Archiwum dla kategorii: ‘czy’

2012.05.17. Warszawa — Małżeństwa czasowe w Iranie — wolność czy zniewolenie?

Małżeństwa czasowe, zwane sigheh, stanowią w Iranie alternatywę dla małżeństw stałych i mogą być zawierane na okres od kilku minut do 99 lat.

Praktyka ta budzi kontrowersje nie tylko na Zachodzie, ale także wśród samych Irańczyków. Czy, jak twierdzą niektórzy, małżeństwa te są formą zalegalizowanej prostytucji, czy może w dobie globalizacji i głębokich przemian obyczajowych stają się jedną ze strategii emancypacyjnych dla młodych Iranek i Irańczyków?

Przedstawienie szyickiej instytucji „małżeństwa czasowego” oraz obowiązków i praw z nim związanych w szerszym kontekście społeczno-kulturowym stanie się przyczynkiem do omówienia sytuacji prawnej kobiet w Iranie. Goście biorący udział w debacie przybliżą publiczności zarówno tradycyjne, konserwatywne oblicze kultury tego kraju, jak i współczesne ruchy emancypacyjne oraz strategie stosowane w obrębie obowiązującego prawodawstwa. Postarają się znaleźć odpowiedź na pytania: czym są małżeństwa czasowe na gruncie prawnym i jak obowiązujące prawo ma się do praktyki? Jak traktowana jest seksualność mężczyzn i kobiet w islamie? Czy tradycyjne wzorce są wciąż realizowane w obliczu przemian obyczajowych w Iranie?

Na koniec debaty przewidujemy sesję pytań z sali.

3 2012.05.17. Warszawa   Małżeństwa czasowe w Iranie   wolność czy zniewolenie?

Organizatorzy:

Solidarni z Iranem” – program Instytutu Lecha Wałęsy

Porozumienie Kobiet 8 Marca

Wydarzenie na FB:

http://www.facebook.com/events/402266126458994/

Debata odbędzie się w ramach Festiwalu Planete Doc:

 

http://planetedocff.pl/

 

 

Tytuł filmu: „Małżeństwo na chwilę”, 52 min, Austria, reż. Sudabeh Mortezai

Data: czwartek 17 maja

Godz.: początek pokazu ok. 18.00, debaty ok 19.00; czas trwania debaty: 60–70 min.

Miejsce: Kinoteka, Warszawa

 

Udział wezmą:

Max Cegielski – dziennikarz, pisarz, prezenter radiowy i telewizyjny, animator kultury, podróżnik,

Dr Agnieszka Graff – Ośrodek Studiów Amerykańskich UW, członkini zespołu „Krytyki Politycznej”,

Dr Agata Skowron-Nalborczyk – iranistka, arabistka, islamolog, adiunkt w Zakładzie Islamu Europejskiego Wydziału UW,

Aleksandra Szymczyk – iranistka, tłumaczka, aktywistka i członkini Porozumienia Kobiet 8 Marca

 

Debatę poprowadzi:

Anna Czerwińska – działaczka społeczna, ekspertka równościowa

Zajrzyj na stronę Seksualność kobiet


Data wpisu: 11 maja, 2012 autor wpisu: Seksualnosc_Kobiet  |  Komentowanie nie jest możliwe

Czy ja jestem staromodna?

Może i okażę się być staromodną, a nawet nietolerancyjną, ale czy ludzie to poupadali  na głowy z tym wymyślaniem nowych konfiguracji  łóżkowo – emocjonalnych??? Pewnie ktoś mi zarzuci, że poligamia i poliamoria nie istnieją od dziś, ale czy my aby nie idziemy w rozwoju ogólno cywilizacyjnym trochę jednak do przodu a nie wstecz?

363795 15811 300x225 Czy ja jestem staromodna?

trzymanie za ręce

Nie czuję się osobą indoktrynowaną w  młodości przez matki i ciotki przesiąknięte patriarchalnym i tradycyjnym modelem rodziny.  Wychowywały mnie głównie kobiety, bardzo silne kobiety i naprawdę postępowe kobiety.  Nie słyszałam więc nigdy historii z przyszłości o zamążpójściu, o szczęśliwej rodzinie stworzonej z heteroseksualnych rodziców płodzących potomstwo w standardowym pakiecie „chłopiec + dziewczynka”.  Najważniejsze bym była szczęśliwa. Może dlatego też nie miałam problemu z budzącym się we mnie biseksualizmem, moje matki i ciotki również. Czułam się emocjonalnie i seksualnie wyzwolona. Nikt przecież nie narzucał mi żadnych barier, nikt nie wpajał utartych schematów. Mogłam robić co chcę i z kim chcę. Nie będę ukrywać, że korzystałam z tej wolności. Najpierw przeszłam przez temat pt. Chłopcy, potem Mężczyźni dochodząc w końcu do Kobiet…szczęśliwie dochodząc i to nie tylko w dosłownym znaczeniu. Miałam nawet epizod, który przyjaciółka określiła jako przejaw moich poliamorycznych skłonności. Zajęło mi trochę czasu  nim zrozumiałam o co w tym chodzi.  I gdy wreszcie pojęłam te wszystkie nowe kategorie doszłam do wniosku, że jednak jestem starzejącą się, monogamiczną konserwą.

Zanim jednak dostąpiłam oświecenia i zanim doszłam do tematu pt. Kobiety mój ówczesny partner, w ramach modernizacji naszego związku zaproponował mi związek otwarty. Oczywiście nie zgodziłam się na jego wizję naszego przyszłego małżeństwa (sic!) i zdecydowałam się zostać szczęśliwą singielką. Poza pierścionkiem zaręczynowym, który sprzedałam w celu zakupienia 0,7 czystej wódki, zostało mi po nim nurtujące mnie wciąż pytanie: czym tak naprawdę jest otwarty związek i czemu ludzie się decydują na taką formę bycia ze sobą? Przewertowałam dziesiątki stron internetowych, brałam udział w wielu dyskusjach na różnego rodzaju forach i prawie udało mi się uwierzyć, że jest to naprawdę coś niewiarygodnie ekscytującego i świeżego w życiu miłosno-seksualnym człowieka. Na jednym z for poznałam buddystę, wielkiego entuzjastę otwartego związku, który w charakterystyczny dla nawiedzonych buddystów sposób opowiadał, że związek nie może być więzieniem, że nie możemy zatrzymywać przy sobie drugiego, wolnego człowieka, że dając wolność, rozumianą jako wolność w wybieraniu seksualnych partnerek, stajemy się dojrzałymi partnerami, mogącymi stworzyć naprawdę udaną relację. Inny buddysta przekonywał, że tylko w takim związku rzeczywiście się staramy o partnera, że monogamia zabija namiętność, szacunek, że myśląc o kimś jako o naszej własności, przestajemy dbać o uczucia. Jeszcze ktoś inny dodał, że w takim związku nie ma zdrady, bo seks na boku jest jawny. Prawie uwierzyłam. Bo czy mamy się starać o kogoś tylko dlatego, że boimy się odejścia tej osoby? Nie trzeba otwierać związku, by mieć świadomość, że drugi człowiek nie jest nam dany raz na zawsze i bez względu na wszystko.  Jawna zdrada? Rozumiem, że coraz więcej osób zdradza, że monogamia staje się przeżytkiem, ale czy o to chodzi w byciu kimś?

Wiem, że są udane związki otwarte, związki bigamiczne i poliamoryczne, że są nawet udane rodziny stworzone na bazie takich relacji, jednak ja tego nie kupuję i twardo będę upierać się przy tym, że monogamiczny związek to najpiękniejsza z form bycia razem. Nie chcę demonizować wszystkiego co nie jest mono, ale nie jestem w stanie zaakceptować poglądu, że mono jest passe, a znakiem nowoczesności i wolności jest poliamoria i wszystkie te jej poli-pochodne. Związek jest dla mnie niemal żywym organem, który by funkcjonował prawidłowo, należy go właściwie pielęgnować. Mając więcej niż jedną osobę pod opieką, żadnej nie poświęcimy zbyt wiele uwagi. Owszem, jest to dobra opcja na „tymczas”, na okres młodzieńczych szaleństw, ale jeśli rozmawiamy o dorosłych i dojrzałych, mam wrażenie, że jest to idealna forma wiązania się dla osób, które albo nie potrafią się w pełni emocjonalnie zaangażować albo są zbyt leniwe i zbyt skoncentrowane na sobie, by móc i chcieć codziennie pracować nad związkiem z drugą osobą. Związek to także praca, czasami bardzo ciężka praca. Nie wspominam o tzw. docieraniu się, uczeniu wzajemnych przyzwyczajeń, próbach dzielenia wspólnej przestrzeni.  Mam na myśli przeszkody, na które codziennie natyka się wiele par. Szara rzeczywistość potrafi skutecznie zabić uczucia i namiętność, a wszędzie czające się pokusy mają jeszcze bardziej niszczycielską moc. Jedni zechcą wybrać prostą drogę i pozornie angażują się otwarty związek, drudzy podejmą wyzwanie i będą czerpać satysfakcję z pokonywania kolejnego etapu na krętej ścieżce. Nic nie daje mi większej radości jak praca nad tym, by umieć przy sobie zatrzymać ukochaną kobietę. Nie uwiązać ją przy sobie, ale pracować nad sobą i nad nami tak, by nie myślała zbyt długo o blondynce na której dłużej zawiesiła wzrok na ostatniej imprezie. By codziennie wracała do wspólnego domu z radością ujrzenia mnie, która czeka z obiadem, bym ja po kilku latach związku potrafiła pisać o tęsknocie, gdy przez kilka dni nie będzie jej przy mnie. To jest prawdziwym wyzwaniem! A nie jakieś tam „nowozwiązki”, które tylko próbują utwierdzić nas, że jesteśmy istotami chcącymi jedynie zaspakajać swoje instynkty i dać na to pełne przyzwolenie w imię nowoczesności. Cudownie jest być tą jedyną i mieć tę jedyną, wciąż patrzeć na siebie z czułością i pożądaniem.

Nie, nie jestem nowoczesna. Próbowałam wyjść z tej konserwatywnej skorupy i bawić się życiem jak młodsi ode mnie znajomi. I nie mogę napisać, że nie potrafię, bo bawiłam się, ale jedyne co mi pozostało z tamtych czasów, to wyrzuty sumienia, że skrzywdziłam tym nie tylko siebie, ale przede wszystkim bliskie mi wtedy osoby. Nie umiem połączyć związku otwartego ze słowem „szacunek”. Mimo że zasady są z góry ustalone, nadal pozostajemy istotami emocjonalnymi, czy tego chcemy czy nie. I nie jesteśmy w stanie przestawić się na tryb „open relationship” ot tak po prostu i działać według przyjętych zasad. Technika idzie do przodu w zawrotnym tempie, ale człowiek od wieki wieków w drugiej osobie szukał i szukać będzie odwzajemnionej miłości, najlepiej takiej na całe życie.


Data wpisu: 10 maja, 2012 autor wpisu: Emi  |  Komentowanie nie jest możliwe

Czy ja jestem staromodna?

Może i okażę się być staromodną, a nawet nietolerancyjną, ale czy ludzie to poupadali  na głowy z tym wymyślaniem nowych konfiguracji  łóżkowo – emocjonalnych??? Pewnie ktoś mi zarzuci, że poligamia i poliamoria nie istnieją od dziś, ale czy my aby nie idziemy w rozwoju ogólno cywilizacyjnym trochę jednak do przodu a nie wstecz?

363795 15811 300x225 Czy ja jestem staromodna?

trzymanie za ręce

Nie czuję się osobą indoktrynowaną w  młodości przez matki i ciotki przesiąknięte patriarchalnym i tradycyjnym modelem rodziny.  Wychowywały mnie głównie kobiety, bardzo silne kobiety i naprawdę postępowe kobiety.  Nie słyszałam więc nigdy historii z przyszłości o zamążpójściu, o szczęśliwej rodzinie stworzonej z heteroseksualnych rodziców płodzących potomstwo w standardowym pakiecie „chłopiec + dziewczynka”.  Najważniejsze bym była szczęśliwa. Może dlatego też nie miałam problemu z budzącym się we mnie biseksualizmem, moje matki i ciotki również. Czułam się emocjonalnie i seksualnie wyzwolona. Nikt przecież nie narzucał mi żadnych barier, nikt nie wpajał utartych schematów. Mogłam robić co chcę i z kim chcę. Nie będę ukrywać, że korzystałam z tej wolności. Najpierw przeszłam przez temat pt. Chłopcy, potem Mężczyźni dochodząc w końcu do Kobiet…szczęśliwie dochodząc i to nie tylko w dosłownym znaczeniu. Miałam nawet epizod, który przyjaciółka określiła jako przejaw moich poliamorycznych skłonności. Zajęło mi trochę czasu  nim zrozumiałam o co w tym chodzi.  I gdy wreszcie pojęłam te wszystkie nowe kategorie doszłam do wniosku, że jednak jestem starzejącą się, monogamiczną konserwą.

Zanim jednak dostąpiłam oświecenia i zanim doszłam do tematu pt. Kobiety mój ówczesny partner, w ramach modernizacji naszego związku zaproponował mi związek otwarty. Oczywiście nie zgodziłam się na jego wizję naszego przyszłego małżeństwa (sic!) i zdecydowałam się zostać szczęśliwą singielką. Poza pierścionkiem zaręczynowym, który sprzedałam w celu zakupienia 0,7 czystej wódki, zostało mi po nim nurtujące mnie wciąż pytanie: czym tak naprawdę jest otwarty związek i czemu ludzie się decydują na taką formę bycia ze sobą? Przewertowałam dziesiątki stron internetowych, brałam udział w wielu dyskusjach na różnego rodzaju forach i prawie udało mi się uwierzyć, że jest to naprawdę coś niewiarygodnie ekscytującego i świeżego w życiu miłosno-seksualnym człowieka. Na jednym z for poznałam buddystę, wielkiego entuzjastę otwartego związku, który w charakterystyczny dla nawiedzonych buddystów sposób opowiadał, że związek nie może być więzieniem, że nie możemy zatrzymywać przy sobie drugiego, wolnego człowieka, że dając wolność, rozumianą jako wolność w wybieraniu seksualnych partnerek, stajemy się dojrzałymi partnerami, mogącymi stworzyć naprawdę udaną relację. Inny buddysta przekonywał, że tylko w takim związku rzeczywiście się staramy o partnera, że monogamia zabija namiętność, szacunek, że myśląc o kimś jako o naszej własności, przestajemy dbać o uczucia. Jeszcze ktoś inny dodał, że w takim związku nie ma zdrady, bo seks na boku jest jawny. Prawie uwierzyłam. Bo czy mamy się starać o kogoś tylko dlatego, że boimy się odejścia tej osoby? Nie trzeba otwierać związku, by mieć świadomość, że drugi człowiek nie jest nam dany raz na zawsze i bez względu na wszystko.  Jawna zdrada? Rozumiem, że coraz więcej osób zdradza, że monogamia staje się przeżytkiem, ale czy o to chodzi w byciu kimś?

Wiem, że są udane związki otwarte, związki bigamiczne i poliamoryczne, że są nawet udane rodziny stworzone na bazie takich relacji, jednak ja tego nie kupuję i twardo będę upierać się przy tym, że monogamiczny związek to najpiękniejsza z form bycia razem. Nie chcę demonizować wszystkiego co nie jest mono, ale nie jestem w stanie zaakceptować poglądu, że mono jest passe, a znakiem nowoczesności i wolności jest poliamoria i wszystkie te jej poli-pochodne. Związek jest dla mnie niemal żywym organem, który by funkcjonował prawidłowo, należy go właściwie pielęgnować. Mając więcej niż jedną osobę pod opieką, żadnej nie poświęcimy zbyt wiele uwagi. Owszem, jest to dobra opcja na „tymczas”, na okres młodzieńczych szaleństw, ale jeśli rozmawiamy o dorosłych i dojrzałych, mam wrażenie, że jest to idealna forma wiązania się dla osób, które albo nie potrafią się w pełni emocjonalnie zaangażować albo są zbyt leniwe i zbyt skoncentrowane na sobie, by móc i chcieć codziennie pracować nad związkiem z drugą osobą. Związek to także praca, czasami bardzo ciężka praca. Nie wspominam o tzw. docieraniu się, uczeniu wzajemnych przyzwyczajeń, próbach dzielenia wspólnej przestrzeni.  Mam na myśli przeszkody, na które codziennie natyka się wiele par. Szara rzeczywistość potrafi skutecznie zabić uczucia i namiętność, a wszędzie czające się pokusy mają jeszcze bardziej niszczycielską moc. Jedni zechcą wybrać prostą drogę i pozornie angażują się otwarty związek, drudzy podejmą wyzwanie i będą czerpać satysfakcję z pokonywania kolejnego etapu na krętej ścieżce. Nic nie daje mi większej radości jak praca nad tym, by umieć przy sobie zatrzymać ukochaną kobietę. Nie uwiązać ją przy sobie, ale pracować nad sobą i nad nami tak, by nie myślała zbyt długo o blondynce na której dłużej zawiesiła wzrok na ostatniej imprezie. By codziennie wracała do wspólnego domu z radością ujrzenia mnie, która czeka z obiadem, bym ja po kilku latach związku potrafiła pisać o tęsknocie, gdy przez kilka dni nie będzie jej przy mnie. To jest prawdziwym wyzwaniem! A nie jakieś tam „nowozwiązki”, które tylko próbują utwierdzić nas, że jesteśmy istotami chcącymi jedynie zaspakajać swoje instynkty i dać na to pełne przyzwolenie w imię nowoczesności. Cudownie jest być tą jedyną i mieć tę jedyną, wciąż patrzeć na siebie z czułością i pożądaniem.

Nie, nie jestem nowoczesna. Próbowałam wyjść z tej konserwatywnej skorupy i bawić się życiem jak młodsi ode mnie znajomi. I nie mogę napisać, że nie potrafię, bo bawiłam się, ale jedyne co mi pozostało z tamtych czasów, to wyrzuty sumienia, że skrzywdziłam tym nie tylko siebie, ale przede wszystkim bliskie mi wtedy osoby. Nie umiem połączyć związku otwartego ze słowem „szacunek”. Mimo że zasady są z góry ustalone, nadal pozostajemy istotami emocjonalnymi, czy tego chcemy czy nie. I nie jesteśmy w stanie przestawić się na tryb „open relationship” ot tak po prostu i działać według przyjętych zasad. Technika idzie do przodu w zawrotnym tempie, ale człowiek od wieki wieków w drugiej osobie szukał i szukać będzie odwzajemnionej miłości, najlepiej takiej na całe życie.


Data wpisu: 10 maja, 2012 autor wpisu: Gosia  |  Komentowanie nie jest możliwe

Czy Kraków potrzebuje Marszu Równości?

18 kwietnia zapraszamy na Klub Queer.pl na Scenie 21. Tym razem w ramach cyklu „Kierunek: równość” porozmawiamy o krakowskim Marszu Równości.

n104572198664 1503 Czy Kraków potrzebuje Marszu Równości?

Queerowy maj

Razem z organizatorami krakowskiego Marszu Równości, dr Zofią Łapniewską oraz Piotrem Wójtowiczem, zastanowimy się, czy faktycznie Marsz jest „kluczem” do równości, dlaczego tak trudno zmobilizować krakowską społeczność LGBT do działania i czy jesteśmy w stanie zapobiec eskalacji nienawiści, którą w ostatnich kilkunastu miesiącach obserwujemy w naszym kraju. Czy Kraków w ogóle potrzebuje Marszu Równości?
Prowadzenie: Magda Dropek (portal Queer.pl).


Data wpisu: 8 kwietnia, 2012 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Premiera filmu Gender check! połączona z dyskusją Czy pieniądze mają płeć?

Program Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP) zaprasza na premierę filmu „Gender check!” połączoną z dyskusją pt.
„Czy pieniądze mają płeć? Budżet wrażliwy na płeć i ekonomia społeczna.”

373247 217707571647939 1782452539 n Premiera filmu Gender check! połączona z dyskusją Czy pieniądze mają płeć?

gender check

Program Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP) razem z partnerem – Stowarzyszeniem Homo Faber w lipcu 2011 zrealizował w Lublinie ogólnopolskie, dwutygodniowe warsztaty na temat rynku pracy polityki społecznej i równości płci (Gender check!). Na kanwie tego wydarzenia powstał film dokumentalny autorstwa Tomasza Ciężkiego (Heavy Man Films) dotyczący tematyki równości płci na rynku pracy i problematyki równości szans.

W dyskusji udział wezmą:
Sylwia Chutnik – prezeska Fundacji MaMa;
Dr Zofia Łapniewska – ekonomistka, wykładowczyni Gender Studies na Uniwersytecie Warszawskim i Uniwersytecie Jagiellońskim;
Anna Mateja – publicystka, współautorka raportu “Wszystko o Ewie”;
Michał Pawlęga – ekspert ds. równości szans ze względu na płeć;
Bogna Stawicka – Pełnomocniczka Prezydenta Miasta Łodzi ds. Równego Traktowania;

Moderacja: Anna Szadkowska – Ciężka (UNDP)

Serdecznie zapraszamy!

3 luty 18.00 Kino Luna


Data wpisu: 17 stycznia, 2012 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Czy można kochać dwie osoby?

Czy to jest możliwe, że darzymy uczuciami więcej niż jedną osobę – i czy można kochać dwie osoby jednocześnie? Jak sprawdzić, kto jest ważniejszy? Na te i inne pytania internautów odpowiedziała psycholog Maria Rotkiel, opiekunka merytoryczna serwisu StworzeniDlaSiebie.pl.

1173281 78537051 Czy można kochać dwie osoby?~szyszunia1979: W maju przyszłego roku biorę ślub. Myślałam, że to ten jedyny. Aż do niedawna – kiedy to spotkałam swojego byłego. Byłam z nim bardzo szczęśliwa, ale zdecydował się na wyjazd za granicę. Teraz wrócił po czterech latach i spotykamy się od czasu do czasu. On nie mówi tego wprost, ale wiem, że wszystko między nami wraca. Chyba wychodzę za mąż za niewłaściwego człowieka, ale jak rozpoznać, którego z nich bardziej kocham?

Maria Rotkiel: Zastanawiam się, co znaczy “niewłaściwy człowiek”? O tym, czy związek będzie udany, decyduje Pani zachowanie i partnera – nie tylko konkretny wybór. Przypuszczam, że z obydwoma mężczyznami mogłaby Pani być szczęśliwa. Warto się tutaj zastanowić, co przyciąga Panią do poprzedniego partnera? Wspomnienia?

On jest po tych czterech latach trochę innym mężczyzną, tak jak Pani jest trochę inną osobą – oboje się zmieniliście. To, że cztery lata temu było fajnie, nie znaczy, że teraz będzie tak samo. Takie uczucie bliskości wobec osoby z przeszłości jest zrozumiałe, ponieważ związane z pamięcią dobrych chwil, jednak to nie jest teraźniejszość. Pytanie, jaki jest Pani obecny partner i związek, skoro są plany ślubu? Czy warto to zostawiać? Jakie jest ryzyko wyboru? I takie ryzyko tylko Pani może odpowiedzialnie podjąć.

~ochTa: Jestem mężatką od kilku lat, jednak od roku mam romans z kolegą z pracy. Jest mi z tym źle, choć na początku było miło i przyjemnie. Czy – chcąc zakończyć romans – powinnam powiedzieć o nim mężowi, czy lepiej nie mówić i pozwolić sobie zapomnieć? Mam wrażenie, że mąż mógłby nie znieść takiego zwierzenia.

Maria Rotkiel: Pytanie, co dobrego takie zwierzenie mogłoby przynieść? Rozumiem, że będzie się Pani czuła lepiej – że była Pani szczera. Jednak pytanie, czy to nie zniszczy małżeństwa? Jeśli chce Pani zakończyć romans i układać małżeństwo, to myślę, że przynajmniej przez jakiś czas może Pani zachować taką informację dla siebie. Jeśli kiedyś uzna Pani, że może się Pani tym podzielić, to proszę. Jednak myślę, że mówienie o niektórych błędach nie ma sensu. Raczej jest z tego nauka, czego nie powtarzać w przyszłości. I jeśli Pani z tej wiedzy skorzysta, to najważniejsze.

Co zrobić, by związek przetrwał długie lata?

~monika: Parę dni temu się rozwiodłam. Byłam święcie przekonana o swojej decyzji, gdyż nie byłam szczęśliwa w małżeństwie z powodu braku dzieci, stabilizacji i malkontenctwa mojego męża. Przed rozwodem zaczęłam spotykać się z kimś innym, wydawało mi się, że jest dobrze. Z chwilą zapadnięcia wyroku w sądzie poczułam, że nie jestem pewna, czy jestem w stanie kochać kogoś tak samo jak kiedyś swojego męża.

Maria Rotkiel: Myślę, że jest zbyt wcześnie, żeby się nad tym zastanawiać, jednak rzeczywiście – im jest się bardziej doświadczonym życiowo, trudno jest kochać ślepo, czy idealizować partnera – tak jak to robią bardzo młode osoby. Ale to nie znaczy, że dojrzała miłość jest słabsza czy mniej wartościowa. Za każdym razem kocha się troszeczkę inaczej i tak powinno być.

~ala_bez_kota: Mój mąż jest super facetem, ale ma jedną wadę – nie pogadam z nim o książkach, filmie, modzie. Jest ścisłym umysłem. Mam takiego kolegę, który bardzo lubi takie klimaty i ten kolega ostatnio zaprosił mnie do muzeum. Chętnie bym poszła – ja zobaczę wystawę, mężowi nie będę zawracała głowy. Czy to będzie w porządku?

Maria Rotkiel: Takie pytanie sugeruje, że jakaś część Pani widzi tutaj furtkę do…? Proszę zapytać męża, czy dla niego jest to w porządku, żeby szła Pani z kolegą – jeśli powie, że nie ma sprawy, super.

~tygrysek: Jestem mężatką od 28 lat, spotkałam po 30 latach niewidzenia się swoją pierwszą miłość. Nawiązał się romans. Ja wiedziałam, że kocham męża, ale i tego drugiego również. Mówiłam o tym głośno, on twierdził, że to niemożliwe. Sam po roku powiedział, że kocha i żonę, i mnie. To było coraz gorętsze uczucie, coraz bardziej zabiegał o mnie, aż doszłam do wniosku, że chcę z nim być – i wtedy wyszło na jaw, przestał kochać w sekundzie. A ja… kocham nadam. I wiem jedno: nie można kochać dwóch jednocześnie.

~anoouk: Czy można kochać dwie osoby? Jest to naprawdę możliwe?

Maria Rotkiel: Rzadko się zdarza, że kochamy romantycznie dwie osoby równocześnie, ale przywiązanie czy ogólnie miłość wobec kilku osób jest naturalna, np. miłość wobec obojga rodziców jednocześnie – więc jest to możliwe. Oczywiście na ogół, zakochując się w kimś, zaczynamy skupiać się na tej jednej osobie i nie ma już miejsca na nikogo innego.

Dlatego rzadko zakochujemy się w dwóch osobach, ale zakochanie się w nowej osobie, kiedy jest się do kogoś przywiązanym, zdarza się, choć na ogół jest to krótkotrwała fascynacja, za którą nie musi iść chęć bycia z daną osobą. Jeśli brnie się w nową relację, wybór jest na ogół konieczny i trudny. Więc tak, jest to możliwe, choć są to z reguły uczucia o innej jakości – jedna jest spokojną miłością, a druga namiętna i burzliwa.

~dokad_zmierzaja_mysli: Myślę, że obecne czasy, zwłaszcza w chwili pędu, jakie daje nam życie, dość mocno osłabiają poczucie więzi. To w znaczny sposób pozwala ludziom “rozglądać się”, szukając. Moje pytanie brzmi: co powinienem zrobić, jeśli budzę sie przy kobiecie, którą kocham, czuję ją emocjami, cechami osobowości, a mimo to moje myśli często uciekają w wyobrażenia kogoś zupełnie innego? Miłość przenika, zostają piękne wspomnienia, pamięć buduje w sobie zapamiętanie dla chwil, a te są niesamowitym fundamentem pod przywiązanie, codzienność.

Maria Rotkiel: Jest to zupełnie normalne, że, kochając kogoś, zdarza nam się fantazjować o kimś innym. Nie mamy totalnej kontroli nad własnym umysłem, ale nie jest to sygnał, że nie jesteśmy wystarczająco przywiązani. To romantyczny mit, że, kochając całe życie, myśli się o jednej osobie. W rzeczywistości ludzie fantazjują o innych i dopóki to są tylko fantazje – to wszystko jest w porządku.

sza_: Czy faktycznie istnieje coś takiego jak zjawisko kulturowe: poliamoryści?

Maria Rotkiel: Oczywiście, w niektórych kulturach jest społeczne i religijne przyzwolenie do kochania kilku osób jednocześnie – Islam i społeczeństwa muzułmańskie są tu klasycznym przykładem. Jednak w ramach kultur jest to bardziej rodzące się przywiązanie do wybranej osoby, a nie powodowanie się namiętnościami – czyli wybór kolejnych małżonek i przywiązanie się do nich, a nie zakochiwanie w dziewczynie i małżeństwo. Podstawy emocjonalne są inne niż w kulturach “monogamicznych”.

~nnerinne: Jestem mężatką. Kocham męża, ale kocham też przyjaciela. Co robić, jak się zachowywać? Wiem, że oni obydwoje mnie kochają. Mąż nic nie wie.

Maria Rotkiel: Jeżeli umie Pani zatrzymać miłość wobec przyjaciela na poziomie miłości platonicznej, to nie ma problemu. Jeśli będzie Pani w relacji seksualnej z oboma Panami, to będzie Pani w dużym pomieszaniu. Pytanie, czy chce Pani dokonać wyboru, czy utrzymać obie te relacje na jakimś poziomie? Powinna się Pani nad tym zastanowić, a także nad tym, jak ta sytuacja będzie wyglądać za kilka lat, czy nie utrudni Pani przyjacielowi ułożenia sobie życia? Warto wziąć to wszystko pod uwagę – uczucia męża, uczucia przyjaciela i swoje potrzeby.

~fragola: Spędziłam z partnerem prawie 5 lat burzliwego związku, trzykrotnie się rozstawaliśmy na dłuższe okresy, jednak wciąż wracaliśmy do siebie. Powodem – zarówno kłótni jak i rozstań – były zawsze te same powody. Osiem miesięcy temu poznałam wspaniałego mężczyznę, który potrafi dbać i troszczyć się jak nikt inny. Uważam, że do obydwu czuję wiele i nie potrafię podjąć decyzji.

Maria Rotkiel: Pytanie, z którym mężczyzną stworzy Pani stabilny związek i jakie są koszty (w Pani życiu) burzliwego związku? Chodzi o koszty emocjonalne, wpływ na pracę i relacje z innymi ludźmi. Burzliwe związki bardzo pochłaniają i często nie można się rozwijać, bo związek tak bardzo pochłania naszą uwagę. Takie związki na dłuższą metę są toksyczne.

~kruszynka: A w ogóle to co jest złego w kochaniu dwóch osób jednocześnie? Kobiety mają przyjaciółki, różne: jedną na zakupy, jedną do zwierzeń, jedną do zabawy, a mąż czy partner ma być jeden do wszystkiego?

Maria Rotkiel: W kochaniu nie ma nic złego – dopóki nie pojawia się konieczność wyboru albo działania pod wpływem kochania obu osób nie wychodzą na jaw. Wtedy to już nie jest dobre.

~Magda: Mam 22 lata. Mam chłopaka, którego niewątpliwie kocham. Jednak jest ten drugi – chłopak z dzieciństwa. Bardzo rzadko mamy ze sobą kontakt (niby przyjacielski i do niczego między nami nie doszło, ale pojawiają się pewne podteksty i delikatne wyznania). Czy to możliwe, że uczucie z dzieciństwa przetrwało lata? Czy to tylko złudzenie?

Maria Rotkiel: Więź z dzieciństwa może przetrwać, ale tylko konkretne działania (spotkania, uwodzenie) będą nasilać uczucia. Zatem tu pytanie: czy chce Pani zaangażować się? Czy lepiej wycofać z takiego kontaktu, póki nie jest to jeszcze za trudne?

~Gracjan: Czy można po 21 latach małżeństwa pokochać kobietę i czuć się jak zakochany małolat? Obie kobiety są dla mnie ważne i nie potrafię z żadnej z nich zrezygnować! Męczy mnie taka sytuacja, bo nie lubię kłamać i oszukiwać, ale nie chcę żadnej z nich zranić. Czy to czasem nie jest kryzys wieku średniego?

Maria Rotkiel: Można nawet po 40 latach małżeństwa się zakochać i można obie kobiety kochać – i nie chodzi tu o kryzys wieku średniego, raczej kondycję małżeństwa. Obawiam się, że nie da się takiej sytuacji kontynuować bez zranienia kogoś prędzej czy później. Nawet, jeśli to Pan będzie osobą cierpiącą, rezygnując z któregoś z tych związków.

~basia: Kocham narzeczonego i ostatnio poznałam kolegę, z którym staliśmy się bardzo bliscy – nie w sensie seksualnym. Narzeczony mnie kocha, przyjaciel też – powiedział mi. Przyjaciel jest żonatym mężczyzną i ma dwójkę dzieci. Nie chcę się rozstawać z narzeczonym. Czy z przyjacielem mam zerwać wszelkie kontakty? Zależy mi na tej znajomości z nim, potrzebuję go – czy to w porządku?

Maria Rotkiel: W porządku wobec kogo? Myślę, że w porządku jest zrozumienie swoich potrzeb, ale co z ludźmi zaangażowanymi w tą historię? Czy Pani narzeczony nie zaspokaja Pani potrzeb emocjonalnych? Może warto popracować nad swoim związkiem? I zastanowić się, jaki będzie koszt dla przyjaciela i jego rodziny? Czy on jest gotowy na zmiany w życiu, czy chciałby utrzymywać sytuację. On ma rodzinę, Pani także – i raz na jakiś czas się Państwo spotykają? Czy na taką opcję jest Pani gotowa i na jak długo będzie to Pani wystarczało? I co potem?

~someonev75anu: Czy lepiej iść za głosem serca i dać się ponieść uczuciom, czy wybrać rozsądny związek i spokojną przyszłość?

Maria Rotkiel: Oto jest pytanie. Myślę, że nie da się stworzyć ogólnej recepty. Jest to bardzo indywidualne, w zależności kim się jest, czego się chce, kogo dotyczy wybór i czego się będzie żałować. Jednak wybór całkowicie logiczny – czyli wybór osoby, która jest odpowiednia, ale nie ma w tym wyborze żadnej chemii – rzadko kiedy się sprawdza jako wybór na całe życie. Prędzej czy później pojawi się ktoś, kto tak zakręci w głowie, że logika i wcześniejsze wybory nie będą miały znaczenia. Czyli dobrze, jeśli jest pół serca i pół rozumu w wyborze.

~victoria: Kocham dwóch mężczyzn jednocześnie, nie potrafię dokonać wyboru. Żyję w ogromnym zamieszaniu, lecz każda próba zakończenia jednego z uczuć kończy sie fiaskiem. Prowadzę poniekąd podwójne życie, taka sytuacja trwa już 4 lata. Sytuacja jest o tyle trudna, że ja mam rodzinę i on też. To drugie uczucie pojawiło się niespodziewanie. Zorientowaliśmy się, że nie tylko się lubimy.

Czy to normalne, że mężczyzna mówi i okazuje uczucie, lecz nie potrafi zmienić niczego w swoim życiu, utrzymuje sytuację? Spotykamy się, kiedy możemy, dzwoni do mnie, kiedy tylko się da, ale mówi, że nie może ze mną być z uwagi na dzieci. Mówi również, że może kiedyś. Czy to nie zwykłe wygodnictwo?

Maria Rotkiel: Chyba już słyszałam taką historię, setki razy, i może na te setki tylko kilka zakończyło się dobrze. Czyli spokojnie – na ogół takie relacje trwają latami. Najdłuższy staż, z którym się spotkałam, to było 22 lata w takim związku. I mężczyzna nadal nie był gotowy do zmiany. Jeśli nie podjął decyzji do tej pory, to możliwe, że nigdy tego nie zrobi. Pytanie: jak długo chce Pani czekać. I od tego zależy, co Pani zrobi, ale warto mieć to na uwadze, że on może nigdy nie zmieni tej sytuacji.

Zobacz pełny zapis czata z ekspertką


Data wpisu: 28 listopada, 2011 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Gdańsk 2 grudnia Promocja książki "Napastowanie seksualne. Głupia zabawa czy poważna sprawa?", spotkanie z autorką Anną Wołosik

Gdańsk 2016 oraz Koło Naukowe Badaczy Kultur “Na Styku” z Uniwersytetu Gdańskiego

zapraszają na promocję książki “Napastowanie seksualne. Głupia zabawa czy poważna sprawa?” oraz na spotkanie z autorką Anną Wołosik

 

okladka Gdańsk 2 grudnia Promocja książki Napastowanie seksualne. Głupia zabawa czy poważna sprawa?, spotkanie z autorką Anną Wołosik

Napastowanie seksualne

2 grudnia (piątek) godz. 18.00

Gdańsk 2016

ul. Długi Targ 39/40

Wstęp wolny

Prowadzenie: Anna Dukowska

Promocja książki odbywa się w ramach projektu Świat Praw Człowieka

Podczas spotkania będzie można nabyć książkę w promocyjnej cenie 40 zł

Książka adresowana jest do nauczycieli, wychowawców, pedagogów i psychologów szkolnych i oferuje im, oprócz teoretycznego wprowadzenia w problematykę napastowania seksualnego, w części II rady i sugestie co robić, by do przemocy ze względu na płeć w szkole nie dochodziło i jak działać w sytuacji , gdy do napastowania seksualnego jednak dojdzie, a w części III scenariusze zajęć dla młodzieży, do wykorzystania na zajęciach z profilaktyki przemocy, na lekcjach wychowawczych i przygotowania do życia w rodzinie.

Książka jest próbą przedstawienia w przystępnej, a nie ściśle naukowej formie, stanu wiedzy o problemie przemocy ze względu na płeć w relacjach rówieśniczych, zjawiska uznawanego w wielu krajach za społeczny problem. W Polsce rówieśnicza agresja seksualna nie jest postrzegana jako zjawisko szczególne i odrębne, nie doczekała się, jak dotąd, należytego opracowania, nie ma też własnej nazwy. Stąd zawarta już w tytule propozycja , aby niewłaściwe zachowania o charakterze seksualnym w grupie rówieśniczej opisywać terminem napastowanie seksualne.

Książka stawia sobie za cel:

  • pokazanie, iż rówieśnicza agresja i przemoc jest “zorientowana” płciowo. Czynnikiem wywołującym wiele agresywnych zachowań jest płeć osób poszkodowanych (najczęściej dziewcząt), co pozostaje faktem zupełnie niewidocznym dla młodych ludzi, nauczycieli , rodziców;

  • wskazanie, że napastowanie jest zjawiskiem szczególnym, posiadającym swoje unikalne przyczyny i charakterystykę, nietożsamym z szykanowaniem lub molestowaniem seksualnym;

  • pokazanie, w jaki sposób kultura i normy społeczne wzmacniają zjawisko napastowania seksualnego

Szkoła jest traktowana przez socjologów edukacji jako pierwsza przestrzeń publiczna, do której wkracza dziecko – dziewczyna i chłopak. Stąd bardzo wiele z elementów codziennych szkolnych doświadczeń – a składają się na nie również nauczycielskie sposoby reagowania lub ignorowania określonych wydarzeń ze szkolnego życia przekłada się na uczniowskie indywidualne sposoby postrzegania oraz traktowania cielesności, płciowości i seksualności. Ta wiedza jest następnie przenoszona na grunt codziennych relacji z koleżankami i kolegami. Jeśli więc częścią zachowań względem uczennic lub

uczniów jest przyzwolenie na przemoc o charakterze seksualnym (publiczne wyśmiewanie, ironizowanie, poniżanie, zawstydzanie, naruszanie granic intymności), przemoc stanie się nieodłącznym elementem ich relacji z innymi. Zatem sprawą

o priorytetowym znaczeniu jest interwencja w sferę dostępnych im narzędzi kulturowych, takich jak język, stereotypowe koncepcje męskości i kobiecości, wzory relacji łączących kobiety i mężczyzn, pojmowanie atrakcyjności i seksualności.

Zadanie to spełnia – w moim przekonaniu znakomicie – książka Napastowanie seksualne.Głupia zabawa, czy poważna sprawa ? Pokazuje alternatywne, wolne od przemocy sposoby budowania więzi między chłopcami i dziewczętami,

demaskuje stereotypy i mity na temat potrzeb dziewcząt i chłopców, podważa podstawy seksizmu językowego. Ponadto przekonuje, że nawiązywanie bliskich relacji może opierać się na szacunku i równości oraz jednakowym prawie do wolności od uprzedmiotawiania, poniżania, seksizmu i przemocy. Ważne jest jednak to, że prezentowany program umożliwia przeprowadzenie zajęć ciekawych i mądrych, bez konieczności popadania w mentorski ton czy moralizowanie.

Profesor Lucyna Kopcewicz

Uniwersytet Gdański

Anna Wołosik - nauczycielka, trenerka, aktywistka społeczna. Od lat zaangażowana w działania na rzecz równych praw kobiet i mężczyzn. Inicjatorka projektów z zakresu edukacji równościowej Dziewczęta i chłopcy. Bez lęku.bez uprzedzeń, bez przemocy; Respekt lubi respekt; Zmień świat na lepsze. Skuteczne działanie dla młodych panien.

Autorka serii podręczników Opowiem Ci ciekawą historię oraz współautorka pakietów edukacyjnych Jej portret. Sprawy kobiet od czasów najdawniejszych po wiek XXI oraz Kobiety dla Polski. Bojowniczki, liderki, wizjonerkipokazujących wkład kobiet w życie społeczne teraz i w przeszłości. Pomysłodawczyni i założycielka Stowarzyszenia W stronę dziewcząt.

Anna Dukowska – prezeska i współzałożyciela Fundacji Nasza Przestrzeń, mgr filozofii, doradczyni zawodowa, od 7 lat udziela się jako trenerka na rzecz praw człowieka. Facylitatorka w projekcie Active Citizens– Aktywna społecznośćBritish Council i Gdańsk 2016. Koordynatora projektu Świat Praw Człowieka. Uczestniczka wielu szkoleń i projektów, ukończyła Akademię Trenerów i Trenerek Różnorodności w ramach projektu Galeria Tolerancji, Szkołę Trenerów Młodzieżowych Grupa TROP/ PAM.


Data wpisu: 27 listopada, 2011 autor wpisu: różni autorzy  |  Komentowanie nie jest możliwe

Czy on jest kobietą?

Mówi o sobie „kolorowy ptak”, muzyka to jego życie, poszukuje alternatyw a swoje miejsce widzi na scenie. Michał Szpak zajął drugie miejsce w programie X-Factor, ale można go spokojnie uznać za zwycięzcę. Prawdziwy talent czy kontrowersyjna stylizacja? Ma głos czy po prostu wie jak zrobić show? Śmieszny i godny politowania czy odważny i z własnym stylem? Jaki by nie był – wzbudza kontrowersje!

1 300x200 Czy on jest kobietą?
Michał Szpak

Jak bardzo można okaleczyć legendarną piosenkę – Dziwy jest ten świat Czesława Niemena? Bardzo. You are so beautiful wypadło znacznie lepiej. No dobra, to akurat było ekstra. Californication byłoby ok., gdyby nie jego śmieszny akcent i stylizacja, która rozmijała się z klimatem utworu, ale przecież dopiero zaczyna. Za to w Alleluyah pokazał klasę. Czy mimo to jest się czym zachwycać?

Jak on w ogóle wygląda?

Michał jest postacią kolorową, oryginalną, charakterystyczną i budząca wielkie emocje. Jedni uwielbiają jego głos, inni utopiliby go w łyżce brudnej wody tylko dlatego, że wygląda inaczej. Może dziwnie, ale przecież nie wszystkim musi się podobać! Tak sobie myślę – jeżeli dobrze się czuje ze sobą, lubi i akceptuje siebie i jest wierny sobie, to co komu do tego? Niech wygląda jak chce! Nie bardzo rozumiem, dlaczego ludzie krytykują go, obrażają i wyśmiewają tylko z powodu wyglądu? Że jest niemęski. No i co? Może tak lubi? Fakt, nie wygląda jak typowy mężczyzna, niektórzy mają problemy z trafnym zidentyfikowaniem jego płci, ale żyjemy w świecie i społeczeństwie, w którym, przynajmniej pozornie, każdy może być kim chce. Więc Michał też ma prawo do swojej stylizacji.

Show must go on?

Mnie najbardziej interesuje, czy on naprawdę jest autentyczny czy świetnie się zgrywa? Czy zachowuje się tak, jak czuje, czy raczej wymyślił sobie wizerunek artystyczny, który robi wokół niego wiele szumu i przysparza mu popularności? Jak jest rzeczywiście, to wie tylko on. Wielu artystów na scenie wygląda dziwnie, ale akurat Michał reprezentuje taki dziwny styl także w życiu prywatnym. Może więc jest to jego sposób i pomysł na siebie? Jeśli tak, to ok – jest indywidualnością, nietypowa jednostką, która potrafi się wyróżniać. Jeśli to tylko poza – to trochę szkoda. Chyba wolałabym wierzyć, że pokazuje takiego siebie, jakim naprawdę jest.

Po co tyle nienawiści?

Zastanawia mnie też, skąd tyle nienawiści w ludziach, którzy piszą pełne obelg komentarze pod jego adresem. Zazdrość, homofobia czy zwykła nietolerancja? A może raczej dotkliwa zazdrość, że komuś się udało? Inność nie jest w modzie, bycie innym jest trudne i kosztuje wiele samozaparcia, odwagi i wiary w siebie. Już za sam fakt tego, że odważył się pokazać światu, zasługuje na uznanie. Tradycjonaliści są oburzeni, że co to za zwyczaje i sposób bycia, zaburzona identyfikacja z płcią, na pewno ma problemy seksualne i tak dalej. Może i ma, ale to i tak jego sprawa. Poza tym – nie takie rzeczy widujemy na co dzień. Co jest bardziej godne pożałowania: Doda biegająca pół-nago po scenie (bo już nic więcej do zaoferowania nie ma), czy chłopak który ma głos i nieźle śpiewa, ale wygląda nietypowo?

De gustibus et colores non disputandum est!

Jeśli muzyka łagodzi obyczaje, to nie powinna wywoływać tylko negatywnych emocji. O gustach się nie dyskutuje, tak więc tym, którzy uważają Michała za odmieńca i wariata proponuję po prostu go nie słuchać ani nie oglądać. Jeśli ktoś jest masochistą i mimo wielkiego uprzedzenia podziwia jego występy – robi to na własną odpowiedzialność. Tak, owszem, mamy wolność słowa, ale w granicach kultury. Nie wiem, czy to, jak Michał wygląda i jak się zachowuje, jest normalne. Ale na pewno są ludzie, którzy robią gorsze rzeczy i zasługują na potępienie. Jemu dałabym spokój. Jest artystą, to jest jego wizerunek – czas pokaże, czy zrobi karierę. Osobiście życzę mu powodzenia.


Data wpisu: 21 listopada, 2011 autor wpisu: Balala  |  Komentowanie nie jest możliwe