Archiwum dla kategorii: ‘dziecko’

Kazuo Ishiguro, „Nie opuszczaj mnie”

Kazuo Ishiguro, angielski powieściopisarz japońskiego pochodzenia, po raz kolejny zaintrygował mnie na tyle, że postanowiłam wrócić do jego niepokojącego świata. Nie opuszczaj mnie to jego szósta powieść. Zekranizowana (reż. Mark Romanek, 2010), raczej nie odniosła spektakularnego sukcesu, ale dała wydawnictwu pretekst do nowej edycji z „filmową” okładką.

Powieść jest niepokojąca, wręcz straszna. Akcja toczy się w Anglii, raczej we współczesności… ale w alternatywnej współczesności. Częstym chyba motywem fabularnym jest, że podczas drugiej wojny światowej naukowcy nad czymś pracowali i osiągnęli sukces, który jest wykorzystywany, wdrożony pod koniec XX wieku*. Takim chwytem posiłkuje się tu Ishiguro. Mamy pierwszoosobową narratorkę, kobietę tuż po trzydziestce – Kathy H. Na początku opowiada o swojej pracy, którą wykonuje już od lat, i którą – ze względu na ten staż (!) – jest bardzo zmęczona. Podróżuje pomiędzy swego rodzaju ośrodkami, w których opiekuje się osobami – o czym się dość szybko dowiadujemy – oddającymi narządy do przeszczepów. Gdy zwierzchnicy uznają, że Kathy powinna zostać dawczynią, przestanie być opiekunką, trafi między swoich. Narratorka wspomina, że wszyscy jej znajomi znacznie szybciej rozpoczęli taką rolę, znacznie krócej niż ona byli opiekunami.

Kobieta wspomina swe dzieciństwo w Hailsham, szkole z pensjonatem. W odróżnieniu od normalnych takich szkół, z jakich słynie Wielka Brytania, nie przyjeżdżał nikt nowy, nikt nie odchodził z grona wychowanków, dzieci nie były też odwiedzane. Niekiedy tylko na teren szkoły docierał handlarz używanymi rzeczami, a czasem kobieta nazywana Madame. Opowieść Kathy niczego nie deklaruje wprost, ale przez pominięcie sfery życia obejmującej pochodzenie czy status społeczny, tudzież materialny, stopniowo uświadamiamy sobie, że dzieci ze szkoły nie mają rodziców ani rodzeństwa, nie są jednak opisywane jako sieroty. Wychowanie wydaje się liberalne (np. jeśli chodzi o rozwój seksualności), ale i na nutę pretensjonalności. Fetyszem szkoły jest „kreatywność” dzieci; wszyscy są nawet nie zachęcani, a zmuszani, do produkcji przedmiotów artystycznych, zwłaszcza plastycznych. Cyklicznie urządzane są wystawy, podczas których dorobek uczniów i uczennic ogląda Madame, wybierając dla siebie to, co się jej szczególnie podoba. To wielkie wyróżnienie. Dzieci mogą też brać swoje prace nawzajem. Popularność w tym zakresie również buduje uczniowski prestiż.

Dzieci rosną. Rodzą się sympatie, związki, antypatie. Zdarzają się marzenia o przyszłości, np. o pracy w biurze. Pojawiają się wzmianki, że uczennice i uczniowie wiedzą, iż nigdy nie będą rodzicami. Niektóre sprawy z dzieciństwa idą w zapomnienie, inne się intensyfikują.

Kathy ma parę przyjaciół, związanych ze sobą, Ruth i Toma. Ruth się nieco wywyższa, jest prowodyrką, przywódczynią, szafarką łaski grupowej akceptacji. Tommy w pierwszych latach szkoły był bardzo wyśmiewany przez rówieśników, i choć z tego wszyscy wyrośli, niewątpliwie to coś, co obciąża pamięć – tym bardziej, że chłopiec nie potrafił być „kreatywny” plastycznie… Ruth to mistrzyni dogadywania, wbijania szpilek, poniżania, przy czym jest też kapryśna, i niekiedy nie wiadomo, jak się zyskuje, a jak traci jej względy. Kathy zaś wydaje się zupełnie przeciętna.

Po skończeniu szkoły absolwenci przenoszeni są do wiejskich posiadłości, gdzie przez pewien czas mają pisać coś w rodzaju pracy dyplomowej. Są wyizolowani, ale nie tak drastycznie, jak w szkole. Mogą np. podróżować. Ruth, Tommy i Kathy trafiają do tego samego domu, poznają o rok starszych absolwentów – współlokatorów. Mieszając się z ludźmi z innych szkół, słyszą, ze ich Hailsham uchodzi za wyjątkową, ekskluzywną. Absolwenci, jedni po drugich, decydują się na podjęcie nauki na bliżej nieokreślonych kursach przygotowujących.

Stopniowo rozmaite wzmianki mnożą się na tyle, że obraz powieściowej rzeczywistości staje się klarowny. Bohaterowie są klonami hodowanymi na narządy. Nie uciekają, nie protestują. Ich ingerencja we własny los sprowadza się ewentualnie do ciekawości, kto jest prototypem. Posród postaci przedstawionych nam przez Ishiguro tylko Ruth – po usłyszeniu rozmaitych dających wychowankom Hailsham nadzieję plotek – bardzo zależy na tym, by odnaleźć tajemniczą Madame, i dowiedzieć się, czy osoby, których prace ta mecenaska wybierała, miały szansę na uniknięcie swego losu: czy to prawda, że odsłonięcie swej duszy poprzez sztukę sprawi, że wychowanek, doceniony przez Madame, uzyska „odroczenie”.

Perspektywa owego uniknięcia rysowana jest tylko w ramach ewentualnego oficjalnego przyzwolenia. Uzyskać, nie wywalczyć ani nie oszukać. Żaden z (przyszłych) dawców nie próbuje ucieczki. W wywiadzie Ishiguro wspomniał, że to właśnie uważa za ciekawsze. Przecież w ramach naszej codzienności cierpimy wiele niedogodności, przykrości, doświadczamy bólu i nieszczęść – a jednak totalny bunt, ucieczka z wrogiej (lub postrzeganej jako wroga) rzeczywistości jest rzadkością. Niedawno miałam okazję zwiedzić wystawę Polowanie na awangardę. Zakazana sztuka w Trzeciej Rzeszy w krakowskim MCK – podczas lektury notek biograficznych zadziwiło mnie, jak wielu prześladowanych przez reżim nazistowski artystów wybierało „emigrację zewnętrzną” zamiast ewakuacji na drugi koniec świata.

Jednak w przypadku Nie opuszczaj mnie oczywiście na myśl przychodzi bunt replikantów z Łowcy androidów (reż. Ridley Scott, 1982), ich daremna pielgrzymka do siedziby ojca-stworzyciela i niespełnione marzenie o wydłużeniu życia.

Szczegóły pracy opiekunów ani dawców nie są znane. Wiemy tylko, że po całej Anglii rozsiane są ośrodki rehabilitacyjne, w których żyją klony-dawcy (osoby pozbawione przynajmniej jednego organu), i opiekunowie jeżdżą między tymi lokacjami. To wydaje się kompletnie nieracjonalne: opiekunowie, jak Kathy, tracą czas na szosach, nie pełnią funkcji pielęgniarskich, a jedynie słuchają, pocieszają, spędzają wspólnie z przypisanymi sobie dawcami czas. Trudno zrozumieć celowość takich działań. Czy władzom zależy, by dawcy mieli u kresu życia kontakt z jakąś podobną sobie osobą, która również korzysta, widząc i rozumiejąc, jaki los czeka i na nią samą? W każdym razie właśnie nieznane władze decydują o tym, jak długo opiekun jest opiekunem, nim trafi na stół operacyjny.

Dawcy klasyfikowani są na podstawie ilości pobrań. Standardowo „wystarczają” na trzy, ale niektórzy są w stanie żyć po usunięciu czterech organów (Ishiguro nie precyzuje, na co jest popyt, ale łatwo sobie wyobrazić, iż oddanie do transplantacji nerki czy rogówki pozwala jeszcze na dalsze życie, zaś pobranie serca jest zdecydowanie ostatnią donacją) – to oczywiście wyjątki. Oczywiście i Ruth, i Tom znacznie wcześniej, niż Kathy, odchodzą z pracy opiekunów. Po którymś swym pobraniu Ruth umiera. Kathy zostaje kochanką Toma (seks nigdy nie był represjonowany, nawet w szkole z internatem). Ruth pozostawiła obojgu prezent: adres Madame.

Kathy i Tom wybierają się tam z wizytą, i udaje się im porozmawiać z dwiema osobami odpowiedzialnymi za kształt ich dzieciństwa. Od samej Madame i panny Emily z Hailsham dowiadują się, że projekt wychowywania klonów „na ludzi” był od początku społecznie kontrowersyjny, ale fundacja stojąca za Hailsham działała i wpływała na opinię publiczną, póki były na to środki. Współcześnie nie ma już takich szkół ani takich programów wychowawczych. I nie, niczego nie da się zrobić. Nie ma „odroczeń”, których koncepcja krążyła wśród byłych wychowanków jako urban legend (kobiety wspominają, że co roku dwoje lub troje wychowanków trafia do ich azylu z podobnego rodzaju nadziejami). Później Tommy umiera. Kathy już tylko czeka, kiedy to ją wyznaczą na dawczynię.

Mój opis brzmi, jak gdyby powieść Ishiguro była jakimś horrorem science–fiction. Nie jest. Narracja jest bardzo… delikatna. Pełna eufemizmów: wychowankowie, dawcy, ośrodek. Żadnego sztafażu np. technologicznego (w filmowym zwiastunie widzimy, że uczniowie mają czipy identyfikacyjne wszczepione w nadgarstki, że poruszają się w zsynchronizowany sposób jak podczas ćwiczeń wojskowych: spełnione marzenie wychowawców z brytyjskich boarding schools). Po prostu dowiadujemy się, że w latach pięćdziesiątych możliwe stało się klonowanie, i postanowiono wykorzystywać to w leczeniu ludzi–nieklonów. Pewna grupa działaczy społecznych postanowiła dowodzić, że klony mają autonomiczne człowieczeństwo… nie negując ich roli rezerwuarów części zamiennych. Ot, tyle.

Niemal zupełnie nie ma perspektywy normalnego świata. Poza szkołą, w której i tak przyjmuje się strategię niezadawania pytań, klony (niczym Scottowscy replikanci w siedzibie Tyrell Corporation) mają jedną szansę, by się czegoś o sobie dowiedzieć. Nie jest jasne, czy rozmaite wydarzenia, do jakich nawiązuje odpowiadająca Kathy i Tommy’emu panna Emily, są dla pytających zrozumiałe (np. pada potoczne, medialne określenie pewnego skandalu, którego ujawnienie pociągnęło za sobą zamykanie szkół – ośrodków i walkę o uznanie podmiotowości klonów). Nie przeczytamy, czy donacji dokonywano na rzecz osób będących pierwowzorami danego klona, czy – obcych, ale pasujących, jak w realnie praktykowanych transplantacjach.

Wiemy przede wszystkim, że ukrócono plany tworzenia klonów doskonalszych, aniżeli zwykli ludzie, w obawie, by „nadludzie” nie opanowali społeczeństwa i nie przejęli władzy (takie określenie w powieści nie pada, ale taki jest sens).

Jeśli chodzi o tytuł, jest raczej niegodny uwagi: odnosi się po prostu do sentymentalnej piosenki, której chętnie słuchała Kathy, przy której snuła marzenia – na tym kiedyś przyłapała ją Madame, ale zinterpretowała zachowanie małej marzycielki zupełnie nietrafnie. Nie lubię tego rodzaju popkulturowych kluczy, sugerujących niesamowitą ważność (albo i głębię) rozrywkowych piosenek. Świetnie, że powieść jest lepsza, niż jej tytuł. W odróżnieniu jednak od Pejzażu w kolorze sepii, w którym tylko bardzo uważny czytelnik odnalazł wyjaśnienie zagadki Etsuko, od stopniowo rozjaśniającego mroki swej przeszłości Masuji’ego Ono z Malarza świata ułudy, czy od enigmatycznego do ostatniej strony Niepocieszonego, Nie opuszczaj mnie oferuje iście hollywoodzką kulminację i rewelację (w etymologicznym znaczeniu tego słowa), przy braku happy endu**.

Ishiguro opowiada o kresie życia. Kresie u bohaterów następującym szybciej, aniżeli jesteśmy do tego w naszych czasach i naszej formacji kulturowej przyzwyczajeni. Kresie nieuniknionym. Zauważmy przy okazji, iż sztuka (wychowanie artystyczne) w Hailsham jest ekwiwalentem religii – to pewnego rodzaju niespełnialna obietnica otwarcia drzwi do innego świata, w którym rozpościerają się możliwości niedostępne w rzeczywistości hic et nunc. Parareligijna retoryka pobrzmiewa także we wspomnianych wyżej eufemistycznych określeniach odnoszących się do spraw bolesnych i drastycznych. Retoryka ta ma nie tylko koić (dawcy powinni być „wyciszeni” – s. 11), ale i dawać wyższe uzasadnienie procederom niezwykle śliskim etycznie. Najlepszym dowodem na człowieczeństwo bohaterów jest fakt, że szkolne opowieści Kathy czytamy jak Bildungsroman! Autor w sposób bolesny, ale zarazem subtelny przypomina, że czas nas wszystkich jest ograniczony, choć w przypadku jego bohaterów – ograniczony bardziej. Wniosek banalny, jednak przemawia do wyobraźni, jeśli pomyśleć, że w świecie Nie opuszczaj mnie „zejścia” mają miejsce w wieku, który my sytuujemy na granicy młodości i pełnej dojrzałości, przed wejściem w tzw. smugę cienia. Kiedy jesteśmy zadomowieni w życiu.

Paulina Szkudlarek

Kazuo Ishiguro, Nie opuszczaj mnie, przeł. Andrzej Szulc, Albatros, Warszawa 2011 (wyd. III).

Przypisy:

* Pomysł taki pojawia się w licznych mangach, by – z obecnych na polskim rynku – wymienić: Hellsing (Kohta Hirano, wyd. JPF), Full Metal Alchemist (Hiromu Arakawa, wyd. JPF) czy Ikagami (Motorō Mase, wyd. Hanami). Przykładowe powieści posiłkujące się tym motywem to Oryks i Derkacz Margaret Atwood (przeł. Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Zysk i S-ka, Poznań 2004) czy też Diamentowy wiek Neala Stephensona (przeł. Jędrzej Polak, Zysk i S-ka, Poznań 1997).

** Tu kontekstem dla Ishiguro może być powieść Ludzkie dzieci P. D. James (przeł. Maria Gębicka-Frąc, Mag, Warszawa 2006), znanej lepiej jako autorka poczytnych kryminałów. Jej antyutopia – również zekranizowana (reż. Alfonso Cuaron, 2006) – kończąc się wydarzeniem zbawiennym dla świata, intencjonalnie pociesza, ale zarazem gloryfikuje konserwatyzm obyczajowy i grozi odwróceniem toku emancypacji wywalczonej w XX wieku.

Data wpisu: 15 grudnia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Julie Otsuka, „Kiedy cesarz był bogiem”

To był ich kraj, to były ich domy, tam wychowywali dzieci, pracowali. Niektórzy nie wyznawali wiary przodków ani nie kultywowali tradycji, inni – zupełnie inaczej – nie posługiwali się nawet językiem, w którym spisano konstytucję. Na swe nieszczęście wyróżniali się wyglądem. Gdy wybuchła wojna…

Kiedy Stany Zjednoczone włączyły się do II wojny światowej pod koniec 1941 roku, po japońskich atakach na bazę marynarki wojennej w Pearl Harbor na Hawajach, amerykańskich Japończyków internowano. Wstęp celowo sugeruje, że chodzi o Zagładę europejskich Żydów, jednak – jak się okaże – analogie są dość zwodnicze.

W cenionej powieści Julie Otsuki przyglądamy się rodzinie Yamaguchi z kalifornijskiego Berkeley. Pan domu, jako szczególnie podejrzany, został szybko aresztowany przez FBI, potem zaś przetrzymywany gdzieś w Montanie. Jego żona i dwójka dzieci – starsza dziewczynka i nieco młodszy chłopiec – parę miesięcy później zostali przymusowo wysiedleni do obozu w Nevadzie… a może w Utah. Towarzyszymy rodzinie w wybranych momentach kilku wojennych lat: podczas przygotowań do ewakuacji, podczas długiej podróży, aklimatyzacji w nowym miejscu, i w trudnym czasie po powrocie do Berkeley.

Rodzina była znakomicie zadomowiona w miejscu zamieszkania. Miała zaprzyjaźnionych sąsiadów, skonsternowanych koniecznością podporządkowania się restrykcjom narzuconym przez władze, nieprotestujących, umiejących wyrażać wsparcie drobnymi a przecież cennymi gestami. Dzieci nosiły amerykańskie imiona i posługiwały się wyłącznie językiem angielskim, co nie jest zadeklarowane, ale ukazane w momencie próby nawiązania kontaktu z przypadkowym współpasażerem przesiedleńczego pociągu (s. 22). W obozie one i matka zakwaterowani zostali z licznymi przedstawicielami japońskiej diaspory, a była ona różnorodna. Towarzysze niedoli mogli być kimkolwiek: kwiaciarzami, kelnerami, pucybutami, rybakami, instruktorami judo, byłymi dyrektorami generalnymi jakiegoś zaibatsu czy keiretsu (może to za dużo powiedziane, jednak określenie, jakiego użyłam, jest parafrazą Otsuki, w innym zaś miejscu czytamy: „Pomywacz (…) był kiedyś kierownikiem działu sprzedaży w dużej firmie eksportowo-importowej” – s. 39), mnichami buddyjskim albo kapłanami shinto (s. 92), kultu, na które spadło szczególne odium. W jego ramach – i do tego odnosi się tytuł powieści – cesarzowi należała się boska cześć. Cesarz Hirohito był dla Amerykanów przywódcą państwa, z którym USA były w stanie wojny. Nie należało nawet wymieniać jego imienia, co rzecz jasna budziło niemal przymus, by to robić. Harryemu Yamaguchi cesarskie miano „czasem się wymykało” (s. 37). Był jednak dzieckiem, amerykańskim dzieckiem. Marzył o coca-coli z lodem, intensywniej jednak o tym, że jest bohaterem wojennym. „Zamknął oczy i wyobraził sobie, że (…) walczy na Wyspach Salomona. Albo leci na zwiad nad Mindanao” (na Filipinach), i orderem odznacza go MacArthur (s. 54), słynny dowódca wojska alianckich na Pacyfiku, w 1945 roku triumfujący nad Japonią. Tymczasem Harry

Biegał pośród baraków z innymi chłopcami bawiąc się w policjantów i złodziei albo w wojnę. „Zabij Szwaba!”, „Zabij Japońca!” (s. 38).

Obozowe braki nie były – dla czytelników pamiętających o realiach utworzonych przez hitlerowców gett, obozów koncentracyjnych i obozów zagłady – dotkliwe. Bez coca-coli i kremu do twarzy można żyć, stołówka natomiast nie dawała „żadnych dokładek… z wyjątkiem chleba i mleka” (s. 42, trzykropek pochodzi ode mnie – P.S.). Niekiedy elektryzujące internowanych groźby – że stworzone zostaną osobne obozy dla kobiet i mężczyzn, że nastąpi sterylizacja, a nawet rozstrzelanie (s. 48) – okazywały się tylko pogłoskami. Zresztą po podpisaniu odpowiedniej „lojalki” miejsce pobytu można było opuścić… i wstąpić ochotniczo do US Army.

Otsuka eksponuje lojalność internowanych wobec Stanów Zjednoczonych i ich brak zainteresowania „starym krajem”. Niemal w nawiasie wspomina osoby posługujące się wyłącznie językiem japońskim, wierne nie tylko tradycji, ale i cesarzowi. Tymczasem dzięki wywiadom z japońskimi jeńcami wojennymi i właśnie osobami internowanymi antropolożka Ruth Benedict pozyskała materiały do swej słynnej książki Chryzantema i miecz.

Po kapitulacji, czy z drugiej strony rzecz ujmując, po zwycięstwie aliantów Japończycy i Amerykanie japońskiego pochodzenia mogli wrócić do domów. Yamaguchi zastali swoją posesję zaniedbaną przez wojennych lokatorów, okradzioną z pewnych rzeczy, jednak budynek był jak najbardziej możliwy do zamieszkania, a ukryte pamiątki i inne istotne dla rodziny przedmioty okazały się bezpieczne – nietknięte.

Najboleśniejszym problemem okazał się społeczny ostracyzm. Zapowiedzią tego stanu był fakt, iż wychodząc z obozu, poza biletem kolejowym internowani otrzymywali kwotę 25 dolarów (s. 77). „Potem dowiedzieliśmy się, że tyle samo dostawali przestępcy zwalniani z więzienia” (s. 78). Zostali napiętnowani niczym próbujący wrócić do dawnego życia przestępcy. Przecież dla sąsiadów właśnie nimi byli, ba! byli zbrodniarzami. Wracający z azjatyckich frontów amerykańscy żołnierze opowiadali o koszmarach wojny z Japończykami, np. o wypadkach na polu walki („Okrążonych Jankesów oblano benzyną i podpalono, zamieniając ludzi w żywe pochodnie” – s. 79) czy torturach w obozach jenieckich („Wbijali nam pod paznokcie bambusowe drzazgi” – s. 78).

Na gwałtowności i zapalczywości żołnierzy w okrutnych starciach czy bezwzględności obozowych oprawców problem się nie kończył. „Ze wszystkich wrogów, z którymi Stany Zjednoczone kiedykolwiek toczyły wojnę totalną, Japończycy byli najbardziej Amerykanom obcy” to pierwsze słowa Chryzantemy i miecza Benedict, wskazujące na kulturowe niezrozumienie – i jego wielką potrzebę. Chęci „odkrycia przesłanej japońskiego stylu życia, sposobów postępowania” zabrakło berkeleyskim sąsiadom bohaterów powieści Otsuki.

Wciąż czekająca na powrót męża pani Yamaguchi z trudem znalazła nędzne zatrudnienie, nieadekwatne do jej przedwojennego statusu. Sytuacja była szczególnie bolesna dla dzieci. Nie chciały być brane za wrogów, zastanawiały się, co zrobić, by znów stanowić część amerykańskiej wspólnoty. Przechodząc w pierwszoosobową narrację przedstawicielki skrzywdzonego pokolenia, Otsuka pisze: „Zmienimy imiona, żeby brzmiały tak jak ich. A jeśli matka na ulicy zwróci się do nas po staremu, odwrócimy się, jakbyśmy jej nie znali” (s. 75). Zauważmy, że mały bohater ma na imię Harry, jak urzędujący od początku 1945 roku prezydent Stanów Zjednoczonych, który w historii zapisał się m. in. rozkazem zrzucenia bomb atomowych na japońskie miasta.

W szkole, deklaruje autorka, „zawsze byliśmy grzeczni” (s. 80). Zaznawali prześladowań ze strony koleżanek i kolegów, choć za wszelką cenę unikali nawet nie konfliktów, co konfrontacji: „przepraszam, że na ciebie patrzę, przepraszam cię, że tutaj siedzę, wybaczcie mi, że znów tu jestem” (s. 81). Nieznające tradycji kraju przodków dzieci potwierdzają tu nieświadomie stereotyp dotyczący japońskich inklinacji do ceremonialnych i przesadnych przeprosin, czy innego rodzaju zachowań „z pokorą i uniżeniem”. Weryfikują też tezę Ruth Benedict o kulturze winy i kulturze wstydu.

Powracający byli niemile widziani. Nieodróżnialni dla Amerykanów („wszyscy są tacy sami” – s. 92), co gorsza, przed wojna myleni z Chińczykami i innymi Azjatami – teraz już nie do pomylenia, ponieważ wiadomo było, kto wrócił z internowania – stali się adresatami rasistowskich (czyli raczej kojarzącymi się z Osią) obelg: żółtek, skośnooki, małpa (również s. 92). A przecież ci, których opisuje Otsuka, sami byli Amerykanami.

Wydaje się, że powieść Otsuki prezentuje – by tak rzec – lżejszą wersję historii europejskich, a szczególnie polskich Żydów. Fazy narastających prześladowań. Obostrzenia dot. działalności gospodarczej*. Koncentracja. Piętno, niechętne powitanie po powrocie.

Właściwym jednak kontekstem historycznym dla tej opublikowanej w 2002 roku książki jest nie Zagłada, a amerykański 11 września (2001 r.). Na myśl przychodzą nieprzyjemności, jakie ze strony sąsiadów spotykały wówczas amerykańskich muzułmanów, ale przede wszystkim represje ze strony władz, poniżające praktyki stosowane wobec aresztantów podejrzewanych o nielojalność czy wręcz antypaństwową przestępczość.

Krótka powieść przestrzega przed krzywdzącymi sankcjami społecznymi i wymuszaniem odpowiedzialności zbiorowej. Nie znajdziemy jednak u Otsuki socjologizującego namysłu nad długofalowymi konsekwencjami tych prześladowań na japońską diasporę w USA. Powieść Kiedy cesarz był bogiem jest raczej skargą, wyrazem żalu wobec kraju, który nie był dla emigrantów ziemią obiecaną. Nie był nią przez kilka lat, odebrał część dzieciństwa. Tylko tyle czy aż tyle?

Paulina Szkudlarek

Julie Otsuka, Kiedy cesarz był bogiem, przeł. Witold Nowakowski, Amber, Warszawa 2004. Cytaty pochodzą z tego wydania. Odniesienia do Ruth Benedict: Chryzantema i miecz. Wzory kultury japońskiej, przeł. Ewa Klekot, PIW, Warszawa 1999, odpowiednio s. 13 i 27.

* Mając pretekst, by zachęcić do szerszej lektury dopowiem, że na tym tematom Barbara Engelking poświęciła pracę Zagłada i pamięć. Doświadczenie Holocaustu i jego konsekwencje opisane na podstawie relacji autobiograficznych, Wydawnictwo Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, Warszawa 1994.

Data wpisu: 6 listopada, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Trup w każdej szwedzkiej szafie. Marie Hermanson, „Plaża muszli”

W wywiadzie, jakiego po publikacji Plaży muszli portalowi Wirtualna Polska udzieliła Marie Hermanson, padło pytanie, co jest współcześnie (rozmowa miała miejsce trzy lata temu) rysem charakterystycznym w literaturze szwedzkiej. Pisarka odpowiedziała:

Kiedy odwiedzasz szwedzką księgarnię, nie możesz nie zauważyć powieści kryminalnych. Są one bardzo popularne i dominują na listach bestsellerów. Prawnicy, lekarze i dentyści odnoszą sukces jako autorzy kryminałów, ale również autorzy z dużym dorobkiem zaczynają tworzyć taką literaturę.

Jest wiele powieści, które w sposób realistyczny – czasem zabawny, czasem bardziej poważny – opisują trudności w połączeniu pracy zawodowej, życia rodzinnego i równouprawnienia w relacji kobiety i mężczyzny.

Innym nurtem jest literatura dokumentu osobistego. Autor jest jej głównym bohaterem, pozostałymi bohaterami są wydawcy, inni autorzy, dziennikarze itp., ludzie, którzy naprawdę istnieją, często dobrze znani czytelnikom.

Jak we wskazane przez siebie nurty wpasowuje się sama Hermanson? Wprawdzie poniżej ujawniam dość znaczące detale z fabuły, jednak wbrew pozorom nie przekreślam celowości lektury Plaży muszli, ani nie odbieram czytelniczej przyjemności – największym atutem powieści jest sfera obyczajowa i charakterologiczna, co spycha okoliczność „rzucania nowego światła na tajemnicę sprzed lat” – jak głosi wydawnicza zachęta na okładce – do roli kwestii trzecioplanowej. Zgodnie z blogowymi zwyczajami, to stwierdzenie można jednak traktować jako ostrzeżenie przed spoilerami.

Przez książkę prowadzi nas przede wszystkim narratorka, Urlika. Jest ona rozwiedzioną etnografką, utrzymuje wzorowe stosunki z byłym mężem, Andersem, w imię dobra dwóch synów. Nie wydaje się stać w punkcie zwrotnym, nie dąży do zmian.

W dzieciństwie zaprzyjaźniła się z dziewczynką Anne-Marie, której rodzina, Gottmanowie, mieli domek letniskowy w tej samej okolicy. Urlika lgnęła do nich, i wstydziła się swoich rodziców: nastawionych prawicowo, stawiających na ciężką pracę stanowiącą kartę wstępu do klasy średniej. Ojciec, wychowany przez przypadkowych krewnych i owdowiałego stosującego przemoc ojca–alkoholika, był człowiekiem awansu, dentystą z doktoratem. Matka Urliki, wpierw opiekująca się domem i małą córką, później pracowała na część etatu jako pomoc dentystyczna.

Rodzice Anne-Marie byli zaś lewicującymi intelektualistami – Åke i Karin, pisarz i dziennikarka „Dagens Nyheter”, pozwalający, by dzieci: Eva, Jens i Anne-Marie, mówiły im po imieniu. Przyjaźń dziewcząt przetrwała lata. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, progu dorosłości, latem, kiedy mają miejsca kluczowe zdarzenia, Anne-Marie imponowała urodą, a Urlika, pełna kompleksów, zafascynowana była Jensem, bratem Anne-Marie. Karin podczas dziennikarskiej podróży do Bangalore trafiła do sierocińca, który zrobił na niej takie wrażenie, że wraz z mężem adoptowała dziewczynkę z problemami rozwojowymi, Maję. Maja nie była zwykłym dzieckiem. Nigdy nie nauczyła się mówić, uwielbiała, chować i odnajdywać przedmioty, pływać i rysować według obieranych przez siebie konwencji… rysować rzeczy niepokojące. Nie pokochała też swoich rodziców adopcyjnych.

W następnym roku, gdy Gottmanowie wraz z gośćmi bawili na letnisku, Maja – szczególnie przywiązana do Anne-Marie, która wtedy właśnie sposobiła się do wypłynięcia łodzią – wymusiła na młodzieży zabranie jej na wyspę, na której zaplanowano obchody Midsommar (nocy świętojańskiej). Imprezowicze pili, łączyli się w pary, przeżywali swe olśnienia i rozczarowania, a rano Anne-Marie odkryła, że Maja znikła. Długie miesiące bezowocnych poszukiwań rozbiły idealną rodzinę. Ojciec przestał pisać i strasznie się rozpił, Anne-Marie, obwiniając się, popadła w patologiczne odrętwienie. Pozory normalności, poprzez trzymanie się codziennej rutyny, zachowywali dziadkowie – rodzice Åkego, Tor i Sigrid, oraz starająca się wspierać przyjaciółkę, wciąż przebywająca na letnisku Gottmanów Urlika.

Po długim czasie Maja została odnaleziona – cała, zdrowa, niezagłodzona, w tym samym, co w Midsommar stroju stała na dziwnej, niedostępnej półce skalnej. Zabrano ją do domu, co przyśpieszyło rozpad rodziny Gottmanów. Dziadkowie spali, gdy Maja wróciła. Po tak długim czasie nikt się nie spodziewał nagłego rozwiązania. Następnego ranka starsi państwo, podobnie jak dziewczynka, wstali wcześnie – skonfrontowany z niespodziewanym widokiem Mai Tor dostał wylewu. Karin i Åke się rozwiedli. Ojciec wszedł w inny, nieudany związek. Pił, miał zawały, skończył dosłownie (!) w rynsztoku. Matka zrezygnowała z etatu w dzienniku, pracowała jako wolny strzelec, poświęciła się Mai. Nigdy nie określono, czym była choroba dziewczynki, być może specyficzny przypadek autyzmu. Po latach Maja trafiła do domu opieki, w którym przy minimalnej zewnętrznej ingerencji mieszkała grupa osób o różnym stopniu niepełnosprawności umysłowej. Anne-Marie wyemigrowała do USA upadek piękności, brak sukcesu). Poza tym stateczna opinia publiczna uosabiana przez rodziców Urliki, nigdy nie uwierzyła w opisywaną wersję zdarzeń – że Maja po prostu znikła z imprezy i niespodziewanie się pojawiła. Urlika jest uznana za zbyt zafascynowaną Gottmanami. Porządni ludzie myślą co innego, doszukują się w swoim mniemaniu bardziej racjonalnych wyjaśnień – ot, Åke i Karin byli ze sobą skonfliktowani, i bądź ona ukryła dziecko przed nim, bądź on przed nią, np. u kochanki w Göteborgu.

Wszystkiego, co dotyczyło owych późniejszych losów rodziny Gottmanów, Urlika dowiedziała się z prasy i od spotkanego po latach Jensa, żonatego pracownika branży reklamowej, z którym przeżyła emocjonalno-seksualną przygodę. Ona sama – przypominam, etnografka – wyspecjalizowała się w ludowych opowieściach (i ich młodszych siostrach: urban legends) o „uprowadzeniu przez trolle”.

Konstrukcja książki podpowiada nam, że historia kryje w sobie jakąś tajemnicę. Przez większą część Urlika jest pierwszoosobową narratorką, cofającą się do czasów dzieciństwa i młodości. Inne rozdziały to trzecioosobowa relacja dotycząca niepełnosprawnej umysłowo, a może niedostosowanej do społecznych norm Kristiny. To mądra, ale zawsze milcząca uczennica, studentka, która uciekła z uczelni, by zostać sprzątaczką w szpitalu, później pensjonariuszka, dla której opieka społeczna znajduje doskonałe, choć kontrowersyjne rozwiązanie. Kristina zajmuje pozbawiony wszelkich wygód wiejski (nie mylić z letniskowym!) domek, urządza go po swojemu – zamiast łóżka ma barłóg, resztę przestrzeni wykorzystuje jako przedziwną pracownię do modyfikowania przedmiotów, które znajduje w okolicy – w lesie i na plaży. Ma to dla niej wymiar terapeutyczny, i tu zaskoczenie. Takie niekonwencjonalne rozwiązanie życiowych problemów kobiety to coś zgoła innego, niż siłowe normalizowanie, jakie znamy z innych powieści (np. Majgull Axelsson). Kobieta jest akceptowana przez miejscowych. Nie integruje się z nimi, jednak robi niezbędne zakupy, od czasu do czasu bywa kontrolowana przez swoją kuratorkę. Ta nabiera wyrozumiałości, nie upiera się już przy spaniu w łóżku i jedzeniu przy stole. W osadzie bywają też rodzice Kristiny, starający się doceniać plusy sytuacji: ich córka ma swe miejsce na świecie, tworzy sztukę, nawet… bierze leki. Okazuje się, że to właśnie Kristina, przypadkowo zadomowiona w okolicy (bez tego zbiegu okoliczności nie byłoby opowieści) i pływająca kajakiem w noc letniego przesilenia, porywa Maję i przez miesiące kryje ją przed światem. Gdy przygodni ludzie znajdują niemą dziewczynkę na skalnej półce, znanej tylko wtajemniczonym, widocznej tylko z wody, ukryta w rozpadlinie Kristina załamuje się, i choć wraca do domu i do swego samotnego życia, niedługo potem popełnia samobójstwo.

Opowieść Urliki rozpoczyna się, gdy kobieta odwiedza z synami plaże swego dzieciństwa. Na jednej, szczególnie trudno dostępnej, chłopcy znajdują szkielet w labiryncie wśród skał. Są przeszczęśliwi, że odkryli człowieka jaskiniowego, jednak zagadka zwłok jest zdecydowanie świeższej daty. W nawiązaniu do wypowiedzi Hermanson zacytowanej na początku: typowy dla tego, co kojarzę ze szwedzką literaturą XXI wieku, jest trup w każdej szafie z Ikei.

Młoda para, znana później jako małżeństwo Gottmanów, oddaje swe pierwsze nieplanowane dziecko, dziewczynkę, do adopcji. Ta, wedle wiedzy Jensa, umiera w wieku przedszkolnym.

Przeżycia z młodości naznaczają naukowe zainteresowania Urliki mitem motywem porwania przez trolle. Znane jej głównie z dawnych przekazów relacje, które opowiada na otwartych wykładach, brzmią dość banalnie, szczególnie w porównaniu ze Nie przed zachodem słońca Johanny Sinisalo. Być może autorka celowo nie pokazuje Urliki na uczelni – poziom pogadanek dla „młodych dziewczyn gustujących w New Age i starszych pań zainteresowanych swoim regionem” (s. 32) nie musi być akademicki. To jednak, co mówi „nastawiona na efekt” prelegentka sugeruje, że jej wiedza jest szeroka i dogłębna, a przede wszystkim wystarczy, by w tym kontekście wątek zaginięcia Mai miał posmak tajemniczości. Uważnie śledząca reakcje swego audytorium Urlika nie pomija przyziemnych i niekiedy brutalnych wyjaśnień, jak to z tymi rzekomymi uprowadzeniami bywało. Częstymi ofiarami były dzieci matek zbierających w lasach grzyby, jagody czy chrust… ofiarami niedopilnowania, nie uprowadzenia przez istotę nadprzyrodzoną, oczywiście. Łatwiej było opowiedzieć wspólnocie, np. sąsiadom z wioski, o winie trolli porywaczy, aniżeli ujawnić pragnienie pozbycia się własnego dziecka. Tu metafora skonstruowana przez Hermanson tanieje: rówieśnica pierwszej córki Gottmanów, niepasująca do swych rodziców Kristina staje się dzikuską, najlepszym możliwym odpowiednikiem trolla, i bez złych intencji, jako wcielenie woli mściwego fatum, porywa najmłodszą ukochaną córeczkę, rozbija rodzinę, dotkliwie karze wszystkich jej członków. W to zresztą wierzyła Karin.

Książka jest bardzo sprawnie napisana. Najciekawsze jest ujęcie tego, co dzieje się z mrzonkami, jakie na temat społecznego współżycia żywimy w dzieciństwie i młodości. To gorzkie i sentymentalne zarazem. Nie podoba mi się jednak kompletna niewiara w zbudowanie dobrego związku. Być może w takim żyją dziadkowie, Tor i Sigrid, lecz należą oni do innego pokolenia. Rodzice się rozwodzą, rozwodzą się Urlika i Anders, Jens zdradza z Urliką żonę. Nie, nie ubolewam nad rozpasaniem czy upadkiem moralności, dziwi mnie jedynie kompletna nieumiejętność ułożenia sobie życia – nie powiem: odpowiedzialnie, powiem: szczęśliwie. Obraz jest przygnębiający, ale pasuje do – by tak rzec – skandynawskiej ideologii social awareness. Idea rodziny – choćby była to rodzina rozbijana, rekonstruowana, niemniej zawsze normatywna – triumfuje. System wspomaga rozwiedzionych w taki sposób, by mogli bezkonfliktowo dzielić się opieką nad dziećmi. Co więcej, w młodości Karin bynajmniej nie chciała zrzekać się praw do opieki nad swym pierwszym dzieckiem. Została do tego nakłoniona. W dalszej konsekwencji jej ówczesna zgoda i podporządkowanie się woli lekarzy pozwoliły jej i Åkemu stworzyć rodzinę i przez wiele lat żyć w spokoju i dostatku. Jako zwolennicy, a przynajmniej – pragmatycznie – wyborcy SAP (Szwedzkiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej), przez wiele dziesięcioleci należeli do politycznego mainstreamu, popierali tak zwany progresywizm, który był de facto polityką państwową. Życiowa sielanka skończyła się, gdy lepsze stało się wrogiem dobrego: szlachetna decyzja o adopcji dziewczynki z „zacofanego” kraju była zarazem kaprysem i zadośćuczynieniem za niegdysiejszą krzywdę wyrządzoną – jak mniemała Karin – pierwszemu dziecku małżeństwa Gottmanów. Zauważmy jeszcze, że takie „fanaberie” miały miejsce w drugim pokoleniu beneficjentów welfare state (pierwsze stanowili również lewicowi Tor i Sigrid), ludzi mających wykształcenie humanistyczne, tu na swój sposób utożsamiane z dobrobytem. W rodzinie Urliki to ona jako pierwsza mogła sobie „pozwolić” na niepraktyczny, niemal hobbystyczny zawód. Ostatnie lata natomiast przewróciły wszystko do góry nogami. Popularnymi powieściopisarzami są prawnicy, lekarze i dentyści.

Wpierw Plaża muszli zdaje się powielać liczne schematy fabularne, jakie stały się już rozpoznawalnymi znakami firmowymi w literaturze skandynawskiej, odcinać kupony od konwencji niemal gwarantujących poczytność. Dalszy namysł ujawnia przewrotność powieściowej wizji, głębszą krytykę społeczną nieodnajdywalną wśród bezpośrednich deklaracji Hermanson. W ten sposób literatura piękna dowodzi swej przewagi nad teoriami i analizami socjopolitycznymi – mówi więcej, przystępniej, i nie obciąża się nachalną retoryką.

Paulina Szkudlarek

Marie Hermanson, Plaża muszli, przeł. Bratumiła Pawłowska, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2008. Cytat i nieoznaczone odwołania pochodzą z tego wydania. Kontekstem dla lektury może być opracowanie zbiorowe Szwecja. Przewodnik nieturystyczny, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2010.

Data wpisu: 5 września, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Trup w każdej szwedzkiej szafie. Marie Hermanson, „Plaża muszli”

W wywiadzie, jakiego po publikacji Plaży muszli portalowi Wirtualna Polska udzieliła Marie Hermanson, padło pytanie, co jest współcześnie (rozmowa miała miejsce trzy lata temu) rysem charakterystycznym w literaturze szwedzkiej. Pisarka odpowiedziała:

Kiedy odwiedzasz szwedzką księgarnię, nie możesz nie zauważyć powieści kryminalnych. Są one bardzo popularne i dominują na listach bestsellerów. Prawnicy, lekarze i dentyści odnoszą sukces jako autorzy kryminałów, ale również autorzy z dużym dorobkiem zaczynają tworzyć taką literaturę.

Jest wiele powieści, które w sposób realistyczny – czasem zabawny, czasem bardziej poważny – opisują trudności w połączeniu pracy zawodowej, życia rodzinnego i równouprawnienia w relacji kobiety i mężczyzny.

Innym nurtem jest literatura dokumentu osobistego. Autor jest jej głównym bohaterem, pozostałymi bohaterami są wydawcy, inni autorzy, dziennikarze itp., ludzie, którzy naprawdę istnieją, często dobrze znani czytelnikom.

Jak we wskazane przez siebie nurty wpasowuje się sama Hermanson? Wprawdzie poniżej ujawniam dość znaczące detale z fabuły, jednak wbrew pozorom nie przekreślam celowości lektury Plaży muszli, ani nie odbieram czytelniczej przyjemności – największym atutem powieści jest sfera obyczajowa i charakterologiczna, co spycha okoliczność „rzucania nowego światła na tajemnicę sprzed lat” – jak głosi wydawnicza zachęta na okładce – do roli kwestii trzecioplanowej. Zgodnie z blogowymi zwyczajami, to stwierdzenie można jednak traktować jako ostrzeżenie przed spoilerami.

Przez książkę prowadzi nas przede wszystkim narratorka, Urlika. Jest ona rozwiedzioną etnografką, utrzymuje wzorowe stosunki z byłym mężem, Andersem, w imię dobra dwóch synów. Nie wydaje się stać w punkcie zwrotnym, nie dąży do zmian.

W dzieciństwie zaprzyjaźniła się z dziewczynką Anne-Marie, której rodzina, Gottmanowie, mieli domek letniskowy w tej samej okolicy. Urlika lgnęła do nich, i wstydziła się swoich rodziców: nastawionych prawicowo, stawiających na ciężką pracę stanowiącą kartę wstępu do klasy średniej. Ojciec, wychowany przez przypadkowych krewnych i owdowiałego stosującego przemoc ojca–alkoholika, był człowiekiem awansu, dentystą z doktoratem. Matka Urliki, wpierw opiekująca się domem i małą córką, później pracowała na część etatu jako pomoc dentystyczna.

Rodzice Anne-Marie byli zaś lewicującymi intelektualistami – Åke i Karin, pisarz i dziennikarka „Dagens Nyheter”, pozwalający, by dzieci: Eva, Jens i Anne-Marie, mówiły im po imieniu. Przyjaźń dziewcząt przetrwała lata. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, progu dorosłości, latem, kiedy mają miejsca kluczowe zdarzenia, Anne-Marie imponowała urodą, a Urlika, pełna kompleksów, zafascynowana była Jensem, bratem Anne-Marie. Karin podczas dziennikarskiej podróży do Bangalore trafiła do sierocińca, który zrobił na niej takie wrażenie, że wraz z mężem adoptowała dziewczynkę z problemami rozwojowymi, Maję. Maja nie była zwykłym dzieckiem. Nigdy nie nauczyła się mówić, uwielbiała, chować i odnajdywać przedmioty, pływać i rysować według obieranych przez siebie konwencji… rysować rzeczy niepokojące. Nie pokochała też swoich rodziców adopcyjnych.

W następnym roku, gdy Gottmanowie wraz z gośćmi bawili na letnisku, Maja – szczególnie przywiązana do Anne-Marie, która wtedy właśnie sposobiła się do wypłynięcia łodzią – wymusiła na młodzieży zabranie jej na wyspę, na której zaplanowano obchody Midsommar (nocy świętojańskiej). Imprezowicze pili, łączyli się w pary, przeżywali swe olśnienia i rozczarowania, a rano Anne-Marie odkryła, że Maja znikła. Długie miesiące bezowocnych poszukiwań rozbiły idealną rodzinę. Ojciec przestał pisać i strasznie się rozpił, Anne-Marie, obwiniając się, popadła w patologiczne odrętwienie. Pozory normalności, poprzez trzymanie się codziennej rutyny, zachowywali dziadkowie – rodzice Åkego, Tor i Sigrid, oraz starająca się wspierać przyjaciółkę, wciąż przebywająca na letnisku Gottmanów Urlika.

Po długim czasie Maja została odnaleziona – cała, zdrowa, niezagłodzona, w tym samym, co w Midsommar stroju stała na dziwnej, niedostępnej półce skalnej. Zabrano ją do domu, co przyśpieszyło rozpad rodziny Gottmanów. Dziadkowie spali, gdy Maja wróciła. Po tak długim czasie nikt się nie spodziewał nagłego rozwiązania. Następnego ranka starsi państwo, podobnie jak dziewczynka, wstali wcześnie – skonfrontowany z niespodziewanym widokiem Mai Tor dostał wylewu. Karin i Åke się rozwiedli. Ojciec wszedł w inny, nieudany związek. Pił, miał zawały, skończył dosłownie (!) w rynsztoku. Matka zrezygnowała z etatu w dzienniku, pracowała jako wolny strzelec, poświęciła się Mai. Nigdy nie określono, czym była choroba dziewczynki, być może specyficzny przypadek autyzmu. Po latach Maja trafiła do domu opieki, w którym przy minimalnej zewnętrznej ingerencji mieszkała grupa osób o różnym stopniu niepełnosprawności umysłowej. Anne-Marie wyemigrowała do USA upadek piękności, brak sukcesu). Poza tym stateczna opinia publiczna uosabiana przez rodziców Urliki, nigdy nie uwierzyła w opisywaną wersję zdarzeń – że Maja po prostu znikła z imprezy i niespodziewanie się pojawiła. Urlika jest uznana za zbyt zafascynowaną Gottmanami. Porządni ludzie myślą co innego, doszukują się w swoim mniemaniu bardziej racjonalnych wyjaśnień – ot, Åke i Karin byli ze sobą skonfliktowani, i bądź ona ukryła dziecko przed nim, bądź on przed nią, np. u kochanki w Göteborgu.

Wszystkiego, co dotyczyło owych późniejszych losów rodziny Gottmanów, Urlika dowiedziała się z prasy i od spotkanego po latach Jensa, żonatego pracownika branży reklamowej, z którym przeżyła emocjonalno-seksualną przygodę. Ona sama – przypominam, etnografka – wyspecjalizowała się w ludowych opowieściach (i ich młodszych siostrach: urban legends) o „uprowadzeniu przez trolle”.

Konstrukcja książki podpowiada nam, że historia kryje w sobie jakąś tajemnicę. Przez większą część Urlika jest pierwszoosobową narratorką, cofającą się do czasów dzieciństwa i młodości. Inne rozdziały to trzecioosobowa relacja dotycząca niepełnosprawnej umysłowo, a może niedostosowanej do społecznych norm Kristiny. To mądra, ale zawsze milcząca uczennica, studentka, która uciekła z uczelni, by zostać sprzątaczką w szpitalu, później pensjonariuszka, dla której opieka społeczna znajduje doskonałe, choć kontrowersyjne rozwiązanie. Kristina zajmuje pozbawiony wszelkich wygód wiejski (nie mylić z letniskowym!) domek, urządza go po swojemu – zamiast łóżka ma barłóg, resztę przestrzeni wykorzystuje jako przedziwną pracownię do modyfikowania przedmiotów, które znajduje w okolicy – w lesie i na plaży. Ma to dla niej wymiar terapeutyczny, i tu zaskoczenie. Takie niekonwencjonalne rozwiązanie życiowych problemów kobiety to coś zgoła innego, niż siłowe normalizowanie, jakie znamy z innych powieści (np. Majgull Axelsson). Kobieta jest akceptowana przez miejscowych. Nie integruje się z nimi, jednak robi niezbędne zakupy, od czasu do czasu bywa kontrolowana przez swoją kuratorkę. Ta nabiera wyrozumiałości, nie upiera się już przy spaniu w łóżku i jedzeniu przy stole. W osadzie bywają też rodzice Kristiny, starający się doceniać plusy sytuacji: ich córka ma swe miejsce na świecie, tworzy sztukę, nawet… bierze leki. Okazuje się, że to właśnie Kristina, przypadkowo zadomowiona w okolicy (bez tego zbiegu okoliczności nie byłoby opowieści) i pływająca kajakiem w noc letniego przesilenia, porywa Maję i przez miesiące kryje ją przed światem. Gdy przygodni ludzie znajdują niemą dziewczynkę na skalnej półce, znanej tylko wtajemniczonym, widocznej tylko z wody, ukryta w rozpadlinie Kristina załamuje się, i choć wraca do domu i do swego samotnego życia, niedługo potem popełnia samobójstwo.

Opowieść Urliki rozpoczyna się, gdy kobieta odwiedza z synami plaże swego dzieciństwa. Na jednej, szczególnie trudno dostępnej, chłopcy znajdują szkielet w labiryncie wśród skał. Są przeszczęśliwi, że odkryli człowieka jaskiniowego, jednak zagadka zwłok jest zdecydowanie świeższej daty. W nawiązaniu do wypowiedzi Hermanson zacytowanej na początku: typowy dla tego, co kojarzę ze szwedzką literaturą XXI wieku, jest trup w każdej szafie z Ikei.

Młoda para, znana później jako małżeństwo Gottmanów, oddaje swe pierwsze nieplanowane dziecko, dziewczynkę, do adopcji. Ta, wedle wiedzy Jensa, umiera w wieku przedszkolnym.

Przeżycia z młodości naznaczają naukowe zainteresowania Urliki mitem motywem porwania przez trolle. Znane jej głównie z dawnych przekazów relacje, które opowiada na otwartych wykładach, brzmią dość banalnie, szczególnie w porównaniu ze Nie przed zachodem słońca Johanny Sinisalo. Być może autorka celowo nie pokazuje Urliki na uczelni – poziom pogadanek dla „młodych dziewczyn gustujących w New Age i starszych pań zainteresowanych swoim regionem” (s. 32) nie musi być akademicki. To jednak, co mówi „nastawiona na efekt” prelegentka sugeruje, że jej wiedza jest szeroka i dogłębna, a przede wszystkim wystarczy, by w tym kontekście wątek zaginięcia Mai miał posmak tajemniczości. Uważnie śledząca reakcje swego audytorium Urlika nie pomija przyziemnych i niekiedy brutalnych wyjaśnień, jak to z tymi rzekomymi uprowadzeniami bywało. Częstymi ofiarami były dzieci matek zbierających w lasach grzyby, jagody czy chrust… ofiarami niedopilnowania, nie uprowadzenia przez istotę nadprzyrodzoną, oczywiście. Łatwiej było opowiedzieć wspólnocie, np. sąsiadom z wioski, o winie trolli porywaczy, aniżeli ujawnić pragnienie pozbycia się własnego dziecka. Tu metafora skonstruowana przez Hermanson tanieje: rówieśnica pierwszej córki Gottmanów, niepasująca do swych rodziców Kristina staje się dzikuską, najlepszym możliwym odpowiednikiem trolla, i bez złych intencji, jako wcielenie woli mściwego fatum, porywa najmłodszą ukochaną córeczkę, rozbija rodzinę, dotkliwie karze wszystkich jej członków. W to zresztą wierzyła Karin.

Książka jest bardzo sprawnie napisana. Najciekawsze jest ujęcie tego, co dzieje się z mrzonkami, jakie na temat społecznego współżycia żywimy w dzieciństwie i młodości. To gorzkie i sentymentalne zarazem. Nie podoba mi się jednak kompletna niewiara w zbudowanie dobrego związku. Być może w takim żyją dziadkowie, Tor i Sigrid, lecz należą oni do innego pokolenia. Rodzice się rozwodzą, rozwodzą się Urlika i Anders, Jens zdradza z Urliką żonę. Nie, nie ubolewam nad rozpasaniem czy upadkiem moralności, dziwi mnie jedynie kompletna nieumiejętność ułożenia sobie życia – nie powiem: odpowiedzialnie, powiem: szczęśliwie. Obraz jest przygnębiający, ale pasuje do – by tak rzec – skandynawskiej ideologii social awareness. Idea rodziny – choćby była to rodzina rozbijana, rekonstruowana, niemniej zawsze normatywna – triumfuje. System wspomaga rozwiedzionych w taki sposób, by mogli bezkonfliktowo dzielić się opieką nad dziećmi. Co więcej, w młodości Karin bynajmniej nie chciała zrzekać się praw do opieki nad swym pierwszym dzieckiem. Została do tego nakłoniona. W dalszej konsekwencji jej ówczesna zgoda i podporządkowanie się woli lekarzy pozwoliły jej i Åkemu stworzyć rodzinę i przez wiele lat żyć w spokoju i dostatku. Jako zwolennicy, a przynajmniej – pragmatycznie – wyborcy SAP (Szwedzkiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej), przez wiele dziesięcioleci należeli do politycznego mainstreamu, popierali tak zwany progresywizm, który był de facto polityką państwową. Życiowa sielanka skończyła się, gdy lepsze stało się wrogiem dobrego: szlachetna decyzja o adopcji dziewczynki z „zacofanego” kraju była zarazem kaprysem i zadośćuczynieniem za niegdysiejszą krzywdę wyrządzoną – jak mniemała Karin – pierwszemu dziecku małżeństwa Gottmanów. Zauważmy jeszcze, że takie „fanaberie” miały miejsce w drugim pokoleniu beneficjentów welfare state (pierwsze stanowili również lewicowi Tor i Sigrid), ludzi mających wykształcenie humanistyczne, tu na swój sposób utożsamiane z dobrobytem. W rodzinie Urliki to ona jako pierwsza mogła sobie „pozwolić” na niepraktyczny, niemal hobbystyczny zawód. Ostatnie lata natomiast przewróciły wszystko do góry nogami. Popularnymi powieściopisarzami są prawnicy, lekarze i dentyści.

Wpierw Plaża muszli zdaje się powielać liczne schematy fabularne, jakie stały się już rozpoznawalnymi znakami firmowymi w literaturze skandynawskiej, odcinać kupony od konwencji niemal gwarantujących poczytność. Dalszy namysł ujawnia przewrotność powieściowej wizji, głębszą krytykę społeczną nieodnajdywalną wśród bezpośrednich deklaracji Hermanson. W ten sposób literatura piękna dowodzi swej przewagi nad teoriami i analizami socjopolitycznymi – mówi więcej, przystępniej, i nie obciąża się nachalną retoryką.

Paulina Szkudlarek

Marie Hermanson, Plaża muszli, przeł. Bratumiła Pawłowska, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2008. Cytat i nieoznaczone odwołania pochodzą z tego wydania. Kontekstem dla lektury może być opracowanie zbiorowe Szwecja. Przewodnik nieturystyczny, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2010.

Data wpisu: 5 września, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Moje cudze wspomnienia. Kazuo Ishiguro, „Pejzaż w kolorze sepii”

Dzisiejsza lektura, Pejzaż w kolorze sepii, to kolejny (po Małej Ikar) anglojęzyczny debiut autora niepochodzącego z kraju swej rezydentury, jakiemu chciałabym tu poświęcić nieco uwagi. Kazuo Ishiguro to Brytyjczyk japońskiego pochodzenia (takie określenie usprawiedliwione jest okolicznością, iż obecnie legitymuje się on brytyjskim paszportem; dodam przy okazji, że zgodnie z zachodnią konwencją, podaje się wpierw jego imię, potem nazwisko), sięgający w swej twórczości ku krajowi swych przodków, ale piszący i myślący wyłącznie w języku Szekspira. Największym sukcesem literackim Ishiguro są prawdopodobnie Okruchy dnia [1]. Pierwsza jego powieść jest zadziwiająca. Z pozoru jak najspokojniejsza, melancholijna, pełna drobnych obserwacji społecznych, jednak po zastanowieniu się można zrozumieć, że otrzymaliśmy niespodzianie puzzle układające się w obraz inny, aniżeli się wydawało.

Główna bohaterka to Etsuko, owdowiała Japonka w średnim, a może nawet w starszym wieku, mieszkająca samotnie na angielskiej prowincji (typowa – czyli zgodna z potocznymi wyobrażeniami sielskości – wiejska okolica, wścibscy sąsiedzi, itp.). Keiko, jej córka z pierwszego, japońskiego małżeństwa (zakończonego rozwodem) popełniła samobójstwo, a Niki, córka, którą ma z nieżyjącym mężem, angielskim japonistą, mieszka w Londynie, nie studiuje, nie wychodzi za mąż, nie spełniając oczekiwań nie ma z matką dobrego kontaktu – źródłem tarć jest na przykład właśnie „panieństwo” młodej kobiety.

Powieść łączy dwa plany czasowe – kilka dni spotkania matki z Niki, oraz retrospekcje: wówczas katalizowane wspomnienia z powojennej Japonii. Poznajemy zatem młodą Etsuko jako oczekującą dziecka (owej córki – samobójczyni, Keiko) żonę typowego sararimana – kogoś w rodzaju korporacyjnego urzędnika. Mąż, o imieniu Juri, jest dość antypatycznym patriarchą. Para mieszka w Nagasaki, w nowym, choć nieluksusowym bloku. W pobliżu osiedla się jakaś kobieta, matka niechodzącej do szkoły, dość dzikiej 10–latki (Mariko), ku zgorszeniu „porządnych” współobywateli i niezadowoleniu córki – kochanka amerykańskiego żołnierza. Etsuko zbliża się do nowej sąsiadki, rzecz jasna poznaje jej imię brzmiące Sachiko, stara się z nią zaprzyjaźnić. Kobieta jest wdową wojenną, jak się dowiadujemy, osobą zdeklasowaną, na – by tak rzec – przynajmniej kilka sposobów. Przede wszystkim finansowo i moralnie, przy czym, jak nietrudno zgadnąć, ten drugi aspekt jest szczególnie interesujący: zamiast zachowywać się, jak przystało na żonę poległego obrońcy ojczyzny, Sachiko oddaje się romansowi z przedstawicielem okupantów (ergo niedawnym wrogiem, i okupantem per se [2] ). Mimo swej sytuacji pozostaje snobką. Etsuko pomaga jej znaleźć doraźną pracę, w charakterze pomocy kuchennej w małej jadłodajni, co dla Sachiko jest czymś niestosownym, wręcz wstrętnym. To niekoniecznie musi świadczyć o snobizmie bohaterki, wyjaśnijmy więc bardziej szczegółowo. Sachiko społecznie awansowała przez małżeństwo, a po śmierci męża żyła z jego krewnymi w bogatej rezydencji. Nie poznajemy szczegółów konfliktu z kuzynką, jaki ją z owej przystani wypłoszył (w rozmowach obie strony niezależnie od siebie deklarują Etsuko, iż było to błahe nieporozumienie). Ze względu na taką przeszłość z wyższością patrzy na prowadzącą jadłodajnię panią Fujiwarę. Później jednak od lepiej obytej w okolicznych realiach Etsuko Sachiko dowiaduje się, iż jej przygodna chlebodawczyni była przed wojną stateczną i zamożną żoną miejscowego VIP-a, a współcześnie dostosowała się do nowej, trudnej sytuacji. Pani Fujiwary praca „przy garach” nie hańbi – swoją drogą to nazwisko budzące tradycyjnie arystokratyczne konotacje. Niekoniecznie ktoś, kto je nosi, ma arystokratyczne korzenie (tym bardziej, że potęga Fujiwarów przypadała na średniowiecze), ale może to przywoływać jakieś skojarzenie u zachodniego czytelnika.

Jako typowa żona w epoce tuż przed ekspansją oeru [3] Etsuko nie pracuje zarobkowo. W czasach, które wspomina w Anglii, gościem jej domostwa jest teść. To emerytowany nauczyciel, przekonany o słuszności przedwojennego modelu pronarodowej indoktrynacji. Jest to jednak postać ambiwalentna, gdyż poza „skompromitowaną” twarzą jawi się jako przyjemny towarzysz, owszem – tradycjonalista, jednak po stokroć sympatyczniejszy od swego mrukliwego syna. Tu znów historia jest niejasna. Etsuko straciła niegdyś rodzinę, była pod opieką późniejszego teścia… jakiego rodzaju opieką? Czy byli (lub są!) kochankami? Autor być może wcale tego nie sugeruje, lecz wątek erotycznej fascynacji żoną syna jest stosunkowo częsty w japońskiej literaturze, by przywołać tylko słynnego fetyszystę, tytułowego bohatera Dziennika szalonego starca Tanizakiego. W odnośnych partiach Pejzażu w kolorze sepii czuje się silne napięcie emocjonalne, niewątpliwie, lecz orzeczenie jego erotycznego charakteru nie jest możliwe wprost. Wizyta starszego mężczyzny jest Juriemu niemiła. Okazywane zamiast należnego szacunku arogancję i zniecierpliwienie wobec ojca tłumaczy zawirowaniami w pracy, lecz odwiedzający go koledzy demaskują go jako biurowego obiboka, co wspiera hipotezę o małżeńskiej zazdrości.

Idźmy jednak dalej. Etsuko niekiedy oferuje Sachiko opiekę nad jej córką, jednak dziewczynka zupełnie nie poddaje się ujarzmianiu, jak wspomniałam, buntuje się szczególnie przeciw związkowi matki z Amerykaninem. Okazuje się, że prześladują ją również wspomnienia straszliwych scen wojennych.

Teść i Sachiko nie ustają w zapewnianiu Etsuko, iż ta będzie cudowną matką, co jest bardzo istotne w kontekście wiedzy, jaką zyskujemy tuż po sięgnięciu po Pejzaż w kolorze sepii – iż pierworodna córka popełni samobójstwo. Dorosła, w innym kraju, jednak będzie stanowiła memento „złego” macierzyństwa, porażki. Co interesujące, również Niki (młodsza córka) wychwala swą matkę, opowiada, iż ma przyjaciółkę – znaną poetkę, która chce napisać wiersz o Etsuko, tymczasem dla wdowy droga życiowa Niki to okoliczność, która najdobitniej świadczy o jej wychowawczej kompromitacji.

Zastanawia kwestia ulegania stereotypom. Gdy Etsuko opisuje notki prasowe informujące o samobójstwie Keiko, konstatuje, iż wskazanie na pochodzenie etniczne ofiary wystarcza Brytyjczykom do skwitowania sprawy – przecież Japończycy to naród samobójców. Wiele rzeczy pozostaje niewyjaśnionych, np. szczegóły rozwodu Juriego i Etsuko. Tu wszystko ukryte jest w słowach: „Gdyby wiele lat później [Juri] nie potraktował innego problemu w bardzo podobny sposób, pewnie nigdy nie opuściłabym Nagasaki. Ale to tylko tak na marginesie” [s. 140]. Podobnie z okolicznościami, w jakich rozwódka wyemigrowała do Anglii, o sprawach dotyczących jej wczesnej młodości nie wspominając. W jakiś sposób oczekiwałam, aż białe plamy się wypełnią, niczym na moment, w którym rozpikselowany widok z Google Maps nabierze ostrości dla wybranej skali. Nie, nie wszystko zawsze musi być dla mnie jasne i dopowiedziane, wszelako w Pejzażu nietypowa jest i skala i retoryka tych luk. Tymczasem satysfakcja czytelnicza przychodzi z nieco innej strony…

A teraz dygresja. Kazuo Ishiguro opublikował swoją pierwszą powieść już niemal 30 lat temu, lecz warte wskazania są nieco nowsze odniesienia. Przypomnijmy sobie znane filmy: Szósty zmysł (reż. M. Night Shyamalan, 1999) i Inni (reż. Alejandro Amenábar, 2001). W obu sercem intrygi było odwrócenie perspektywy między światami: naturalnym, nawiedzanym przez zmarłych, i „zaświatem”, z którego zmarli patrzą na żywych. Jeszcze bardziej podoba mi się jednak skojarzenie z japońską produkcją pt. Aragami (reż. Ryuhei Kitamura, 2003) [4]. W feudalnej Japonii dwóch rannych w bitwie samurajów chroni się w tajemniczej świątyni, gdzie padają nieprzytomni. Gdy jeden się budzi, widzi, że wszystkie jego poważne rany są uleczone, natomiast jego towarzysz nie żyje. Ocaleniec poznaje pana świątyni. Ten opowiada mu o grasującym w okolicy tengu – słowo to oznacza potwora lub goblina, niekiedy jeszcze inny rodzaj mitycznej istoty. W filmie tengu opisany jest jako żywiący się ludzkim mięsem zwiastun wojny. Z czasem pan świątyni ujawnia: to on jest tym tengu, a zwą go Aragami. W pewnym sensie Kazuo Ishiguro stawia czytelnika na miejscu ocalałego samuraja. Przypomnę: Etsuko jest pierwszoosobową narratorką. Otóż w pewnym momencie okazuje się, iż parokrotnie otrzymaliśmy znaki, których być może nie odczytaliśmy odpowiednio. Gdy Etsuko opowiadała o Sachiko i jej córce, w rzeczywistości wspominała siebie i swą Keiko. Są szczególne momenty, w których Etsuko mówi o niesforności Mariko, powierzonej jej opiece córki Sachiko. Dotyczy to miłych odwołań, np. pewnego dnia Sachiko z córką i w towarzystwie Etsuko udają się do wesołego miasteczka. Na ich rozrywkach kładzie się pewien cień, jednak Etsuko wspomina ten wypad jako szczęśliwy. Niejednoznacznością zastanawiają też opisy buntu córki przeciw zagranicznemu partnerowi matki, czy rozmowy o planowanej emigracji (Etsuko zapewnia córkę Sachiko: „jeśli ci się tam nie spodoba, to zawsze możemy tu wrócić”, „musimy sprawdzić, jak tam będzie” – s. 191) oraz motywu samobójstwa przez powieszenie. Poszukującej Mariko Etsuko „wokół kostki okręcił [...] się kawałek sznurka” [s. 91]. Pomiędzy kobietą a dziewczynką wywiązuje się później dialog, który przytoczę bez komentarza:

– Co to jest? [...]
– Nic takiego.
[...]
– Po co pani to jest?
– Powtarzam, że to nic takiego. Po prostu przyczepiło mi się do nogi. – Podeszłam nieco bliżej. [...]
– Po co pani ten sznurek?
Przyglądałam się jej przez chwilę. Na jej twarzy pojawiły się oznaki przerażenia [s. 92].

Bez świadomości tego „drugiego świata” w powieści, możemy równie dobrze uznać ją za prostą, w japońskim duchu mono–no–aware, a z drugiej strony za rozliczenie z wojennym bagażem. W takim ujęciu również jest bardzo wartościowa, jednak budzi podejrzenie: za tym kryje się coś jeszcze. Musiałam wrócić do określonych fragmentów, by się upewnić, że gdy Etsuko mówi o Sachiko i zbuntowanej Mariko, chodzi także, a może przede wszystkim, o narratorkę i jej starszą córkę (jak w przywołanych przed chwilą cytatach).

Czy zdradziłam zbyt wiele? Po dwakroć nie. Otóż Kazuo Ishiguro deklarował w wywiadach, iż w istocie zastosowany przez niego środek jest tyle efektowny, co tani i łatwy. Po wtóre, Pejzaż w kolorze sepii kryje znacznie więcej tajemnic. Niech jedną z nich pozostanie tytuł.

Z uwagi na moje upodobania, japońska specyfika wydaje mi się najbardziej frapująca. Należy jednak podkreślić, iż sam autor odcina się od domniemań „japońskości”, deklaruje, że jego perspektywa jest angielska, a Japonię widzi jako egzotyczną. W omówieniu umieszczonym jako posłowie Pejzażu w kolorze sepii David Malcolm zarysowuje ciekawe powinowactwa. Kraj pochodzenia i kraj zamieszkania Kazuo Ishiguro łączą klęska w drugiej wojnie światowej: w znaczeniu pozamilitarnym to zniszczenie tradycjonalistycznych konwencji społecznych (deklasacja arystokracji) i ustanowienie nowych sentymentalnych odniesień, apologizujących pewne aspekty przeszłości. Powieściopisarz nie jest bynajmniej japońskim rewizjonistą [5]. Jest artystą zgłębiającym sekrety charakterów, wspomnień – i wyobrażeń o tych ostatnich. Zresztą, by znów oddać głos Oscarowi Wilde’owi, „W rzeczywistości cała Japonia jest czystym wymysłem. Nie ma takiego kraju; nie ma takich ludzi” [6].

Paulina Szkudlarek

Kazuo Ishiguro, Pejzaż w kolorze sepii, przeł. Krzysztof Filip Rudolf, Rebis, Poznań 1995. Wszystkie cytaty ograniczone do podania numerów stron pochodzą z tego wydania.

Przypisy:

[1] Powieść ukazała się w Polsce w 1993 roku jako U schyłku dnia (przeł. Jan Rybicki, KAW, Kraków). Tytuł Okruchy dnia, zgodny ze słynną ekranizacją, nadano wydaniu z 1997 roku (w tym samym przekładzie, Prószyński i Spółka, Warszawa).

[2] Okupacja Japonii trwała do 1952 roku. W powieści zaakcentowany jest fakt, iż z uwagi na niedługi czas, jaki upłynął od zakończenia działań wojennych wielu Japończyków nie pogodziło się jeszcze z nowym ładem politycznym (narzuconą demilitaryzacją i demokratyzacją) i gorliwie wyznawało idee przedwojenne.

[3] Oeru: japońska wymowa akronimu OL, od „office lady” – określenie odnosi się do sekretarki czy też asystentki, w znaczeniu bliższym kawiarki, aniżeli księgowej. Przy ekspansywnej industrializacji i zbiurokratyzowaniu funkcja OL to częste zatrudnienie japońskich młodych kobiet, szczególnie przed zamążpójściem.

[4] O ile mi wiadomo, arai oznacza „gniew”, kami, co z kolei oczywiste, „bóstwo, istotę nadludzką”, zatem adekwatnie rozbuchanym tłumaczeniem tytułu byłoby Srożący się bóg wojny.

[5] Rewizjonizm był politycznym nurtem, jaki pojawił się w Japonii po ćwierćwieczu funkcjonowania modelu państwowości narzuconego po II wojnie światowej przez USA. Problematyka doczekała się licznych opracowań, ja wskażę na jedno: Patrick Smith, Japan. A Reinterpretation, Vintage Books, New York 1998.

[6] Oscar Wilde, Upadek sztuki kłamstwa: obserwacje, przeł. Marta Umińska, „Literatura na Świecie”, 1994, nr 12, s. 303.

Data wpisu: 7 lipca, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Moje cudze wspomnienia. Kazuo Ishiguro, „Pejzaż w kolorze sepii”

Dzisiejsza lektura, Pejzaż w kolorze sepii, to kolejny (po Małej Ikar) anglojęzyczny debiut autora niepochodzącego z kraju swej rezydentury, jakiemu chciałabym tu poświęcić nieco uwagi. Kazuo Ishiguro to Brytyjczyk japońskiego pochodzenia (takie określenie usprawiedliwione jest okolicznością, iż obecnie legitymuje się on brytyjskim paszportem; dodam przy okazji, że zgodnie z zachodnią konwencją, podaje się wpierw jego imię, potem nazwisko), sięgający w swej twórczości ku krajowi swych przodków, ale piszący i myślący wyłącznie w języku Szekspira. Największym sukcesem literackim Ishiguro są prawdopodobnie Okruchy dnia [1]. Pierwsza jego powieść jest zadziwiająca. Z pozoru jak najspokojniejsza, melancholijna, pełna drobnych obserwacji społecznych, jednak po zastanowieniu się można zrozumieć, że otrzymaliśmy niespodzianie puzzle układające się w obraz inny, aniżeli się wydawało.

Główna bohaterka to Etsuko, owdowiała Japonka w średnim, a może nawet w starszym wieku, mieszkająca samotnie na angielskiej prowincji (typowa – czyli zgodna z potocznymi wyobrażeniami sielskości – wiejska okolica, wścibscy sąsiedzi, itp.). Keiko, jej córka z pierwszego, japońskiego małżeństwa (zakończonego rozwodem) popełniła samobójstwo, a Niki, córka, którą ma z nieżyjącym mężem, angielskim japonistą, mieszka w Londynie, nie studiuje, nie wychodzi za mąż, nie spełniając oczekiwań nie ma z matką dobrego kontaktu – źródłem tarć jest na przykład właśnie „panieństwo” młodej kobiety.

Powieść łączy dwa plany czasowe – kilka dni spotkania matki z Niki, oraz retrospekcje: wówczas katalizowane wspomnienia z powojennej Japonii. Poznajemy zatem młodą Etsuko jako oczekującą dziecka (owej córki – samobójczyni, Keiko) żonę typowego sararimana – kogoś w rodzaju korporacyjnego urzędnika. Mąż, o imieniu Juri, jest dość antypatycznym patriarchą. Para mieszka w Nagasaki, w nowym, choć nieluksusowym bloku. W pobliżu osiedla się jakaś kobieta, matka niechodzącej do szkoły, dość dzikiej 10–latki (Mariko), ku zgorszeniu „porządnych” współobywateli i niezadowoleniu córki – kochanka amerykańskiego żołnierza. Etsuko zbliża się do nowej sąsiadki, rzecz jasna poznaje jej imię brzmiące Sachiko, stara się z nią zaprzyjaźnić. Kobieta jest wdową wojenną, jak się dowiadujemy, osobą zdeklasowaną, na – by tak rzec – przynajmniej kilka sposobów. Przede wszystkim finansowo i moralnie, przy czym, jak nietrudno zgadnąć, ten drugi aspekt jest szczególnie interesujący: zamiast zachowywać się, jak przystało na żonę poległego obrońcy ojczyzny, Sachiko oddaje się romansowi z przedstawicielem okupantów (ergo niedawnym wrogiem, i okupantem per se [2] ). Mimo swej sytuacji pozostaje snobką. Etsuko pomaga jej znaleźć doraźną pracę, w charakterze pomocy kuchennej w małej jadłodajni, co dla Sachiko jest czymś niestosownym, wręcz wstrętnym. To niekoniecznie musi świadczyć o snobizmie bohaterki, wyjaśnijmy więc bardziej szczegółowo. Sachiko społecznie awansowała przez małżeństwo, a po śmierci męża żyła z jego krewnymi w bogatej rezydencji. Nie poznajemy szczegółów konfliktu z kuzynką, jaki ją z owej przystani wypłoszył (w rozmowach obie strony niezależnie od siebie deklarują Etsuko, iż było to błahe nieporozumienie). Ze względu na taką przeszłość z wyższością patrzy na prowadzącą jadłodajnię panią Fujiwarę. Później jednak od lepiej obytej w okolicznych realiach Etsuko Sachiko dowiaduje się, iż jej przygodna chlebodawczyni była przed wojną stateczną i zamożną żoną miejscowego VIP-a, a współcześnie dostosowała się do nowej, trudnej sytuacji. Pani Fujiwary praca „przy garach” nie hańbi – swoją drogą to nazwisko budzące tradycyjnie arystokratyczne konotacje. Niekoniecznie ktoś, kto je nosi, ma arystokratyczne korzenie (tym bardziej, że potęga Fujiwarów przypadała na średniowiecze), ale może to przywoływać jakieś skojarzenie u zachodniego czytelnika.

Jako typowa żona w epoce tuż przed ekspansją oeru [3] Etsuko nie pracuje zarobkowo. W czasach, które wspomina w Anglii, gościem jej domostwa jest teść. To emerytowany nauczyciel, przekonany o słuszności przedwojennego modelu pronarodowej indoktrynacji. Jest to jednak postać ambiwalentna, gdyż poza „skompromitowaną” twarzą jawi się jako przyjemny towarzysz, owszem – tradycjonalista, jednak po stokroć sympatyczniejszy od swego mrukliwego syna. Tu znów historia jest niejasna. Etsuko straciła niegdyś rodzinę, była pod opieką późniejszego teścia… jakiego rodzaju opieką? Czy byli (lub są!) kochankami? Autor być może wcale tego nie sugeruje, lecz wątek erotycznej fascynacji żoną syna jest stosunkowo częsty w japońskiej literaturze, by przywołać tylko słynnego fetyszystę, tytułowego bohatera Dziennika szalonego starca Tanizakiego. W odnośnych partiach Pejzażu w kolorze sepii czuje się silne napięcie emocjonalne, niewątpliwie, lecz orzeczenie jego erotycznego charakteru nie jest możliwe wprost. Wizyta starszego mężczyzny jest Juriemu niemiła. Okazywane zamiast należnego szacunku arogancję i zniecierpliwienie wobec ojca tłumaczy zawirowaniami w pracy, lecz odwiedzający go koledzy demaskują go jako biurowego obiboka, co wspiera hipotezę o małżeńskiej zazdrości.

Idźmy jednak dalej. Etsuko niekiedy oferuje Sachiko opiekę nad jej córką, jednak dziewczynka zupełnie nie poddaje się ujarzmianiu, jak wspomniałam, buntuje się szczególnie przeciw związkowi matki z Amerykaninem. Okazuje się, że prześladują ją również wspomnienia straszliwych scen wojennych.

Teść i Sachiko nie ustają w zapewnianiu Etsuko, iż ta będzie cudowną matką, co jest bardzo istotne w kontekście wiedzy, jaką zyskujemy tuż po sięgnięciu po Pejzaż w kolorze sepii – iż pierworodna córka popełni samobójstwo. Dorosła, w innym kraju, jednak będzie stanowiła memento „złego” macierzyństwa, porażki. Co interesujące, również Niki (młodsza córka) wychwala swą matkę, opowiada, iż ma przyjaciółkę – znaną poetkę, która chce napisać wiersz o Etsuko, tymczasem dla wdowy droga życiowa Niki to okoliczność, która najdobitniej świadczy o jej wychowawczej kompromitacji.

Zastanawia kwestia ulegania stereotypom. Gdy Etsuko opisuje notki prasowe informujące o samobójstwie Keiko, konstatuje, iż wskazanie na pochodzenie etniczne ofiary wystarcza Brytyjczykom do skwitowania sprawy – przecież Japończycy to naród samobójców. Wiele rzeczy pozostaje niewyjaśnionych, np. szczegóły rozwodu Juriego i Etsuko. Tu wszystko ukryte jest w słowach: „Gdyby wiele lat później [Juri] nie potraktował innego problemu w bardzo podobny sposób, pewnie nigdy nie opuściłabym Nagasaki. Ale to tylko tak na marginesie” [s. 140]. Podobnie z okolicznościami, w jakich rozwódka wyemigrowała do Anglii, o sprawach dotyczących jej wczesnej młodości nie wspominając. W jakiś sposób oczekiwałam, aż białe plamy się wypełnią, niczym na moment, w którym rozpikselowany widok z Google Maps nabierze ostrości dla wybranej skali. Nie, nie wszystko zawsze musi być dla mnie jasne i dopowiedziane, wszelako w Pejzażu nietypowa jest i skala i retoryka tych luk. Tymczasem satysfakcja czytelnicza przychodzi z nieco innej strony…

A teraz dygresja. Kazuo Ishiguro opublikował swoją pierwszą powieść już niemal 30 lat temu, lecz warte wskazania są nieco nowsze odniesienia. Przypomnijmy sobie znane filmy: Szósty zmysł (reż. M. Night Shyamalan, 1999) i Inni (reż. Alejandro Amenábar, 2001). W obu sercem intrygi było odwrócenie perspektywy między światami: naturalnym, nawiedzanym przez zmarłych, i „zaświatem”, z którego zmarli patrzą na żywych. Jeszcze bardziej podoba mi się jednak skojarzenie z japońską produkcją pt. Aragami (reż. Ryuhei Kitamura, 2003) [4]. W feudalnej Japonii dwóch rannych w bitwie samurajów chroni się w tajemniczej świątyni, gdzie padają nieprzytomni. Gdy jeden się budzi, widzi, że wszystkie jego poważne rany są uleczone, natomiast jego towarzysz nie żyje. Ocaleniec poznaje pana świątyni. Ten opowiada mu o grasującym w okolicy tengu – słowo to oznacza potwora lub goblina, niekiedy jeszcze inny rodzaj mitycznej istoty. W filmie tengu opisany jest jako żywiący się ludzkim mięsem zwiastun wojny. Z czasem pan świątyni ujawnia: to on jest tym tengu, a zwą go Aragami. W pewnym sensie Kazuo Ishiguro stawia czytelnika na miejscu ocalałego samuraja. Przypomnę: Etsuko jest pierwszoosobową narratorką. Otóż w pewnym momencie okazuje się, iż parokrotnie otrzymaliśmy znaki, których być może nie odczytaliśmy odpowiednio. Gdy Etsuko opowiadała o Sachiko i jej córce, w rzeczywistości wspominała siebie i swą Keiko. Są szczególne momenty, w których Etsuko mówi o niesforności Mariko, powierzonej jej opiece córki Sachiko. Dotyczy to miłych odwołań, np. pewnego dnia Sachiko z córką i w towarzystwie Etsuko udają się do wesołego miasteczka. Na ich rozrywkach kładzie się pewien cień, jednak Etsuko wspomina ten wypad jako szczęśliwy. Niejednoznacznością zastanawiają też opisy buntu córki przeciw zagranicznemu partnerowi matki, czy rozmowy o planowanej emigracji (Etsuko zapewnia córkę Sachiko: „jeśli ci się tam nie spodoba, to zawsze możemy tu wrócić”, „musimy sprawdzić, jak tam będzie” – s. 191) oraz motywu samobójstwa przez powieszenie. Poszukującej Mariko Etsuko „wokół kostki okręcił [...] się kawałek sznurka” [s. 91]. Pomiędzy kobietą a dziewczynką wywiązuje się później dialog, który przytoczę bez komentarza:

– Co to jest? [...]
– Nic takiego.
[...]
– Po co pani to jest?
– Powtarzam, że to nic takiego. Po prostu przyczepiło mi się do nogi. – Podeszłam nieco bliżej. [...]
– Po co pani ten sznurek?
Przyglądałam się jej przez chwilę. Na jej twarzy pojawiły się oznaki przerażenia [s. 92].

Bez świadomości tego „drugiego świata” w powieści, możemy równie dobrze uznać ją za prostą, w japońskim duchu mono–no–aware, a z drugiej strony za rozliczenie z wojennym bagażem. W takim ujęciu również jest bardzo wartościowa, jednak budzi podejrzenie: za tym kryje się coś jeszcze. Musiałam wrócić do określonych fragmentów, by się upewnić, że gdy Etsuko mówi o Sachiko i zbuntowanej Mariko, chodzi także, a może przede wszystkim, o narratorkę i jej starszą córkę (jak w przywołanych przed chwilą cytatach).

Czy zdradziłam zbyt wiele? Po dwakroć nie. Otóż Kazuo Ishiguro deklarował w wywiadach, iż w istocie zastosowany przez niego środek jest tyle efektowny, co tani i łatwy. Po wtóre, Pejzaż w kolorze sepii kryje znacznie więcej tajemnic. Niech jedną z nich pozostanie tytuł.

Z uwagi na moje upodobania, japońska specyfika wydaje mi się najbardziej frapująca. Należy jednak podkreślić, iż sam autor odcina się od domniemań „japońskości”, deklaruje, że jego perspektywa jest angielska, a Japonię widzi jako egzotyczną. W omówieniu umieszczonym jako posłowie Pejzażu w kolorze sepii David Malcolm zarysowuje ciekawe powinowactwa. Kraj pochodzenia i kraj zamieszkania Kazuo Ishiguro łączą klęska w drugiej wojnie światowej: w znaczeniu pozamilitarnym to zniszczenie tradycjonalistycznych konwencji społecznych (deklasacja arystokracji) i ustanowienie nowych sentymentalnych odniesień, apologizujących pewne aspekty przeszłości. Powieściopisarz nie jest bynajmniej japońskim rewizjonistą [5]. Jest artystą zgłębiającym sekrety charakterów, wspomnień – i wyobrażeń o tych ostatnich. Zresztą, by znów oddać głos Oscarowi Wilde’owi, „W rzeczywistości cała Japonia jest czystym wymysłem. Nie ma takiego kraju; nie ma takich ludzi” [6].

Paulina Szkudlarek

Kazuo Ishiguro, Pejzaż w kolorze sepii, przeł. Krzysztof Filip Rudolf, Rebis, Poznań 1995. Wszystkie cytaty ograniczone do podania numerów stron pochodzą z tego wydania.

Przypisy:

[1] Powieść ukazała się w Polsce w 1993 roku jako U schyłku dnia (przeł. Jan Rybicki, KAW, Kraków). Tytuł Okruchy dnia, zgodny ze słynną ekranizacją, nadano wydaniu z 1997 roku (w tym samym przekładzie, Prószyński i Spółka, Warszawa).

[2] Okupacja Japonii trwała do 1952 roku. W powieści zaakcentowany jest fakt, iż z uwagi na niedługi czas, jaki upłynął od zakończenia działań wojennych wielu Japończyków nie pogodziło się jeszcze z nowym ładem politycznym (narzuconą demilitaryzacją i demokratyzacją) i gorliwie wyznawało idee przedwojenne.

[3] Oeru: japońska wymowa akronimu OL, od „office lady” – określenie odnosi się do sekretarki czy też asystentki, w znaczeniu bliższym kawiarki, aniżeli księgowej. Przy ekspansywnej industrializacji i zbiurokratyzowaniu funkcja OL to częste zatrudnienie japońskich młodych kobiet, szczególnie przed zamążpójściem.

[4] O ile mi wiadomo, arai oznacza „gniew”, kami, co z kolei oczywiste, „bóstwo, istotę nadludzką”, zatem adekwatnie rozbuchanym tłumaczeniem tytułu byłoby Srożący się bóg wojny.

[5] Rewizjonizm był politycznym nurtem, jaki pojawił się w Japonii po ćwierćwieczu funkcjonowania modelu państwowości narzuconego po II wojnie światowej przez USA. Problematyka doczekała się licznych opracowań, ja wskażę na jedno: Patrick Smith, Japan. A Reinterpretation, Vintage Books, New York 1998.

[6] Oscar Wilde, Upadek sztuki kłamstwa: obserwacje, przeł. Marta Umińska, „Literatura na Świecie”, 1994, nr 12, s. 303.

Data wpisu: 7 lipca, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Helen Oyeyemi, „Mała Ikar”

Mała Ikar, moja spóźniona lektura, nad którą dzisiaj się zastanawiam, została napisana przez wychowaną i mieszkającą w Wielkiej Brytanii autorkę o nigeryjskim pochodzeniu. Z racji moich feministycznych, jak również postkolonialnych zainteresowań, już sama wiedza o kulturowym usytuowaniu Helen Oyeyemi byłaby zachęcająca do sięgnięcia po jej powieść. Co jednak jeszcze bardziej intrygujące, ta wciąż młoda (urodzona w 1984 roku) pisarka swój debiut stworzyła już… w szkole średniej. To zatem juwenilia; obecnie Oyeyemi ma na swoim koncie kilka kolejnych utworów.

Tytułowa bohaterka Małej Ikar ma na imię Jessamy i jest 8–letnią ponadprzeciętnie uzdolnioną uczennicą, córką żyjących w Londynie Nigeryjki i Anglika. Źle się czuje w szkole, ponieważ jest małomówna, niekontaktowa, a dziewczynki wokół niej łączą się w towarzystwa nie tyle wzajemnej adoracji, co wspierania i przyklaskiwania ekspansywnej liderce. Co więcej, Jessamy miewa nieznanego pochodzenia ataki kojarzące się z klasycznymi opisami współcześnie już raczej „zdyskwalifikowanej” histerii, co rzecz jasna pogarsza jej relacje z równieśnikami.

Podczas wakacji rodzice – Sara, pisarka i Daniel, księgowy – zabierają córkę do Nigerii, gdzie spędzają czas z ojcem Sary, jej rodzeństwem i mnóstwem innych krewnych. Wszyscy się o dziewczynkę troszczą, ośmielają tak, by zarazem nie zawstydzać, odruchowo i nie „na siłę” budują atmosferę akceptacji, umożliwiają udział w rozmaitych atrakcjach. Mimo to Jessamy znajduje sobie (?) wyobrażoną przyjaciółkę, z której – by tak rzec – statusu ontologicznego nie zdaje sobie sprawy. Pierwsze spotkania z Tilly Tilly zachowuje w tajemnicy, gdyż jest przekonana, że nowa znajoma w sekrecie mieszka w starych zabudowaniach w gospodarstwie jej dziadka. Ku pozytywnemu zaskoczeniu Jess, przyjaciółka powraca do niej także później, w Londynie.

Zasadniczo w Małej Ikar dominuje problem naprawdę sprawnie ukazanej dziecięcej wrażliwości, niekonsekwentnego podejścia do świata, kierowania się adekwatnym do wieku sposobem myślenia o tym, co jest dla mnie dobre według mnie, a co jest dla mnie dobre według dorosłych – poza rodzicami należy do nich psycholog, z którego córką Jess się zaprzyjaźnia, w tym przypadku oczywiście realnie!

Obecność w życiu bohaterki przyjaciółki wymyślonej jest powiązane ze specyficznymi stanami, histerii czy amnezji, ale co interesujące, Jess „ustala” z Tilly Tilly to, kim dziwna przybyszka rzeczywiście jest! Okazuje się, iż matka Jess urodziła bliźniaczki, z których jedna zmarła; na taką okoliczność przewidziane są pewne rytualne nigeryjskie zabiegi. Tilly Tilly zaś przedstawia się jako inna bliźniaczka w podobnej sytuacji, choć trudno wyczuć, która: ta, co zmarła, czy ta, która przeżywszy poszukuje „pary”. Jess rozumie, że to dziwne, „nieprawdziwe”, jednak kompanka okazuje się mieć wpływ na to, co się naprawdę dzieje. Nie ma ograniczenia do wyobrażeń i rojeń Jess – choć niektóre zdarzenia są niepewne, muszą być efektem ataków i zaćmień, inne nie mogłyby zaistnieć bez nadnaturalnej interwencji.

Kiedy Jessamy bardzo na tym zależy, Tilly Tilly „objawia” się Shivs, córce psychologa. Czy to siła sugestii? Koleżanka lubuje się wszak w opowieściach o duchach (których z kolei Jess absolutnie nie chce słuchać). Gdy Shivs pada ofiarą wybryków Tilly, oczywiście może nie zauważać, że winowajczynią jest Jess, gdyż ta bardzo wpływa na imaginację mniej oczytanej, „zwyczajniejszej” przyjaciółki, jednak – co znów frapujące – Shivs odróżnia ułudę. Tłumaczy, dlaczego deklaruje wiarę słowom Jess: otóż ma w klasie koleżankę ciągle opowiadającą o swej niewidzialnej dla innych towarzyszce, np. zabraniającą siadać „na niej”… choć potem zajmującą wcześniej wskazane miejsce. Shivs dostrzega niekonsekwencję, o którą Jess nie sposób oskarżyć. To przykład tego, jak dopracowane przez Oyeyemi jest owo fascynujące studium relacji małych dziewczynek. Wracając jednak do nadnaturalnych interwencji, za sprawą Tilly Tilly Jessamy poznaje wstydliwy sekret Colleen, swej szkolnej prześladowczyni. „Widzi” bowiem awanturę z matką i dowiaduje się, iż poniżająca ją dziewczynka, klasowa przywódczyni, moczy się i ukrywa przed rodzicami brudną bieliznę. Gdy w akcie desperacji Jess wykorzystuje swą „wiedzę” w towarzystwie innych dzieci (najlepszą obroną jest atak, więc z pewnością łatwo odgadnąć, w jakich to się odbyło okolicznościach), Colleen naturalnie zaprzecza wszystkiemu, jednak później przerażona i poniżona pyta Jess, skąd ta wiedziała.

Myślę, że atrakcją Malej Ikar miały być motywy związane z afrykańską obrzędowością, „magią afrykańską”, jak wyraziła się prowadząca z Oyeyemi wywiad Anna Dziewit. Dla mnie jednak nią nie były. W skrócie: nic nie pomagało i nie pomogło Jessamy: ani zachodnia psychologia czy system szkolnego wsparcia, ani dopełnianie rytuałów typu: sporządzenie odpowiedniej figurki reprezentującej bliźniaczkę. Wbrew innym recenzjom uważam, iż wszystko kończy się dość mętnie i niesatysfakcjonująco, szczególnie w obliczu rozmachu wcześniejszych partii.

Ponadto rażą mnie odczytania deprecjonujące niepodleglą od ponad półwiecza Nigerię, kraj oczywiście niepozbawiony wad, a może i patologii, ale – w odróżnieniu od Polski – posiadający własnego satelitę komunikacyjnego*.

Inny mój kłopot z lekturą polega na tym, że wcale nie widzę tu deklarowanej jako kluczowej problematyki rozdarcia „między kulturami”. Szkolna sytuacja Jess nie ma podłoża rasistowskiego, starsi rodzice zarówno Daniela (angielskiego ojca), jak i Sary (nigeryjskiej matki) nie mają nic przeciwko stworzeniu takiej konfiguracji rodzinnej. Ojciec Sary, dziadek Jess, ubolewa nad ateizmem swej córki, lecz sam nie jest „archaicznym” animistą ani nikim podobnym, tylko protestantem częściowo i warunkowo akceptującym rozmaite praktyki quasi-magiczne. Oyeyemi nie ma chyba pomysłu na swoich dorosłych, ich obraz nie tyle odpowiada spojrzeniu Jess, co właśnie wiekowi samej autorki. Jaki otrzymujemy obraz? Narzędziem pracy matki jest komputer. Matka pisze książki i recenzje książkowe. Ojciec chodzi do pracy. Gdy choruje, nie chodzi. Ogląda telewizję. Celowo ujmuję to niemal w stylu elementarza. Rodzice są bezradni wobec zachowań Jess, jednak nie sposób dociec, cóż myślą. Książka jest pisana z perspektywy małej dziewczynki, jednak ta konwencja bywa przełamywana, wedle mnie raczej dla wygody autorki.

Jest w Małej Ikar jakaś chaotyczność, a jednak powieść jest znakomita. Być może Jess to oko „międzykulturowego” właśnie cyklonu, borykająca się z kłopotami szkolnymi, w środowisku i w wieku, gdzie przyczyną rówieśniczego napiętnowania może być niemal cokolwiek, od nieśmiałości, przez otyłość, po dziecinne wspomnienie „kompromitującego” wydarzenia, na przykład charakterystycznego stroju, który został wyśmiany. „Hybrydyczna” tożsamość jaką Jess zawdzięcza rodzicom, jest tu niemal bez znaczenia. To chyba jeszcze nie ten etap życia, kiedy kwestie tego rodzaju znacząco wpływają na samoświadomość. Oyeyemi, deklaratywnie odcinająca się od tropów autobiograficznych, obdarzyła Jessamy swoją duszą… a może tylko jej użyczyła? Nieważne, czy powstrzymała Małą Ikar przed upadkiem, czy też była dla niej Dedalem, czyli postacią towarzyszącą, która się sama uratowała, czy raczej Ariadną, boginią–tkaczką** – Oyeyemi to autorka, której twórczości z pewnościa warto się przyglądać.

Paulina Szkudlarek

Helen Oyeyemi, Mała Ikar, przeł. Jolanta Kozak, W.A.B., Warszawa 2007.

* To oczywiście przykład wybiórczy, dobrany na fali doniesień fiaska pewnej wielkiej chińskiej inwestycji w Polsce – satelitę NigCom Nigeria zawdzięcza właśnie kooperacji z Chinami.
** Taka percepcja owej postaci mitycznej jest stosunkowo rzadka, ale z pewnością uprawniona.

Data wpisu: 20 czerwca, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Helen Oyeyemi, „Mała Ikar”

Mała Ikar, moja spóźniona lektura, nad którą dzisiaj się zastanawiam, została napisana przez wychowaną i mieszkającą w Wielkiej Brytanii autorkę o nigeryjskim pochodzeniu. Z racji moich feministycznych, jak również postkolonialnych zainteresowań, już sama wiedza o kulturowym usytuowaniu Helen Oyeyemi byłaby zachęcająca do sięgnięcia po jej powieść. Co jednak jeszcze bardziej intrygujące, ta wciąż młoda (urodzona w 1984 roku) pisarka swój debiut stworzyła już… w szkole średniej. To zatem juwenilia; obecnie Oyeyemi ma na swoim koncie kilka kolejnych utworów.

Tytułowa bohaterka Małej Ikar ma na imię Jessamy i jest 8–letnią ponadprzeciętnie uzdolnioną uczennicą, córką żyjących w Londynie Nigeryjki i Anglika. Źle się czuje w szkole, ponieważ jest małomówna, niekontaktowa, a dziewczynki wokół niej łączą się w towarzystwa nie tyle wzajemnej adoracji, co wspierania i przyklaskiwania ekspansywnej liderce. Co więcej, Jessamy miewa nieznanego pochodzenia ataki kojarzące się z klasycznymi opisami współcześnie już raczej „zdyskwalifikowanej” histerii, co rzecz jasna pogarsza jej relacje z równieśnikami.

Podczas wakacji rodzice – Sara, pisarka i Daniel, księgowy – zabierają córkę do Nigerii, gdzie spędzają czas z ojcem Sary, jej rodzeństwem i mnóstwem innych krewnych. Wszyscy się o dziewczynkę troszczą, ośmielają tak, by zarazem nie zawstydzać, odruchowo i nie „na siłę” budują atmosferę akceptacji, umożliwiają udział w rozmaitych atrakcjach. Mimo to Jessamy znajduje sobie (?) wyobrażoną przyjaciółkę, z której – by tak rzec – statusu ontologicznego nie zdaje sobie sprawy. Pierwsze spotkania z Tilly Tilly zachowuje w tajemnicy, gdyż jest przekonana, że nowa znajoma w sekrecie mieszka w starych zabudowaniach w gospodarstwie jej dziadka. Ku pozytywnemu zaskoczeniu Jess, przyjaciółka powraca do niej także później, w Londynie.

Zasadniczo w Małej Ikar dominuje problem naprawdę sprawnie ukazanej dziecięcej wrażliwości, niekonsekwentnego podejścia do świata, kierowania się adekwatnym do wieku sposobem myślenia o tym, co jest dla mnie dobre według mnie, a co jest dla mnie dobre według dorosłych – poza rodzicami należy do nich psycholog, z którego córką Jess się zaprzyjaźnia, w tym przypadku oczywiście realnie!

Obecność w życiu bohaterki przyjaciółki wymyślonej jest powiązane ze specyficznymi stanami, histerii czy amnezji, ale co interesujące, Jess „ustala” z Tilly Tilly to, kim dziwna przybyszka rzeczywiście jest! Okazuje się, iż matka Jess urodziła bliźniaczki, z których jedna zmarła; na taką okoliczność przewidziane są pewne rytualne nigeryjskie zabiegi. Tilly Tilly zaś przedstawia się jako inna bliźniaczka w podobnej sytuacji, choć trudno wyczuć, która: ta, co zmarła, czy ta, która przeżywszy poszukuje „pary”. Jess rozumie, że to dziwne, „nieprawdziwe”, jednak kompanka okazuje się mieć wpływ na to, co się naprawdę dzieje. Nie ma ograniczenia do wyobrażeń i rojeń Jess – choć niektóre zdarzenia są niepewne, muszą być efektem ataków i zaćmień, inne nie mogłyby zaistnieć bez nadnaturalnej interwencji.

Kiedy Jessamy bardzo na tym zależy, Tilly Tilly „objawia” się Shivs, córce psychologa. Czy to siła sugestii? Koleżanka lubuje się wszak w opowieściach o duchach (których z kolei Jess absolutnie nie chce słuchać). Gdy Shivs pada ofiarą wybryków Tilly, oczywiście może nie zauważać, że winowajczynią jest Jess, gdyż ta bardzo wpływa na imaginację mniej oczytanej, „zwyczajniejszej” przyjaciółki, jednak – co znów frapujące – Shivs odróżnia ułudę. Tłumaczy, dlaczego deklaruje wiarę słowom Jess: otóż ma w klasie koleżankę ciągle opowiadającą o swej niewidzialnej dla innych towarzyszce, np. zabraniającą siadać „na niej”… choć potem zajmującą wcześniej wskazane miejsce. Shivs dostrzega niekonsekwencję, o którą Jess nie sposób oskarżyć. To przykład tego, jak dopracowane przez Oyeyemi jest owo fascynujące studium relacji małych dziewczynek. Wracając jednak do nadnaturalnych interwencji, za sprawą Tilly Tilly Jessamy poznaje wstydliwy sekret Colleen, swej szkolnej prześladowczyni. „Widzi” bowiem awanturę z matką i dowiaduje się, iż poniżająca ją dziewczynka, klasowa przywódczyni, moczy się i ukrywa przed rodzicami brudną bieliznę. Gdy w akcie desperacji Jess wykorzystuje swą „wiedzę” w towarzystwie innych dzieci (najlepszą obroną jest atak, więc z pewnością łatwo odgadnąć, w jakich to się odbyło okolicznościach), Colleen naturalnie zaprzecza wszystkiemu, jednak później przerażona i poniżona pyta Jess, skąd ta wiedziała.

Myślę, że atrakcją Malej Ikar miały być motywy związane z afrykańską obrzędowością, „magią afrykańską”, jak wyraziła się prowadząca z Oyeyemi wywiad Anna Dziewit. Dla mnie jednak nią nie były. W skrócie: nic nie pomagało i nie pomogło Jessamy: ani zachodnia psychologia czy system szkolnego wsparcia, ani dopełnianie rytuałów typu: sporządzenie odpowiedniej figurki reprezentującej bliźniaczkę. Wbrew innym recenzjom uważam, iż wszystko kończy się dość mętnie i niesatysfakcjonująco, szczególnie w obliczu rozmachu wcześniejszych partii.

Ponadto rażą mnie odczytania deprecjonujące niepodleglą od ponad półwiecza Nigerię, kraj oczywiście niepozbawiony wad, a może i patologii, ale – w odróżnieniu od Polski – posiadający własnego satelitę komunikacyjnego*.

Inny mój kłopot z lekturą polega na tym, że wcale nie widzę tu deklarowanej jako kluczowej problematyki rozdarcia „między kulturami”. Szkolna sytuacja Jess nie ma podłoża rasistowskiego, starsi rodzice zarówno Daniela (angielskiego ojca), jak i Sary (nigeryjskiej matki) nie mają nic przeciwko stworzeniu takiej konfiguracji rodzinnej. Ojciec Sary, dziadek Jess, ubolewa nad ateizmem swej córki, lecz sam nie jest „archaicznym” animistą ani nikim podobnym, tylko protestantem częściowo i warunkowo akceptującym rozmaite praktyki quasi-magiczne. Oyeyemi nie ma chyba pomysłu na swoich dorosłych, ich obraz nie tyle odpowiada spojrzeniu Jess, co właśnie wiekowi samej autorki. Jaki otrzymujemy obraz? Narzędziem pracy matki jest komputer. Matka pisze książki i recenzje książkowe. Ojciec chodzi do pracy. Gdy choruje, nie chodzi. Ogląda telewizję. Celowo ujmuję to niemal w stylu elementarza. Rodzice są bezradni wobec zachowań Jess, jednak nie sposób dociec, cóż myślą. Książka jest pisana z perspektywy małej dziewczynki, jednak ta konwencja bywa przełamywana, wedle mnie raczej dla wygody autorki.

Jest w Małej Ikar jakaś chaotyczność, a jednak powieść jest znakomita. Być może Jess to oko „międzykulturowego” właśnie cyklonu, borykająca się z kłopotami szkolnymi, w środowisku i w wieku, gdzie przyczyną rówieśniczego napiętnowania może być niemal cokolwiek, od nieśmiałości, przez otyłość, po dziecinne wspomnienie „kompromitującego” wydarzenia, na przykład charakterystycznego stroju, który został wyśmiany. „Hybrydyczna” tożsamość jaką Jess zawdzięcza rodzicom, jest tu niemal bez znaczenia. To chyba jeszcze nie ten etap życia, kiedy kwestie tego rodzaju znacząco wpływają na samoświadomość. Oyeyemi, deklaratywnie odcinająca się od tropów autobiograficznych, obdarzyła Jessamy swoją duszą… a może tylko jej użyczyła? Nieważne, czy powstrzymała Małą Ikar przed upadkiem, czy też była dla niej Dedalem, czyli postacią towarzyszącą, która się sama uratowała, czy raczej Ariadną, boginią–tkaczką** – Oyeyemi to autorka, której twórczości z pewnościa warto się przyglądać.

Paulina Szkudlarek

Helen Oyeyemi, Mała Ikar, przeł. Jolanta Kozak, W.A.B., Warszawa 2007.

* To oczywiście przykład wybiórczy, dobrany na fali doniesień fiaska pewnej wielkiej chińskiej inwestycji w Polsce – satelitę NigCom Nigeria zawdzięcza właśnie kooperacji z Chinami.
** Taka percepcja owej postaci mitycznej jest stosunkowo rzadka, ale z pewnością uprawniona.

Data wpisu: 20 czerwca, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Fight club dla dziewczyn, czyli jak rozpoznać kto jest po właściwej stronie. Jack Womack, „Chaotyczne akty bezsensownej przemocy”

Film „Fight Club” wyreżyserowany przez Davida Finchera był niewątpliwie jednym z najsłynniejszych filmów lat dziewięćdziesiątych. Doczekał się wielu interperatacji (i mam wrażenie, że niemal zagłuszył książkowy pierwowzór autorstwa Chucka Palahniuka), wśród których znajdziemy m. in. odczytanie wymowy filmu jako krytyki konsumeryzmu i neoliberalnego kapitalizmu, którego władza opiera się na przymusowym heteroseksualizmie i ciągłym potwierdzaniu i nagradzaniu męskości we wszelkich przejawach (artykuł np. Henry’ego Giroux na ten temat można przeczytać tutaj. Film jednakże nie jest żadnym naiwnym manifestem ekonomicznym czy genderowym (ten poziom odczytania filmu jest dla mnie najbardziej dyskusyjny), ukazuje bowiem kapitalizm i konsumeryzm jako systemy nie podlegające „penetracji”, nie da się walczyć przeciwko nim i przetrwać (pomijając kwestię metod owej walki).

W tytułowym klubie walki (lub podziemnym, jak chciało polskie tłumaczenie), mężczyźni uczą się walczyć przeciwko sobie, wykorzystując agresję i frustrację w szlachetnym dziele budowania mięśni i nauki pokonywania przeciwnika. Uładzona, pełna politycznej poprawności codzienność mierzi ich i właśnie w niej upatrują źródła swojej słabości. Pozbywając się krępujących ich ubrań, walczą nieraz na śmierć i życie, przygotowując się do wywrotowych akcji przeciwko burżuazyjnym konsumentom. Klub walki to miejsce, w którym mężczyźni odzyskują – jak im się wydaje – swoją tożsamość, jakby przemoc była ich rodzimym językiem, którego wstrętne opresywne społeczeństwo zabroniło im używać – i z tym większą nostalgią „wracają” do niego. To nic, że nie zauważają, w jakim chaosie pogrążają świat wokół swoimi działaniami.

Moje skojarzenie książki Jacka Womacka „Chaotyczne akty bezsensownej przemocy” z filmem Finchera bierze się nie tylko z pewnego podobieństwa wizji powieściowej rzeczywistości autora (walący się system społeczny i ekonomiczny Stanów Zjednoczonych), ale również przez analogię przyłączenia się głównego bohatera/ głównej bohaterki, do gangu złożonego z przedstawicieli/ przedstawicielek jego/ jej płci, jak również konsekwencji z tegoż wynikających.

Autor albo reżyser, ustanawiając dziecko narratorem lub/i głównym bohaterem filmu czy powieści, ryzykuje sprowadzenie swego dzieła do zapisu stanu własnej świadomości i poziomu rozwoju. Przykłady złych utworów przyjmujących „perspektywę dziecka” można by mnożyć, a chlubne wyjątki zdarzają się niezmiernie rzadko. Zresztą dzieci nie rozczulają mnie, nie są dla mnie rozkosznym dodatkiem ocukrzającym grozę rzeczywistości, nie są niewinne ani wystarczająco ładne, by usprawiedliwić mierne fabuły. Zdawał sobie z tego sprawę choćby Orson Scott Card, który w swojej znakomitej powieści „Gra Endera” umieścił dedykację: „Dla Geoffreya, dzięki któremu pamiętam, jak młode i jak stare mogą być dzieci”. Tym samym oddał hołd ich często niedocenianej przenikliwości i mądrości.

Niemniej jednak tak zwane dziecięce spojrzenie na świat nie poraża mnie świeżością ani oryginalnością, a w interpretacji dorosłych często co najwyżej odrzuca oczywistą naiwnością i niesłychanym egotyzmem ustawiającym wszystko wokół i pod siebie. Tym ciekawsze wydają mi się zarówno powieści, jak i filmy, które przekonują, że niedorosłe istoty ludzkie nie są jedynie denerwującymi niskimi stworami z niedostatkiem IQ czy – w innych ujęciach – przewodnikami po rzeczywistości, której „duzi” nie potrafią dostrzegać. W naszych czasach, kiedy już odkryto dzieciństwo i całą histerię skupioną wokół wychowania, od której niejednej kobiecie (nie tylko matkom) zrobiło się już nieraz słabo, dziecko rzadko kiedy pojawia się jako ono samo. To raczej swego rodzaju alegoria utraconej wiary w „niewinność” człowieka, na jakimkolwiek etapie rozwoju, a czasem też figura ofiary, która dorastając bierze odwet za wszystkie błędy i niedostatki wychowania. A przecież można spojrzeć na dziecko jako istotę o specyficznym typie wyobraźni, obdarzonej perwersją niezawinionej aspołeczności. W powieściach Andrzeja Czcibora–Piotrowskiego, o których mam nadzieję, że jeszcze napiszemy, dziecięcy erotyzm jest sposobem na uratowanie świata skazanego na zagładę, źródłem siły niezbędnej do przeżycia najgorszych przeciwności losu, wreszcie – nieustającą transgresją płci, przyjemności, ukazywaniem dobra płynącego z żywego, ciepłego ciała bliskiej osoby.

W powieści Jacka Womacka „Chaotyczne akty bezsensownej przemocy”, narratorka i zarazem główna bohaterka, dwunastoletnia Lola Hart, musi sobie radzić w świecie narastającego chaosu. Wykorzystując konwencję zapisków w pamiętniku, Womack buduje wstrząsający obraz dystopijnego świata nieodległej przyszłości, pogrążonego w rozruchach na tle polityczno–ekonomicznym, widzianego oczami osoby, która doświadcza przede wszystkim rozpadu związków międzyludzkich na każdym poziomie. Amerykańskie społeczeństwo u Womacka nie istnieje, są jedynie luźne, mniejsze lub większe grupy, które łączy jakiś interes. Bardzo ciekawe jest to, w jaki sposób Lola obserwuje rzeczywistość. To nie jest jedynie infantylna nakładka na dorosłą relację życia, ale bardzo realistyczne „filtrowanie” obserwowanych faktów; na ile wpływają bezpośrednio na życie głównej bohaterki, na tyle wzmianki zasługują. Wojsko maszeruje cały dzień ulicami Nowego Jorku pogrążonego w antyrządowych zamieszkach? Dwie linijki w pamiętniku, pół na opis wypasionego obiadu w McDonaldsie. Żołnierze pomyłkowo wpadają do mieszkania głównej bohaterki podczas obławy na protestujących? Lola opisuje ich slangowym językiem młodzieżowych gangów, ze szczegółami mrożącymi krew w żyłach zniszczeń właściwie całego mieszkania, włącznie z rzeczami osobistymi i kradzieżą leków. Telewizyjne wiadomości podające informacje o kolejnym zastrzelonym prezydencie USA Lola ledwie zauważa – trzeba zająć się przecież przeżyciem kolejnego dnia.

A przecież Lola przez większość swojego dwunastoletniego życia spędziła całkiem standardowo i czasem nawet przyjemnie. Rodzice, choć kochający i opiekuńczy, przyjęli swoistą metodę wychowawczą, w myśl której dzieci to małe aniołeczki, których nie należy kalać rzeczowymi informacjami na temat aktualnych wydarzeń czy to rodzinnych czy politycznych. W rezultacie Lola jedynie domyśla się, jak ciężko musi być matce funkcjonującej jako tako jedynie dzięki codziennie przyjmowanym antydepresantom i lekom uspokajającym, czy z czym zmaga się wiecznie szukający pracy ojciec, wspominający dobre chwile, gdy zapotrzebowanie na jego usługi (scenarzysty) w ogóle istniało. Interesujące jest zresztą ukazanie obojga rodziców głównej bohaterki jako posiadających humanistyczne wykształcenie – matka Loli ma tytuł profesorski w dziedzinie literatury angielskiej – i wiecznie borykających się z brakiem pracy, ponieważ na ich umiejętności nie ma zapotrzebowania.

Powieść rozpoczyna się w szczęśliwej dla rodziny chwili, gdy zamieszkują w przytulnym nowojorskim mieszkaniu, w którym Lola ma osobny pokój ze swoją młodszą siostrą zwaną Boob. Uczęszcza do prywatnej szkoły, w której ma koleżanki, rodzice są pełni wiary w przyszłość. Stopniowo to spokojne i całkiem przyjemne życie przekształca się w koszmarne piekło pełne przemocy, w którym zanikają niemal wszystkie związki międzyludzkie.

Pierwszy niszczeje świat szkolnych przyjaźni Loli. Ze szkoły znika jedna z jej bliższych koleżanek, oddana przez rodziców do specjalnego ośrodka „naprawczego” dla niezdyscyplinowanych dzieci. Znajome Loli opowiadają sobie zasłyszane plotki o tym miejscu, które wygląda raczej na połączenie obozu dla zatwardziałych recydywistów z izbą tortur. Womack wyraźnie robi tu aluzję do popularnych w Ameryce „boot camps”, paramilitarnych obozów wychowawczych dla młodzieży (strona krytykująca tego rodzaju praktyki). Błędy i braki w wychowaniu wypala się i tępi metodami pasującymi dla zdeklarowanych wrogów ludzkości w ogóle. Szczególnie szokujące w powieści jest to, że „do naprawy” rodzice wysyłają zwyczajną nastolatkę, której główną przewiną było to, że aż dwukrotnie zdecydowała się na wagary, by pójść na randkę. Kiedy po jakimś czasie dziewczynka wraca z „reedukacji”, Lola z przerażeniem odkrywa, że właściwie nie ma z nią kontaktu – jeszcze do niedawna pełna energii i wygadana koleżanka zamieniła się w zombie ze szklanymi oczami, które zrobi wszystko ze strachu przed ewentualną karą.

Niedługo potem Lola zaproszona do innej koleżanki na noc, podczas zabawy całuje przyjaciółkę, na czym zostają przyłapane przez gospodarzy. Czytelnik domyśla się na podstawie aluzji robionych przez rodziców dziewczynki, że już wcześniej podejrzewali ją o homoseksualizm, co więcej, najwyraźniej ojca przyjaciółki Loli małe dziewczynki interesują bardziej niż powinny. Lola odkrywa, że jest podglądana przez ojca przyjaciółki, a nieco później domyśla się, że przez lata wykorzystywał seksualnie swoją córkę. Współczucie dla koleżanki jednak niknie gdy Lola dowiaduje się, że dziewczynka rozpowiedziała w szkole, iż Lola to napastująca dziewczyny lesbijka… Niedługo potem cała szkoła wie, że Loli należy unikać, rodzice jej koleżanek nie życzą sobie, by utrzymywała z nimi kontakt, więc kiedy ojciec Loli traci po raz kolejny pracę i muszą przeprowadzić się do wstrętnej rudery w gorszej dzielnicy, Lola niemal z ulgą wita wiadomość, że rodzice nie mają już pieniędzy na jej prywatną szkołę.

Wątek lesbijskich kontaktów Loli jest bardzo interesujący, dziewczynka jest przecież w wieku, w którym dopiero odkrywa się własną płeć, ciało, seksualność. Nie można oprzeć się wrażeniu, że budząca się seksualność Loli kieruje się raczej w stronę ożywiania i zawiązywania przyjaźni, w świecie, w którym nikt nie jest pewny tego, co stanie się następnego dnia – oprócz faktu, że na pewno będzie to coś złego. Za to z całą pewnością domniemana homoseksualność Loli staje się przyczyną jej napiętnowania zarówno w szkole, jak i częściowo w domu (ale nie przez rodziców, a przez młodszą siostrę). Ostracyzm, który napotyka nastolatkę za pocałowanie koleżanki jest wręcz porażający i – niestety łatwy do wyobrażenia w polskiej rzeczywistości.

Choć Lola traci swoje szkolne przyjaciółki, poznaje nowe (mniej więcej w jej wieku), które tworzą niewielki, ale groźny gang. W większości dziewczynki pochodzą z dysfunkcjonalnych rodzin, nie chodzą do szkoły, a dnie spędzają głównie na okradaniu naiwnych i nieuważnych przechodniów i obserwowaniu otoczenia. Jednak nie jest to ich sposób na nudę, ale przetrwanie. Niektóre uciekły z domu, w którym były wykorzystywane seksualnie, inne nie miały żadnych bliskich. Jedną z nowych znajomych Loli jest trzynastoletnia Ester, która jest w ciąży (zgwałcił ją niewiele starszy kuzyn przesiadujący całymi dniami w jej domu). Na pytanie Loli, dlaczego nie usunęła ciąży, nowe przyjaciółki odpowiadają kpiąco „nie stać jej było na wieszak”. Ten gang nastolatek to właśnie dziewczyński fight club – grupa wsparcia, która uczy Lolę stosować przemoc, i która szybko odkrywa, że nowa członkini potrafi wpaść w bitewny amok i „wyeksować” (czyli zabić) przeciwnika. A tych nie brakuje, ponieważ brak jakiejkolwiek politycznej stabilności i chaos ekonomiczny (inflacja dolara osiąga tak wysoki poziom, że zostaje wprowadzona nowa waluta) przyczynia się do nieustających zamieszek na ulicach Nowego Jorku, gdzie wezwana do opanowania zamieszek armia jest równie groźna i skłonna do nadużywania przemocy, co przestępcy. Lola obserwując eskalację przemocy, żołnierzy atakujących zdesperowanych nowojorczyków, zadaje z pozoru proste, ale dramatyczne pytanie: „A jak nas odróżnią od wszystkich innych?”. Kolejne wydarzenia udowodniają Loli, że nie odróżnią, że zawsze znajduje się po niewłaściwej stronie.

U Womacka rozpadający się świat nie oferuje żadnego oparcia bohaterce, a miłość przyjaciółki z gangu, Jude, jest zbyt delikatna i krucha, by uratować ją z niszczejącego społeczeństwa i całkowicie rozbitej rodziny.

Pierwszą osobą, która „odpada” z rodziny Hartów jest siostra Loli. Mała dziewczynka nie potrafi przyzwyczaić się do nowych warunków życia, jest też przerażona siostrą, o której słyszała wiele nieprzyjemnych plotek w szkole. Bohaterka mimo wysiłków nie jest w stanie zupełnie przekonać swojej młodszej siostry, że bycie lesbijką (jeśli można tak nazwać dwunastoletnią dziewczynkę, która pocałowała raz koleżankę…) nie oznacza nawykowego gwałcenia młodszych sióstr. Ostatecznie dziecko wędruje do rodziny konserwatywnej ciotki, po czym siostry właściwie tracą zupełnie ze sobą kontakt. Po nagłej i niespodziewanej śmierci ojca bezlitośnie wykorzystywanego przez szefa w księgarni, matka Loli przeżywa załamanie nerwowe, po którym już nie wychodzi ze szpitala. Świat pali za sobą mosty, zrywa z Lolą, która wybucha niepowtrzymaną falą agresji i frustracji. Już wie, że potrafi walczyć, że nieobca jest jej przemoc. Że to, co ją otacza, codzienny chaos i śmierć, zalało jej serce i umysł i może już tylko odpowiadać przemocą. Nastolatka z dobrego domu, która odebrała wykształcenie w elitarnej prywatnej szkole, kijem bejsbolowym katuje na śmierć byłego pracodawcę swojego ojca, którego wini za jego śmierć. Książka kończy się pogróżkami i wyzwiskami, którymi Lola w slangu ulicznych gangów odgraża się wszelkim ewentualnym napastnikom. Oto Lola jest groźna i należy do najgorszego gangu w mieście, gangu morderców, dla których zabić to tyle, co splunąć. Nie ma happy endu, nie ma choćby cienia sugestii, jak może potoczyć się dalej życie Loli. Nie ma nawet przyjaciółek z fight clubu, które razem z nią oberwowałyby ognie rozpalone w ruinach domów. Boot Camp America skończył się źle dla dzieci i dorosłych.

Sławomira Raczyńska

Jack Womack, Chaotyczne akty bezsensownej przemocy, tł. Jerzy Łoziński, Wydawnictwo Zysk i S-ka. Poznań 2001.

Data wpisu: 23 października, 2010 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Fight club dla dziewczyn, czyli jak rozpoznać kto jest po właściwej stronie. Jack Womack, „Chaotyczne akty bezsensownej przemocy”

Film „Fight Club” wyreżyserowany przez Davida Finchera był niewątpliwie jednym z najsłynniejszych filmów lat dziewięćdziesiątych. Doczekał się wielu interperatacji (i mam wrażenie, że niemal zagłuszył książkowy pierwowzór autorstwa Chucka Palahniuka), wśród których znajdziemy m. in. odczytanie wymowy filmu jako krytyki konsumeryzmu i neoliberalnego kapitalizmu, którego władza opiera się na przymusowym heteroseksualizmie i ciągłym potwierdzaniu i nagradzaniu męskości we wszelkich przejawach (artykuł np. Henry’ego Giroux na ten temat można przeczytać tutaj. Film jednakże nie jest żadnym naiwnym manifestem ekonomicznym czy genderowym (ten poziom odczytania filmu jest dla mnie najbardziej dyskusyjny), ukazuje bowiem kapitalizm i konsumeryzm jako systemy nie podlegające „penetracji”, nie da się walczyć przeciwko nim i przetrwać (pomijając kwestię metod owej walki).

W tytułowym klubie walki (lub podziemnym, jak chciało polskie tłumaczenie), mężczyźni uczą się walczyć przeciwko sobie, wykorzystując agresję i frustrację w szlachetnym dziele budowania mięśni i nauki pokonywania przeciwnika. Uładzona, pełna politycznej poprawności codzienność mierzi ich i właśnie w niej upatrują źródła swojej słabości. Pozbywając się krępujących ich ubrań, walczą nieraz na śmierć i życie, przygotowując się do wywrotowych akcji przeciwko burżuazyjnym konsumentom. Klub walki to miejsce, w którym mężczyźni odzyskują – jak im się wydaje – swoją tożsamość, jakby przemoc była ich rodzimym językiem, którego wstrętne opresywne społeczeństwo zabroniło im używać – i z tym większą nostalgią „wracają” do niego. To nic, że nie zauważają, w jakim chaosie pogrążają świat wokół swoimi działaniami.

Moje skojarzenie książki Jacka Womacka „Chaotyczne akty bezsensownej przemocy” z filmem Finchera bierze się nie tylko z pewnego podobieństwa wizji powieściowej rzeczywistości autora (walący się system społeczny i ekonomiczny Stanów Zjednoczonych), ale również przez analogię przyłączenia się głównego bohatera/ głównej bohaterki, do gangu złożonego z przedstawicieli/ przedstawicielek jego/ jej płci, jak również konsekwencji z tegoż wynikających.

Autor albo reżyser, ustanawiając dziecko narratorem lub/i głównym bohaterem filmu czy powieści, ryzykuje sprowadzenie swego dzieła do zapisu stanu własnej świadomości i poziomu rozwoju. Przykłady złych utworów przyjmujących „perspektywę dziecka” można by mnożyć, a chlubne wyjątki zdarzają się niezmiernie rzadko. Zresztą dzieci nie rozczulają mnie, nie są dla mnie rozkosznym dodatkiem ocukrzającym grozę rzeczywistości, nie są niewinne ani wystarczająco ładne, by usprawiedliwić mierne fabuły. Zdawał sobie z tego sprawę choćby Orson Scott Card, który w swojej znakomitej powieści „Gra Endera” umieścił dedykację: „Dla Geoffreya, dzięki któremu pamiętam, jak młode i jak stare mogą być dzieci”. Tym samym oddał hołd ich często niedocenianej przenikliwości i mądrości.

Niemniej jednak tak zwane dziecięce spojrzenie na świat nie poraża mnie świeżością ani oryginalnością, a w interpretacji dorosłych często co najwyżej odrzuca oczywistą naiwnością i niesłychanym egotyzmem ustawiającym wszystko wokół i pod siebie. Tym ciekawsze wydają mi się zarówno powieści, jak i filmy, które przekonują, że niedorosłe istoty ludzkie nie są jedynie denerwującymi niskimi stworami z niedostatkiem IQ czy – w innych ujęciach – przewodnikami po rzeczywistości, której „duzi” nie potrafią dostrzegać. W naszych czasach, kiedy już odkryto dzieciństwo i całą histerię skupioną wokół wychowania, od której niejednej kobiecie (nie tylko matkom) zrobiło się już nieraz słabo, dziecko rzadko kiedy pojawia się jako ono samo. To raczej swego rodzaju alegoria utraconej wiary w „niewinność” człowieka, na jakimkolwiek etapie rozwoju, a czasem też figura ofiary, która dorastając bierze odwet za wszystkie błędy i niedostatki wychowania. A przecież można spojrzeć na dziecko jako istotę o specyficznym typie wyobraźni, obdarzonej perwersją niezawinionej aspołeczności. W powieściach Andrzeja Czcibora–Piotrowskiego, o których mam nadzieję, że jeszcze napiszemy, dziecięcy erotyzm jest sposobem na uratowanie świata skazanego na zagładę, źródłem siły niezbędnej do przeżycia najgorszych przeciwności losu, wreszcie – nieustającą transgresją płci, przyjemności, ukazywaniem dobra płynącego z żywego, ciepłego ciała bliskiej osoby.

W powieści Jacka Womacka „Chaotyczne akty bezsensownej przemocy”, narratorka i zarazem główna bohaterka, dwunastoletnia Lola Hart, musi sobie radzić w świecie narastającego chaosu. Wykorzystując konwencję zapisków w pamiętniku, Womack buduje wstrząsający obraz dystopijnego świata nieodległej przyszłości, pogrążonego w rozruchach na tle polityczno–ekonomicznym, widzianego oczami osoby, która doświadcza przede wszystkim rozpadu związków międzyludzkich na każdym poziomie. Amerykańskie społeczeństwo u Womacka nie istnieje, są jedynie luźne, mniejsze lub większe grupy, które łączy jakiś interes. Bardzo ciekawe jest to, w jaki sposób Lola obserwuje rzeczywistość. To nie jest jedynie infantylna nakładka na dorosłą relację życia, ale bardzo realistyczne „filtrowanie” obserwowanych faktów; na ile wpływają bezpośrednio na życie głównej bohaterki, na tyle wzmianki zasługują. Wojsko maszeruje cały dzień ulicami Nowego Jorku pogrążonego w antyrządowych zamieszkach? Dwie linijki w pamiętniku, pół na opis wypasionego obiadu w McDonaldsie. Żołnierze pomyłkowo wpadają do mieszkania głównej bohaterki podczas obławy na protestujących? Lola opisuje ich slangowym językiem młodzieżowych gangów, ze szczegółami mrożącymi krew w żyłach zniszczeń właściwie całego mieszkania, włącznie z rzeczami osobistymi i kradzieżą leków. Telewizyjne wiadomości podające informacje o kolejnym zastrzelonym prezydencie USA Lola ledwie zauważa – trzeba zająć się przecież przeżyciem kolejnego dnia.

A przecież Lola przez większość swojego dwunastoletniego życia spędziła całkiem standardowo i czasem nawet przyjemnie. Rodzice, choć kochający i opiekuńczy, przyjęli swoistą metodę wychowawczą, w myśl której dzieci to małe aniołeczki, których nie należy kalać rzeczowymi informacjami na temat aktualnych wydarzeń czy to rodzinnych czy politycznych. W rezultacie Lola jedynie domyśla się, jak ciężko musi być matce funkcjonującej jako tako jedynie dzięki codziennie przyjmowanym antydepresantom i lekom uspokajającym, czy z czym zmaga się wiecznie szukający pracy ojciec, wspominający dobre chwile, gdy zapotrzebowanie na jego usługi (scenarzysty) w ogóle istniało. Interesujące jest zresztą ukazanie obojga rodziców głównej bohaterki jako posiadających humanistyczne wykształcenie – matka Loli ma tytuł profesorski w dziedzinie literatury angielskiej – i wiecznie borykających się z brakiem pracy, ponieważ na ich umiejętności nie ma zapotrzebowania.

Powieść rozpoczyna się w szczęśliwej dla rodziny chwili, gdy zamieszkują w przytulnym nowojorskim mieszkaniu, w którym Lola ma osobny pokój ze swoją młodszą siostrą zwaną Boob. Uczęszcza do prywatnej szkoły, w której ma koleżanki, rodzice są pełni wiary w przyszłość. Stopniowo to spokojne i całkiem przyjemne życie przekształca się w koszmarne piekło pełne przemocy, w którym zanikają niemal wszystkie związki międzyludzkie.

Pierwszy niszczeje świat szkolnych przyjaźni Loli. Ze szkoły znika jedna z jej bliższych koleżanek, oddana przez rodziców do specjalnego ośrodka „naprawczego” dla niezdyscyplinowanych dzieci. Znajome Loli opowiadają sobie zasłyszane plotki o tym miejscu, które wygląda raczej na połączenie obozu dla zatwardziałych recydywistów z izbą tortur. Womack wyraźnie robi tu aluzję do popularnych w Ameryce „boot camps”, paramilitarnych obozów wychowawczych dla młodzieży (strona krytykująca tego rodzaju praktyki). Błędy i braki w wychowaniu wypala się i tępi metodami pasującymi dla zdeklarowanych wrogów ludzkości w ogóle. Szczególnie szokujące w powieści jest to, że „do naprawy” rodzice wysyłają zwyczajną nastolatkę, której główną przewiną było to, że aż dwukrotnie zdecydowała się na wagary, by pójść na randkę. Kiedy po jakimś czasie dziewczynka wraca z „reedukacji”, Lola z przerażeniem odkrywa, że właściwie nie ma z nią kontaktu – jeszcze do niedawna pełna energii i wygadana koleżanka zamieniła się w zombie ze szklanymi oczami, które zrobi wszystko ze strachu przed ewentualną karą.

Niedługo potem Lola zaproszona do innej koleżanki na noc, podczas zabawy całuje przyjaciółkę, na czym zostają przyłapane przez gospodarzy. Czytelnik domyśla się na podstawie aluzji robionych przez rodziców dziewczynki, że już wcześniej podejrzewali ją o homoseksualizm, co więcej, najwyraźniej ojca przyjaciółki Loli małe dziewczynki interesują bardziej niż powinny. Lola odkrywa, że jest podglądana przez ojca przyjaciółki, a nieco później domyśla się, że przez lata wykorzystywał seksualnie swoją córkę. Współczucie dla koleżanki jednak niknie gdy Lola dowiaduje się, że dziewczynka rozpowiedziała w szkole, iż Lola to napastująca dziewczyny lesbijka… Niedługo potem cała szkoła wie, że Loli należy unikać, rodzice jej koleżanek nie życzą sobie, by utrzymywała z nimi kontakt, więc kiedy ojciec Loli traci po raz kolejny pracę i muszą przeprowadzić się do wstrętnej rudery w gorszej dzielnicy, Lola niemal z ulgą wita wiadomość, że rodzice nie mają już pieniędzy na jej prywatną szkołę.

Wątek lesbijskich kontaktów Loli jest bardzo interesujący, dziewczynka jest przecież w wieku, w którym dopiero odkrywa się własną płeć, ciało, seksualność. Nie można oprzeć się wrażeniu, że budząca się seksualność Loli kieruje się raczej w stronę ożywiania i zawiązywania przyjaźni, w świecie, w którym nikt nie jest pewny tego, co stanie się następnego dnia – oprócz faktu, że na pewno będzie to coś złego. Za to z całą pewnością domniemana homoseksualność Loli staje się przyczyną jej napiętnowania zarówno w szkole, jak i częściowo w domu (ale nie przez rodziców, a przez młodszą siostrę). Ostracyzm, który napotyka nastolatkę za pocałowanie koleżanki jest wręcz porażający i – niestety łatwy do wyobrażenia w polskiej rzeczywistości.

Choć Lola traci swoje szkolne przyjaciółki, poznaje nowe (mniej więcej w jej wieku), które tworzą niewielki, ale groźny gang. W większości dziewczynki pochodzą z dysfunkcjonalnych rodzin, nie chodzą do szkoły, a dnie spędzają głównie na okradaniu naiwnych i nieuważnych przechodniów i obserwowaniu otoczenia. Jednak nie jest to ich sposób na nudę, ale przetrwanie. Niektóre uciekły z domu, w którym były wykorzystywane seksualnie, inne nie miały żadnych bliskich. Jedną z nowych znajomych Loli jest trzynastoletnia Ester, która jest w ciąży (zgwałcił ją niewiele starszy kuzyn przesiadujący całymi dniami w jej domu). Na pytanie Loli, dlaczego nie usunęła ciąży, nowe przyjaciółki odpowiadają kpiąco „nie stać jej było na wieszak”. Ten gang nastolatek to właśnie dziewczyński fight club – grupa wsparcia, która uczy Lolę stosować przemoc, i która szybko odkrywa, że nowa członkini potrafi wpaść w bitewny amok i „wyeksować” (czyli zabić) przeciwnika. A tych nie brakuje, ponieważ brak jakiejkolwiek politycznej stabilności i chaos ekonomiczny (inflacja dolara osiąga tak wysoki poziom, że zostaje wprowadzona nowa waluta) przyczynia się do nieustających zamieszek na ulicach Nowego Jorku, gdzie wezwana do opanowania zamieszek armia jest równie groźna i skłonna do nadużywania przemocy, co przestępcy. Lola obserwując eskalację przemocy, żołnierzy atakujących zdesperowanych nowojorczyków, zadaje z pozoru proste, ale dramatyczne pytanie: „A jak nas odróżnią od wszystkich innych?”. Kolejne wydarzenia udowodniają Loli, że nie odróżnią, że zawsze znajduje się po niewłaściwej stronie.

U Womacka rozpadający się świat nie oferuje żadnego oparcia bohaterce, a miłość przyjaciółki z gangu, Jude, jest zbyt delikatna i krucha, by uratować ją z niszczejącego społeczeństwa i całkowicie rozbitej rodziny.

Pierwszą osobą, która „odpada” z rodziny Hartów jest siostra Loli. Mała dziewczynka nie potrafi przyzwyczaić się do nowych warunków życia, jest też przerażona siostrą, o której słyszała wiele nieprzyjemnych plotek w szkole. Bohaterka mimo wysiłków nie jest w stanie zupełnie przekonać swojej młodszej siostry, że bycie lesbijką (jeśli można tak nazwać dwunastoletnią dziewczynkę, która pocałowała raz koleżankę…) nie oznacza nawykowego gwałcenia młodszych sióstr. Ostatecznie dziecko wędruje do rodziny konserwatywnej ciotki, po czym siostry właściwie tracą zupełnie ze sobą kontakt. Po nagłej i niespodziewanej śmierci ojca bezlitośnie wykorzystywanego przez szefa w księgarni, matka Loli przeżywa załamanie nerwowe, po którym już nie wychodzi ze szpitala. Świat pali za sobą mosty, zrywa z Lolą, która wybucha niepowtrzymaną falą agresji i frustracji. Już wie, że potrafi walczyć, że nieobca jest jej przemoc. Że to, co ją otacza, codzienny chaos i śmierć, zalało jej serce i umysł i może już tylko odpowiadać przemocą. Nastolatka z dobrego domu, która odebrała wykształcenie w elitarnej prywatnej szkole, kijem bejsbolowym katuje na śmierć byłego pracodawcę swojego ojca, którego wini za jego śmierć. Książka kończy się pogróżkami i wyzwiskami, którymi Lola w slangu ulicznych gangów odgraża się wszelkim ewentualnym napastnikom. Oto Lola jest groźna i należy do najgorszego gangu w mieście, gangu morderców, dla których zabić to tyle, co splunąć. Nie ma happy endu, nie ma choćby cienia sugestii, jak może potoczyć się dalej życie Loli. Nie ma nawet przyjaciółek z fight clubu, które razem z nią oberwowałyby ognie rozpalone w ruinach domów. Boot Camp America skończył się źle dla dzieci i dorosłych.

Sławomira Raczyńska

Jack Womack, Chaotyczne akty bezsensownej przemocy, tł. Jerzy Łoziński, Wydawnictwo Zysk i S-ka. Poznań 2001.

Data wpisu: 23 października, 2010 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe