Archiwum dla kategorii: ‘Coenowie’

(K)raj dla starego zrzędy, czyli o powieści McCarthy’ego „To nie jest kraj dla starych ludzi”

Powieść „To nie jest kraj dla starych ludzi” powstała jako scenariusz filmu. Cormac McCarthy pokazał go „paru osobom” (nie mówi komu konkretnie, niestety), ale nikt się nim nie zainteresował. Jak sam twierdzi, odłożył go i po latach przekształcił w powieść. Dlatego też na rozdaniu nagród amerykańskiej Akademii Filmowej, kiedy film nakręcony przez braci Coenów na podstawie tejże powieści dostał statuetkę Oscara, Ethan Coen miał powiedzieć do McCarthy’ego: „Dobra, ja co prawda nic z nim nie zrobiłem, ale nagroda jest moja” (anegdota stąd).

Nawet nie znając tej anegdoty, łatwo wpaść na „pochodzenie gatunkowe” książki. Lakoniczny, rzeczowy styl, opisy ograniczone do minimum, jedynie po części pozwalają przypisać oszczędność słowa przemyślanemu stylowi pisarstwa. Choć widziałam tylko fragmenty filmu braci Coenów, uderza to, że wydestylowali z powieści groteskowość sytuacji, i ten celowy zabieg jednocześnie jest siłą i słabością filmu. Siłą, ponieważ nadaje mu charakterystyczną cechę narracji Coenów, czyli tak realistyczne przedstawia przemoc, że staje się ona przerysowana, podobnie jak bohaterowie mimo swoich starań niemal nierzeczywiście nieudolni lub jednowymiarowi. Słabością, ponieważ tym dobitniej podkreśla też słabość powieści, jej niesłychaną jakby odrealnioną konwencję i jednowymiarowych bohaterów.

„To nie jest kraj dla starych ludzi” opowiada historię o pewnym przypadkowym znalazcy walizki z dwoma milionami dolarów pochodzącymi z handlu narkotykami. Moss, o którym mowa, były snajper amerykańskiej armii, któremu udało się wrócić z wojny w Wietnamie w jednym kawałku ciała (nie mam pewności co do umysłu), który mieszka obecnie na pograniczu USA i Meksyku, podczas polowania na pustyni, przez przypadek odkrywa miejsce porachunków między narkotykowymi gangami. Zabiera pieniądze i niemal natychmiast zdaje sobie sprawę, że już nigdy nie będzie bezpieczny, że zawsze będzie uciekał przed ludźmi pragnącymi odzyskać owoc ciężkiej pracy handlarzy heroiną i dilerów. Tutaj pojawia się pierwsze pytanie – po co w ogóle Moss zabrał pieniądze ze zniszczonego auta (w którym akurat dogorywał ciężko ranny członek jakiegoś gangu narkotykowego; pragnął wody, ale Moss widząc jego pistolet maszynowy wolał raczej odłożyć go na bezpieczną odległość niż bawić się w pielęgniarkę – niech facet wie, że na pustyni nie ma zmiłuj), skoro od początku było jasne, że ich źródło jest, mówiąc delikatnie, nielegalne? Moss nie jest chciwy, do końca nie ma żadnego planu, jak wydać znalezione pieniądze, nic nie wiadomo też o jakichś pilnych wydatkach czy długach, które należałoby spłacić, w przeciwnym razie znajdzie swą młodą żonkę (19-letnią; on sam ma 36 lat) w kawałkach mniejszych niż kocia karma. To musiało być przeznaczenie, czytaj – jeden z nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, który sprawia, że dana postać ładuje się w nieprawdopodobne kłopoty tylko dlatego, że na chwilę wyłączyła mózg, a przynajmniej tę część odpowiedzialną za przewidywanie konsekwencji czynów. Owo przeznaczenie wydaje się odgrywać sporą rolę w większości hollywoodzkich scenariuszy i nie tylko, a sprawia, że od początku czytelnik staje się zupełnie obojętny na wszelkie dalsze niedole Mossa.

Czy Moss ma przed kim uciekać? Owszem, ponieważ oprócz bliżej nieznanych czytelnikowi członków gangów narkotykowych, którzy pojawiają się w tle, ściga go „kolega z byłej pracy”, czyli Anton Chigurh, który – jak się domyślamy z jego rozmów z innym znajomym Antona, Wellsem – również odbył służbę wojskową w Wietnamie. McCarthy udziela o bohaterach swojej powieści informacji w ilościach homeopatycznych, niestety ja w homeopatię nie wierzę (ponieważ jest to bardziej kwestia wiary niż realnego działania), i ów zabieg nie tyle sprawia, że postaci stają się tajemnicze – z mroku się wynurzają i w mrok odchodzą (ależ udana metafora, raczy zauważyć czytelnik), a raczej jawią się jako nieznośnie płaskie i wręcz karykaturalne. Chigurh, w recenzjach powieści kreowany na budzącą grozę personifikację zła, nieubłaganą śmierć w ludzkiej postaci, jest psychopatą z dziwaczną bronią (butla ze sprężonym tlenem i pistolet do zabijania zwierząt używany w rzeźniach), który pozostawia po sobie zgliszcza i trupy. Bliżej mu do Jaggernauta Marvela czy Terminatora Camerona niż do np. Hannibala Lectera. Podobnie jak postaci fantastyczne wydaje się zupełnie odporny na fizyczny ból, zachowuje zimną krew w każdej sytuacji (pod koniec powieści zostaje poważnie ranny w wypadku samochodowym – ale Anton nie mdleje, nie zatrzymuje się. Wychodzi z samochodu, przekupuje napotkane dzieciaki, by sprzedały mu czystą koszulę, opatruje sobie rany i rusza przed siebie. Nie dowiadujemy się o jego późniejszych losach niczego więcej). Niestety, czasem wygłasza bełkotliwe uzasadnienia przed swoimi ofiarami, dlaczego musi je zabić (ewentualnie darować życie – jak się to raz jeden zdarzyło) i te fragmenty powieści przypomniały mi przecudowną scenę z odcinka „The Man in the Bear”, w pierwszym sezonie serialu „Bones”, w której doktor Temperance Brennan nokautuje mordercę – kanibala szpitalnym basenem, w chwili, gdy ten przemawia o głębokim sensie swoich odrażających uczynków. „Nikt nie chce słuchać bełkotu psychopaty”, mówi (cytat niedosłowny) do zaskoczonego Bootha. No właśnie.

Uciekającego przed śmiercią z rąk narkotykowej mafii Mossa śledzą również dwie osoby z intencjami, które z braku lepszego określenia, nazwę „dobrymi”. Pierwsza z tych osób to szeryf Ed Tom Bell, starszy i doświadczony policjant, od którego zrzędliwych i mętnych wywodów rozpoczyna się i kończy powieść McCarthy’ego. Bell to weteran drugiej wojny światowej, który w czasie akcji powieści rozważa rezygnację ze stanowiska (przejście na emeryturę – i ostatecznie robi to), ponieważ męczy go wszechobecna bezsensowna przemoc i zmiany społeczne, których nie rozumie. Pod koniec powieści poznajemy też jeszcze jeden powód zgryzoty Eda Toma – poczucie winy mające swoje źródło w zdarzeniach wojennych, jakie były jego udziałem w Europie. Szeryf Bell, doświadczony śledczy, szybko i trafnie interpretuje to, co widzi na miejscu strzelaniny między dwoma gangami narkotykowymi (skąd Moss zabrał pieniądze) i niemal od początku śledztwa w tej sprawie domyśla się, że to Moss uciekł ze zrabowanymi gangsterom pieniędzmi. Próbując odnaleźć znanego mu z widzenia Mossa, dociera do jego żony „ukrywającej się” u umierającej na raka matki. Rola szeryfa ogranicza się jednak niemal tylko i wyłącznie do przekazywania informacji o tym, kto zginął i gdzie, a także do zamęczania czytelnika swoimi wynurzeniami na temat „tego strasznego świata”. Szeryf Bell jedynie podąża śladami Chigurha tropiącego Mossa. Bell ogląda zwłoki i zniszczenia, niemal zupełnie bierny i pozbawiony możliwości, by przeciwstawić się sprawcy i sprawcom przemocy.

Drugą postacią krążącą wokół Mossa, by zlikwidować go tylko w ostatecznej ostateczności, jest trzeci z kolei weteran wojny w Wietnamie, Carson Wells. Przyjmuje on zlecenie od narkotykowego bossa, aby zabić Chigurha, bowiem Anton Chigurh po tym jak – najprawdopodobniej – został przypadkowym świadkiem ustalania planów przez ludzi owego bossa, aby przejąć pieniądze z narkotykowego biznesu, decyduje się na odzyskanie pieniędzy i przekazanie ich „prawowitemu właścicielowi”. Autor, który podobno zdradza prawicowe poglądy, przedstawia żołnierzy armii amerykańskiej w bardzo krytycznym świetle. Oto bowiem ci trzej weterani wojny w Wietnamie są jak predatorzy, którzy nauczyli się zabijać w sposób doskonały, nie mają teraz jak wykorzystać swoich umiejętności. Nie nadają się do życia w cywilnym społeczeństwie, wydają się ciągle szukać zleceniodawcy na ich wysoce wyspecjalizowane usługi. Być może Moss decyduje się na swoją „przygodę”, bo zapewnia mu z całą pewnością powtórkę z wojennej rozrywki – znowu jest jednocześnie myśliwym i zwierzyną, całodobowa dostawa zwiększonej dawki adrenaliny zapewniona. Z powieści nie wynika też, by byłych żołnierzy jakoś szczególnie nękało prawo, choć Wells i Chigurh łamią je niemal bez przerwy. Co ciekawe, nikt z służb policyjnych czy kryminalnych nie wydaje się być zaniepokojony czy zainteresowany osobą Antona, choć w świetle współczesnych konwencji kryminałów, thrillerów, etc., jego osoba powinna już posiadać grubą kartotekę, portret psychologiczny z uwzględnieniem każdego niedojedzonego deseru w dzieciństwie i babki z krzywą protezą zębową, a nad morderstwem między gangami pracować ze dwa oddziały CSI. Anton porusza się między miastami zupełnie nie niepokojony, podobnie jak Moss, choć obaj niemal nieustannie krwawią, mają ze sobą pełno broni, przemieszczają się nienękani zbędną ciekawością przechodniów, najwidoczniej świadomych, że zbytnią dociekliwość łatwo przypłacić życiem. Ciągle płacą też okrwawionymi banknotami, albo brudnymi niedosłownie pieniędzmi, pochodzącymi od szefów gangów.

Co ciekawe, autor ustami postaci powieści, nie potępia amerykańskich ruchów pacyfistycznych, hippisów, raczej zmianę społeczeństwa jako taką. Daje do zrozumienia, że Stany Zjednoczone nie radzą sobie z zapewnieniem odpowiedniej opieki czy też kurateli nad doskonałymi maszynami do zabijania, jakimi są Moss, Wells i Chigurh, byli żołnierze armii amerykańskiej. Sędziwy wuj Eda Toma Bella krytykuje patetyczne i patriotyczne hasła nawołujące do poświęcenia życia w służbie ojczyzny.

Chigurhowi udaje się zabić Mossa, jego żonę, Wellsa i jego zleceniodawcę, o dodatkowych ofiarach nie wspominając. Oszczędza Bella, choć ma sposobność zabicia szeryfa. McCarthy jest autorem, któremu rozstawanie się z wykreowanymi przez siebie postaciami przychodzi niezwykle łatwo, ale może to łatwe, skoro są tak porażająco jednowymiarowe. Dialogi w powieści są dość krótkie i niezbyt błyskotliwe. Odnosi się wrażenie, że wszechogarniająca przemoc wyssała sens z komunikacji międzyludzkiej. Po co w ogóle rozmawiać, skoro za chwilę i tak wszyscy zginą? Jak można rozmawiać, gdy wokoło tyle śmierci?

Wątek kryminalno-sensacyjny jest opisany tak bardzo oszczędnie, że przestaje być wiarygodny, choć może być prawdopodobny. Do końca nie poznajmy nazwisk ani stron skonfliktowanych bossów narkotykowych. Świat w powieści jest dość słabo umiejscowiony w czasie – równie dobrze akcja opowieści mogłaby mieć miejsce współcześnie, choć procedury policyjne na miejscu zbrodni, w świetle konwencji seriali z cyklu „CSI”, są rażąco anachroniczne (choć to nie jest zarzut, bardziej szokujące jest to, że od kiedy szeryf Bell spotyka się z agentem do spraw narkotykowych z FBI, który wydaje się wiedzieć więcej niż on, Bell zajmuje się już całą sprawą jedynie jako swego rodzaju pracownik domu pogrzebowego z rozszerzoną licencją na zabijanie). Przez całą powieść nie poznajemy dobrze bohaterów, jednak nie sprawia to, że czytelnik zastanawia się nad tajemnicami, które skrywają ich biografie, raczej zastanawia się, czy przypadkiem postacie z reklam nie są równie fascynujące. Bella i Mossa męczą wyrzuty sumienia, że są pozostali żywi po wojnach, w których zginęli ich wszyscy towarzyszy broni. Wells i Chigurh prawdopodobnie walczyli razem w Wietnamie, jednak w „swoim kraju” polują na siebie.

Kiedy szukałam informacji o autorze w internecie, uderzyło mnie to, jak sprzeczny obraz wyłania się ze skrawków wiedzy o McCarthym. Preferujący samotniczy tryb życia, niemal samouk, któremu pisanie przychodzi „ot tak”, jak farmer zgarnia kukurydzę z pola, a z drugiej strony – gość talk show Oprah Winfrey, wydający ukrywać starannie swoją wiedzę i warsztat. Częsty gość słynnego Instytutu w Santa Fe, któremu zresztą składa podziękowania na początku powieści „To nie jest kraj dla starych ludzi” – książka powstała podczas czteroletniego pobytu autora w tamtejszym instytucie pracy twórczej. Omówienia, fragmenty i ekranizacje pozostałej części dorobku pisarskiego McCarthy’ego zdają się sugerować pisarza o konsekwentnie surowym, oszczędnym stylu, który przedstawia świat w całej jego brutalności, a człowieka – w jego osamotnieniu. Apokaliptyczne wizje McCarthy’ego, w których zdają się przeżywać jedynie nieliczni mężczyźni (np. „Droga”) wydają mi się przy pomysłach choćby Margaret Atwood koszmarnie monotonne, nieprzekonujące i nudne, choć sugestywne. Z nielicznych wypowiedzi autora dla prasy wyłonił mi się portret samotnika, który bardzo późno dorósł do ról społecznych hołubionych w jego książkach (np. podkreśla odkrywanie ojcostwa i więź ze swoim najmłodszym synem, który urodził się, gdy McCormac miał sześćdziesiąt lat).

Bohaterowie „To nie jest kraj dla starych ludzi” są wręcz męczący ze swoimi niesłychanie ciasnymi horyzontami myślowymi. Szeryf Bell pomyślany jako figura stojąca po stronie dobra, wykreowany jest na typ człowieka trzymającego się prostych zasad moralnych w oceanie zła. Wydaje się być typowym przedstawicielem pokolenia, które nie widzi związku między autorytarnym wychowaniem, które odebrało, nieumiejętnością przekazania mniej autodestrukcyjnych metod na relacje z dziećmi i ich problemami w dorosłym życiu. Jego autorefleksje są zupełnie jałowe; Bell nie zadaje sobie trudu, by choć postarać się zrozumieć swoje czasy. W jednych ze swoich rozważań, Bell wspomina, iż utracili z żoną córkę, nie dowiadujemy się jednak niczego więcej. Czy umarła jako dziecko? Czy może skłócona z rodzicami, zerwała z nimi kontakt, przez co szeryf tym usilniej broni się przed współczesnością?

Pod koniec powieści, Bell udaje się na spotkanie ze swoim sędziwym wujem, żyjącym na skraju nędzy, by zwierzyć mu się, jak bardzo męczy go to, że podczas wojny zostawił swoich rannych kolegów z oddziału na pewną śmierć. Ocalił życie, uciekł z zasadzki, dostał medal za dokonania wojenne, a jednak całe swoje życie po tym incydencie uważa za wykradzione i stracone. Bell odnosi swoją postawę do ideału zachowania dziadka, którego wspomina jako osobistego bohatera, wzorzec męskości i prawości, ale wuj sugeruje, że dziadek nie był taki pomnikowy, jak Bellowi się zdaje. Wiekowy wujek Bella jest o wiele bardziej niż Ed Tom sceptyczny wobec wartości tradycyjnie kojarzonych z patriotyzmem. To nie jest nihilizm, raczej pustka, rezygnacja, bankructwo wszystkich wartości i ideałów, w jakie wierzyli. Tradycjonalizm tych starych pierników jest dość typowy dla ludzi, którzy biadolą nad strasznym stanem rzeczy, a kompletnie odrzucają myśl, że uczestniczą w tworzeniu rzeczywistości, która doprowadza do takich opłakanych konsekwencji. W innym miejscu powieści Bell opowiada o spotkaniu z pewną kobietą podczas konferencji w Corpus Christi (teksańskim mieście), podczas którego nie potrafił nawiązać niemal żadnego dialogu. Ograniczył się do małej deklaracji swoich zasad, dodał także, że według niego ludzie Teksasu są do przywiązani do ziemi, i tak dalej…

Zaskoczyło mnie, że wśród znalezionych recenzji powieści McCarthy’ego nie znalazłam żadnej negatywnej. Same peany, niemal na klęczkach, czasem z merytorycznymi błędami (typu „Każdy rozdział rozpoczyna się od monologu szeryfa” – polecam lekturę całości, bowiem rzadko kiedy można spotkać tak źle napisaną i nieprzemyślaną recenzję), hymny pochwalne na cześć bohaterów, którzy jawią się niektórym niemal jako anioły i demony. W „polecanej” przeze mnie powyżej recenzji, najbardziej urzekła mnie ocena szeryfa Bella, który wg autora omówienia „To nie jest kraj dla starych ludzi” wygłasza rozmaite głębokie przemyślenia i sprawia, że dzięki nim zaczynamy myśleć o rzeczach, które wcześniej niekoniecznie były tematem naszych przemyśleń. Pozwolę więc sobie na zakończenie zacytować Wspaniałego Myśliciela Eda Toma Bella, a czytelnik niech osądzi, która część jego wypowiedzi znalazła jego uznanie jako nowatorska i skłaniająca do refleksji: „Dziś wieczorem, w czasie kolacji żona mi powiedziała, że czytała świętego Jana. Objawienie. Kiedy zaczynam mówić o różnych sprawach, ona zawsze znajduje coś w Biblii, więc spytałem czy w Objawieniu jest coś o tym, co się stanie, a ona mi odparła, że mi powie. Spytałem, czy jest tam coś o zielonych włosach i kościach w nosach, a ona krótko odpowiedziała, że nie. Nie wiem czy to dobry znak, czy zły” (s. 234).

Sławomira Raczyńska

Cormac McCarthy, To nie jest kraj dla starych ludzi, przeł. Robert Bryk, Prószyński i S-ka, Warszawa 2008.

Data wpisu: 10 grudnia, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Edward P. Jones, „Znany świat”

Z grafiki na utrzymanej w kolorze sepii… pardon, w barwach ziemi okładce patrzy na nas trójka ludzi odjeżdżająca wozem. A może nie na nas, może odwracają się, by spojrzeć na pola rozciągające się po obu stronach drogi. Pod tytułem na zachętę wymienione są nagrody, jakich laureatem jest autor – Edward P. Jones. Objętość typowa dla ambitnej powieści obyczajowej. Gdy dodać, że książka to epickie zestawienie losów kilku pokoleń grupy żyjących po sąsiedzku rodzin naznaczonych doświadczeniem niewolnictwa, otrzymujemy zaangażowaną światopoglądowo lekturę dla cieszących się nadmiarem wolnego czasu intelektualistów. Zwłaszcza, że wyjątkowe są pewne okoliczności: przede wszystkim akcja Znanego świata dzieje się w USA przed zniesieniem niewolnictwa (skupiona jest wokół wydarzenia z 1855 roku). Wtedy po pierwsze, choć oczywiście liczni czarnoskórzy (lub osoby o pochodzeniu „międzyrasowym” – trudno używać takich określeń bez niesmaku, nie dość jednak, że były one stosowane, to pozostają zrozumiałe także dziś) byli wolni – wolni, póki nie trafiali na bariery społecznych podziałów, segregacji, w każdym jednak razie nie byli własnością panów, po drugie, zdarzało się, że… sami posiadali niewolników. Niektórzy wolni byli tym praktykom ogromnie przeciwni, i pewnie było to zjawisko o niewielkiej skali, jednak miało miejsce, i chyba rzadko się o tym mówi.

W posiadłości na farmie w miejscowości w południowym stanie Wirginia zmarł taki właśnie pan, Henry Townsend, u progu dorosłości wykupiony z niewoli, dekadę później stateczny mąż (bezdzietny), właściciel niedużej grupy niewolników, swego rodzaju protegowany, ulubiony sąsiad niegdysiejszego swego pana, Billa Robbinsa. Ów biały farmer w przeszłości pozwolił, by wykupili się od niego rodzice Henry’ego, z wielką niechęcią zgodził się później na wolność syna. Sam Robbins, obok białej prawowiernej żony ma czarnoskórą kochankę, również matkę jego dzieci. To tajemnica poliszynela, a wspominam o tym, by podkreślić – Robbins to mecenas „amerykańskiego snu”, nie sprawiedliwości i równości. Wierzy w konkurencję rynkową, dochodzenie do zamożności poprzez pracę (niekoniecznie własnoręczną). Jest człowiekiem Południa, i tyle. Odgrywa przede wszystkim rolę katalizatora niektórych zdarzeń, ale nie jest to postać pierwszoplanowa.

Poznajemy środowisko ludzi „o nie czysto białym pochodzeniu”. Oznacza to, że często realny, widzialny kolor skóry nie jest istotny, przecież i tak cała społeczność wie, kogo ma porcelanolica kobieta w siódmym pokoleniu przodków… Jest zatem Henry i jego rodzice, jest jego żona, Caldonia, i jej brat, Calvin. Jest Fern, okoliczna nauczycielka, dzięki której byli i obecni niewolnicy mogą się wyrwać z analfabetyzmu. Są niewolnicy Henry’ego. Wszystko to, co dzieje się w życiu bohaterów, jest interesujące, ale nie porusza ani po części tak, jak np. losy bohaterek i bohaterów Toni Morrison.

Skąd tytuł powieści? Autor podkreśla, że rozpadł się świat niewolników Henry’ego, im zaś było komfortowo w „znanym”. Kres życia ich pana ma sugerować zmiany, lecz zdaje się, iż ci niewolnicy Henry’ego nie byli jego własnością zbyt znów długo, poza tym dramaty wśród nich rozgrywały się niezależnie od zdrowia Townsenda. Jak wskazałam na początku, jego śmierć jest dość trafnie ustanowiona kompozycyjnym centrum powieści, jednak to, co wokół niego orbituje – przeszłość i przyszłość – to kontinuum; nie jestem przekonana o wielkiej zmianie, przewartościowaniu, utracie „znanego świata”. To nastąpiło chyba dopiero po wojnie secesyjnej! W samej zaś książce pojawia się wzmianka, że niewolnicy Townsenda mieli nadzieję, iż po śmierci Henry’ego wdowa ich uwolni. Ani to jej było w głowie, tym bardziej więc świat tych ludzi pozostał „znany”.

Fabuły powieści nie będę szczegółowo streszczać, zresztą byłoby to bezcelowe. Nie dziwią wysokie oceny wystawiane Znanemu światowi przez krytyków: trudno Jonesowi coś zarzucić. Wszystko jest spójne, z rozmachem, w miarę wciągające, niewątpliwie unikające nieudolności, imponujące zapleczem, jakiego autor potrzebował, by stworzyć opowieść o tak szczególnym etapie w historii amerykańskiego niewolnictwa. Są nawet fragmenty dość drastyczne – co podkreślam, by nie sugerować, że np. lektura Toni Morrison podnosi mi ciśnienie, a Edward Jones usypia. Jednak brak tu magii. Iskry. Nie umiałam się zaangażować w lekturę. Nie zależało mi, by noc zaczęła się nie wtedy, kiedy powinna, a wtedy, gdy ja przewrócę ostatnią stronicę (owszem, zdarza mi się czytać do skandalicznych godzin rannych). Niemal obojętnie doczytałam do końca, zresztą pod koniec narracja zdaje się zmierzać ku atrofii. Przeczy „dziejowemu” happy endowi (na który złożyło się zniesienie niewolnictwa, później polityka afirmacji), podkreślając wartość życia i osobistego doświadczenia, które tracone jest z każdą jednostkową śmiercią.

Istotne kwestie u Jonesa to m. in. obowiązkowa chyba współcześnie wrażliwość na praktyki niehumanitarne, pytania, czy posiadanie ludzi było oczywistością czy dylematem, oraz „cieniowanie”, relatywizowanie ocen zachowań we względu na odmienność sytuacji. Jeśli chodzi o długofalowe efekty pewnych osobistych wyborów, dowiadujemy się, co się z niektórymi osobami stało po latach: nic nie jest oczywiste. Na przykład najgorszy kobieciarz (seksista i być może seksoholik) z farmy Townsendów ustatkował się, wyjechał z żoną do Richmond. Tam oboje tak wsławili się pracą pedagogiczną, że po latach na ich cześć nazwano ulicę w mieście – z użyciem pełnych imion i dwuczłonowego nazwiska, by potomni nie mieli wątpliwości. Czy Jones jest honorowany i celebrowany za polityczną poprawność?

Niedawno miałam okazję obejrzeć ostatni film braci Coenów, Prawdziwe męstwo (remake klasyka Henry’ego Hathawaya, a może raczej nowa adaptacja powieści Charlesa Portisa). Twórczość tego reżyserskiego tandemu jest znana i lubiana, jednak w kilku słowach streszczę opowieść. Akcja dzieje się w ostatniej ćwiartce XIX wieku. Handlujący bodaj bawełną ojciec rodziny, w tym 14-letniej Mattie, został zastrzelony i obrabowany. Morderca znany jako Tom Chaney umknął prawdopodobnie na terytorium Indian, a w miasteczku, w którym doszło do tragedii, nikt nie jest zainteresowany pościgiem. Mattie sama wynajmuje tropiciela, nadużywającego alkoholu i przemocy Roostera Cogburna, i mimo jego sprzeciwu, wraz z nim oraz teksańskim rangerem, LaBoeufem, rusza na poszukiwanie Chaneya. Dziewczyna jest rezolutna, inteligentna, silna, zdeterminowana, „po kobiecemu” meandruje pomiędzy rywalizującymi (bynajmniej nie o nią) Roosterem i LaBoeufem. Mężczyźni są bufonami, ich wizerunki twardych, nieustępliwych i znających się na swoim fachu ludzi zachodu są doprowadzone do granicy karykatury. Prawdziwym męstwem jest wziąć podczas galopu lejce w zęby, i oburącz strzelać z dwóch pistoletów. Prawdziwym męstwem jest zajeździć i dobić konia, by ratować ugryziona przez węża damę. Niestety brawurowa pomoc okazała się spóźniona – Mattie utraciła ramię. Przyszło jej wrócić do kantorka zostawionego przez ojca przedsiębiorstwa, i życie w staropanieństwie (kara za szaleństwa młodości).

Kiedy się czeka, by Coenowie swoim zwyczajem przekłuli ten nadmuchiwany przez półtora godziny projekcji balon, oni robią coś przeciwnego – kończą film ów balon patynując, umieszczając na cokole. Rezygnują z pozycji zdystansowanej, konsekrują świat przedstawiony. Niemal bezkrytyczne odwoływanie się do wartości reprezentowanych szczególnie przez Roostera, ale również przez LaBoeufa i Mattie, to anachronizm ślepy na fakt, że świat się zmienił od czasu podboju „Dzikiego Zachodu”. Motorem działań głównej bohaterki jest chęć doprowadzenia mordercy pod właściwy sąd (mężczyzna i tak jest zastrzelony wcześniej, podczas sceny mającej zapewne robić wrażenie słusznego aktu samoobrony), przez co w cieniu pozostaje pytanie, czy aby na pewno kara śmierci, Prawo zabijające w swym majestacie jest cywilizacyjnym ideałem. To narracja waloryzująca stanowisko amerykańskich tradycjonalistów. Niezależnie od opinii licznych krytyków filmowych, zachwyconych nie tyle odnowieniem przez Coenów formy westernu, co doprowadzeniem jej jednocześnie do skrajności i do wersji „anty”, dla mnie film sakralizuje rzekomą wolność obywatelską, której wyrazem jest np. dążenie do powszechnego prawa do posiadania broni palnej (o sprzeciwie wobec prób zniesienia w USA kary śmierci nie wspominając).

Cóż, kiedy pomyślę o Coenowskiej apologii machoidów „Dzikiego Zachodu”, o zaserwowanym przez nich patosie powrotu do utopijnej przeszłości, w której męstwo było męstwem, kowboje mieli – za przeproszeniem – jaja, baby były zaradne, w której czarnoskórzy rezolutni stajenni połyskiwali białymi zębami, z uśmiechem mówiąc „Yes m’am”, a Indianie się poukrywali, i spokój…. zatem, kiedy o tym pomyślę, Jones prezentuje się po stokroć korzystniej. Wybieram bohaterów, których charakteryzuje – uwaga, modne słowo – sprawstwo. Coenowie ograniczyli się do eksploatacji historycznej już konwencji. Narracja Jonesa wprawdzie zdaje się być stylistycznie bardzo tradycyjna, niedekonstruująca, stonowana niczym kolorystyka okładki książki, lecz przekonuje, „przeciąga na swoją stronę” i nie razi anachronizmem. Znany świat może być pozbawiony fajerwerków, mimo to proponuje spojrzenie nań pod kątem nieznanym, i poucza bez zbędnego dydaktyzmu. Będę oczekiwała kolejnych publikacji tego autora.

Edward P. Jones, Znany świat, przeł. Witold Kurylak, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2005.

Data wpisu: 23 sierpnia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Edward P. Jones, „Znany świat”

Z grafiki na utrzymanej w kolorze sepii… pardon, w barwach ziemi okładce patrzy na nas trójka ludzi odjeżdżająca wozem. A może nie na nas, może odwracają się, by spojrzeć na pola rozciągające się po obu stronach drogi. Pod tytułem na zachętę wymienione są nagrody, jakich laureatem jest autor – Edward P. Jones. Objętość typowa dla ambitnej powieści obyczajowej. Gdy dodać, że książka to epickie zestawienie losów kilku pokoleń grupy żyjących po sąsiedzku rodzin naznaczonych doświadczeniem niewolnictwa, otrzymujemy zaangażowaną światopoglądowo lekturę dla cieszących się nadmiarem wolnego czasu intelektualistów. Zwłaszcza, że wyjątkowe są pewne okoliczności: przede wszystkim akcja Znanego świata dzieje się w USA przed zniesieniem niewolnictwa (skupiona jest wokół wydarzenia z 1855 roku). Wtedy po pierwsze, choć oczywiście liczni czarnoskórzy (lub osoby o pochodzeniu „międzyrasowym” – trudno używać takich określeń bez niesmaku, nie dość jednak, że były one stosowane, to pozostają zrozumiałe także dziś) byli wolni – wolni, póki nie trafiali na bariery społecznych podziałów, segregacji, w każdym jednak razie nie byli własnością panów, po drugie, zdarzało się, że… sami posiadali niewolników. Niektórzy wolni byli tym praktykom ogromnie przeciwni, i pewnie było to zjawisko o niewielkiej skali, jednak miało miejsce, i chyba rzadko się o tym mówi.

W posiadłości na farmie w miejscowości w południowym stanie Wirginia zmarł taki właśnie pan, Henry Townsend, u progu dorosłości wykupiony z niewoli, dekadę później stateczny mąż (bezdzietny), właściciel niedużej grupy niewolników, swego rodzaju protegowany, ulubiony sąsiad niegdysiejszego swego pana, Billa Robbinsa. Ów biały farmer w przeszłości pozwolił, by wykupili się od niego rodzice Henry’ego, z wielką niechęcią zgodził się później na wolność syna. Sam Robbins, obok białej prawowiernej żony ma czarnoskórą kochankę, również matkę jego dzieci. To tajemnica poliszynela, a wspominam o tym, by podkreślić – Robbins to mecenas „amerykańskiego snu”, nie sprawiedliwości i równości. Wierzy w konkurencję rynkową, dochodzenie do zamożności poprzez pracę (niekoniecznie własnoręczną). Jest człowiekiem Południa, i tyle. Odgrywa przede wszystkim rolę katalizatora niektórych zdarzeń, ale nie jest to postać pierwszoplanowa.

Poznajemy środowisko ludzi „o nie czysto białym pochodzeniu”. Oznacza to, że często realny, widzialny kolor skóry nie jest istotny, przecież i tak cała społeczność wie, kogo ma porcelanolica kobieta w siódmym pokoleniu przodków… Jest zatem Henry i jego rodzice, jest jego żona, Caldonia, i jej brat, Calvin. Jest Fern, okoliczna nauczycielka, dzięki której byli i obecni niewolnicy mogą się wyrwać z analfabetyzmu. Są niewolnicy Henry’ego. Wszystko to, co dzieje się w życiu bohaterów, jest interesujące, ale nie porusza ani po części tak, jak np. losy bohaterek i bohaterów Toni Morrison.

Skąd tytuł powieści? Autor podkreśla, że rozpadł się świat niewolników Henry’ego, im zaś było komfortowo w „znanym”. Kres życia ich pana ma sugerować zmiany, lecz zdaje się, iż ci niewolnicy Henry’ego nie byli jego własnością zbyt znów długo, poza tym dramaty wśród nich rozgrywały się niezależnie od zdrowia Townsenda. Jak wskazałam na początku, jego śmierć jest dość trafnie ustanowiona kompozycyjnym centrum powieści, jednak to, co wokół niego orbituje – przeszłość i przyszłość – to kontinuum; nie jestem przekonana o wielkiej zmianie, przewartościowaniu, utracie „znanego świata”. To nastąpiło chyba dopiero po wojnie secesyjnej! W samej zaś książce pojawia się wzmianka, że niewolnicy Townsenda mieli nadzieję, iż po śmierci Henry’ego wdowa ich uwolni. Ani to jej było w głowie, tym bardziej więc świat tych ludzi pozostał „znany”.

Fabuły powieści nie będę szczegółowo streszczać, zresztą byłoby to bezcelowe. Nie dziwią wysokie oceny wystawiane Znanemu światowi przez krytyków: trudno Jonesowi coś zarzucić. Wszystko jest spójne, z rozmachem, w miarę wciągające, niewątpliwie unikające nieudolności, imponujące zapleczem, jakiego autor potrzebował, by stworzyć opowieść o tak szczególnym etapie w historii amerykańskiego niewolnictwa. Są nawet fragmenty dość drastyczne – co podkreślam, by nie sugerować, że np. lektura Toni Morrison podnosi mi ciśnienie, a Edward Jones usypia. Jednak brak tu magii. Iskry. Nie umiałam się zaangażować w lekturę. Nie zależało mi, by noc zaczęła się nie wtedy, kiedy powinna, a wtedy, gdy ja przewrócę ostatnią stronicę (owszem, zdarza mi się czytać do skandalicznych godzin rannych). Niemal obojętnie doczytałam do końca, zresztą pod koniec narracja zdaje się zmierzać ku atrofii. Przeczy „dziejowemu” happy endowi (na który złożyło się zniesienie niewolnictwa, później polityka afirmacji), podkreślając wartość życia i osobistego doświadczenia, które tracone jest z każdą jednostkową śmiercią.

Istotne kwestie u Jonesa to m. in. obowiązkowa chyba współcześnie wrażliwość na praktyki niehumanitarne, pytania, czy posiadanie ludzi było oczywistością czy dylematem, oraz „cieniowanie”, relatywizowanie ocen zachowań we względu na odmienność sytuacji. Jeśli chodzi o długofalowe efekty pewnych osobistych wyborów, dowiadujemy się, co się z niektórymi osobami stało po latach: nic nie jest oczywiste. Na przykład najgorszy kobieciarz (seksista i być może seksoholik) z farmy Townsendów ustatkował się, wyjechał z żoną do Richmond. Tam oboje tak wsławili się pracą pedagogiczną, że po latach na ich cześć nazwano ulicę w mieście – z użyciem pełnych imion i dwuczłonowego nazwiska, by potomni nie mieli wątpliwości. Czy Jones jest honorowany i celebrowany za polityczną poprawność?

Niedawno miałam okazję obejrzeć ostatni film braci Coenów, Prawdziwe męstwo (remake klasyka Henry’ego Hathawaya, a może raczej nowa adaptacja powieści Charlesa Portisa). Twórczość tego reżyserskiego tandemu jest znana i lubiana, jednak w kilku słowach streszczę opowieść. Akcja dzieje się w ostatniej ćwiartce XIX wieku. Handlujący bodaj bawełną ojciec rodziny, w tym 14-letniej Mattie, został zastrzelony i obrabowany. Morderca znany jako Tom Chaney umknął prawdopodobnie na terytorium Indian, a w miasteczku, w którym doszło do tragedii, nikt nie jest zainteresowany pościgiem. Mattie sama wynajmuje tropiciela, nadużywającego alkoholu i przemocy Roostera Cogburna, i mimo jego sprzeciwu, wraz z nim oraz teksańskim rangerem, LaBoeufem, rusza na poszukiwanie Chaneya. Dziewczyna jest rezolutna, inteligentna, silna, zdeterminowana, „po kobiecemu” meandruje pomiędzy rywalizującymi (bynajmniej nie o nią) Roosterem i LaBoeufem. Mężczyźni są bufonami, ich wizerunki twardych, nieustępliwych i znających się na swoim fachu ludzi zachodu są doprowadzone do granicy karykatury. Prawdziwym męstwem jest wziąć podczas galopu lejce w zęby, i oburącz strzelać z dwóch pistoletów. Prawdziwym męstwem jest zajeździć i dobić konia, by ratować ugryziona przez węża damę. Niestety brawurowa pomoc okazała się spóźniona – Mattie utraciła ramię. Przyszło jej wrócić do kantorka zostawionego przez ojca przedsiębiorstwa, i życie w staropanieństwie (kara za szaleństwa młodości).

Kiedy się czeka, by Coenowie swoim zwyczajem przekłuli ten nadmuchiwany przez półtora godziny projekcji balon, oni robią coś przeciwnego – kończą film ów balon patynując, umieszczając na cokole. Rezygnują z pozycji zdystansowanej, konsekrują świat przedstawiony. Niemal bezkrytyczne odwoływanie się do wartości reprezentowanych szczególnie przez Roostera, ale również przez LaBoeufa i Mattie, to anachronizm ślepy na fakt, że świat się zmienił od czasu podboju „Dzikiego Zachodu”. Motorem działań głównej bohaterki jest chęć doprowadzenia mordercy pod właściwy sąd (mężczyzna i tak jest zastrzelony wcześniej, podczas sceny mającej zapewne robić wrażenie słusznego aktu samoobrony), przez co w cieniu pozostaje pytanie, czy aby na pewno kara śmierci, Prawo zabijające w swym majestacie jest cywilizacyjnym ideałem. To narracja waloryzująca stanowisko amerykańskich tradycjonalistów. Niezależnie od opinii licznych krytyków filmowych, zachwyconych nie tyle odnowieniem przez Coenów formy westernu, co doprowadzeniem jej jednocześnie do skrajności i do wersji „anty”, dla mnie film sakralizuje rzekomą wolność obywatelską, której wyrazem jest np. dążenie do powszechnego prawa do posiadania broni palnej (o sprzeciwie wobec prób zniesienia w USA kary śmierci nie wspominając).

Cóż, kiedy pomyślę o Coenowskiej apologii machoidów „Dzikiego Zachodu”, o zaserwowanym przez nich patosie powrotu do utopijnej przeszłości, w której męstwo było męstwem, kowboje mieli – za przeproszeniem – jaja, baby były zaradne, w której czarnoskórzy rezolutni stajenni połyskiwali białymi zębami, z uśmiechem mówiąc „Yes m’am”, a Indianie się poukrywali, i spokój…. zatem, kiedy o tym pomyślę, Jones prezentuje się po stokroć korzystniej. Wybieram bohaterów, których charakteryzuje – uwaga, modne słowo – sprawstwo. Coenowie ograniczyli się do eksploatacji historycznej już konwencji. Narracja Jonesa wprawdzie zdaje się być stylistycznie bardzo tradycyjna, niedekonstruująca, stonowana niczym kolorystyka okładki książki, lecz przekonuje, „przeciąga na swoją stronę” i nie razi anachronizmem. Znany świat może być pozbawiony fajerwerków, mimo to proponuje spojrzenie nań pod kątem nieznanym, i poucza bez zbędnego dydaktyzmu. Będę oczekiwała kolejnych publikacji tego autora.

Edward P. Jones, Znany świat, przeł. Witold Kurylak, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2005.

Data wpisu: 23 sierpnia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe