechęcią zgodził się później na wolność syna. Sam Robbins, obok białej prawowiernej żony ma czarnoskórą kochankę, również matkę jego dzieci. To tajemnica poliszynela, a wspominam o tym, by podkreślić – Robbins to mecenas „amerykańskiego snu”, nie sprawiedliwości i równości. Wierzy w konkurencję rynkową, dochodzenie do zamożności poprzez pracę (niekoniecznie własnoręczną). Jest człowiekiem Południa, i tyle. Odgrywa przede wszystkim rolę katalizatora niektórych zdarzeń, ale nie jest to postać pierwszoplanowa.

Poznajemy środowisko ludzi „o nie czysto białym pochodzeniu”. Oznacza to, że często realny, widzialny kolor skóry nie jest istotny, przecież i tak cała społeczność wie, kogo ma porcelanolica kobieta w siódmym pokoleniu przodków… Jest zatem Henry i jego rodzice, jest jego żona, Caldonia, i jej brat, Calvin. Jest Fern, okoliczna nauczycielka, dzięki której byli i obecni niewolnicy mogą się wyrwać z analfabetyzmu. Są niewolnicy Henry’ego. Wszystko to, co dzieje się w życiu bohaterów, jest interesujące, ale nie porusza ani po części tak, jak np. losy bohaterek i bohaterów Toni Morrison.

Skąd tytuł powieści? Autor podkreśla, że rozpadł się świat niewolników Henry’ego, im zaś było komfortowo w „znanym”. Kres życia ich pana ma sugerować zmiany, lecz zdaje się, iż ci niewolnicy Henry’ego nie byli jego własnością zbyt znów długo, poza tym dramaty wśród nich rozgrywały się niezależnie od zdrowia Townsenda. Jak wskazałam na początku, jego śmierć jest dość trafnie ustanowiona kompozycyjnym centrum powieści, jednak to, co wokół niego orbituje – przeszłość i przyszłość – to kontinuum; nie jestem przekonana o wielkiej zmianie, przewartościowaniu, utracie „znanego świata”. To nastąpiło chyba dopiero po wojnie secesyjnej! W samej zaś książce pojawia się wzmianka, że niewolnicy Townsenda mieli nadzieję, iż po śmierci Henry’ego wdowa ich uwolni. Ani to jej było w głowie, tym bardziej więc świat tych ludzi pozostał „znany”.

Fabuły powieści nie będę szczegółowo streszczać, zresztą byłoby to bezcelowe. Nie dziwią wysokie oceny wystawiane Znanemu światowi przez krytyków: trudno Jonesowi coś zarzucić. Wszystko jest spójne, z rozmachem, w miarę wciągające, niewątpliwie unikające nieudolności, imponujące zapleczem, jakiego autor potrzebował, by stworzyć opowieść o tak szczególnym etapie w historii amerykańskiego niewolnictwa. Są nawet fragmenty dość drastyczne – co podkreślam, by nie sugerować, że np. lektura Toni Morrison podnosi mi ciśnienie, a Edward Jones usypia. Jednak brak tu magii. Iskry. Nie umiałam się zaangażować w lekturę. Nie zależało mi, by noc zaczęła się nie wtedy, kiedy powinna, a wtedy, gdy ja przewrócę ostatnią stronicę (owszem, zdarza mi się czytać do skandalicznych godzin rannych). Niemal obojętnie doczytałam do końca, zresztą pod koniec narracja zdaje się zmierzać ku atrofii. Przeczy „dziejowemu” happy endowi (na który złożyło się zniesienie niewolnictwa, później polityka afirmacji), podkreślając wartość życia i osobistego doświadczenia, które tracone jest z każdą jednostkową śmiercią.

Istotne kwestie u Jonesa to m. in. obowiązkowa chyba współcześnie wrażliwość na praktyki niehumanitarne, pytania, czy posiadanie ludzi było oczywistością czy dylematem, oraz „cieniowanie”, relatywizowanie ocen zachowań we względu na odmienność sytuacji. Jeśli chodzi o długofalowe efekty pewnych osobistych wyborów, dowiadujemy się, co się z niektórymi osobami stało po latach: nic nie jest oczywiste. Na przykład najgorszy kobieciarz (seksista i być może seksoholik) z farmy Townsendów ustatkował się, wyjechał z żoną do Richmond. Tam oboje tak wsławili się pracą pedagogiczną, że po latach na ich cześć nazwano ulicę w mieście – z użyciem pełnych imion i dwuczłonowego nazwiska, by potomni nie mieli wątpliwości. Czy Jones jest honorowany i celebrowany za polityczną poprawność?

Niedawno miałam okazję obejrzeć ostatni film braci Coenów, Prawdziwe męstwo (remake klasyka Henry’ego Hathawaya, a może raczej nowa adaptacja powieści Charlesa Portisa). Twórczość tego reżyserskiego tandemu jest znana i lubiana, jednak w kilku słowach streszczę opowieść. Akcja dzieje się w ostatniej ćwiartce XIX wieku. Handlujący bodaj bawełną ojciec rodziny, w tym 14-letniej Mattie, został zastrzelony i obrabowany. Morderca znany jako Tom Chaney umknął prawdopodobnie na terytorium Indian, a w miasteczku, w którym doszło do tragedii, nikt nie jest zainteresowany pościgiem. Mattie sama wynajmuje tropiciela, nadużywającego alkoholu i przemocy Roostera Cogburna, i mimo jego sprzeciwu, wraz z nim oraz teksańskim rangerem, LaBoeufem, rusza na poszukiwanie Chaneya. Dziewczyna jest rezolutna, inteligentna, silna, zdeterminowana, „po kobiecemu” meandruje pomiędzy rywalizującymi (bynajmniej nie o nią) Roosterem i LaBoeufem. Mężczyźni są bufonami, ich wizerunki twardych, nieustępliwych i znających się na swoim fachu ludzi zachodu są doprowadzone do granicy karykatury. Prawdziwym męstwem jest wziąć podczas galopu lejce w zęby, i oburącz strzelać z dwóch pistoletów. Prawdziwym męstwem jest zajeździć i dobić konia, by ratować ugryziona przez węża damę. Niestety brawurowa pomoc okazała się spóźniona – Mattie utraciła ramię. Przyszło jej wrócić do kantorka zostawionego przez ojca przedsiębiorstwa, i życie w staropanieństwie (kara za szaleństwa młodości).

Kiedy się czeka, by Coenowie swoim zwyczajem przekłuli ten nadmuchiwany przez półtora godziny projekcji balon, oni robią coś przeciwnego – kończą film ów balon patynując, umieszczając na cokole. Rezygnują z pozycji zdystansowanej, konsekrują świat przedstawiony. Niemal bezkrytyczne odwoływanie się do wartości reprezentowanych szczególnie przez Roostera, ale również przez LaBoeufa i Mattie, to anachronizm ślepy na fakt, że świat się zmienił od czasu podboju „Dzikiego Zachodu”. Motorem działań głównej bohaterki jest chęć doprowadzenia mordercy pod właściwy sąd (mężczyzna i tak jest zastrzelony wcześniej, podczas sceny mającej zapewne robić wrażenie słusznego aktu samoobrony), przez co w cieniu pozostaje pytanie, czy aby na pewno kara śmierci, Prawo zabijające w swym majestacie jest cywilizacyjnym ideałem. To narracja waloryzująca stanowisko amerykańskich tradycjonalistów. Niezależnie od opinii licznych krytyków filmowych, zachwyconych nie tyle odnowieniem przez Coenów formy westernu, co doprowadzeniem jej jednocześnie do skrajności i do wersji „anty”, dla mnie film sakralizuje rzekomą wolność obywatelską, której wyrazem jest np. dążenie do powszechnego prawa do posiadania broni palnej (o sprzeciwie wobec prób zniesienia w USA kary śmierci nie wspominając).

Cóż, kiedy pomyślę o Coenowskiej apologii machoidów „Dzikiego Zachodu”, o zaserwowanym przez nich patosie powrotu do utopijnej przeszłości, w której męstwo było męstwem, kowboje mieli – za przeproszeniem – jaja, baby były zaradne, w której czarnoskórzy rezolutni stajenni połyskiwali białymi zębami, z uśmiechem mówiąc „Yes m’am”, a Indianie się poukrywali, i spokój…. zatem, kiedy o tym pomyślę, Jones prezentuje się po stokroć korzystniej. Wybieram bohaterów, których charakteryzuje – uwaga, modne słowo – sprawstwo. Coenowie ograniczyli się do eksploatacji historycznej już konwencji. Narracja Jonesa wprawdzie zdaje się być stylistycznie bardzo tradycyjna, niedekonstruująca, stonowana niczym kolorystyka okładki książki, lecz przekonuje, „przeciąga na swoją stronę” i nie razi anachronizmem. Znany świat może być pozbawiony fajerwerków, mimo to proponuje spojrzenie nań pod kątem nieznanym, i poucza bez zbędnego dydaktyzmu. Będę oczekiwała kolejnych publikacji tego autora.

Edward P. Jones, Znany świat, przeł. Witold Kurylak, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2005.

Data wpisu: 23 sierpnia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Edward P. Jones, „Znany świat”

Z grafiki na utrzymanej w kolorze sepii… pardon, w barwach ziemi okładce patrzy na nas trójka ludzi odjeżdżająca wozem. A może nie na nas, może odwracają się, by spojrzeć na pola rozciągające się po obu stronach drogi. Pod tytułem na zachętę wymienione są nagrody, jakich laureatem jest autor – Edward P. Jones. Objętość typowa dla ambitnej powieści obyczajowej. Gdy dodać, że książka to epickie zestawienie losów kilku pokoleń grupy żyjących po sąsiedzku rodzin naznaczonych doświadczeniem niewolnictwa, otrzymujemy zaangażowaną światopoglądowo lekturę dla cieszących się nadmiarem wolnego czasu intelektualistów. Zwłaszcza, że wyjątkowe są pewne okoliczności: przede wszystkim akcja Znanego świata dzieje się w USA przed zniesieniem niewolnictwa (skupiona jest wokół wydarzenia z 1855 roku). Wtedy po pierwsze, choć oczywiście liczni czarnoskórzy (lub osoby o pochodzeniu „międzyrasowym” – trudno używać takich określeń bez niesmaku, nie dość jednak, że były one stosowane, to pozostają zrozumiałe także dziś) byli wolni – wolni, póki nie trafiali na bariery społecznych podziałów, segregacji, w każdym jednak razie nie byli własnością panów, po drugie, zdarzało się, że… sami posiadali niewolników. Niektórzy wolni byli tym praktykom ogromnie przeciwni, i pewnie było to zjawisko o niewielkiej skali, jednak miało miejsce, i chyba rzadko się o tym mówi.

W posiadłości na farmie w miejscowości w południowym stanie Wirginia zmarł taki właśnie pan, Henry Townsend, u progu dorosłości wykupiony z niewoli, dekadę później stateczny mąż (bezdzietny), właściciel niedużej grupy niewolników, swego rodzaju protegowany, ulubiony sąsiad niegdysiejszego swego pana, Billa Robbinsa. Ów biały farmer w przeszłości pozwolił, by wykupili się od niego rodzice Henry’ego, z wielką niechęcią zgodził się później na wolność syna. Sam Robbins, obok białej prawowiernej żony ma czarnoskórą kochankę, również matkę jego dzieci. To tajemnica poliszynela, a wspominam o tym, by podkreślić – Robbins to mecenas „amerykańskiego snu”, nie sprawiedliwości i równości. Wierzy w konkurencję rynkową, dochodzenie do zamożności poprzez pracę (niekoniecznie własnoręczną). Jest człowiekiem Południa, i tyle. Odgrywa przede wszystkim rolę katalizatora niektórych zdarzeń, ale nie jest to postać pierwszoplanowa.

Poznajemy środowisko ludzi „o nie czysto białym pochodzeniu”. Oznacza to, że często realny, widzialny kolor skóry nie jest istotny, przecież i tak cała społeczność wie, kogo ma porcelanolica kobieta w siódmym pokoleniu przodków… Jest zatem Henry i jego rodzice, jest jego żona, Caldonia, i jej brat, Calvin. Jest Fern, okoliczna nauczycielka, dzięki której byli i obecni niewolnicy mogą się wyrwać z analfabetyzmu. Są niewolnicy Henry’ego. Wszystko to, co dzieje się w życiu bohaterów, jest interesujące, ale nie porusza ani po części tak, jak np. losy bohaterek i bohaterów Toni Morrison.

Skąd tytuł powieści? Autor podkreśla, że rozpadł się świat niewolników Henry’ego, im zaś było komfortowo w „znanym”. Kres życia ich pana ma sugerować zmiany, lecz zdaje się, iż ci niewolnicy Henry’ego nie byli jego własnością zbyt znów długo, poza tym dramaty wśród nich rozgrywały się niezależnie od zdrowia Townsenda. Jak wskazałam na początku, jego śmierć jest dość trafnie ustanowiona kompozycyjnym centrum powieści, jednak to, co wokół niego orbituje – przeszłość i przyszłość – to kontinuum; nie jestem przekonana o wielkiej zmianie, przewartościowaniu, utracie „znanego świata”. To nastąpiło chyba dopiero po wojnie secesyjnej! W samej zaś książce pojawia się wzmianka, że niewolnicy Townsenda mieli nadzieję, iż po śmierci Henry’ego wdowa ich uwolni. Ani to jej było w głowie, tym bardziej więc świat tych ludzi pozostał „znany”.

Fabuły powieści nie będę szczegółowo streszczać, zresztą byłoby to bezcelowe. Nie dziwią wysokie oceny wystawiane Znanemu światowi przez krytyków: trudno Jonesowi coś zarzucić. Wszystko jest spójne, z rozmachem, w miarę wciągające, niewątpliwie unikające nieudolności, imponujące zapleczem, jakiego autor potrzebował, by stworzyć opowieść o tak szczególnym etapie w historii amerykańskiego niewolnictwa. Są nawet fragmenty dość drastyczne – co podkreślam, by nie sugerować, że np. lektura Toni Morrison podnosi mi ciśnienie, a Edward Jones usypia. Jednak brak tu magii. Iskry. Nie umiałam się zaangażować w lekturę. Nie zależało mi, by noc zaczęła się nie wtedy, kiedy powinna, a wtedy, gdy ja przewrócę ostatnią stronicę (owszem, zdarza mi się czytać do skandalicznych godzin rannych). Niemal obojętnie doczytałam do końca, zresztą pod koniec narracja zdaje się zmierzać ku atrofii. Przeczy „dziejowemu” happy endowi (na który złożyło się zniesienie niewolnictwa, później polityka afirmacji), podkreślając wartość życia i osobistego doświadczenia, które tracone jest z każdą jednostkową śmiercią.

Istotne kwestie u Jonesa to m. in. obowiązkowa chyba współcześnie wrażliwość na praktyki niehumanitarne, pytania, czy posiadanie ludzi było oczywistością czy dylematem, oraz „cieniowanie”, relatywizowanie ocen zachowań we względu na odmienność sytuacji. Jeśli chodzi o długofalowe efekty pewnych osobistych wyborów, dowiadujemy się, co się z niektórymi osobami stało po latach: nic nie jest oczywiste. Na przykład najgorszy kobieciarz (seksista i być może seksoholik) z farmy Townsendów ustatkował się, wyjechał z żoną do Richmond. Tam oboje tak wsławili się pracą pedagogiczną, że po latach na ich cześć nazwano ulicę w mieście – z użyciem pełnych imion i dwuczłonowego nazwiska, by potomni nie mieli wątpliwości. Czy Jones jest honorowany i celebrowany za polityczną poprawność?

Niedawno miałam okazję obejrzeć ostatni film braci Coenów, Prawdziwe męstwo (remake klasyka Henry’ego Hathawaya, a może raczej nowa adaptacja powieści Charlesa Portisa). Twórczość tego reżyserskiego tandemu jest znana i lubiana, jednak w kilku słowach streszczę opowieść. Akcja dzieje się w ostatniej ćwiartce XIX wieku. Handlujący bodaj bawełną ojciec rodziny, w tym 14-letniej Mattie, został zastrzelony i obrabowany. Morderca znany jako Tom Chaney umknął prawdopodobnie na terytorium Indian, a w miasteczku, w którym doszło do tragedii, nikt nie jest zainteresowany pościgiem. Mattie sama wynajmuje tropiciela, nadużywającego alkoholu i przemocy Roostera Cogburna, i mimo jego sprzeciwu, wraz z nim oraz teksańskim rangerem, LaBoeufem, rusza na poszukiwanie Chaneya. Dziewczyna jest rezolutna, inteligentna, silna, zdeterminowana, „po kobiecemu” meandruje pomiędzy rywalizującymi (bynajmniej nie o nią) Roosterem i LaBoeufem. Mężczyźni są bufonami, ich wizerunki twardych, nieustępliwych i znających się na swoim fachu ludzi zachodu są doprowadzone do granicy karykatury. Prawdziwym męstwem jest wziąć podczas galopu lejce w zęby, i oburącz strzelać z dwóch pistoletów. Prawdziwym męstwem jest zajeździć i dobić konia, by ratować ugryziona przez węża damę. Niestety brawurowa pomoc okazała się spóźniona – Mattie utraciła ramię. Przyszło jej wrócić do kantorka zostawionego przez ojca przedsiębiorstwa, i życie w staropanieństwie (kara za szaleństwa młodości).

Kiedy się czeka, by Coenowie swoim zwyczajem przekłuli ten nadmuchiwany przez półtora godziny projekcji balon, oni robią coś przeciwnego – kończą film ów balon patynując, umieszczając na cokole. Rezygnują z pozycji zdystansowanej, konsekrują świat przedstawiony. Niemal bezkrytyczne odwoływanie się do wartości reprezentowanych szczególnie przez Roostera, ale również przez LaBoeufa i Mattie, to anachronizm ślepy na fakt, że świat się zmienił od czasu podboju „Dzikiego Zachodu”. Motorem działań głównej bohaterki jest chęć doprowadzenia mordercy pod właściwy sąd (mężczyzna i tak jest zastrzelony wcześniej, podczas sceny mającej zapewne robić wrażenie słusznego aktu samoobrony), przez co w cieniu pozostaje pytanie, czy aby na pewno kara śmierci, Prawo zabijające w swym majestacie jest cywilizacyjnym ideałem. To narracja waloryzująca stanowisko amerykańskich tradycjonalistów. Niezależnie od opinii licznych krytyków filmowych, zachwyconych nie tyle odnowieniem przez Coenów formy westernu, co doprowadzeniem jej jednocześnie do skrajności i do wersji „anty”, dla mnie film sakralizuje rzekomą wolność obywatelską, której wyrazem jest np. dążenie do powszechnego prawa do posiadania broni palnej (o sprzeciwie wobec prób zniesienia w USA kary śmierci nie wspominając).

Cóż, kiedy pomyślę o Coenowskiej apologii machoidów „Dzikiego Zachodu”, o zaserwowanym przez nich patosie powrotu do utopijnej przeszłości, w której męstwo było męstwem, kowboje mieli – za przeproszeniem – jaja, baby były zaradne, w której czarnoskórzy rezolutni stajenni połyskiwali białymi zębami, z uśmiechem mówiąc „Yes m’am”, a Indianie się poukrywali, i spokój…. zatem, kiedy o tym pomyślę, Jones prezentuje się po stokroć korzystniej. Wybieram bohaterów, których charakteryzuje – uwaga, modne słowo – sprawstwo. Coenowie ograniczyli się do eksploatacji historycznej już konwencji. Narracja Jonesa wprawdzie zdaje się być stylistycznie bardzo tradycyjna, niedekonstruująca, stonowana niczym kolorystyka okładki książki, lecz przekonuje, „przeciąga na swoją stronę” i nie razi anachronizmem. Znany świat może być pozbawiony fajerwerków, mimo to proponuje spojrzenie nań pod kątem nieznanym, i poucza bez zbędnego dydaktyzmu. Będę oczekiwała kolejnych publikacji tego autora.

Edward P. Jones, Znany świat, przeł. Witold Kurylak, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2005.

Data wpisu: 23 sierpnia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Barbara Engelking, „Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945”

Jak było, a jak jest nacechowane słowo Żyd? Czy to obelga? Określenie, którego należy unikać w imię szacunku (wszak obelgą nadal bywa), a może dumnie używać, ponieważ zostało poddane skutecznemu reclaimingowi, zmieniło swój wydźwięk z negatywnego, pogardliwego, a przez ludzi „na poziomie” unikanego, na neutralny i opisowy? Nie, nie sięgnę tu po Walczące słowa Judith Butler (przeł. Adam Ostolski, Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”, Warszawa 2010)! Chcę tylko – pod pretekstem tego pytania – wskazać wagę kontekstów, intencji nadawczej i odbiorczej, oraz szerokiego spektrum interpretacji określonych wypowiedzi, zarówno prac naukowych, jak i apelatywów. Pozwoli to umotywować moją krytykę jednej książki, i aprecjację drugiej, gdzie obie poświęcone są dość zbliżonej tematyce: to Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów oraz Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945.

Nie miałam okazji sięgnąć po wcześniejsze prace Jana Tomasza Grossa. Rzecz jasna śledziłam publicystykę wokół nich, jeszcze w Poznaniu uczestniczyłam w poświęconej im dyskusji. Ponadto kwestią hamującą moje zainteresowanie tematyką żydowską jest podstawowa dystynkcja, tu ustanowiona przez wierzenia religijne – a mnie odrzucają wszelkie. Jednak ostatnio, podobnie jak współautorka tego bloga, sięgnęłam po Złote żniwa. Gross (jako współpracowniczkę w autorstwie podana jest jego żona, więc nie wiem, czy może należy pisać: Grossowie), pozyskał i zreprodukował zdjęcie, na którym widać ludzi siedzących wokół rozkopanych mogił. Ma być to fotografia spod Treblinki, ukazująca usankcjonowaną, uporządkowaną działalność hien cmentarnych. Gross nie opowiada, że tam i wtedy było właśnie tak, a nie inaczej, tylko bierze ów punkt wyjścia, by relacjonować grabieże (i nie tylko) – jak podpowiada podtytuł – „na obrzeżach zagłady Żydów”. W skrócie, albowiem Złotym żniwom poświęcony już jest poprzedni wpis, autorowi nie chodzi o hitlerowców, lecz o osoby zamieszkujące teren okupowanej Rzeczpospolitej: co mówiło narzucone prawo, co praktykowano, jak pomagano (Gross koncentruje się na niskich pobudkach, czyli: ukrywaniu czy dożywianiu za słonymi opłatami) i jak szkodzono: poprzez upokorzenia, donosy, tortury, przepędzanie, obławy, zabijanie. Jak zachowywano się po wyzwoleniu wobec tych, którzy przetrwali w obozach, tych, którym do końca udało się kryć, tych, którzy wracali w swe dawne miejsca zamieszkania. Gross poświęca rzecz jasna rozdział obojętności oraz antysemityzmowi kleru i Kościoła katolickiego.

Książka asekuracyjnie została przez wydawców nazwana esejem historycznym: dla uniknięcia oskarżeń, że to przecież nie jest „własna” praca badawcza. Zebrane i wykorzystywane są wyłącznie gotowe opracowania, z czego większość pochodzi z ostatnich lat, czyli odkąd problem polskiej odpowiedzialności za zbrodnie przeciw Żydom został nagłośniony w największej mierze przez Grossa właśnie: odkąd znani są jego Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka (Fundacja Pogranicze, Sejny 2000).

To mój kolejny zarzut: koniunkturalizm, odcinanie kuponów od wcześniejszych osiągnięć – i niejednoznacznej sławy. Gross zdaje się ukazywać siebie jako niezłomnego głosiciela gorzkiej i niewygodnej dla Polaków prawdy, napiętnowanego przez tych nietolerancyjnych antysemitów jako wróg publiczny (co potwierdza publicystyka reprezentująca skrajnie prawą stronę sceny politycznej). Wydawnictwu „Znak” nie przeszkadza otaczająca autora antykatolicka fama, wszak na Grossie można zarobić. Opublikowano już zresztą Wokół „Złotych Żniw”. Debatę o ksiażce Jana Tomasza Grossa i Ireny Grudzińskiej-Gross.

„Znak” to mainstream w swojej branży, balans między zaściankowością a kontrowersyjnością, wydawnictwo aktualnie specjalizujące się we wznowieniach przekładów beletrystycznego kanonu współczesności. Publikuje Grossa znanego, zapoznanego, i po tym, jak jego Sąsiedzi zostali wchłonięci w społeczny krwioobieg. Pamiętajmy choćby o ówcześnie urzędującym Prezydencie RP w 2001 roku oficjalnie przepraszającym za zbrodnię w Jedwabnem. Jakkolwiek dla prawej strony tutejszej sceny politycznej był to skandal, upokorzenie Polaków, dowód na to, na czyjej smyczy chadza Kwaśniewski, do kogo się łasi i macha ogonkiem (do dzisiaj wypowiedzi krytyczne i antysemickie są na szczycie listy wyszukiwania frazy Kwaśniewski Jedwabne), i jakkolwiek mnie ten gest wydawał się spóźniony i niewystarczający, dziś należy podkreślać, iż był to rzadki moment, kiedy władze tego kraju zdobyły się na coś godnego szacunku, coś czego jako obywatelka nie muszę się wstydzić. Przez lata, które od tamtych przeprosin minęły, podobnie godne pochwały wydarzenie się nie powtórzyło. W każdym razie to dowód uznania Grossowych racji, mimo warsztatowych wątpliwości, jakie Sąsiedzi budzili. Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści (Znak, Kraków 2008) był już skazany na status bestsellera.

O ostatniej książce zaś z goryczą można rzec, iż „żniwa” to sobie Gross urządził, sięgając po wiele szczegółowych (lecz ze względu na charakterystyczny obieg literatury naukowej niemogących liczyć na dużą popularność) opracowań, na nich, na cudzym wysiłku badawczym opierając swój sukces wydawniczy. Nic wtedy dziwnego, że metodologii tu brak. Jest wzmianka o antropologicznym pojęciu opisu gęstego, ale to chyba jedynie retoryczny sztafaż mający zaimponować odbiorcom niezorientowanym.

Problem, jaki mam ze Złotymi żniwami, to… obojętność. Nie ruszają mnie nienawistność, okrucieństwo, bezduszność, chciwość, bezmyślność czy antysemickie zacietrzewienie, o jakich w książce mowa, ponieważ opisy są z drugiej ręki, rzecz jasna, zamieszczone zgodnie z regułami cytowania. Rzekome „szkalowanie” Polaków przez autora również nie budzi mej pasji polemicznej – o świętym oburzeniu nie wspominając – gdyż nie dość, że jestem bardzo daleka od jakichkolwiek ideowych i retorycznych form gloryfikacji tej grupy (jako ofiar historii czy osobników szczególnie szlachetnych), to jeszcze niemiłe jest mi myślenie o pojęciu „naród” jako definiowalnej, adekwatnej (do czegokolwiek) kategorii poznawczej. Jedyna naprawdę istotna dla mnie rzecz: Gross domaga się przezwyciężenia prymatu liczb i statystyk, pragnie pamięci o każdej skrzywdzonej osobie jako indywiduum, kimś wyjątkowym, kto czuł, przeżywał, cierpiał, kogo udziałem był strach, głód, zimno, kogo raniło lekceważenie, obojętność, kogo pełne prześladowań ostatnie lata życia zakończyła anonimowa śmierć, czyje szczątki były porzucane gdziekolwiek bądź, przeszukiwane… Zaraz zaraz! Tak naprawdę mnie interesuje, wzrusza, bulwersuje to, co miało miejsce przed śmiercią, gdy człowiek – z pełnią szacunku dla nie-ludzkich form życia – jest człowiekiem. To, co się robi z zwłokami, jest istotne tylko dla żywych – ku ich pocieszeniu, satysfakcji, znieczuleniu sumienia, ba, z najbardziej przyziemnego punktu widzenia: dla odsunięcia groźby epidemiologicznej. A jednak to za mało: Gross mnie nie przekonuje na przykład dlatego, że jego wywody nie przewartościowują moich poglądów. Po drugie: nie wierzę, że przewartościowują czyjekolwiek. Ci bowiem, którzy przyznają mu rację, badają, zgłębiają, dopowiadają, edukują, przepraszają już od lat. Osobom nastawionym indyferentnie przychodzi jedynie przełączyć kanał, gdy w telewizji pojawia się ten irytujący temat, gdzieś tam w końcu trafią się utalentowane gwiazdy tańczące na lodzie.

Zetknęłam się również z inną, opublikowaną bardziej „niszowo” (przez Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów) pozycją: Jest taki piękny słoneczny dzień… losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942 – 1945 Barbary Engelking. To już praca oparta na bogatych badaniach własnych, odwołująca się do źródeł historycznych: dokumentów sądowych (archiwa IPN, sprawy głównie z województw warszawskiego, kieleckiego, etc. – słowem, z hitlerowskiej Generalnej Gubernii), zbiorach warszawskiego ŻIH i jerozolimskiego Yad Vashem – by wymienić kilka, plus rzecz jasna literatura przedmiotu.

Autorka chce ukazywać świat wojennego ukrywania się z perspektywy Żydów, i tych, którzy przetrwali, i tych, którzy zginęli. Obficie cytuje relacje jednych ukrywających się o innych, pamiętniki niekiedy odkrywane w gruzach, itp. Każda możliwa do zidentyfikowania osoba otrzymuje godność na kartach tej książki – a „godność” jest przecież staroświeckim synonimem „nazwiska” – tym samym Engelking spełnia najmocniejszy postulat Grossa – w kwestii dopominania się o indywidualizację ofiar więcej już zrobić nie można.

Wszystko opisane jest bardzo systematycznie. Skąd się wzięli szukający pomocy ludzie? Uciekli z miast. Uciekli z gett. Uciekli z transportów. Albo już przed wojną mieszkali na wsiach. Jak się utrzymywali? Znów kilka grup, oczywiście niekoniecznie rozłącznych: spieniężyli przedwojenny majątek; nie spieniężyli, ale stopniowo upłynniali, by opłacić haracze za swe utrzymanie; pracowali nadal w swoich skromnych zawodach (np. krawcy); pracowali gdziekolwiek (np. na roli); byli w pełni zdani na swoich gospodarzy; byli zdani na swój spryt, szczęście i przyrodę. Czemu musieli ukrywać się nawet przed własnymi sąsiadami? Okoliczności wyzwalały najgorsze instynkty. Chłopi wzajemnie sobie zazdrościli – czemu on, a nie ja, się ma bogacić żydowskim złotem? Trzeba na niego donieść. Albo z zięciem sami załatwimy sprawę. (To akurat nie cytat; słowa osób autentycznie zamieszanych w opisywane procedery są po stokroć bardziej drastyczne). Równie dobrze budziły się zadawnione animozje: imperatyw kategoryczny szkodzenia bliźniemu. Kolejny powód: w wioskach niemieckie kontrole nie były częste, ale przed okupantami odpowiadali sołtysi i polska policja. Zaniechanie i niesubordynacja wszelkiego rodzaju dawały powody do karania. Tu uzasadnieniem był strach, owszem. Gross pisał w Złotych żniwach, że Polacy starają się forsować w świecie „usprawiedliwienie”, jakoby w okupowanej Polsce, inaczej niż np. we Francji, za ukrywanie Żydów groziła kara śmierci. Według Grossa to propaganda tuszująca winy. Tymczasem Engelking opowiada o właśnie takim zabijaniu ludzi niosących pomoc, pardon, przyłapanych na niesieniu pomocy. Kończyło się też puszczaniem z dymem gospodarstw. Przy tym potworną rzeczywistością było ochotnicze karanie, np. przez sołtysa albo wioskową grupkę brutalnych osiłków–terrorystów. Autorka mówi, że hitlerowcy byli „na służbie zła”, zaś ci Polacy byli jego „wolontariuszami” (s. 153), szkodzili, dręczyli, zabijali brutalnie, spontanicznie, chaotycznie, chętniej uprawiając „rękodzieło” albo wyszukując improwizowaną broń. Wskazane jest, że w – proszę wybaczyć to określenie – odmętach pamięci narodowej pozostali na powierzchni ci, którym pomagano (s. 17). Tych skrzywdzonych i pokrzywdzonych wyparto. W aktach oskarżeń polskich zbrodniarzy najczęściej bezimienne ofiary określane są jako mężczyźni lub kobiety N. N., ewentualnie dzieci. Oczywiście powojenne losy ocalonych też były dramatyczne, i choć Engelking zatrzymuje się na 1945 roku, cytowane dokumenty sądowe są powojenne. Tedy w przypadku wielu opisywanych procesów Żydzi – świadkowie nie oczekiwali wyroków (albo wyników apelacji): byli już w Izraelu. Ostracyzm czekał ich wybawicieli – wiemy o ludziach, którzy wstydzili się odznaczeń „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”, kryli się z nimi lub je wyrzucali.

W czasach wojny nie mówiono: Polacy i Żydzi, tylko zawsze: chrześcijanie i żydzi. Wydaje mi się, że wprowadzony później przepis ortograficzny „powiększający” wiadomą pierwszą literę jest proizraelski, w sensie politycznym (wskazuje wspólnotę etniczną), nie zaś honoryfikującym (czyli nie podkreśla wyjątkowego szacunku dla wiary religijnej). Przecież nie trzeba wyznawać judaizmu, by być Żydem. Żydem czy Izraelczykiem? Zauważyłam, że w historycznych dokumentach częstym synonimem żyda jest izraelita. W nawiązaniu do konstatacji otwierających dzisiejszego posta, myślę, że to swego rodzaju niegdysiejszy eufemizm, dzisiaj odbierany jako pogardliwy, obok typowo grubiańskich obelg, których przykładów nie będę jednak starała się sobie przypomnieć.

Porzucając dygresję dodam, iż wiadomym jest, że w okupacyjnym antysemickim kontekście z żydowską identyfikacją było dokładnie odwrotnie. Osoby, które z obywateli wieloetnicznego państwa spadły do poziomu podludzi, w większości uważały się za Polaków (s. 154) – nie byli ani syjonistami optującymi za osobnym krajem dla swej wspólnoty krwi i wiary, ani odklejonymi od dowolnej rzeczywistości politycznej i gospodarczej ortodoksami. Celowo piszę w rodzaju męskoosobowym. Z nazistowskiego punktu widzenia Żyd był lepiej rozpoznawalny niż Żydówka. Niezależnie od płci można było mieć wygląd „dobry” bądź „ujemny” – ale to na pierwszy, niekiedy złudny rzut oka. Wydaje się, choć praca Engelking o tym milczy, że we wsiach semicka aparycja nie robiła tak wielkiej różnicy, jak w miastach. W większych skupiskach ludności anonimowość przechodniów, współpasażerów i innych przypadkiem się spotykających osób, sprzyjała ocenie „na oko”. Mieszkańcy wsi znali się nawzajem, wiedzieli, nie musieli szacować i klasyfikować bliźnich na podstawie proporcji części twarzy czy koloru włosów.

U Engelking opisywane są warunki bytowe Żydów: w jakich pomieszczeniach, lub gdzie na polach i w lasach ludzie się chowali, jak dawali sobie radę z głodem, pragnieniem, zimnem, upałem, opadami, dusznością, etc., jak się komunikowali z osobami niemuszącymi się kryć i ze sobą nawzajem. Co dość interesujące, wielkim zagrożeniem była partyzantka: AL, AK, BCh, ktokolwiek. Żydzi często nie rozpoznawali specyfiki poszczególnych ideowych odnóg, zresztą zaiste: co to w ich sytuacji była za różnica?

Na wsiach – wedle relacji dostępnych i przywołanych przez autorkę – nigdy się nie zdarzały brawurowe odbicia podczas transportów. Zresztą główna teza mówi, że to, co się działo, przekracza tradycyjną triadę: kat, ofiara, świadek (np. s. 257). Niemcy rozpisali inne role: ściganej zwierzyny, naganiacza, myśliwego. Żydzi nigdy nie mogli zmienić swego emploi w tym teatrze śmierci, natomiast Polacy bywali i myśliwymi, i naganiaczami, i gapiami. Och, ofiarami też.

Praca Engelking jest socjologiczno-historyczna. Jej mankamentem są aspiracje do wzniesienia się poza tę dziedzinową atrybucję. Mianowicie dla objęcia uroków ludzkiej natury autorka sięga po psychologię. „Na doświadczenie Zagłady można spojrzeć z perspektywy psychologicznej także jako na swoiste laboratorium natury ludzkiej, gdzie ścierają się tkwiące w niej dobro i zło (…). W owym laboratorium rozpoznajemy wyraźnie, że linia oddzielająca dobro od zła jest umowna, a ludzie są nie tyle źli, ile raczej mają dyspozycję do czynienia zarówno zła, jak i dobra” (s. 189). Gdzie indziej przeczytamy: „Zło (…) jest bardziej wyraziste niż dobro, zarówno z punktu widzenia doświadczenia psychologicznego, jak i ze względu na obiektywną szkodę, jaką wyrządza. Doznane dobro nie wymazuje doświadczonego zła (…)” (s. 155, wyróżnienie moje – P.S.). Dalej mowa o tym, jak psychologiczna reguła asymetrii pozytywno–negatywnej uczy nas, że „wpływ przeżyć negatywnych jest silniejszy, niż pozytywnych”, choćby „obiektywnie” plusy i minusy się równoważyły, oraz o tym, dlaczego jest to mechanizm ewolucyjny i efektywny w życiu społecznym (s. 155). W podobnym guście wyjaśniane są takie zjawiska psychiczne jak zawiść i zazdrość (s. 107-108), czy chciwość: „jedna z wielkich namiętności, kierujących ludzkim działaniem” (s. 111).

Drażniący bywa sposób wysławiania się autorki. Co to jest doświadczenie psychologiczne z cytatu przywołanego w poprzednim akapicie? Eksperyment dokonany w ramach dziedziny nauki, która nazywana jest psychologią? Formalnie tak. A może to doznanie w jakiś sposób odciskające się na psychice jednostki? Kontekstowo tak. Innymi słowy, w ferworze kwiecistym autorka przegapiła działanie konwencji każącej mówić o „doświadczeniu psychicznym”, nie psychologicznym.

Podobne wątpliwości budzi we mnie aplikacja licznych innych „uczonych” sformułowań. Engelking pisze – by ograniczyć się do dwóch zaledwie przykładów – o „dedykowanym zabójcom aktom” (s. 227). Cóż za zbędny anglicyzm, by ograniczyć się do wymownego uniesienia brwi. Szczególnie przyciąga uwagę jedno z najchętniej współcześnie nadużywanych określeń, przestrzeń. Słowa: „ukrywanie się w przestrzeni wiejskiej” (s. 101) czy [t]opografia przestrzeni wiejskiej” (s. 85) brzmią niemal karykaturalnie.

Engelking uruchamia mnóstwo tanich, nawet nie religijnych, a dewocyjnych i stereotypowych skojarzeń. Wspomina o wydarzeniach mających strukturę odpowiadającą narracji ewangelii, o gestach ewangelicznych, o Żydzie–tułaczu, o żłóbku, o pustyni… Autorka pisze o tej ostatniej, gdzie ludzie dopraszają się wspomożenia: „Chodzi nie tylko o dosłowny sens – braku pomocy, obijania się o ludzi, ich strach lub niechęć (…). Pustynia ludzka ma także wymiar psychologiczny – jest bezskutecznym poszukiwaniem współczucia oraz nadziei i wiary w drugiego człowieka. W wymiarze topograficznym to doświadczenie włóczęgi, bezdomności, braku schronienia, a w wymiarze duchowym – doznanie najgłębszego cierpienia i egzystencjalnej samotności” (s. 259). Taka narracja nosi znamiona szantażu emocjonalnego, gdyż jako takie odbieram te fragmenty apelujące do chrześcijańskich sumień (należy zarazem zauważyć, iż deprecjonująca deskrypcja tak zwanego doświadczenia pustyni nie jest teologicznie relewantna). I chociaż owe odniesienia czysto religijne powodują tylko kolejny przypływ irytacji z powodu wszechobecności tej retoryki, legitymizującej jedynie słuszny porządek opartego na Biblii świata, to podbudowa treści merytorycznej, która zdecydowanie mówi sama za siebie, nie potrzebuje ciągłych argumentów ad miseriacordiam. Natomiast ktoś, komu i tak brak empatii czy kto jest obojętny wobec akurat tego aspektu czasów Zagłady – i tak przez Jest taki piękny słoneczny dzień nie przebrnie. Jeżeli zaś ktoś ostrzy swe pióro przeciw naukowcom i publicystom dopominającym się pamięci o polskiej odpowiedzialności za udrękę Żydów (czyli współodpowiedzialności za Zagładę), sięgnie raczej po efekciarskiego Grossa i otrzyma wodę na swój młyn. Pozostaje zatem dopominać się o jak najszerszą dystrybucję i recepcję publikacji Barbary Engelking.

Paulina Szkudlarek

Barbara Engelking, Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2011.Wszystkie nieoznaczone cytaty i odwołania pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 10 sierpnia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Barbara Engelking, „Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945”

Jak było, a jak jest nacechowane słowo Żyd? Czy to obelga? Określenie, którego należy unikać w imię szacunku (wszak obelgą nadal bywa), a może dumnie używać, ponieważ zostało poddane skutecznemu reclaimingowi, zmieniło swój wydźwięk z negatywnego, pogardliwego, a przez ludzi „na poziomie” unikanego, na neutralny i opisowy? Nie, nie sięgnę tu po Walczące słowa Judith Butler (przeł. Adam Ostolski, Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”, Warszawa 2010)! Chcę tylko – pod pretekstem tego pytania – wskazać wagę kontekstów, intencji nadawczej i odbiorczej, oraz szerokiego spektrum interpretacji określonych wypowiedzi, zarówno prac naukowych, jak i apelatywów. Pozwoli to umotywować moją krytykę jednej książki, i aprecjację drugiej, gdzie obie poświęcone są dość zbliżonej tematyce: to Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów oraz Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945.

Nie miałam okazji sięgnąć po wcześniejsze prace Jana Tomasza Grossa. Rzecz jasna śledziłam publicystykę wokół nich, jeszcze w Poznaniu uczestniczyłam w poświęconej im dyskusji. Ponadto kwestią hamującą moje zainteresowanie tematyką żydowską jest podstawowa dystynkcja, tu ustanowiona przez wierzenia religijne – a mnie odrzucają wszelkie. Jednak ostatnio, podobnie jak współautorka tego bloga, sięgnęłam po Złote żniwa. Gross (jako współpracowniczkę w autorstwie podana jest jego żona, więc nie wiem, czy może należy pisać: Grossowie), pozyskał i zreprodukował zdjęcie, na którym widać ludzi siedzących wokół rozkopanych mogił. Ma być to fotografia spod Treblinki, ukazująca usankcjonowaną, uporządkowaną działalność hien cmentarnych. Gross nie opowiada, że tam i wtedy było właśnie tak, a nie inaczej, tylko bierze ów punkt wyjścia, by relacjonować grabieże (i nie tylko) – jak podpowiada podtytuł – „na obrzeżach zagłady Żydów”. W skrócie, albowiem Złotym żniwom poświęcony już jest poprzedni wpis, autorowi nie chodzi o hitlerowców, lecz o osoby zamieszkujące teren okupowanej Rzeczpospolitej: co mówiło narzucone prawo, co praktykowano, jak pomagano (Gross koncentruje się na niskich pobudkach, czyli: ukrywaniu czy dożywianiu za słonymi opłatami) i jak szkodzono: poprzez upokorzenia, donosy, tortury, przepędzanie, obławy, zabijanie. Jak zachowywano się po wyzwoleniu wobec tych, którzy przetrwali w obozach, tych, którym do końca udało się kryć, tych, którzy wracali w swe dawne miejsca zamieszkania. Gross poświęca rzecz jasna rozdział obojętności oraz antysemityzmowi kleru i Kościoła katolickiego.

Książka asekuracyjnie została przez wydawców nazwana esejem historycznym: dla uniknięcia oskarżeń, że to przecież nie jest „własna” praca badawcza. Zebrane i wykorzystywane są wyłącznie gotowe opracowania, z czego większość pochodzi z ostatnich lat, czyli odkąd problem polskiej odpowiedzialności za zbrodnie przeciw Żydom został nagłośniony w największej mierze przez Grossa właśnie: odkąd znani są jego Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka (Fundacja Pogranicze, Sejny 2000).

To mój kolejny zarzut: koniunkturalizm, odcinanie kuponów od wcześniejszych osiągnięć – i niejednoznacznej sławy. Gross zdaje się ukazywać siebie jako niezłomnego głosiciela gorzkiej i niewygodnej dla Polaków prawdy, napiętnowanego przez tych nietolerancyjnych antysemitów jako wróg publiczny (co potwierdza publicystyka reprezentująca skrajnie prawą stronę sceny politycznej). Wydawnictwu „Znak” nie przeszkadza otaczająca autora antykatolicka fama, wszak na Grossie można zarobić. Opublikowano już zresztą Wokół „Złotych Żniw”. Debatę o ksiażce Jana Tomasza Grossa i Ireny Grudzińskiej-Gross.

„Znak” to mainstream w swojej branży, balans między zaściankowością a kontrowersyjnością, wydawnictwo aktualnie specjalizujące się we wznowieniach przekładów beletrystycznego kanonu współczesności. Publikuje Grossa znanego, zapoznanego, i po tym, jak jego Sąsiedzi zostali wchłonięci w społeczny krwioobieg. Pamiętajmy choćby o ówcześnie urzędującym Prezydencie RP w 2001 roku oficjalnie przepraszającym za zbrodnię w Jedwabnem. Jakkolwiek dla prawej strony tutejszej sceny politycznej był to skandal, upokorzenie Polaków, dowód na to, na czyjej smyczy chadza Kwaśniewski, do kogo się łasi i macha ogonkiem (do dzisiaj wypowiedzi krytyczne i antysemickie są na szczycie listy wyszukiwania frazy Kwaśniewski Jedwabne), i jakkolwiek mnie ten gest wydawał się spóźniony i niewystarczający, dziś należy podkreślać, iż był to rzadki moment, kiedy władze tego kraju zdobyły się na coś godnego szacunku, coś czego jako obywatelka nie muszę się wstydzić. Przez lata, które od tamtych przeprosin minęły, podobnie godne pochwały wydarzenie się nie powtórzyło. W każdym razie to dowód uznania Grossowych racji, mimo warsztatowych wątpliwości, jakie Sąsiedzi budzili. Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści (Znak, Kraków 2008) był już skazany na status bestsellera.

O ostatniej książce zaś z goryczą można rzec, iż „żniwa” to sobie Gross urządził, sięgając po wiele szczegółowych (lecz ze względu na charakterystyczny obieg literatury naukowej niemogących liczyć na dużą popularność) opracowań, na nich, na cudzym wysiłku badawczym opierając swój sukces wydawniczy. Nic wtedy dziwnego, że metodologii tu brak. Jest wzmianka o antropologicznym pojęciu opisu gęstego, ale to chyba jedynie retoryczny sztafaż mający zaimponować odbiorcom niezorientowanym.

Problem, jaki mam ze Złotymi żniwami, to… obojętność. Nie ruszają mnie nienawistność, okrucieństwo, bezduszność, chciwość, bezmyślność czy antysemickie zacietrzewienie, o jakich w książce mowa, ponieważ opisy są z drugiej ręki, rzecz jasna, zamieszczone zgodnie z regułami cytowania. Rzekome „szkalowanie” Polaków przez autora również nie budzi mej pasji polemicznej – o świętym oburzeniu nie wspominając – gdyż nie dość, że jestem bardzo daleka od jakichkolwiek ideowych i retorycznych form gloryfikacji tej grupy (jako ofiar historii czy osobników szczególnie szlachetnych), to jeszcze niemiłe jest mi myślenie o pojęciu „naród” jako definiowalnej, adekwatnej (do czegokolwiek) kategorii poznawczej. Jedyna naprawdę istotna dla mnie rzecz: Gross domaga się przezwyciężenia prymatu liczb i statystyk, pragnie pamięci o każdej skrzywdzonej osobie jako indywiduum, kimś wyjątkowym, kto czuł, przeżywał, cierpiał, kogo udziałem był strach, głód, zimno, kogo raniło lekceważenie, obojętność, kogo pełne prześladowań ostatnie lata życia zakończyła anonimowa śmierć, czyje szczątki były porzucane gdziekolwiek bądź, przeszukiwane… Zaraz zaraz! Tak naprawdę mnie interesuje, wzrusza, bulwersuje to, co miało miejsce przed śmiercią, gdy człowiek – z pełnią szacunku dla nie-ludzkich form życia – jest człowiekiem. To, co się robi z zwłokami, jest istotne tylko dla żywych – ku ich pocieszeniu, satysfakcji, znieczuleniu sumienia, ba, z najbardziej przyziemnego punktu widzenia: dla odsunięcia groźby epidemiologicznej. A jednak to za mało: Gross mnie nie przekonuje na przykład dlatego, że jego wywody nie przewartościowują moich poglądów. Po drugie: nie wierzę, że przewartościowują czyjekolwiek. Ci bowiem, którzy przyznają mu rację, badają, zgłębiają, dopowiadają, edukują, przepraszają już od lat. Osobom nastawionym indyferentnie przychodzi jedynie przełączyć kanał, gdy w telewizji pojawia się ten irytujący temat, gdzieś tam w końcu trafią się utalentowane gwiazdy tańczące na lodzie.

Zetknęłam się również z inną, opublikowaną bardziej „niszowo” (przez Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów) pozycją: Jest taki piękny słoneczny dzień… losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942 – 1945 Barbary Engelking. To już praca oparta na bogatych badaniach własnych, odwołująca się do źródeł historycznych: dokumentów sądowych (archiwa IPN, sprawy głównie z województw warszawskiego, kieleckiego, etc. – słowem, z hitlerowskiej Generalnej Gubernii), zbiorach warszawskiego ŻIH i jerozolimskiego Yad Vashem – by wymienić kilka, plus rzecz jasna literatura przedmiotu.

Autorka chce ukazywać świat wojennego ukrywania się z perspektywy Żydów, i tych, którzy przetrwali, i tych, którzy zginęli. Obficie cytuje relacje jednych ukrywających się o innych, pamiętniki niekiedy odkrywane w gruzach, itp. Każda możliwa do zidentyfikowania osoba otrzymuje godność na kartach tej książki – a „godność” jest przecież staroświeckim synonimem „nazwiska” – tym samym Engelking spełnia najmocniejszy postulat Grossa – w kwestii dopominania się o indywidualizację ofiar więcej już zrobić nie można.

Wszystko opisane jest bardzo systematycznie. Skąd się wzięli szukający pomocy ludzie? Uciekli z miast. Uciekli z gett. Uciekli z transportów. Albo już przed wojną mieszkali na wsiach. Jak się utrzymywali? Znów kilka grup, oczywiście niekoniecznie rozłącznych: spieniężyli przedwojenny majątek; nie spieniężyli, ale stopniowo upłynniali, by opłacić haracze za swe utrzymanie; pracowali nadal w swoich skromnych zawodach (np. krawcy); pracowali gdziekolwiek (np. na roli); byli w pełni zdani na swoich gospodarzy; byli zdani na swój spryt, szczęście i przyrodę. Czemu musieli ukrywać się nawet przed własnymi sąsiadami? Okoliczności wyzwalały najgorsze instynkty. Chłopi wzajemnie sobie zazdrościli – czemu on, a nie ja, się ma bogacić żydowskim złotem? Trzeba na niego donieść. Albo z zięciem sami załatwimy sprawę. (To akurat nie cytat; słowa osób autentycznie zamieszanych w opisywane procedery są po stokroć bardziej drastyczne). Równie dobrze budziły się zadawnione animozje: imperatyw kategoryczny szkodzenia bliźniemu. Kolejny powód: w wioskach niemieckie kontrole nie były częste, ale przed okupantami odpowiadali sołtysi i polska policja. Zaniechanie i niesubordynacja wszelkiego rodzaju dawały powody do karania. Tu uzasadnieniem był strach, owszem. Gross pisał w Złotych żniwach, że Polacy starają się forsować w świecie „usprawiedliwienie”, jakoby w okupowanej Polsce, inaczej niż np. we Francji, za ukrywanie Żydów groziła kara śmierci. Według Grossa to propaganda tuszująca winy. Tymczasem Engelking opowiada o właśnie takim zabijaniu ludzi niosących pomoc, pardon, przyłapanych na niesieniu pomocy. Kończyło się też puszczaniem z dymem gospodarstw. Przy tym potworną rzeczywistością było ochotnicze karanie, np. przez sołtysa albo wioskową grupkę brutalnych osiłków–terrorystów. Autorka mówi, że hitlerowcy byli „na służbie zła”, zaś ci Polacy byli jego „wolontariuszami” (s. 153), szkodzili, dręczyli, zabijali brutalnie, spontanicznie, chaotycznie, chętniej uprawiając „rękodzieło” albo wyszukując improwizowaną broń. Wskazane jest, że w – proszę wybaczyć to określenie – odmętach pamięci narodowej pozostali na powierzchni ci, którym pomagano (s. 17). Tych skrzywdzonych i pokrzywdzonych wyparto. W aktach oskarżeń polskich zbrodniarzy najczęściej bezimienne ofiary określane są jako mężczyźni lub kobiety N. N., ewentualnie dzieci. Oczywiście powojenne losy ocalonych też były dramatyczne, i choć Engelking zatrzymuje się na 1945 roku, cytowane dokumenty sądowe są powojenne. Tedy w przypadku wielu opisywanych procesów Żydzi – świadkowie nie oczekiwali wyroków (albo wyników apelacji): byli już w Izraelu. Ostracyzm czekał ich wybawicieli – wiemy o ludziach, którzy wstydzili się odznaczeń „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”, kryli się z nimi lub je wyrzucali.

W czasach wojny nie mówiono: Polacy i Żydzi, tylko zawsze: chrześcijanie i żydzi. Wydaje mi się, że wprowadzony później przepis ortograficzny „powiększający” wiadomą pierwszą literę jest proizraelski, w sensie politycznym (wskazuje wspólnotę etniczną), nie zaś honoryfikującym (czyli nie podkreśla wyjątkowego szacunku dla wiary religijnej). Przecież nie trzeba wyznawać judaizmu, by być Żydem. Żydem czy Izraelczykiem? Zauważyłam, że w historycznych dokumentach częstym synonimem żyda jest izraelita. W nawiązaniu do konstatacji otwierających dzisiejszego posta, myślę, że to swego rodzaju niegdysiejszy eufemizm, dzisiaj odbierany jako pogardliwy, obok typowo grubiańskich obelg, których przykładów nie będę jednak starała się sobie przypomnieć.

Porzucając dygresję dodam, iż wiadomym jest, że w okupacyjnym antysemickim kontekście z żydowską identyfikacją było dokładnie odwrotnie. Osoby, które z obywateli wieloetnicznego państwa spadły do poziomu podludzi, w większości uważały się za Polaków (s. 154) – nie byli ani syjonistami optującymi za osobnym krajem dla swej wspólnoty krwi i wiary, ani odklejonymi od dowolnej rzeczywistości politycznej i gospodarczej ortodoksami. Celowo piszę w rodzaju męskoosobowym. Z nazistowskiego punktu widzenia Żyd był lepiej rozpoznawalny niż Żydówka. Niezależnie od płci można było mieć wygląd „dobry” bądź „ujemny” – ale to na pierwszy, niekiedy złudny rzut oka. Wydaje się, choć praca Engelking o tym milczy, że we wsiach semicka aparycja nie robiła tak wielkiej różnicy, jak w miastach. W większych skupiskach ludności anonimowość przechodniów, współpasażerów i innych przypadkiem się spotykających osób, sprzyjała ocenie „na oko”. Mieszkańcy wsi znali się nawzajem, wiedzieli, nie musieli szacować i klasyfikować bliźnich na podstawie proporcji części twarzy czy koloru włosów.

U Engelking opisywane są warunki bytowe Żydów: w jakich pomieszczeniach, lub gdzie na polach i w lasach ludzie się chowali, jak dawali sobie radę z głodem, pragnieniem, zimnem, upałem, opadami, dusznością, etc., jak się komunikowali z osobami niemuszącymi się kryć i ze sobą nawzajem. Co dość interesujące, wielkim zagrożeniem była partyzantka: AL, AK, BCh, ktokolwiek. Żydzi często nie rozpoznawali specyfiki poszczególnych ideowych odnóg, zresztą zaiste: co to w ich sytuacji była za różnica?

Na wsiach – wedle relacji dostępnych i przywołanych przez autorkę – nigdy się nie zdarzały brawurowe odbicia podczas transportów. Zresztą główna teza mówi, że to, co się działo, przekracza tradycyjną triadę: kat, ofiara, świadek (np. s. 257). Niemcy rozpisali inne role: ściganej zwierzyny, naganiacza, myśliwego. Żydzi nigdy nie mogli zmienić swego emploi w tym teatrze śmierci, natomiast Polacy bywali i myśliwymi, i naganiaczami, i gapiami. Och, ofiarami też.

Praca Engelking jest socjologiczno-historyczna. Jej mankamentem są aspiracje do wzniesienia się poza tę dziedzinową atrybucję. Mianowicie dla objęcia uroków ludzkiej natury autorka sięga po psychologię. „Na doświadczenie Zagłady można spojrzeć z perspektywy psychologicznej także jako na swoiste laboratorium natury ludzkiej, gdzie ścierają się tkwiące w niej dobro i zło (…). W owym laboratorium rozpoznajemy wyraźnie, że linia oddzielająca dobro od zła jest umowna, a ludzie są nie tyle źli, ile raczej mają dyspozycję do czynienia zarówno zła, jak i dobra” (s. 189). Gdzie indziej przeczytamy: „Zło (…) jest bardziej wyraziste niż dobro, zarówno z punktu widzenia doświadczenia psychologicznego, jak i ze względu na obiektywną szkodę, jaką wyrządza. Doznane dobro nie wymazuje doświadczonego zła (…)” (s. 155, wyróżnienie moje – P.S.). Dalej mowa o tym, jak psychologiczna reguła asymetrii pozytywno–negatywnej uczy nas, że „wpływ przeżyć negatywnych jest silniejszy, niż pozytywnych”, choćby „obiektywnie” plusy i minusy się równoważyły, oraz o tym, dlaczego jest to mechanizm ewolucyjny i efektywny w życiu społecznym (s. 155). W podobnym guście wyjaśniane są takie zjawiska psychiczne jak zawiść i zazdrość (s. 107-108), czy chciwość: „jedna z wielkich namiętności, kierujących ludzkim działaniem” (s. 111).

Drażniący bywa sposób wysławiania się autorki. Co to jest doświadczenie psychologiczne z cytatu przywołanego w poprzednim akapicie? Eksperyment dokonany w ramach dziedziny nauki, która nazywana jest psychologią? Formalnie tak. A może to doznanie w jakiś sposób odciskające się na psychice jednostki? Kontekstowo tak. Innymi słowy, w ferworze kwiecistym autorka przegapiła działanie konwencji każącej mówić o „doświadczeniu psychicznym”, nie psychologicznym.

Podobne wątpliwości budzi we mnie aplikacja licznych innych „uczonych” sformułowań. Engelking pisze – by ograniczyć się do dwóch zaledwie przykładów – o „dedykowanym zabójcom aktom” (s. 227). Cóż za zbędny anglicyzm, by ograniczyć się do wymownego uniesienia brwi. Szczególnie przyciąga uwagę jedno z najchętniej współcześnie nadużywanych określeń, przestrzeń. Słowa: „ukrywanie się w przestrzeni wiejskiej” (s. 101) czy [t]opografia przestrzeni wiejskiej” (s. 85) brzmią niemal karykaturalnie.

Engelking uruchamia mnóstwo tanich, nawet nie religijnych, a dewocyjnych i stereotypowych skojarzeń. Wspomina o wydarzeniach mających strukturę odpowiadającą narracji ewangelii, o gestach ewangelicznych, o Żydzie–tułaczu, o żłóbku, o pustyni… Autorka pisze o tej ostatniej, gdzie ludzie dopraszają się wspomożenia: „Chodzi nie tylko o dosłowny sens – braku pomocy, obijania się o ludzi, ich strach lub niechęć (…). Pustynia ludzka ma także wymiar psychologiczny – jest bezskutecznym poszukiwaniem współczucia oraz nadziei i wiary w drugiego człowieka. W wymiarze topograficznym to doświadczenie włóczęgi, bezdomności, braku schronienia, a w wymiarze duchowym – doznanie najgłębszego cierpienia i egzystencjalnej samotności” (s. 259). Taka narracja nosi znamiona szantażu emocjonalnego, gdyż jako takie odbieram te fragmenty apelujące do chrześcijańskich sumień (należy zarazem zauważyć, iż deprecjonująca deskrypcja tak zwanego doświadczenia pustyni nie jest teologicznie relewantna). I chociaż owe odniesienia czysto religijne powodują tylko kolejny przypływ irytacji z powodu wszechobecności tej retoryki, legitymizującej jedynie słuszny porządek opartego na Biblii świata, to podbudowa treści merytorycznej, która zdecydowanie mówi sama za siebie, nie potrzebuje ciągłych argumentów ad miseriacordiam. Natomiast ktoś, komu i tak brak empatii czy kto jest obojętny wobec akurat tego aspektu czasów Zagłady – i tak przez Jest taki piękny słoneczny dzień nie przebrnie. Jeżeli zaś ktoś ostrzy swe pióro przeciw naukowcom i publicystom dopominającym się pamięci o polskiej odpowiedzialności za udrękę Żydów (czyli współodpowiedzialności za Zagładę), sięgnie raczej po efekciarskiego Grossa i otrzyma wodę na swój młyn. Pozostaje zatem dopominać się o jak najszerszą dystrybucję i recepcję publikacji Barbary Engelking.

Paulina Szkudlarek

Barbara Engelking, Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2011.Wszystkie nieoznaczone cytaty i odwołania pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 10 sierpnia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Leela Gandhi, „Teoria postkolonialna”

Europejski podbój „reszty świata”, który po pewnych falstartach (imperium rzymskie, cesarstwo karolińskie) ruszył na dobre w dobie renesansu, nie był prowadzony bezrefleksyjnie. W spotkaniach z odmiennymi formacjami kulturowymi najeźdźcy wpierw pytali: czy tubylcy mają duszę? Uznawszy, że są oni istotami ludzkimi, ustanawiali misje ewangelizacyjne. Wraz z oświeceniową zmianą paradygmatów ontologicznych i epistemologicznych pytanie zabrzmiało: czy mają rozum? Twierdząca odpowiedź ukonstytuowała zobowiązanie „cywilizowanych umysłów” do tego, by poprzez opiekę i przewodnictwo doskonalić ludzką rasę. Nawoływał do tego choćby Rudyard Kipling w słynnym wierszu The White Man’s Burden z 1899 roku. Imperia były zatem przez długi, zbyt długi czas dyskursywnie legitymizowane jako pokojowe, o altruistycznych intencjach, niosące podporządkowanym sobie ziemiom demokratyzację, oświecenie, ba!, uczłowieczające barbarzyńców będących, jak czytamy u Kiplinga, w połowie dziećmi i w połowie diabłami. Dziś nie trzeba już tłumaczyć, na czyich barkach w rzeczywistości spoczywało brzemię – między innymi dzięki dorobkowi studiów postkolonialnych. To nurt szukający jak najpełniejszego wyjaśnienia kwestii, jak stanowiące kolonialne dziedzictwo Zachodu teksty kulturowe, języki, narracje etc. mogły i mogą ustanawiać hierarchię, służyć jako narzędzia podporządkowania, m. in. do eksploatacji ekonomicznej i ideologicznej negacji wartości świata pozazachodniego, historycznie prowadzących niekiedy nawet do ludobójstw. W ujęciu etycznym wyzwanie stanowią dwa kroki: należy odsłonić przemoc kolonizacji, i doprowadzić do pojednania tych, którzy w jej koszmarze współuczestniczyli jako zantagonizowane strony. Taki jest postulat Leeli Gandhi, której Teorii postkolonialnej. Wprowadzeniu krytycznemu chciałabym się bliżej przyjrzeć.

Należy rozpocząć od tego, iż mam pewne wątpliwości do dokonanego przez Jacka Serwańskiego przekładu książki. Są, jak najbardziej!, pojęcia nie tylko w tej gałęzi rozważań, a w całej humanistyce (przynajmniej patrząc na stan piśmiennictwa sprzed kilku lat) niezwykle trudno godzące się na polskojęzyczne odpowiedniki. To rzecz jasna wyzwanie translatorskie, w przypadku Teorii postkolonialnej dotyczące jednego z głównych terminów. Czy teoretyków subaltern studies nazywać subalternistami, jak queerowców queerowcami? Taki wybór zakłada rozumienie oryginalnego pojęcia, ale niekiedy słowo jako rzeczownik lub przymiotnik dotyczy osób o kondycji subaltern. Podrzędni? Wykluczeni? Zmarginalizowani? Inni? Mam świadomość, iż żadna z opcji nie pasuje jako adekwatny zamiennik jeden do jednego. Czyżby była to „kara” dla użytkowników polszczyzny jako języka tzw. niskiego kontekstu? Idąc dalej, jakkolwiek nietrudno przystać na oddanie native jako natywny, już mapping jako kartografowanie nie tylko brzmi przynajmniej niezręcznie, ale też nie uwzględnia funkcjonowania (być może również niezgrabnego) określenia: mapowanie. By doprecyzować, termin ten winien być rozumiany zgodnie z anglojęzycznymi ustaleniami – tu za Ashcroftem, Griffithsem i Tiffin – jako tekstualizacja rzeczywistości przestrzennej („textualizing the spatial reality of the other”) [1]. Najbardziej rażącą wpadką jest fragment rekapitulujący opinię Richarda Foxa o „orientalistycznym wyobrażeniu Indii jako niezbywalnie duchowych, nieświadomych i korporacyjnych [s. 74]. Otóż nie!, w tym wypadku corporate nie znaczy: korporacyjny.

Są utwory, które czytamy dla przekładu, inne z braku przekładu, i jeszcze kolejne, pomimo niego, przejdę zatem do meritum. Autorka Teorii postkolonialnej, urodzona w Bombaju, studiująca początkowo w Delhi, potem w Oxfordzie – gdzie się doktoryzowała – obecnie mieszka w USA i wykłada na University of Chicago. Zdaje się, że taką biografią kwestionuje spuściznę po swoim słynnym przodku, na którego zresztą nieustannie się powołuje w omawianej pracy. Ambicją Gandhi jest ukontekstualizowanie postkolonializmu na tle wyznaczanym przez stare i nowsze koncepcje filozoficzne, szczególnie przez marksizm, feminizm, poststrukturalizm, będące zarazem – odnotujmy – istotnymi punktami odniesienia dla anglosaskich studiów kulturowych. Owe interakcje i alianse ukazane są jednak bardzo ogólnikowo i wybiórczo. Postkolonialnymi mistrzami autorki są zaś przede wszystkim Dipesh Chakrabarky, Gayatri Chakravorty Spivak, Edward Said i Homi Bhabha – w przywołanym już usytuowaniu propozycji Gandhi to wprawdzie kanoniczny, ale dość banalny zestaw nazwisk. Zarazem książka rozczarowuje jednostronnością perspektywy. Gandhi zajmują tylko Indie i „okoliczne” tereny wyjęte spod niegdysiejszego panowania brytyjskiego; jej perspektywą jest hindocentryzm pomijający Afrykę i obie Ameryki, zaś jej ojczyzna z wyboru – Stany Zjednoczone, ze swą bujną historią niewolnictwa jawią się jako niewinne jakiejkolwiek represji (quasi-)kolonialnej. To wszak perfekcyjna demokracja kwitnąca po rozbiciu brytyjskich łańcuchów w drugiej połowie osiemnastego wieku, ofiara raczej aniżeli miejsce wieloletniej i hurtowej dehumanizacji.

W wielu wypadkach Gandhi ogranicza się do stwierdzeń nie tyle uproszczonych, co powielających sądy w dziedzinie postkolonializmu powtarzane, będące podręcznymi etykietami, a które po lepszym namyśle obnażają niedostatki kompetencyjne replikującej je epigonki. Na przykład Joseph Conrad ukazywany jest – za Saidem i za Suleri [s. 108 i 147] jako typowy „zły”, kolonizator: szkodnik, tym gorszy, że jako pisarz mający ogromne możliwości rozsiewania propagandowej, na przykład romantyzującej, wizji świata pod jarzmem. To niesprawiedliwe w kontekście życiorysu artysty, przy czym jego pochodzenie etniczne ma tu akurat najmniej do rzeczy (jeśli jednak spojrzeć od tej strony, zarzuciłabym Gandhi zubożenie tematu, choć nie spodziewałabym się znalezienia tu wyrafinowania zdolnego dostrzec „drugi świat”, który notabene zniknął). Interpretacja pisarstwa Conrada ukazująca go jako prokolonialnego rzecznika Korony, propagandzistę europejskiej nadrzędności legitymizującej podboje jako misje cywilizacyjne (i jeszcze może wspomniane wyżej brzemię białego człowieka) to zawężenie sprawy, a tutaj wbrew wszelkim lekcjom dotyczącym braku możliwości wskazania głównego i właściwego sensu dzieła, jednostronne spojrzenie na Conrada zostało skanonizowane jako najwłaściwsza wykładnia [2]. Mnie zaś przekonuje raczej narracja W. G. Sebalda z Pierścieni Saturna, gdzie zaakcentowana jest rola Conrada w szerzeniu świadomości okrucieństw, jakie były popełniane w koloniach. Przypomnijmy: Sebald był Niemcem zbuntowanym przeciw obowiązującej w jego dzieciństwie i młodości niemieckiej polityce niepamięci. Wyrzekł się swoich imion uważając, że brzmią faszystowsko. Jego pisarstwo było skoncentrowane na odzyskiwaniu przeszłości w formie niewybielającej katów, na odszukiwaniu świadectw niesprawiedliwości, przemocy, upadlania, w sposób ukazujący wymiar osobisty. Sebald był wielostronny, dużo podróżował. Nie wyżywał się tylko na niechlubnej historii kraju swego pochodzenia. Wzmiankowany wymiar osobisty to skala jego skrupulatnych poszukiwań, dochodzenie do odkryć, które niestety nie odbijały potem szerokim echem, motywacja oraz specyficzny ton jego przejmującej narracji. Praca wykonana przez Sebalda jest tytaniczna, nieporównywalna z prostym cytacjonizmem Gandhi.

Ekspozycja nacjonalizmu w krajach postkolonialnych wydaje się pierwszoplanową kwestią. Autorka skrupulatnie odnotowuje podstawy akceptacji twierdzenia „że nacjonalizm stanowi istotną cechę walki o dekolonizację w Trzecim Świecie” [s. 95], jak i głosy jego przeciwników. Plusem publikacji są cenne pod względem dydaktycznym odpowiedzi na podstawowe pytania: co to jest imperializm [s. 65], orientalizm [s. 72, 83], kto jest „Inny” [s. 42], oraz dociekania szczegółowe, na przykład – czy kolonializm „wymyśliły” metropolie czy kolonie. Nie są to jednak koncepcje Gandhi, to treść wydestylowana z dorobku innych, bardziej wyrazistych autorów. Jest to szczególnie wyraźne w partiach tekstu poświęconych literaturoznawstwu (vide rozdział Polityka tekstualna i nast.).

Uwaga Gandhi kieruje się również ku problematyczności teorii postkolonialnych jako przynależnych do „modnych” nurtów skoncentrowanych na intelektualnych i aktywistycznych strategiach demarginalizacji. Obawy o koniunkturalizm i tendencyjność są niewątpliwie niebezpodstawne, jednak żywi je sama autorka, dlatego stara się rozbrajać potencjalne bomby, często oddając głos przeciwnikom. Nie przemilcza na przykład kontrowersji wokół „postkolonialnych intelektualistów” (to odniesienie do tytułu, jaki nosi jeden z podrozdziałów – s. 58). Według Colonela Westa „podczas gdy wiążą oni swe działania z fundamentalną, strukturalną naprawą tych instytucji, to często pozostają od nich zależni finansowo… W przypadku owych krytyków kultury jest to gest, który równocześnie ma znamiona postępowości i kooptacji” [3]. Gandhi daje wyraz świadomości faktu, iż uteoretycznienie kwestii postkolonialnej w ramach zachodniej akademii sugeruje jej dyskursywną nadrzędność wobec „surowca rdzenności”, choćby i hybrydycznej. Nie dość zatem, że w sobie właściwych środowiskach uniwersyteccy subalterniści czerpią wizerunkowe profity ze swej intelektualnej subwersji – jako stawiający opór przemocy systemu reprodukcji wiedzy i znaczeń, to jeszcze (być może mimowolnie) potwierdzają „zużyte kolonialne założenie, że trzeba Zachodu – czy to w formie teorii czy historii – ażeby doprowadzić ‘resztę’ do stanu zrozumiałości” [s. 156].

Nawiasem mówiąc, to rzecz jasna nie jest jedyna paralela stanowiąca wspólny mianownik kolonializmu i postkolonialności. Inną, równie frapującą, jest analogia pomiędzy niegdysiejszą romantyzacją Orientu jako azylu dla represjonowanych w Europie homoseksualistów (jako świadectwo niech posłuży tu Droga do Indii Edgara M. Forstera) i współczesnym zaliczaniem do kategorii subaltern osób o seksualnościach nie(hetero)normatywnych.

Te tropy zdają się usprawiedliwiać cokolwiek butny tytuł Teoria postkolonialna. Wprowadzenie krytyczne. Butny? Tak! Ghandi napisała swą pracę, której w Polsce nadano status podręcznika akademickiego, będąc tuż po trzydziestce – rzecz w warunkach polskich niebywała. Dość powiedzieć, że na przykład Tadeusz Gadacz zainaugurował swoją serię publikacji Historia filozofii XX wieku. Nurty (Znak, Kraków 2009) w połowie szóstej dekady życia. Jeśli studia postkolonialne mają mieć młodą i uśmiechniętą twarz (taka Leela Gandhi patrzy na nas ze „skrzydełka” okładki), mnie może to jedynie cieszyć, jednak pozostaję w nadziei na przekłady kolejnych, bardziej wnikliwych opracowań [4]. Doprecyzuję: mój sprzeciw nie dotyczy wieku, w jakim Gandhi ogłosiła swoją wpływową, jak się okazało, książkę, ale tego, że merytoryczna zawartość Teorii postkolonialnej nie jest w stanie sprostać obietnicom danym w opisach tego projektu (np. w paratekstach, do których należy autorska Przedmowa, wydawniczy blurb, czy posłowie Ewy Domańskiej, cenionej teoretyczki historiografii).

Czekam także na wyraźniejsze głosy z „drugiego świata”. Coraz częściej zapomina się bowiem, skąd w nazwie „trzeci świat” taki, a nie inny liczebnik porządkowy, tymczasem interdyscyplinarne badania nad kondycją postzależną obszarów Europy środkowej i wschodniej mogłyby ożywić i poszerzyć perspektywy klasycznych już teorii postkolonialnych. Zakończę zatem ironicznie: gdy czytam deklarację Gandhi, iż nie kieruje się ona „motywem postkolonialnej żądzy odwetu” [s. 10], i jej zamiarem nie jest marginalizacja czy wykluczanie Zachodu, …myślę o Polsce.

Paulina Szkudlarek

Leela Gandhi, Teoria postkolonialna. Wprowadzenie krytyczne, przeł. Jacek Serwański, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2008. Wszystkie cytaty i odniesienia, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Przypisy:

[1] Bill Ashcroft, Gareth Griffiths, Helen Tiffin, Post-Colonial Studies. The Key Concepts, Routledge, London – New York 2007, s. 28.

[2] Ową wykładnię kwestionują np. liczne prace publikowane w ostatniej dekadzie na łamach „Tekstów Drugich”. Szczególnie godne uwagi są artykuły Clare Cavanagh (nr 2-3/2003) i Grażyny Borkowskiej (nr 4/2007), oraz zeszyt zatytułowany Postkolonialni czy postzależni (nr 5/2010).

[3] Colonel West, The New Cultural Politics of Difference, „October”, 1990, vol. 53, s. 94, cytat za: Leela Gandhi, Teoria postkolonialna, dz. cyt., s. 58; oryg.: “This strategy, however, also puts them in an inescapable double bind – while linking their activities to the fundamental, structural overhaul of these institutions, they often remain financially dependent on them. (…) For these critics of culture, theirs is a gesture that is simultaneously progressive and coopted”.

[4] Na spolszczenie czeka większość prac Saida, Bhabhy, Spivak, brak też antologii na miarę A Companion to Postcolonial Studies pod red. H. Schwarz i S. Ray (Blackwell Publishing, Oxford 2005) czy The Post-Colonial Studies Reader wspomnianej już trójki redaktorów: Billa Ashcrofta, Garetha Griffithsa i Helen Tiffin (Routledge, London – New York 1995).

Data wpisu: 25 czerwca, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Leela Gandhi, „Teoria postkolonialna”

Europejski podbój „reszty świata”, który po pewnych falstartach (imperium rzymskie, cesarstwo karolińskie) ruszył na dobre w dobie renesansu, nie był prowadzony bezrefleksyjnie. W spotkaniach z odmiennymi formacjami kulturowymi najeźdźcy wpierw pytali: czy tubylcy mają duszę? Uznawszy, że są oni istotami ludzkimi, ustanawiali misje ewangelizacyjne. Wraz z oświeceniową zmianą paradygmatów ontologicznych i epistemologicznych pytanie zabrzmiało: czy mają rozum? Twierdząca odpowiedź ukonstytuowała zobowiązanie „cywilizowanych umysłów” do tego, by poprzez opiekę i przewodnictwo doskonalić ludzką rasę. Nawoływał do tego choćby Rudyard Kipling w słynnym wierszu The White Man’s Burden z 1899 roku. Imperia były zatem przez długi, zbyt długi czas dyskursywnie legitymizowane jako pokojowe, o altruistycznych intencjach, niosące podporządkowanym sobie ziemiom demokratyzację, oświecenie, ba!, uczłowieczające barbarzyńców będących, jak czytamy u Kiplinga, w połowie dziećmi i w połowie diabłami. Dziś nie trzeba już tłumaczyć, na czyich barkach w rzeczywistości spoczywało brzemię – między innymi dzięki dorobkowi studiów postkolonialnych. To nurt szukający jak najpełniejszego wyjaśnienia kwestii, jak stanowiące kolonialne dziedzictwo Zachodu teksty kulturowe, języki, narracje etc. mogły i mogą ustanawiać hierarchię, służyć jako narzędzia podporządkowania, m. in. do eksploatacji ekonomicznej i ideologicznej negacji wartości świata pozazachodniego, historycznie prowadzących niekiedy nawet do ludobójstw. W ujęciu etycznym wyzwanie stanowią dwa kroki: należy odsłonić przemoc kolonizacji, i doprowadzić do pojednania tych, którzy w jej koszmarze współuczestniczyli jako zantagonizowane strony. Taki jest postulat Leeli Gandhi, której Teorii postkolonialnej. Wprowadzeniu krytycznemu chciałabym się bliżej przyjrzeć.

Należy rozpocząć od tego, iż mam pewne wątpliwości do dokonanego przez Jacka Serwańskiego przekładu książki. Są, jak najbardziej!, pojęcia nie tylko w tej gałęzi rozważań, a w całej humanistyce (przynajmniej patrząc na stan piśmiennictwa sprzed kilku lat) niezwykle trudno godzące się na polskojęzyczne odpowiedniki. To rzecz jasna wyzwanie translatorskie, w przypadku Teorii postkolonialnej dotyczące jednego z głównych terminów. Czy teoretyków subaltern studies nazywać subalternistami, jak queerowców queerowcami? Taki wybór zakłada rozumienie oryginalnego pojęcia, ale niekiedy słowo jako rzeczownik lub przymiotnik dotyczy osób o kondycji subaltern. Podrzędni? Wykluczeni? Zmarginalizowani? Inni? Mam świadomość, iż żadna z opcji nie pasuje jako adekwatny zamiennik jeden do jednego. Czyżby była to „kara” dla użytkowników polszczyzny jako języka tzw. niskiego kontekstu? Idąc dalej, jakkolwiek nietrudno przystać na oddanie native jako natywny, już mapping jako kartografowanie nie tylko brzmi przynajmniej niezręcznie, ale też nie uwzględnia funkcjonowania (być może również niezgrabnego) określenia: mapowanie. By doprecyzować, termin ten winien być rozumiany zgodnie z anglojęzycznymi ustaleniami – tu za Ashcroftem, Griffithsem i Tiffin – jako tekstualizacja rzeczywistości przestrzennej („textualizing the spatial reality of the other”) [1]. Najbardziej rażącą wpadką jest fragment rekapitulujący opinię Richarda Foxa o „orientalistycznym wyobrażeniu Indii jako niezbywalnie duchowych, nieświadomych i korporacyjnych [s. 74]. Otóż nie!, w tym wypadku corporate nie znaczy: korporacyjny.

Są utwory, które czytamy dla przekładu, inne z braku przekładu, i jeszcze kolejne, pomimo niego, przejdę zatem do meritum. Autorka Teorii postkolonialnej, urodzona w Bombaju, studiująca początkowo w Delhi, potem w Oxfordzie – gdzie się doktoryzowała – obecnie mieszka w USA i wykłada na University of Chicago. Zdaje się, że taką biografią kwestionuje spuściznę po swoim słynnym przodku, na którego zresztą nieustannie się powołuje w omawianej pracy. Ambicją Gandhi jest ukontekstualizowanie postkolonializmu na tle wyznaczanym przez stare i nowsze koncepcje filozoficzne, szczególnie przez marksizm, feminizm, poststrukturalizm, będące zarazem – odnotujmy – istotnymi punktami odniesienia dla anglosaskich studiów kulturowych. Owe interakcje i alianse ukazane są jednak bardzo ogólnikowo i wybiórczo. Postkolonialnymi mistrzami autorki są zaś przede wszystkim Dipesh Chakrabarky, Gayatri Chakravorty Spivak, Edward Said i Homi Bhabha – w przywołanym już usytuowaniu propozycji Gandhi to wprawdzie kanoniczny, ale dość banalny zestaw nazwisk. Zarazem książka rozczarowuje jednostronnością perspektywy. Gandhi zajmują tylko Indie i „okoliczne” tereny wyjęte spod niegdysiejszego panowania brytyjskiego; jej perspektywą jest hindocentryzm pomijający Afrykę i obie Ameryki, zaś jej ojczyzna z wyboru – Stany Zjednoczone, ze swą bujną historią niewolnictwa jawią się jako niewinne jakiejkolwiek represji (quasi-)kolonialnej. To wszak perfekcyjna demokracja kwitnąca po rozbiciu brytyjskich łańcuchów w drugiej połowie osiemnastego wieku, ofiara raczej aniżeli miejsce wieloletniej i hurtowej dehumanizacji.

W wielu wypadkach Gandhi ogranicza się do stwierdzeń nie tyle uproszczonych, co powielających sądy w dziedzinie postkolonializmu powtarzane, będące podręcznymi etykietami, a które po lepszym namyśle obnażają niedostatki kompetencyjne replikującej je epigonki. Na przykład Joseph Conrad ukazywany jest – za Saidem i za Suleri [s. 108 i 147] jako typowy „zły”, kolonizator: szkodnik, tym gorszy, że jako pisarz mający ogromne możliwości rozsiewania propagandowej, na przykład romantyzującej, wizji świata pod jarzmem. To niesprawiedliwe w kontekście życiorysu artysty, przy czym jego pochodzenie etniczne ma tu akurat najmniej do rzeczy (jeśli jednak spojrzeć od tej strony, zarzuciłabym Gandhi zubożenie tematu, choć nie spodziewałabym się znalezienia tu wyrafinowania zdolnego dostrzec „drugi świat”, który notabene zniknął). Interpretacja pisarstwa Conrada ukazująca go jako prokolonialnego rzecznika Korony, propagandzistę europejskiej nadrzędności legitymizującej podboje jako misje cywilizacyjne (i jeszcze może wspomniane wyżej brzemię białego człowieka) to zawężenie sprawy, a tutaj wbrew wszelkim lekcjom dotyczącym braku możliwości wskazania głównego i właściwego sensu dzieła, jednostronne spojrzenie na Conrada zostało skanonizowane jako najwłaściwsza wykładnia [2]. Mnie zaś przekonuje raczej narracja W. G. Sebalda z Pierścieni Saturna, gdzie zaakcentowana jest rola Conrada w szerzeniu świadomości okrucieństw, jakie były popełniane w koloniach. Przypomnijmy: Sebald był Niemcem zbuntowanym przeciw obowiązującej w jego dzieciństwie i młodości niemieckiej polityce niepamięci. Wyrzekł się swoich imion uważając, że brzmią faszystowsko. Jego pisarstwo było skoncentrowane na odzyskiwaniu przeszłości w formie niewybielającej katów, na odszukiwaniu świadectw niesprawiedliwości, przemocy, upadlania, w sposób ukazujący wymiar osobisty. Sebald był wielostronny, dużo podróżował. Nie wyżywał się tylko na niechlubnej historii kraju swego pochodzenia. Wzmiankowany wymiar osobisty to skala jego skrupulatnych poszukiwań, dochodzenie do odkryć, które niestety nie odbijały potem szerokim echem, motywacja oraz specyficzny ton jego przejmującej narracji. Praca wykonana przez Sebalda jest tytaniczna, nieporównywalna z prostym cytacjonizmem Gandhi.

Ekspozycja nacjonalizmu w krajach postkolonialnych wydaje się pierwszoplanową kwestią. Autorka skrupulatnie odnotowuje podstawy akceptacji twierdzenia „że nacjonalizm stanowi istotną cechę walki o dekolonizację w Trzecim Świecie” [s. 95], jak i głosy jego przeciwników. Plusem publikacji są cenne pod względem dydaktycznym odpowiedzi na podstawowe pytania: co to jest imperializm [s. 65], orientalizm [s. 72, 83], kto jest „Inny” [s. 42], oraz dociekania szczegółowe, na przykład – czy kolonializm „wymyśliły” metropolie czy kolonie. Nie są to jednak koncepcje Gandhi, to treść wydestylowana z dorobku innych, bardziej wyrazistych autorów. Jest to szczególnie wyraźne w partiach tekstu poświęconych literaturoznawstwu (vide rozdział Polityka tekstualna i nast.).

Uwaga Gandhi kieruje się również ku problematyczności teorii postkolonialnych jako przynależnych do „modnych” nurtów skoncentrowanych na intelektualnych i aktywistycznych strategiach demarginalizacji. Obawy o koniunkturalizm i tendencyjność są niewątpliwie niebezpodstawne, jednak żywi je sama autorka, dlatego stara się rozbrajać potencjalne bomby, często oddając głos przeciwnikom. Nie przemilcza na przykład kontrowersji wokół „postkolonialnych intelektualistów” (to odniesienie do tytułu, jaki nosi jeden z podrozdziałów – s. 58). Według Colonela Westa „podczas gdy wiążą oni swe działania z fundamentalną, strukturalną naprawą tych instytucji, to często pozostają od nich zależni finansowo… W przypadku owych krytyków kultury jest to gest, który równocześnie ma znamiona postępowości i kooptacji” [3]. Gandhi daje wyraz świadomości faktu, iż uteoretycznienie kwestii postkolonialnej w ramach zachodniej akademii sugeruje jej dyskursywną nadrzędność wobec „surowca rdzenności”, choćby i hybrydycznej. Nie dość zatem, że w sobie właściwych środowiskach uniwersyteccy subalterniści czerpią wizerunkowe profity ze swej intelektualnej subwersji – jako stawiający opór przemocy systemu reprodukcji wiedzy i znaczeń, to jeszcze (być może mimowolnie) potwierdzają „zużyte kolonialne założenie, że trzeba Zachodu – czy to w formie teorii czy historii – ażeby doprowadzić ‘resztę’ do stanu zrozumiałości” [s. 156].

Nawiasem mówiąc, to rzecz jasna nie jest jedyna paralela stanowiąca wspólny mianownik kolonializmu i postkolonialności. Inną, równie frapującą, jest analogia pomiędzy niegdysiejszą romantyzacją Orientu jako azylu dla represjonowanych w Europie homoseksualistów (jako świadectwo niech posłuży tu Droga do Indii Edgara M. Forstera) i współczesnym zaliczaniem do kategorii subaltern osób o seksualnościach nie(hetero)normatywnych.

Te tropy zdają się usprawiedliwiać cokolwiek butny tytuł Teoria postkolonialna. Wprowadzenie krytyczne. Butny? Tak! Ghandi napisała swą pracę, której w Polsce nadano status podręcznika akademickiego, będąc tuż po trzydziestce – rzecz w warunkach polskich niebywała. Dość powiedzieć, że na przykład Tadeusz Gadacz zainaugurował swoją serię publikacji Historia filozofii XX wieku. Nurty (Znak, Kraków 2009) w połowie szóstej dekady życia. Jeśli studia postkolonialne mają mieć młodą i uśmiechniętą twarz (taka Leela Gandhi patrzy na nas ze „skrzydełka” okładki), mnie może to jedynie cieszyć, jednak pozostaję w nadziei na przekłady kolejnych, bardziej wnikliwych opracowań [4]. Doprecyzuję: mój sprzeciw nie dotyczy wieku, w jakim Gandhi ogłosiła swoją wpływową, jak się okazało, książkę, ale tego, że merytoryczna zawartość Teorii postkolonialnej nie jest w stanie sprostać obietnicom danym w opisach tego projektu (np. w paratekstach, do których należy autorska Przedmowa, wydawniczy blurb, czy posłowie Ewy Domańskiej, cenionej teoretyczki historiografii).

Czekam także na wyraźniejsze głosy z „drugiego świata”. Coraz częściej zapomina się bowiem, skąd w nazwie „trzeci świat” taki, a nie inny liczebnik porządkowy, tymczasem interdyscyplinarne badania nad kondycją postzależną obszarów Europy środkowej i wschodniej mogłyby ożywić i poszerzyć perspektywy klasycznych już teorii postkolonialnych. Zakończę zatem ironicznie: gdy czytam deklarację Gandhi, iż nie kieruje się ona „motywem postkolonialnej żądzy odwetu” [s. 10], i jej zamiarem nie jest marginalizacja czy wykluczanie Zachodu, …myślę o Polsce.

Paulina Szkudlarek

Leela Gandhi, Teoria postkolonialna. Wprowadzenie krytyczne, przeł. Jacek Serwański, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2008. Wszystkie cytaty i odniesienia, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Przypisy:

[1] Bill Ashcroft, Gareth Griffiths, Helen Tiffin, Post-Colonial Studies. The Key Concepts, Routledge, London – New York 2007, s. 28.

[2] Ową wykładnię kwestionują np. liczne prace publikowane w ostatniej dekadzie na łamach „Tekstów Drugich”. Szczególnie godne uwagi są artykuły Clare Cavanagh (nr 2-3/2003) i Grażyny Borkowskiej (nr 4/2007), oraz zeszyt zatytułowany Postkolonialni czy postzależni (nr 5/2010).

[3] Colonel West, The New Cultural Politics of Difference, „October”, 1990, vol. 53, s. 94, cytat za: Leela Gandhi, Teoria postkolonialna, dz. cyt., s. 58; oryg.: “This strategy, however, also puts them in an inescapable double bind – while linking their activities to the fundamental, structural overhaul of these institutions, they often remain financially dependent on them. (…) For these critics of culture, theirs is a gesture that is simultaneously progressive and coopted”.

[4] Na spolszczenie czeka większość prac Saida, Bhabhy, Spivak, brak też antologii na miarę A Companion to Postcolonial Studies pod red. H. Schwarz i S. Ray (Blackwell Publishing, Oxford 2005) czy The Post-Colonial Studies Reader wspomnianej już trójki redaktorów: Billa Ashcrofta, Garetha Griffithsa i Helen Tiffin (Routledge, London – New York 1995).

Data wpisu: 25 czerwca, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Agnieszka Podolecka, „Żar Sahelu”

Mając w pamięci Blackwellowski podręcznik A Companion to Postcolonial Studies, ze świeżo wydanymi Miejscami kultury Homiego K. Bhabhy pod pachą, zabrałam się za lekturę cokolwiek lżejszą: Żar Sahelu Agnieszki Podoleckiej. Akcja powieści dzieje się w Mali, zaś tytułowy Sahel to zbiorcza nazwa terenów okołosaharyjskich, ulegających współcześnie procesom pustynnienia.

Główne bohaterki to matka – Anna, i córka – Izabella zwana Bellą. Anna jest podchodzącą pod pięćdziesiątkę idealną żoną polskiego dyplomaty, Marka, podróżującą razem z nim i osiadającą w kolejnych placówkach. Córka jest nastolatką multikulturową, oczytaną (w internecie…), wrażliwą, rozsądną, niezbuntowaną – z braku powodów, albowiem absolutnie idealnie dogaduje się z cudowną mamusią. Wokół tych dwóch orbituje przyjaciel rodziny, David, angielski biznesmen, rozwiedziony (żona miała inne priorytety życiowe) a bezdzietny. Nietrudno zatem odgadnąć, iż w odpowiednim momencie David stworzy z Anną, matką Belli, nową rodzinę. (Mąż Marek jest oczywiście nieczuły i obojętny, a poza tym i tak zdradzał żonę).

Aby jednak nie uprzedzać wypadków… Nierozbita jeszcze rodzina właśnie opuściła senegalski Dakar, w malijskim Bamako Bella zaczyna uczęszczać do nowej szkoły, amerykańskiej jako i poprzednie. Skutkiem takiego toku edukacji nie może uciec z niemiłego jej kraju do Polski, ponieważ w ojczyźnie nie zdałaby matury, a tak, po szkole – śladem dwóch starszych braci, w powieści nieobecnych – trafi do Oxfordu. Szkoła jest strzeżona przez dogońskiego ochroniarza–oddźwiernego, który na rozkaz szamana ze swego plemienia musi porwać Bellę, by można ją było złożyć w ofierze w intencji deszczu. Czemu ją? Gdyż ma na ramieniu znamię w kształcie ważnym dla Dogonów. Lud ten, co widać na przykładzie szkolnego ochroniarza, rozdarty jest między swą pierwotną wiarą o charakterze animistycznym, a dominującym dzisiaj w Mali islamem. Jednak czy z jednej, czy z drugiej perspektywy patrząc, Amerykanie i inni „biali” są gorszącymi bluźniercami.

W szkole Bella zyskuje przyjaciela, Williama, który kilkanaście stron przed końcem książki okazuje się być gejem tęskniącym za swoim zostawionym w Londynie chłopakiem. Niestety, czy to z powodu mojego przeczulenia, czy przez „typowo polską” nieumiejętność przyjęcia przez autorkę normalnej perspektywy (perspektywy nieujawniającej zadziwienia dla nieheteronormatywnych orientacji psychoseksualnych, rzecz jasna), „prawdziwą tożsamość” Williama „odkryłam” od razu. Młodzieniec ma odpowiednie, by nie powiedzieć: kanoniczne atrybuty, poza tym jest dziwnie obojętny na urodę Belli.

Kolejny perspektywiczny rzut oka na fabułę – Marek w Mali pracuje, Bella chodzi do szkoły, gdzie próbuje się z nią spoufalać ochroniarz, Anna się pociesza na różne sposoby, a wreszcie „na dobre” wiąże się z Davidem. Bella jedzie na szkolną wycieczkę, pod koniec trwania której zostaje porwana, William, przyjaciel–gej, przy okazji też, co inicjuje brawurową przygodę postkolonialnych Stasia i Nell. Aha, potem wszystko się dobrze kończy.

Mamy jednak dodatkową atrakcję. W rezydencji, w jakiej zakwaterowano rodzinę, Bella znajduje pamiętnik młodej Angielki, hm, kolonizatorki sprzed wieku. Dziewczyna z dobrego domu, córka postepowego i tolerancyjnego ojca, zbuntowana przeciw gorsetom, five o’clockom i innym konwenansom stosownym dla dam z imperium, nad którym nie zachodzi słońce, przeżywa bardzo krótki intensywny romans z francuskim lekarzem, François Mirabeau, zostaje porwana przez Dogonów, ucieka i już na wolności, po kilku dniach zmagań z głodem, pragnieniem i pustynią, ginie od ugryzienia jadowitego skorpiona, i to niemal w ramionach kochanka. Dla zobrazowania konwencji proponuję próbkę stylu; oto opis pozostawiony przez Mirabeau:

Spiąłem konia i zacząłem ją wołać. Usłuszała, zerwała się i zaczęła biec w naszą stronę. I wtedy upadła… Zeskoczyłem z konia. Elizabeth, Elizabeth… Tyle przeżyłaś, by teraz…
(s. 140).

Tu zaczyna się problem. Anna, matka, jest egzaltowaną wyznawczynią – mówiąc ogólnie – New Age, zresztą córka też. Medytowanie w celu proszenia o pomoc kwiaty, zdawanie się na słowa wróżb, które oczywiście okazują się trafna, ukłony w kierunku (?) czterech żywiołów i czakramy… nie chodzi mi o światopogląd bohaterek, ale o to, że autorka go podziela i pozwala, by te praktykowane przez matke i córkę rytuały działały w realistycznym bądź co bądź świecie jej powieści. Bella kontaktuje się zatem z wędrującą, nieukojoną duszą Elizabeth, autorki znalezionego pamiętnika. Kontaktuje? Przeprowadza rozmowy rozpisane na dialogi w języku etnicznym… angielskim zapewne. Dogoni, jak skądinąd wiadomo, spadli z Saturna i ich szaman ma prawdziwą moc sprawczą, ale „biali” – jeśli uda się im osiągnąć harmonię wewnętrzną promieniującą na świat zewnętrzny – mogą również mieć swoje czary-mary.

Umysł dziewczyny zaczął się bronić przed jego obecnością
(s. 144);
Pomóż mi, wodo – szepnęła. – Oczyść mnie. [...] Podziękowała wodzie i postanowiła, że teraz już nieodwołalnie powie swym lękom stanowcze NIE (s. 180).

Czy w ten sposób autorka widzi alternatywę wobec biurokracji i materializmu? Hm, David jest krezusem!

Razi też inny, dotyczący „zderzenia się światów” element powieści: świadomość postkolonializmu. Wydaje mi się, że podskórny komunikat płynący z narracji każe odbiorcy zawiesić polityczną poprawność, i uznać nieredukowalną odmienność, a posługując się anachronicznym określeniem: dzikość czarnych. Naświetlone są sprawy, które implicytnie gloryfikują niegdysiejszy porządek świata (zgodnie z tą konwencją zdecydowałam się wcześniej używać określenia „biali”, niezgodnego z moim pojęciem stosowności, ale adekwatnego do stylu narracji Podoleckiej). Nie można mówić o plantatorach ani o – ach, rety! – handlarzach niewolników, niech więc będą ambasador oraz biznesmen–obieżyświat. Co charakterystyczne, kraj „przydzielony” Markowi musi być odpowiednio nieważny, by bohaterowie nie uwikłali się przy okazji w polską politykę. Co jeszcze ciekawsze, autorka przemilcza szczegóły pracy Davida. Anna i on poznali się w Arabii Saudyjskiej, mężczyzna pracował też w Chinach (gdzie przy okazji zgłębił tajniki medytacji w odosobnieniu, co czyni go partnerem idealnym), teraz zaś w Mali, gdzie ubija interesy z rządem tego kraju.

W arabskich wspomnieniach pojawia się porównanie enklawy niemuzułmańskich kosmopolitów do getta. W końcu to – czytamy, dziwując się wizji świata, jaką ma Podolecka – wyizolowany teren rządzący się odrębnymi prawami i zamieszkały przez ludzi o innej przynależności etniczno-religijnej. Brak aksjologizacji, brak świadomości obciążenia słowa „getto” swoistymi konotacjami. A w owej saudyjskiej enklawie kobiety mogą się ubierać adekwatnie nie do szariatu, a do pogody. Przeniesienie takiego układu widzimy w Afryce. Izolacja, niechęć, obcość, wzmagane wytycznymi związanymi z po amerykańsku rozumianymi środkami bezpieczeństwa. Trzeba przyznać, że izolacja jest niejako na życzenie Afrykańczyków, którzy oczekują od „białych” iście pańskich i władczych zachowań – na przykład jeśli czarnoskóry personel zobaczy pracodawczynię podczas wykonywania służebnych właśnie czynności (sprzątanie itp.), straci szacunek i poniecha ochrony wobec takiej niegodnej rodziny. Cóż, to nie sprzyja niwelowaniu przepaści!

Można tylko pytać, po co w ogóle w Mali te placówki dyplomatyczne, skoro każdy gest ludzi reprezentujących Północ i Zachód globu przeczy idei kontaktu, poznania, współpracy i partnerstwa. Jaka jest zasadność „interwencji” w zastaną rzeczywistość? Czy ma sens działanie charytatywne, pomocowe, jeśli to zawracanie Wisły patykiem, w sensie braku środków do działania szerokiego i systemowego, mającego szansę na kontynuację niezależnie od antycypowanych następnych przeprowadzek inicjatorów? Inicjatorek raczej! Anna, do czasu będąca wzorową żoną swego męża, zgodnie z konwencjami obyczajowymi obowiązującymi takie damy, angażuje się społecznie. Dowiadujemy się o tym mniej-więcej tyle, ile o zawodowej pracy Davida, a może nawet mniej: ot, Annie świetnie idzie, kropka. To atrybut dowodzący jej szlachetności, w najgorszym zaś razie czynność odwracająca uwagę od sahelowo pustynniejącego małżeństwa.

Nie wątpię, iż autorka znakomicie zna opisywany przez siebie Sahel, jednak jej opowieść sprowadza się do romansidła w egzotycznej scenerii, i – jakby ona nie starczała – z dodanym sosem ezoterycznego bełkotu. Czy zainteresuje się tym ktoś z kompetencjami w zakresie krytyki postkolonialnej? Dość to wątpliwe, zwłaszcza gdy zauważymy, iż w tylnej części okładki rekomendacje Podoleckiej dają niegdyś modna prezenterka telewizyjna Katarzyna Dowbor, oraz pisarka Małgorzata Kalicińska. Ta ostatnia zachwyca się historią kobiet, które „poszukują miłości i odkrywają same siebie”. W innym akapicie tego blurba Pani Nad Rozlewiskiem mówi o Afryce „nieoswojonej nigdy przez nas – białych”. Tak, nadal jesteśmy na etapie W pustyni i w puszczy, ponadto przecież „my Polacy” nie skalaliśmy się okrucieństwami kolonizatorstwa. „My” tylko budowaliśmy mosty i po Afryce podróżowaliśmy na rowerach (z całym czacunkiem dla Kazimierza Nowaka). „My” wtedy byliśmy pod zaborami i sami walczyliśmy o zachowanie tożsamości narodowej. By jednak oddać autorce sprawiedliwość, małą polską diasporę charakteryzuje dość zaskakująca obojętność wobec religii instytucjonalnych – brak jest odniesień do katolicyzmu i – co mogłoby za tym pójść: misyjności.

Z mojego punktu widzenia książka, choć – co godne pochwały – nie razi nieudolnością warsztatową, nawet po odjęciu irytującego newage’owskiego sztafażu, książka jest moralnie wątpliwa. Gayatri Chakravorty Spivak w tytule swego słynnego eseju zapytała: Can The Subaltern Speak?, dowodząc następnie, iż odpowiedź musi być przecząca. Takoż dowodzi tego Podolecka, przy czym jej zamiarem nie było zabranie głosu w dyskusji teoretycznej. Żar Sahelu spełnia obietnice składane czytelnikom, czy raczej czytelniczkom, na rewersie okładki. Szkoda jednak, że nie wykorzystuje swej szansy, aby zaproponować coś więcej, aniżeli opowiastkę o „późnej” miłości i o wzorowych – nawet w myśl podstawowych założeń feminizmu korporalnego – relacjach matki i córki, coś więcej, aniżeli ostrzeżenie przed światem „nieoswojonym”.

Agnieszka Podolecka, „Żar Sahelu”, Wydawnictwo Poradnia K, Warszawa 2010. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 11 stycznia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Agnieszka Podolecka, „Żar Sahelu”

Mając w pamięci Blackwellowski podręcznik A Companion to Postcolonial Studies, ze świeżo wydanymi Miejscami kultury Homiego K. Bhabhy pod pachą, zabrałam się za lekturę cokolwiek lżejszą: Żar Sahelu Agnieszki Podoleckiej. Akcja powieści dzieje się w Mali, zaś tytułowy Sahel to zbiorcza nazwa terenów okołosaharyjskich, ulegających współcześnie procesom pustynnienia.

Główne bohaterki to matka – Anna, i córka – Izabella zwana Bellą. Anna jest podchodzącą pod pięćdziesiątkę idealną żoną polskiego dyplomaty, Marka, podróżującą razem z nim i osiadającą w kolejnych placówkach. Córka jest nastolatką multikulturową, oczytaną (w internecie…), wrażliwą, rozsądną, niezbuntowaną – z braku powodów, albowiem absolutnie idealnie dogaduje się z cudowną mamusią. Wokół tych dwóch orbituje przyjaciel rodziny, David, angielski biznesmen, rozwiedziony (żona miała inne priorytety życiowe) a bezdzietny. Nietrudno zatem odgadnąć, iż w odpowiednim momencie David stworzy z Anną, matką Belli, nową rodzinę. (Mąż Marek jest oczywiście nieczuły i obojętny, a poza tym i tak zdradzał żonę).

Aby jednak nie uprzedzać wypadków… Nierozbita jeszcze rodzina właśnie opuściła senegalski Dakar, w malijskim Bamako Bella zaczyna uczęszczać do nowej szkoły, amerykańskiej jako i poprzednie. Skutkiem takiego toku edukacji nie może uciec z niemiłego jej kraju do Polski, ponieważ w ojczyźnie nie zdałaby matury, a tak, po szkole – śladem dwóch starszych braci, w powieści nieobecnych – trafi do Oxfordu. Szkoła jest strzeżona przez dogońskiego ochroniarza–oddźwiernego, który na rozkaz szamana ze swego plemienia musi porwać Bellę, by można ją było złożyć w ofierze w intencji deszczu. Czemu ją? Gdyż ma na ramieniu znamię w kształcie ważnym dla Dogonów. Lud ten, co widać na przykładzie szkolnego ochroniarza, rozdarty jest między swą pierwotną wiarą o charakterze animistycznym, a dominującym dzisiaj w Mali islamem. Jednak czy z jednej, czy z drugiej perspektywy patrząc, Amerykanie i inni „biali” są gorszącymi bluźniercami.

W szkole Bella zyskuje przyjaciela, Williama, który kilkanaście stron przed końcem książki okazuje się być gejem tęskniącym za swoim zostawionym w Londynie chłopakiem. Niestety, czy to z powodu mojego przeczulenia, czy przez „typowo polską” nieumiejętność przyjęcia przez autorkę normalnej perspektywy (perspektywy nieujawniającej zadziwienia dla nieheteronormatywnych orientacji psychoseksualnych, rzecz jasna), „prawdziwą tożsamość” Williama „odkryłam” od razu. Młodzieniec ma odpowiednie, by nie powiedzieć: kanoniczne atrybuty, poza tym jest dziwnie obojętny na urodę Belli.

Kolejny perspektywiczny rzut oka na fabułę – Marek w Mali pracuje, Bella chodzi do szkoły, gdzie próbuje się z nią spoufalać ochroniarz, Anna się pociesza na różne sposoby, a wreszcie „na dobre” wiąże się z Davidem. Bella jedzie na szkolną wycieczkę, pod koniec trwania której zostaje porwana, William, przyjaciel–gej, przy okazji też, co inicjuje brawurową przygodę postkolonialnych Stasia i Nell. Aha, potem wszystko się dobrze kończy.

Mamy jednak dodatkową atrakcję. W rezydencji, w jakiej zakwaterowano rodzinę, Bella znajduje pamiętnik młodej Angielki, hm, kolonizatorki sprzed wieku. Dziewczyna z dobrego domu, córka postepowego i tolerancyjnego ojca, zbuntowana przeciw gorsetom, five o’clockom i innym konwenansom stosownym dla dam z imperium, nad którym nie zachodzi słońce, przeżywa bardzo krótki intensywny romans z francuskim lekarzem, François Mirabeau, zostaje porwana przez Dogonów, ucieka i już na wolności, po kilku dniach zmagań z głodem, pragnieniem i pustynią, ginie od ugryzienia jadowitego skorpiona, i to niemal w ramionach kochanka. Dla zobrazowania konwencji proponuję próbkę stylu; oto opis pozostawiony przez Mirabeau:

Spiąłem konia i zacząłem ją wołać. Usłuszała, zerwała się i zaczęła biec w naszą stronę. I wtedy upadła… Zeskoczyłem z konia. Elizabeth, Elizabeth… Tyle przeżyłaś, by teraz…
(s. 140).

Tu zaczyna się problem. Anna, matka, jest egzaltowaną wyznawczynią – mówiąc ogólnie – New Age, zresztą córka też. Medytowanie w celu proszenia o pomoc kwiaty, zdawanie się na słowa wróżb, które oczywiście okazują się trafna, ukłony w kierunku (?) czterech żywiołów i czakramy… nie chodzi mi o światopogląd bohaterek, ale o to, że autorka go podziela i pozwala, by te praktykowane przez matke i córkę rytuały działały w realistycznym bądź co bądź świecie jej powieści. Bella kontaktuje się zatem z wędrującą, nieukojoną duszą Elizabeth, autorki znalezionego pamiętnika. Kontaktuje? Przeprowadza rozmowy rozpisane na dialogi w języku etnicznym… angielskim zapewne. Dogoni, jak skądinąd wiadomo, spadli z Saturna i ich szaman ma prawdziwą moc sprawczą, ale „biali” – jeśli uda się im osiągnąć harmonię wewnętrzną promieniującą na świat zewnętrzny – mogą również mieć swoje czary-mary.

Umysł dziewczyny zaczął się bronić przed jego obecnością
(s. 144);
Pomóż mi, wodo – szepnęła. – Oczyść mnie. [...] Podziękowała wodzie i postanowiła, że teraz już nieodwołalnie powie swym lękom stanowcze NIE (s. 180).

Czy w ten sposób autorka widzi alternatywę wobec biurokracji i materializmu? Hm, David jest krezusem!

Razi też inny, dotyczący „zderzenia się światów” element powieści: świadomość postkolonializmu. Wydaje mi się, że podskórny komunikat płynący z narracji każe odbiorcy zawiesić polityczną poprawność, i uznać nieredukowalną odmienność, a posługując się anachronicznym określeniem: dzikość czarnych. Naświetlone są sprawy, które implicytnie gloryfikują niegdysiejszy porządek świata (zgodnie z tą konwencją zdecydowałam się wcześniej używać określenia „biali”, niezgodnego z moim pojęciem stosowności, ale adekwatnego do stylu narracji Podoleckiej). Nie można mówić o plantatorach ani o – ach, rety! – handlarzach niewolników, niech więc będą ambasador oraz biznesmen–obieżyświat. Co charakterystyczne, kraj „przydzielony” Markowi musi być odpowiednio nieważny, by bohaterowie nie uwikłali się przy okazji w polską politykę. Co jeszcze ciekawsze, autorka przemilcza szczegóły pracy Davida. Anna i on poznali się w Arabii Saudyjskiej, mężczyzna pracował też w Chinach (gdzie przy okazji zgłębił tajniki medytacji w odosobnieniu, co czyni go partnerem idealnym), teraz zaś w Mali, gdzie ubija interesy z rządem tego kraju.

W arabskich wspomnieniach pojawia się porównanie enklawy niemuzułmańskich kosmopolitów do getta. W końcu to – czytamy, dziwując się wizji świata, jaką ma Podolecka – wyizolowany teren rządzący się odrębnymi prawami i zamieszkały przez ludzi o innej przynależności etniczno-religijnej. Brak aksjologizacji, brak świadomości obciążenia słowa „getto” swoistymi konotacjami. A w owej saudyjskiej enklawie kobiety mogą się ubierać adekwatnie nie do szariatu, a do pogody. Przeniesienie takiego układu widzimy w Afryce. Izolacja, niechęć, obcość, wzmagane wytycznymi związanymi z po amerykańsku rozumianymi środkami bezpieczeństwa. Trzeba przyznać, że izolacja jest niejako na życzenie Afrykańczyków, którzy oczekują od „białych” iście pańskich i władczych zachowań – na przykład jeśli czarnoskóry personel zobaczy pracodawczynię podczas wykonywania służebnych właśnie czynności (sprzątanie itp.), straci szacunek i poniecha ochrony wobec takiej niegodnej rodziny. Cóż, to nie sprzyja niwelowaniu przepaści!

Można tylko pytać, po co w ogóle w Mali te placówki dyplomatyczne, skoro każdy gest ludzi reprezentujących Północ i Zachód globu przeczy idei kontaktu, poznania, współpracy i partnerstwa. Jaka jest zasadność „interwencji” w zastaną rzeczywistość? Czy ma sens działanie charytatywne, pomocowe, jeśli to zawracanie Wisły patykiem, w sensie braku środków do działania szerokiego i systemowego, mającego szansę na kontynuację niezależnie od antycypowanych następnych przeprowadzek inicjatorów? Inicjatorek raczej! Anna, do czasu będąca wzorową żoną swego męża, zgodnie z konwencjami obyczajowymi obowiązującymi takie damy, angażuje się społecznie. Dowiadujemy się o tym mniej-więcej tyle, ile o zawodowej pracy Davida, a może nawet mniej: ot, Annie świetnie idzie, kropka. To atrybut dowodzący jej szlachetności, w najgorszym zaś razie czynność odwracająca uwagę od sahelowo pustynniejącego małżeństwa.

Nie wątpię, iż autorka znakomicie zna opisywany przez siebie Sahel, jednak jej opowieść sprowadza się do romansidła w egzotycznej scenerii, i – jakby ona nie starczała – z dodanym sosem ezoterycznego bełkotu. Czy zainteresuje się tym ktoś z kompetencjami w zakresie krytyki postkolonialnej? Dość to wątpliwe, zwłaszcza gdy zauważymy, iż w tylnej części okładki rekomendacje Podoleckiej dają niegdyś modna prezenterka telewizyjna Katarzyna Dowbor, oraz pisarka Małgorzata Kalicińska. Ta ostatnia zachwyca się historią kobiet, które „poszukują miłości i odkrywają same siebie”. W innym akapicie tego blurba Pani Nad Rozlewiskiem mówi o Afryce „nieoswojonej nigdy przez nas – białych”. Tak, nadal jesteśmy na etapie W pustyni i w puszczy, ponadto przecież „my Polacy” nie skalaliśmy się okrucieństwami kolonizatorstwa. „My” tylko budowaliśmy mosty i po Afryce podróżowaliśmy na rowerach (z całym czacunkiem dla Kazimierza Nowaka). „My” wtedy byliśmy pod zaborami i sami walczyliśmy o zachowanie tożsamości narodowej. By jednak oddać autorce sprawiedliwość, małą polską diasporę charakteryzuje dość zaskakująca obojętność wobec religii instytucjonalnych – brak jest odniesień do katolicyzmu i – co mogłoby za tym pójść: misyjności.

Z mojego punktu widzenia książka, choć – co godne pochwały – nie razi nieudolnością warsztatową, nawet po odjęciu irytującego newage’owskiego sztafażu, książka jest moralnie wątpliwa. Gayatri Chakravorty Spivak w tytule swego słynnego eseju zapytała: Can The Subaltern Speak?, dowodząc następnie, iż odpowiedź musi być przecząca. Takoż dowodzi tego Podolecka, przy czym jej zamiarem nie było zabranie głosu w dyskusji teoretycznej. Żar Sahelu spełnia obietnice składane czytelnikom, czy raczej czytelniczkom, na rewersie okładki. Szkoda jednak, że nie wykorzystuje swej szansy, aby zaproponować coś więcej, aniżeli opowiastkę o „późnej” miłości i o wzorowych – nawet w myśl podstawowych założeń feminizmu korporalnego – relacjach matki i córki, coś więcej, aniżeli ostrzeżenie przed światem „nieoswojonym”.

Agnieszka Podolecka, „Żar Sahelu”, Wydawnictwo Poradnia K, Warszawa 2010. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 11 stycznia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Pod skórą, Michel Faber – recenzja

Skóra to chyba szczególna dla Michela Fabera, sfera wyznaczająca odmienność. W „Szkarłatnym płatku i białym” (W.A.B., 2006), innej powieści autora, bohaterka cierpi na pewną odmianę łuszczycy, która rysuje na jej skórze pręgi, podobne do tygrysich. Ta odmienność nadaje urodzie bohaterki egzotyczny rys, niedostępny innym kobietom. Jest rasy kaukaskiej, zatem to żadna przedstawicielka kolonii kuszących mglistą wizją erotyki pozbawionej skrupułów chrześcijańskiego Zachodu. Pręgi na jej skórze nie są dziełem tatuażu ani makijażu, są trwałym rysunkiem – nie da się ich zatuszować ani zmyć. Ten ornament na ciele prostytutki dążącej do choćby częściowej samodzielności bytowej, wydaje się nasuwać żałośnie prostą metaforę jej losu z teoriami Loosa.

Z tyłu okładki „Pod skórą” przeczytać możemy, iż na pierwszy rzut oka powieść może się wydawać klasycznym dreszczowcem, jednak nim nie jest. Czy rzeczywiście?
Bohaterką jest przedstawicielka pozaziemskiej cywilizacji, która aby przynajmniej powierzchownie zasymilować się na Ziemi, przeszła na swojej planecie skomplikowane operacje plastyczne, mające upodobnić ją do człowieka. W swojej pierwotnej postaci Isserley poruszała się na czterech kończynach, miała ogon i gęste, piękne umaszczone futro. Poświęcając się, by dostać zatrudnienie w Korporacji Vessa, Isserley poddała się zabiegom, w wyniku których straciła połowę kręgosłupa, ogon, niemal całe owłosienie i wszelkie cechy płciowe, właściwie dla swojego gatunku. Każdy kontakt ze współpracownikami, zwłaszcza tymi, którzy nie przeszli podobnej „plastyki”, boleśnie przypomina jej o nowej powierzchowności, ohydnej i przysparzającej niekończących się dolegliwości.

O ile „Szkarłatny płatek i biały” to nudnawa powieść w wiktoriańskich dekoracjach, „Pod skórą” wciąga czytelnika, przynajmniej z początku, zwrotem akcji i całkiem interesującym kontrastem pomiędzy działalnością Isserley a jej nieustającymi zachwytami nad pięknem ziemskich krajobrazów i pogody. Korporacja Vessa, dla której pracuje bohaterka, zaopatruje na odległej planecie swoich najbogatszych klientów w niezwykle rzadkie i tak drogie, że niemal bezcenne mięso – woddisydynę. Ów rarytas, pozyskiwany ze starannie wyselekcjonowanych i utuczonych osobników, fachowo porcjowany, jest transportowany z Ziemi raz na miesiąc. Źródłem tego przysmaku są wodsele, czyli ludzie. Isserley, wyglądająca z grubsza na niską kobietę o wielkich oczach w małej twarzyczce, olbrzymim biuście i króciutkich nóżkach, jeździ autem po okolicy (gdzieś w Szkocji, nad Morzem Północnym) i zabiera wyglądających obiecująco (czytaj – mężczyzn w miarę umięśnionych, najlepszych do tuczenia po kastracji) autostopowiczów, pozornie by ich podwieźć. Zadając mniej lub bardziej trafne pytania, próbuje dowiedzieć się, czy dany delikwent może być poszukiwany, gdyby zaginął. Jeśli okazuje się, że jest bezrobotnym samotnikiem, Isserley traktuje go pozaziemską toksyną o silnym działaniu paraliżującym i odurzającym, ikpatuą. Następnie zabiera oszołomionego i nieświadomego autostopowicza na Ablach Farm, gdzie w podziemiach budynku jest kastrowany, pozbawiany języka i wsadzany do klatki na miesięczne tuczenie. Zajmują się tym współpracownicy Isserley, mężczyźni z odległej planety…
Pewnego dnia Ablach Farm odwiedza syn właściciela Korporacji Vessa, Amlis, i próbuje przekonać Isserley i resztę załogi, że wodsele nie są tak prymitywne, za jakie się je uważa, i że należy zrezygnować z tak okrutnego pozyskiwania mięsa…

„Pod skórą” czyta się nienajgorzej – sprawnie napisana i skomponowana, dawkuje to, co drastyczne, dość oszczędnie. Całość jednak wydaje się traktować poruszane weń problemy co najwyżej naskórkowo, być historyjką bez większej mocy sugestii. O rodzinnej planecie Isserley i jej kompanów dowiadujemy się niewiele. Nie poznajemy jej nazwy, a struktur społeczna gatunków, które ją zamieszkują, jest rozczarowująco znajoma (szefem korporacji jest starszy samiec, męscy są protektorzy młodej Isserley, stosunki między pracownikami podlegają hierarchizacji). Mgliście została zarysowana biografia głównej bohaterki (służy korporacji, by nie harować w potwornych warunkach w podziemnej fabryce tlenu, nienawidzi rodziców, liczyła w przeszłości na protekcję bogatych młodych kochanków, na których jednak, z niewiadomych powodów, zawiodła się). Zgrzyta fałszem i niekonsekwencją, gdy Amlis Vess domyśla się bogatego życia wewnętrznego posiadanego przez wodsele, ponieważ wiemy o nim i jego gatunku zbyt mało, by zrozumieć skalę jego obcości wobec homo sapiens. Ciekawe jest to, jak Isserley reaguje na wezwanie Amlisa do zakończenia procederu łowienia wodseli – jest zirytowana i traktuje usłyszane słowa jak idealistyczne wynurzenia znudzonego bogacza, który nie potrafi zrozumieć i docenić nieprawdopodobnie ciężkiej pracy, jaką wykonują wszyscy zaangażowani w produkcję mięsa z ziemskich dwunożnych ssaków. Kiedy Amlis widząc owce, pyta Isserley, czy z nich również bierze się mięso dla Korporacji Vessa, Isserley reaguje oburzeniem połączonym z niedowierzaniem: przecież to istoty poruszające się na czterech kończynach, pokryte runem, łagodne, podobne do nich… zjadanie ich byłoby przecież niemal kanibalizmem – o ile można użyć tutaj takiego określenia. Jednakże, mimo podobieństwa swojego gatunku do owczego, Isserley potrafi zamienić z nimi jedynie kilka słów. I właśnie tutaj dostrzegam w koncepcji Fabera coś, co nie pozwala mi traktować pomysłu na fabułę „Pod skórą” zbyt serio, jako dokładnie przemyślanego. Jeżeli historia o łapaniu i tuczeniu ludzi na przysmak dla obcego gatunku, który przybył na Ziemię z odległego miejsca we Wszechświecie, może być metaforą stosunku człowieka do zjadanych przez niego zwierząt, przeszkadza mi w niej kwestia komunikacji werbalnej, którą Isserley z dużym powodzeniem podejmuje wobec wodseli. W powieści fantastycznej „Świat Rocannona” Ursuli LeGuin, główny bohater (człowiek), polując na najdziwniejsze gatunki zwierząt dochodzi do wniosku, że nie byłby w stanie zjeść czegoś, co mówi, z czym byłby w stanie porozmawiać, ponieważ umiejętność prowadzenia rozmowy za bardzo zbliża jakikolwiek gatunek do jego własnego. Zjedzenie czegoś, co prowadziło z nim choćby najkrótszą, ale sensowną konwersację, Rocannon uznał za mniej lub bardziej symboliczny kanibalizm. Takie rozgraniczenie na gatunki „zdatne i niezdatne do spożycia” wydaje się, moim zdaniem, bardzo trafne i najprawdopodobniej sprawdzające się w konieczności dokonywania tego rodzaju wyboru. Człowiek w nieprzyjaznym dla siebie środowisku, chcąc przeżyć, zaczyna polować na wszystko, co może złapać i zjeść, ale nawet tutaj natrafia na jakąś granicę, którą wyznacza właśnie umiejętność mówienia. Rzecz nie w tym, że zjadanie własnego gatunku może być złem, ani nie w tym, że nie jest praktykowane, ale w konsekwencji samopoczucia psychicznego i moralnego degustatora takiego rodzaju mięsa. Homo sapiens zjadał przedstawicieli własnego gatunku przez tysiące lat (z różnych powodów) i nawet dziś zdarzają się udokumentowane przypadki kanibalizmu. Zarzucenie takiej praktyki ma uzasadnienie natury głównie medycznej, bowiem konsumpcja ludzkiego mięsa przez człowieka najczęściej prowadzi do śmiertelnych chorób mózgu i układu nerwowego – aczkolwiek nie jest to regułą i zdarza się, że organizm uodparnia się na tzw. „złe priony”. Poza tym, jako droga pozyskiwania pełnowartościowego pożywienia, nie opłaca się w perspektywie kontynuacji i przeżycia własnego gatunku, gdyż oznacza jego systematyczną likwidację. Ten czynnik biologiczny, a także względy religijne i psychologiczne, prawdopodobnie najskuteczniej zahamowały praktyki kanibalistyczne na szeroką skalę.

Kwestia zjadania mięsa w ogóle, przez człowieka, to dla mnie temat–rzeka. Jeżeli np. możliwość komunikacji werbalnej z drugą istotą jest czymś, co powstrzymuje mnie przed zjedzeniem jej, na co naprowadzają nas ludowe wierzenia i opowieści, w których występują mówiące zwierzęta? Tam gdzie zwierzęta mówią, rzadko giną i są zjadane. Zabija się je, ale już sam fakt – akt późniejszej konsumpcji bywa najczęściej przemilczany.

Wracając do powieści Fabera, autor sugeruje, że jeśli Isserley jakkolwiek była w stanie okazać współczucie wobec porywanych przez siebie mężczyzn, robiło to za nią jej ludzkie ciało. Uczucia Isserley dotyczyły właściwie tylko jej samej. Przez całą książkę troszczy się ona tylko o siebie i własną przyszłość. Choć praca na bogatej w tlen i wodę Ziemi jest dla niej w pewnym stopniu wybawieniem od harówki w podziemnej fabryce na swej rodzimej planecie, rosną jej frustracja i rozgoryczenie. Opanowuje ją coraz większy strach – przed utratą pracy (co, jak sugeruje Amlis Vess, jest całkiem możliwe), przed konsekwencjami wpadki w swojej działalności (choć nie jest to pokazane przez Fabera konsekwentnie – z jednej strony Isserley mgliście zdaje sobie sprawę z tego czym jest policja i na ile skutecznie działa, z drugiej, boi się, że jej proceder zostanie wykryty). Działalność Isserley, w opisie Fabera, jest bardziej zbliżona do typowych i schematycznych aktywności psychopatów mordujących ludzi na pęczki dla zrealizowania jakiegoś szalonego celu, niż do typowo ludzkiej obojętności wobec cierpień zjadanych przezeń zwierząt.

Z fabuły niewiele dowiadujemy się o tym, skąd Isserley i jej gatunek czerpał wiedzę na temat Ziemi i ludzi. Wiemy, że pozaziemscy chirurdzy plastyczni operujący przyszłą łowczynię, by upodobnić ją do ludzkich samic, opierali się na jakimś pisemku przywiezionym z naszej planety. Ponieważ bohaterka zostaje „zaopatrzona” w wielki biust, czytelnik domyśla się, było to prawdopodobnie czasopismo pornograficzne. Chociaż twarz Isserley wyszła raczej nieproporcjonalna i w odczuciu ludzi groteskowa, nie miało to większego znaczenia dla mężczyzn, których zabierała ze sobą – niemal wszyscy skupiali się na jej wyeksponowanych piersiach, zapominając o innych, nietypowych jak na człowieka, fragmentach ciała – zbyt krótkich, w stosunku do tułowia nogach czy za długich rękach, pokrytych na dłoniach skórą przypominającą łuski na ptasich odnóżach. Isserley podczas pobytu na Ablach Farm prawie codziennie oglądała programy w telewizji, ale szybko zrezygnowała z nich jako źródła informacji. Nie wiemy, jak nauczyła się języka angielskiego ani w ogóle strategii prowadzenia rozmów z mieszkańcami Szkocji.

Postać Isserley była dla mnie nieustannie jednocześnie zbyt zdawkowo opisana, by jakkolwiek utożsamić się z nią, i zanadto swojsko, bym mogła uwierzyć w jej obcość, nie pozwalającą na wykształcenie się czy ujawnienie empatii wobec cierpienia wodseli. Zachwyty bohaterki nad ziemską przyrodą, mające często bardzo prozaiczne przyczyny – na jej planecie brakuje wody i tlenu, brzmią w kontekście całości powieści jak naiwne, patetyczne hymny na cześć Wspaniałości Życia i Piękna Wszystkiego Co nas (nie zapominajmy, jesteśmy tylko tucznikami) Otacza.

Tak zatem, chociaż „Pod skórą” jest napisane bardzo sprawnie, widoczny dla mnie brak wiedzy i przemyśleń na tematy poruszane przez Fabera sprawiają, że całość pozostawia jedynie wrażenie krótkiego, naskórkowego dreszczu (thrill).

Sławomira Raczyńska

Michel Faber, Pod skórą, przeł. Maciej Świerkocki, W.A.B., Warszawa 2005.

Data wpisu: 5 lutego, 2010 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe