Imię kysia. Tatiana Tołstoj, "Kyś"
„Sowok – jak powszechnie określa się człowieka radzieckiego, a słowo to oznacza szufelkę na śmieci – podlega prawom, które panują w społecznościach zwierzęcych. Sowok nie czuje wrogości wobec inteligenta czy innego odmieńca, lecz zgodnie z prawem natury zadziobie każdego, kto odstaje od normy, wietrząc w nim genetyczne zagrożenie dla gatunku. W stadzie ptaków nie ma miejsca dla białych wron. Stado ludzkie lęka się przede wszystkim o własną tożsamość kulturową; sowok czuje przerażenie na myśl, że on, jego potomstwo lub naród może się zmienić kulturowo” (Tatiana Tołstoj w wywiadzie).
Wnuczka Lwa Tołstoja, Tatiana Tołstoj, pisała Kysia przez czternaście lat. Kiedy ostatecznie pojawił się w księgarniach, wzbudził mieszane odczucia. Część czytelników i krytyków zachwyciła się powieścią, widząc w niej pełną przewrotnego humoru dystopię polityczną – krytykę radzieckiego komunizmu i rządów Putina. Niektórzy podkreślali niezwykłość eksperymentu lingwistycznego, za jaki można uznać język książki, a także postmodernistyczną grę w tropienie cytatów i nawiązań, które w niczym nie odbierają dziełu oryginalności i aktualności zaskakującego przesłania. Wielość interpretacyjnych możliwości, jakie otwiera przed odbiorcami Kyś czyni z niego atrakcyjną lekturę zarówno dla tropiciela znaków, jak i poszukiwacza zabaw literackich.
Pierwsze, co się nasuwa po przeczytaniu książki, to z pewnością zaskoczenie prześmiewczym stylem, pełnym neologizmów i przezabawnych zwrotów. Dzięki Jerzemu Czechowi, genialnemu tłumaczowi, który wprowadza mnóstwo neologizmów, archaizmów, dostosowuje oryginalny tekst do polskiej rzeczywistości, możemy docenić inwencję językową autorki. Skojarzenia, jakie podsuwa fabuła i styl Kysia są dość oczywiste – Wesele w Atomicach Mrożka i Konopielka Redlińskiego. Połączenie realiów życia na wsi ze skutkami użycia broni nuklearnej, podkreślenie brutalności, prymitywizmu życia codziennego i braku umiejętności myślenia empatycznego i metaforycznego bohaterów, łączą powieść Tatiany Tołstoj z polskimi.
Kyś jest nie jest dystopią w stylu „heroicznym”, gdzie bohater, młody mężczyzna, o sprycie i powierzchowności wyróżniającej go z tłumu pobratymców, w postapokaliptycznej rzeczywistości musi poradzić sobie z przeciwnościami, jakie niesie ze sobą życie w spustoszonym świecie, w którym kultura i cywilizacja jakie znamy współcześnie, są jedynie niejasnym i niezbyt wartościowym wspomnieniem. Powieść jest dystopią, która akcentuje, że realny horror i terror stwarza przede wszystkim apokalipsa, jaka zapanowała w ludzkich umysłach i wyobraźni, zubożenie życia duchowego, nieumiejętność zapanowania nad głodem narracji (wielkich i małych) i „wypełniania wyobraźni”, a także – last but not least – brak empatii wobec drugiego człowieka, obojętność na cudze cierpienie, ból i śmierć.
A czym lub kim jest tytułowy stwór „kyś”?
Spośród wielu interpretacji, czym lub kim jest tajemniczy „kyś” z powieści Tatiany Tołstoj, możemy przeczytać, że: „Sam tytułowy stwór wzięty jest oczywiście z »rysia«; Rosjanie jednak słyszą w tym słowie więcej niż my: nęci ono (na kota woła się kis kis kis) i jednocześnie odstrasza (kysz). Taka też jest »Ruś«, następna z dźwiękowych asocjacji”, pisze w posłowiu tłumacz, Jerzy Czech (s. 284). Byłby więc ów kyś czymś w rodzaju upiora, którym stało się rosyjskie społeczeństwo, opanowane przez „sowoków”, o których opowiadała w zacytowanym wyżej wywiadzie Tatiana Tołstoj.
Autorka mówi w tym samym wywiadzie, że kyś jest „[p]rojekcją ludzkiej trwogi i strachu. W dzieciństwie wszyscy baliśmy się, że kyś mieszka pod łóżkiem, czai się za szafą albo w kącie za firanką, a kiedy zgaśnie światło, wylezie stamtąd. Niekiedy nawet stoi za twoimi plecami”.
Według z jednej z interpretacji, którą znalazłam w sieci, kyś skojarzony jest z ofiarami lobotomii. Takie odczytanie silnie wiąże wymowę powieści z krytyką komunistycznego Związku Radzieckiego, których funkcjonariuszy mieliby reprezentować sanitarze na Czerwonych Saniach. Jednakże tytułowy stwór opisany jest jako groźne, agresywne stworzenie, przejawiające wampiryczną ciągotę do żywienia się krwią żywych istot, co raczej nie charakteryzuje osób, którym zredukowano całkowicie zdolność do odczuwania emocji – już raczej tacy są napadnięci przez owego stwora. Kysia przyciąga niepewność, samotność, przygnębienie – a kiedy dorwie kogoś, pozbawia go woli i pogrąża w wiecznej depresji.
Świat Kysia poznajemy z perspektywy jednego z mieszkańców gródka Fiodoro–Kuźmiczowa, Benedikta Karpowa, syna nieboszczyka Karpa Kilogramycza i jednej z Dawnych – Poliny Michajłówny, która uparła się, by syna nauczyć alfabetu. Dzięki wysiłkom matki dorosły Benedikt Karpow zostaje przepisywaczem w Domu Pracy, gdzie kopiuje powieści powstałe przed Wybuchem, chłonąc każde poznane słowo, otwierające przed nim nowe, interesujące przestrzenie. Trzeba bowiem zauważyć, że Benedikt wyróżnia się wśród innych fiodoro–kuźmiczan bystrością i odwagą, które popychają go do czynów coraz odważniejszych i mających na celu w coraz większej mierze zaspokajanie samolubnych potrzeb. Benedikt posiada również żywą wyobraźnię, która w świecie ogołoconym z technologii (wielkimi osiągnięciami są dla bohaterów niedawne wynalazki, takie jak – koło i polowanie na „miedźwiedzia” z rohatyną – powstawanie ognia pozostaje wielką tajemnicą obwarowaną państwowym urzędem Rozpalacza) i kultury (znajomość alfabetu jest rzadkością, a książki powszechnie uważa się niebezpieczne nośniki choroby ściągające zainteresowanie budzących grozę sanitarzy) przypomina coraz głodniejszą bestię, która z nudy pożera cały świat.
Kysia boją się mieszkańcy gródka Fiodoro–Kuźmiczowa, który „dawno temu” (prawdopodobnie około trzysta lat temu), przed Wybuchem (o którym nie dowiadujemy się zbyt wiele przez całą powieść – jak przekonuje Tatiana Tołstoj, nie należy się sugerować, że katastrofa czarnobylska była dla niej główną inspiracją, bowiem – wg autorki – katastrof jest mnóstwo i dzieją się bez przerwy, a najgorsze to te, które pustoszą człowieka duchowo) nazywano Moskwą. Obecnie zamieszkują go urodzeni po katastrofie nuklearnej mutanci obdarzone rozmaitymi „effektami” (wśród których poruszający się na czworaka „wygeneraci”, używani jako siła pociągowa, są podobno parodią moskiewskich taksówkarzy, których autorka nie znosi – w końcu to jeden z wygeneratów w końcówce powieści wykorzystuje wiedzę o złożach przedziwnej i nieużywanej substancji zwanej „pen-zinem”) i paru przedstawicieli Dawnych – ludzi urodzonych przed Wybuchem. Dawni używają dziwnych i niestosowanych już słów, których znaczenia nikt postronny nie rozumie, najchętniej przebywają w swoim towarzystwie i nieustannie narzekają na rzeczywistość i ludzi urodzonych po Wybuchu. Tak przynajmniej widzi to Benedikt, który choć pozbawiony umiejętności myślenia metaforycznego, używa czasem zasłyszanych pojęć takich jak „CHWILOZOFIA” czy „MOLARNOŚĆ”, jest jednak przekonany, że to nic naprawdę ważnego ani potrzebnego.
W świecie Benedikta Dawni nie stanowią elity intelektualnej – zresztą nie byli nią też przed Wybuchem. Gdy spotykają się na pogrzebie jednej ze swojego grona, próbują dość nieudolnie odtworzyć ceremonię pożegnania zapamiętaną z dawnych czasów (a nie jest to łatwe, ponieważ po kataklizmie nuklearnym przestali się starzeć i umierali tylko przez złapane przypadkowo choroby, zatem grzebanie ziomków jest dla nich rzadkością). Nie funkcjonują praktycznie żadne instytucje państwowe ani religijne (istnieje jedynie nie do końca jasna hierarchia władzy i bogactwa, czyli mandat stosowania przemocy wobec innych i rozbójnicze przywłaszczanie sobie dostępnego mienia), więc Dawni muszą zadbać o pochówek znajomej sami. Dość szybko przekonujemy się, że w czasach swego życia przed radioaktywną apokalipsą byli najczęściej zwykłymi urzędnikami na podrzędnych stanowiskach. W obecnej sytuacji, w obliczu totalnego zdziczenia ludzkości, która żyje w chatkach – lepiankach i za świetne zabawy uważa „zeskakankę” i „dusibabkę”, podczas których uczestnicy najczęściej ulegają poważnym, stałym okaleczeniom, a nierzadko śmierci, która żywi się głównie najłatwiej dostępnymi myszami doprawianymi robachami i nie ma bladego pojęcia, kim byli Aleksander Puszkin, Immanuel Kant czy inne ikony średniej i wyższej edukacji mojego pokolenia (młodszego niekoniecznie), byli urzędnicy czują się co najmniej niczym ostatni potomkowie Prometeusza, chroniący słabo tlący się płomyczek cywilizacji. Podczas uroczystej przemowy upamiętniającej zmarłą Dawną, padają słowa znakomicie oddające możliwości umysłowe ostatnich bastionów. Dzierżący maszynkę do mięsa, nazywany przez innych dysydentem, niejaki Lew Lwowicz mówi: „Tak, to, proszę państwa, jest symbol: świat ginie, ale maszynka do mięsa jest niezniszczalna. Maszynka dziejów. (…) Przypomnijmy sobie Dostojewskiego: niechaj ginie cały świat, bylebym ja mógł pić herbatę. Albo kręcić mięso. Mięso armatnie proszę państwa. Dlatego w tej godzinie czuję gorycz. Nas już przekręcono. A nadal chcą kręcić” (s. 117-118).
Groteskowa metafora jest tragikomiczna w wymowie – w uniwersum Kysia nawet tak trywialny przedmiot kuchenny, jakim jest ręczna maszynka do mięsa, staje się cennym artefaktem godnym wyeksponowania, niosącym swą wytrzymałością pochwałę dawnej cywilizacji. Bowiem teraźniejszość to brodzenie w błocie, pisanie patykiem na brzozowej korze, liczenie koralikami na liczydle i podtrzymywanie ognia w domowym palenisku, gdyż rozpalenie go na nowo po wygaśnięciu to już tajemnica.
Wcześniejsze porównanie Dawnych z rodem prometejskim okazuje się w jednym przypadku niemal dosłowne. Oto jeden z nich, Nikita Iwanycz dzierży stanowisko Najwyższego Rozpalacza dzięki unikalnej mutacji – potrafi zionąć ogniem. Benedikt przypisuje tę zdolność Nikity Iwanycza „effektowi”, ale być może Dawny stosuje prosty trik z nabieraniem w usta benzyny, który znają cyrkowi i uliczni żonglerzy ogniem…
Wracając do głównego bohatera Kysia, Benedikt Karpow, dzielnie opanowujący codzienne życie wśród klosen, srajskich ptaków, czarnych zająców, latających kur niosących jaja wypełnione kwasem, dzielny myszołów (wszak mysz nazywana jest wielokrotnie „podstawą egzystencji”, jako pokarm i surowiec), koneser świetlaków, rdzy i robachów, postanawia zdobyć żonę w osobie Oleńki, córki Madeja Madejowicza, okolicznego bogacza i ważniaka. To niewątpliwie wielki awans społeczny dla sieroty Benedikta obdarzonego ciekawym, choć całkiem dyskretnym „effektem” – ogonkiem. Kiedy Benedikt pokazuje ogonek Nikicie Iwanyczowi, ten stwierdza:
„No cóż, właściwie to naczelne mają ogony. W głębokiej przeszłości, kiedy jeszcze ludzie nie wyszli ze stanu zwierzęcego, ogon był zjawiskiem normalnym i nikogo nie dziwił. Zaczął oczywiście zanikać, kiedy człowiek do rąk wziął kopaczkę – motykę. Teraz już jest atawizmem, ale niepokoi mnie nieoczekiwany powrót właśnie tego specyficznego organu. (…) Nie rozumiem: mimo wszystko żyjemy w neolicie, a nie jakiejś dzikiej wspólnocie pierwotnej”. A Benedikt mu ze ślozą w oku: „Wam to dobrze rozprawiać (…)! Wy chcecie odbudować przeszłość (…). Widać wszyscy wy, Dawni, tacy jesteście: »odbudujemy świetlaną przeszłość w całej okazałości«, no i macie tu całą okazałość! Naści! A skoroście tacy miłośnicy lat minionych, to może byście tak wy z ogonami pochodzili, bo mnie ogon niepotrzebny!” (s. 123).
Ostatecznie Benedikt rozstaje się z ogonkiem dzięki Nikicie Iwanyczowi i wżenia się w rodzinę Madejów. A jest to nie byle jaka rodzina. Oto matka Oleńki pochodzi „ze starożytnych, z Francuzów”, jak sama mówi, natomiast ojciec piastuje stanowisko Najwyższego Sanitarza, co początkowo budzi w Benedikcie niesłychaną trwogę i odrazę. Sanitarze sieją wszak w mieszkańcach gródka Fiodoro–Kuźmyczowa strach większy niż kyś! Kyś straszy głównie w opowiadaniach i rozmowach, a sanitarze na Czerwonych Saniach, pojawiają się nagle na ulicach osady, tropiąc chorobę. Wpadają przemocą do chat, zabierają lub zabijają na miejscu „chorych” i zabierają truciznę – książki. Przerażony rolą, jaką odgrywa w społeczności jego przyszły teść, Benedikt zastanawia się nad ucieczką w nieznane, nie ma jednak pojęcia, dokąd mógłby się udać. W rojeniach o podróży w dalekie miejsca myśli o postaci, o której wyczytał w jednym z przepisywanych w Chacie Pracy tekstów – Królewskiej Ptaszycy Pawicy, nasuwającej skojarzenia z tajemniczą księżniczką z bajek, ucieleśnieniem piękna. Nie znalazłam informacji, do jakiej opowieści dla dzieci czy legendy ma się odnosić owa Królewska Ptaszyca Pawica. Można sięgnąć do starożytnej indyjskiej symboliki łączącej pawia z Kryszną, według której ten piękny ptak ma symbolizować współczucie i czujność, nie jestem jednak pewna, czy to właściwe dopasowanie. Innym wieloznacznym zwierzęciem pojawiającym się w powieści jest mysz, ale jej symbolika jest często sprzeczna – w zależności od czasów i kontekstu mysz kojarzono z ubóstwem i zapomnieniem, ale też ze szczęściem i czystością.
Dość szybko Benedikt dowiaduje się, nie ma żadnego zagrożenia chorobą, i nie o chorych chodzi sanitarzom, gdy dokonują najazdów. W domu Madejowym panuje bowiem kult życia duchowego – czyli czytania książek, których teść Benedikta posiada całą bibliotekę. Benedikt uwielbiający poznawać nowe teksty, do tej pory mógł karmić swój głód narracji jedynie przepisywanymi na korę brzozową fragmentami starych powieści. Kiedy otwiera się przed nim, jak się na początku wydawało, nieograniczony zbiór fascynującej rozrywki, Benedikt oddaje się jej całkowicie. Zaczyna zaniedbywać żonę, zabiera książki do każdego posiłku, nie może przestać czytać. Czyta wszystko, co chwyci w ręce, klasyków literatury pięknej, poradniki, podręczniki, ale największy zachwyt budzi w nim powieść w odcinkach publikowana w czasopiśmie „Goniec Północny”. Stereotyp mężczyzny oddającego się kulturze wyższej (jaką jest tutaj czytanie książek, zakazanych dla przeciętnego mieszkańca Fiodorowo–Kuźmyczowa) i kobiety troszczącej się tylko o codzienny byt i wyżywienie jest tutaj doprowadzony do groteskowej formy. Benedikt pochłania książki i kotlety, powiększając swoje ciało, ale nie umysł. Fabuły i narracja są dla Benedikta odpowiednikiem seriali telewizyjnych i mają wartość jedynie rozrywkową. Spustoszony świat po Wybuchu bez żadnej „Wielkiej Narracji” – ani małej, ponieważ posiadanie książek jest nie tyle zabronione, co źle widziane – pożytku z nich dla zwykłych fiodoro-kuźmiczan żadnego, a niosą groźbę choroby i pojawienia się sanitarzy, wytworzył próżnię, którą Benedikt próbuje dla siebie zapełnić.
„A dlaczego życie duchowe wzniosłym się zowie? Dlatego, że książki zawsze stawia się wyżej, na górne piętro, na półkę. (…) Dlatego właśnie! A dlaczego teść, teściowa i Oleńka na nogach mają pazury? Dla tego samego! Żeby duchowości pilnować!”, tłumaczy sobie nowe życie Benedikt (s. 244-245).
Benedikt czuje się panem świata, bogaczem i imperatorem: „Bogacz – oto kim jest. Bo–ga–czem! Benedikt pomyślał o sobie „bo-gacz” i sam się zaśmiał. Nawet gwizdnął. Sam sobie basza! Sułtan! Wszystko w ręku mam, w garści, w małych bukwach: i przyrodę całą nieogarnioną, i żywoty ludzkie!” (s. 175). Dzięki żonie, dostatniemu życiu, wreszcie książkom, zaspokaja wszystkie potrzeby. Ale o ile żona i przysmaki (wśród których prym wiodą „koklety”) przejadają się Benediktowi, książek, fabuł, narracji, pragnie coraz więcej, ciągle nowych. I wtedy nastaje katastrofa. Okazuje się, że w zbiorach teścia brakuje numeru czasopisma z ciągiem dalszym ukochanej powieści w odcinkach! To jednak nic przy prawdziwym kataklizmie – oto Benedikt przeczytał całe zasoby Madejowej biblioteki! Ten straszny moment paniki i wściekłości Benedikta wykorzystuje jego teść, który zabiera go na Czerwone Sanie i wprowadza w zajęcie sanitarza… Benedikt w płaszczu z kapturem udaje się do gródka zapolować na książki, a jest tak zdesperowany, by je zdobyć, że – powiedzmy, że częściowo przez przypadek – pozbawia życia jednego z dotychczasowych właścicieli mizernych, nierzadko zapleśniałych tomików… Od tej pory życie Benedikta zmienia się w rozpaczliwe poszukiwanie kolejnych książek. Z desperacji zwraca się do znanych sobie Dawnych, ale nic u nich nie zyskuje. Ostatecznie daje się namówić teściowi na dokonanie zamachu stanu i zabicie właściciela największej kolekcji książek, która nie wpadła jeszcze w ich łapy – samego Fiodora Kuźmycza, od którego imienia dawna Moskwa przybrała nową nazwę. Kiedy już dobierają się do siedziby włodarza gródka i przejmują władzę, sprawy przybierają dla Benedikta zły obrót. Zajęty tylko książkami zbyt późno zauważa, że zostaje odsunięty od władzy i nie ma wpływu na decyzje podejmowane przez teścia, którego okrucieństwo rośnie z każdym dniem. Na domiar złego, zaufanym współpracownikiem Madeja zostaje wygenerat, który wcześniej służył w stajni, ale sprytem i bezczelnością utorował sobie drogę do łóżka żony Benedikta. Kiedy Benedikt dowiaduje się, że Madej Madejowicz zamierza spalić na stosie Głównego Rozpalacza, Nikitę Iwanycza, bezskutecznie próbuje bronić starego (Dawnego) przyjaciela. W dodatku podczas kłótni z rodziną, teść nazywa Benedikta… kysiem. Zrozpaczony Benedikt decyduje się na spacer, choć jest ociężały i osłabiony nieustannym obżarstwem. Oto jakiego tragicznego rozrachunku życia dokonuje: „Wlókł się, powłóczył odwykłymi, słabymi nogami w łapciach i czuł wyraźnie posmak wiedzy, którą nagle posiadł: wszystko na nic. Nie ma polany, ani Ptaszycy. Wydeptana jest polana, skoszone tupelany, a Pawica… Pawica, cóż, dawno złapana w sidła, dawno przerobiona na koklety. Sam przecie jadł” (s. 270). Tak oto Benedikt, bezwzględny i nielitościwy sanitarz, nieustannie poszukujący nowych książek jedynie dla rozrywki, staje się „kysiem” sam dla siebie.
Interesująca jest postać teścia Benedikta, Madeja Madejowicza. Jak mówi Tatiana Tołstoj: „W połowie lat 80. wymyśliłam niejakiego Madeja Madejowicza, jednego z bohaterów powieści, głównego sanitarza owego świata po wybuchu. Jako żywo przypomina on kagiebistę, który pojawił się w naszym życiu w tym samym roku 1999. Nazwisko jego Władimir Putin. Kiedy ukazała się powieść, wszyscy sądzili więc, że to satyra antyputinowska. Tymczasem to Putin jest parodią bohatera mojej powieści!” – cytowany wywiad. Autorka nie przekreśla jednak innych odczytań postaci Madeja Madejowicza, budzącego grozę, wilkołakopodobnego ojca pięknej Oleńki. Podczas pierwszej wizyty w domu przyszłych teściów, Benedikt zauważa, że cała rodzina Madejowiczów ma straszliwe łapy z ostrymi pazurami zamiast stóp, a ich spojrzenie rzuca złowrogie blaski na rozmówców. Z czasem Benedikt przyzwyczaja się do tego „effektu”, staje się wspólnikiem we wszystkich zbrodniach teścia, któremu nie wystarczyło wymordowanie wielu mieszkańców gródka, by zdobyć ich skromne skarby, ale postanowił dokonać zamachu stanu, by zająć miejsce „władcy dostępnych narracji”, Fiodora Kuźmycza. Madej Madejowicz, uradowany niezmiernie, że zięć staje się jego wspólnikiem, umacnia chęć Benedikta do „uratowania książek” z rąk „tyrana” czyli aktualnego ich właściciela: „Nie mogę milczeć! Sztuka ginie! (…) Nie ma większego wroga niż obojętność! Właśnie milcząca zgoda obojętnych jest przyczyną wszelkich zbrodni. Przecie czytałeś „Mumu”? Zrozumiałeś przypowieść? Gierasim tylko milczał i nie sprzeciwiał się, no i psina przepadła” (s. 252). Aby docenić przewrotność i komizm przemowy Madejowicza warto zajrzeć na stronę Wikipedii poświęconą opowiadaniu Turgieniewa.
Benedikt, pomny przemówienia Nikity Iwanycza, który podczas obcinania jego ogonka pragnął „doczłowieczyć” syna Poliny Michajłówny jeszcze bardziej i przekazał mu, iż: „Immanuel Kant zdumiewał się dwóm rzeczom: prawu moralnemu w piersi i gwiaździstemu niebu nad głową” (s. 144), daje świadectwo swojej przytomności obowiązków wobec spraw wyższych i potwierdza swą chęć pomocy teściowi: „Potrzebny jest nam kant w piersi i spokojne niebo nade głową. Takie prawo” (s. 252).
Jako nowy władca Czerwonego Domu, w którym mieszkał zamordowany Fiodor Kuźmycz, Madej Madejowicz rozpoczyna panowanie od wydania „ukazów”, aby ludek poznał nowego „baszę”. Przemianowuje nazwę osady na Madejo–Madejów i rozpoczyna panowanie wypełnione przemocą i niszczeniem dotychczasowego najwyższego dobra, czyli książek. Zresztą być może Madej Madejowicz nigdy książek nie kochał zanadto, jedynie użył ich jako przynęty dla wiernego kompana zbrodni, na którego plecach wspiął się na szczyt władzy. Nowym totumfackim zostaje wygenerat, Terentij Piotrowicz, chwalony swego czasu za posłuszną służbę jako stwór pociągowy sań Benedikta, obecnie kochanek Oleńki. Terentij dzieli się z Madejem Madejowiczem wiedzą o rozmieszczeniu stacji benzyny pod ziemią gródka, nadal pełnych paliwa. Okazuje się ponadto piromanem i razem z Madejem Madejowiczem pragną objąć państwową kontrolę nad ogniem, co oznacza dla nich – spalenie na stosie Głównego Rozpalacza, Nikitę Iwanycza. Co ciekawe, w trakcie powieści wychodzi na jaw, że Terentij Piotrowicz również należy do Dawnych, ale nawet przeżyte stulecia nie wypleniły z niego dobrze znanych współcześnie – antysemityzmu, nacjonalizmu, homofobii, antyintelektualizmu i szowinizmu. Ów wygenerat stanowi dowód na to, że niektórzy i przed Wybuchem, mimo dostępu do kultury i cywilizacji, za którą tęsknią Dawni, są niczym zmutowani troglodyci nuklearnego neolitu. Zawleczony na stos podlany „pen–zinem”, Nikita Iwanycz, udowadnia jednak, że nie darmo zwano go Najwyższym Rozpalaczem…
Rubaszny, często przyziemny i naturalistyczny humor Tatiany Tołstojowej, okraszony liryzmem cytatów z klasycznej prozy i poezji rosyjskiej, głównie dziewiętnasto- i dwudziestowiecznej, pozwala na iskrę optymizmu nawet w zaskakująco ponurym zakończeniu. Być może Królowa Ptaszyca Pawica odrodzi się niczym feniks z popiołów, w jakie zmienił Madejo–Madejów Nikita Iwanycz. A może jednak należy tę nadzieję wygasić i stwierdzić, że powieść kończy się w doskonale wybranym miejscu – opisem opustoszałego pogorzeliska. Benedikt w lustrze kałuży zobaczył potwornego kysia, który sam nie ma swojego życia i zabiera je innym. Być może w świecie, z którego wypalono jego przerażającą rodzinę, Benedikt – jak zwraca uwagę na to tłumacz w posłowiu – nauczy się jeszcze raz alfabetu, spróbuje jeszcze raz stać się człowiekiem.
Tatiana Tołstoj podkreśla, że prymitywni, okrutni barbarzyńcy żyją w we wszystkich czasach i nie potrzeba przenosić się do postapokaliptycznego świata by ich zauważyć. Sztuka i literatura mają słaby potencjał edukacyjny i cywilizacyjny, jeśli człowiek nie potrafi poszerzyć swojego postrzegania świata o spojrzenie drugiego. Nieumiejętność metaforyzowania sprawia, że ludzka istota nie umie ani zrozumieć samej siebie, ani twórczo spojrzeć na świat. Pojmuje wszystko dosłownie, stając się idealnym celem dla sprytniejszych od niej manipulatorów, dla których jest mięsem ideologicznym. Nie wiadomo jedynie skąd brać, jak wykształcić te brakujące umiejętności. Tołstoj sugeruje, że niektórzy są po prostu niemal organicznie do nich niezdolni. Wprawdzie Benedikt z grubsza rozumie sens swoich lektur, choć te powstały w języku, który jest dla niego de facto obcy, lecz nawet oczytanie nie poszerza jego horyzontów w sposób, w jaki mogliby tego pragnąć klasyczni pozytywiści.
Dosyć niepokojąca sugestia: nowa cywilizacja wymagająca bezwzględności w stosowaniu przemocy na równi z kompetencjami czytelniczymi pozwoliłaby na techniczną odnowę, ale oczywiście nie uczyniłaby społeczeństwa wrażliwszym. Czy jednak na przykład wizja „ludzi-książek” z powieści Raya Bradbury’ego, snujących się sennie i mamroczących zapamiętane słowa, na jakie zostali raz na zawsze skazani, naprawdę jest bardziej optymistyczna?
Sławomira Raczyńska
Tatiana Tołstoj, Kyś, przeł. Jerzy Czech, Znak, Kraków 2004. Wszystkie cytaty i inne odniesienia pochodzą z tego wydania. Wbudowany link prowadzi do fragmentu ekranizacji powieści Bradbury’ego, nakręconej w 1966 roku przez François Truffauta.