Archiwum dla kategorii: ‘esej’

Jan Tomasz Gross (współpraca Irena Grudzińska–Gross), „Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów”

Sven Lindqvist zastanawiając się w książce Terra nullius nad problemem zadośćuczynienia za wielowiekowe krzywdy i prześladowania wobec Aborygenów, proponuje rozważenie następujących kwestii. Przede wszystkim – jak pokolenia, które nie uczestniczyły w kolaboracji Szwecji z nazistowskimi Niemcami, w Holokauście, czy ci Australijczycy, którzy urodzili się wiele lat po tym, jak wyrugowano Aborygenów z ich terytorium, mogą poczuć jakąkolwiek odpowiedzialność za czyny przodków i krzywdę ich ofiar i ich potomków? Lindqvist wspomina sytuację gdy jako młody człowiek został oskarżony przez Islandczyków jako „Szwed, czyli kolaborant z nazistami” – bronił się mówiąc, że miał tym czasie dziesięć lat: „Nikt mnie nie pytał o zdanie”, jednak islandzka gospodyni podsumowuje to mówiąc „Wystarczająco dużo, żeby podzielić się łupem”. Rozważając później słuszność tego oskarżenia, broni się: „Nie można winić dzieci za błędy rodziców. Każde nowe pokolenie rodzi się bez winy”. Jednak później dochodzi do wniosku, że to nie do końca prawda, przynajmniej nie w tym kontekście. „Dług zaciągnięty przez państwo przechodzi z pokolenia na pokolenie. Podobnie majątek narodowy, wielokrotnie przewyższający zadłużenie. Żeby być bogatym, wystarczyło urodzić się Szwedem. (…) To, że nigdy nie przeżyłem bombardowania, ostrzałów, a nawet nie musiałem spać głodny, zawdzięczałem tchórzliwej polityce ustępstw mojego kraju. Gospodyni miała rację. Brałem udział w podziału łupu. A zatem powinienem ponieść odpowiedzialność” [1]. Autor Terra nullius przypomina sobie, jak w dzieciństwie był uczony na lekcjach religii czym jest skrucha i co się na nią składa – zrozumienie swojej winy, żałowanie złych uczynków i ich konsekwencji, wreszcie – przyrzeczenie poprawy. Jako dorosły człowiek uważa jednak taki chrześcijański proces skruchy za niewystarczający, ponieważ ogranicza się on jedynie do osobistych przemyśleń i jako taki „jest marną pociechą dla pokrzywdzonego. Łatwo zresztą zapomnieć o obietnicy [zadośćuczynienia – przyp. SR], jeżeli nikt o niej nie wie”. I dalej, Lindqvist pisze słowa, które uznaję za znakomite wprowadzenie do omawianej książki Grossów:

„Czy można brać na siebie winę za cudze występki? Występki, których się osobiście nie popełniło, lecz pośrednio odniosło się z nich korzyści? Jak powinny brzmieć kryteria skruchy, by móc je zastosować w przypadku zbiorowej odpowiedzialności za historyczne przewinienia? Może tak:

· Przyznajemy otwarcie, że nasi przodkowie popełnili nieprawości, a my czerpiemy z nich korzyści.
· Prosimy o wybaczenie tych, którzy doznali krzywd, oraz ich potomków.
· Przyrzekamy w miarę możności wynagrodzić pokrzywdzonych za wciąż żywe następstwa popełnionych czynów.

Im większa zbiorowość, tym bardziej rozmywa się osobista odpowiedzialność. Im słabsze indywidualne poczucie winy, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie ona tylko pustym gestem” [2].

Może ktoś zapyta, jaki związek mają rozważania szwedzkiego dziennikarza o stosunku Australijczyków do Aborygenów w kontekście książki Grossów? Przecież taki temat pasuje bardziej do rozważań na temat postkolonialnych zależności i należności, a poza tym, zgodnie z popularnym w pewnych kręgach przekonaniem, bogatą Szwecję „stać” na tolerancję. Jednak moim zdaniem co najmniej jednym wspólnym mianownikiem tych dwóch książek jest porażająca obojętność świadków tragedii i zagłady ludzi.

Przyznam się, że choć Złote żniwa wpadły w moje ręce przez przypadek, przeczytałam je kilkukrotnie i przedyskutowałam. Jeśli mogę powiedzieć, że jest problematyczna czy też wieloznaczna, to dlatego, że jako ćwiczenie ze społecznej, historycznej czy emocjonalnej wrażliwości i poczucia odpowiedzialności w duchu opisywanym przez Lindqvista, lektura Grossów sprawdza się znakomicie, to z kolei jako dziełko określone mianem eseju historycznego jest co najmniej dyskusyjne, ponieważ ładunek emocjonalny jest tak absolutnie przytłaczający, że czytelnik nie śmie niemal zapytać dokładniej o użytą metodologię czy też słuszność niektórych wniosków autorów. Nie ukrywam, że znajduje moje osobiste uznanie fakt, iż prowokująca intelektualnie i moralnie książka to znakomicie wyważony kamień obrazy dla odbiorców hołdujących wizji Polaka – wiecznego bohatera i zarazem wiecznej ofiary. Postaram się wskazać najbardziej interesujące dla mnie fragmenty książki Grossów.

Tytułowa metafora Złote żniwa może być zinterpretowana na różne sposoby. Znajdujemy tu skojarzenie alchemiczne, złowrogie w swojej wymowie. Oto bowiem otrzymujemy opis niezliczonych (nawet jeśli policzalnych) umęczonych ofiar żydowskiego pochodzenia – bo nie zawsze takiej tożsamości i świadomości etnicznej – które w wyniku zbrodniczych działań innych ludzi chyba niemal każdej europejskiej narodowości, zostają zepchnięte w czerń śmierci, bólu, by zmienić się w złoto, materialne, złoto kosztowności, złoto wydarte z ciał, nieważne na jakim etapie uśmiercania.

Z kolei życie jako złoty kłos to metafora na wskroś chrześcijańska, o czym przypomina wykorzystanie symbolu kłosa na szatach liturgicznych katolickich księży. Tutaj nabiera ona bardzo materialnego wydźwięku – jako opłacalny interes i to nie dla tych, stereotypowo utożsamianych z bogactwem i chomikowaniem złota w tej samej piwnicy, w której duszą się maleńkie chrześcijańskie dzieciny, z których potem zrobi się macę. Żniwa śmierci zmieniają złote kłosy w czarną gnijącą materię. Skojarzenia alchemiczne są o tyle złowrogie, ponieważ doskonale ukazują czysto materialny aspekt obłąkańczej ideologii ludobójczej. W moim odczytaniu tytuł tej książki wskazuje na los, życie, przeznaczone i zdefiniowane tylko i wyłącznie przez groźbę okrutnej śmierci.

Grossowie skupiają się głównie na ekonomicznym aspekcie zagłady Żydów podczas drugiej wojny światowej. Pozbawiona skrupułów grabież żydowskiego mienia, jaka miała miejsce jeszcze przed rozpoczęciem tej wojny, jak i podczas niemieckiej okupacji Europy, wzbogaciła nie tylko bezpośrednich sprawców Zagłady, ale również m. in. polskich chłopów. W tym momencie warto przypomnieć sobie dylemat Lindqvista – na ile choćby moje pokolenie (rocznik 1979) powinno poczuwać się do odpowiedzialności za wydarzenia mające miejsce za życia moich babek i dziadków, prababć i pradziadków. W jakim sensie mogę mówić o udziale w „podziale łupu”, majątku, który został odebrany Żydom? Biorąc pod uwagę częściowo chłopskie pochodzenie mojej rodziny, a także niezłą znajomość antysemickich stereotypów wygłaszanych nie tylko przez członków rodziny, ale i mieszkańców rodzinnego miasteczka, moją uwagę przykuły w tym kontekście następujące fragmenty Złotych żniw:

· Raport Romana Knolla (kierownika Komisji Spraw Zagranicznych przy Delegaturze Rządu) z sierpnia 1943 roku, w którym rozważa powrót Żydów do „ich placówek i warsztatów jest zupełne wykluczony, nawet w znacznie zmniejszonej ilości” – ponieważ w strukturze społeczeństwa polskiego ludność nieżydowska zajęła miejsce Żydów – i następnie „powrót Żydów w masie odczuty byłby przez ludność nie jako restytucja, ale jako inwazja, przeciwko której broniłaby się ona nawet drogą fizyczną” [por. s. 176];

· Ocena polityka londyńskiego, Jerzego Brauna, który na polecenie rządu likwidował aparat Delegatury, z lipca 1945 roku: „[...] we wsi i w miasteczkach nie ma dziś miejsca dla Żyda. W ciągu ubiegłych sześciu lat w Polsce wytworzył się (nareszcie!) nieistniejący przedtem polski stan trzeci, przejął całkowicie prowincjonalny handel, pośrednictwo, dostawy, lokalną wytwórczość [...] oraz wszelkie rękodzieło. Ci młodzi synowie chłopscy i dawny proletariat miejski wysługujący się Żydom – stanowią element zawzięty, wytrwały, chciwy, pozbawiony doszczętnie wszelkich skrupułów moralnych w handlu, górujący nad Żydami odwagą, inicjatywą i rzutkością [...]. Te masy z tych terenów nie ustąpią. Nie ma siły, która by je usunęła” [s. 176, 177].

Uderza w tych cytatach między innymi fakt, że choć następcy przedstawicieli ludności pochodzenia żydowskiej – bo przecież najczęściej byli to po prostu zasymilowani Polacy, niekoniecznie przejawiający zainteresowanie ruchem syjonistycznym, o których pochodzeniu nikt nie dał IM zapomnieć ani wybrać – są wprost określani terminami rodem z wszelkich negatywnych stereotypów Żydów – bogaczy, krwiopijców i wyzyskiwaczy. Dzisiejsze opisy bezwzględnych „bojowników korporacyjnych” czy też „liderów drapieżnego kapitalizmu” pasują całkiem nieźle do „polskiego żywiołu”, który po wojnie starał się wzbogacić najprzeróżniejszymi metodami. Wątpliwości co do moralnej oceny tego zastąpienia Żydów przez Polaków w społeczeństwie nie pojawiły się jednak dopiero razem z książkami badaczy Zagłady czy u potencjalnego polskiego czytelnika czy czytelniczki po lekturze szwedzkiego moralisty Lindqvista. Grossowie przypominają co na ten temat pisał Kazimierz Wyka w latach 1939–45 w książce Życie na niby: „Centralnym faktem psychogospodarczym lat okupacji pozostanie niewątpliwie zniknięcie z handlu i pośrednictwa milionowej masy żydowskiej [...i] próba inercyjnego i automatycznego wejścia żywiołu polskiego na miejsce opróżnione przez Żydów. [...] Czy formy, w jakich się ta eliminacja dokonała, i sposób, w jaki społeczeństwo nasze pragnęło i pragnie ją zdyskontować, były i moralne, i rzeczowo do przyjęcia? Otóż, chociażbym tylko za siebie odpowiadał i nie znalazł nikogo, kto by mi zawtórował, będę powtarzał – nie, po stokroć nie. Te formy i nadzieje były haniebne, demoralizujące i niskie. Skrót bowiem gospodarczo – moralnego stanowiska przeciętnego Polaka wobec tragedii Żydów wygląda tak: Niemcy, mordując Żydów, popełnili zbrodnię. My byśmy tego nie zrobili. Za tę zbrodnię Niemcy poniosą karę, Niemcy splamili swoje sumienie, ale my – my już teraz mamy same korzyści i w przyszłości będziemy mieli same korzyści, nie brudząc sumienia, nie plamiąc dłoni krwią” [s. 178].

Zapewne nie tylko Polacy są wyjątkowo odporni na wszelką refleksję nad własną winą i zaangażowaniem narodu w prześladowania i eliminację Żydów, a także rozgrabieniem żydowskiego mienia. Polski mit narodowy, jakoby kraj zamieszkiwali niemal wyłącznie święci, bohaterowie i ofiary, co jest usprawiedliwieniem roszczeniowego stosunku do rzeczywistości, zawsze dzielnie podtrzymywał Kościół katolicki, który nauczając swoich poddanych w wierze o moralności, całkowicie wyrugował z tego pojęcia empatię i współczucie wobec ludzkiego cierpienia, za które Polacy odpowiadali lub odpowiadają nadal. Biorąc pod uwagę zasłyszane nie tylko w domu, ale i w rodzinnym miasteczku antysemickie wierzenia i sądy, doskonale zdaję sobie sprawę, że przez wszystkie powojenne lata zdecydowana większość księży nie splamiła się rozważaniem nad tym, dlaczego antysemityzm był i jest złem, które żyje dzięki kłamstwom i lękom [3]. Ludzie, których znam od lat, głównie z pokolenia babć i dziadków, ale także rodziców, powtarzają znane od wieków potworności na temat Żydów nie tylko dlatego, że nigdy nie postarali się zweryfikować tych sądów – również dlatego, że ich tak zwani duchowi przewodnicy nigdy nie zajęli się wystarczająco światle i konsekwentnie tym bolesnym i drażliwym tematem. Spośród wielu antysemickich zapisków sporządzonych przez Polaków, które bezdyskusyjnie udowodniają religijne źródło ich moralnej, emocjonalnej znieczulicy w obliczu zagłady Żydów, przytoczę jeden, wręcz idealnie reprezentatywny: „a więc Pan Jezus dał Żydom prawie dwa tysiące lat na poprawę, lecz widząc, że dalej trwają w swych zbrodniach, zesłał na nich karę. Tak jak oni przelewali krew Niewinnego, tak teraz ich właśni przyjaciele Niemcy, z którymi tyle nieprawości rozsiali po świecie, teraz ich mordują. A więc sprawiedliwość Boska nierychliwa, ale sprawiedliwa” [s. 12, z przedmowy autorstwa Jana Grabowskiego].

Grossowie poświęcili tematowi stosunku Kościoła katolickiego w Polsce wobec Żydów w czasie drugiej wojny światowej osobny rozdział swojej książki. Z cytowanych dokumentów wynika jasno i przerażająco – Kościół katolicki nie był praktycznie w ogóle zainteresowany losem Polaków żydowskiego pochodzenia. Sami księża byli nadzwyczaj rzadko zaangażowani w jakąkolwiek pomoc Żydom. „Kościelny obrachunek z okresem okupacji wymaga objaśnienia braku reakcji na ludobójstwo, którego dokonywano wówczas na oczach polskiego duchowieństwa. (…) W kilkudziesięciu listach przesłanych przez polskich biskupów do Rzymu, które opublikowano w oficjalnym watykańskim zbiorze dokumentów na temat drugiej wojny światowej (…) nie ma żadnych informacji o zagładzie Żydów” [s. 185, 186]. Dodatkowo przez całą książkę przewijają się świadectwa ukazujące, iż Polacy biorący udział w mordowaniu ludności żydowskiej, nierzadko wykorzystywali scenariusz drogi krzyżowej bądź inne elementy kultu katolickiego podczas bezpośredniej eliminacji swoich ofiar. Religia nie służyła pokrzepianiu ducha podczas grozy wojny, nie pomagała zachować człowieczeństwa. Przytaczane relacje z kaźni żydowskiej wskazują raczej na fakt, że wierzenia katolickie legitymizowały i nadawały pewien porządek zbrodni.

W Złotych żniwach Grossowie bardzo konsekwentnie ukazują, iż uprzedmiotowienie i odczłowieczenie Żydów zarówno przed, jak i podczas drugiej wojny światowej, przyczyniły się do całkowitego braku skrupułów podczas aktywnego udziału w mordowaniu Żydów i kradzieży ich majątku. W artykule Puścić Żyda na zajączka, powstałym jako komentarz czy też dodatek do książki Jana Grabowskiego Judenjagd. Polowanie na Żydów [4], Anna Bikont wskazuje na fakt, że „W czasie wojny chłopi bali się Niemców, bali Żydów, ale głównie bali się siebie nawzajem”. Chciwość i strach przed sąsiadami sprawiała, że chłopi polowali na ukrywających się Żydów nie tylko pod przymusem i z chęci ratowania własnego życia, ale również spontanicznie, niejako „dla siebie”, aby tym więcej zgarnąć ewentualnych kosztowności dla siebie. Rozmówcy Anny Bikont zwracają też uwagę na fakt, że chłopi polscy używali innych określeń na zabijanie Żydów i na strzelanie do Polaków.

Warto tu wspomnieć o znakomitej recenzji Jerzego Jedlickiego książki Barbary Engelking Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945 [5], w której autor pisze: „O nieadekwatności triady Hilberga [rozróżniającej role sprawcy, ofiary i świadka – przyp. SR] pierwsza pisała Elżbieta Janicka w przenikliwej polemice z niektórymi tezami Strachu Jana Tomasza Grossa („Kultura i Społeczeństwo” 2008, nr 2), której notabene autor Złotych żniw postanowił nie zauważyć. Może dlatego, że Janicka sprzeciwia się stanowczo uznawaniu żądzy złota, rabunku czy konkurencyjnej zawiści za główny motyw aktów antyżydowskich przed wojną, podczas wojny czy po wojnie. Były to powody pospolite, towarzyszące, lecz wtórne: „Warunkiem mówienia o tak zwanych ekonomicznych przyczynach antysemityzmu jest bowiem uprzednie wykluczenie Żydów ze wspólnoty – społecznej, narodowej, ludzkiej”. Nawet dzieci świetnie to rozumiały wiedząc, że „żydków” wolno wydrwiwać, nękać, a wreszcie, gdy przyjdzie taka pora, chwytać, sprawdzać, czy są obrzezani, i wydawać na śmierć. Za darmo. „W odniesieniu do tej sytuacji – pisze Janicka – trzecie ogniwo triady Hilbergowskiej nie funkcjonuje. [...] Bystander? Ani stander. Ani by. [...] Bo czy świadek zaangażowany – w przenośni i/lub dosłownie – to jeszcze świadek”? Ani nie jest „świadkiem” ten, kto się poczuł zobowiązany do uratowania przed fatalizmem Zagłady choć jednego skazanego na poniżenie i bezimienną śmierć. Co zaś sprawiało, że tacy ludzie mimo wszystko się znajdowali i mieli siłę stawić czoło swojej społeczności i jej prawom – na to nie umiemy odpowiedzieć”.

Odnoszę wrażenie, że tezę Elżbiety Janickiej Złote żniwa Grossów – chcąc lub nie chcąc – częściowo udowadniają. Dokumenty przytoczone dla podparcia tezy, iż antysemityzm i traktowanie współobywateli żydowskiego pochodzenia jako martwych za życia, udowadniają, niejako pobocznie, że chciwość, zawziętość i obojętność na ludzką krzywdę, wynikającą z głównie z dziedziczonej z pokolenia na pokolenie biedy, polscy chłopi okazywali każdemu bez względu na narodowość czy pochodzenie. Jedyna rzecz, która ich różniła w tym względzie, to łupiąc bezlitośnie Żydów, pozostawali – a nawet pozostają – bezkarni, działali niemalże w majestacie ówczesnego prawa. Podobne stwierdzenia można odnaleźć też w wypowiedziach zebranych przez Annę Bikont w cytowanym wyżej artykule. Miałam wrażenie częściowej niespójności tez Grossów zwłaszcza podczas lektury rozdziału „Próba normalizacji”. Nie do końca spójne z tematyką książki jest podawanie przez Grossa przykładów spoza polskiego kontekstu. Ich wymowa zdaje się sugerować: natura ludzka to walka o przeżycie i zagrabienie tego, co może życie uratować lub polepszyć, i człowiek stara się o to nie przebierając w środkach. Każdy może zwrócić się przeciwko drugiemu, nienawiść do drugiego człowieka jest ponad wszelką antypatię do określonego rodzaju, gatunku czy przynależności etnicznej. Gross podkreśla, że cała aktywność polskich chłopów, aby rozgrabić i zabrać dla siebie jak najwięcej, „wyabstrahowana jest z kontekstu moralnego. To nie są groby, to jest coś w rodzaju pola z ostatkami” [s. 57].

Najsłabszym punktem książki Grossa jest wg mnie fakt, że często wydaje się odchodzić od formy eseju do pewnej formy analizy czy też konkluzji natury historyczno–socjologicznej, do której, moim zdaniem, po prostu nie przedstawia wystarczająco dobrej metodologii. Fragmenty, w których jako hasła przywoływane są nadal dość modne koncepcje antropologiczne (opis gęsty), osłabiają wymowę całej książki i z wymiaru empatycznego przechodzi się w irytację metodologa i krytycznego czytelnika. O ile jako esej propozycja Grossa jest znakomitym odium przeciw polskiemu nadętemu samozadowoleniu z bycia wiecznym bohaterem, ofiarą, romantycznym, szlachetnym i posiadającym słowiańską umiejętność aktywizowania gamy subtelnych emocji, których jest pozbawiony zarówno germański oprawca, jak i zdradziecki Rosjanin na spółkę ze zboczonym Unitą, o tyle jako diagnoza społeczno–historyczna bazuje na zbyt wątłej metodologii i stosunkowo niewielkiej liczbie przykładów, stąd zapewne krytyka wniosków wysuwanych przez Grossa, iż są one nieuprawnionymi uogólnieniami. Moim zdaniem Złote żniwa mogłyby być nawet książką całkowicie zmyśloną – okazały się one bowiem o tyle znakomitym ćwiczeniem dla zwyczajnej ludzkiej wrażliwości na ból, śmierć, zło, cierpienie dla polskiego społeczeństwa, o tyle diagnoza jest straszliwa – ponieważ po raz kolejny okazuje się, że ważniejszy jest patriotyczny PR i dobre samopoczucie wszystkich zainteresowanych. Na Grossa posypały się gromy głównie za szkalowanie Polaków, zabrakło elementarnego poczucia ludzkiej przyzwoitości wobec bezpośrednich i pośrednich świadectw bezgranicznej śmierci, nieskończonego bólu, cierpienia.

Przytoczyłam na początku tej recenzji rozważania Lindqvista (którego książki bardzo polecam), ponieważ jedną z moich konkluzji jest opinia wcale nie oczywista dla wielu osób, a mianowicie, że chrześcijaństwo jako powiedzmy, projekt wychowawczy ludzkiego charakteru i autorytet wzmacniający dobro, na które ludzie potrafią się zdobyć, jest całkowitym fiaskiem. Lindqvist w książce o Aborygenach pokazał, jak możliwa była ich eksterminacja i wywłaszczenie – dzięki uznaniu przez przybywających z Europy Zachodniej przybyszów Australii za Ziemię Niczyją, a Aborygenów za nieme cienie przemykające po kontynencie. Grossowie przedstawiają w Złotych żniwach „niczyj” majątek, „niczyje kosztowności” należące do „nikogo”, czyli Żydów. Natomiast ja zwracam uwagę na „niczyją” odpowiedzialność zbrodni opisaną przez świadków, historyków i dokumentalistów Zagłady – nie tylko Żydów, ale wszelkich mniejszości etnicznych. Przytoczę jeszcze raz słowa Lindqvista: „Im większa zbiorowość, tym bardziej rozmywa się osobista odpowiedzialność. Im słabsze indywidualne poczucie winy, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie ona tylko pustym gestem” [6], ponieważ społeczność Kościoła katolickiego jest olbrzymia, odpowiedzialność, poczucie winy rodzi się i pozostaje najczęściej w tych, którzy do niej nie należą.

W projekcie fotograficznym Macewy codziennego użytku Łukasz Baksik zwraca uwagę na fakt, iż skoro, podążając logiką ukazaną powyżej, Żydzi to „nikt”, po Zagładzie (choć praktyka niszczenia macew znacznie ją poprzedza) ich ciała nie potrzebują do pochówku wyszczególnionej w tym celu ziemi. Odkąd zabrakło wspólnoty, żydowskie cmentarze stają się terenem pamięci o „nikim”, terenem „niczyim”, skąd wszelkie materialne obiekty upamiętniające „drogich zmarłych” mogą być wykorzystane jako budulec nowej codzienności – bez Żydów.

Kiedy fotografie Baksika zaprezentowano na tegorocznym 21. Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie, skorzystałam z okazji, by posłuchać opowieści autora, w jaki sposób powstawała dokumentacja losów żydowskich nagrobków. Łukasz Baksik relacjonował, jak doszło do tego, że przez kilka lat jeździł po Polsce w poszukiwaniu tego, co pozostało po żydowskich cmentarzach po drugiej wojnie światowej. Jak odkrywał zaskakujące wykorzystanie macew z żydowskich cmentarzy jako budulca codziennego użytku, do odnowienia drogi, muru, ścian domu, czy jako koła szlifierskie w warsztatach. Z rozmów z właścicielami fotografowanych obiektów wynikało jasno, że nikt nie pomyślał o użytym materiale jako jakimkolwiek obiekcie mającym znaczenie kulturowe, religijne czy emocjonalne. Ot, leżało „niczyje”, nikomu już nie przydatne, bez zastosowania. Nawet jeśli indagowany człowiek wiedział, że używa w jakimś kontekście codziennym fragmenty macew, nie widział w tym nic niestosownego. Słowa Baksika współbrzmią zgodnie z cytowanymi wyżej tezami Elżbiety Janickiej o wykluczaniu Żydów ze wspólnoty ludzkiej ,narodowej, społecznej: „Wydaje mi się, że to, co stało się z cmentarzami żydowskimi i ich nagrobkami, to efekt procesu wykluczania Żydów poza ramy wspólnoty. Myślę, że (w dużym skrócie) proces ten przebiegał w taki sposób: inni – nie nasi – nie swoi – nie mieszczą się w ramach wspólnoty, albo dokładniej – naszej wspólnoty. Wykluczeniu podlegają również ich zmarli, duchy, cmentarze, nagrobki. To nie nasi zmarli, nie nasze duchy, więc nie będą nas straszyły; to nie nasze cmentarze – tracą zatem swoje tabu, skradzenie z nich nagrobka przestaje być profanacją, a zaczyna być jedynie wykorzystaniem kamienia jako materiału budowlanego”.

Baksik bezpośrednio, osobiście, włączył się w pobudzanie do refleksji napotykanych ludzi, w sprawie macew w ich domach, ogródkach, zadawał proste pytania odwołujące się do wrażliwości w wymiarze, w jakim rozmówcy byli w stanie zrozumieć własną odpowiedzialność w tym zakresie. „Moje zdjęcia mają zachęcić np. nauczycieli, by przygotowali lekcje dotyczące przedwojennej historii żydowskiej w konkretnej miejscowości. Z Towarzystwem Inicjatyw Twórczych „ę”, znanym z projektu Dla tolerancji, jeździmy po Polsce. Staramy się angażować lokalne społeczności. Pokazujemy, co robiono z macew, i zastanawiamy się, co zrobić, gdy się potkniesz o macewę. Bo najlepiej zawieźć ją na cmentarz. Ale nie wszędzie są cmentarze żydowskie, bywa, że są bardzo zaniedbane. Może tworzyć lapidaria? Każdy przypadek jest inny, dla każdej miejscowości tworzymy więc inną Instrukcję powrotu informującą mieszkańców, gdzie odwieźć macewę, kogo poprosić o radę. Opracowujemy je z lokalnymi działaczami, ekspertami z ŻIH-u i innych instytucji” [całość wypowiedzi tu].

To, co chciałabym zaakcentować najmocniej, to słowa autora, kiedy opowiada czym dla niego są jego zdjęcia i cały projekt. Nie powołuje się na instytucje („razem z Centralnym Biurem Pamięci Narodowej”…), nie wspiera się żadnym „autorytetem” („kiedy rozmawiałem z biskupem Głośnobrzmiącym”… ), ani nie odwołuje do jakiejś szerszej zbiorowości ( „uważam, że dla nas, Polaków”). Baksik rozpoczyna od siebie, własnej odpowiedzialności i świadomości: „(…) traktuję je jako misję – chciałbym, żeby wystawa przyczyniła się do rozpoczęcia wielkiej, ogólnopolskiej akcji oddawania macew na cmentarze żydowskie; z drugiej mają dla mnie z pewnością wymiar intymny, bo wszystkie pytania, które zadaję odbiorcom moich fotografii, zadawałem i wciąż zadaję również sobie”.

Sławomira Raczyńska

Jan Tomasz Gross, współpraca Irena Grudzińska–Gross, Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011. Wszystkie nieoznaczone cytaty i odwołania pochodzą z tego wydania.

Zdjęcia wykorzystane za uprzejmą zgodą Autora.

Przypisy:

[1] Sven Lindqvist, Terra nullius. Podróż przez ziemię niczyją, przeł. Irena Kowadło-Przedmojska, W.A.B., Warszawa 2010, s. 14 i 15.
[2] Tamże, s. 22-23.
[3] Przy zaznaczeniu wiedzy o życiu i działalności takich postaci, jak np. Romuald Jakub Weksler-Waszkinel.
[4] Jan Grabowski, JUDENJAGD. Polowanie na Żydów 1942-1945. Studium dziejów pewnego powiatu, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2011.
[5] Barbara Engelking Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2011.
[6] Sven Lindqvist, Terra nullius. Podróż przez ziemię niczyją, dz. cyt., s. 22-23.

Data wpisu: 26 lipca, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Jan Tomasz Gross (współpraca Irena Grudzińska–Gross), „Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów”

Sven Lindqvist zastanawiając się w książce Terra nullius nad problemem zadośćuczynienia za wielowiekowe krzywdy i prześladowania wobec Aborygenów, proponuje rozważenie następujących kwestii. Przede wszystkim – jak pokolenia, które nie uczestniczyły w kolaboracji Szwecji z nazistowskimi Niemcami, w Holokauście, czy ci Australijczycy, którzy urodzili się wiele lat po tym, jak wyrugowano Aborygenów z ich terytorium, mogą poczuć jakąkolwiek odpowiedzialność za czyny przodków i krzywdę ich ofiar i ich potomków? Lindqvist wspomina sytuację gdy jako młody człowiek został oskarżony przez Islandczyków jako „Szwed, czyli kolaborant z nazistami” – bronił się mówiąc, że miał tym czasie dziesięć lat: „Nikt mnie nie pytał o zdanie”, jednak islandzka gospodyni podsumowuje to mówiąc „Wystarczająco dużo, żeby podzielić się łupem”. Rozważając później słuszność tego oskarżenia, broni się: „Nie można winić dzieci za błędy rodziców. Każde nowe pokolenie rodzi się bez winy”. Jednak później dochodzi do wniosku, że to nie do końca prawda, przynajmniej nie w tym kontekście. „Dług zaciągnięty przez państwo przechodzi z pokolenia na pokolenie. Podobnie majątek narodowy, wielokrotnie przewyższający zadłużenie. Żeby być bogatym, wystarczyło urodzić się Szwedem. (…) To, że nigdy nie przeżyłem bombardowania, ostrzałów, a nawet nie musiałem spać głodny, zawdzięczałem tchórzliwej polityce ustępstw mojego kraju. Gospodyni miała rację. Brałem udział w podziału łupu. A zatem powinienem ponieść odpowiedzialność” [1]. Autor Terra nullius przypomina sobie, jak w dzieciństwie był uczony na lekcjach religii czym jest skrucha i co się na nią składa – zrozumienie swojej winy, żałowanie złych uczynków i ich konsekwencji, wreszcie – przyrzeczenie poprawy. Jako dorosły człowiek uważa jednak taki chrześcijański proces skruchy za niewystarczający, ponieważ ogranicza się on jedynie do osobistych przemyśleń i jako taki „jest marną pociechą dla pokrzywdzonego. Łatwo zresztą zapomnieć o obietnicy [zadośćuczynienia – przyp. SR], jeżeli nikt o niej nie wie”. I dalej, Lindqvist pisze słowa, które uznaję za znakomite wprowadzenie do omawianej książki Grossów:

„Czy można brać na siebie winę za cudze występki? Występki, których się osobiście nie popełniło, lecz pośrednio odniosło się z nich korzyści? Jak powinny brzmieć kryteria skruchy, by móc je zastosować w przypadku zbiorowej odpowiedzialności za historyczne przewinienia? Może tak:

· Przyznajemy otwarcie, że nasi przodkowie popełnili nieprawości, a my czerpiemy z nich korzyści.
· Prosimy o wybaczenie tych, którzy doznali krzywd, oraz ich potomków.
· Przyrzekamy w miarę możności wynagrodzić pokrzywdzonych za wciąż żywe następstwa popełnionych czynów.

Im większa zbiorowość, tym bardziej rozmywa się osobista odpowiedzialność. Im słabsze indywidualne poczucie winy, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie ona tylko pustym gestem” [2].

Może ktoś zapyta, jaki związek mają rozważania szwedzkiego dziennikarza o stosunku Australijczyków do Aborygenów w kontekście książki Grossów? Przecież taki temat pasuje bardziej do rozważań na temat postkolonialnych zależności i należności, a poza tym, zgodnie z popularnym w pewnych kręgach przekonaniem, bogatą Szwecję „stać” na tolerancję. Jednak moim zdaniem co najmniej jednym wspólnym mianownikiem tych dwóch książek jest porażająca obojętność świadków tragedii i zagłady ludzi.

Przyznam się, że choć Złote żniwa wpadły w moje ręce przez przypadek, przeczytałam je kilkukrotnie i przedyskutowałam. Jeśli mogę powiedzieć, że jest problematyczna czy też wieloznaczna, to dlatego, że jako ćwiczenie ze społecznej, historycznej czy emocjonalnej wrażliwości i poczucia odpowiedzialności w duchu opisywanym przez Lindqvista, lektura Grossów sprawdza się znakomicie, to z kolei jako dziełko określone mianem eseju historycznego jest co najmniej dyskusyjne, ponieważ ładunek emocjonalny jest tak absolutnie przytłaczający, że czytelnik nie śmie niemal zapytać dokładniej o użytą metodologię czy też słuszność niektórych wniosków autorów. Nie ukrywam, że znajduje moje osobiste uznanie fakt, iż prowokująca intelektualnie i moralnie książka to znakomicie wyważony kamień obrazy dla odbiorców hołdujących wizji Polaka – wiecznego bohatera i zarazem wiecznej ofiary. Postaram się wskazać najbardziej interesujące dla mnie fragmenty książki Grossów.

Tytułowa metafora Złote żniwa może być zinterpretowana na różne sposoby. Znajdujemy tu skojarzenie alchemiczne, złowrogie w swojej wymowie. Oto bowiem otrzymujemy opis niezliczonych (nawet jeśli policzalnych) umęczonych ofiar żydowskiego pochodzenia – bo nie zawsze takiej tożsamości i świadomości etnicznej – które w wyniku zbrodniczych działań innych ludzi chyba niemal każdej europejskiej narodowości, zostają zepchnięte w czerń śmierci, bólu, by zmienić się w złoto, materialne, złoto kosztowności, złoto wydarte z ciał, nieważne na jakim etapie uśmiercania.

Z kolei życie jako złoty kłos to metafora na wskroś chrześcijańska, o czym przypomina wykorzystanie symbolu kłosa na szatach liturgicznych katolickich księży. Tutaj nabiera ona bardzo materialnego wydźwięku – jako opłacalny interes i to nie dla tych, stereotypowo utożsamianych z bogactwem i chomikowaniem złota w tej samej piwnicy, w której duszą się maleńkie chrześcijańskie dzieciny, z których potem zrobi się macę. Żniwa śmierci zmieniają złote kłosy w czarną gnijącą materię. Skojarzenia alchemiczne są o tyle złowrogie, ponieważ doskonale ukazują czysto materialny aspekt obłąkańczej ideologii ludobójczej. W moim odczytaniu tytuł tej książki wskazuje na los, życie, przeznaczone i zdefiniowane tylko i wyłącznie przez groźbę okrutnej śmierci.

Grossowie skupiają się głównie na ekonomicznym aspekcie zagłady Żydów podczas drugiej wojny światowej. Pozbawiona skrupułów grabież żydowskiego mienia, jaka miała miejsce jeszcze przed rozpoczęciem tej wojny, jak i podczas niemieckiej okupacji Europy, wzbogaciła nie tylko bezpośrednich sprawców Zagłady, ale również m. in. polskich chłopów. W tym momencie warto przypomnieć sobie dylemat Lindqvista – na ile choćby moje pokolenie (rocznik 1979) powinno poczuwać się do odpowiedzialności za wydarzenia mające miejsce za życia moich babek i dziadków, prababć i pradziadków. W jakim sensie mogę mówić o udziale w „podziale łupu”, majątku, który został odebrany Żydom? Biorąc pod uwagę częściowo chłopskie pochodzenie mojej rodziny, a także niezłą znajomość antysemickich stereotypów wygłaszanych nie tylko przez członków rodziny, ale i mieszkańców rodzinnego miasteczka, moją uwagę przykuły w tym kontekście następujące fragmenty Złotych żniw:

· Raport Romana Knolla (kierownika Komisji Spraw Zagranicznych przy Delegaturze Rządu) z sierpnia 1943 roku, w którym rozważa powrót Żydów do „ich placówek i warsztatów jest zupełne wykluczony, nawet w znacznie zmniejszonej ilości” – ponieważ w strukturze społeczeństwa polskiego ludność nieżydowska zajęła miejsce Żydów – i następnie „powrót Żydów w masie odczuty byłby przez ludność nie jako restytucja, ale jako inwazja, przeciwko której broniłaby się ona nawet drogą fizyczną” [por. s. 176];

· Ocena polityka londyńskiego, Jerzego Brauna, który na polecenie rządu likwidował aparat Delegatury, z lipca 1945 roku: „[...] we wsi i w miasteczkach nie ma dziś miejsca dla Żyda. W ciągu ubiegłych sześciu lat w Polsce wytworzył się (nareszcie!) nieistniejący przedtem polski stan trzeci, przejął całkowicie prowincjonalny handel, pośrednictwo, dostawy, lokalną wytwórczość [...] oraz wszelkie rękodzieło. Ci młodzi synowie chłopscy i dawny proletariat miejski wysługujący się Żydom – stanowią element zawzięty, wytrwały, chciwy, pozbawiony doszczętnie wszelkich skrupułów moralnych w handlu, górujący nad Żydami odwagą, inicjatywą i rzutkością [...]. Te masy z tych terenów nie ustąpią. Nie ma siły, która by je usunęła” [s. 176, 177].

Uderza w tych cytatach między innymi fakt, że choć następcy przedstawicieli ludności pochodzenia żydowskiej – bo przecież najczęściej byli to po prostu zasymilowani Polacy, niekoniecznie przejawiający zainteresowanie ruchem syjonistycznym, o których pochodzeniu nikt nie dał IM zapomnieć ani wybrać – są wprost określani terminami rodem z wszelkich negatywnych stereotypów Żydów – bogaczy, krwiopijców i wyzyskiwaczy. Dzisiejsze opisy bezwzględnych „bojowników korporacyjnych” czy też „liderów drapieżnego kapitalizmu” pasują całkiem nieźle do „polskiego żywiołu”, który po wojnie starał się wzbogacić najprzeróżniejszymi metodami. Wątpliwości co do moralnej oceny tego zastąpienia Żydów przez Polaków w społeczeństwie nie pojawiły się jednak dopiero razem z książkami badaczy Zagłady czy u potencjalnego polskiego czytelnika czy czytelniczki po lekturze szwedzkiego moralisty Lindqvista. Grossowie przypominają co na ten temat pisał Kazimierz Wyka w latach 1939–45 w książce Życie na niby: „Centralnym faktem psychogospodarczym lat okupacji pozostanie niewątpliwie zniknięcie z handlu i pośrednictwa milionowej masy żydowskiej [...i] próba inercyjnego i automatycznego wejścia żywiołu polskiego na miejsce opróżnione przez Żydów. [...] Czy formy, w jakich się ta eliminacja dokonała, i sposób, w jaki społeczeństwo nasze pragnęło i pragnie ją zdyskontować, były i moralne, i rzeczowo do przyjęcia? Otóż, chociażbym tylko za siebie odpowiadał i nie znalazł nikogo, kto by mi zawtórował, będę powtarzał – nie, po stokroć nie. Te formy i nadzieje były haniebne, demoralizujące i niskie. Skrót bowiem gospodarczo – moralnego stanowiska przeciętnego Polaka wobec tragedii Żydów wygląda tak: Niemcy, mordując Żydów, popełnili zbrodnię. My byśmy tego nie zrobili. Za tę zbrodnię Niemcy poniosą karę, Niemcy splamili swoje sumienie, ale my – my już teraz mamy same korzyści i w przyszłości będziemy mieli same korzyści, nie brudząc sumienia, nie plamiąc dłoni krwią” [s. 178].

Zapewne nie tylko Polacy są wyjątkowo odporni na wszelką refleksję nad własną winą i zaangażowaniem narodu w prześladowania i eliminację Żydów, a także rozgrabieniem żydowskiego mienia. Polski mit narodowy, jakoby kraj zamieszkiwali niemal wyłącznie święci, bohaterowie i ofiary, co jest usprawiedliwieniem roszczeniowego stosunku do rzeczywistości, zawsze dzielnie podtrzymywał Kościół katolicki, który nauczając swoich poddanych w wierze o moralności, całkowicie wyrugował z tego pojęcia empatię i współczucie wobec ludzkiego cierpienia, za które Polacy odpowiadali lub odpowiadają nadal. Biorąc pod uwagę zasłyszane nie tylko w domu, ale i w rodzinnym miasteczku antysemickie wierzenia i sądy, doskonale zdaję sobie sprawę, że przez wszystkie powojenne lata zdecydowana większość księży nie splamiła się rozważaniem nad tym, dlaczego antysemityzm był i jest złem, które żyje dzięki kłamstwom i lękom [3]. Ludzie, których znam od lat, głównie z pokolenia babć i dziadków, ale także rodziców, powtarzają znane od wieków potworności na temat Żydów nie tylko dlatego, że nigdy nie postarali się zweryfikować tych sądów – również dlatego, że ich tak zwani duchowi przewodnicy nigdy nie zajęli się wystarczająco światle i konsekwentnie tym bolesnym i drażliwym tematem. Spośród wielu antysemickich zapisków sporządzonych przez Polaków, które bezdyskusyjnie udowodniają religijne źródło ich moralnej, emocjonalnej znieczulicy w obliczu zagłady Żydów, przytoczę jeden, wręcz idealnie reprezentatywny: „a więc Pan Jezus dał Żydom prawie dwa tysiące lat na poprawę, lecz widząc, że dalej trwają w swych zbrodniach, zesłał na nich karę. Tak jak oni przelewali krew Niewinnego, tak teraz ich właśni przyjaciele Niemcy, z którymi tyle nieprawości rozsiali po świecie, teraz ich mordują. A więc sprawiedliwość Boska nierychliwa, ale sprawiedliwa” [s. 12, z przedmowy autorstwa Jana Grabowskiego].

Grossowie poświęcili tematowi stosunku Kościoła katolickiego w Polsce wobec Żydów w czasie drugiej wojny światowej osobny rozdział swojej książki. Z cytowanych dokumentów wynika jasno i przerażająco – Kościół katolicki nie był praktycznie w ogóle zainteresowany losem Polaków żydowskiego pochodzenia. Sami księża byli nadzwyczaj rzadko zaangażowani w jakąkolwiek pomoc Żydom. „Kościelny obrachunek z okresem okupacji wymaga objaśnienia braku reakcji na ludobójstwo, którego dokonywano wówczas na oczach polskiego duchowieństwa. (…) W kilkudziesięciu listach przesłanych przez polskich biskupów do Rzymu, które opublikowano w oficjalnym watykańskim zbiorze dokumentów na temat drugiej wojny światowej (…) nie ma żadnych informacji o zagładzie Żydów” [s. 185, 186]. Dodatkowo przez całą książkę przewijają się świadectwa ukazujące, iż Polacy biorący udział w mordowaniu ludności żydowskiej, nierzadko wykorzystywali scenariusz drogi krzyżowej bądź inne elementy kultu katolickiego podczas bezpośredniej eliminacji swoich ofiar. Religia nie służyła pokrzepianiu ducha podczas grozy wojny, nie pomagała zachować człowieczeństwa. Przytaczane relacje z kaźni żydowskiej wskazują raczej na fakt, że wierzenia katolickie legitymizowały i nadawały pewien porządek zbrodni.

W Złotych żniwach Grossowie bardzo konsekwentnie ukazują, iż uprzedmiotowienie i odczłowieczenie Żydów zarówno przed, jak i podczas drugiej wojny światowej, przyczyniły się do całkowitego braku skrupułów podczas aktywnego udziału w mordowaniu Żydów i kradzieży ich majątku. W artykule Puścić Żyda na zajączka, powstałym jako komentarz czy też dodatek do książki Jana Grabowskiego Judenjagd. Polowanie na Żydów [4], Anna Bikont wskazuje na fakt, że „W czasie wojny chłopi bali się Niemców, bali Żydów, ale głównie bali się siebie nawzajem”. Chciwość i strach przed sąsiadami sprawiała, że chłopi polowali na ukrywających się Żydów nie tylko pod przymusem i z chęci ratowania własnego życia, ale również spontanicznie, niejako „dla siebie”, aby tym więcej zgarnąć ewentualnych kosztowności dla siebie. Rozmówcy Anny Bikont zwracają też uwagę na fakt, że chłopi polscy używali innych określeń na zabijanie Żydów i na strzelanie do Polaków.

Warto tu wspomnieć o znakomitej recenzji Jerzego Jedlickiego książki Barbary Engelking Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945 [5], w której autor pisze: „O nieadekwatności triady Hilberga [rozróżniającej role sprawcy, ofiary i świadka – przyp. SR] pierwsza pisała Elżbieta Janicka w przenikliwej polemice z niektórymi tezami Strachu Jana Tomasza Grossa („Kultura i Społeczeństwo” 2008, nr 2), której notabene autor Złotych żniw postanowił nie zauważyć. Może dlatego, że Janicka sprzeciwia się stanowczo uznawaniu żądzy złota, rabunku czy konkurencyjnej zawiści za główny motyw aktów antyżydowskich przed wojną, podczas wojny czy po wojnie. Były to powody pospolite, towarzyszące, lecz wtórne: „Warunkiem mówienia o tak zwanych ekonomicznych przyczynach antysemityzmu jest bowiem uprzednie wykluczenie Żydów ze wspólnoty – społecznej, narodowej, ludzkiej”. Nawet dzieci świetnie to rozumiały wiedząc, że „żydków” wolno wydrwiwać, nękać, a wreszcie, gdy przyjdzie taka pora, chwytać, sprawdzać, czy są obrzezani, i wydawać na śmierć. Za darmo. „W odniesieniu do tej sytuacji – pisze Janicka – trzecie ogniwo triady Hilbergowskiej nie funkcjonuje. [...] Bystander? Ani stander. Ani by. [...] Bo czy świadek zaangażowany – w przenośni i/lub dosłownie – to jeszcze świadek”? Ani nie jest „świadkiem” ten, kto się poczuł zobowiązany do uratowania przed fatalizmem Zagłady choć jednego skazanego na poniżenie i bezimienną śmierć. Co zaś sprawiało, że tacy ludzie mimo wszystko się znajdowali i mieli siłę stawić czoło swojej społeczności i jej prawom – na to nie umiemy odpowiedzieć”.

Odnoszę wrażenie, że tezę Elżbiety Janickiej Złote żniwa Grossów – chcąc lub nie chcąc – częściowo udowadniają. Dokumenty przytoczone dla podparcia tezy, iż antysemityzm i traktowanie współobywateli żydowskiego pochodzenia jako martwych za życia, udowadniają, niejako pobocznie, że chciwość, zawziętość i obojętność na ludzką krzywdę, wynikającą z głównie z dziedziczonej z pokolenia na pokolenie biedy, polscy chłopi okazywali każdemu bez względu na narodowość czy pochodzenie. Jedyna rzecz, która ich różniła w tym względzie, to łupiąc bezlitośnie Żydów, pozostawali – a nawet pozostają – bezkarni, działali niemalże w majestacie ówczesnego prawa. Podobne stwierdzenia można odnaleźć też w wypowiedziach zebranych przez Annę Bikont w cytowanym wyżej artykule. Miałam wrażenie częściowej niespójności tez Grossów zwłaszcza podczas lektury rozdziału „Próba normalizacji”. Nie do końca spójne z tematyką książki jest podawanie przez Grossa przykładów spoza polskiego kontekstu. Ich wymowa zdaje się sugerować: natura ludzka to walka o przeżycie i zagrabienie tego, co może życie uratować lub polepszyć, i człowiek stara się o to nie przebierając w środkach. Każdy może zwrócić się przeciwko drugiemu, nienawiść do drugiego człowieka jest ponad wszelką antypatię do określonego rodzaju, gatunku czy przynależności etnicznej. Gross podkreśla, że cała aktywność polskich chłopów, aby rozgrabić i zabrać dla siebie jak najwięcej, „wyabstrahowana jest z kontekstu moralnego. To nie są groby, to jest coś w rodzaju pola z ostatkami” [s. 57].

Najsłabszym punktem książki Grossa jest wg mnie fakt, że często wydaje się odchodzić od formy eseju do pewnej formy analizy czy też konkluzji natury historyczno–socjologicznej, do której, moim zdaniem, po prostu nie przedstawia wystarczająco dobrej metodologii. Fragmenty, w których jako hasła przywoływane są nadal dość modne koncepcje antropologiczne (opis gęsty), osłabiają wymowę całej książki i z wymiaru empatycznego przechodzi się w irytację metodologa i krytycznego czytelnika. O ile jako esej propozycja Grossa jest znakomitym odium przeciw polskiemu nadętemu samozadowoleniu z bycia wiecznym bohaterem, ofiarą, romantycznym, szlachetnym i posiadającym słowiańską umiejętność aktywizowania gamy subtelnych emocji, których jest pozbawiony zarówno germański oprawca, jak i zdradziecki Rosjanin na spółkę ze zboczonym Unitą, o tyle jako diagnoza społeczno–historyczna bazuje na zbyt wątłej metodologii i stosunkowo niewielkiej liczbie przykładów, stąd zapewne krytyka wniosków wysuwanych przez Grossa, iż są one nieuprawnionymi uogólnieniami. Moim zdaniem Złote żniwa mogłyby być nawet książką całkowicie zmyśloną – okazały się one bowiem o tyle znakomitym ćwiczeniem dla zwyczajnej ludzkiej wrażliwości na ból, śmierć, zło, cierpienie dla polskiego społeczeństwa, o tyle diagnoza jest straszliwa – ponieważ po raz kolejny okazuje się, że ważniejszy jest patriotyczny PR i dobre samopoczucie wszystkich zainteresowanych. Na Grossa posypały się gromy głównie za szkalowanie Polaków, zabrakło elementarnego poczucia ludzkiej przyzwoitości wobec bezpośrednich i pośrednich świadectw bezgranicznej śmierci, nieskończonego bólu, cierpienia.

Przytoczyłam na początku tej recenzji rozważania Lindqvista (którego książki bardzo polecam), ponieważ jedną z moich konkluzji jest opinia wcale nie oczywista dla wielu osób, a mianowicie, że chrześcijaństwo jako powiedzmy, projekt wychowawczy ludzkiego charakteru i autorytet wzmacniający dobro, na które ludzie potrafią się zdobyć, jest całkowitym fiaskiem. Lindqvist w książce o Aborygenach pokazał, jak możliwa była ich eksterminacja i wywłaszczenie – dzięki uznaniu przez przybywających z Europy Zachodniej przybyszów Australii za Ziemię Niczyją, a Aborygenów za nieme cienie przemykające po kontynencie. Grossowie przedstawiają w Złotych żniwach „niczyj” majątek, „niczyje kosztowności” należące do „nikogo”, czyli Żydów. Natomiast ja zwracam uwagę na „niczyją” odpowiedzialność zbrodni opisaną przez świadków, historyków i dokumentalistów Zagłady – nie tylko Żydów, ale wszelkich mniejszości etnicznych. Przytoczę jeszcze raz słowa Lindqvista: „Im większa zbiorowość, tym bardziej rozmywa się osobista odpowiedzialność. Im słabsze indywidualne poczucie winy, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie ona tylko pustym gestem” [6], ponieważ społeczność Kościoła katolickiego jest olbrzymia, odpowiedzialność, poczucie winy rodzi się i pozostaje najczęściej w tych, którzy do niej nie należą.

W projekcie fotograficznym Macewy codziennego użytku Łukasz Baksik zwraca uwagę na fakt, iż skoro, podążając logiką ukazaną powyżej, Żydzi to „nikt”, po Zagładzie (choć praktyka niszczenia macew znacznie ją poprzedza) ich ciała nie potrzebują do pochówku wyszczególnionej w tym celu ziemi. Odkąd zabrakło wspólnoty, żydowskie cmentarze stają się terenem pamięci o „nikim”, terenem „niczyim”, skąd wszelkie materialne obiekty upamiętniające „drogich zmarłych” mogą być wykorzystane jako budulec nowej codzienności – bez Żydów.

Kiedy fotografie Baksika zaprezentowano na tegorocznym 21. Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie, skorzystałam z okazji, by posłuchać opowieści autora, w jaki sposób powstawała dokumentacja losów żydowskich nagrobków. Łukasz Baksik relacjonował, jak doszło do tego, że przez kilka lat jeździł po Polsce w poszukiwaniu tego, co pozostało po żydowskich cmentarzach po drugiej wojnie światowej. Jak odkrywał zaskakujące wykorzystanie macew z żydowskich cmentarzy jako budulca codziennego użytku, do odnowienia drogi, muru, ścian domu, czy jako koła szlifierskie w warsztatach. Z rozmów z właścicielami fotografowanych obiektów wynikało jasno, że nikt nie pomyślał o użytym materiale jako jakimkolwiek obiekcie mającym znaczenie kulturowe, religijne czy emocjonalne. Ot, leżało „niczyje”, nikomu już nie przydatne, bez zastosowania. Nawet jeśli indagowany człowiek wiedział, że używa w jakimś kontekście codziennym fragmenty macew, nie widział w tym nic niestosownego. Słowa Baksika współbrzmią zgodnie z cytowanymi wyżej tezami Elżbiety Janickiej o wykluczaniu Żydów ze wspólnoty ludzkiej ,narodowej, społecznej: „Wydaje mi się, że to, co stało się z cmentarzami żydowskimi i ich nagrobkami, to efekt procesu wykluczania Żydów poza ramy wspólnoty. Myślę, że (w dużym skrócie) proces ten przebiegał w taki sposób: inni – nie nasi – nie swoi – nie mieszczą się w ramach wspólnoty, albo dokładniej – naszej wspólnoty. Wykluczeniu podlegają również ich zmarli, duchy, cmentarze, nagrobki. To nie nasi zmarli, nie nasze duchy, więc nie będą nas straszyły; to nie nasze cmentarze – tracą zatem swoje tabu, skradzenie z nich nagrobka przestaje być profanacją, a zaczyna być jedynie wykorzystaniem kamienia jako materiału budowlanego”.

Baksik bezpośrednio, osobiście, włączył się w pobudzanie do refleksji napotykanych ludzi, w sprawie macew w ich domach, ogródkach, zadawał proste pytania odwołujące się do wrażliwości w wymiarze, w jakim rozmówcy byli w stanie zrozumieć własną odpowiedzialność w tym zakresie. „Moje zdjęcia mają zachęcić np. nauczycieli, by przygotowali lekcje dotyczące przedwojennej historii żydowskiej w konkretnej miejscowości. Z Towarzystwem Inicjatyw Twórczych „ę”, znanym z projektu Dla tolerancji, jeździmy po Polsce. Staramy się angażować lokalne społeczności. Pokazujemy, co robiono z macew, i zastanawiamy się, co zrobić, gdy się potkniesz o macewę. Bo najlepiej zawieźć ją na cmentarz. Ale nie wszędzie są cmentarze żydowskie, bywa, że są bardzo zaniedbane. Może tworzyć lapidaria? Każdy przypadek jest inny, dla każdej miejscowości tworzymy więc inną Instrukcję powrotu informującą mieszkańców, gdzie odwieźć macewę, kogo poprosić o radę. Opracowujemy je z lokalnymi działaczami, ekspertami z ŻIH-u i innych instytucji” [całość wypowiedzi tu].

To, co chciałabym zaakcentować najmocniej, to słowa autora, kiedy opowiada czym dla niego są jego zdjęcia i cały projekt. Nie powołuje się na instytucje („razem z Centralnym Biurem Pamięci Narodowej”…), nie wspiera się żadnym „autorytetem” („kiedy rozmawiałem z biskupem Głośnobrzmiącym”… ), ani nie odwołuje do jakiejś szerszej zbiorowości ( „uważam, że dla nas, Polaków”). Baksik rozpoczyna od siebie, własnej odpowiedzialności i świadomości: „(…) traktuję je jako misję – chciałbym, żeby wystawa przyczyniła się do rozpoczęcia wielkiej, ogólnopolskiej akcji oddawania macew na cmentarze żydowskie; z drugiej mają dla mnie z pewnością wymiar intymny, bo wszystkie pytania, które zadaję odbiorcom moich fotografii, zadawałem i wciąż zadaję również sobie”.

Sławomira Raczyńska

Jan Tomasz Gross, współpraca Irena Grudzińska–Gross, Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011. Wszystkie nieoznaczone cytaty i odwołania pochodzą z tego wydania.

Zdjęcia wykorzystane za uprzejmą zgodą Autora.

Przypisy:

[1] Sven Lindqvist, Terra nullius. Podróż przez ziemię niczyją, przeł. Irena Kowadło-Przedmojska, W.A.B., Warszawa 2010, s. 14 i 15.
[2] Tamże, s. 22-23.
[3] Przy zaznaczeniu wiedzy o życiu i działalności takich postaci, jak np. Romuald Jakub Weksler-Waszkinel.
[4] Jan Grabowski, JUDENJAGD. Polowanie na Żydów 1942-1945. Studium dziejów pewnego powiatu, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2011.
[5] Barbara Engelking Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2011.
[6] Sven Lindqvist, Terra nullius. Podróż przez ziemię niczyją, dz. cyt., s. 22-23.

Data wpisu: 26 lipca, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

„W ogóle i w szczególe” Anne Fadiman, eseje zbyt poufałe

Moszcząc się wygodnie w ulubionym siedzisku z książką pragniemy przyjemności płynącej z lektury. Pozwalamy sobie na chwilową naiwność, iż uciekliśmy od świata, w którym każda decyzja jest polityczna, do niezmierzonej przestrzeni słów i wyobraźni. Mamy nadzieję, że ta cudowna przyjemność pozostanie prywatna, że nasze spojrzenie i uwaga skupi się i pozostanie na książce, najlepiej o włoskiej kuchni albo fantastycznym świecie na innej planecie, czy też o przestępstwach i zwłokach zakopywanych w skandynawskich śniegach. I bynajmniej nie jest to pragnienie eskapizmu, raczej ocalenia – czegoś, kogoś, siebie. To jest właśnie ta przyjemność, która najlepiej smakuje w pojedynkę.

W eseju „O czytaniu” Marcel Proust (którego lubię tak bardzo, że nie wspominam gdzie popadnie o „jego” wyrobach cukierniczych wspomagających pamięć) napisał: „Lektura znajduje się na progu życia duchowego; może nas ku niemu doprowadzić: nie może nim być” [1], i definiował lekturę jako impuls pobudzający naszą osobistą samotność do aktywności twórczej. Nasza osobista wrażliwość i rozwój intelektualny powinien/powinny opierać się na otwartości na różnorodność głosów, erudycji przyswajającej poznawane treści w indywidualny ogląd świata i ludzi, delikatnie sugerował tłumacz Ruskina na język francuski. Istotna jest metoda, innymi słowy, nasza wewnętrzna biblioteka, w której układamy lektury według własnego porządku. Choćbyśmy mieli do czynienia z arcydziełem literatury, nie może ono zastąpić naszego smaku i nie powinniśmy się zdawać bez reszty na niego, pozostaje ono nadal narzędziem, wyrafinowanym, ale nadal jedynie środkiem do wypracowania osobistego spojrzenia. Sięgnęłam po słowa Prousta, aby podeprzeć się znanym nazwiskiem do uzasadnienia, czego najbardziej brakuje mi w zbiorze esejów Anne Fadiman „W ogóle i w szczególe”. Pierwotnie powstały one do kwartalnika „American Scholar”, czasopisma prestiżowego uniwersyteckiego stowarzyszenia Phi Beta Kappa. Przymiotnik „American” definiuje krótko i bardzo precyzyjnie spojrzenie autorki na tematy warte wg niej opisania. Jak zauważyła w krótkim posłowiu książki tłumaczka Fadiman, Magda Heydel, aby napisać tak wspaniałe i cudowne eseje, pomaga bycie narcyzem. Co do wspaniałości i cudowności nie do końca się zgadzam, co do narcyzmu, owszem, bowiem punktem wspólnym esejów wchodzących w skład „W ogóle i w szczególe” jest wyczuwalny i przezabawny zachwyt nad samą sobą „ojej, zobaczcie ILE ja przeczytałam”.

Kiedy rozpoczęłam książkę Fadiman, byłam zachwycona, ponieważ lekkie pióro autorki i nieprawdopodobna ilość ciekawostek sprawiały, że tekst „wstrzelił się” w moją uwagę, mieniąc się niczym wielobarwny fajerwerk. Niestety, dość szybko zgasł i pozostawił po sobie jedynie niemiłą ciemna smugę mojej wściekłości – jak można okazać się tak banalnym? Tak przewidywalnym?

Na jakich tematach skupia się Fadiman? Pozwolę sobie złośliwie omówić krótko całość. W przedmowie krótki hołd autorka złożyła ojcu, pisarzowi i bibliofilowi (a jakże), Cliftonowi Fadimanowi, który swego czasu opłakiwał śmierć gatunku eseju poufałego. Zwięźle i zdecydowanie odcina się od większości jego tez i akcentuje swoją niezależność i formację, a także fakt, że jest kobietą, a nie dżentelmenem, bowiem papa Fadiman uważał ten gatunek za nieatrakcyjny dla płci żeńskiej. W pierwszym rozdziale dowiadujemy się, co wspólnego ma łapanie motyli i talent literacki – ach, czy wszyscy już zauważyli tę lotną metaforę? Dziękuję, można usiąść i cieszyć się, że w polskiej szkole nie robi się sekcji żab ani nie łapie motyli (bo nie ma już czego łapać), by je uśmiercić w słoiku. W zakończeniu straszliwe grzechy młodej Fadimanówny i jej brata odkupuje nowe pokolenie – dzieci autorki, które hodują motyle po to, by wypuszczać je – żywe! – do ogrodu. Dzięki temu czytelnik patrzy z nadzieją w przyszłość i sięga po kolejny rozdział, poświęcony niestety nie tłumaczonemu na język polski Charlesowi Lambowi. Dalej – ponownie wpadamy prosto w oko American dream – aż dziw, że moja uwaga nie stopniała tak szybko, jak temat trzeciego eseju – lody. Fadiman zakłada, że WSZYSCY jedzą lody, ale tylko nieliczni je robią – dzięki czemu może i nie poznajemy pornograficznych wątków autobiograficznych, ale metody używania ciekłego azotu podczas domowego wyrabiania zimnego deseru. Dowiadujemy się też o amerykańskim bohaterze pierwszej poprawki do Konstytucji, opisywanym przez „New York Timesa” – lodziarzu, który mimo zakazu puszczania melodyjek przez wózki sprzedające lody w miastach, obronił swoje święte prawo do emitowania takiej, która najrzadziej skłaniała słuchających po sięgnięcie po broń. Następnie Anne Fadiman pisze o trybie życia podyktowanym zegarem biologicznym – o sowach i skowronkach. Jako sowa akcentuje absolutną wyjątkowość puchatych ptaków i ich przeznaczenie do poznawania nocnych tajemnic, gdy jedynie najodważniejsi nie wychodzą na nowojorskie ulice.

Kolejny esej zatytułowany jest „Prokrustes i wojny kulturowe”. Tutaj niestety, tłumaczka Fadiman, wspomniana Magda Heydel nie ustrzegła się przed błędem – nie jest on jednorazowy, ponieważ taka forma imienia greckiej postaci mitologicznej – Prokrustes, pojawia się przez cały rozdział i dziwi mnie, że nikt nie zwrócił na to uwagi podczas redakcji książki. Nie jest bowiem błędem sama forma tego imienia – po polsku można użyć jej zamiennie z „Prokrust”, ale fakt, że wybierając właśnie tę drugą formę, tłumaczka stosuje przymiotnik „prokrustowy”, „prokrustowe”, zamiast konsekwentnie – prokrustesowe.

W „Prokrustesie i wojnach kulturowych” Fadiman krytykuje poprawność polityczną, krytykę feministyczną i subalternową, okrawającą – jej zdaniem – klasykę literatury do idei aktualnych współcześnie. Moim zdaniem, robi to niesłychanie mętnie, w dodatku prezentując ekstrema, które znajdą się w każdym ruchu czy nurcie teoretycznym. Paulina Szkudlarek uświadomiła mi, że na ten temat dużo bardziej kompetentnie i wyczerpująco pisał Tzvetan Todorov w „La Littérature en péril” [2].

Po rozdziale „Coleridge uciekinier”, w którym oprócz skomplikowanych losów poety poznajemy złotą myśl, iż poezja była dla Coleridge’a – i być może nie tylko dla niego – jedynym eskapizmem nie budzącym wyrzutów sumienia, musiałam przemęczyć się przez absolutnie żałosne i anachroniczne wynurzenia Fadiman na temat jej „przygody” z pocztą elektroniczną (po angielsku zbiór wyszedł w roku 2007, chyba „trochę’ za późno na chwalenie się umiejętnościami à la polski poseł – „znam świetnie komputer, ale z tym internetem to nie za bardzo”). Oczywiście rozdział rozpoczynają przechwałki w stylu – jak stylowo być dinozaurem – telefon komórkowy i e-mail są „be”, ale cały świat sprzysiągł się przeciwko autorce i w końcu zaczęła używać tych nieeleganckich wynalazków. Spuszczę zasłonę miłosierdzia na jej opisy otrzymywanych maili. Ten rozdział książki Fadiman był pierwszym, przez który moje pierwotne zadowolenie z lektury zaczęło błyskawicznie się rozmywać. Kolejnym tematem opisanym przez autorkę jest jedna z wielu amerykańskich rozrywek, dzięki któremu krajowa gospodarka rozkwitła tak bardzo, że aż musiała splajtować, czyli przeprowadzka. W tym „eseju poufałym” Anne Fadiman opisuje jak ona i jej mąż, czyli dwójka znudzonych nowojorczyków – znudzonych czym? Mieszkaniem w jednym miejscu – postanawia przeprowadzić się tam, gdzie bije źródło pierwotnego szczęścia i bliskości z Naturą przez duże N – na wieś. Przytaczając liczne za i przeciw decyzji o przeprowadzce, poznajemy czcigodnego przodka autorki – amerykańskiego pioniera przemierzającego „ziemię niczyją”, który w pozostałych po nim zapiskach gorąco namawiał na wyskoczenie z utartych kolein i zrobienie czegoś nowego, jak np. zmiana miejsca zamieszkania. Obawiam się, że ówczesna dość masowa przeprowadzka, jaka nastąpiła w tamtych czasach z Europy do Ameryki Północnej nie do końca nastąpiła za zgodną poprzednich lokatorów. Ale za to dzięki chwalebnej przedsiębiorczości białych zdobywców ruszyli leniwe i niewykształcone tyłki, by poznać nowe obszary – obszary wykluczenia pod chyba każdym istniejącym względem.

Pozwolę sobie wtrącić tutaj, że Anne Fadiman wybrała gatunek eseju poufałego nie tylko jako najlepszy do pochwalenia się własną erudycją w sposób unikający zbędnego formalizowania, ale po to, by mistrzowska forma sprawiała wrażenie, że autorka prowadzi z czytelnikiem intymną, niezobowiązującą rozmowę w domowych pieleszach (a może i dlatego, że amerykański, nieformalny sposób bycia jak widać łączy się z chaotycznym oczytaniem branym błędnie za erudycję). O ile z początku książki faktycznie lekkie pióro Fadiman sprostało wymogom tego gatunku, z każdym kolejnym rozdziałem miałam wrażenie, że nie ma mowy o żadnej „rozmowie” – moja „samotność”, czyli ten postulowany przez Prousta stan otwarcia na to, co ma do powiedzenia autor, zamienia się w męczarnię wysłuchiwania paplającego nieproszonego gościa, który wypił o jednego drinka za dużo i za bardzo się spoufala z gospodarzem.

Kolejny esej, a może raczej – felieton, nie był już jedynie nużącym żonglowaniem faktami, datami i miejscami, ale prawdziwym ciosem po głowie. W „Kawałku bawełny” Anne Fadiman opisuje, jak 11 września (roku 2001 rzecz jasna) zrobił z niej patriotkę. Niejako usprawiedliwieniem tej niespodziewanej dla siebie wolty, mają być przytoczone przez nią słowa George’a Packera: „Po 11 września liberałowie mogą już bez ryzyka być patriotami” [3]. Dalej już wiadomo, że ważna jest flaga i najlepsza na świecie demokracja amerykańska, ponieważ chroni nawet tych, co tę flagę profanują. Fadiman przypomina też o strażakach, którzy w murach WTC chronili zniszczoną flagę, niestety cierpię na chroniczny brak uczuć patriotycznych i nie wzruszyłam się. Przeszłam do kolejnego rozdziału, o arktycznym maniaku i śmierdzącym – dosłownie – egocentryku, Vilhalmurze Stefanssononie. Nieco zmroziła mnie powtórka tematyki z poprzedniego zbiorku esejów Fadiman, „Ex libris. Wyznania czytelnika” [4], ale i tak było to lepsze, niż stanie na baczność podczas amerykańskiego hymnu. Następnie, z dalekiej Arktyki, spoufalająca się eseistka przeniosła mnie z powrotem do Stanów Zjednoczonych, gdzie poznałam pean na cześć kawy i możliwości, jakie daje kofeina. Niestety, picie kawy jest dla mnie czymś całkowicie obcym i zabronionym, zatem nie mogłam razem z autorką podzielać jej zachwytu nad czarnym, pięknie pachnącym, ale okropnie smakującym, napojem. Kolejna dłuższa uwaga – podobnie jak w eseju o lodach, Fadiman sięga po coś, co zwykło nazywać się „faktem historycznym” i przywołuje, jak wyglądało w przeszłości spożycie lodów/kawy, czym oba swego rodzaju fenomeny kulinarne były kiedyś, i czym są teraz.. Zaskakuje, jak małą erudycję Fadiman posiada w tym zakresie – raczy czytelnika jedynie paroma ciekawostkami pojawiającymi się w każdym artykule na dany temat. Na zakończenie tego rozdziału autorka „oswaja” przeciętnego amerykańskiego odbiorcę i zapewnia, że oczywiście zdarzyło się jej pić kawę ze Starbucksa.

Książkę kończy esej „Pod wodą” – o pośpiechu, wakacjach w kajakach, śmierci kolegi, którego wciągnął wodny wir. Bardzo zirytowała mnie metaforyka prostych skojarzeń: życie = rwący nurt rzeki, pośpiech = zachłanność na życie, brak pośpiechu = świadome cieszenie się życiem. Płynąć po wodzie = żyć, pod wodą = śmierć. Tym razem w rozdziale brak natłoku anegdot i ciekawostek, następuje śmierć książki, czyli koniec. Ulga! Kończyłam eseje Fadiman w pośpiechu – mnie też obmywał żal, niczym woda, że w trakcie rozkoszowania się pysznymi lodami, zapachem kawy i podziwianiem złapanych motyli, musiałam poderwać się z fotela, którego nie mam, by zasalutować amerykańskiej fladze.

Nie sądzę, by Marcel Proust był pozbawiony narcyzmu, ale na pewno wyzbył się go w swoim pisaniu, i świadomości literackiej oraz twórczej. Pozwolę sobie przytoczyć znowu jego słowa, ponieważ doskonale pasują do Fadiman, która pozornie opowiada o różnych rzeczach, a tak naprawdę ciągle o sobie i tylko o sobie. „Wydaje się, że pociąg do książek rośnie na tej samej gałęzi co inteligencja, choć nieco niżej, podobnie jak każdej namiętności towarzyszy pociąg do tego, co otacza jej przedmiot, i o czym mówi ona pod jego nieobecność” [5]. Dużo czytać nie znaczy myśleć, i niestety Fadiman do tego prostego wniosku jeszcze nie doszła.

Sławomira Raczyńska

Anne Fadiman, W ogóle i w szczególe: eseje poufałe, przeł. Magda Heydel, Znak, Kraków 2010.

Przypisy:

[1] Marcel Proust, Pamięć i styl, wybór, oprac. i wstęp Michał Paweł Markowski, przeł. Marek Bieńczyk, Janusz Margański, M. P. Markowski, Znak, Kraków 2000, s. 92.
[2] Tzvetan Todorov, La Littérature en péril, Flammarion, Paris 2007. Po polsku można znaleźć jego tezy w artykule Zofii Mitosek pt. Tzvetan Todorov – transfiguracja strukturalisty, „Teksty Drugie”, nr 4, 2007.
[3] Anne Fadiman, W ogóle i w szczególe: eseje poufałe, przeł. Magda Heydel, Znak, Kraków 2010, s. 155.
[4] Anne Fadiman, Ex libris: wyznania czytelnika, przeł. Hanna Pustuła, Paweł Piasecki, oprac. i noty Jan Gondowicz, Świat Literacki, Izabelin 2004.
[5] Marcel Proust, Pamięć i styl, dz. cyt., s. 98.

Data wpisu: 18 czerwca, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

„W ogóle i w szczególe” Anne Fadiman, eseje zbyt poufałe

Moszcząc się wygodnie w ulubionym siedzisku z książką pragniemy przyjemności płynącej z lektury. Pozwalamy sobie na chwilową naiwność, iż uciekliśmy od świata, w którym każda decyzja jest polityczna, do niezmierzonej przestrzeni słów i wyobraźni. Mamy nadzieję, że ta cudowna przyjemność pozostanie prywatna, że nasze spojrzenie i uwaga skupi się i pozostanie na książce, najlepiej o włoskiej kuchni albo fantastycznym świecie na innej planecie, czy też o przestępstwach i zwłokach zakopywanych w skandynawskich śniegach. I bynajmniej nie jest to pragnienie eskapizmu, raczej ocalenia – czegoś, kogoś, siebie. To jest właśnie ta przyjemność, która najlepiej smakuje w pojedynkę.

W eseju „O czytaniu” Marcel Proust (którego lubię tak bardzo, że nie wspominam gdzie popadnie o „jego” wyrobach cukierniczych wspomagających pamięć) napisał: „Lektura znajduje się na progu życia duchowego; może nas ku niemu doprowadzić: nie może nim być” [1], i definiował lekturę jako impuls pobudzający naszą osobistą samotność do aktywności twórczej. Nasza osobista wrażliwość i rozwój intelektualny powinien/powinny opierać się na otwartości na różnorodność głosów, erudycji przyswajającej poznawane treści w indywidualny ogląd świata i ludzi, delikatnie sugerował tłumacz Ruskina na język francuski. Istotna jest metoda, innymi słowy, nasza wewnętrzna biblioteka, w której układamy lektury według własnego porządku. Choćbyśmy mieli do czynienia z arcydziełem literatury, nie może ono zastąpić naszego smaku i nie powinniśmy się zdawać bez reszty na niego, pozostaje ono nadal narzędziem, wyrafinowanym, ale nadal jedynie środkiem do wypracowania osobistego spojrzenia. Sięgnęłam po słowa Prousta, aby podeprzeć się znanym nazwiskiem do uzasadnienia, czego najbardziej brakuje mi w zbiorze esejów Anne Fadiman „W ogóle i w szczególe”. Pierwotnie powstały one do kwartalnika „American Scholar”, czasopisma prestiżowego uniwersyteckiego stowarzyszenia Phi Beta Kappa. Przymiotnik „American” definiuje krótko i bardzo precyzyjnie spojrzenie autorki na tematy warte wg niej opisania. Jak zauważyła w krótkim posłowiu książki tłumaczka Fadiman, Magda Heydel, aby napisać tak wspaniałe i cudowne eseje, pomaga bycie narcyzem. Co do wspaniałości i cudowności nie do końca się zgadzam, co do narcyzmu, owszem, bowiem punktem wspólnym esejów wchodzących w skład „W ogóle i w szczególe” jest wyczuwalny i przezabawny zachwyt nad samą sobą „ojej, zobaczcie ILE ja przeczytałam”.

Kiedy rozpoczęłam książkę Fadiman, byłam zachwycona, ponieważ lekkie pióro autorki i nieprawdopodobna ilość ciekawostek sprawiały, że tekst „wstrzelił się” w moją uwagę, mieniąc się niczym wielobarwny fajerwerk. Niestety, dość szybko zgasł i pozostawił po sobie jedynie niemiłą ciemna smugę mojej wściekłości – jak można okazać się tak banalnym? Tak przewidywalnym?

Na jakich tematach skupia się Fadiman? Pozwolę sobie złośliwie omówić krótko całość. W przedmowie krótki hołd autorka złożyła ojcu, pisarzowi i bibliofilowi (a jakże), Cliftonowi Fadimanowi, który swego czasu opłakiwał śmierć gatunku eseju poufałego. Zwięźle i zdecydowanie odcina się od większości jego tez i akcentuje swoją niezależność i formację, a także fakt, że jest kobietą, a nie dżentelmenem, bowiem papa Fadiman uważał ten gatunek za nieatrakcyjny dla płci żeńskiej. W pierwszym rozdziale dowiadujemy się, co wspólnego ma łapanie motyli i talent literacki – ach, czy wszyscy już zauważyli tę lotną metaforę? Dziękuję, można usiąść i cieszyć się, że w polskiej szkole nie robi się sekcji żab ani nie łapie motyli (bo nie ma już czego łapać), by je uśmiercić w słoiku. W zakończeniu straszliwe grzechy młodej Fadimanówny i jej brata odkupuje nowe pokolenie – dzieci autorki, które hodują motyle po to, by wypuszczać je – żywe! – do ogrodu. Dzięki temu czytelnik patrzy z nadzieją w przyszłość i sięga po kolejny rozdział, poświęcony niestety nie tłumaczonemu na język polski Charlesowi Lambowi. Dalej – ponownie wpadamy prosto w oko American dream – aż dziw, że moja uwaga nie stopniała tak szybko, jak temat trzeciego eseju – lody. Fadiman zakłada, że WSZYSCY jedzą lody, ale tylko nieliczni je robią – dzięki czemu może i nie poznajemy pornograficznych wątków autobiograficznych, ale metody używania ciekłego azotu podczas domowego wyrabiania zimnego deseru. Dowiadujemy się też o amerykańskim bohaterze pierwszej poprawki do Konstytucji, opisywanym przez „New York Timesa” – lodziarzu, który mimo zakazu puszczania melodyjek przez wózki sprzedające lody w miastach, obronił swoje święte prawo do emitowania takiej, która najrzadziej skłaniała słuchających po sięgnięcie po broń. Następnie Anne Fadiman pisze o trybie życia podyktowanym zegarem biologicznym – o sowach i skowronkach. Jako sowa akcentuje absolutną wyjątkowość puchatych ptaków i ich przeznaczenie do poznawania nocnych tajemnic, gdy jedynie najodważniejsi nie wychodzą na nowojorskie ulice.

Kolejny esej zatytułowany jest „Prokrustes i wojny kulturowe”. Tutaj niestety, tłumaczka Fadiman, wspomniana Magda Heydel nie ustrzegła się przed błędem – nie jest on jednorazowy, ponieważ taka forma imienia greckiej postaci mitologicznej – Prokrustes, pojawia się przez cały rozdział i dziwi mnie, że nikt nie zwrócił na to uwagi podczas redakcji książki. Nie jest bowiem błędem sama forma tego imienia – po polsku można użyć jej zamiennie z „Prokrust”, ale fakt, że wybierając właśnie tę drugą formę, tłumaczka stosuje przymiotnik „prokrustowy”, „prokrustowe”, zamiast konsekwentnie – prokrustesowe.

W „Prokrustesie i wojnach kulturowych” Fadiman krytykuje poprawność polityczną, krytykę feministyczną i subalternową, okrawającą – jej zdaniem – klasykę literatury do idei aktualnych współcześnie. Moim zdaniem, robi to niesłychanie mętnie, w dodatku prezentując ekstrema, które znajdą się w każdym ruchu czy nurcie teoretycznym. Paulina Szkudlarek uświadomiła mi, że na ten temat dużo bardziej kompetentnie i wyczerpująco pisał Tzvetan Todorov w „La Littérature en péril” [2].

Po rozdziale „Coleridge uciekinier”, w którym oprócz skomplikowanych losów poety poznajemy złotą myśl, iż poezja była dla Coleridge’a – i być może nie tylko dla niego – jedynym eskapizmem nie budzącym wyrzutów sumienia, musiałam przemęczyć się przez absolutnie żałosne i anachroniczne wynurzenia Fadiman na temat jej „przygody” z pocztą elektroniczną (po angielsku zbiór wyszedł w roku 2007, chyba „trochę’ za późno na chwalenie się umiejętnościami à la polski poseł – „znam świetnie komputer, ale z tym internetem to nie za bardzo”). Oczywiście rozdział rozpoczynają przechwałki w stylu – jak stylowo być dinozaurem – telefon komórkowy i e-mail są „be”, ale cały świat sprzysiągł się przeciwko autorce i w końcu zaczęła używać tych nieeleganckich wynalazków. Spuszczę zasłonę miłosierdzia na jej opisy otrzymywanych maili. Ten rozdział książki Fadiman był pierwszym, przez który moje pierwotne zadowolenie z lektury zaczęło błyskawicznie się rozmywać. Kolejnym tematem opisanym przez autorkę jest jedna z wielu amerykańskich rozrywek, dzięki któremu krajowa gospodarka rozkwitła tak bardzo, że aż musiała splajtować, czyli przeprowadzka. W tym „eseju poufałym” Anne Fadiman opisuje jak ona i jej mąż, czyli dwójka znudzonych nowojorczyków – znudzonych czym? Mieszkaniem w jednym miejscu – postanawia przeprowadzić się tam, gdzie bije źródło pierwotnego szczęścia i bliskości z Naturą przez duże N – na wieś. Przytaczając liczne za i przeciw decyzji o przeprowadzce, poznajemy czcigodnego przodka autorki – amerykańskiego pioniera przemierzającego „ziemię niczyją”, który w pozostałych po nim zapiskach gorąco namawiał na wyskoczenie z utartych kolein i zrobienie czegoś nowego, jak np. zmiana miejsca zamieszkania. Obawiam się, że ówczesna dość masowa przeprowadzka, jaka nastąpiła w tamtych czasach z Europy do Ameryki Północnej nie do końca nastąpiła za zgodną poprzednich lokatorów. Ale za to dzięki chwalebnej przedsiębiorczości białych zdobywców ruszyli leniwe i niewykształcone tyłki, by poznać nowe obszary – obszary wykluczenia pod chyba każdym istniejącym względem.

Pozwolę sobie wtrącić tutaj, że Anne Fadiman wybrała gatunek eseju poufałego nie tylko jako najlepszy do pochwalenia się własną erudycją w sposób unikający zbędnego formalizowania, ale po to, by mistrzowska forma sprawiała wrażenie, że autorka prowadzi z czytelnikiem intymną, niezobowiązującą rozmowę w domowych pieleszach (a może i dlatego, że amerykański, nieformalny sposób bycia jak widać łączy się z chaotycznym oczytaniem branym błędnie za erudycję). O ile z początku książki faktycznie lekkie pióro Fadiman sprostało wymogom tego gatunku, z każdym kolejnym rozdziałem miałam wrażenie, że nie ma mowy o żadnej „rozmowie” – moja „samotność”, czyli ten postulowany przez Prousta stan otwarcia na to, co ma do powiedzenia autor, zamienia się w męczarnię wysłuchiwania paplającego nieproszonego gościa, który wypił o jednego drinka za dużo i za bardzo się spoufala z gospodarzem.

Kolejny esej, a może raczej – felieton, nie był już jedynie nużącym żonglowaniem faktami, datami i miejscami, ale prawdziwym ciosem po głowie. W „Kawałku bawełny” Anne Fadiman opisuje, jak 11 września (roku 2001 rzecz jasna) zrobił z niej patriotkę. Niejako usprawiedliwieniem tej niespodziewanej dla siebie wolty, mają być przytoczone przez nią słowa George’a Packera: „Po 11 września liberałowie mogą już bez ryzyka być patriotami” [3]. Dalej już wiadomo, że ważna jest flaga i najlepsza na świecie demokracja amerykańska, ponieważ chroni nawet tych, co tę flagę profanują. Fadiman przypomina też o strażakach, którzy w murach WTC chronili zniszczoną flagę, niestety cierpię na chroniczny brak uczuć patriotycznych i nie wzruszyłam się. Przeszłam do kolejnego rozdziału, o arktycznym maniaku i śmierdzącym – dosłownie – egocentryku, Vilhalmurze Stefanssononie. Nieco zmroziła mnie powtórka tematyki z poprzedniego zbiorku esejów Fadiman, „Ex libris. Wyznania czytelnika” [4], ale i tak było to lepsze, niż stanie na baczność podczas amerykańskiego hymnu. Następnie, z dalekiej Arktyki, spoufalająca się eseistka przeniosła mnie z powrotem do Stanów Zjednoczonych, gdzie poznałam pean na cześć kawy i możliwości, jakie daje kofeina. Niestety, picie kawy jest dla mnie czymś całkowicie obcym i zabronionym, zatem nie mogłam razem z autorką podzielać jej zachwytu nad czarnym, pięknie pachnącym, ale okropnie smakującym, napojem. Kolejna dłuższa uwaga – podobnie jak w eseju o lodach, Fadiman sięga po coś, co zwykło nazywać się „faktem historycznym” i przywołuje, jak wyglądało w przeszłości spożycie lodów/kawy, czym oba swego rodzaju fenomeny kulinarne były kiedyś, i czym są teraz.. Zaskakuje, jak małą erudycję Fadiman posiada w tym zakresie – raczy czytelnika jedynie paroma ciekawostkami pojawiającymi się w każdym artykule na dany temat. Na zakończenie tego rozdziału autorka „oswaja” przeciętnego amerykańskiego odbiorcę i zapewnia, że oczywiście zdarzyło się jej pić kawę ze Starbucksa.

Książkę kończy esej „Pod wodą” – o pośpiechu, wakacjach w kajakach, śmierci kolegi, którego wciągnął wodny wir. Bardzo zirytowała mnie metaforyka prostych skojarzeń: życie = rwący nurt rzeki, pośpiech = zachłanność na życie, brak pośpiechu = świadome cieszenie się życiem. Płynąć po wodzie = żyć, pod wodą = śmierć. Tym razem w rozdziale brak natłoku anegdot i ciekawostek, następuje śmierć książki, czyli koniec. Ulga! Kończyłam eseje Fadiman w pośpiechu – mnie też obmywał żal, niczym woda, że w trakcie rozkoszowania się pysznymi lodami, zapachem kawy i podziwianiem złapanych motyli, musiałam poderwać się z fotela, którego nie mam, by zasalutować amerykańskiej fladze.

Nie sądzę, by Marcel Proust był pozbawiony narcyzmu, ale na pewno wyzbył się go w swoim pisaniu, i świadomości literackiej oraz twórczej. Pozwolę sobie przytoczyć znowu jego słowa, ponieważ doskonale pasują do Fadiman, która pozornie opowiada o różnych rzeczach, a tak naprawdę ciągle o sobie i tylko o sobie. „Wydaje się, że pociąg do książek rośnie na tej samej gałęzi co inteligencja, choć nieco niżej, podobnie jak każdej namiętności towarzyszy pociąg do tego, co otacza jej przedmiot, i o czym mówi ona pod jego nieobecność” [5]. Dużo czytać nie znaczy myśleć, i niestety Fadiman do tego prostego wniosku jeszcze nie doszła.

Sławomira Raczyńska

Anne Fadiman, W ogóle i w szczególe: eseje poufałe, przeł. Magda Heydel, Znak, Kraków 2010.

Przypisy:

[1] Marcel Proust, Pamięć i styl, wybór, oprac. i wstęp Michał Paweł Markowski, przeł. Marek Bieńczyk, Janusz Margański, M. P. Markowski, Znak, Kraków 2000, s. 92.
[2] Tzvetan Todorov, La Littérature en péril, Flammarion, Paris 2007. Po polsku można znaleźć jego tezy w artykule Zofii Mitosek pt. Tzvetan Todorov – transfiguracja strukturalisty, „Teksty Drugie”, nr 4, 2007.
[3] Anne Fadiman, W ogóle i w szczególe: eseje poufałe, przeł. Magda Heydel, Znak, Kraków 2010, s. 155.
[4] Anne Fadiman, Ex libris: wyznania czytelnika, przeł. Hanna Pustuła, Paweł Piasecki, oprac. i noty Jan Gondowicz, Świat Literacki, Izabelin 2004.
[5] Marcel Proust, Pamięć i styl, dz. cyt., s. 98.

Data wpisu: 18 czerwca, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

„Stół, jaki jest. Wokół kuchni w Polsce” Wojciecha Nowickiego, czyli odgrzewany kotlet z mikrofali.

A miało być tak pięknie… Tematyka kulinarna, gatunek uwielbiany – esej, wreszcie autor, niejako znany, bo regularnie co piątek czytany. Wojciech Nowicki, dziennikarz, recenzent kulinarny piszący dla krakowskiego oddziału „Gazety Wyborczej” – czyli marka miejscowa, solidna, powiedziałabym nawet, że darzona zaufaniem, jedynie z lekka umiarkowanym (dystans wobec wszystkiego zawsze bowiem trzeba zachować). Recenzja jego książki właściwie była już gotowa, kiedy miałam „tylko” sprawdzić, w którym to jego felietonie już czytałam anegdotę znalezioną w książce, ot tak, dla porządku, by wykorzystać jako przypis. Zaczęłam więc ponownie czytać archiwalne recenzje kulinarne Nowickiego na portalu krakowskiej „Gazety Wyborczej”, i szlag mnie trafił, gdy trafiłam na pięć fragmentów z ładnie wydanego i dość drogiego eseju w formie elektronicznej, darmowej i już dawno temu opublikowanej. Ale od początku, od początku…

Rzadko się zdarza, by ktokolwiek zabierał się za temat odbrązawiania mitu wspaniałej, smacznej i zdrowej polskiej kuchni. Wojciech Nowicki podjął się opisania realnego stanu polskiego stołu na podstawie własnych doświadczeń, obserwacji i wspomnień, w eseju wydanym przez krakowskie Muzeum Etnograficzne im. Seweryna Udzieli.

Czytam recenzje kulinarne Nowickiego od kilku lat i konsultuję jego opinie z wrażeniami własnymi i znajomych z wizyt w opisywanych przez niego restauracjach i lokalach gastronomicznych. Dodajmy – zdanie przyjaciół jest tu wagi niebagatelnej, wiedzą bowiem zarówno jak wygląda praca na wszelkich stanowiskach w dobrej restauracji, cieszącej się zasłużoną renomą, jak i prowadzenie gastronomicznego biznesu od strony szefowej i szefa. Poznaję więc komentarze do recenzji Nowickiego zarówno tych, co wiedzą zarówno, co to dolce vita, jak i ora et labora – i to nie w wydaniu krytykowanym (słusznie) przez autora recenzowanej tu książki. Nowicki portretuje bowiem parweniuszy nowobogackich albo wyrobników kelneropodobnych, którzy nie potrafią powiedzieć klientowi nawet „dzień dobry”. Z moich porównań wychodzi na to, że można Nowickiemu jak najbardziej wierzyć, że rzadko zdarza mu się zaliczyć wpadkę i polecić lokal może nie tyle nawet mierny i mizerny, co jednak boleśnie nie zachwycający tak, jak by to wynikało z jego gorących pochwał publikowanych na łamach piątkowego dodatku do „Wyborczej” (bo z całą pewnością nigdy niesłusznie nie skrytykował restauracji wartej polecenia). Co prawda przyznam się, że moim guru absolutnym i mistrzem pióra na polu recenzji kulinarnych pozostaje niezmiennie od lat Maciej Nowak, jednakże siedzi w Warszawie i z tego centralnego punktu stołecznego rozwija swój talent gastronauty. Kraków ma Nowickiego, który wytrwale sprawdza, jak się miewają propozycje kulinarne małopolskich restauracji i najczęściej marudzi, narzeka, kręci nosem, rzadko co poleca – i niestety ma rację.

Wracając do jego książki wydanej przez Muzeum Etnograficzne – i polecanej przez Andrzeja Stasiuka i Wojciecha Bursztę (łatwo sobie wyobrazić uzgadnianie tych peanów przy jednym stole), czego nie znoszę – tego powoływania się na „autorytety”, skoro książka adresowana jest do czytelnika z całą pewnością zdolnego do samodzielnego wyrabiania sobie opinii i nie polegania na zdaniu Znanych Nazwisk… otóż książka pomyślana jest jako esej, którego tematem „nie jest sama kuchnia, a wszystko to, co wokół niej się dzieje” (s. 7), zatem – jak zmieniała się kuchnia i polskie myślenie o jedzeniu podczas przemian ustrojowych, co pojawiało się na stołach w czasach naszego dzieciństwa, a co zjawia się teraz. Nowicki od początku swoich rozważań demontuje wyobrażenie, którym karmi się nas nadal od dzieciństwa – że polska kuchnia najlepszą jest w świecie i polskie smaki, zapachy, potrawy, są po prostu niezrównane. Kojarzymy popularne w Polsce zachodnie i azjatyckie kuchnie ze stylami życia, z konkretnym myśleniem o oprawie estetycznej serwowanych potraw.

Książka rozpoczyna się małym falstartem, ponieważ Nowicki uległ niestety czemuś, co bym nazwała grafomanią erudycyjną, popisem, który może miał się pojawić nie jako potrójny tulup, ale przynajmniej porządne taneczne pas na polu literatury, a mnie jawi się jako potknięcie na skórce od banana, czyli – przywołuje metaforę przypominania sobie smaków i zapachów poprzez Proustowską magdalenkę umaczaną w lipowej herbacie. Niewiele jest bardziej ogranych prób popisania się własną erudycją, i niestety ta sytuuje się w ścisłej czołówce. Uwielbiam Prousta (i to bardziej niż Lovecraft, który przeczytał tylko pierwszy tom powieści „W poszukiwaniu straconego czasu”), ale pomijając może maturę i pierwsze lata studiów, do głowy by mi nie przyszło, by wskazywać w pracach na scenę z magdalenką, bowiem takie zdarte płyty, choćby z najpiękniejszym nagraniem, powinno się puszczać tylko dla siebie, a nie ku znudzeniu czytelnika. Ten, kto nie zna Prousta, może nie sięgnie po książkę Nowickiego, ten kto ją zna, ziewnie potężnie w tym miejscu. Na szczęście dalej jest lepiej – zadanie, które sobie autor stawia, spełnia, choć rysuje to smutny portret własny Polaków.

Czytałam niedawno znakomitą książkę poświęconą włoskiej kuchni*, autorstwa Eleny Kostioukovitch, rosyjskiej tłumaczki Umberto Eco, od ponad dwudziestu lat mieszkającej we Włoszech. W tym cudownym tomie autorka oprócz genialnego opisu i specyfiki kulinarnej każdego włoskiego regionu, opowiada, w jaki sposób boska kuchnia śródziemnomorska splotła się z włoskim sposobem życia, jak rolnicza i gastronomiczna samowystarczalność, a zarazem obfitość smaków, zapachów, wszelkich płodów rolnych, złożyła się na włoską pewność siebie, umiejętność wyrażenia indywidualności, a także na demokratyczne podejście do tego całego bogactwa, z którym należy dzielić się z innymi. Radość życia pod złotym słońcem, a także umiejętność wykorzystania najprostszych, dostępnych pod ręką produktów, by wręcz wyczarować znakomite, wykwintne dania – tak można by w największym skrócie wyrazić włoskie myślenie o kuchni zaprezentowane przez Kostioukovitch. Jak coś podobnego mogłoby zaistnieć w kraju, gdzie żyje społeczeństwo Chrystusów Europy, gdzie każdy jest męczennikiem na skalę Miauczyńskiego, który nie spadł na ziemię podczas lotu tupolewem, ale zawisnął na brzozie w połowie drogi i zawodzi żałośnie, nie mogąc ani wzlecieć ku wyżynom, ani spaść, porządnie, w samo bagno? Skąd wykrzesać tę radość życia nad najzimniejszym morzem europejskim? Kto ma nas uczyć smakowania i delektowania się jedzeniem, skoro władcy masowego żywienia, kucharze wszelakich stołówek i wielu restauracji to adepci polskich szkół gastronomicznych, w których uczniowie palą na potęgę przytepiające smak papierosy i są uczeni, jak najtańszym kosztem jakoś upichcić obiad złożony z pomidorowej na mięsie i kostce rosołowej i schaboszczak, ociekający tłuszczem z miękkiej panierki?

Uczynię ekshibicjonistyczne wyznanie – uprawiam „gastronomiczną pornografię” i uwielbiam podczas jedzenia oglądać książki kucharskie, najlepiej pięknie zilustrowane, albo czytać smakowite książki, napisane wspaniałym, aromatycznym i działającym na wyobraźnię stylem. Nowicki w znakomitym fragmencie swojego eseju, przestrzega przed sięgnięciem w takich chwilach po współczesną literaturę polską, gdzie pojawiające się opisy jedzenia są opisem męczarni, blamażu, są niczym żenujące starania parweniuszy bytu, którzy pragną kreować egzystencję, a wychodzi jedynie smętny flak bytowania. Cytowane fragmenty powieści ukazują jedzenie jako odrzucające, bezbarwne i niesmaczne resztki marzeń o jakimś ideale, bohaterowie sprawiają wrażenie albo abnegatów, którym wszystko jedno, czy zjedzą szczura w panierce, czy tort szwarcwaldzki, albo istoty cierpiące na poważne zaburzenia łaknienia.

Znakomite są fragmenty, w których Nowicki ukazuje, jak kuchnię włoską i azjatycką Polacy przez lata skroili na swoją miarę i swój smak. Jak Polaków informowano, w książkach kulinarnych, pisanych przecież przez „znawców”, o postaci innych kuchni narodowych, wschodnich i zachodnich, i jak te koszmarne uogólnienia i stereotypy pokutują czasem do dziś. Świetne jest przypomnienie książek kulinarnych w ogóle, zwłaszcza tych PRL-lowskich. Brakowało mi trochę, by Nowicki zauważył koszmarny trend ciągłego wznawiania tych obrzydliwych staroci – sama mam w domu parę Szymanderskich i innych książeczek, w których rozpoznaję blade i umęczone cienie znanych potraw z kuchni śródziemnomorskiej, ale zatłuczone, zatłuszczone i pozbawione wszelkich substancji odżywczych oprócz tłuszczu – o smaku nawet nie mówię. Ba, jedna z takich książek ma nawet tytuł „Kuchnia europejska”, ponieważ autorom się wydawało, że „ezgotyczny garnir” na zwykłym ziemniaku zmienia go w „coś zupełnie innego”. Szkoda, że nie pisze o absolutnie koszmarnym wynalazku, jak „globalna książka kucharska lokalna”, np. wydawnictwa Reader’s Digest, gdzie okazuje się, że w Polsce jada się tarty i homary na co dzień. Zauważa natomiast coś innego, że bardzo często polskie książki kucharskie przemawiają do odbiorcy urzędowym lub naukowym tonem, zniechęcając czytelnika do jakichkolwiek prób kulinarnych. Podaje się w nich mnóstwo danych o kaloriach, kilodżulach, piramidzie żywienia, każe się zaopatrzyć w około trzysta niezbędnych w kuchni narzędzi, słowem – zabija jakąkolwiek radość z gotowania i odbiera chęć do eksperymentowania na własną rękę.

A jak wyglądają polskie kuchnie regionalne? Nowicki trafia w sedno pisząc „Najczęściej (…) Polska je dania pamięci” (s. 91). Brak restauracji starających się wykorzystać miejscowe, sezonowe dobra. Wspomina się raczej, jak to kiedyś, ktoś, świetne piekł chlebki czy może gotował coś pysznego, typowego tylko dla danej okolicy. Jednak to się powoli zmienia, powoli pojawiają się małe wysepki, na których pasjonaci odtwarzają smaki przeszłości, biorą pod ochronę ginące odmiany potraw i rodzaje smaków, dzięki którym kreuje się na nowo coś, co nazywamy smakiem regionalnym, i to w wydaniu godnym polecenia.

Nowicki przygląda się również obsłudze w polskich restauracjach i lokalach gastronomicznych. Opowiada historie koszmarne, po których raz na zawsze odechciewa się przygód kulinarnych i zwiedzania restauracji. Dosadnie portretuje typowego polskiego kelnera (s. 132), który zawsze stoi po przeciwnej stronie barykady niż klient. I jest w tym jakaś strasznie smutna diagnoza polskiego społeczeństwa, polskiego braku myślenia w kategoriach dobra większości, solidarności międzyludzkiej, braku życzliwości dla innych. Gdzieś wyczytałam, że w Polsce obsługa w sklepach i restauracjach stoi na tak niskim poziomie, ponieważ jest to personel bez przeszkolenia i słabo opłacany. Niestety, rzadko jest to prawda – to raczej wynik braku jakiejkolwiek kindersztuby i wymagania czegokolwiek od siebie samego. Oczywiście przeszkolenie przydałoby się na pewno, pytanie tylko, kto kelnerów i kelnerki powinien uczyć obsługiwania klientów – jeszcze bardziej chamski poprzednik, czy może, jak się to zdarza, arogancki właściciel, niemający pojęcia o prowadzeniu restauracji?

Jedyną rzeczą, do której się przyczepię jeszcze w książce Nowickiego to pewna niezbyt ładna praktyka, którą mogłabym nazwać autoplagiatem. Oczywiście Nowicki ma prawo do wykorzystania własnego tekstu, ba, ubolewam, że jego recenzje, jak i recenzje Nowaka, nie ukazały się drukiem, bo chętnie bym je kupiła (no dobra, to Nowaka kupiłabym na pewno), ale mimo wszystko, wypadałoby choćby wspomnieć, że drogie czytelniczki, drodzy czytelnicy, już o tym pisałem tu i tu. Przykłady?

Fragment o kelnerowaniu w powieści „Zaklęte rewiry” Worcella i jej ekranizacji (w książce Nowickiego na stronach 128 – 131), w nieco tylko zmienionej stylistyce, choć zachowane są porównania i dane, znajdziemy w recenzji „Grand Hotel. O pustce” (ukazała się w GW 22 stycznia 2009 r. i można ją znaleźć w internecie tutaj ). Anegdota o kelnerze pouczającym autora, czym jest macchiato, pochodzi z recenzji „Kraków kulinarny. Kuchnia tarska (GW, 10 października 2008 r., tutaj). Z kolei anegdotę o zaproszeniu na sylwestra w języku prawie–polskim, ze strony 25, można przeczytać też tu. Fragment o tęsknocie za swojskimi smakami, w książce na stronach 78 – 79, spisany słowo w słowo, pochodzi z recenzji tejże. Rzecz o polskich kuchniach regionalnych, i jak pisała o nich Irena Gumowska – ze stron 80-83, tamże. Litości! Czasu nie było, wydawca gonił, zobowiązania wobec koncernów medialnych były tak wielkie, że aż tak trzeba było wykorzystywać opcję „kopiuj – wklej”? Dalej – anegdota ze strony 127, pojawiła się już tutaj.

Na zakończenie dodam jeszcze złośliwie, że spoglądając na znajdujące się na tylnej okładce pochwały książki, zastanawiam się, czy autorzy przeczytali ją na pewno. Ponieważ jeśli jest to „danie roku” jak chce Stasiuk, to chyba lepiej przejść na dietę, a jeśli „Wokół stołu” – „namawia nas do myślenia i inwencji, podpowiada, jak poradzić sobie we współczesnym supermarkecie możliwości, by nie stracić w nim orientacji”, jak z kolei notuje Burszta, to zastanawiam się, czy przeczytał jakieś niezamieszczone w książce rozdziały (zresztą jego słowa pasują o wiele bardziej do książek wspomnianego przez Nowickiego Michaela Pollana). Kiedy zabrałam się za tę recenzję i zajrzałam, co Nowicki napisał o krakowskich lokalach (przeczytałam wszystkie teksty na stronie internetowej krakowskiej GW), ogarnęło mnie zniechęcenie. Okazuje się bowiem, że dużo lepiej i więcej autor już zdążył powiedzieć, a ilość zapożyczeń, choćby najbardziej usprawiedliwionych, z własnych tekstów (i nie zaznaczenie tegoż faktu), na polu literackim staje się tym, czego Nowicki tak bardzo nie cierpi na obszarze gastronomii – nazywa swojskie, przyzwoite danie dumną nazwą eseju, a to niestety kotlet, choć porządny, to jednak odgrzewany. Z chęcią przeczytam kolejne recenzje kulinarne Nowickiego, ale esej… strzeż się, pisarzu, recenzentka pamięta!

Sławomira Raczyńska

Wojciech Nowicki, Stół, jaki jest. Wokół kuchni w Polsce, Muzeum Etnograficzne im. Seweryna Udzieli, Kraków 2011. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

* Elena Kostioukovitch, Sekrety włoskiej kuchni, przedmowa Umberto Eco, przeł. Jan Jackowicz, Albatros, Warszawa 2010.

Data wpisu: 10 maja, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

„Stół, jaki jest. Wokół kuchni w Polsce” Wojciecha Nowickiego, czyli odgrzewany kotlet z mikrofali.

A miało być tak pięknie… Tematyka kulinarna, gatunek uwielbiany – esej, wreszcie autor, niejako znany, bo regularnie co piątek czytany. Wojciech Nowicki, dziennikarz, recenzent kulinarny piszący dla krakowskiego oddziału „Gazety Wyborczej” – czyli marka miejscowa, solidna, powiedziałabym nawet, że darzona zaufaniem, jedynie z lekka umiarkowanym (dystans wobec wszystkiego zawsze bowiem trzeba zachować). Recenzja jego książki właściwie była już gotowa, kiedy miałam „tylko” sprawdzić, w którym to jego felietonie już czytałam anegdotę znalezioną w książce, ot tak, dla porządku, by wykorzystać jako przypis. Zaczęłam więc ponownie czytać archiwalne recenzje kulinarne Nowickiego na portalu krakowskiej „Gazety Wyborczej”, i szlag mnie trafił, gdy trafiłam na pięć fragmentów z ładnie wydanego i dość drogiego eseju w formie elektronicznej, darmowej i już dawno temu opublikowanej. Ale od początku, od początku…

Rzadko się zdarza, by ktokolwiek zabierał się za temat odbrązawiania mitu wspaniałej, smacznej i zdrowej polskiej kuchni. Wojciech Nowicki podjął się opisania realnego stanu polskiego stołu na podstawie własnych doświadczeń, obserwacji i wspomnień, w eseju wydanym przez krakowskie Muzeum Etnograficzne im. Seweryna Udzieli.

Czytam recenzje kulinarne Nowickiego od kilku lat i konsultuję jego opinie z wrażeniami własnymi i znajomych z wizyt w opisywanych przez niego restauracjach i lokalach gastronomicznych. Dodajmy – zdanie przyjaciół jest tu wagi niebagatelnej, wiedzą bowiem zarówno jak wygląda praca na wszelkich stanowiskach w dobrej restauracji, cieszącej się zasłużoną renomą, jak i prowadzenie gastronomicznego biznesu od strony szefowej i szefa. Poznaję więc komentarze do recenzji Nowickiego zarówno tych, co wiedzą zarówno, co to dolce vita, jak i ora et labora – i to nie w wydaniu krytykowanym (słusznie) przez autora recenzowanej tu książki. Nowicki portretuje bowiem parweniuszy nowobogackich albo wyrobników kelneropodobnych, którzy nie potrafią powiedzieć klientowi nawet „dzień dobry”. Z moich porównań wychodzi na to, że można Nowickiemu jak najbardziej wierzyć, że rzadko zdarza mu się zaliczyć wpadkę i polecić lokal może nie tyle nawet mierny i mizerny, co jednak boleśnie nie zachwycający tak, jak by to wynikało z jego gorących pochwał publikowanych na łamach piątkowego dodatku do „Wyborczej” (bo z całą pewnością nigdy niesłusznie nie skrytykował restauracji wartej polecenia). Co prawda przyznam się, że moim guru absolutnym i mistrzem pióra na polu recenzji kulinarnych pozostaje niezmiennie od lat Maciej Nowak, jednakże siedzi w Warszawie i z tego centralnego punktu stołecznego rozwija swój talent gastronauty. Kraków ma Nowickiego, który wytrwale sprawdza, jak się miewają propozycje kulinarne małopolskich restauracji i najczęściej marudzi, narzeka, kręci nosem, rzadko co poleca – i niestety ma rację.

Wracając do jego książki wydanej przez Muzeum Etnograficzne – i polecanej przez Andrzeja Stasiuka i Wojciecha Bursztę (łatwo sobie wyobrazić uzgadnianie tych peanów przy jednym stole), czego nie znoszę – tego powoływania się na „autorytety”, skoro książka adresowana jest do czytelnika z całą pewnością zdolnego do samodzielnego wyrabiania sobie opinii i nie polegania na zdaniu Znanych Nazwisk… otóż książka pomyślana jest jako esej, którego tematem „nie jest sama kuchnia, a wszystko to, co wokół niej się dzieje” (s. 7), zatem – jak zmieniała się kuchnia i polskie myślenie o jedzeniu podczas przemian ustrojowych, co pojawiało się na stołach w czasach naszego dzieciństwa, a co zjawia się teraz. Nowicki od początku swoich rozważań demontuje wyobrażenie, którym karmi się nas nadal od dzieciństwa – że polska kuchnia najlepszą jest w świecie i polskie smaki, zapachy, potrawy, są po prostu niezrównane. Kojarzymy popularne w Polsce zachodnie i azjatyckie kuchnie ze stylami życia, z konkretnym myśleniem o oprawie estetycznej serwowanych potraw.

Książka rozpoczyna się małym falstartem, ponieważ Nowicki uległ niestety czemuś, co bym nazwała grafomanią erudycyjną, popisem, który może miał się pojawić nie jako potrójny tulup, ale przynajmniej porządne taneczne pas na polu literatury, a mnie jawi się jako potknięcie na skórce od banana, czyli – przywołuje metaforę przypominania sobie smaków i zapachów poprzez Proustowską magdalenkę umaczaną w lipowej herbacie. Niewiele jest bardziej ogranych prób popisania się własną erudycją, i niestety ta sytuuje się w ścisłej czołówce. Uwielbiam Prousta (i to bardziej niż Lovecraft, który przeczytał tylko pierwszy tom powieści „W poszukiwaniu straconego czasu”), ale pomijając może maturę i pierwsze lata studiów, do głowy by mi nie przyszło, by wskazywać w pracach na scenę z magdalenką, bowiem takie zdarte płyty, choćby z najpiękniejszym nagraniem, powinno się puszczać tylko dla siebie, a nie ku znudzeniu czytelnika. Ten, kto nie zna Prousta, może nie sięgnie po książkę Nowickiego, ten kto ją zna, ziewnie potężnie w tym miejscu. Na szczęście dalej jest lepiej – zadanie, które sobie autor stawia, spełnia, choć rysuje to smutny portret własny Polaków.

Czytałam niedawno znakomitą książkę poświęconą włoskiej kuchni*, autorstwa Eleny Kostioukovitch, rosyjskiej tłumaczki Umberto Eco, od ponad dwudziestu lat mieszkającej we Włoszech. W tym cudownym tomie autorka oprócz genialnego opisu i specyfiki kulinarnej każdego włoskiego regionu, opowiada, w jaki sposób boska kuchnia śródziemnomorska splotła się z włoskim sposobem życia, jak rolnicza i gastronomiczna samowystarczalność, a zarazem obfitość smaków, zapachów, wszelkich płodów rolnych, złożyła się na włoską pewność siebie, umiejętność wyrażenia indywidualności, a także na demokratyczne podejście do tego całego bogactwa, z którym należy dzielić się z innymi. Radość życia pod złotym słońcem, a także umiejętność wykorzystania najprostszych, dostępnych pod ręką produktów, by wręcz wyczarować znakomite, wykwintne dania – tak można by w największym skrócie wyrazić włoskie myślenie o kuchni zaprezentowane przez Kostioukovitch. Jak coś podobnego mogłoby zaistnieć w kraju, gdzie żyje społeczeństwo Chrystusów Europy, gdzie każdy jest męczennikiem na skalę Miauczyńskiego, który nie spadł na ziemię podczas lotu tupolewem, ale zawisnął na brzozie w połowie drogi i zawodzi żałośnie, nie mogąc ani wzlecieć ku wyżynom, ani spaść, porządnie, w samo bagno? Skąd wykrzesać tę radość życia nad najzimniejszym morzem europejskim? Kto ma nas uczyć smakowania i delektowania się jedzeniem, skoro władcy masowego żywienia, kucharze wszelakich stołówek i wielu restauracji to adepci polskich szkół gastronomicznych, w których uczniowie palą na potęgę przytepiające smak papierosy i są uczeni, jak najtańszym kosztem jakoś upichcić obiad złożony z pomidorowej na mięsie i kostce rosołowej i schaboszczak, ociekający tłuszczem z miękkiej panierki?

Uczynię ekshibicjonistyczne wyznanie – uprawiam „gastronomiczną pornografię” i uwielbiam podczas jedzenia oglądać książki kucharskie, najlepiej pięknie zilustrowane, albo czytać smakowite książki, napisane wspaniałym, aromatycznym i działającym na wyobraźnię stylem. Nowicki w znakomitym fragmencie swojego eseju, przestrzega przed sięgnięciem w takich chwilach po współczesną literaturę polską, gdzie pojawiające się opisy jedzenia są opisem męczarni, blamażu, są niczym żenujące starania parweniuszy bytu, którzy pragną kreować egzystencję, a wychodzi jedynie smętny flak bytowania. Cytowane fragmenty powieści ukazują jedzenie jako odrzucające, bezbarwne i niesmaczne resztki marzeń o jakimś ideale, bohaterowie sprawiają wrażenie albo abnegatów, którym wszystko jedno, czy zjedzą szczura w panierce, czy tort szwarcwaldzki, albo istoty cierpiące na poważne zaburzenia łaknienia.

Znakomite są fragmenty, w których Nowicki ukazuje, jak kuchnię włoską i azjatycką Polacy przez lata skroili na swoją miarę i swój smak. Jak Polaków informowano, w książkach kulinarnych, pisanych przecież przez „znawców”, o postaci innych kuchni narodowych, wschodnich i zachodnich, i jak te koszmarne uogólnienia i stereotypy pokutują czasem do dziś. Świetne jest przypomnienie książek kulinarnych w ogóle, zwłaszcza tych PRL-lowskich. Brakowało mi trochę, by Nowicki zauważył koszmarny trend ciągłego wznawiania tych obrzydliwych staroci – sama mam w domu parę Szymanderskich i innych książeczek, w których rozpoznaję blade i umęczone cienie znanych potraw z kuchni śródziemnomorskiej, ale zatłuczone, zatłuszczone i pozbawione wszelkich substancji odżywczych oprócz tłuszczu – o smaku nawet nie mówię. Ba, jedna z takich książek ma nawet tytuł „Kuchnia europejska”, ponieważ autorom się wydawało, że „ezgotyczny garnir” na zwykłym ziemniaku zmienia go w „coś zupełnie innego”. Szkoda, że nie pisze o absolutnie koszmarnym wynalazku, jak „globalna książka kucharska lokalna”, np. wydawnictwa Reader’s Digest, gdzie okazuje się, że w Polsce jada się tarty i homary na co dzień. Zauważa natomiast coś innego, że bardzo często polskie książki kucharskie przemawiają do odbiorcy urzędowym lub naukowym tonem, zniechęcając czytelnika do jakichkolwiek prób kulinarnych. Podaje się w nich mnóstwo danych o kaloriach, kilodżulach, piramidzie żywienia, każe się zaopatrzyć w około trzysta niezbędnych w kuchni narzędzi, słowem – zabija jakąkolwiek radość z gotowania i odbiera chęć do eksperymentowania na własną rękę.

A jak wyglądają polskie kuchnie regionalne? Nowicki trafia w sedno pisząc „Najczęściej (…) Polska je dania pamięci” (s. 91). Brak restauracji starających się wykorzystać miejscowe, sezonowe dobra. Wspomina się raczej, jak to kiedyś, ktoś, świetne piekł chlebki czy może gotował coś pysznego, typowego tylko dla danej okolicy. Jednak to się powoli zmienia, powoli pojawiają się małe wysepki, na których pasjonaci odtwarzają smaki przeszłości, biorą pod ochronę ginące odmiany potraw i rodzaje smaków, dzięki którym kreuje się na nowo coś, co nazywamy smakiem regionalnym, i to w wydaniu godnym polecenia.

Nowicki przygląda się również obsłudze w polskich restauracjach i lokalach gastronomicznych. Opowiada historie koszmarne, po których raz na zawsze odechciewa się przygód kulinarnych i zwiedzania restauracji. Dosadnie portretuje typowego polskiego kelnera (s. 132), który zawsze stoi po przeciwnej stronie barykady niż klient. I jest w tym jakaś strasznie smutna diagnoza polskiego społeczeństwa, polskiego braku myślenia w kategoriach dobra większości, solidarności międzyludzkiej, braku życzliwości dla innych. Gdzieś wyczytałam, że w Polsce obsługa w sklepach i restauracjach stoi na tak niskim poziomie, ponieważ jest to personel bez przeszkolenia i słabo opłacany. Niestety, rzadko jest to prawda – to raczej wynik braku jakiejkolwiek kindersztuby i wymagania czegokolwiek od siebie samego. Oczywiście przeszkolenie przydałoby się na pewno, pytanie tylko, kto kelnerów i kelnerki powinien uczyć obsługiwania klientów – jeszcze bardziej chamski poprzednik, czy może, jak się to zdarza, arogancki właściciel, niemający pojęcia o prowadzeniu restauracji?

Jedyną rzeczą, do której się przyczepię jeszcze w książce Nowickiego to pewna niezbyt ładna praktyka, którą mogłabym nazwać autoplagiatem. Oczywiście Nowicki ma prawo do wykorzystania własnego tekstu, ba, ubolewam, że jego recenzje, jak i recenzje Nowaka, nie ukazały się drukiem, bo chętnie bym je kupiła (no dobra, to Nowaka kupiłabym na pewno), ale mimo wszystko, wypadałoby choćby wspomnieć, że drogie czytelniczki, drodzy czytelnicy, już o tym pisałem tu i tu. Przykłady?

Fragment o kelnerowaniu w powieści „Zaklęte rewiry” Worcella i jej ekranizacji (w książce Nowickiego na stronach 128 – 131), w nieco tylko zmienionej stylistyce, choć zachowane są porównania i dane, znajdziemy w recenzji „Grand Hotel. O pustce” (ukazała się w GW 22 stycznia 2009 r. i można ją znaleźć w internecie tutaj ). Anegdota o kelnerze pouczającym autora, czym jest macchiato, pochodzi z recenzji „Kraków kulinarny. Kuchnia tarska (GW, 10 października 2008 r., tutaj). Z kolei anegdotę o zaproszeniu na sylwestra w języku prawie–polskim, ze strony 25, można przeczytać też tu. Fragment o tęsknocie za swojskimi smakami, w książce na stronach 78 – 79, spisany słowo w słowo, pochodzi z recenzji tejże. Rzecz o polskich kuchniach regionalnych, i jak pisała o nich Irena Gumowska – ze stron 80-83, tamże. Litości! Czasu nie było, wydawca gonił, zobowiązania wobec koncernów medialnych były tak wielkie, że aż tak trzeba było wykorzystywać opcję „kopiuj – wklej”? Dalej – anegdota ze strony 127, pojawiła się już tutaj.

Na zakończenie dodam jeszcze złośliwie, że spoglądając na znajdujące się na tylnej okładce pochwały książki, zastanawiam się, czy autorzy przeczytali ją na pewno. Ponieważ jeśli jest to „danie roku” jak chce Stasiuk, to chyba lepiej przejść na dietę, a jeśli „Wokół stołu” – „namawia nas do myślenia i inwencji, podpowiada, jak poradzić sobie we współczesnym supermarkecie możliwości, by nie stracić w nim orientacji”, jak z kolei notuje Burszta, to zastanawiam się, czy przeczytał jakieś niezamieszczone w książce rozdziały (zresztą jego słowa pasują o wiele bardziej do książek wspomnianego przez Nowickiego Michaela Pollana). Kiedy zabrałam się za tę recenzję i zajrzałam, co Nowicki napisał o krakowskich lokalach (przeczytałam wszystkie teksty na stronie internetowej krakowskiej GW), ogarnęło mnie zniechęcenie. Okazuje się bowiem, że dużo lepiej i więcej autor już zdążył powiedzieć, a ilość zapożyczeń, choćby najbardziej usprawiedliwionych, z własnych tekstów (i nie zaznaczenie tegoż faktu), na polu literackim staje się tym, czego Nowicki tak bardzo nie cierpi na obszarze gastronomii – nazywa swojskie, przyzwoite danie dumną nazwą eseju, a to niestety kotlet, choć porządny, to jednak odgrzewany. Z chęcią przeczytam kolejne recenzje kulinarne Nowickiego, ale esej… strzeż się, pisarzu, recenzentka pamięta!

Sławomira Raczyńska

Wojciech Nowicki, Stół, jaki jest. Wokół kuchni w Polsce, Muzeum Etnograficzne im. Seweryna Udzieli, Kraków 2011. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

* Elena Kostioukovitch, Sekrety włoskiej kuchni, przedmowa Umberto Eco, przeł. Jan Jackowicz, Albatros, Warszawa 2010.

Data wpisu: 10 maja, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Postmodernistyczny cień nad Providence. Michel Houellebecq, „H.P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu”

Do Polski trafiła już opasła biografia Howarda Phillipsa Lovecrafta autorstwa S. T. Joshiego [1] i moje macki same wyciągają się po nią… Jednak to, czego jestem ciekawa, nie zaspokoją podstawowe dane biograficzne, raczej liczę na zapoznanie się przynajmniej z częścią bogatej korespondencji HPL z jego uczniami, pisarzami traktującymi go jak mistrza, czy informacje o nieprzełożonych na polski utworach (głównie poezjach).

Biografia to specyficzny rodzaj fikcji, która zdaje się składać obietnicę, której nigdy nie wypełnia – zrozumienie fenomenu, istoty talentu danej indywidualności. O próbę biograficzną pokusił się również francuski pisarz Michel Houellebecq, czego efektem jest dość dawno wydany esej „Przeciw światu, przeciw życiu”.

Przyznaję, że zainteresowanie Houellebecqua Lovecraftem jest dla mnie zaskakujące – zupełnie jakby o amerykańskim pisarzu książkę wydał Krzysztof Zanussi. Autor „Cząstek elementarnych” zamęczający czytelnika bladym moralizmem z gatunku utyskiwań impotenta w średnim wieku (pamiętam wywiad z Houellebecqueiem, gdzie opisywał jak wybrał się do Tajlandii na prostytutki w nadziei, że tam będzie łatwiej – cóż, niestety i tak Francja zapamiętała lepiej wyczyny Frederica Mitteranda), któremu przypisuje się ironiczne pióro – o Lovecrafcie? Cthulhu ty mój! Po latach ostentacyjnego lekceważenia tej książki, z braku lepszych znalezisk na bibliotecznej półce, wrzuciłam do koszyka esej wydany z serii „Fortuna i Fatum” W.A.B.

„Przeciw światu, przeciw życiu” rozpoczyna wstęp autorstwa Stephena Kinga. Wspaniała okazja by przypomnieć o sobie czytelnikom, wypromować się choć trochę (jakby to było jeszcze potrzebne), podnieść sprzedaż, gdyby nazwisko Lovecrafta okazało się niewystarczające (nazwiska King i Houellebecq chyba na niewielu półkach sąsiadują ze sobą) – naturalnie King wykorzystuje ją w pełni. Miałam nieodparte wrażenie, że King uważa, iż jego wstęp jest napisany o wiele lepiej niż „dość długi esej”, jak go określa, Houellebecqua. Lepiej niekoniecznie, na pewno jednak prostszym językiem – przecież to może wyjść w Stanach Zjednoczonych! Mamy więc zupełnie niezawoalowane pochlebstwa w kierunku jakże wyrafinowanych i wysmakowanych czytelników Kinga (ponieważ czytają w ogóle – tak przynajmniej ujmuje to King). Niemal z przysłowiowym amerykańskim pragmatyzmem „król horroru” zastanawia się nad milionami, które czerpią z wydań powieści HPL spadkobiercy i sugeruje, że kwestia praw autorskich nie jest tak jasna, jak chciałoby amerykańskie prawo i urząd skarbowy.

„Z zacięciem bynajmniej nie akademickim Houellebecq wyciąga wnioski, które na pewno wzbudzą kontrowersje i wywołają dyskusje”, czytamy we wstępie (s. 13, 14). Otóż niestety nie, ale o tym dalej. Ciekawe jest to, co King sygnalizuje opowiadając o swoim nigdy nie zrealizowanym pomyśle na opowiadanie „Poduszka Lovecrafta” – podążanie za HPL może przerosnąć autora. Wykorzystywanie jego osoby, stylu czy kontynuowanie pomysłów HPL, jeśli nie staje się parodią czy pastiszem (umyślną i znakomitą w przypadku np. Terry’ego Pratchetta), wydaje się zadaniem zupełnie chybionym, ponieważ HPL to przypadek absolutnie osobny w historii literatury – sam w sobie to hapaks legomenon.

Esej Houellebecqa rozczarowuje nie tylko dość bezbarwnym stylem, ale i tym, że nie wychodzi poza raczej typowe w przypadku twórczości HPL ochy, achy i jęki zafascynowanego czytelnika. Zaskakujące jest niejakie „nieprzygotowanie” autora – podana na końcu książki krótka bibliografia „uporządkowana według preferencji autora” liczy sobie oprócz francuskojęzycznych wydań twórczości HPL, wyboru listów Lovecrafta, aż DWIE pozycje traktujące o pisarzu. Co więcej, treść eseju nawet nie sugeruje, że korzystał z lektur, które mogłyby np. lepiej umieścić w szerszym kontekście twórczość Lovecrafta, czy też analizujących samą wyobraźnię [2]. Recenzowana na blogu Dwóch Poważnych Dam Victoria Nelson, choć krytycznie nastawiona do Lovecrafta, wydaje się być o wiele lepiej obeznana z tematem, a początek rozdziału jej książki poświęcony porównaniu (sic!) Lovecrafta z Brunonem Schulzem jest lepszym nakreśleniem specyfiki twórczość HPL, niż niemal cały esej Houellebecqa. Np. Houellebecq zauważa niezwykłą wrażliwość Lovecrafta na architekturę i muzykę, ale to Nelson określa jego wyobraźnię jako psychotopograficzną – ale o ile ona stosuje psychoanalizę z wirtuozerią ślepego rzeźnika, Houellebecq wskazuje na inspirację HPL nie koszmarami dzieciństwa, a snami.

Cóż więc takiego o HPL pisze Houellebecq? „Życie jest bolesne i pełne rozczarowań” (kiedy przestałam się śmiać, byłam w stanie czytać dalej) rozpoczyna część eseju pt „Inny świat”, i dalej zastanawia się nad przyczynami „letargicznej trwogi”, która ogarnęła Lovecrafta w osiemnastej zimie – ponieważ wiosna chyba nie była mu znana – życia. Przypisuje Lovecraftowi swoje seksualne frustracje i rozczarowanie, unikając choćby sugestii, że była to depresja. Zauważa totalną nieludzkość Lovecraftiańskich bóstw, które niczym Solaris Lema, są dalekie i obce naiwnej mrzonce jakoby kosmiczne byty o wyższej niż ludzka, inteligencji, kierowały się dobrem czy jakąkolwiek moralnością. Ciekawa uwaga, pasująca również chyba do bohatera – oby – mojej kolejnej recenzji, Emila Ciorana – „Przez całe życie zachowa typowo artystokratyczny pogardliwy stosunek do ludzkości jako takiej, połączony z wyjątkową sympatią do poszczególnych osób” (s. 40). Interesująco robi się w rodziale „Techniki zaskoczenia”, gdzie Houellebecq opisuje książkę Lovecrafta o chwytach kompozycyjnych, przydatnych podczas pisania utworów fantastycznych. Wg Houellebecqa owa książka ma tytuł „Księga Rozumu” – być może informacje o niej zaczerpnął z którejś z dwóch książek, które umieścił w bibliografii – ani na stronie archiwalnej o twórczości HPL http://www.hplovecraft.com/ ani na stronie amerykańskiego wydawcy Lovecrafta
http://www.arkhamhouse.com/ nie znalazłam tytułu, który pasowałby do takiego tłumaczenia (najbliższe temu, o czym pisze Houellebecq wydają się „Notes on Weird Fiction”, ale czy tłumacz zrobiłby z tego „Księgę Rozumu”?). Tak czy inaczej, wg Houellebecqa również ta pozycja nie przybliża czytelnika do zrozumienia, w jaki sposób Lovecraftowi udało się stworzyć tak sugestywną i doskonałą prozę, w której groza odczuwana przez odbiorcę miesza się z zachwytem nad wspaniałym językiem pełnym niezapomnianych i charakterystycznych fraz. Do tego stopnia, że Houellebecqowi zdarza się dławiącym głosem wykrztusić raz po raz wezwania do Przedwiecznych, co jest częstą i żenującą przypadłością fanów HPL piszących o swym mistrzu – a w przypadku francuskiego pisarza sprawia, że ma się wrażenie, że ten dorosły i dość marudny typ ma nadal nastoletnie pryszcze.

„Czytając opowiadania Lovecrafta, często zadajemy sobie pytanie, dlaczego protagoniści potrzebują tyle czasu, by zrozumieć istotę zagrożenia” (s. 59). Doprawdy? Za każdym razem czytelnik WIE jakie monstrum czai się za progiem? Zawsze dało się przewidzieć ogrom koszmaru, który czekał na końcu – najczęściej – naukowych poszukiwań bohaterów Lovecrafta? Być może ta niecierpliwość dotyka odbiorcę literatury i filmów dzisiaj, gdy idąc do kina czy biorąc do ręki książkę, niemal od początku wiemy dokładnie co się wydarzy i za pomocą jakich technik autor chce wywołać w nas takie a nie inne wrażenie. Moim zdaniem to zupełnie nie pasuje akurat do Lovecrafta, choćby dlatego, że przecież rzecz nie w tym, by bohaterom udało się zawsze uciec…

Do słusznych uwag Houellebecqa na pewno należy dopisać jeszcze co najmniej dwie – spostrzeżenie, że w prozie Lovecrafta brakuje jakichkolwiek psychologizmów (co oczywiście jest pożywką dla interpretacji psychoanalitycznych „jak to nie pisał o seksie, a shoggothy?” wydaje się twierdzić np. Victoria Nelson): bohaterowie mają jedynie postrzegać i relacjonować wydarzenia, osobliwie kojarząc rozmaite wrażenia słuchowe i wzrokowe, dzięki czemu udaje się to, co zauważa Houellebecq: „Przekształcić zwykłe codzienne doznania w niewyczerpane źródło koszmarów” (s. 74). Drugim trafnym spostrzeżeniem jest podkreślenie roli nauki w dziełach Lovecrafta, który nie tylko był na bieżąco z aktualnymi odkryciami z zakresu fizyki, astronomii czy matematyki, ale z powodzeniem wykorzystał terminologię kliniczną w zakresie zoologii, a także lingwistyczną, archeologiczną; nadawał relacjom swoich bohaterów cechy obiektywnego reportażu dziennikarskiego lub sprawozdania naukowego, genialnie łącząc fakty z realnego świata z autorską mitologią. „Lovecrafta interesuje w istocie groza obiektywna” podsumowuje Houellebecq i dodaje: „Podobnie jak Kant, który pragnie wznieść fundamenty moralności ważnej „nie tylko dla człowieka, ale dla każdego rozumnego stworzenia”, Lovecraft chce stworzyć fantastykę zdolną przerazić każdą istotę wyposażoną w rozum. Obaj mają też zresztą inne punkty wspólne; niepozorna postura, zamiłowanie do słodyczy oraz, jak to sformułowano, fakt, że nie są c a ł k i e m l u d z c y” (s. 83 – niezaprzeczalnie najlepsze zdanie z całej książki).

Biograficzny fragment o Lovecrafcie jest w eseju Houellebecqa bardzo krótki. Zaskakuje brak wzmianki o rodzicach pisarza, znajdujemy jedynie informację, iż przed rozwodem ze swoją żoną Sonią, Lovecraft zamieszkał na powrót u swojej ciotki w Providence. Krótki ustęp jest poświęcony pobytowi Lovecdafta w Nowym Jorku, gdzie zachwyt nad architekturą miesza się ze skrajnym obrzydzeniem mieszkańcami pochodzącymi z najprzeróżniejszych stron świata. Melting pot zdecydowanie nie był dla Lovecrafta alchemicznym tyglem, w którym wytapiało się złoto talentów, ale budzącym strach i obrzydzenie miejscem, gdzie wygrywa brutalność, a geny mieszają się tylko po to, by degeneracja rodzaju ludzkiego nastąpiła w szybszym tempie. I znowu Houellebecq zaskakuje trafnością spostrzeżenia – w swoich niewątpliwie rasistowskich opisach Afroamerykanów czy przybyszów z Azji, Lovecraft nie ustawia swoich bohaterów jako dumnych panów białej rasy, do której to przynależność bardzo cenił, ale jako ofiary. Czego Houellebecq w ogóle nie analizuje – a szkoda, to fakt, że właśnie te pogardzane przez Lovecrafta istoty (bo przecież nie ludzie) wydają się mieć najbliższy kontakt i styczność z budzącymi grozę Przedwiecznymi, to właśnie oni są depozytariuszami szczątkowej wiedzy, jaka ocalała na ich temat na Ziemi. Czy można to rozumieć jako kolejny wyraz pogardy Lovecrafta do wszelkich impulsów religijnych, których mogą ulec jedynie fanatyczni i nierozumni „mieszańcy”? Czy raczej specyficzna zazdrość o jakiś rodzaj wyobraźni, niedostępnej Lovecraftowi? (aż trudno w to uwierzyć!) A może raczej to Lovecraft budzi zazdrość Houellebecqa, ponieważ „zdołał przekształcić swą niechęć do życia w a k t y w n ą wrogość” (s. 126). Niewątpliwie niechęć Houellebecqa do życia i jego krytyka współczesnej cywilizacji i kultury połączona z osobliwą niemocą, zrodziła jedynie dzielenie się mdłościami, które czuje francuski pisarz podczas kontaktu z rzeczywistością. Biografia Lovecrafta to kronika nieudanego – wg dzisiejszych standardów – życia w ubóstwie i zupełnym niedocenieniu twórczości. W bierności Lovecrafta wobec „obowiązków” dorosłego życia na progu dwudziestego wieku, Houellebecq prawie chciałby odnaleźć źródło i usprawiedliwienie swoich własnych zawodzeń i narzekania, ale tego nie robi – być może dlatego, że obce mu są jakiekolwiek silne emocje, które według niego samego pomagają stworzyć naprawdę wybitne dzieło literackie. To stwierdzenie aż zabawne w swej naiwności mówi coś nie o dziele Lovecrafta, ale raczej o samym Houellebecqu. Sięgnął po twórczość amerykańskiego autora, by przypomnieć sobie silną fascynację czytelniczą, której doświadczył w młodym wieku, jakby chciał odnaleźć w tym siłę, iskrę zdolną zapalić coś, co pomoże mu napisać kolejną książkę. Jego esej o Lovecrafcie jest niczym rozmowa z dobrym znajomym, który podobnie jak czytelnik ceni autora „Zewu Cthulhu” i wnosi w naszą wiedzę dokładnie tyle samo. Ale czy cienie mają cokolwiek oświetlać?

Czy naprawdę chcemy strach towarzyszący lekturze Lovecrafta uczynić mniej prywatnym?

Oczywiście iluzją byłaby wiara w istnienie książki o Lovecrafcie „wyjaśniającej wszystko” czy dającej wystarczająco mocny klucz biograficzny do interpretacji powieści. Zaskakujące zdanie w tym temacie napisała wspomniana już parokrotnie Victoria Nelson: „Największym aktem twórczym HPL było ocalenie własnego człowieczeństwa” [3]. Można ocenić taką opinię jako całkowicie deprecjonującą twórczość HPL – zupełnie jakby był psychopatą z powieści Thomasa Harrisa, który jednak zacisnął zęby i zamiast zamordować chorego na kiłę ojca postanowił napisać opowiadanie.

Sławomira Raczyńska

Michel Houellebecq, „H.P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu”, przeł. Jacek Giszczak, W.A.B., Warszawa 2007. Wszystkie cytaty ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Przypisy:
[1] S. T. Joshi, H.P. Lovecraft: Biografia, przeł. M. Kopacz, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2010.
[2] Por. np. Gaston Bachelard, Poetyka marzenia, przeł., oprac. i posłowie: L. Brogowski, Wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 1998; Roger Caillois, W sercu fantastyki, przeł. M. Ochab, Wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 2005.
[3] Victoria Nelson, Sekretne życie lalek, przeł. A. Kowalcze-Pawlik, Universitas, Kraków 2009, s. 156.

Data wpisu: 16 stycznia, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Postmodernistyczny cień nad Providence. Michel Houellebecq, „H.P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu”

Do Polski trafiła już opasła biografia Howarda Phillipsa Lovecrafta autorstwa S. T. Joshiego [1] i moje macki same wyciągają się po nią… Jednak to, czego jestem ciekawa, nie zaspokoją podstawowe dane biograficzne, raczej liczę na zapoznanie się przynajmniej z częścią bogatej korespondencji HPL z jego uczniami, pisarzami traktującymi go jak mistrza, czy informacje o nieprzełożonych na polski utworach (głównie poezjach).

Biografia to specyficzny rodzaj fikcji, która zdaje się składać obietnicę, której nigdy nie wypełnia – zrozumienie fenomenu, istoty talentu danej indywidualności. O próbę biograficzną pokusił się również francuski pisarz Michel Houellebecq, czego efektem jest dość dawno wydany esej „Przeciw światu, przeciw życiu”.

Przyznaję, że zainteresowanie Houellebecqua Lovecraftem jest dla mnie zaskakujące – zupełnie jakby o amerykańskim pisarzu książkę wydał Krzysztof Zanussi. Autor „Cząstek elementarnych” zamęczający czytelnika bladym moralizmem z gatunku utyskiwań impotenta w średnim wieku (pamiętam wywiad z Houellebecqueiem, gdzie opisywał jak wybrał się do Tajlandii na prostytutki w nadziei, że tam będzie łatwiej – cóż, niestety i tak Francja zapamiętała lepiej wyczyny Frederica Mitteranda), któremu przypisuje się ironiczne pióro – o Lovecrafcie? Cthulhu ty mój! Po latach ostentacyjnego lekceważenia tej książki, z braku lepszych znalezisk na bibliotecznej półce, wrzuciłam do koszyka esej wydany z serii „Fortuna i Fatum” W.A.B.

„Przeciw światu, przeciw życiu” rozpoczyna wstęp autorstwa Stephena Kinga. Wspaniała okazja by przypomnieć o sobie czytelnikom, wypromować się choć trochę (jakby to było jeszcze potrzebne), podnieść sprzedaż, gdyby nazwisko Lovecrafta okazało się niewystarczające (nazwiska King i Houellebecq chyba na niewielu półkach sąsiadują ze sobą) – naturalnie King wykorzystuje ją w pełni. Miałam nieodparte wrażenie, że King uważa, iż jego wstęp jest napisany o wiele lepiej niż „dość długi esej”, jak go określa, Houellebecqua. Lepiej niekoniecznie, na pewno jednak prostszym językiem – przecież to może wyjść w Stanach Zjednoczonych! Mamy więc zupełnie niezawoalowane pochlebstwa w kierunku jakże wyrafinowanych i wysmakowanych czytelników Kinga (ponieważ czytają w ogóle – tak przynajmniej ujmuje to King). Niemal z przysłowiowym amerykańskim pragmatyzmem „król horroru” zastanawia się nad milionami, które czerpią z wydań powieści HPL spadkobiercy i sugeruje, że kwestia praw autorskich nie jest tak jasna, jak chciałoby amerykańskie prawo i urząd skarbowy.

„Z zacięciem bynajmniej nie akademickim Houellebecq wyciąga wnioski, które na pewno wzbudzą kontrowersje i wywołają dyskusje”, czytamy we wstępie (s. 13, 14). Otóż niestety nie, ale o tym dalej. Ciekawe jest to, co King sygnalizuje opowiadając o swoim nigdy nie zrealizowanym pomyśle na opowiadanie „Poduszka Lovecrafta” – podążanie za HPL może przerosnąć autora. Wykorzystywanie jego osoby, stylu czy kontynuowanie pomysłów HPL, jeśli nie staje się parodią czy pastiszem (umyślną i znakomitą w przypadku np. Terry’ego Pratchetta), wydaje się zadaniem zupełnie chybionym, ponieważ HPL to przypadek absolutnie osobny w historii literatury – sam w sobie to hapaks legomenon.

Esej Houellebecqa rozczarowuje nie tylko dość bezbarwnym stylem, ale i tym, że nie wychodzi poza raczej typowe w przypadku twórczości HPL ochy, achy i jęki zafascynowanego czytelnika. Zaskakujące jest niejakie „nieprzygotowanie” autora – podana na końcu książki krótka bibliografia „uporządkowana według preferencji autora” liczy sobie oprócz francuskojęzycznych wydań twórczości HPL, wyboru listów Lovecrafta, aż DWIE pozycje traktujące o pisarzu. Co więcej, treść eseju nawet nie sugeruje, że korzystał z lektur, które mogłyby np. lepiej umieścić w szerszym kontekście twórczość Lovecrafta, czy też analizujących samą wyobraźnię [2]. Recenzowana na blogu Dwóch Poważnych Dam Victoria Nelson, choć krytycznie nastawiona do Lovecrafta, wydaje się być o wiele lepiej obeznana z tematem, a początek rozdziału jej książki poświęcony porównaniu (sic!) Lovecrafta z Brunonem Schulzem jest lepszym nakreśleniem specyfiki twórczość HPL, niż niemal cały esej Houellebecqa. Np. Houellebecq zauważa niezwykłą wrażliwość Lovecrafta na architekturę i muzykę, ale to Nelson określa jego wyobraźnię jako psychotopograficzną – ale o ile ona stosuje psychoanalizę z wirtuozerią ślepego rzeźnika, Houellebecq wskazuje na inspirację HPL nie koszmarami dzieciństwa, a snami.

Cóż więc takiego o HPL pisze Houellebecq? „Życie jest bolesne i pełne rozczarowań” (kiedy przestałam się śmiać, byłam w stanie czytać dalej) rozpoczyna część eseju pt „Inny świat”, i dalej zastanawia się nad przyczynami „letargicznej trwogi”, która ogarnęła Lovecrafta w osiemnastej zimie – ponieważ wiosna chyba nie była mu znana – życia. Przypisuje Lovecraftowi swoje seksualne frustracje i rozczarowanie, unikając choćby sugestii, że była to depresja. Zauważa totalną nieludzkość Lovecraftiańskich bóstw, które niczym Solaris Lema, są dalekie i obce naiwnej mrzonce jakoby kosmiczne byty o wyższej niż ludzka, inteligencji, kierowały się dobrem czy jakąkolwiek moralnością. Ciekawa uwaga, pasująca również chyba do bohatera – oby – mojej kolejnej recenzji, Emila Ciorana – „Przez całe życie zachowa typowo artystokratyczny pogardliwy stosunek do ludzkości jako takiej, połączony z wyjątkową sympatią do poszczególnych osób” (s. 40). Interesująco robi się w rodziale „Techniki zaskoczenia”, gdzie Houellebecq opisuje książkę Lovecrafta o chwytach kompozycyjnych, przydatnych podczas pisania utworów fantastycznych. Wg Houellebecqa owa książka ma tytuł „Księga Rozumu” – być może informacje o niej zaczerpnął z którejś z dwóch książek, które umieścił w bibliografii – ani na stronie archiwalnej o twórczości HPL http://www.hplovecraft.com/ ani na stronie amerykańskiego wydawcy Lovecrafta
http://www.arkhamhouse.com/ nie znalazłam tytułu, który pasowałby do takiego tłumaczenia (najbliższe temu, o czym pisze Houellebecq wydają się „Notes on Weird Fiction”, ale czy tłumacz zrobiłby z tego „Księgę Rozumu”?). Tak czy inaczej, wg Houellebecqa również ta pozycja nie przybliża czytelnika do zrozumienia, w jaki sposób Lovecraftowi udało się stworzyć tak sugestywną i doskonałą prozę, w której groza odczuwana przez odbiorcę miesza się z zachwytem nad wspaniałym językiem pełnym niezapomnianych i charakterystycznych fraz. Do tego stopnia, że Houellebecqowi zdarza się dławiącym głosem wykrztusić raz po raz wezwania do Przedwiecznych, co jest częstą i żenującą przypadłością fanów HPL piszących o swym mistrzu – a w przypadku francuskiego pisarza sprawia, że ma się wrażenie, że ten dorosły i dość marudny typ ma nadal nastoletnie pryszcze.

„Czytając opowiadania Lovecrafta, często zadajemy sobie pytanie, dlaczego protagoniści potrzebują tyle czasu, by zrozumieć istotę zagrożenia” (s. 59). Doprawdy? Za każdym razem czytelnik WIE jakie monstrum czai się za progiem? Zawsze dało się przewidzieć ogrom koszmaru, który czekał na końcu – najczęściej – naukowych poszukiwań bohaterów Lovecrafta? Być może ta niecierpliwość dotyka odbiorcę literatury i filmów dzisiaj, gdy idąc do kina czy biorąc do ręki książkę, niemal od początku wiemy dokładnie co się wydarzy i za pomocą jakich technik autor chce wywołać w nas takie a nie inne wrażenie. Moim zdaniem to zupełnie nie pasuje akurat do Lovecrafta, choćby dlatego, że przecież rzecz nie w tym, by bohaterom udało się zawsze uciec…

Do słusznych uwag Houellebecqa na pewno należy dopisać jeszcze co najmniej dwie – spostrzeżenie, że w prozie Lovecrafta brakuje jakichkolwiek psychologizmów (co oczywiście jest pożywką dla interpretacji psychoanalitycznych „jak to nie pisał o seksie, a shoggothy?” wydaje się twierdzić np. Victoria Nelson): bohaterowie mają jedynie postrzegać i relacjonować wydarzenia, osobliwie kojarząc rozmaite wrażenia słuchowe i wzrokowe, dzięki czemu udaje się to, co zauważa Houellebecq: „Przekształcić zwykłe codzienne doznania w niewyczerpane źródło koszmarów” (s. 74). Drugim trafnym spostrzeżeniem jest podkreślenie roli nauki w dziełach Lovecrafta, który nie tylko był na bieżąco z aktualnymi odkryciami z zakresu fizyki, astronomii czy matematyki, ale z powodzeniem wykorzystał terminologię kliniczną w zakresie zoologii, a także lingwistyczną, archeologiczną; nadawał relacjom swoich bohaterów cechy obiektywnego reportażu dziennikarskiego lub sprawozdania naukowego, genialnie łącząc fakty z realnego świata z autorską mitologią. „Lovecrafta interesuje w istocie groza obiektywna” podsumowuje Houellebecq i dodaje: „Podobnie jak Kant, który pragnie wznieść fundamenty moralności ważnej „nie tylko dla człowieka, ale dla każdego rozumnego stworzenia”, Lovecraft chce stworzyć fantastykę zdolną przerazić każdą istotę wyposażoną w rozum. Obaj mają też zresztą inne punkty wspólne; niepozorna postura, zamiłowanie do słodyczy oraz, jak to sformułowano, fakt, że nie są c a ł k i e m l u d z c y” (s. 83 – niezaprzeczalnie najlepsze zdanie z całej książki).

Biograficzny fragment o Lovecrafcie jest w eseju Houellebecqa bardzo krótki. Zaskakuje brak wzmianki o rodzicach pisarza, znajdujemy jedynie informację, iż przed rozwodem ze swoją żoną Sonią, Lovecraft zamieszkał na powrót u swojej ciotki w Providence. Krótki ustęp jest poświęcony pobytowi Lovecdafta w Nowym Jorku, gdzie zachwyt nad architekturą miesza się ze skrajnym obrzydzeniem mieszkańcami pochodzącymi z najprzeróżniejszych stron świata. Melting pot zdecydowanie nie był dla Lovecrafta alchemicznym tyglem, w którym wytapiało się złoto talentów, ale budzącym strach i obrzydzenie miejscem, gdzie wygrywa brutalność, a geny mieszają się tylko po to, by degeneracja rodzaju ludzkiego nastąpiła w szybszym tempie. I znowu Houellebecq zaskakuje trafnością spostrzeżenia – w swoich niewątpliwie rasistowskich opisach Afroamerykanów czy przybyszów z Azji, Lovecraft nie ustawia swoich bohaterów jako dumnych panów białej rasy, do której to przynależność bardzo cenił, ale jako ofiary. Czego Houellebecq w ogóle nie analizuje – a szkoda, to fakt, że właśnie te pogardzane przez Lovecrafta istoty (bo przecież nie ludzie) wydają się mieć najbliższy kontakt i styczność z budzącymi grozę Przedwiecznymi, to właśnie oni są depozytariuszami szczątkowej wiedzy, jaka ocalała na ich temat na Ziemi. Czy można to rozumieć jako kolejny wyraz pogardy Lovecrafta do wszelkich impulsów religijnych, których mogą ulec jedynie fanatyczni i nierozumni „mieszańcy”? Czy raczej specyficzna zazdrość o jakiś rodzaj wyobraźni, niedostępnej Lovecraftowi? (aż trudno w to uwierzyć!) A może raczej to Lovecraft budzi zazdrość Houellebecqa, ponieważ „zdołał przekształcić swą niechęć do życia w a k t y w n ą wrogość” (s. 126). Niewątpliwie niechęć Houellebecqa do życia i jego krytyka współczesnej cywilizacji i kultury połączona z osobliwą niemocą, zrodziła jedynie dzielenie się mdłościami, które czuje francuski pisarz podczas kontaktu z rzeczywistością. Biografia Lovecrafta to kronika nieudanego – wg dzisiejszych standardów – życia w ubóstwie i zupełnym niedocenieniu twórczości. W bierności Lovecrafta wobec „obowiązków” dorosłego życia na progu dwudziestego wieku, Houellebecq prawie chciałby odnaleźć źródło i usprawiedliwienie swoich własnych zawodzeń i narzekania, ale tego nie robi – być może dlatego, że obce mu są jakiekolwiek silne emocje, które według niego samego pomagają stworzyć naprawdę wybitne dzieło literackie. To stwierdzenie aż zabawne w swej naiwności mówi coś nie o dziele Lovecrafta, ale raczej o samym Houellebecqu. Sięgnął po twórczość amerykańskiego autora, by przypomnieć sobie silną fascynację czytelniczą, której doświadczył w młodym wieku, jakby chciał odnaleźć w tym siłę, iskrę zdolną zapalić coś, co pomoże mu napisać kolejną książkę. Jego esej o Lovecrafcie jest niczym rozmowa z dobrym znajomym, który podobnie jak czytelnik ceni autora „Zewu Cthulhu” i wnosi w naszą wiedzę dokładnie tyle samo. Ale czy cienie mają cokolwiek oświetlać?

Czy naprawdę chcemy strach towarzyszący lekturze Lovecrafta uczynić mniej prywatnym?

Oczywiście iluzją byłaby wiara w istnienie książki o Lovecrafcie „wyjaśniającej wszystko” czy dającej wystarczająco mocny klucz biograficzny do interpretacji powieści. Zaskakujące zdanie w tym temacie napisała wspomniana już parokrotnie Victoria Nelson: „Największym aktem twórczym HPL było ocalenie własnego człowieczeństwa” [3]. Można ocenić taką opinię jako całkowicie deprecjonującą twórczość HPL – zupełnie jakby był psychopatą z powieści Thomasa Harrisa, który jednak zacisnął zęby i zamiast zamordować chorego na kiłę ojca postanowił napisać opowiadanie.

Sławomira Raczyńska

Michel Houellebecq, „H.P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu”, przeł. Jacek Giszczak, W.A.B., Warszawa 2007. Wszystkie cytaty ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Przypisy:
[1] S. T. Joshi, H.P. Lovecraft: Biografia, przeł. M. Kopacz, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2010.
[2] Por. np. Gaston Bachelard, Poetyka marzenia, przeł., oprac. i posłowie: L. Brogowski, Wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 1998; Roger Caillois, W sercu fantastyki, przeł. M. Ochab, Wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 2005.
[3] Victoria Nelson, Sekretne życie lalek, przeł. A. Kowalcze-Pawlik, Universitas, Kraków 2009, s. 156.

Data wpisu: 16 stycznia, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe