Archiwum dla kategorii: ‘dystopia’

Imię kysia. Tatiana Tołstoj, "Kyś"

„Sowok – jak powszechnie określa się człowieka radzieckiego, a słowo to oznacza szufelkę na śmieci – podlega prawom, które panują w społecznościach zwierzęcych. Sowok nie czuje wrogości wobec inteligenta czy innego odmieńca, lecz zgodnie z prawem natury zadziobie każdego, kto odstaje od normy, wietrząc w nim genetyczne zagrożenie dla gatunku. W stadzie ptaków nie ma miejsca dla białych wron. Stado ludzkie lęka się przede wszystkim o własną tożsamość kulturową; sowok czuje przerażenie na myśl, że on, jego potomstwo lub naród może się zmienić kulturowo” (Tatiana Tołstoj w wywiadzie).

Wnuczka Lwa Tołstoja, Tatiana Tołstoj, pisała Kysia przez czternaście lat. Kiedy ostatecznie pojawił się w księgarniach, wzbudził mieszane odczucia. Część czytelników i krytyków zachwyciła się powieścią, widząc w niej pełną przewrotnego humoru dystopię polityczną – krytykę radzieckiego komunizmu i rządów Putina. Niektórzy podkreślali niezwykłość eksperymentu lingwistycznego, za jaki można uznać język książki, a także postmodernistyczną grę w tropienie cytatów i nawiązań, które w niczym nie odbierają dziełu oryginalności i aktualności zaskakującego przesłania. Wielość interpretacyjnych możliwości, jakie otwiera przed odbiorcami Kyś czyni z niego atrakcyjną lekturę zarówno dla tropiciela znaków, jak i poszukiwacza zabaw literackich.

Pierwsze, co się nasuwa po przeczytaniu książki, to z pewnością zaskoczenie prześmiewczym stylem, pełnym neologizmów i przezabawnych zwrotów. Dzięki Jerzemu Czechowi, genialnemu tłumaczowi, który wprowadza mnóstwo neologizmów, archaizmów, dostosowuje oryginalny tekst do polskiej rzeczywistości, możemy docenić inwencję językową autorki. Skojarzenia, jakie podsuwa fabuła i styl Kysia są dość oczywiste – Wesele w Atomicach Mrożka i Konopielka Redlińskiego. Połączenie realiów życia na wsi ze skutkami użycia broni nuklearnej, podkreślenie brutalności, prymitywizmu życia codziennego i braku umiejętności myślenia empatycznego i metaforycznego bohaterów, łączą powieść Tatiany Tołstoj z polskimi.

Kyś jest nie jest dystopią w stylu „heroicznym”, gdzie bohater, młody mężczyzna, o sprycie i powierzchowności wyróżniającej go z tłumu pobratymców, w postapokaliptycznej rzeczywistości musi poradzić sobie z przeciwnościami, jakie niesie ze sobą życie w spustoszonym świecie, w którym kultura i cywilizacja jakie znamy współcześnie, są jedynie niejasnym i niezbyt wartościowym wspomnieniem. Powieść jest dystopią, która akcentuje, że realny horror i terror stwarza przede wszystkim apokalipsa, jaka zapanowała w ludzkich umysłach i wyobraźni, zubożenie życia duchowego, nieumiejętność zapanowania nad głodem narracji (wielkich i małych) i „wypełniania wyobraźni”, a także – last but not least – brak empatii wobec drugiego człowieka, obojętność na cudze cierpienie, ból i śmierć.

A czym lub kim jest tytułowy stwór „kyś”?

Spośród wielu interpretacji, czym lub kim jest tajemniczy „kyś” z powieści Tatiany Tołstoj, możemy przeczytać, że: „Sam tytułowy stwór wzięty jest oczywiście z »rysia«; Rosjanie jednak słyszą w tym słowie więcej niż my: nęci ono (na kota woła się kis kis kis) i jednocześnie odstrasza (kysz). Taka też jest »Ruś«, następna z dźwiękowych asocjacji”, pisze w posłowiu tłumacz, Jerzy Czech (s. 284). Byłby więc ów kyś czymś w rodzaju upiora, którym stało się rosyjskie społeczeństwo, opanowane przez „sowoków”, o których opowiadała w zacytowanym wyżej wywiadzie Tatiana Tołstoj.

Autorka mówi w tym samym wywiadzie, że kyś jest „[p]rojekcją ludzkiej trwogi i strachu. W dzieciństwie wszyscy baliśmy się, że kyś mieszka pod łóżkiem, czai się za szafą albo w kącie za firanką, a kiedy zgaśnie światło, wylezie stamtąd. Niekiedy nawet stoi za twoimi plecami”.

Według z jednej z interpretacji, którą znalazłam w sieci, kyś skojarzony jest z ofiarami lobotomii. Takie odczytanie silnie wiąże wymowę powieści z krytyką komunistycznego Związku Radzieckiego, których funkcjonariuszy mieliby reprezentować sanitarze na Czerwonych Saniach. Jednakże tytułowy stwór opisany jest jako groźne, agresywne stworzenie, przejawiające wampiryczną ciągotę do żywienia się krwią żywych istot, co raczej nie charakteryzuje osób, którym zredukowano całkowicie zdolność do odczuwania emocji – już raczej tacy są napadnięci przez owego stwora. Kysia przyciąga niepewność, samotność, przygnębienie – a kiedy dorwie kogoś, pozbawia go woli i pogrąża w wiecznej depresji.

Świat Kysia poznajemy z perspektywy jednego z mieszkańców gródka Fiodoro–Kuźmiczowa, Benedikta Karpowa, syna nieboszczyka Karpa Kilogramycza i jednej z Dawnych – Poliny Michajłówny, która uparła się, by syna nauczyć alfabetu. Dzięki wysiłkom matki dorosły Benedikt Karpow zostaje przepisywaczem w Domu Pracy, gdzie kopiuje powieści powstałe przed Wybuchem, chłonąc każde poznane słowo, otwierające przed nim nowe, interesujące przestrzenie. Trzeba bowiem zauważyć, że Benedikt wyróżnia się wśród innych fiodoro–kuźmiczan bystrością i odwagą, które popychają go do czynów coraz odważniejszych i mających na celu w coraz większej mierze zaspokajanie samolubnych potrzeb. Benedikt posiada również żywą wyobraźnię, która w świecie ogołoconym z technologii (wielkimi osiągnięciami są dla bohaterów niedawne wynalazki, takie jak – koło i polowanie na „miedźwiedzia” z rohatyną – powstawanie ognia pozostaje wielką tajemnicą obwarowaną państwowym urzędem Rozpalacza) i kultury (znajomość alfabetu jest rzadkością, a książki powszechnie uważa się niebezpieczne nośniki choroby ściągające zainteresowanie budzących grozę sanitarzy) przypomina coraz głodniejszą bestię, która z nudy pożera cały świat.

Kysia boją się mieszkańcy gródka Fiodoro–Kuźmiczowa, który „dawno temu” (prawdopodobnie około trzysta lat temu), przed Wybuchem (o którym nie dowiadujemy się zbyt wiele przez całą powieść – jak przekonuje Tatiana Tołstoj, nie należy się sugerować, że katastrofa czarnobylska była dla niej główną inspiracją, bowiem – wg autorki – katastrof jest mnóstwo i dzieją się bez przerwy, a najgorsze to te, które pustoszą człowieka duchowo) nazywano Moskwą. Obecnie zamieszkują go urodzeni po katastrofie nuklearnej mutanci obdarzone rozmaitymi „effektami” (wśród których poruszający się na czworaka „wygeneraci”, używani jako siła pociągowa, są podobno parodią moskiewskich taksówkarzy, których autorka nie znosi – w końcu to jeden z wygeneratów w końcówce powieści wykorzystuje wiedzę o złożach przedziwnej i nieużywanej substancji zwanej „pen-zinem”) i paru przedstawicieli Dawnych – ludzi urodzonych przed Wybuchem. Dawni używają dziwnych i niestosowanych już słów, których znaczenia nikt postronny nie rozumie, najchętniej przebywają w swoim towarzystwie i nieustannie narzekają na rzeczywistość i ludzi urodzonych po Wybuchu. Tak przynajmniej widzi to Benedikt, który choć pozbawiony umiejętności myślenia metaforycznego, używa czasem zasłyszanych pojęć takich jak „CHWILOZOFIA” czy „MOLARNOŚĆ”, jest jednak przekonany, że to nic naprawdę ważnego ani potrzebnego.

W świecie Benedikta Dawni nie stanowią elity intelektualnej – zresztą nie byli nią też przed Wybuchem. Gdy spotykają się na pogrzebie jednej ze swojego grona, próbują dość nieudolnie odtworzyć ceremonię pożegnania zapamiętaną z dawnych czasów (a nie jest to łatwe, ponieważ po kataklizmie nuklearnym przestali się starzeć i umierali tylko przez złapane przypadkowo choroby, zatem grzebanie ziomków jest dla nich rzadkością). Nie funkcjonują praktycznie żadne instytucje państwowe ani religijne (istnieje jedynie nie do końca jasna hierarchia władzy i bogactwa, czyli mandat stosowania przemocy wobec innych i rozbójnicze przywłaszczanie sobie dostępnego mienia), więc Dawni muszą zadbać o pochówek znajomej sami. Dość szybko przekonujemy się, że w czasach swego życia przed radioaktywną apokalipsą byli najczęściej zwykłymi urzędnikami na podrzędnych stanowiskach. W obecnej sytuacji, w obliczu totalnego zdziczenia ludzkości, która żyje w chatkach – lepiankach i za świetne zabawy uważa „zeskakankę” i „dusibabkę”, podczas których uczestnicy najczęściej ulegają poważnym, stałym okaleczeniom, a nierzadko śmierci, która żywi się głównie najłatwiej dostępnymi myszami doprawianymi robachami i nie ma bladego pojęcia, kim byli Aleksander Puszkin, Immanuel Kant czy inne ikony średniej i wyższej edukacji mojego pokolenia (młodszego niekoniecznie), byli urzędnicy czują się co najmniej niczym ostatni potomkowie Prometeusza, chroniący słabo tlący się płomyczek cywilizacji. Podczas uroczystej przemowy upamiętniającej zmarłą Dawną, padają słowa znakomicie oddające możliwości umysłowe ostatnich bastionów. Dzierżący maszynkę do mięsa, nazywany przez innych dysydentem, niejaki Lew Lwowicz mówi: „Tak, to, proszę państwa, jest symbol: świat ginie, ale maszynka do mięsa jest niezniszczalna. Maszynka dziejów. (…) Przypomnijmy sobie Dostojewskiego: niechaj ginie cały świat, bylebym ja mógł pić herbatę. Albo kręcić mięso. Mięso armatnie proszę państwa. Dlatego w tej godzinie czuję gorycz. Nas już przekręcono. A nadal chcą kręcić” (s. 117-118).

Groteskowa metafora jest tragikomiczna w wymowie – w uniwersum Kysia nawet tak trywialny przedmiot kuchenny, jakim jest ręczna maszynka do mięsa, staje się cennym artefaktem godnym wyeksponowania, niosącym swą wytrzymałością pochwałę dawnej cywilizacji. Bowiem teraźniejszość to brodzenie w błocie, pisanie patykiem na brzozowej korze, liczenie koralikami na liczydle i podtrzymywanie ognia w domowym palenisku, gdyż rozpalenie go na nowo po wygaśnięciu to już tajemnica.

Wcześniejsze porównanie Dawnych z rodem prometejskim okazuje się w jednym przypadku niemal dosłowne. Oto jeden z nich, Nikita Iwanycz dzierży stanowisko Najwyższego Rozpalacza dzięki unikalnej mutacji – potrafi zionąć ogniem. Benedikt przypisuje tę zdolność Nikity Iwanycza „effektowi”, ale być może Dawny stosuje prosty trik z nabieraniem w usta benzyny, który znają cyrkowi i uliczni żonglerzy ogniem…

Wracając do głównego bohatera Kysia, Benedikt Karpow, dzielnie opanowujący codzienne życie wśród klosen, srajskich ptaków, czarnych zająców, latających kur niosących jaja wypełnione kwasem, dzielny myszołów (wszak mysz nazywana jest wielokrotnie „podstawą egzystencji”, jako pokarm i surowiec), koneser świetlaków, rdzy i robachów, postanawia zdobyć żonę w osobie Oleńki, córki Madeja Madejowicza, okolicznego bogacza i ważniaka. To niewątpliwie wielki awans społeczny dla sieroty Benedikta obdarzonego ciekawym, choć całkiem dyskretnym „effektem” – ogonkiem. Kiedy Benedikt pokazuje ogonek Nikicie Iwanyczowi, ten stwierdza:

„No cóż, właściwie to naczelne mają ogony. W głębokiej przeszłości, kiedy jeszcze ludzie nie wyszli ze stanu zwierzęcego, ogon był zjawiskiem normalnym i nikogo nie dziwił. Zaczął oczywiście zanikać, kiedy człowiek do rąk wziął kopaczkę – motykę. Teraz już jest atawizmem, ale niepokoi mnie nieoczekiwany powrót właśnie tego specyficznego organu. (…) Nie rozumiem: mimo wszystko żyjemy w neolicie, a nie jakiejś dzikiej wspólnocie pierwotnej”. A Benedikt mu ze ślozą w oku: „Wam to dobrze rozprawiać (…)! Wy chcecie odbudować przeszłość (…). Widać wszyscy wy, Dawni, tacy jesteście: »odbudujemy świetlaną przeszłość w całej okazałości«, no i macie tu całą okazałość! Naści! A skoroście tacy miłośnicy lat minionych, to może byście tak wy z ogonami pochodzili, bo mnie ogon niepotrzebny!” (s. 123).

Ostatecznie Benedikt rozstaje się z ogonkiem dzięki Nikicie Iwanyczowi i wżenia się w rodzinę Madejów. A jest to nie byle jaka rodzina. Oto matka Oleńki pochodzi „ze starożytnych, z Francuzów”, jak sama mówi, natomiast ojciec piastuje stanowisko Najwyższego Sanitarza, co początkowo budzi w Benedikcie niesłychaną trwogę i odrazę. Sanitarze sieją wszak w mieszkańcach gródka Fiodoro–Kuźmyczowa strach większy niż kyś! Kyś straszy głównie w opowiadaniach i rozmowach, a sanitarze na Czerwonych Saniach, pojawiają się nagle na ulicach osady, tropiąc chorobę. Wpadają przemocą do chat, zabierają lub zabijają na miejscu „chorych” i zabierają truciznę – książki. Przerażony rolą, jaką odgrywa w społeczności jego przyszły teść, Benedikt zastanawia się nad ucieczką w nieznane, nie ma jednak pojęcia, dokąd mógłby się udać. W rojeniach o podróży w dalekie miejsca myśli o postaci, o której wyczytał w jednym z przepisywanych w Chacie Pracy tekstów – Królewskiej Ptaszycy Pawicy, nasuwającej skojarzenia z tajemniczą księżniczką z bajek, ucieleśnieniem piękna. Nie znalazłam informacji, do jakiej opowieści dla dzieci czy legendy ma się odnosić owa Królewska Ptaszyca Pawica. Można sięgnąć do starożytnej indyjskiej symboliki łączącej pawia z Kryszną, według której ten piękny ptak ma symbolizować współczucie i czujność, nie jestem jednak pewna, czy to właściwe dopasowanie. Innym wieloznacznym zwierzęciem pojawiającym się w powieści jest mysz, ale jej symbolika jest często sprzeczna – w zależności od czasów i kontekstu mysz kojarzono z ubóstwem i zapomnieniem, ale też ze szczęściem i czystością.

Dość szybko Benedikt dowiaduje się, nie ma żadnego zagrożenia chorobą, i nie o chorych chodzi sanitarzom, gdy dokonują najazdów. W domu Madejowym panuje bowiem kult życia duchowego – czyli czytania książek, których teść Benedikta posiada całą bibliotekę. Benedikt uwielbiający poznawać nowe teksty, do tej pory mógł karmić swój głód narracji jedynie przepisywanymi na korę brzozową fragmentami starych powieści. Kiedy otwiera się przed nim, jak się na początku wydawało, nieograniczony zbiór fascynującej rozrywki, Benedikt oddaje się jej całkowicie. Zaczyna zaniedbywać żonę, zabiera książki do każdego posiłku, nie może przestać czytać. Czyta wszystko, co chwyci w ręce, klasyków literatury pięknej, poradniki, podręczniki, ale największy zachwyt budzi w nim powieść w odcinkach publikowana w czasopiśmie „Goniec Północny”. Stereotyp mężczyzny oddającego się kulturze wyższej (jaką jest tutaj czytanie książek, zakazanych dla przeciętnego mieszkańca Fiodorowo–Kuźmyczowa) i kobiety troszczącej się tylko o codzienny byt i wyżywienie jest tutaj doprowadzony do groteskowej formy. Benedikt pochłania książki i kotlety, powiększając swoje ciało, ale nie umysł. Fabuły i narracja są dla Benedikta odpowiednikiem seriali telewizyjnych i mają wartość jedynie rozrywkową. Spustoszony świat po Wybuchu bez żadnej „Wielkiej Narracji” – ani małej, ponieważ posiadanie książek jest nie tyle zabronione, co źle widziane – pożytku z nich dla zwykłych fiodoro-kuźmiczan żadnego, a niosą groźbę choroby i pojawienia się sanitarzy, wytworzył próżnię, którą Benedikt próbuje dla siebie zapełnić.
„A dlaczego życie duchowe wzniosłym się zowie? Dlatego, że książki zawsze stawia się wyżej, na górne piętro, na półkę. (…) Dlatego właśnie! A dlaczego teść, teściowa i Oleńka na nogach mają pazury? Dla tego samego! Żeby duchowości pilnować!”, tłumaczy sobie nowe życie Benedikt (s. 244-245).

Benedikt czuje się panem świata, bogaczem i imperatorem: „Bogacz – oto kim jest. Bo–ga–czem! Benedikt pomyślał o sobie „bo-gacz” i sam się zaśmiał. Nawet gwizdnął. Sam sobie basza! Sułtan! Wszystko w ręku mam, w garści, w małych bukwach: i przyrodę całą nieogarnioną, i żywoty ludzkie!” (s. 175). Dzięki żonie, dostatniemu życiu, wreszcie książkom, zaspokaja wszystkie potrzeby. Ale o ile żona i przysmaki (wśród których prym wiodą „koklety”) przejadają się Benediktowi, książek, fabuł, narracji, pragnie coraz więcej, ciągle nowych. I wtedy nastaje katastrofa. Okazuje się, że w zbiorach teścia brakuje numeru czasopisma z ciągiem dalszym ukochanej powieści w odcinkach! To jednak nic przy prawdziwym kataklizmie – oto Benedikt przeczytał całe zasoby Madejowej biblioteki! Ten straszny moment paniki i wściekłości Benedikta wykorzystuje jego teść, który zabiera go na Czerwone Sanie i wprowadza w zajęcie sanitarza… Benedikt w płaszczu z kapturem udaje się do gródka zapolować na książki, a jest tak zdesperowany, by je zdobyć, że – powiedzmy, że częściowo przez przypadek – pozbawia życia jednego z dotychczasowych właścicieli mizernych, nierzadko zapleśniałych tomików… Od tej pory życie Benedikta zmienia się w rozpaczliwe poszukiwanie kolejnych książek. Z desperacji zwraca się do znanych sobie Dawnych, ale nic u nich nie zyskuje. Ostatecznie daje się namówić teściowi na dokonanie zamachu stanu i zabicie właściciela największej kolekcji książek, która nie wpadła jeszcze w ich łapy – samego Fiodora Kuźmycza, od którego imienia dawna Moskwa przybrała nową nazwę. Kiedy już dobierają się do siedziby włodarza gródka i przejmują władzę, sprawy przybierają dla Benedikta zły obrót. Zajęty tylko książkami zbyt późno zauważa, że zostaje odsunięty od władzy i nie ma wpływu na decyzje podejmowane przez teścia, którego okrucieństwo rośnie z każdym dniem. Na domiar złego, zaufanym współpracownikiem Madeja zostaje wygenerat, który wcześniej służył w stajni, ale sprytem i bezczelnością utorował sobie drogę do łóżka żony Benedikta. Kiedy Benedikt dowiaduje się, że Madej Madejowicz zamierza spalić na stosie Głównego Rozpalacza, Nikitę Iwanycza, bezskutecznie próbuje bronić starego (Dawnego) przyjaciela. W dodatku podczas kłótni z rodziną, teść nazywa Benedikta… kysiem. Zrozpaczony Benedikt decyduje się na spacer, choć jest ociężały i osłabiony nieustannym obżarstwem. Oto jakiego tragicznego rozrachunku życia dokonuje: „Wlókł się, powłóczył odwykłymi, słabymi nogami w łapciach i czuł wyraźnie posmak wiedzy, którą nagle posiadł: wszystko na nic. Nie ma polany, ani Ptaszycy. Wydeptana jest polana, skoszone tupelany, a Pawica… Pawica, cóż, dawno złapana w sidła, dawno przerobiona na koklety. Sam przecie jadł” (s. 270). Tak oto Benedikt, bezwzględny i nielitościwy sanitarz, nieustannie poszukujący nowych książek jedynie dla rozrywki, staje się „kysiem” sam dla siebie.

Interesująca jest postać teścia Benedikta, Madeja Madejowicza. Jak mówi Tatiana Tołstoj: „W połowie lat 80. wymyśliłam niejakiego Madeja Madejowicza, jednego z bohaterów powieści, głównego sanitarza owego świata po wybuchu. Jako żywo przypomina on kagiebistę, który pojawił się w naszym życiu w tym samym roku 1999. Nazwisko jego Władimir Putin. Kiedy ukazała się powieść, wszyscy sądzili więc, że to satyra antyputinowska. Tymczasem to Putin jest parodią bohatera mojej powieści!” – cytowany wywiad. Autorka nie przekreśla jednak innych odczytań postaci Madeja Madejowicza, budzącego grozę, wilkołakopodobnego ojca pięknej Oleńki. Podczas pierwszej wizyty w domu przyszłych teściów, Benedikt zauważa, że cała rodzina Madejowiczów ma straszliwe łapy z ostrymi pazurami zamiast stóp, a ich spojrzenie rzuca złowrogie blaski na rozmówców. Z czasem Benedikt przyzwyczaja się do tego „effektu”, staje się wspólnikiem we wszystkich zbrodniach teścia, któremu nie wystarczyło wymordowanie wielu mieszkańców gródka, by zdobyć ich skromne skarby, ale postanowił dokonać zamachu stanu, by zająć miejsce „władcy dostępnych narracji”, Fiodora Kuźmycza. Madej Madejowicz, uradowany niezmiernie, że zięć staje się jego wspólnikiem, umacnia chęć Benedikta do „uratowania książek” z rąk „tyrana” czyli aktualnego ich właściciela: „Nie mogę milczeć! Sztuka ginie! (…) Nie ma większego wroga niż obojętność! Właśnie milcząca zgoda obojętnych jest przyczyną wszelkich zbrodni. Przecie czytałeś „Mumu”? Zrozumiałeś przypowieść? Gierasim tylko milczał i nie sprzeciwiał się, no i psina przepadła” (s. 252). Aby docenić przewrotność i komizm przemowy Madejowicza warto zajrzeć na stronę Wikipedii poświęconą opowiadaniu Turgieniewa.

Benedikt, pomny przemówienia Nikity Iwanycza, który podczas obcinania jego ogonka pragnął „doczłowieczyć” syna Poliny Michajłówny jeszcze bardziej i przekazał mu, iż: „Immanuel Kant zdumiewał się dwóm rzeczom: prawu moralnemu w piersi i gwiaździstemu niebu nad głową” (s. 144), daje świadectwo swojej przytomności obowiązków wobec spraw wyższych i potwierdza swą chęć pomocy teściowi: „Potrzebny jest nam kant w piersi i spokojne niebo nade głową. Takie prawo” (s. 252).

Jako nowy władca Czerwonego Domu, w którym mieszkał zamordowany Fiodor Kuźmycz, Madej Madejowicz rozpoczyna panowanie od wydania „ukazów”, aby ludek poznał nowego „baszę”. Przemianowuje nazwę osady na Madejo–Madejów i rozpoczyna panowanie wypełnione przemocą i niszczeniem dotychczasowego najwyższego dobra, czyli książek. Zresztą być może Madej Madejowicz nigdy książek nie kochał zanadto, jedynie użył ich jako przynęty dla wiernego kompana zbrodni, na którego plecach wspiął się na szczyt władzy. Nowym totumfackim zostaje wygenerat, Terentij Piotrowicz, chwalony swego czasu za posłuszną służbę jako stwór pociągowy sań Benedikta, obecnie kochanek Oleńki. Terentij dzieli się z Madejem Madejowiczem wiedzą o rozmieszczeniu stacji benzyny pod ziemią gródka, nadal pełnych paliwa. Okazuje się ponadto piromanem i razem z Madejem Madejowiczem pragną objąć państwową kontrolę nad ogniem, co oznacza dla nich – spalenie na stosie Głównego Rozpalacza, Nikitę Iwanycza. Co ciekawe, w trakcie powieści wychodzi na jaw, że Terentij Piotrowicz również należy do Dawnych, ale nawet przeżyte stulecia nie wypleniły z niego dobrze znanych współcześnie – antysemityzmu, nacjonalizmu, homofobii, antyintelektualizmu i szowinizmu. Ów wygenerat stanowi dowód na to, że niektórzy i przed Wybuchem, mimo dostępu do kultury i cywilizacji, za którą tęsknią Dawni, są niczym zmutowani troglodyci nuklearnego neolitu. Zawleczony na stos podlany „pen–zinem”, Nikita Iwanycz, udowadnia jednak, że nie darmo zwano go Najwyższym Rozpalaczem…

Rubaszny, często przyziemny i naturalistyczny humor Tatiany Tołstojowej, okraszony liryzmem cytatów z klasycznej prozy i poezji rosyjskiej, głównie dziewiętnasto- i dwudziestowiecznej, pozwala na iskrę optymizmu nawet w zaskakująco ponurym zakończeniu. Być może Królowa Ptaszyca Pawica odrodzi się niczym feniks z popiołów, w jakie zmienił Madejo–Madejów Nikita Iwanycz. A może jednak należy tę nadzieję wygasić i stwierdzić, że powieść kończy się w doskonale wybranym miejscu – opisem opustoszałego pogorzeliska. Benedikt w lustrze kałuży zobaczył potwornego kysia, który sam nie ma swojego życia i zabiera je innym. Być może w świecie, z którego wypalono jego przerażającą rodzinę, Benedikt – jak zwraca uwagę na to tłumacz w posłowiu – nauczy się jeszcze raz alfabetu, spróbuje jeszcze raz stać się człowiekiem.

Tatiana Tołstoj podkreśla, że prymitywni, okrutni barbarzyńcy żyją w we wszystkich czasach i nie potrzeba przenosić się do postapokaliptycznego świata by ich zauważyć. Sztuka i literatura mają słaby potencjał edukacyjny i cywilizacyjny, jeśli człowiek nie potrafi poszerzyć swojego postrzegania świata o spojrzenie drugiego. Nieumiejętność metaforyzowania sprawia, że ludzka istota nie umie ani zrozumieć samej siebie, ani twórczo spojrzeć na świat. Pojmuje wszystko dosłownie, stając się idealnym celem dla sprytniejszych od niej manipulatorów, dla których jest mięsem ideologicznym. Nie wiadomo jedynie skąd brać, jak wykształcić te brakujące umiejętności. Tołstoj sugeruje, że niektórzy są po prostu niemal organicznie do nich niezdolni. Wprawdzie Benedikt z grubsza rozumie sens swoich lektur, choć te powstały w języku, który jest dla niego de facto obcy, lecz nawet oczytanie nie poszerza jego horyzontów w sposób, w jaki mogliby tego pragnąć klasyczni pozytywiści.

Dosyć niepokojąca sugestia: nowa cywilizacja wymagająca bezwzględności w stosowaniu przemocy na równi z kompetencjami czytelniczymi pozwoliłaby na techniczną odnowę, ale oczywiście nie uczyniłaby społeczeństwa wrażliwszym. Czy jednak na przykład wizja „ludzi-książek” z powieści Raya Bradbury’ego, snujących się sennie i mamroczących zapamiętane słowa, na jakie zostali raz na zawsze skazani, naprawdę jest bardziej optymistyczna?

Sławomira Raczyńska

Tatiana Tołstoj, Kyś, przeł. Jerzy Czech, Znak, Kraków 2004. Wszystkie cytaty i inne odniesienia pochodzą z tego wydania. Wbudowany link prowadzi do fragmentu ekranizacji powieści Bradbury’ego, nakręconej w 1966 roku przez François Truffauta.

Data wpisu: 13 maja, 2012 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Kazuo Ishiguro, „Nie opuszczaj mnie”

Kazuo Ishiguro, angielski powieściopisarz japońskiego pochodzenia, po raz kolejny zaintrygował mnie na tyle, że postanowiłam wrócić do jego niepokojącego świata. Nie opuszczaj mnie to jego szósta powieść. Zekranizowana (reż. Mark Romanek, 2010), raczej nie odniosła spektakularnego sukcesu, ale dała wydawnictwu pretekst do nowej edycji z „filmową” okładką.

Powieść jest niepokojąca, wręcz straszna. Akcja toczy się w Anglii, raczej we współczesności… ale w alternatywnej współczesności. Częstym chyba motywem fabularnym jest, że podczas drugiej wojny światowej naukowcy nad czymś pracowali i osiągnęli sukces, który jest wykorzystywany, wdrożony pod koniec XX wieku*. Takim chwytem posiłkuje się tu Ishiguro. Mamy pierwszoosobową narratorkę, kobietę tuż po trzydziestce – Kathy H. Na początku opowiada o swojej pracy, którą wykonuje już od lat, i którą – ze względu na ten staż (!) – jest bardzo zmęczona. Podróżuje pomiędzy swego rodzaju ośrodkami, w których opiekuje się osobami – o czym się dość szybko dowiadujemy – oddającymi narządy do przeszczepów. Gdy zwierzchnicy uznają, że Kathy powinna zostać dawczynią, przestanie być opiekunką, trafi między swoich. Narratorka wspomina, że wszyscy jej znajomi znacznie szybciej rozpoczęli taką rolę, znacznie krócej niż ona byli opiekunami.

Kobieta wspomina swe dzieciństwo w Hailsham, szkole z pensjonatem. W odróżnieniu od normalnych takich szkół, z jakich słynie Wielka Brytania, nie przyjeżdżał nikt nowy, nikt nie odchodził z grona wychowanków, dzieci nie były też odwiedzane. Niekiedy tylko na teren szkoły docierał handlarz używanymi rzeczami, a czasem kobieta nazywana Madame. Opowieść Kathy niczego nie deklaruje wprost, ale przez pominięcie sfery życia obejmującej pochodzenie czy status społeczny, tudzież materialny, stopniowo uświadamiamy sobie, że dzieci ze szkoły nie mają rodziców ani rodzeństwa, nie są jednak opisywane jako sieroty. Wychowanie wydaje się liberalne (np. jeśli chodzi o rozwój seksualności), ale i na nutę pretensjonalności. Fetyszem szkoły jest „kreatywność” dzieci; wszyscy są nawet nie zachęcani, a zmuszani, do produkcji przedmiotów artystycznych, zwłaszcza plastycznych. Cyklicznie urządzane są wystawy, podczas których dorobek uczniów i uczennic ogląda Madame, wybierając dla siebie to, co się jej szczególnie podoba. To wielkie wyróżnienie. Dzieci mogą też brać swoje prace nawzajem. Popularność w tym zakresie również buduje uczniowski prestiż.

Dzieci rosną. Rodzą się sympatie, związki, antypatie. Zdarzają się marzenia o przyszłości, np. o pracy w biurze. Pojawiają się wzmianki, że uczennice i uczniowie wiedzą, iż nigdy nie będą rodzicami. Niektóre sprawy z dzieciństwa idą w zapomnienie, inne się intensyfikują.

Kathy ma parę przyjaciół, związanych ze sobą, Ruth i Toma. Ruth się nieco wywyższa, jest prowodyrką, przywódczynią, szafarką łaski grupowej akceptacji. Tommy w pierwszych latach szkoły był bardzo wyśmiewany przez rówieśników, i choć z tego wszyscy wyrośli, niewątpliwie to coś, co obciąża pamięć – tym bardziej, że chłopiec nie potrafił być „kreatywny” plastycznie… Ruth to mistrzyni dogadywania, wbijania szpilek, poniżania, przy czym jest też kapryśna, i niekiedy nie wiadomo, jak się zyskuje, a jak traci jej względy. Kathy zaś wydaje się zupełnie przeciętna.

Po skończeniu szkoły absolwenci przenoszeni są do wiejskich posiadłości, gdzie przez pewien czas mają pisać coś w rodzaju pracy dyplomowej. Są wyizolowani, ale nie tak drastycznie, jak w szkole. Mogą np. podróżować. Ruth, Tommy i Kathy trafiają do tego samego domu, poznają o rok starszych absolwentów – współlokatorów. Mieszając się z ludźmi z innych szkół, słyszą, ze ich Hailsham uchodzi za wyjątkową, ekskluzywną. Absolwenci, jedni po drugich, decydują się na podjęcie nauki na bliżej nieokreślonych kursach przygotowujących.

Stopniowo rozmaite wzmianki mnożą się na tyle, że obraz powieściowej rzeczywistości staje się klarowny. Bohaterowie są klonami hodowanymi na narządy. Nie uciekają, nie protestują. Ich ingerencja we własny los sprowadza się ewentualnie do ciekawości, kto jest prototypem. Posród postaci przedstawionych nam przez Ishiguro tylko Ruth – po usłyszeniu rozmaitych dających wychowankom Hailsham nadzieję plotek – bardzo zależy na tym, by odnaleźć tajemniczą Madame, i dowiedzieć się, czy osoby, których prace ta mecenaska wybierała, miały szansę na uniknięcie swego losu: czy to prawda, że odsłonięcie swej duszy poprzez sztukę sprawi, że wychowanek, doceniony przez Madame, uzyska „odroczenie”.

Perspektywa owego uniknięcia rysowana jest tylko w ramach ewentualnego oficjalnego przyzwolenia. Uzyskać, nie wywalczyć ani nie oszukać. Żaden z (przyszłych) dawców nie próbuje ucieczki. W wywiadzie Ishiguro wspomniał, że to właśnie uważa za ciekawsze. Przecież w ramach naszej codzienności cierpimy wiele niedogodności, przykrości, doświadczamy bólu i nieszczęść – a jednak totalny bunt, ucieczka z wrogiej (lub postrzeganej jako wroga) rzeczywistości jest rzadkością. Niedawno miałam okazję zwiedzić wystawę Polowanie na awangardę. Zakazana sztuka w Trzeciej Rzeszy w krakowskim MCK – podczas lektury notek biograficznych zadziwiło mnie, jak wielu prześladowanych przez reżim nazistowski artystów wybierało „emigrację zewnętrzną” zamiast ewakuacji na drugi koniec świata.

Jednak w przypadku Nie opuszczaj mnie oczywiście na myśl przychodzi bunt replikantów z Łowcy androidów (reż. Ridley Scott, 1982), ich daremna pielgrzymka do siedziby ojca-stworzyciela i niespełnione marzenie o wydłużeniu życia.

Szczegóły pracy opiekunów ani dawców nie są znane. Wiemy tylko, że po całej Anglii rozsiane są ośrodki rehabilitacyjne, w których żyją klony-dawcy (osoby pozbawione przynajmniej jednego organu), i opiekunowie jeżdżą między tymi lokacjami. To wydaje się kompletnie nieracjonalne: opiekunowie, jak Kathy, tracą czas na szosach, nie pełnią funkcji pielęgniarskich, a jedynie słuchają, pocieszają, spędzają wspólnie z przypisanymi sobie dawcami czas. Trudno zrozumieć celowość takich działań. Czy władzom zależy, by dawcy mieli u kresu życia kontakt z jakąś podobną sobie osobą, która również korzysta, widząc i rozumiejąc, jaki los czeka i na nią samą? W każdym razie właśnie nieznane władze decydują o tym, jak długo opiekun jest opiekunem, nim trafi na stół operacyjny.

Dawcy klasyfikowani są na podstawie ilości pobrań. Standardowo „wystarczają” na trzy, ale niektórzy są w stanie żyć po usunięciu czterech organów (Ishiguro nie precyzuje, na co jest popyt, ale łatwo sobie wyobrazić, iż oddanie do transplantacji nerki czy rogówki pozwala jeszcze na dalsze życie, zaś pobranie serca jest zdecydowanie ostatnią donacją) – to oczywiście wyjątki. Oczywiście i Ruth, i Tom znacznie wcześniej, niż Kathy, odchodzą z pracy opiekunów. Po którymś swym pobraniu Ruth umiera. Kathy zostaje kochanką Toma (seks nigdy nie był represjonowany, nawet w szkole z internatem). Ruth pozostawiła obojgu prezent: adres Madame.

Kathy i Tom wybierają się tam z wizytą, i udaje się im porozmawiać z dwiema osobami odpowiedzialnymi za kształt ich dzieciństwa. Od samej Madame i panny Emily z Hailsham dowiadują się, że projekt wychowywania klonów „na ludzi” był od początku społecznie kontrowersyjny, ale fundacja stojąca za Hailsham działała i wpływała na opinię publiczną, póki były na to środki. Współcześnie nie ma już takich szkół ani takich programów wychowawczych. I nie, niczego nie da się zrobić. Nie ma „odroczeń”, których koncepcja krążyła wśród byłych wychowanków jako urban legend (kobiety wspominają, że co roku dwoje lub troje wychowanków trafia do ich azylu z podobnego rodzaju nadziejami). Później Tommy umiera. Kathy już tylko czeka, kiedy to ją wyznaczą na dawczynię.

Mój opis brzmi, jak gdyby powieść Ishiguro była jakimś horrorem science–fiction. Nie jest. Narracja jest bardzo… delikatna. Pełna eufemizmów: wychowankowie, dawcy, ośrodek. Żadnego sztafażu np. technologicznego (w filmowym zwiastunie widzimy, że uczniowie mają czipy identyfikacyjne wszczepione w nadgarstki, że poruszają się w zsynchronizowany sposób jak podczas ćwiczeń wojskowych: spełnione marzenie wychowawców z brytyjskich boarding schools). Po prostu dowiadujemy się, że w latach pięćdziesiątych możliwe stało się klonowanie, i postanowiono wykorzystywać to w leczeniu ludzi–nieklonów. Pewna grupa działaczy społecznych postanowiła dowodzić, że klony mają autonomiczne człowieczeństwo… nie negując ich roli rezerwuarów części zamiennych. Ot, tyle.

Niemal zupełnie nie ma perspektywy normalnego świata. Poza szkołą, w której i tak przyjmuje się strategię niezadawania pytań, klony (niczym Scottowscy replikanci w siedzibie Tyrell Corporation) mają jedną szansę, by się czegoś o sobie dowiedzieć. Nie jest jasne, czy rozmaite wydarzenia, do jakich nawiązuje odpowiadająca Kathy i Tommy’emu panna Emily, są dla pytających zrozumiałe (np. pada potoczne, medialne określenie pewnego skandalu, którego ujawnienie pociągnęło za sobą zamykanie szkół – ośrodków i walkę o uznanie podmiotowości klonów). Nie przeczytamy, czy donacji dokonywano na rzecz osób będących pierwowzorami danego klona, czy – obcych, ale pasujących, jak w realnie praktykowanych transplantacjach.

Wiemy przede wszystkim, że ukrócono plany tworzenia klonów doskonalszych, aniżeli zwykli ludzie, w obawie, by „nadludzie” nie opanowali społeczeństwa i nie przejęli władzy (takie określenie w powieści nie pada, ale taki jest sens).

Jeśli chodzi o tytuł, jest raczej niegodny uwagi: odnosi się po prostu do sentymentalnej piosenki, której chętnie słuchała Kathy, przy której snuła marzenia – na tym kiedyś przyłapała ją Madame, ale zinterpretowała zachowanie małej marzycielki zupełnie nietrafnie. Nie lubię tego rodzaju popkulturowych kluczy, sugerujących niesamowitą ważność (albo i głębię) rozrywkowych piosenek. Świetnie, że powieść jest lepsza, niż jej tytuł. W odróżnieniu jednak od Pejzażu w kolorze sepii, w którym tylko bardzo uważny czytelnik odnalazł wyjaśnienie zagadki Etsuko, od stopniowo rozjaśniającego mroki swej przeszłości Masuji’ego Ono z Malarza świata ułudy, czy od enigmatycznego do ostatniej strony Niepocieszonego, Nie opuszczaj mnie oferuje iście hollywoodzką kulminację i rewelację (w etymologicznym znaczeniu tego słowa), przy braku happy endu**.

Ishiguro opowiada o kresie życia. Kresie u bohaterów następującym szybciej, aniżeli jesteśmy do tego w naszych czasach i naszej formacji kulturowej przyzwyczajeni. Kresie nieuniknionym. Zauważmy przy okazji, iż sztuka (wychowanie artystyczne) w Hailsham jest ekwiwalentem religii – to pewnego rodzaju niespełnialna obietnica otwarcia drzwi do innego świata, w którym rozpościerają się możliwości niedostępne w rzeczywistości hic et nunc. Parareligijna retoryka pobrzmiewa także we wspomnianych wyżej eufemistycznych określeniach odnoszących się do spraw bolesnych i drastycznych. Retoryka ta ma nie tylko koić (dawcy powinni być „wyciszeni” – s. 11), ale i dawać wyższe uzasadnienie procederom niezwykle śliskim etycznie. Najlepszym dowodem na człowieczeństwo bohaterów jest fakt, że szkolne opowieści Kathy czytamy jak Bildungsroman! Autor w sposób bolesny, ale zarazem subtelny przypomina, że czas nas wszystkich jest ograniczony, choć w przypadku jego bohaterów – ograniczony bardziej. Wniosek banalny, jednak przemawia do wyobraźni, jeśli pomyśleć, że w świecie Nie opuszczaj mnie „zejścia” mają miejsce w wieku, który my sytuujemy na granicy młodości i pełnej dojrzałości, przed wejściem w tzw. smugę cienia. Kiedy jesteśmy zadomowieni w życiu.

Paulina Szkudlarek

Kazuo Ishiguro, Nie opuszczaj mnie, przeł. Andrzej Szulc, Albatros, Warszawa 2011 (wyd. III).

Przypisy:

* Pomysł taki pojawia się w licznych mangach, by – z obecnych na polskim rynku – wymienić: Hellsing (Kohta Hirano, wyd. JPF), Full Metal Alchemist (Hiromu Arakawa, wyd. JPF) czy Ikagami (Motorō Mase, wyd. Hanami). Przykładowe powieści posiłkujące się tym motywem to Oryks i Derkacz Margaret Atwood (przeł. Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Zysk i S-ka, Poznań 2004) czy też Diamentowy wiek Neala Stephensona (przeł. Jędrzej Polak, Zysk i S-ka, Poznań 1997).

** Tu kontekstem dla Ishiguro może być powieść Ludzkie dzieci P. D. James (przeł. Maria Gębicka-Frąc, Mag, Warszawa 2006), znanej lepiej jako autorka poczytnych kryminałów. Jej antyutopia – również zekranizowana (reż. Alfonso Cuaron, 2006) – kończąc się wydarzeniem zbawiennym dla świata, intencjonalnie pociesza, ale zarazem gloryfikuje konserwatyzm obyczajowy i grozi odwróceniem toku emancypacji wywalczonej w XX wieku.

Data wpisu: 15 grudnia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Fight club dla dziewczyn, czyli jak rozpoznać kto jest po właściwej stronie. Jack Womack, „Chaotyczne akty bezsensownej przemocy”

Film „Fight Club” wyreżyserowany przez Davida Finchera był niewątpliwie jednym z najsłynniejszych filmów lat dziewięćdziesiątych. Doczekał się wielu interperatacji (i mam wrażenie, że niemal zagłuszył książkowy pierwowzór autorstwa Chucka Palahniuka), wśród których znajdziemy m. in. odczytanie wymowy filmu jako krytyki konsumeryzmu i neoliberalnego kapitalizmu, którego władza opiera się na przymusowym heteroseksualizmie i ciągłym potwierdzaniu i nagradzaniu męskości we wszelkich przejawach (artykuł np. Henry’ego Giroux na ten temat można przeczytać tutaj. Film jednakże nie jest żadnym naiwnym manifestem ekonomicznym czy genderowym (ten poziom odczytania filmu jest dla mnie najbardziej dyskusyjny), ukazuje bowiem kapitalizm i konsumeryzm jako systemy nie podlegające „penetracji”, nie da się walczyć przeciwko nim i przetrwać (pomijając kwestię metod owej walki).

W tytułowym klubie walki (lub podziemnym, jak chciało polskie tłumaczenie), mężczyźni uczą się walczyć przeciwko sobie, wykorzystując agresję i frustrację w szlachetnym dziele budowania mięśni i nauki pokonywania przeciwnika. Uładzona, pełna politycznej poprawności codzienność mierzi ich i właśnie w niej upatrują źródła swojej słabości. Pozbywając się krępujących ich ubrań, walczą nieraz na śmierć i życie, przygotowując się do wywrotowych akcji przeciwko burżuazyjnym konsumentom. Klub walki to miejsce, w którym mężczyźni odzyskują – jak im się wydaje – swoją tożsamość, jakby przemoc była ich rodzimym językiem, którego wstrętne opresywne społeczeństwo zabroniło im używać – i z tym większą nostalgią „wracają” do niego. To nic, że nie zauważają, w jakim chaosie pogrążają świat wokół swoimi działaniami.

Moje skojarzenie książki Jacka Womacka „Chaotyczne akty bezsensownej przemocy” z filmem Finchera bierze się nie tylko z pewnego podobieństwa wizji powieściowej rzeczywistości autora (walący się system społeczny i ekonomiczny Stanów Zjednoczonych), ale również przez analogię przyłączenia się głównego bohatera/ głównej bohaterki, do gangu złożonego z przedstawicieli/ przedstawicielek jego/ jej płci, jak również konsekwencji z tegoż wynikających.

Autor albo reżyser, ustanawiając dziecko narratorem lub/i głównym bohaterem filmu czy powieści, ryzykuje sprowadzenie swego dzieła do zapisu stanu własnej świadomości i poziomu rozwoju. Przykłady złych utworów przyjmujących „perspektywę dziecka” można by mnożyć, a chlubne wyjątki zdarzają się niezmiernie rzadko. Zresztą dzieci nie rozczulają mnie, nie są dla mnie rozkosznym dodatkiem ocukrzającym grozę rzeczywistości, nie są niewinne ani wystarczająco ładne, by usprawiedliwić mierne fabuły. Zdawał sobie z tego sprawę choćby Orson Scott Card, który w swojej znakomitej powieści „Gra Endera” umieścił dedykację: „Dla Geoffreya, dzięki któremu pamiętam, jak młode i jak stare mogą być dzieci”. Tym samym oddał hołd ich często niedocenianej przenikliwości i mądrości.

Niemniej jednak tak zwane dziecięce spojrzenie na świat nie poraża mnie świeżością ani oryginalnością, a w interpretacji dorosłych często co najwyżej odrzuca oczywistą naiwnością i niesłychanym egotyzmem ustawiającym wszystko wokół i pod siebie. Tym ciekawsze wydają mi się zarówno powieści, jak i filmy, które przekonują, że niedorosłe istoty ludzkie nie są jedynie denerwującymi niskimi stworami z niedostatkiem IQ czy – w innych ujęciach – przewodnikami po rzeczywistości, której „duzi” nie potrafią dostrzegać. W naszych czasach, kiedy już odkryto dzieciństwo i całą histerię skupioną wokół wychowania, od której niejednej kobiecie (nie tylko matkom) zrobiło się już nieraz słabo, dziecko rzadko kiedy pojawia się jako ono samo. To raczej swego rodzaju alegoria utraconej wiary w „niewinność” człowieka, na jakimkolwiek etapie rozwoju, a czasem też figura ofiary, która dorastając bierze odwet za wszystkie błędy i niedostatki wychowania. A przecież można spojrzeć na dziecko jako istotę o specyficznym typie wyobraźni, obdarzonej perwersją niezawinionej aspołeczności. W powieściach Andrzeja Czcibora–Piotrowskiego, o których mam nadzieję, że jeszcze napiszemy, dziecięcy erotyzm jest sposobem na uratowanie świata skazanego na zagładę, źródłem siły niezbędnej do przeżycia najgorszych przeciwności losu, wreszcie – nieustającą transgresją płci, przyjemności, ukazywaniem dobra płynącego z żywego, ciepłego ciała bliskiej osoby.

W powieści Jacka Womacka „Chaotyczne akty bezsensownej przemocy”, narratorka i zarazem główna bohaterka, dwunastoletnia Lola Hart, musi sobie radzić w świecie narastającego chaosu. Wykorzystując konwencję zapisków w pamiętniku, Womack buduje wstrząsający obraz dystopijnego świata nieodległej przyszłości, pogrążonego w rozruchach na tle polityczno–ekonomicznym, widzianego oczami osoby, która doświadcza przede wszystkim rozpadu związków międzyludzkich na każdym poziomie. Amerykańskie społeczeństwo u Womacka nie istnieje, są jedynie luźne, mniejsze lub większe grupy, które łączy jakiś interes. Bardzo ciekawe jest to, w jaki sposób Lola obserwuje rzeczywistość. To nie jest jedynie infantylna nakładka na dorosłą relację życia, ale bardzo realistyczne „filtrowanie” obserwowanych faktów; na ile wpływają bezpośrednio na życie głównej bohaterki, na tyle wzmianki zasługują. Wojsko maszeruje cały dzień ulicami Nowego Jorku pogrążonego w antyrządowych zamieszkach? Dwie linijki w pamiętniku, pół na opis wypasionego obiadu w McDonaldsie. Żołnierze pomyłkowo wpadają do mieszkania głównej bohaterki podczas obławy na protestujących? Lola opisuje ich slangowym językiem młodzieżowych gangów, ze szczegółami mrożącymi krew w żyłach zniszczeń właściwie całego mieszkania, włącznie z rzeczami osobistymi i kradzieżą leków. Telewizyjne wiadomości podające informacje o kolejnym zastrzelonym prezydencie USA Lola ledwie zauważa – trzeba zająć się przecież przeżyciem kolejnego dnia.

A przecież Lola przez większość swojego dwunastoletniego życia spędziła całkiem standardowo i czasem nawet przyjemnie. Rodzice, choć kochający i opiekuńczy, przyjęli swoistą metodę wychowawczą, w myśl której dzieci to małe aniołeczki, których nie należy kalać rzeczowymi informacjami na temat aktualnych wydarzeń czy to rodzinnych czy politycznych. W rezultacie Lola jedynie domyśla się, jak ciężko musi być matce funkcjonującej jako tako jedynie dzięki codziennie przyjmowanym antydepresantom i lekom uspokajającym, czy z czym zmaga się wiecznie szukający pracy ojciec, wspominający dobre chwile, gdy zapotrzebowanie na jego usługi (scenarzysty) w ogóle istniało. Interesujące jest zresztą ukazanie obojga rodziców głównej bohaterki jako posiadających humanistyczne wykształcenie – matka Loli ma tytuł profesorski w dziedzinie literatury angielskiej – i wiecznie borykających się z brakiem pracy, ponieważ na ich umiejętności nie ma zapotrzebowania.

Powieść rozpoczyna się w szczęśliwej dla rodziny chwili, gdy zamieszkują w przytulnym nowojorskim mieszkaniu, w którym Lola ma osobny pokój ze swoją młodszą siostrą zwaną Boob. Uczęszcza do prywatnej szkoły, w której ma koleżanki, rodzice są pełni wiary w przyszłość. Stopniowo to spokojne i całkiem przyjemne życie przekształca się w koszmarne piekło pełne przemocy, w którym zanikają niemal wszystkie związki międzyludzkie.

Pierwszy niszczeje świat szkolnych przyjaźni Loli. Ze szkoły znika jedna z jej bliższych koleżanek, oddana przez rodziców do specjalnego ośrodka „naprawczego” dla niezdyscyplinowanych dzieci. Znajome Loli opowiadają sobie zasłyszane plotki o tym miejscu, które wygląda raczej na połączenie obozu dla zatwardziałych recydywistów z izbą tortur. Womack wyraźnie robi tu aluzję do popularnych w Ameryce „boot camps”, paramilitarnych obozów wychowawczych dla młodzieży (strona krytykująca tego rodzaju praktyki). Błędy i braki w wychowaniu wypala się i tępi metodami pasującymi dla zdeklarowanych wrogów ludzkości w ogóle. Szczególnie szokujące w powieści jest to, że „do naprawy” rodzice wysyłają zwyczajną nastolatkę, której główną przewiną było to, że aż dwukrotnie zdecydowała się na wagary, by pójść na randkę. Kiedy po jakimś czasie dziewczynka wraca z „reedukacji”, Lola z przerażeniem odkrywa, że właściwie nie ma z nią kontaktu – jeszcze do niedawna pełna energii i wygadana koleżanka zamieniła się w zombie ze szklanymi oczami, które zrobi wszystko ze strachu przed ewentualną karą.

Niedługo potem Lola zaproszona do innej koleżanki na noc, podczas zabawy całuje przyjaciółkę, na czym zostają przyłapane przez gospodarzy. Czytelnik domyśla się na podstawie aluzji robionych przez rodziców dziewczynki, że już wcześniej podejrzewali ją o homoseksualizm, co więcej, najwyraźniej ojca przyjaciółki Loli małe dziewczynki interesują bardziej niż powinny. Lola odkrywa, że jest podglądana przez ojca przyjaciółki, a nieco później domyśla się, że przez lata wykorzystywał seksualnie swoją córkę. Współczucie dla koleżanki jednak niknie gdy Lola dowiaduje się, że dziewczynka rozpowiedziała w szkole, iż Lola to napastująca dziewczyny lesbijka… Niedługo potem cała szkoła wie, że Loli należy unikać, rodzice jej koleżanek nie życzą sobie, by utrzymywała z nimi kontakt, więc kiedy ojciec Loli traci po raz kolejny pracę i muszą przeprowadzić się do wstrętnej rudery w gorszej dzielnicy, Lola niemal z ulgą wita wiadomość, że rodzice nie mają już pieniędzy na jej prywatną szkołę.

Wątek lesbijskich kontaktów Loli jest bardzo interesujący, dziewczynka jest przecież w wieku, w którym dopiero odkrywa się własną płeć, ciało, seksualność. Nie można oprzeć się wrażeniu, że budząca się seksualność Loli kieruje się raczej w stronę ożywiania i zawiązywania przyjaźni, w świecie, w którym nikt nie jest pewny tego, co stanie się następnego dnia – oprócz faktu, że na pewno będzie to coś złego. Za to z całą pewnością domniemana homoseksualność Loli staje się przyczyną jej napiętnowania zarówno w szkole, jak i częściowo w domu (ale nie przez rodziców, a przez młodszą siostrę). Ostracyzm, który napotyka nastolatkę za pocałowanie koleżanki jest wręcz porażający i – niestety łatwy do wyobrażenia w polskiej rzeczywistości.

Choć Lola traci swoje szkolne przyjaciółki, poznaje nowe (mniej więcej w jej wieku), które tworzą niewielki, ale groźny gang. W większości dziewczynki pochodzą z dysfunkcjonalnych rodzin, nie chodzą do szkoły, a dnie spędzają głównie na okradaniu naiwnych i nieuważnych przechodniów i obserwowaniu otoczenia. Jednak nie jest to ich sposób na nudę, ale przetrwanie. Niektóre uciekły z domu, w którym były wykorzystywane seksualnie, inne nie miały żadnych bliskich. Jedną z nowych znajomych Loli jest trzynastoletnia Ester, która jest w ciąży (zgwałcił ją niewiele starszy kuzyn przesiadujący całymi dniami w jej domu). Na pytanie Loli, dlaczego nie usunęła ciąży, nowe przyjaciółki odpowiadają kpiąco „nie stać jej było na wieszak”. Ten gang nastolatek to właśnie dziewczyński fight club – grupa wsparcia, która uczy Lolę stosować przemoc, i która szybko odkrywa, że nowa członkini potrafi wpaść w bitewny amok i „wyeksować” (czyli zabić) przeciwnika. A tych nie brakuje, ponieważ brak jakiejkolwiek politycznej stabilności i chaos ekonomiczny (inflacja dolara osiąga tak wysoki poziom, że zostaje wprowadzona nowa waluta) przyczynia się do nieustających zamieszek na ulicach Nowego Jorku, gdzie wezwana do opanowania zamieszek armia jest równie groźna i skłonna do nadużywania przemocy, co przestępcy. Lola obserwując eskalację przemocy, żołnierzy atakujących zdesperowanych nowojorczyków, zadaje z pozoru proste, ale dramatyczne pytanie: „A jak nas odróżnią od wszystkich innych?”. Kolejne wydarzenia udowodniają Loli, że nie odróżnią, że zawsze znajduje się po niewłaściwej stronie.

U Womacka rozpadający się świat nie oferuje żadnego oparcia bohaterce, a miłość przyjaciółki z gangu, Jude, jest zbyt delikatna i krucha, by uratować ją z niszczejącego społeczeństwa i całkowicie rozbitej rodziny.

Pierwszą osobą, która „odpada” z rodziny Hartów jest siostra Loli. Mała dziewczynka nie potrafi przyzwyczaić się do nowych warunków życia, jest też przerażona siostrą, o której słyszała wiele nieprzyjemnych plotek w szkole. Bohaterka mimo wysiłków nie jest w stanie zupełnie przekonać swojej młodszej siostry, że bycie lesbijką (jeśli można tak nazwać dwunastoletnią dziewczynkę, która pocałowała raz koleżankę…) nie oznacza nawykowego gwałcenia młodszych sióstr. Ostatecznie dziecko wędruje do rodziny konserwatywnej ciotki, po czym siostry właściwie tracą zupełnie ze sobą kontakt. Po nagłej i niespodziewanej śmierci ojca bezlitośnie wykorzystywanego przez szefa w księgarni, matka Loli przeżywa załamanie nerwowe, po którym już nie wychodzi ze szpitala. Świat pali za sobą mosty, zrywa z Lolą, która wybucha niepowtrzymaną falą agresji i frustracji. Już wie, że potrafi walczyć, że nieobca jest jej przemoc. Że to, co ją otacza, codzienny chaos i śmierć, zalało jej serce i umysł i może już tylko odpowiadać przemocą. Nastolatka z dobrego domu, która odebrała wykształcenie w elitarnej prywatnej szkole, kijem bejsbolowym katuje na śmierć byłego pracodawcę swojego ojca, którego wini za jego śmierć. Książka kończy się pogróżkami i wyzwiskami, którymi Lola w slangu ulicznych gangów odgraża się wszelkim ewentualnym napastnikom. Oto Lola jest groźna i należy do najgorszego gangu w mieście, gangu morderców, dla których zabić to tyle, co splunąć. Nie ma happy endu, nie ma choćby cienia sugestii, jak może potoczyć się dalej życie Loli. Nie ma nawet przyjaciółek z fight clubu, które razem z nią oberwowałyby ognie rozpalone w ruinach domów. Boot Camp America skończył się źle dla dzieci i dorosłych.

Sławomira Raczyńska

Jack Womack, Chaotyczne akty bezsensownej przemocy, tł. Jerzy Łoziński, Wydawnictwo Zysk i S-ka. Poznań 2001.

Data wpisu: 23 października, 2010 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Fight club dla dziewczyn, czyli jak rozpoznać kto jest po właściwej stronie. Jack Womack, „Chaotyczne akty bezsensownej przemocy”

Film „Fight Club” wyreżyserowany przez Davida Finchera był niewątpliwie jednym z najsłynniejszych filmów lat dziewięćdziesiątych. Doczekał się wielu interperatacji (i mam wrażenie, że niemal zagłuszył książkowy pierwowzór autorstwa Chucka Palahniuka), wśród których znajdziemy m. in. odczytanie wymowy filmu jako krytyki konsumeryzmu i neoliberalnego kapitalizmu, którego władza opiera się na przymusowym heteroseksualizmie i ciągłym potwierdzaniu i nagradzaniu męskości we wszelkich przejawach (artykuł np. Henry’ego Giroux na ten temat można przeczytać tutaj. Film jednakże nie jest żadnym naiwnym manifestem ekonomicznym czy genderowym (ten poziom odczytania filmu jest dla mnie najbardziej dyskusyjny), ukazuje bowiem kapitalizm i konsumeryzm jako systemy nie podlegające „penetracji”, nie da się walczyć przeciwko nim i przetrwać (pomijając kwestię metod owej walki).

W tytułowym klubie walki (lub podziemnym, jak chciało polskie tłumaczenie), mężczyźni uczą się walczyć przeciwko sobie, wykorzystując agresję i frustrację w szlachetnym dziele budowania mięśni i nauki pokonywania przeciwnika. Uładzona, pełna politycznej poprawności codzienność mierzi ich i właśnie w niej upatrują źródła swojej słabości. Pozbywając się krępujących ich ubrań, walczą nieraz na śmierć i życie, przygotowując się do wywrotowych akcji przeciwko burżuazyjnym konsumentom. Klub walki to miejsce, w którym mężczyźni odzyskują – jak im się wydaje – swoją tożsamość, jakby przemoc była ich rodzimym językiem, którego wstrętne opresywne społeczeństwo zabroniło im używać – i z tym większą nostalgią „wracają” do niego. To nic, że nie zauważają, w jakim chaosie pogrążają świat wokół swoimi działaniami.

Moje skojarzenie książki Jacka Womacka „Chaotyczne akty bezsensownej przemocy” z filmem Finchera bierze się nie tylko z pewnego podobieństwa wizji powieściowej rzeczywistości autora (walący się system społeczny i ekonomiczny Stanów Zjednoczonych), ale również przez analogię przyłączenia się głównego bohatera/ głównej bohaterki, do gangu złożonego z przedstawicieli/ przedstawicielek jego/ jej płci, jak również konsekwencji z tegoż wynikających.

Autor albo reżyser, ustanawiając dziecko narratorem lub/i głównym bohaterem filmu czy powieści, ryzykuje sprowadzenie swego dzieła do zapisu stanu własnej świadomości i poziomu rozwoju. Przykłady złych utworów przyjmujących „perspektywę dziecka” można by mnożyć, a chlubne wyjątki zdarzają się niezmiernie rzadko. Zresztą dzieci nie rozczulają mnie, nie są dla mnie rozkosznym dodatkiem ocukrzającym grozę rzeczywistości, nie są niewinne ani wystarczająco ładne, by usprawiedliwić mierne fabuły. Zdawał sobie z tego sprawę choćby Orson Scott Card, który w swojej znakomitej powieści „Gra Endera” umieścił dedykację: „Dla Geoffreya, dzięki któremu pamiętam, jak młode i jak stare mogą być dzieci”. Tym samym oddał hołd ich często niedocenianej przenikliwości i mądrości.

Niemniej jednak tak zwane dziecięce spojrzenie na świat nie poraża mnie świeżością ani oryginalnością, a w interpretacji dorosłych często co najwyżej odrzuca oczywistą naiwnością i niesłychanym egotyzmem ustawiającym wszystko wokół i pod siebie. Tym ciekawsze wydają mi się zarówno powieści, jak i filmy, które przekonują, że niedorosłe istoty ludzkie nie są jedynie denerwującymi niskimi stworami z niedostatkiem IQ czy – w innych ujęciach – przewodnikami po rzeczywistości, której „duzi” nie potrafią dostrzegać. W naszych czasach, kiedy już odkryto dzieciństwo i całą histerię skupioną wokół wychowania, od której niejednej kobiecie (nie tylko matkom) zrobiło się już nieraz słabo, dziecko rzadko kiedy pojawia się jako ono samo. To raczej swego rodzaju alegoria utraconej wiary w „niewinność” człowieka, na jakimkolwiek etapie rozwoju, a czasem też figura ofiary, która dorastając bierze odwet za wszystkie błędy i niedostatki wychowania. A przecież można spojrzeć na dziecko jako istotę o specyficznym typie wyobraźni, obdarzonej perwersją niezawinionej aspołeczności. W powieściach Andrzeja Czcibora–Piotrowskiego, o których mam nadzieję, że jeszcze napiszemy, dziecięcy erotyzm jest sposobem na uratowanie świata skazanego na zagładę, źródłem siły niezbędnej do przeżycia najgorszych przeciwności losu, wreszcie – nieustającą transgresją płci, przyjemności, ukazywaniem dobra płynącego z żywego, ciepłego ciała bliskiej osoby.

W powieści Jacka Womacka „Chaotyczne akty bezsensownej przemocy”, narratorka i zarazem główna bohaterka, dwunastoletnia Lola Hart, musi sobie radzić w świecie narastającego chaosu. Wykorzystując konwencję zapisków w pamiętniku, Womack buduje wstrząsający obraz dystopijnego świata nieodległej przyszłości, pogrążonego w rozruchach na tle polityczno–ekonomicznym, widzianego oczami osoby, która doświadcza przede wszystkim rozpadu związków międzyludzkich na każdym poziomie. Amerykańskie społeczeństwo u Womacka nie istnieje, są jedynie luźne, mniejsze lub większe grupy, które łączy jakiś interes. Bardzo ciekawe jest to, w jaki sposób Lola obserwuje rzeczywistość. To nie jest jedynie infantylna nakładka na dorosłą relację życia, ale bardzo realistyczne „filtrowanie” obserwowanych faktów; na ile wpływają bezpośrednio na życie głównej bohaterki, na tyle wzmianki zasługują. Wojsko maszeruje cały dzień ulicami Nowego Jorku pogrążonego w antyrządowych zamieszkach? Dwie linijki w pamiętniku, pół na opis wypasionego obiadu w McDonaldsie. Żołnierze pomyłkowo wpadają do mieszkania głównej bohaterki podczas obławy na protestujących? Lola opisuje ich slangowym językiem młodzieżowych gangów, ze szczegółami mrożącymi krew w żyłach zniszczeń właściwie całego mieszkania, włącznie z rzeczami osobistymi i kradzieżą leków. Telewizyjne wiadomości podające informacje o kolejnym zastrzelonym prezydencie USA Lola ledwie zauważa – trzeba zająć się przecież przeżyciem kolejnego dnia.

A przecież Lola przez większość swojego dwunastoletniego życia spędziła całkiem standardowo i czasem nawet przyjemnie. Rodzice, choć kochający i opiekuńczy, przyjęli swoistą metodę wychowawczą, w myśl której dzieci to małe aniołeczki, których nie należy kalać rzeczowymi informacjami na temat aktualnych wydarzeń czy to rodzinnych czy politycznych. W rezultacie Lola jedynie domyśla się, jak ciężko musi być matce funkcjonującej jako tako jedynie dzięki codziennie przyjmowanym antydepresantom i lekom uspokajającym, czy z czym zmaga się wiecznie szukający pracy ojciec, wspominający dobre chwile, gdy zapotrzebowanie na jego usługi (scenarzysty) w ogóle istniało. Interesujące jest zresztą ukazanie obojga rodziców głównej bohaterki jako posiadających humanistyczne wykształcenie – matka Loli ma tytuł profesorski w dziedzinie literatury angielskiej – i wiecznie borykających się z brakiem pracy, ponieważ na ich umiejętności nie ma zapotrzebowania.

Powieść rozpoczyna się w szczęśliwej dla rodziny chwili, gdy zamieszkują w przytulnym nowojorskim mieszkaniu, w którym Lola ma osobny pokój ze swoją młodszą siostrą zwaną Boob. Uczęszcza do prywatnej szkoły, w której ma koleżanki, rodzice są pełni wiary w przyszłość. Stopniowo to spokojne i całkiem przyjemne życie przekształca się w koszmarne piekło pełne przemocy, w którym zanikają niemal wszystkie związki międzyludzkie.

Pierwszy niszczeje świat szkolnych przyjaźni Loli. Ze szkoły znika jedna z jej bliższych koleżanek, oddana przez rodziców do specjalnego ośrodka „naprawczego” dla niezdyscyplinowanych dzieci. Znajome Loli opowiadają sobie zasłyszane plotki o tym miejscu, które wygląda raczej na połączenie obozu dla zatwardziałych recydywistów z izbą tortur. Womack wyraźnie robi tu aluzję do popularnych w Ameryce „boot camps”, paramilitarnych obozów wychowawczych dla młodzieży (strona krytykująca tego rodzaju praktyki). Błędy i braki w wychowaniu wypala się i tępi metodami pasującymi dla zdeklarowanych wrogów ludzkości w ogóle. Szczególnie szokujące w powieści jest to, że „do naprawy” rodzice wysyłają zwyczajną nastolatkę, której główną przewiną było to, że aż dwukrotnie zdecydowała się na wagary, by pójść na randkę. Kiedy po jakimś czasie dziewczynka wraca z „reedukacji”, Lola z przerażeniem odkrywa, że właściwie nie ma z nią kontaktu – jeszcze do niedawna pełna energii i wygadana koleżanka zamieniła się w zombie ze szklanymi oczami, które zrobi wszystko ze strachu przed ewentualną karą.

Niedługo potem Lola zaproszona do innej koleżanki na noc, podczas zabawy całuje przyjaciółkę, na czym zostają przyłapane przez gospodarzy. Czytelnik domyśla się na podstawie aluzji robionych przez rodziców dziewczynki, że już wcześniej podejrzewali ją o homoseksualizm, co więcej, najwyraźniej ojca przyjaciółki Loli małe dziewczynki interesują bardziej niż powinny. Lola odkrywa, że jest podglądana przez ojca przyjaciółki, a nieco później domyśla się, że przez lata wykorzystywał seksualnie swoją córkę. Współczucie dla koleżanki jednak niknie gdy Lola dowiaduje się, że dziewczynka rozpowiedziała w szkole, iż Lola to napastująca dziewczyny lesbijka… Niedługo potem cała szkoła wie, że Loli należy unikać, rodzice jej koleżanek nie życzą sobie, by utrzymywała z nimi kontakt, więc kiedy ojciec Loli traci po raz kolejny pracę i muszą przeprowadzić się do wstrętnej rudery w gorszej dzielnicy, Lola niemal z ulgą wita wiadomość, że rodzice nie mają już pieniędzy na jej prywatną szkołę.

Wątek lesbijskich kontaktów Loli jest bardzo interesujący, dziewczynka jest przecież w wieku, w którym dopiero odkrywa się własną płeć, ciało, seksualność. Nie można oprzeć się wrażeniu, że budząca się seksualność Loli kieruje się raczej w stronę ożywiania i zawiązywania przyjaźni, w świecie, w którym nikt nie jest pewny tego, co stanie się następnego dnia – oprócz faktu, że na pewno będzie to coś złego. Za to z całą pewnością domniemana homoseksualność Loli staje się przyczyną jej napiętnowania zarówno w szkole, jak i częściowo w domu (ale nie przez rodziców, a przez młodszą siostrę). Ostracyzm, który napotyka nastolatkę za pocałowanie koleżanki jest wręcz porażający i – niestety łatwy do wyobrażenia w polskiej rzeczywistości.

Choć Lola traci swoje szkolne przyjaciółki, poznaje nowe (mniej więcej w jej wieku), które tworzą niewielki, ale groźny gang. W większości dziewczynki pochodzą z dysfunkcjonalnych rodzin, nie chodzą do szkoły, a dnie spędzają głównie na okradaniu naiwnych i nieuważnych przechodniów i obserwowaniu otoczenia. Jednak nie jest to ich sposób na nudę, ale przetrwanie. Niektóre uciekły z domu, w którym były wykorzystywane seksualnie, inne nie miały żadnych bliskich. Jedną z nowych znajomych Loli jest trzynastoletnia Ester, która jest w ciąży (zgwałcił ją niewiele starszy kuzyn przesiadujący całymi dniami w jej domu). Na pytanie Loli, dlaczego nie usunęła ciąży, nowe przyjaciółki odpowiadają kpiąco „nie stać jej było na wieszak”. Ten gang nastolatek to właśnie dziewczyński fight club – grupa wsparcia, która uczy Lolę stosować przemoc, i która szybko odkrywa, że nowa członkini potrafi wpaść w bitewny amok i „wyeksować” (czyli zabić) przeciwnika. A tych nie brakuje, ponieważ brak jakiejkolwiek politycznej stabilności i chaos ekonomiczny (inflacja dolara osiąga tak wysoki poziom, że zostaje wprowadzona nowa waluta) przyczynia się do nieustających zamieszek na ulicach Nowego Jorku, gdzie wezwana do opanowania zamieszek armia jest równie groźna i skłonna do nadużywania przemocy, co przestępcy. Lola obserwując eskalację przemocy, żołnierzy atakujących zdesperowanych nowojorczyków, zadaje z pozoru proste, ale dramatyczne pytanie: „A jak nas odróżnią od wszystkich innych?”. Kolejne wydarzenia udowodniają Loli, że nie odróżnią, że zawsze znajduje się po niewłaściwej stronie.

U Womacka rozpadający się świat nie oferuje żadnego oparcia bohaterce, a miłość przyjaciółki z gangu, Jude, jest zbyt delikatna i krucha, by uratować ją z niszczejącego społeczeństwa i całkowicie rozbitej rodziny.

Pierwszą osobą, która „odpada” z rodziny Hartów jest siostra Loli. Mała dziewczynka nie potrafi przyzwyczaić się do nowych warunków życia, jest też przerażona siostrą, o której słyszała wiele nieprzyjemnych plotek w szkole. Bohaterka mimo wysiłków nie jest w stanie zupełnie przekonać swojej młodszej siostry, że bycie lesbijką (jeśli można tak nazwać dwunastoletnią dziewczynkę, która pocałowała raz koleżankę…) nie oznacza nawykowego gwałcenia młodszych sióstr. Ostatecznie dziecko wędruje do rodziny konserwatywnej ciotki, po czym siostry właściwie tracą zupełnie ze sobą kontakt. Po nagłej i niespodziewanej śmierci ojca bezlitośnie wykorzystywanego przez szefa w księgarni, matka Loli przeżywa załamanie nerwowe, po którym już nie wychodzi ze szpitala. Świat pali za sobą mosty, zrywa z Lolą, która wybucha niepowtrzymaną falą agresji i frustracji. Już wie, że potrafi walczyć, że nieobca jest jej przemoc. Że to, co ją otacza, codzienny chaos i śmierć, zalało jej serce i umysł i może już tylko odpowiadać przemocą. Nastolatka z dobrego domu, która odebrała wykształcenie w elitarnej prywatnej szkole, kijem bejsbolowym katuje na śmierć byłego pracodawcę swojego ojca, którego wini za jego śmierć. Książka kończy się pogróżkami i wyzwiskami, którymi Lola w slangu ulicznych gangów odgraża się wszelkim ewentualnym napastnikom. Oto Lola jest groźna i należy do najgorszego gangu w mieście, gangu morderców, dla których zabić to tyle, co splunąć. Nie ma happy endu, nie ma choćby cienia sugestii, jak może potoczyć się dalej życie Loli. Nie ma nawet przyjaciółek z fight clubu, które razem z nią oberwowałyby ognie rozpalone w ruinach domów. Boot Camp America skończył się źle dla dzieci i dorosłych.

Sławomira Raczyńska

Jack Womack, Chaotyczne akty bezsensownej przemocy, tł. Jerzy Łoziński, Wydawnictwo Zysk i S-ka. Poznań 2001.

Data wpisu: 23 października, 2010 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe