Archiwum dla kategorii: ‘Chiny’

Czerwona bohaterka. Cena prawdy regulowana państwowo (Qiu Xiaolong) – cz. I

Śmierć czerwonej bohaterki jest niespieszną, ale wciągającą opowieścią o realiach policyjnego dochodzenia w sprawie morderstwa młodej przodowniczki pracy, Guan Hongying, w Szanghaju w roku 1990. Choć oficjalna linia partii pod przewodnictwem Denga Xiaopinga otwiera Chiny na kontakt z Zachodem i rozmaite formy kapitalizmu, duch Mao nadal straszy nie tylko we wspomnieniach prześladowań w czasach rewolucji kulturalnej, którą pamiętają nadal nie tacy starzy bohaterowie powieści (trzydziestukilkulatkowie i starsi), ale niewidzialną ręką trzyma Centralny Komitet Partyjny, gdzie toczą się walki między starszym pokoleniem partyjnej kadry a zwolennikami Denga Xiaopinga i dalszych reform. Powieść jest pierwszą z cyklu kryminałów o Chenie Cao, który Qiu Xiaolong napisał podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych, do których przybył w 1988 roku aby pisać pracę o T. S. Eliocie. Jednak po wydarzeniach na Placu Tiananmen w 1989 roku, jedna z chińskich gazet doniosła, iż Qiu Xiaolong wspierał studentów. Z obawy przed więcej niż pewnymi represjami, które czekałyby go po powrocie do Chin, pisarz zdecydował się pozostać z rodziną w Stanach Zjednoczonych.

Starszego inspektora Chena Cao, szefa sekcji spraw specjalnych Wydziału Zabójstw Komendy Policji w Szanghaju, poznajemy podczas jego przygotowań do skromnej imprezy mającej uczcić fakt otrzymania maleńkiego mieszkania z przydziału. Jak uważa przyjaciel Chena, Lu Tonghao zwany „Zamorskim Chińczykiem”, starszy inspektor musiał „chwycić za nogi boga szczęścia”. Jakże bowiem inaczej wytłumaczyć fakt, że w zatłoczonym, przeludnionym Szanghaju, liczącym ponad 13 milionów mieszkańców (jak podaje autor, bazując na ówczesnych szacunkach), gdzie dziesiątki wielopokoleniowych rodzin tłoczą się w niedużych domach przeznaczonych dla jednej, Chen Cao dostaje dla siebie kawalerkę, w dodatku z czymś, co w chińskich warunkach śmiało można nazwać aneksem kuchennym (czyli dwa palniki gazowe w ciasnym korytarzu), a nawet – o Niebiosa Latających Smoków – łazienkę z toaletą i prysznicem! Oto co się nazywa mieć poparcie kadrowe partii! Kiedy Chen Cao przemieszcza się po Szanghaju, szukając świadków zbrodni, której sprawcę chce znaleźć i ukarać, spotyka się z niezamożnymi mieszkańcami miasta gnieżdżącymi się w zatłoczonych, zaniedbanych budynkach, z publicznymi łazienkami i kuchniami. W większości domów gotuje się na kuchenkach węglowych (co z pewnością nie pomaga w walce z zanieczyszczeniem powietrza przemysłowymi dymami). Ponieważ po ilości węglowych brykietów leżących przed wejściem do danego budynku można domyślić się, ile mieszka tam rodzin, wnioskujemy, że obowiązywał na nie przydział.

Szczęście Chena Cao wydaje mu się towarzyszyć już od dawna, np. w latach siedemdziesiątych, mimo posiadanego wykształcenia, nie został wysłany na wieś, by „reedukowali” go biedni chłopi. Jako jedynak Chen mógł pozostać w mieście, gdzie na własną rękę nauczył się języka angielskiego. Po wstrzymaniu rewolucji kulturalnej (a raczej, jak uściśla Qiu Xiaolong, rewolucja kulturalna nie została nigdy oficjalnie zakończona, ale wstrzymano jej realizację). Chen Cao studiował w Pekińskiej Wyższej Szkole Języków Obcych i jako młody człowiek marzył o pracy naukowej. Miłośnik anglojęzycznej literatury, tłumacz poezji T.S. Eliota na chiński, dowiedział się jednak, że partia szykuje dla niego stanowisko w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Niestety, zaplanowaną karierę w dyplomacji zniweczył niewidziany nigdy krewny, odnotowany w teczkach urzędu bezpieczeństwa publicznego jako kontrrewolucjonista. Ponieważ taka rodzinna przypadłość stanowi niewybaczalną skazę na honorze chińskiego dyplomaty, dobrze zapowiadającego się Chena przeniesiono do policji. Oczywiście Chen właściwie nie ma żadnego wyboru. Jeśli chce robić jakąkolwiek „karierę”, uzależnioną od początku od wyższych urzędników partyjnych, musi przyjmować to, co mu podają, choćby nie miał o tym zielonego pojęcia (przypomniał mi się szef inżyniera Karwowskiego, który stara się rozwiać jego wątpliwości co do własnych kompetencji po awansie: ”Nie martw się, ty mówisz, że się nie nadajesz? Gdybyś widział jak ja się nie nadawałem”). A wszystko to uzależnione jest od nowej polityki kadrowej towarzysza Denga Xiaopinga, który wysłał kadrę wyższego szczebla na emeryturę i postawił na młodych i wykształconych. Chen miał dyplom filologa angielskiego (jego chińskiego odpowiednika) i poparcie pierwszego wiceministra w Pekinie, towarzysza Zheng Zuorena, co oznacza, że nadawał się na każde stanowisko.

Powróćmy jednak do przygotowań Chena do parapetówki. Wśród zaproszonych gości jest wspomniany już „Zamorski Chińczyk” wraz ze swoją żoną, Ruru. Kim jest ów ekscentryczny, w opinii innych Chińczyków, mężczyzna? To przyjaciel Chena jeszcze z lat dziecięcych, który jako syn handlarza futrami (a zatem kapitalisty) został „wyrzutkiem społecznym” i po liceum wysłany na wieś w celu reedukacji. Swoje przezwisko, „Zamorski Chińczyk”, otrzymał już w szkole średniej, ponieważ nosił zachodnie marynarki. Lu nigdy nie zrezygnował ze swojego przydomku, choć w latach sześćdziesiątych miało pejoratywny wydźwięk i mogło przysporzyć mu kłopotów: „bo mogło przedstawiać kogoś jako osobnika politycznie niepewnego, powiązanego z zachodnim światem albo kojarzonego z ekstrawaganckim, burżuazyjnym stylem życia. Ale Lu uznał za punkt honoru podtrzymywanie swojego »dekadenckiego« wizerunku – parzył kawę, piekł placek z jabłkami, mieszał sałatki owocowe i oczywiście przy obiedzie siadał do stołu w zachodnim garniturze” (s. 30). Obecnie Lu, wierny przyjaciel Chena, planuje przejąć podupadającą restaurację i otworzyć swoją – „Moskiewskie Przedmieście”. Oto jak tłumaczy swoje przedsięwzięcie Chenowi: „Dowiadujemy się z gazet, że wkraczamy w nową epokę socjalistycznych Chin. Wprawdzie niektórzy starzy konserwatyści zrzędzą, że Chiny stają się kapitalistyczne, a nie socjalistyczne, ale kogo to wzrusza? To etykietki. Tylko etykietki. Jeżeli ludziom żyje się lepiej, nie ma o czym mówić” (s. 19).

Trzecim i ostatnim – wszak miejsca nie ma zbyt wiele – gościem na przyjęciu w nowym lokum Chena jest Wang Feng, młoda, ambitna, błyskotliwa i piękna dziennikarka, której nietypową sytuację rodzinną poznajemy dość szybko. Oto bowiem młoda Wang Feng wyszła za mąż głównie na prośbę rodziny narzeczonego – jego umierający ojciec pragnąć odejść mając pewność, że ukochany syn posiada już żonę i planuje przedłużyć ród. Niedługo po ślubie mąż Wang Feng udał się na stypendium do Japonii i zdecydował się tam zostać, zostawiając młodą kobietę w trudnej sytuacji. Wbrew podejrzeniom przesłuchującej ją służby bezpieczeństwa wewnętrznego, nic nie wiedziała o planach ucieczki męża. Obecnie starała się od pewnego czasu o paszport, by wyjechać z Chin i połączyć się w końcu z mężem, który ze swojej strony poczynił rozmaite formalne starania, by Wang Feng mogła do niego zawitać. O planowanym wyjeździe Wang Feng, starszy inspektor Chen jeszcze nie wie, na razie cieszy go obecność pięknej dziennikarki, z którą flirtuje coraz bardziej otwarcie. Jednak wraz z rozwojem spraw okazuje się jasne, że pomysł na romans z mężatką jest w komunistycznych Chinach pomysłem co najmniej kiepskim, bowiem jako przejaw wątpliwej zachodniej moralności, może poważnie zaszkodzić karierze Chena, o której decyduje partia.

Kiedy goście są w komplecie, po – interesującym dla każdego zainteresowanego kulinariami – posiłku, postanawiają potańczyć. Ten pomysł, sam w sobie, jest świadectwem wichru przemian w komunistycznych Chinach, o których autor uświadamia czytelnika przy każdej okazji – co zresztą sprawia, że lektura jest tym ciekawsza. Już sposób, w jaki urządzony jest kawalerka Chena, świadczy o wielkiej zmianie podejścia rządu do członków partii, bowiem starszy inspektor nie ma u siebie portretu przewodniczącego Mao, jeszcze do niedawna obowiązkowego elementu wyposażenia każdego chińskiego domu! Chen posiada za to absolutne must have każdego Chińczyka – spluwaczkę (wspomnianą też wśród sprzętów domowych współpracownika starszego inspektora), widniejącą nawet na nowej ikonie członków chińskiej partii komunistycznej – portrecie Denga Xiaopinga: „Za czasów przewodniczącego Mao każdy musiał wieszać jego wielki portret i odmawiać przed nim poranne i wieczorne modlitwy – znane wersy, zapamiętane z jednej ze współczesnych oper pekińskich: „Pod portretem przewodniczącego Mao przepełnia mnie nowa siła”. Rama też musiała być specjalnie zaprojektowana. Złota z Mao przypominającym boga. Z Xiaopingiem było inaczej. (…) Umieszczanie jego portretu w salonie nie było polityczną koniecznością. (…) [Deng Xiaoping] Na portrecie siedział zamyślony w fotelu, ubrany w szarą, zapiętą pod szyję bluzę Mao i trzymał w ręku papierosa. Obok stała ogromna mosiężna spluwaczka, a z tyłu widniała mapa Chin” (s. 304).

Tańce na imprezie u starszego inspektora Chena są krótkie a goście dokładają starań by nie przeszkadzać sąsiadom (Wang Feng zdejmuje w tym celu buty, by nie hałasować). Qiu Xiaolong dorzuca tutaj kolejną dygresję: „W czasie rewolucji kulturalnej chińskie społeczeństwo mogło wykonywać tylko »taniec lojalnych«. Ludzie tupali miarowo w jednym rytmie: tak okazywali lojalność wobec przewodniczącego Mao. Mówiono jednak, że nawet wtedy za murami Zakazanego Miasta urządzano wiele ekstrawaganckich imprez. Podobno wyśmienity tancerz, jak był przewodniczący Mao, miał »nogi splecione z nogami partnerki nawet po balu«. (…) aż do połowy lat osiemdziesiątych Chińczycy nie mogli tańczyć, nie obawiając się, że ktoś doniesie na nich do władz” (s. 19-20).

Miłą zabawę przerywa jednak telefon do Chena z pracy – starszy inspektor dowiaduje się, że w kanale Baili znaleziono ciało zamordowanej młodej kobiety o nieustalonych jeszcze personaliach. Tak rozpoczyna się trudne i niebezpieczne śledztwo, które kończy się w nieoczekiwany dla inspektora Chena, i jego współpracownika, detektywa Yu Guangminga, sposób. Jak wyjaśnia narrator nazwę wydziału starszego inspektora Chena: „(…) określenie »specjalna« stosowano wówczas, kiedy komenda musiała dostosować punkt widzenia do potrzeb politycznych” (s. 27). Chen w trakcie pracy przekona się boleśnie, że każdy jego krok ma poważne konsekwencje polityczne co może zagrozić nie tylko jego karierze i bezpieczeństwu… Słowo „polityka” pojawia się niemal na każdej stronie powieści i zastępuje nie tylko zwrot „racja stanu” ale też słowa takie jak: „los”, „pech”, „karma” czy „konieczność”. Polityka jest wszechobecna, kieruje każdym aspektem ludzkiego życia i posiada przerażającą wszechmoc. Jej wyroki są nagłe niczym piorun z nieba i podobnie jak on, nieodwołalne.

Starszy inspektor Chen sportretowany jest jako współczesna wersja konfucjańskiego urzędnika państwowego, który kieruje się w swoim życiu powinnościami wobec narodu i opiewa wartości wspierane przez państwo. Uważany przez przeciwników za niedoświadczonego glinę i ekscentrycznego, podatnego na zachodnie – a zatem niebezpieczne dla Chin – wpływy, Chen czasem zachowuje się jak nieodpowiedzialny marzyciel. Pragnie jednak doprowadzić do wykrycia sprawcy morderstwa i ukarania go, co okaże się niezmiernie trudnym zadaniem…

Charakter Chena oddaje choćby scena, kiedy starszy inspektor udaje się obejrzeć miejsce odnalezienia ciała ofiary. Przy drodze do kanału spotyka nastolatkę sprzedającą herbatę. Dziewczynka czyta książkę, a jej niewinny wygląd przypomina Chenowi wiersz z czasów dynastii Tang i Song:

„Smukła, gibka, ma zaledwie lat chyba trzynaście
Koniuszek kardamonu na początku marca”.

Starszy inspektor pyta dziewczęcia co czyta, na co słyszy „Visual Basic” – i liryczny nastrój Chena pryska. Co więcej, dostaje wielce korzystną ofertę zakupu bardzo tanich płyt CD z programami… Chen odjeżdża na motocyklu i dopiero po jakimś czasie zdaje sobie sprawę z tego, że jako policjant powinien zareagować i „coś zrobić” z pirackimi płytami!

Podczas śledztwa opornie idzie ustalanie danych personalnych ofiary. Jednak kiedy kobieta zostaje rozpoznana, kłopoty Chena dopiero się rozpoczynają. Wyłowiona z kanału ofiara za życia miała status narodowej bohaterki, przodowniczki pracy. Nosiła też dumne imię Guan Hongying – gdzie znak Guan oznacza zamykane drzwi, Hong – kolor czerwony, a Ying – bohaterkę, stąd tytuł powieści – Czerwona bohaterka.

W siedzibie komendy starszy inspektor Chen dowiaduje się, że „do pomocy” został mu przydzielony komisarz Zhang Zhigiang, partyjny beton, który od początku akcentuje, że to morderstwo z powodów politycznych. Jednak słowa: „Była doskonale znaną w całym kraju przodownicą pracy i jej tragiczna śmierć jest bolesną stratą dla partii oraz symbolicznym ciosem zadanym bezpieczeństwu publicznemu naszego socjalistycznego społeczeństwa” wypowiada sekretarz partii, Li, mentor i zwierzchnik Chena (s. 44). Komisarz Zhang pełni rolę nadzorcy politycznej poprawności dochodzenia i zachowania policjantów. Jak wyjaśnia sekretarz Li: „Komisarz Zhang osiągnął wiek emerytalny, ale przy tej inflacji i coraz wyższych standardach życia trudno, by ktokolwiek wyżył z samej emerytury (…). Dlatego władze partyjne wystąpiły z nowymi przepisami, dotyczącymi starych towarzyszy” (s. 45) – innymi słowy, tylko śmierć jest w stanie wysiudać ich z zajmowanych stanowisk. Chen i Yu są nader sceptycznie nastawieni do „doradcy” Zhanga i do teorii „kontekstu politycznego” morderstwa. Yu jest pozytywnie zaskoczony, że jego szef wykazuje trzeźwy osąd sytuacji: „Wychowano nas w tym komunistycznym micie wzorców osobowych – powiedział Chen. – W gruncie rzeczy korzeni tej koncepcji można się dopatrzyć w konfucjanizmie. Z tą różnicą, że konfucjanizm nazywał wzorce osobowe mędrcami, natomiast w XX wieku określano je jako wzorowych robotników, wzorowych rolników i wzorowych żołnierzy” (s. 45-46). Jednak Chen rozumie, dlaczego nadal się stosuje takie przykłady: „Ze względu na współczesną polaryzację społeczeństwa. W dzisiejszych czasach garstka dorobkiewiczów żyje w luksusach, jakie się nie śnią zwykłym ludziom, a jednocześnie tak wielu robotników jest bez pracy i czeka na emeryturę albo przydział. Wiele osób z trudem wiąże koniec z końcem. Dlatego propagowanie wzorca ofiarnego komunisty jest tym bardziej potrzebne” (s. 46). Yu dodaje, że równie niesprawiedliwe przywileje dotyczą nomenklatury wysokiego szczebla i ich dzieci nazywanych w skrócie ND. Obydwaj przemilczają kwestie wszelkich ulg dostępnych dla Chena, które pominęły detektywa Yu. Ten ostatni martwi się, że jest pechowcem, bowiem choć według chińskiego kalendarza księżycowego urodził się w roku Smoka, kalendarz gregoriański wyznacza mu niefortunny znak Węża.

Próbując dowiedzieć się czegoś więcej o zamordowanej bohaterce pracy, Chen udaje się do internatu pracowniczego, w którym Guan mieszkała za życia. Mimo swojego statusu partyjnej heroiny, jako osoba samotna nie mogła liczyć na żaden przydział mieszkania. Dzięki swojej pozycji uzyskała jedynie luksus zajmowania osobnego pokoiku na piętrze internatu, gdzie dzieliła łazienkę z dziesięcioma innymi rodzinami. Nie miała jednak powodów do narzekań – zazwyczaj niezamężni pracownicy płci obojga mieszkali po sześć, osiem osób w pokoju i ich przestrzeń prywatną wydzielało jedynie wąskie łóżko, na którym sypiali. Starszy inspektor wypytuje sąsiadów Guan, w nadziei, że dowie się czegoś o jej życiu prywatnym, ale przekonuje się jedynie, że nie była zbytnio lubiana i trzymała wszystkich na dystans. Jedna z sąsiadek twierdzi, że Guan nie korzystała z publicznej pralni, zatem musiała prać swoje rzeczy w pralkach z wystawy Pierwszego Domu Towarowego, w którym pracowała! W pokoiku zajmowanym przez Guan Chen znajduje jedynie kilka rozbieranych zdjęć zmarłej kobiety, niektóre ze śmielszym podtekstem erotycznym. Kolejna ciekawostka – to jeden z, wydawałoby się, drobiazgów dotyczących życia codziennego, o których niełatwo przeczytać w książkach o współczesnych Chinach, a które sprawiają, że kryminał Qiu Xiaolonga jest tym ciekawszy. Otóż same zdjęcia są dowodem na to, że musiał je ktoś wywołać w prywatnej, może nawet domowej, ciemni fotograficznej – zatem był to ktoś majętny i ustawiony. W państwowych zakładach nie można byłoby wywołać zdjęć o takim charakterze – jako „burżuazyjno – dekadenckich”, a w prywatnych – Guan narażałaby się na ryzyko szantażu.

Dość szybko okazuje się, że głównym podejrzanym o morderstwo pięknej przodowniczki pracy jest ND, czyli dziecko komunistycznego aparatczyka, pewnego, że dzięki rodzinnym koneksjom stoi ponad prawem… Ale wierny partii komisarz Zhang nie próżnuje. Nie tylko typuje podejrzanego o zamordowanie Guan: „Według niego Guan zamordował daleki krewny, który żywił do niej urazę za to, że w czasie rewolucji kulturalnej wyparła się go, ponieważ był »czarnym« prawicowcem” (s. 76), ale też donosi na starszego inspektora Chena do Komisji Kontroli Partyjnej Komitetu Szanghajskiego, jako podejrzanego o burżuazyjne i antypaństwowe myślenie… Wszystko w trosce o dobro partii oczywiście! Nie można dopuścić, by promowano kogoś, kto jest ideowo niepewny!

I tak starszy inspektor Chen przekonuje się bardzo boleśnie, że dochodzenie ma kontekst polityczny – w dodatku taki, którego na pewno sobie by nie życzył. Jego przełożony, sekretarz Li tłumaczy mu, dlaczego dochodzenie w sprawie śmierci Guan jest z punktu widzenia władzy niewłaściwe: „Najważniejsze jest teraz wyczucie czasu. Czy uważacie, że przy obecnych nastrojach politycznych wasze dochodzenie dobrze wpłynie na wizerunek partii? (…) Kto jest zamieszany w tę sprawę? Według waszej hipotezy narodowa bohaterka pracy i żonaty ND. Co ludzie sobie pomyślą? Ideologiczne bankructwo! A co gorsza, zaczną uważać nomenklaturowe dzieci za produkt naszego systemu partyjnego i oskarżać wyższych funkcjonariuszy starszego pokolenia o wszystkie swoje kłopoty. Niektórzy mogą nawet wykorzystać to jako pretekst do rzucania oszczerstw na nasz rząd. Po tym, co ubiegłego lata wydarzyło się na placu Tienanmen, wiele osób przestało wierzyć w socjalizm” (s. 250). Tak oto Chen przekonuje się, że nie tylko czarne jest białe, ale co istotne, lepiej nie mącić wody kijem, wszak najważniejsze jest hasło propagowane przez Deng Xiaopinga „stabilizacja polityczna”, czyli – promować młodą kadrę w partii, nie drażnić starszej. Śledztwo Chena stawiające ND i zasłużonego towarzysza w fatalnym świetle narusza tę delikatną równowagę.

Klasyczna literatura chińska – cytowana najczęściej przez głównego bohatera Chena – pojawia się w powieści nie tyle jako przejaw anachronicznego myślenia chińskich obywateli niegotowych na produktywne działanie w duchu zachodniego kapitalizmu i stuprocentowej wydajności. Jej znajomość procentuje w niebezpiecznej politycznie rzeczywistości, a cytowanie jej okazuje się znakomitym szyfrem między konspirantami w walce o sprawiedliwość. Wystarczy przypomnieć sobie kontekst, w jakich dane słowa były wypowiedziane i wiadomo, czy zacytowany wiersz jest ostrzeżeniem czy pociechą, że ktoś nie wydał służbie bezpieczeństwa informatora. Autor powołuje się też na koncepcje T. S. Eliota jako… pomocne Chenowi w śledztwie, przywołuje też poezję amerykańską i teorię Derridy. Ale czy nic nie gubi się w tłumaczeniu? Kiedy Chen oprowadza amerykańskiego profesora literatury i jego żonę po Szanghaju, tłumaczy gościom: „słowo prywatność trudno przetłumaczyć na chiński. (…) W chińskim nie było pojedynczego słowa oznaczającego prywatność” (s. 274).

Cz. II i dane bibliograficzne tu.

Data wpisu: 10 kwietnia, 2012 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Czerwona bohaterka. Cena prawdy regulowana państwowo (Qiu Xiaolong) – cz. II

Cz. I tu.

W powieści Qiu Xiaolonga technologiczny wymiar śledztwa, taki jak badanie śladów wokół ciała zamordowanej, czy przenicowanie zwłok w poszukiwaniu czegoś, co mógłby pozostawić morderca, jest sprowadzony do minimum i choć nie jest powiedziane to wprost, czytelnik łatwo się domyśla, że szanghajska komenda policji jest po prostu niedofinansowana. Poza tym technologie ułatwiające wymianę informacji między obywatelami państwa to z pewnością nie jest coś, co popierałaby służba bezpieczeństwa wewnętrznego. Policjanci muszą użyć swoich znajomości, doświadczenia i przede wszystkim – jak poradzić sobie ze zbieraniem śladów i informacji w społeczeństwie dalekim od współczesnych nam standardów informatyzacji. Nie ma przecież mowy o własnym laptopie, telefonach komórkowych czy internecie. Inspektorowi Chenowi podczas robienia wywiadu o Guan pomagają członkowie komitetu mieszkańców, który: „(…) uchodził za komórkę miejscowego komisariatu policji i częściowo, choć nieoficjalnie, działał pod jego nadzorem. Organizacja była odpowiedzialna za wszystko, co działo się poza zakładami pracy – urządzała cotygodniowe szkolenia polityczne, kontrolowała liczbę mieszkańców, prowadziła ośrodki dziennej opieki, rozprowadzała kartki żywnościowe, przydzielała limity urodzeń, rozstrzygała sąsiedzkie i rodzinne spory. A co najważniejsze, bacznie obserwowała wszystko, co dzieje się w okolicy” (s. 104). Jak widać, kamery i podsłuch nie są wcale potrzebne do wprowadzenia społeczeństwa obserwowanego przez Wielkiego Brata, wystarczy tylko odrobina partyjnego zapału.

Inspektor Chen, razem z podwładnym, detektywem Yu, ofiarnie szukają dowodów winy podejrzanego, choć ten już po pierwszej rozmowie z policją, uruchamia wszelkie znajomości partyjne, by uniknąć śledztwa i wyroku. Początkowo wydaje się, że stare układy partyjne nadal są wystarczająco silne, by morderca uniknął kary, w dodatku na komendzie policji starszy komisarz Zhang, ślepo oddany partii donosi na inspektora Chena jako podejrzanego o uleganie wpływom zgniłego zachodniego liberalizmu… Inspektor Chen i detektyw Yu zostają odsunięci od sprawy, zawieszeni w swoich obowiązkach, zaczynają też być śledzeni przez funkcjonariuszy bezpieczeństwa wewnętrznego. Nie zamierzają się jednak poddać. Wykorzystując rozmaite znajomości i fortele, zbierają dowody winy podejrzanego, ustalają motyw zbrodni, wreszcie inspektor Chen sięga po swego asa w rękawie – dawną romantyczną zażyłość z córką wysokiego urzędnika partyjnego… Jednak nawet mimo postępów śledztwa, sprawa kończy się nieoczekiwanie dla idealistycznie nastawionych policjantów.

Poznajemy w tej powieści nie tylko Szanghaj, ale i fragment Kantonu, do którego inspektor Chen udaje się przesłuchać świadka. Niesamowite jest to, jak obrazu chińskich miast w kryminale Qiu Xiaolonga dopełniają niedawne lektury – np. recenzowane tu na blogu Dobre kobiety z Chin, wybór reportaży chińskiego dziennikarza Liao Yiwu Prowadzący umarłych, czy nawet Zakazane wrota Tiziano Terzaniego. Wszystkie te książki budują w spójny sposób obraz Chin, w których resztki dawnej świetności chińskiego imperium, lukruje się na nowo, głównie dla zachodnich turystów, a na których powstają nowe miejsca handlu, z którego próbują się utrzymać najbiedniejsi.

Terzani zauważył, że Chińczycy podczas rewolucji kulturalnej skreślili przeszłość jako złą, niewłaściwą i nieprowadzącą do rozwoju. Teraz Chińczykom rządząca partia proponuje potraktować historię własnego kraju i kulturową spuściznę dawnych wieków z większym respektem. Czują się zatem zdezorientowani, co więcej, niedawno budowali socjalizm i choć teoretycznie budują go nadal, kwitnący handel w dawnej świątyni boga miasta, pokazuje im nowego boga, którego należy czcić i który wydaje się odpowiedzialny za wszelkie zło i dobro, czyli pieniądz. Porażające są wnioski płynące ze spotkań inspektora Chena z profesor Xie Kun, której córka Xie Rong woli się prostytuować niż edukować i cierpieć z powodu prześladowań politycznych jak jej matka: „Najbiedniejszy jest doktor nauk, a najgłupszy – profesor” (s. 124).

Po zatłoczonym Szanghaju, w którym powietrze i rzeka są coraz bardziej zanieczyszczone, inspektor Chen podróżuje najczęściej miejskimi środkami transportu, czasem pieszo, a najrzadziej, korzystając ze służbowego przydziału na auto z szoferem. Dysponuje nim jako uprzywilejowany funkcjonariusz służby publicznej i pupil partyjnego ważniaka, który pragnie zrobić z Chena modelowego „Chińczyka nowej generacji” (czyli urzędnika państwowego z wyższym wykształceniem i nienagannym morale).

Realia życia codziennego w Szanghaju, jakie wyłaniają się z powieści, są szokujące. Straszliwe zatłoczenie, powszechny brak mieszkań i choćby odrobiny prywatnej przestrzeni, nędzne warunki sanitarne (inspektor Chen bez zdziwienia, obrzydzenia czy wstydu komunikuje swojej koleżance, że w jego kawalerce są karaluchy – stwierdza jedynie fakt)… wreszcie – wszechobecna polityka, węszący staruszkowie z dawnych komitetów sąsiedzkich, które szpiegowały rodziny i czuwały nad przestrzeganiem polityki jednego dziecka, nieustający strach przed plotkami i złymi pogłoskami sugerującymi podupadłe morale i złe prowadzenie się – to jest bardzo ciekawa kwestia, bowiem chińskie społeczeństwo zostaje opisane jako bardzo konserwatywne i niesłychanie pruderyjne. Pozamałżeńskie romanse są niedopuszczalne i mogą zniszczyć zawodową i polityczną (ponieważ obie kwestie są ze sobą nierozerwalnie złączone) karierę kochanków. Kiedy Chen zastanawia się nad ewentualnymi konsekwencjami romansu z Wang Feng dochodzi do wniosku, że: „Pod względem politycznym nie mogła uchodzić za idealna partnerkę. Ucieczka tak zwanego męża ciążyć będzie na jej przyszłości. Nawet po rozwodzie zostanie na nią hak w ankiecie personalnej. (…) Mężatka, chociaż tylko w papierach, też nie była »właściwą kulturowo« partią” (s. 100). Rozważania Chena nie są jednak tylko bezduszną kalkulacją pnącego się w górę aparatczyka. Chen po prostu jest świadomy tego, co może się wydarzyć i stara się, choćby wbrew sobie, być odpowiedzialny, w konfucjańskim duchu będąc posłusznym dobru ojczyzny. Kobiety i mężczyźni powinni dążyć do znalezienia współmałżonka i założenia rodziny – do czego są nakłaniani przez wszystkie strony, od współpracowników po bliskich i domowników, którzy nieustannie dopominają się – najlepiej – wnuka, jako że konfucjański prymat płci męskiej nad żeńską nadal trzyma się mocno. Naturalnie biografia i koneksje rodzinne kandydata na męża/ kandydatki na żonę, powinny być starannie prześwietlone i rozważone przed wiążącym krokiem. Nie ma mowy o uczuciu, małżeństwa powinny być rozważnie aranżowane, by nowa rodzina stała się korzystnym połączeniem więzów pokrewieństwa i politycznych wpływów. Tym bardziej niezwykła wydaje się historia małżeństwa detektywa Yu, który jako szesnastolatek z podejrzanego, kontrrewolucyjnego domu, został zesłany na daleką wieś w celach reedukacji. Ponieważ ten sam los ma spotkać jego przyjaciółkę z lat dziecinnych, nastoletnią Peiqin, ich rodzice przed wyjazdem dzieci aranżują ich związek. Lata spędzone w trudnych warunkach na odległej wsi stają się czasem umacniania związku Yu i Peiqin (piekielny rodzaj Błękitnej laguny), którzy po powrocie do Szanghaju, już jako dorośli ludzie, wspominają przymusowy pobyt w prowincji Yunnan jako najszczęśliwsze lata życia. Nie oznacza to jednak, że ich związek wszedł w fazę wypalenia uczucia, wręcz przeciwnie. Choć nigdy nie zostali formalnie małżeństwem, żyją ze sobą nadal, kochają się nadal i trzymają razem, wspierając w radościach i kłopotach, których nie brakowało. Detektyw Yu, początkowo sceptycznie i niechętnie nastawiony do nowego młodszego przełożonego, inspektora Chena, stopniowo przekonuje się do niego i docenia jego idealistyczną chęć walki o sprawiedliwość. Z czasem zaprzyjaźnia się z Chenem, zapoznaje z żoną i ojcem (nazywanym Starym Myśliwym, bowiem był podobnie jak sam Yu, policjantem), a także stoi za nim murem podczas całego dochodzenia – ryzykując swą skromną karierę i bezpieczeństwo.

Dodatkowym atutem będącej intrygującym kryminałem powieści są barwne opisy chińskiej kuchni – bowiem jedzenie jest tutaj „bohaterem drugiego planu”. Bohaterowie nieustannie rozglądają się za czymś do jedzenia i znajdują najczęściej pyszne, „domowe”, tradycyjne potrawy sprzedawane przez ulicznych handlarzy lub w bardzo skromnych jadłodajniach (na wzór opiewanych knajpek z ceratą zamiast obrusa w powieściach Camilleriego). Spotykają się na ucztach, podczas których serwują egzotyczne dania, nadal rzadko spotykane nawet w chińskich restauracjach na Zachodzie (gdzie menu jest dostosowane do lokalnych gustów) takie jak np. kawałki wieprzowego żołądka, „kurczak żebraka” w sosnowych igłach czy „walka tygrysa i smoka” czyli pieczeń z kota i węża, o zupie z kurzej krwi nie wspominając… W Kantonie inspektor Chen trafia nawet na Ulicę Smakoszy, w której kulinarna fantazja mogła przekroczyć zachodnie granice wrażliwości, jednak gość miał pewność, że wszystko jest nie tylko świeże, ale i wspomagające męskie siły witalne. Codzienność jest mniej barwna czy urozmaicona. Chińczycy mają miesięczne przydziały na produkty spożywcze – można jednak kupić je dodatkowo albo na państwowym targu (gdzie ceny były z góry regulowane) albo na prywatnym, bez nazwy, gdzie klient dostawał lepszą obsługę, wyższą jakość towarów – ale za ceny dwu- lub nawet trzykrotnie wyższe, niż na bazarze państwowym: „Tak zwana cena państwowa wciąż istniała, ale tylko w gazetach albo rządowych statystykach” (s. 160). Fakt istnienia dwóch bazarów z różnymi cenami doczekał się również oficjalnej wykładni: „Pokojowa egzystencja – państwowy i prywatny rynek. Socjalizm i kapitalizm obok siebie” (s. 149). Filozofia partii została skorygowana: „Jedno z najpopularniejszych haseł brzmiało: xiang qian han. Teraz znaczyło: »Dąż do pieniędzy!« W latach siedemdziesiątych znak qian pisany był trochę inaczej i wtedy hasło brzmiało: »Dąż do przyszłości!«” (s. 275). Partyjny interes prowadzi do dramatycznego zakończenia całej sprawy – Chen i Yu zdają sobie sprawę, że wszystko rozegrało się według życzenia oficjeli i posłużyło propagandzie. „Ten, kto walczy z potworami, powinien się strzec, aby prowadząc tę walkę, samemu nie stać się potworem” – przypomina sobie Chen słowa Nietzschego (s. 340), które brzmią tu jak wschodnia sentencja.

Powieść została przetłumaczona z języka angielskiego – co ciekawe, sporo w niej chińskich terminów (dotyczących głównie kulinariów), które nie są w ogóle objaśnione, a szkoda. O ile jednak można zrozumieć, że tłumacz z języka angielskiego nie jest znawcą chińskiej terminologii kulinarnej, to już korekty płci bardzo znanej brytyjskiej autorki kryminałów wybaczyć nie mogę – na stronie 292 czytam „Kilkakrotnie sama zarezerwowała dla niego książki, w tym również jedną pozycję P.D. Jamesa”. Nie wiem czy zawinił tłumacz czy korekta, ale to ewidentna wpadka. Niedosyt też budzą liczne niejasności, gdy rozmaite porównania czy powiedzenia nie zostają w ogóle wyjaśnione (np. metaforycznie ujęty seks jako „stawanie się chmurą i deszczem” – notabene opisany w lekkim czytadle Dziesięć tysięcy uciech cesarza autorstwa José Frèchesa, w przekładzie Marty Olszewskiej; W. A. B., Warszawa 2011). Znalazłam informację na stronie wydawnictwa Amber, że wydano po polsku jeszcze jeden kryminał z tej serii – być może wkrótce wpadnie w moje ręce. Dla każdego zainteresowanego tematyką Wschodu i współczesnych Chin, Czerwona bohaterka może być interesującą ciekawostką. Jeżeli szuka się po prostu dobrego kryminału, książka Qiu Xiaolonga jest również na pewno warta polecenia. Powieść może być też odczytana jako zapis dramatycznej walki bohatera o zachowanie swojego prywatnego języka, wolnego od propagandowych klisz, którym Chen będzie w stanie wyrażać swoje prywatne opinie, myśli, najintymniejsze uczucia. Kiedy Chen oprowadzał amerykańskie małżeństwo po Szanghaju, trzymał się odgórnych wytycznych dotyczących odpowiedniego postępowania z cudzoziemcami, pozwalającego na pokazywanie urzędowo wyselekcjonowanych atrakcji, i nakazującego ukrywanie tego, co niewygodne, „był jednak poirytowany swoją automatyczną reakcją. Frazesy, same gazetowe slogany, zupełnie jakby miał włączoną w głowie kasetę z nagłówkami »Dziennika Ludu«. Coraz bardziej mu przeszkadzało, że zmieniał się w odtwarzający automat” (s. 270).

Być może stąd upodobanie autora do cytowania poezji, która staje się kodem do wyrażania swojego „ja”. Podczas prowadzonego śledztwa Chen przypomniał sobie wiersz amerykańskiego poety Matthew Arnolda, który miał pasować do opisu sytuacji życiowej nie tylko zamordowanej Guan, ale i starszego inspektora. Jednak pod koniec wydarzeń wydaje się raczej, że poemat opisuje niebezpieczeństwa zaskakujące bezbronnych chińskich idealistów:

„I jesteśmy tu niczym na równinie, co pogrąża się w mroku,
Wśród bezładnych ostrzeżeń o zmaganiach, walce,
Gdzie nieświadome armie ścierają się w nocy” (s. 108).

Sławomira Raczyńska

Qiu Xiaolong, Śmierć czerwonej bohaterki (Death of a Red Heroine), przeł. Sławomir Kędzierski, Amber, Warszawa 2007. Wszystkie cytaty i odniesienia pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 10 kwietnia, 2012 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Pu Songling, „Mnisi-czarnoksiężnicy, czyli niesamowite historie o dziwnych ludziach”

Od lat znane są w Polsce japońskie opowieści niesamowite, głównie dzięki edycji Kwaidana. Opowieści niezwykłych czy Ballady o Narayamie Lafcadio Hearna, a ostatnio także za sprawą bardzo ciekawego i wzbogaconego o niewielką antologię opracowania Marcina Tatarczuka*. Tymczasem istniał analogiczny nurt w literaturze chińskiej, i niedawno został wznowiony (wydany po polsku w 1960 roku) wybór nowel Pu Songlinga (1640-1715) zatytułowany Mnisi-czarnoksiężnicy, czyli niesamowite historie o dziwnych ludziach. Zwykle przedmiotem naszych wpisów jest literatura współczesna, jednak wyjątkowo chciałabym się dzisiaj cofnąć do Chin czasów dynastii Tang oraz Ming.

W niemal tej samej epoce w Japonii kształtował się korpus kaidan, wpierw jako konglomerat podań ludowych, stopniowo „kodyfikowanych” i przenoszących się w sfery odbiorców piśmiennych, będących kompetentnymi uczestnikami kultury, krytycznymi, ironicznymi i spragnionymi rozrywek w duchu ukiyo – także rozrywek z dreszczykiem. Lektura kaidanów nawet dzisiaj może taki dreszczyk zapewnić, podobnie jak seans filmu Kwaidan, czyli opowieści niesamowite Kobayashiego z 1964 roku. Inaczej jest z chińskimi nowelami niesamowitymi, których Pu Songling zebrał i spisał aż 430 (edycja wydawnictwa Iskry to tylko 17 z nich). Nadprzyrodzone interwencje służą przede wszystkim publicznej moralności, mirowi domowemu i zgodzie międzyludzkiej, mają tedy charakter dydaktyczny, dodatkowo wzmacniany podsumowaniami i komentarzami autorskimi rekapitulującymi nauki płynące z danej historii.

Zadziwiającym odpowiednikiem „żyli długo i szczęśliwie” jest wskazanie dalszych losów bohaterów jako związanych z rozwojem urzędniczej kariery. Na przykład Mniszka-narzeczona Chen Yunqi kończy się w następujący sposób: „Wszyscy wnukowie pomyślnie przeszli przez egzaminy urzędnicze pierwszego stopnia, a najstarszy (…) zdał nawet egzaminy okręgowe” (s. 70).

To preferowany model kariery, choć są nowele, w których mowa o pracy kupców czy rolników również mogących się wzbogacić i zyskać szacunek swą pracą. Premiowana jest jednak pilna nauka, zyskiwanie pozycji cesarskiego funkcjonariusza i postępowanie drogą awansów. Co więcej, źli urzędnicy są degradowani albo usuwani ze swych stanowisk. Oczywiście to określenie nie pada w Mnichach-czarnoksiężnikach, jednak widzimy tu przykład apologii konfucjańskiej merytokracji, która – wedle życzeniowego myślenia Pu Songlinga – jest systemem nieomylnie sprawiedliwym (sam autor pomyślnie przeszedł przez cesarskie egzaminy dopiero w… osiemdziesiątym drugim roku życia!).

Wśród postaci nadprzyrodzonych spotykamy przede wszystkim lisice wcielone w piękne, roztropne i zaradne kobiety, uczone duchy, u których można zasięgać dobrych rad (jeden, Nieśmiertelny He, pomaga w poprawianiu prac egzaminacyjnych i ocenach twórczości literackiej!), ale i ludzi obdarzonych szczególnymi mocami – umiejętnością wróżenia czy znajomością proroczej mowy ptaków.

Interesujące w prezentowanych nowelach jest to, że w przeciwieństwie na przykład do powstałej współcześnie Miłości Peonii (szczegóły tu), Pu Songling nie akcentuje zbyt ostro różnic klasowych między bohaterami, nie podkreśla tych wyznaczników, które dziś oceniamy jako znamiona szczególnej kulturowej opresji (np. łamanie i specyficzne kształtowanie kości stóp u arystokratek i dam z zamożnych rodzin, niekiedy mylnie zwane jedynie bandażowaniem).
Oczywiście postaci są bogate lub ubogie, jednak ich powodzenie czy upadek są silnie uzależnione od pracowitości, ambicji, niekiedy też od fatum (spotkań z istotami nadnaturalnymi i ich ingerencji w życie śmiertelników), i nie można mówić o petryfikacji społecznego status quo. Praworządność konfucjańska nie triumfuje wszelako na każdym polu. Mężczyźni i kobiety nie są ukazywani jako uzupełniające się i splecione za sobą elementy yin i yang. Nie znajdują potwierdzeń znane nam stereotypy o niegdysiejszych Chinkach, ani obrazy znane z cyklu opowieści o sędzim Di Roberta van Gulika. Kobiety niekoniecznie są łagodne i spokojne, jednak „niegodne” zachowanie zawsze ma swe wyjaśnienie, i można znaleźć na nie radę. Na przykład żona-furiatka Jiangzheng traktowała swego męża Gao niezwykle brutalnie, gdyż w swym poprzedniej inkarnacji była myszą, którą on niechcący rozdeptał (on, tudzież jego przeszłe wcielenie). Wyjaśnienie tej sytuacji, i mały obrządek (w tym przypadku buddyjski) pomagają kobiecie otrząsnąć się z majaków przeszłości i zacząć żyć przyzwoicie, w małżeńskiej harmonii.

Poligamia przyjmuje najróżniejsze formy. Np. w noweli Hengniang o czarach miłosnych Zhu, lekceważona przez męża pierwsza („bardziej prawowita”) żona, ustępująca pola nałożnicy Baodai, uczy się od zaprzyjaźnionej sąsiadki, jak odzyskiwać względy mężczyzny, przy okazji zyskując nieco autonomii osobistej. Zauważamy, iż Zhu nie zależy żadną miarą na tym, by przegnać konkubinę – mężowską ulubienicę. Stosuje się skrupulatnie do rad przyjaciółki, aż w efekcie Baodai wraca na swą pierwotną pozycję służącej, a sama Zhu kwitnie jako żona pożądana i szanowana. Najciekawsze jest jednak, że pomocna przyjaciółka to nie człowiek, a lisica (a konkretnie, huli jing, lisi duch, bóstwo). Najwidoczniej sama kobieca solidarność nie wystarczyłaby Zhu do wyrwania się z małżeńskiego kryzysu. Lisica nie czyni wszakże zła. Ingeruje, jednak bohaterka właściwie nie musiała się stosować do jej zaleceń.

W innej noweli młoda kobieta, Qingmei, poświęca wiele starań, aby zeswatać szlachetnego, ale bardzo ubogiego mężczyznę, z Axi, córką ważnego urzędnika. Qingmei wychodzi nawet za owego biedaka, który w międzyczasie wybija się, awansuje. Ród Axi podupada, Qingmei znajduje zubożałą dziewczynę w klasztorze, wprowadza do swego domu, doprowadza do jej małżeństwa z własnym mężem, aby sfinalizować rozpoczęte lata wcześniej swaty. Nie trzeba chyba dopowiadać, że wierna, sprytna i obrotna swatka była córką lisicy (wzgardzonej przez człowieka).

Innym dość zaskakującym motywem jest triumf wiernej miłości – wbrew kilkuletniej rozłące, wbrew trudnościom finansowym czy przeszkodą społecznym. To, w połączeniu w wiarą w sprawiedliwość systemu merytokratycznego, daje nieco wyidealizowany obraz życia w dawnych Chinach, czy – patrząc z innej strony – niweluje wszelki potencjał krytyczny. Nowelistyką w czasach cesarstwa (Chiny stały się republiką w 1911 roku) parali się przede wszystkim urzędnicy niebędący w stanie dojść do pożądanych godności, jednak na przykładzie Pu Songlinga widać, iż woleli kanalizować swe ambicje i w wolnych chwilach poświęcać się pisarstwu dla rozrywki, posiadającemu dziś dla nas wielki walor etnologiczny. Pogodność i pewnego rodzaju poczciwość emanująca z Mnichów-czarnoksiężników bardzo odróżnia te opowieści od moich ulubionych kaidanów. Pozostanę jednak przy tych ostatnich, choć wycieczkę do krainy chińskich niesamowitości uważam za udaną.

Paulina Szkudlarek

Pu Songling, Mnisi-czarnoksiężnicy, czyli niesamowite historie o dziwnych ludziach, przeł. Danuta Żbikowska, Agnieszka Łobacz, Bożena Kowalska, Stanisław Pawelczyk, Iskry, Warszawa 2008.

Przypis:

* Lafcadio Hearn, Kwaidan. Opowieści niezwykłe, przeł. Jerzy A. Rzewuski, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1984 (oraz wydania późniejsze); Lafcadio Hearn, Ballada o Narayamie. Opowieści niesamowite z prozy japońskiej, przeł. Blanka Yonekawa, PIW, Warszawa 1986; Marcin Tatarczuk, Kaidan. Japońskie opowieści niesamowite epoki Edo, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2011.

Data wpisu: 20 stycznia, 2012 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Xue Xinran, „Dobre kobiety z Chin”, Fabienne Verdier, „Pasażerka ciszy”

Chiny, kraj wciąż w ogromnej mierze nieznany, tajemniczy i w pewnym sensie również złowrogi, oglądany pod różnymi kątami, to wdzięczny temat dla literatury zaangażowanej, i niewątpliwie ukazuje się sporo godnych uwagi książek, szczególnie socjologizujących reportaży na jego temat. Ostatnio miałam okazję przeczytać dwa, opublikowane nakładem wydawnictwa W.A.B. w serii Terra Incognita: Xue Xinran, Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia, oraz Fabienne Verdier, Pasażerka ciszy. Dziesięć lat w Chinach.

Xue Xinran była na początku lat dziewięćdziesiątych dziennikarką radiową, która w swoim nadawanym późna porą programie, „Słowa na wieczornym wietrze”, poruszała kwestie kobiece, i była w tym pionierką. Po paru latach, w 1997 roku, wyjechała do Anglii, gdzie pracowała w jednym z ośrodków studiów azjatyckich. Zdecydowała się opublikować swoje radiowe opowieści w formie książkowej. Autorka nie kryje swego warsztatu. Wspomina, w jaki sposób pozyskiwała tematy, dokąd jeździła, kto do niej pisał, kto dzwonił, co się działo za kulisami, wśród koleżanek i kolegów z redakcji, etc. Opowiada o swoich reakcjach na poznawane historie, jak również o swojej szokującej – w świetle jej własnych przeżyć z przeszłości – naiwności.

Porusza wszelkie „dyżurne” tematy feministyczne, charakterystyczne dla wczesnego etapu świadomości konieczności emancypacji. Uwzględnijmy także chińską specyfikę. Czytamy zatem historię dzieci „reedukowanych”, prześladowanych za domniemane winy rodziców w epoce rewolucji kulturalnej. Czytamy o nieszczęśliwych zamążpójściach. O parach rozdzielanych przez władze na długie dziesięciolecia. O profesorach zsyłanych do najbardziej zapadłych prowincjonalnych wiosek. Wyjaśnijmy – prowincjonalna wioska równa się kompletnemu upokorzeniu i deklasacji.

Potem czytamy o zmienionych już Chinach: o tygrysicy biznesu, z sercem złamanym przez wiarołomnego partnera (dodajmy, że w swoim czasie cudzołóstwo, czyli związki niezawarte jako śluby za zezwoleniem organizacji partyjnej, było przestępstwem). O wartości dziewictwa. O powinnościach rodziców wobec dzieci i vice versa. O próbie zalegalizowania chińskiego stowarzyszenia homoseksualistów.

Zebrane relacje, wspomnienia, zwierzenia, układają się w obraz upiorny. Prześladowania, niszczenie dorobku myśli i zasobów materialnych, rozbijanie rodzin – ze strony rewolucjonistów. Jednocześnie kultywowanie mizoginicznych tradycji, wiara w przesądy i samopotwierdzające stereotypy…

Dziennikarka, świadoma wieloletnich praktyk spychania intelektualistów na sam dół drabiny społecznej, dziwi się, gdy kobietami znakomicie wykształconymi okazują się na przykład zbieraczka śmieci, która żyje na ulicy (rozdział „Śmieciarka”) i stara wieśniaczka, w ramach reedukacji wygnana z akademii muzycznej i zmuszona do małżeństwa z przypadkowym chłopem, życia z pracy fizycznej, w osadzie pod partyjną kontrolą. Kiedy się nad tym zastanowić, wydaje się, że Xinran wypierała możliwość, iż podobnego degradującego, odbierającego materialne podstawy bytu i prestiż mogłoby się przydarzyć także i jej. Czuć, że powierniczki Xinran nigdy wcześniej nie miały z kim porozmawiać – tak, powiernictwo bywa wzajemne. Dziennikarka i wysłuchuje, i obnaża się sama (w rozdziale „Dzieciństwo, którego nigdy nie zapomnę”).

Niektóre z życiorysów oceniamy jako dobrowolne lub pełne rezygnacji poddanie się tokowi wydarzeń, które były do uniknięcia, na przykład przy ciut większej autorefleksyjności czy dzięki aktom obyczajowego nonkonformizmu. Inne epatują grozą sytuacji wszelkiego rodzaju zastraszenia, zniewolenia, przymusu, szantażu, przemocy, czy nieopisywalnej nędzy. Autorka przez długi czas nie zawadzała władzom. Pracowita, chętnie przyjmowana we wszystkich miejscach, w których zbierała materiały do programów, awansująca w radiowej hierarchii. Zdarzało się jednak, że odmawiano jej zgody na emisję audycji na określony temat, na przykład o wpędzeniu w chorobę psychiczną córki generała Kuomingu („Córka kuomintangowskiego generała”). Trafiały się też problemy z cenzurą „na żywo”, na przykład gdy do programu zadzwoniła kobieta domagająca się depenalizacji homoseksualizmu i szacunku dla homoseksualistów, a co więcej, wymuszająca na prowadzącej sformułowania opinii w tych kwestiach (rozdział „Kobieta, która kochała kobiety”). W przypadku owej rozmowy telefonicznej nie zadziałała aparatura opóźniająca emisję. Xinran nie mogła na antenie zbyć rozmówczyni, dowodząc wobec rzesz słuchaczy funkcjonowania cenzury, nie chciała też podpaść przełożonym. W kontrolce oddechy wstrzymywała cała ekipa radia, łącznie z dyrektorem.

Autorka porusza jeszcze jeden obowiązkowy, klasyczny feministyczny temat: kobiety i religia („W co wierzą Chinki”). W przypadku Chinek, z którymi rozmawiała, raziła bezrefleksyjność i interesowność wynikająca nie z potrzeb duchowych, a z koniunkturalizmu. Na przykład respondentki mówiły, że warto zostać chrześcijaninem, bo chrześcijan jest na świecie tak wielu, „że coś w tym musi być”, albo że modlą się ludzie starzy i biedni, czyli ci, którzy mają o co prosić: „Jeśli się wzbogacę, nie będę niczego wyznawać. A jeśli dalej będę taka biedna, to zacznę” (odpowiednio s. 115 i 116).

Dobre kobiety… czytałam z przerażeniem walczącym o lepsze z ulgą. To mnie nie dotyczy, to nie nasz świat. Lektura była tym ciekawsza, że niewiele wcześniej miałam okazję przeczytać Pasażerkę ciszy, wspomnienia Fabienne Verdier, młodej absolwentki francuskiej uczelni artystycznej, która uznała, że fascynuje ją malarstwo chińskie i po przeczytaniu jednego klasycznego chińskiego traktatu filozoficznego wystarała się o stypendium w Syczuanie. Była tam przez dziesięć lat. Wpierw w miejscu, w którym ją umieszczono, czyli w akademii sztuk pięknych, w której deprecjonowano dawne osiągnięcia artystyczne i zniechęcano do kontynuacji tych dróg, potem uczyła się od zapomnianych emerytowanych profesorów. Stopniowo nauczyła się języka, towarzyska i otwarta, pozyskiwała znajomości i przyjaźnie, jednak – z odbiorczego punktu widzenia – bardzo komplikowała życie osobom odpowiedzialnym za jej pobyt, wszędzie się wyróżniała (siłą rzeczy, jako Francuzka) i przyciągała uwagę. Nieprawdopodobnie razi jej ignorancja (kompetencje ogólnokulturowe) i pretensjonalność: snobistyczne powoływanie się na przypadkowo dobierane i wyrwane z kontekstu lektury, powierzchowność sądów, wybujałe aspiracje kamuflowane pokorą wobec „starożytnej wiedzy i sztuki”, słowem, dziecinada.

Jednak opisy Verdier oddają fascynujące i przerażające realia Chin sprzed ćwierćwiecza zarówno jeśli chodzi o materialne podstawy bytu, jak i organizację społeczną.

Xinran wspominała, że impuls do publikacji Dobrych kobiet… dało jej czyjeś stwierdzenie o tym, jakoby w Chinach panowało równouprawnienie kobiet i mężczyzn. Pierwsza myśl: któż mógł dokonać takiej „oceny” na podstawie faktu noszenia przez wszystkich obowiązkowych, niwelujących gender „mundurków”? Druga myśl: łatwo obśmiać ignorancję, trudniej ją rozproszyć. Zarówno Xinran, jak i Verdier opowiadają o świecie definiowanym przez rozbudowane struktury hierarchizujące ludzi, oczywiście ukazując bezmiar krzywd. Co łączy te dwie relacje, to uświadamianie – mimochodem – skali triumfu propagandy. Obie autorki u startu nie zdawały sobie sprawy z tego, jaka jest realna sytuacja w Chinach, niemal na wiarę biorąc oficjalne przekazy. Zdobywanie lepszej orientacji współzachodziło ze staraniami o poszerzenie przestrzeni własnej swobody, wpierw dość „na oślep”, potem z coraz większą empatią wobec osób, które mogły ponosić represje owych cudzych starań.

Verdier opisuje ponadto swoje – lekkomyślne podejmowane – podróże na prowincję, na tereny zamieszkiwane przez mniejszości etniczne, nawet nie tyle zmarginalizowane co spisane na straty czy metodycznie wyniszczane. Zauważmy, iż w czasie chińskiej dekady „pasażerki ciszy” światowa opinia publiczna była już poruszona wiedzą o prześladowaniach Tybetańczyków. Dzięki działalności XIV Dalaj Lamy była to tematyka poruszana na forach poświęconych obronom praw człowieka, tylko bądź samej Verdier nieznana, bądź celowo przez nią pomijana. Malarka do dzisiaj zachowuje dobre kontakty z Chinami (ergo chińskimi władzami), i może z rozmysłem unikać w swych publikacjach tematów klasyfikowanych przez Chiny jako kontrowersyjne.

Xinran z kolei interesująco balansuje pomiędzy rejestrowaniem historii jednostkowych a ogólnospołeczną a nawet polityczną skalą systemowych represji. Z pozoru jest idealistką, ale jej umocowanie zawodowe daje jej pewną moc sprawczą. Zresztą gdy Verdier podróżuje po terenach, w których zachowały się specyficzne zwyczaje, widzi jedynie folklor i popełnia gafę za gafą, co pociąga za sobą dość poważne konsekwencje… dla osób jej towarzyszących. Kiedy zaś Xinran jedzie do biednej osady na Wzgórzu Wołania, robi to w ramach pewnego rodzaju konwoju pomocowego. Chodziło tam wprawdzie o – pardon, taka idea przyświecała misji – cywilizowanie zakątków zapomnianych przez rewolucję, jednak Xinran jest pokorną obserwatorką, niezostawiającą za sobą zgliszcz.

Polaryzacja, to jest pochwała postawy Xinran i deprecjacja Verdier, byłaby niesprawiedliwa, tu potrzeba balansu. Jednak od strony podejścia życiowego Pasażerka ciszy budzi więcej moralnych oporów. Dodajmy, że autorka pojęła się później pracy w ambasadzie, z jednej strony legitymizując chiński porządek świata, z drugiej podkopując go swoimi niekonwencjonalnymi działaniami, sprawiając kłopoty osobom trzecim. Po upływie zatrudnienia w służbach dyplomatycznych powróciła do Francji i poświęciła się malarstwu.

Wnioski z obu lektur nie mogą być odkrywcze: Chiny to kraj kontrastów. Rozwarstwienie i nierówności społeczne były bolączkami i przed Mao Zedongiem, i za rewolucji kulturalnej w późnych latach 1960., i po jej najcięższej fali, i po otwarciu się na kapitalizm, przy czym dojmująco brakuje krytyki niesprawiedliwości, i przeciwdziałania jej. Pierwszym krokiem ku temu może być rozpoznanie tematyki, na przykład próba diagnoz opartych na herstoriach (choć przyznam, że bardzo nie lubię tego terminu). Xinran wyszła z nimi ku odbiorcy zachodniemu, po tym, jak wzbogaciła swą perspektywą poznawczą udziałem w życiu społeczeństwa demokratycznego i przynajmniej w pewnej mierze starającego się respektować jednostkowe prawa i wolności. Daleka od mitologizacji i pseudomistycznych uniesień, wypowiada się w sprawach zasadniczych, porusza świadomość czytelników. Nie kieruje się marzeniem o samorozwoju, ale jak najlepiej rozumianym interesem zbiorowym.

Przywołajmy słynne słowa bell hooks dotyczące akademickich narracji werbalizujących przeżycia podmiotów podporządkowanych obcej sobie władzy ekonomicznej, przekształcającej się we władzę retoryczną i ideową: „No need to hear your voice when I can talk about you better than you can speak about yourself”*. Xinran nie ukazuje „dobrych kobiet z Chin” z pozycji swej wyższości. Jest jedną z nich, jej własna historia jest również wstrząsająca. Dostała szansę, by stać się rzeczniczką „głosów z ukrycia” (tak – przypomnijmy – brzmi podtytuł książki), i szansę wykorzystała.

Paulina Szkudlarek

Xue Xinran, Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia, przeł. z angielskiego Katarzyna Kulpa, W.A.B., Warszawa 2008.
Fabienne Verdier, Pasażerka ciszy. Dziesięć lat w Chinach, przeł. Krystyna Arustowicz, W.A.B., Warszawa 2007.

*Cytowany artykuł bell hooks ukazał się pod tytułem Margines jako miejsce radykalnego otwarcia w przekładzie Ewy Domańskiej, w „Literaturze na Świecie” nr 01-02/2008.

Data wpisu: 26 listopada, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Czy rybki są szczęśliwe, gdy pływa z nimi trup? Simon Leys, „Szczęście małych rybek”

Tytułowe szczęście małych rybek to temat anegdoty opowiadanej przez autora w pierwszym z felietonów składających się na tomik. W tej opowiastce dwóch chińskich uczonych przechadza się po moście nad rzeką i rozprawia o szczęściu małych rybek, wesoło pluskających w wodzie. Szybko jednak zaczynają dyskutować o słuszności takiego stwierdzenia – skąd mają wiedzieć, czym owo szczęście małych rybek jest? Dialog kończy się, moim zdaniem, raczej dwuznaczną konstatacją – iż samo sformułowanie takiego pytania sugeruje, iż zapytany zna odpowiedź, a ponadto, że nawet tak abstrakcyjne pytanie jak to: czym w ogóle jest „szczęście małych rybek”, może być rozstrzygnięte dzięki doświadczeniu. W moim odczuciu nie jest to jednak pochwała empirii, ale stwierdzenie, iż rozważanie pewnych problemów jest błędnym kołem – wychodzimy bowiem od niewiedzy i w niej pozostajemy, ponieważ nasze odpowiedzi są czystym zmyśleniem. Nie są korygowane przez doświadczenie, jest ono jedynie „wartością dodaną” do przypadkowych ustaleń. Króciutka anegdota, od której wziął się tytuł całego tomiku, może być uznana za swego rodzaju motto dla podejścia autora wobec poruszanej tematyki.

Simon Leys to pseudonim literacki Pierre’a Ryckmansa, „belgijskiego sinologa, pisarza i krytyka literackiego. Studiował prawo na Katolickim Uniwersytecie w Leuven, a następnie język, literaturę i sztukę chińską na Tajwanie. W 1970 roku osiedlił się w Australii”, czytam na skrzydełku okładki. Ach, cudownie, myślę sobie, oto literacki obieżyświat, który na dodatek jest z wykształcenia sinologiem i mieszka na kontynencie, na którym wszystko stoi do góry nogami. Pociągający lekkoduch, który swobodnie kojarzy klasyków myśli zachodniej z myślicielami chińskimi. Znawca filozofii i literatury, który nie wykorzystuje swojej wiedzy do tworzenia żelaznego gorsetu sztywnego systemu, w który ujmie posiadane informacje i w które zakuje rozmówców. Przyjemność czytania, przyjemność pisania, mogłoby się wydawać, że nieskażona polityką, rzeczywistością, prozą życia; jej jedynym celem jest rozkoszowanie się lekkością myśli. Już niemal widziałam musicalową wstawkę w moim czytelniczym życiu, w której niesiona entuzjazmem polatuję przez piękny ogród by zatrzymać się nad cudnym oczkiem wodnym migoczącym złotem rybich łusek, kiedy kolejne strony książki uświadomiły mi, że w tym uroczym stawie pływa wzdęty od rozkładu trup.

Na początku czytałam „Szczęście małych rybek” z wielką przyjemnością, która jednak nie uśpiła mojego wrodzonego i męczącego zarówno mnie, jak i innych, krytycyzmu. Krótkie felietony były sympatyczną lekturą ciekawych spostrzeżeń rzucanych jakby od niechcenia, niczym w rozmowie, której nie dokończyło się, ponieważ rozmówca nie chce przesądzać ani kończyć namysłu nad żadną z poruszanych kwestii. Tu i ówdzie pojawiły się co prawda „żelazne punkty programu każdego erudyty” (Goethe, Proust, Swift, Wagner, etc. – tak na wszelki wypadek, by nie dać umrzeć tym nazwiskom), jednak całość nie jest powtórką z rozrywki. Niejaki brak planu, nienarzucanie jedynej koncepcji widzenia tematów, to wielkie plusy. Styl niemal potoczny, lekki, bezpośredni, ale jednocześnie dość bezosobowy, przeskakiwanie z cytatu na cytat chwilami zaskakuje doborem przywoływanych autorów, a chwilami zastanawia, na ile to jeszcze erudycja, a na ile myślotok, dziki bluszcz, którego nie przycina ani nie ogarnia ogrodnik.

Niefortunnie brzmią słowa autora potępiające rasizm i seksizm, ponieważ zdarzają mu się seksistowskie komentarze, niewinnie przemycane w cytatach, najchętniej puentujących dany fragment rozważań (recenzja jest jak naga kobieta, zakonnicy życzy się, by jej synowie zaszli wysoko w kościelnej hierarchii, na karierze instrumentalistki najbardziej zaważyło to, iż niegdyś zwrócono się do niej „proszę pana”, etc.). Tymczasem być może za rasizm można uznać to,f co chyba najbardziej wstrząsające – pomijanie, niedostrzeganie aktualnych problemów społecznych i kulturowych, o czym piszę niżej. O ile więc miałam ochotę przymknąć oko na ewidentne wpadki rodem z repertuaru „dżentelmena” z początku dwudziestego wieku, niektóre rozważania autora niestety zaliczam raczej do utyskiwań w rodzaju nieszczęsnych „refleksji” Jana Turnaua aka „Jonasza” w „Gazecie Wyborczej”. Leys wstrząśnięty sytuacją Chin podczas maoistowskiej rewolucji kulturalnej (krótko o tym można przeczytać tutaj i tutaj) nie otworzył jednakowoż swych mądrych ocząt na tyle, by dostrzec dwuznaczność swoich pasji intelektualnych. W wywiadzie z 2011 roku dla „China Heritage Quarterly”, Leys opowiada o swoich aktualnych lekturach – dowiadujemy się, że czyta niejakiego „Leszka Kolekowskiego” (ale może ta literówka nie jest winą jego, tylko internetowego dziennika), ale również eseje Ciorana. Biorąc pod uwagę fakt, że posługuje się językiem francuskim, a także wydaje się żywo zainteresowany ideą „docierania do prawdy”, szkoda, że nie przeczytał na temat autora sardonicznych maksym znakomitej książki Alexandry Laignel–Lavastine „Cioran, Eliade, Ionesco: o zapominaniu faszyzmu. Trzech intelektualistów rumuńskich w dziejowej zawierusze” (przeł. Ireneusz Kania, Universitas, Kraków 2010), która wyszła we Francji w 2002 roku. Być może nie byłby tak entuzjastyczny wobec ideologa rumuńskiej faszystowskiej Żelaznej Gwardii, który nigdy – co bardzo przekonująco udowadnia Laignel–Lavastine – nie odciął się od swojej przeszłości, wręcz przeciwnie, na emigracji robił, co tylko możliwe, by uniknąć spotkania z rodakami, którzy uciekli z Rumunii z innych niż on powodów, i doskonale pamiętali, kogo swego czasu czcił i wychwalał błyskotliwy Emil.

Powrócę raz jeszcze do tytułowej anegdotki, która się pojawia w felietonie otwierającym tomik „Szczęście małych rybek. Wiedza z wysokości mostu”. Subtelna przypowieść chińska może być odczytana tak: nikt nie jest w stanie stać się szczęśliwą rybką, ale każdy zna prawdę o jej samopoczuciu/stanie. Ale uczony może opowiedzieć o swojej próbie zrozumienia czy wyobrażenia sobie tego stanu. Leys opowiada się przy okazji przeciwko rugowaniu z nauczania instytucjonalnego sądów wartościujących jako bezprawnych. Według niego byłoby to równoznaczne ze zgonem samej idei uniwersytetu. Ironicznie cytuje w tym kontekście Wiktora Hugo „Każdy uczony jest trochę trupem” (s. 11), co w przypadku Leysa muszę niestety potwierdzić, iż jest może nie tylko „trochę” trupem intelektualnym. Dlaczego? Wielokrotnie lamentuje nad zwycięstwem poprawności politycznej, która przyczynia się nie tylko do usuwania pewnych „idei” z przekazywanych na uczelniach treści, ale również podważa prawo i reguły ocen, które niegdyś funkcjonowały i dominowały. W kontekście osobistych doświadczeń Leysa można by doszukiwać się w jego obronie swego rodzaju oporu wobec czegoś, co mu się kojarzy z kulturalną rewolucją maoistowskich Chin, której przez pewien czas był bezpośrednim świadkiem. Jednak Leys nie odwołuje się do swojej biografii. Moim zdaniem Leys nie potrafi diagnozować przemian współczesnego świata i myśli humanistycznej, o czym świadczy nie tylko wybierana przez niego tematyka, ale uporczywe niedostrzeganie przyczyn tego, co łatwiej mu nazwać „upadkiem”, niż próbować zrozumieć. Nie chce zauważyć, że ów zgon idei uniwersytetu (s. 11) następuje również z powodu braku odpowiedzialności i wyobraźni moralnej intelektualistów zachodnich. Społeczeństwo, a raczej siły konserwatywne kładące nacisk na wagę i powagę autorytetu, wskazując jego źródła, skrajnie nieodpowiedzialnie skazują strony mające owych autorytetów słuchać, na powtarzanie błędów i odklejanie się od zmian następujących w świecie. Rzecz nie w tym, że zmiany są na lepsze czy gorsze, one są zawsze; rewolty nastają, gdy udawanie, że tych zmian nie ma, posuwa się za daleko.

Opinie Leysa na temat współczesności charakteryzuje przede wszystkim brak wrażliwości społecznej – która przydaje się, gdy przemawia z wysokości uczonego Zachodu, chrześcijańskiego obrońcy platońskiej prawdy – na tematy społeczne właśnie. Pomijając wpadkę z chwaleniem mądrości Ciorana, Leys przybiera pozy misjonarza niosącego kaganek oświaty, który zauważa tylko podobnych sobie na ziemi niczyjej. Spójrzmy np. na felieton „Wycieczka do Nowej Anglii”. Oto autor zauważa, że niesłusznie zarzuca się Ameryce (w domyśle: USA) bycie młodą, niedojrzałą kulturą, której brak wyrafinowania i doświadczenia pozwalającego na prowadzenie bardziej humanitarnej i niepozbawionej wyobraźni polityki zagranicznej. A przecież, zauważa Leys, „istniała również ‘stara’ Ameryka, której wyrafinowanie w niczym nie ustępowały wyrafinowaniu i humanizmowi jej europejskich kuzynów” (s. 13). „No jasne” – myślę sobie. – „Ponad 124 plemion Amerykanów rdzennych w samej Ameryce Północnej i wielkie kultury ludów Ameryki Południowej w czasach przed Kolumbem”, ale autor szybko rozwiewa moje naiwne podejście, bowiem pisze, że ma na myśli tzw. „Nową Anglię”, czyli region Stanów Zjednoczonych nazywany przez Amerykanów kolebką ich współczesnej kultury i świadomości odrębności kulturowej wobec Europy, z której przybyli oni bądź ich przodkowie. Ale może należy przyznać rację Leysowi, bo przecież ludność współczesnej Ameryki nie wyrosła na doświadczeniu i kulturze jej rdzennych mieszkańców: nie ma niemal żadnej kontynuacji, nie ma pełnoprawnego odniesienia; to kultura wyrosła na krwawym podboju, bezwzględnym rabunku w imię zamorskich imperiów chrześcijańskich. Słusznie, że wierzący i praktykujący katolik Leys – jak sam siebie opisuje – nie wspomina o jakichś tam brudnych poganach.

Pochodzący z Belgii autor powinien coś niecoś słyszeć na temat problematyki kolonializmu i postkolonializmu, zwłaszcza, że na dodatek osiadł w Australii, gdzie dramatyczna sytuacja ekonomiczna i społeczna znacznej większości jej rdzennych mieszkańców jest szokującą i smutną codziennością. Lata siedemdziesiąte XX w., w których Leys zamieszkał na kontynencie Aborygenów, to czas, gdy potomkowie białych przybyszów ze „starego świata” zaczęli sobie stopniowo uświadamiać, że biedna, niedouczona, mająca problem z alkoholem, narkotykami i przemocą miejscowa czarna mniejszość etniczna, nie znalazła się w tak pożałowania godnym położeniu z własnej woli, z własnego wyboru, ale jest to konsekwencja agresji najeźdźców, którzy „odkryli” Australię w podobnym stylu, jak swego czasu Ameryki. Jednak w eseju o ciekawym w tym kontekście tytule „O kłamstwach, które mówią prawdę”, a który pierwotnie był referatem na doroczną konferencję australijskiego Sądu Najwyższego w 2007 roku (gdzie Leys wygłosił go pod innym tytułem: „Prawdy historyczne i inne”), autor nawet się nie zająknął o jak najbardziej aktualnym problemie australijskiego społeczeństwa, podzielonego i skonfliktowanego. Nie wierzę, że ta tematyka była mu zupełnie obca, że nie zetknął się z nią, choćby dlatego, że w tym czasie nie dyskutowano o tym w Australii, bowiem właśnie w 2007 roku ława przysięgłych w australijskim Townville, po trzyletnim procesie uznała sierżanta policji, Chrisa Hurleya za niewinnego w sprawie śmierci aresztowanego Aborygena Camerona Doomadgee w 2004 roku. Był to pierwszy w historii Australii proces oskarżający policjanta o spowodowanie śmierci aresztanta. Historia stała się bardzo głośna nie tylko na kontynencie australijskim, a sam proces, a także jak do niego doszło i co się stało bezpośrednio po nim, opisała we wstrząsającej książce „Wysoki. Śmierć Camerona Doomadgee” Chloe Hooper (przeł. Agnieszka Nowakowska, Czarne, Wołowiec 2010). W tej relacji nic nie jest czarno–białe; jak powiedziała autorka: „pewne jest jedno prawdę o tym, co tam się stało, zna tylko dwóch ludzi, z których jeden nie żyje” (całość wywiadu z Hooper tutaj). W roku 2009 wznowiono śledztwo, analizujące po raz kolejny dowody i zeznania świadków. Hooper, laureatka wielu nagród, w Polsce nominowana do Nagrody im. Kapuścińskiego, opowiada w wywiadach o procesie tworzenia swojej książki i podkreśla, jak niewiele biali mieszkańcy Australii wiedzą o Aborygenach, jak mało interesują się ich sytuacją i dziejami, jak błogo nieświadomi są wzajemnych relacji i tego, w jaki sposób biali przybysze zdobyli supremację na „terra nulla”. Śledztwo w sprawie śmierci Camerona Doomadgee to śledztwo w sprawie kłamstw, to bardzo skomplikowana historia, na którą składają się między innymi nigdy nie „przetrawiona” historia prześladowań kolonialnych, jakich doznali i doznają Aborygeni. Zresztą zwróćmy uwagę na samo nazewnictwo: Australijczycy – nie wymaga to dodatkowych opisów, Aborygeni – nie brzmi jak „Australijczycy”, przez sam rozdźwięk nazwy gdzieś pozostaje sugestia, że oni nie mają prawa do swojej ziemi.

Jednakże ta bulwersująca i nader aktualna sprawa nie doczekała się nawet najmniejszej wzmianki w referacie Leysa, a raczej – jeśli się doczekała, to o tym nie wiemy (Leys nie odnotowuje, na ile różne są wersje jego eseju – w książce i referatu, który wygłosił). Dowiadujemy się natomiast, ze autor uznał za stosowne wspomnieć o… stalinizmie i hitleryzmie. Jak wiadomo, Australia straszliwie wycierpiała podczas Zimnej Wojny, a Trzecia Rzesza jak tylko zajęła niemal całą Europę, planowała natychmiastowy desant na kontynent australijski. Pisarz nie ma oczywiście żadnego obowiązku być sprawozdawcą politycznym swoich czasów, niemniej jednak jeśli udaje skromnego, ale jednocześnie obytego intelektualistę, radego, by przedstawicieli australijskiej palestry uraczyć godnym zapamiętania referatem o dążeniu do prawdy i o naturze kłamstwa, przy jednoczesnym odwołaniu się do historii północnoatlantyckiej kultury, byłoby cudownie nie zapominać o tym, gdzie i kiedy o tym opowiada. Zbiór felietonów „Szczęście małych rybek” nie jest tylko przyznaniem się, że humanistyka mówi o rzeczach, na których nie ma prawa się znać – czyli dysponować jakimiś ostatecznymi odpowiedziami na prawidłowo postawione pytania. Czytelnik wie, że humanista to uroczy oszust, który zrobił ze śmietnika smoczą górę klejnotów. Problem w tym, że wybór tej tytułowej anegdoty świadczy o kierowaniu myśli i uwagi autora „zawsze gdzieś indziej, zawsze dalej”, nigdy tam, gdzie faktycznie przebywa. Ironicznie, lubując się w klasykach literatury zachodniej, Leys wybiera często cytaty doskonale go opisujące. Trochę niczym obywatel Laputy Swifta, trochę niczym trup z balzakowskiej metafory uczonego.

Sławomira Raczyńska

Simon Leys, Szczęście małych rybek. Listy z Antypodów. O literaturze i nie tylko, przeł. Wiktor Dłuski, Drzewo Babel, Warszawa 2011. Wszystkie nieoznaczone cytaty i odwołania pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 29 sierpnia, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Czy rybki są szczęśliwe, gdy pływa z nimi trup? Simon Leys, „Szczęście małych rybek”

Tytułowe szczęście małych rybek to temat anegdoty opowiadanej przez autora w pierwszym z felietonów składających się na tomik. W tej opowiastce dwóch chińskich uczonych przechadza się po moście nad rzeką i rozprawia o szczęściu małych rybek, wesoło pluskających w wodzie. Szybko jednak zaczynają dyskutować o słuszności takiego stwierdzenia – skąd mają wiedzieć, czym owo szczęście małych rybek jest? Dialog kończy się, moim zdaniem, raczej dwuznaczną konstatacją – iż samo sformułowanie takiego pytania sugeruje, iż zapytany zna odpowiedź, a ponadto, że nawet tak abstrakcyjne pytanie jak to: czym w ogóle jest „szczęście małych rybek”, może być rozstrzygnięte dzięki doświadczeniu. W moim odczuciu nie jest to jednak pochwała empirii, ale stwierdzenie, iż rozważanie pewnych problemów jest błędnym kołem – wychodzimy bowiem od niewiedzy i w niej pozostajemy, ponieważ nasze odpowiedzi są czystym zmyśleniem. Nie są korygowane przez doświadczenie, jest ono jedynie „wartością dodaną” do przypadkowych ustaleń. Króciutka anegdota, od której wziął się tytuł całego tomiku, może być uznana za swego rodzaju motto dla podejścia autora wobec poruszanej tematyki.

Simon Leys to pseudonim literacki Pierre’a Ryckmansa, „belgijskiego sinologa, pisarza i krytyka literackiego. Studiował prawo na Katolickim Uniwersytecie w Leuven, a następnie język, literaturę i sztukę chińską na Tajwanie. W 1970 roku osiedlił się w Australii”, czytam na skrzydełku okładki. Ach, cudownie, myślę sobie, oto literacki obieżyświat, który na dodatek jest z wykształcenia sinologiem i mieszka na kontynencie, na którym wszystko stoi do góry nogami. Pociągający lekkoduch, który swobodnie kojarzy klasyków myśli zachodniej z myślicielami chińskimi. Znawca filozofii i literatury, który nie wykorzystuje swojej wiedzy do tworzenia żelaznego gorsetu sztywnego systemu, w który ujmie posiadane informacje i w które zakuje rozmówców. Przyjemność czytania, przyjemność pisania, mogłoby się wydawać, że nieskażona polityką, rzeczywistością, prozą życia; jej jedynym celem jest rozkoszowanie się lekkością myśli. Już niemal widziałam musicalową wstawkę w moim czytelniczym życiu, w której niesiona entuzjazmem polatuję przez piękny ogród by zatrzymać się nad cudnym oczkiem wodnym migoczącym złotem rybich łusek, kiedy kolejne strony książki uświadomiły mi, że w tym uroczym stawie pływa wzdęty od rozkładu trup.

Na początku czytałam „Szczęście małych rybek” z wielką przyjemnością, która jednak nie uśpiła mojego wrodzonego i męczącego zarówno mnie, jak i innych, krytycyzmu. Krótkie felietony były sympatyczną lekturą ciekawych spostrzeżeń rzucanych jakby od niechcenia, niczym w rozmowie, której nie dokończyło się, ponieważ rozmówca nie chce przesądzać ani kończyć namysłu nad żadną z poruszanych kwestii. Tu i ówdzie pojawiły się co prawda „żelazne punkty programu każdego erudyty” (Goethe, Proust, Swift, Wagner, etc. – tak na wszelki wypadek, by nie dać umrzeć tym nazwiskom), jednak całość nie jest powtórką z rozrywki. Niejaki brak planu, nienarzucanie jedynej koncepcji widzenia tematów, to wielkie plusy. Styl niemal potoczny, lekki, bezpośredni, ale jednocześnie dość bezosobowy, przeskakiwanie z cytatu na cytat chwilami zaskakuje doborem przywoływanych autorów, a chwilami zastanawia, na ile to jeszcze erudycja, a na ile myślotok, dziki bluszcz, którego nie przycina ani nie ogarnia ogrodnik.

Niefortunnie brzmią słowa autora potępiające rasizm i seksizm, ponieważ zdarzają mu się seksistowskie komentarze, niewinnie przemycane w cytatach, najchętniej puentujących dany fragment rozważań (recenzja jest jak naga kobieta, zakonnicy życzy się, by jej synowie zaszli wysoko w kościelnej hierarchii, na karierze instrumentalistki najbardziej zaważyło to, iż niegdyś zwrócono się do niej „proszę pana”, etc.). Tymczasem być może za rasizm można uznać to,f co chyba najbardziej wstrząsające – pomijanie, niedostrzeganie aktualnych problemów społecznych i kulturowych, o czym piszę niżej. O ile więc miałam ochotę przymknąć oko na ewidentne wpadki rodem z repertuaru „dżentelmena” z początku dwudziestego wieku, niektóre rozważania autora niestety zaliczam raczej do utyskiwań w rodzaju nieszczęsnych „refleksji” Jana Turnaua aka „Jonasza” w „Gazecie Wyborczej”. Leys wstrząśnięty sytuacją Chin podczas maoistowskiej rewolucji kulturalnej (krótko o tym można przeczytać tutaj i tutaj) nie otworzył jednakowoż swych mądrych ocząt na tyle, by dostrzec dwuznaczność swoich pasji intelektualnych. W wywiadzie z 2011 roku dla „China Heritage Quarterly”, Leys opowiada o swoich aktualnych lekturach – dowiadujemy się, że czyta niejakiego „Leszka Kolekowskiego” (ale może ta literówka nie jest winą jego, tylko internetowego dziennika), ale również eseje Ciorana. Biorąc pod uwagę fakt, że posługuje się językiem francuskim, a także wydaje się żywo zainteresowany ideą „docierania do prawdy”, szkoda, że nie przeczytał na temat autora sardonicznych maksym znakomitej książki Alexandry Laignel–Lavastine „Cioran, Eliade, Ionesco: o zapominaniu faszyzmu. Trzech intelektualistów rumuńskich w dziejowej zawierusze” (przeł. Ireneusz Kania, Universitas, Kraków 2010), która wyszła we Francji w 2002 roku. Być może nie byłby tak entuzjastyczny wobec ideologa rumuńskiej faszystowskiej Żelaznej Gwardii, który nigdy – co bardzo przekonująco udowadnia Laignel–Lavastine – nie odciął się od swojej przeszłości, wręcz przeciwnie, na emigracji robił, co tylko możliwe, by uniknąć spotkania z rodakami, którzy uciekli z Rumunii z innych niż on powodów, i doskonale pamiętali, kogo swego czasu czcił i wychwalał błyskotliwy Emil.

Powrócę raz jeszcze do tytułowej anegdotki, która się pojawia w felietonie otwierającym tomik „Szczęście małych rybek. Wiedza z wysokości mostu”. Subtelna przypowieść chińska może być odczytana tak: nikt nie jest w stanie stać się szczęśliwą rybką, ale każdy zna prawdę o jej samopoczuciu/stanie. Ale uczony może opowiedzieć o swojej próbie zrozumienia czy wyobrażenia sobie tego stanu. Leys opowiada się przy okazji przeciwko rugowaniu z nauczania instytucjonalnego sądów wartościujących jako bezprawnych. Według niego byłoby to równoznaczne ze zgonem samej idei uniwersytetu. Ironicznie cytuje w tym kontekście Wiktora Hugo „Każdy uczony jest trochę trupem” (s. 11), co w przypadku Leysa muszę niestety potwierdzić, iż jest może nie tylko „trochę” trupem intelektualnym. Dlaczego? Wielokrotnie lamentuje nad zwycięstwem poprawności politycznej, która przyczynia się nie tylko do usuwania pewnych „idei” z przekazywanych na uczelniach treści, ale również podważa prawo i reguły ocen, które niegdyś funkcjonowały i dominowały. W kontekście osobistych doświadczeń Leysa można by doszukiwać się w jego obronie swego rodzaju oporu wobec czegoś, co mu się kojarzy z kulturalną rewolucją maoistowskich Chin, której przez pewien czas był bezpośrednim świadkiem. Jednak Leys nie odwołuje się do swojej biografii. Moim zdaniem Leys nie potrafi diagnozować przemian współczesnego świata i myśli humanistycznej, o czym świadczy nie tylko wybierana przez niego tematyka, ale uporczywe niedostrzeganie przyczyn tego, co łatwiej mu nazwać „upadkiem”, niż próbować zrozumieć. Nie chce zauważyć, że ów zgon idei uniwersytetu (s. 11) następuje również z powodu braku odpowiedzialności i wyobraźni moralnej intelektualistów zachodnich. Społeczeństwo, a raczej siły konserwatywne kładące nacisk na wagę i powagę autorytetu, wskazując jego źródła, skrajnie nieodpowiedzialnie skazują strony mające owych autorytetów słuchać, na powtarzanie błędów i odklejanie się od zmian następujących w świecie. Rzecz nie w tym, że zmiany są na lepsze czy gorsze, one są zawsze; rewolty nastają, gdy udawanie, że tych zmian nie ma, posuwa się za daleko.

Opinie Leysa na temat współczesności charakteryzuje przede wszystkim brak wrażliwości społecznej – która przydaje się, gdy przemawia z wysokości uczonego Zachodu, chrześcijańskiego obrońcy platońskiej prawdy – na tematy społeczne właśnie. Pomijając wpadkę z chwaleniem mądrości Ciorana, Leys przybiera pozy misjonarza niosącego kaganek oświaty, który zauważa tylko podobnych sobie na ziemi niczyjej. Spójrzmy np. na felieton „Wycieczka do Nowej Anglii”. Oto autor zauważa, że niesłusznie zarzuca się Ameryce (w domyśle: USA) bycie młodą, niedojrzałą kulturą, której brak wyrafinowania i doświadczenia pozwalającego na prowadzenie bardziej humanitarnej i niepozbawionej wyobraźni polityki zagranicznej. A przecież, zauważa Leys, „istniała również ‘stara’ Ameryka, której wyrafinowanie w niczym nie ustępowały wyrafinowaniu i humanizmowi jej europejskich kuzynów” (s. 13). „No jasne” – myślę sobie. – „Ponad 124 plemion Amerykanów rdzennych w samej Ameryce Północnej i wielkie kultury ludów Ameryki Południowej w czasach przed Kolumbem”, ale autor szybko rozwiewa moje naiwne podejście, bowiem pisze, że ma na myśli tzw. „Nową Anglię”, czyli region Stanów Zjednoczonych nazywany przez Amerykanów kolebką ich współczesnej kultury i świadomości odrębności kulturowej wobec Europy, z której przybyli oni bądź ich przodkowie. Ale może należy przyznać rację Leysowi, bo przecież ludność współczesnej Ameryki nie wyrosła na doświadczeniu i kulturze jej rdzennych mieszkańców: nie ma niemal żadnej kontynuacji, nie ma pełnoprawnego odniesienia; to kultura wyrosła na krwawym podboju, bezwzględnym rabunku w imię zamorskich imperiów chrześcijańskich. Słusznie, że wierzący i praktykujący katolik Leys – jak sam siebie opisuje – nie wspomina o jakichś tam brudnych poganach.

Pochodzący z Belgii autor powinien coś niecoś słyszeć na temat problematyki kolonializmu i postkolonializmu, zwłaszcza, że na dodatek osiadł w Australii, gdzie dramatyczna sytuacja ekonomiczna i społeczna znacznej większości jej rdzennych mieszkańców jest szokującą i smutną codziennością. Lata siedemdziesiąte XX w., w których Leys zamieszkał na kontynencie Aborygenów, to czas, gdy potomkowie białych przybyszów ze „starego świata” zaczęli sobie stopniowo uświadamiać, że biedna, niedouczona, mająca problem z alkoholem, narkotykami i przemocą miejscowa czarna mniejszość etniczna, nie znalazła się w tak pożałowania godnym położeniu z własnej woli, z własnego wyboru, ale jest to konsekwencja agresji najeźdźców, którzy „odkryli” Australię w podobnym stylu, jak swego czasu Ameryki. Jednak w eseju o ciekawym w tym kontekście tytule „O kłamstwach, które mówią prawdę”, a który pierwotnie był referatem na doroczną konferencję australijskiego Sądu Najwyższego w 2007 roku (gdzie Leys wygłosił go pod innym tytułem: „Prawdy historyczne i inne”), autor nawet się nie zająknął o jak najbardziej aktualnym problemie australijskiego społeczeństwa, podzielonego i skonfliktowanego. Nie wierzę, że ta tematyka była mu zupełnie obca, że nie zetknął się z nią, choćby dlatego, że w tym czasie nie dyskutowano o tym w Australii, bowiem właśnie w 2007 roku ława przysięgłych w australijskim Townville, po trzyletnim procesie uznała sierżanta policji, Chrisa Hurleya za niewinnego w sprawie śmierci aresztowanego Aborygena Camerona Doomadgee w 2004 roku. Był to pierwszy w historii Australii proces oskarżający policjanta o spowodowanie śmierci aresztanta. Historia stała się bardzo głośna nie tylko na kontynencie australijskim, a sam proces, a także jak do niego doszło i co się stało bezpośrednio po nim, opisała we wstrząsającej książce „Wysoki. Śmierć Camerona Doomadgee” Chloe Hooper (przeł. Agnieszka Nowakowska, Czarne, Wołowiec 2010). W tej relacji nic nie jest czarno–białe; jak powiedziała autorka: „pewne jest jedno prawdę o tym, co tam się stało, zna tylko dwóch ludzi, z których jeden nie żyje” (całość wywiadu z Hooper tutaj). W roku 2009 wznowiono śledztwo, analizujące po raz kolejny dowody i zeznania świadków. Hooper, laureatka wielu nagród, w Polsce nominowana do Nagrody im. Kapuścińskiego, opowiada w wywiadach o procesie tworzenia swojej książki i podkreśla, jak niewiele biali mieszkańcy Australii wiedzą o Aborygenach, jak mało interesują się ich sytuacją i dziejami, jak błogo nieświadomi są wzajemnych relacji i tego, w jaki sposób biali przybysze zdobyli supremację na „terra nulla”. Śledztwo w sprawie śmierci Camerona Doomadgee to śledztwo w sprawie kłamstw, to bardzo skomplikowana historia, na którą składają się między innymi nigdy nie „przetrawiona” historia prześladowań kolonialnych, jakich doznali i doznają Aborygeni. Zresztą zwróćmy uwagę na samo nazewnictwo: Australijczycy – nie wymaga to dodatkowych opisów, Aborygeni – nie brzmi jak „Australijczycy”, przez sam rozdźwięk nazwy gdzieś pozostaje sugestia, że oni nie mają prawa do swojej ziemi.

Jednakże ta bulwersująca i nader aktualna sprawa nie doczekała się nawet najmniejszej wzmianki w referacie Leysa, a raczej – jeśli się doczekała, to o tym nie wiemy (Leys nie odnotowuje, na ile różne są wersje jego eseju – w książce i referatu, który wygłosił). Dowiadujemy się natomiast, ze autor uznał za stosowne wspomnieć o… stalinizmie i hitleryzmie. Jak wiadomo, Australia straszliwie wycierpiała podczas Zimnej Wojny, a Trzecia Rzesza jak tylko zajęła niemal całą Europę, planowała natychmiastowy desant na kontynent australijski. Pisarz nie ma oczywiście żadnego obowiązku być sprawozdawcą politycznym swoich czasów, niemniej jednak jeśli udaje skromnego, ale jednocześnie obytego intelektualistę, radego, by przedstawicieli australijskiej palestry uraczyć godnym zapamiętania referatem o dążeniu do prawdy i o naturze kłamstwa, przy jednoczesnym odwołaniu się do historii północnoatlantyckiej kultury, byłoby cudownie nie zapominać o tym, gdzie i kiedy o tym opowiada. Zbiór felietonów „Szczęście małych rybek” nie jest tylko przyznaniem się, że humanistyka mówi o rzeczach, na których nie ma prawa się znać – czyli dysponować jakimiś ostatecznymi odpowiedziami na prawidłowo postawione pytania. Czytelnik wie, że humanista to uroczy oszust, który zrobił ze śmietnika smoczą górę klejnotów. Problem w tym, że wybór tej tytułowej anegdoty świadczy o kierowaniu myśli i uwagi autora „zawsze gdzieś indziej, zawsze dalej”, nigdy tam, gdzie faktycznie przebywa. Ironicznie, lubując się w klasykach literatury zachodniej, Leys wybiera często cytaty doskonale go opisujące. Trochę niczym obywatel Laputy Swifta, trochę niczym trup z balzakowskiej metafory uczonego.

Sławomira Raczyńska

Simon Leys, Szczęście małych rybek. Listy z Antypodów. O literaturze i nie tylko, przeł. Wiktor Dłuski, Drzewo Babel, Warszawa 2011. Wszystkie nieoznaczone cytaty i odwołania pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 29 sierpnia, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Córka botanika (The Chinese Botanist’s Daughters)

Magiczny film. Po pierwsze porusza temat lesbianizmu w Chinach, po drugie ogród botaniczny okazuje się być fascynującym miejscem. Zakończenie pozostaje długo w pamięci.

Min (Mylene Jampanoi) opuszcza sierociniec. Zafascynowana naturą i roślinami, postanawia odbyć staż u sławnego właściciela egzotycznego ogrodu botanicznego, który jest dla niej wielkim autorytetem. Mężczyzna mieszka z córką An. Dziewczęta poznają się i zaprzyjaźniają. Z czasem przyjaźń ta przeradza się w erotyczną fascynację, skrywaną wśród zieleni tajemniczego ogrodu?

Kraj: Chiny, Francja, Kanada Rok produkcji: 2006 Czas: 105 min.
Tagi: Dla ciekawych świataMelancholijnePani domuKino azjatyckieKino francuskieDramat
Reżyseria: Sijie Dai
Scenariusz: Sijie DaiNadine Perront
Obsada: Dinh Xuang TungVuong Trach VuLing Dong FuNguyen Van QuangLinh Thj Bich ThuXiao Ran LiPhuong-ThanhDrieu Van ChauNhu Quynh NguyenWei-chang WangChu HungYang JunTuo JilinMylene Jampanoi
http://www.iplex.pl/filmy/corka-botanika,1062


Data wpisu: 7 sierpnia, 2011 autor wpisu: Monika admin Czaplicka  |  Komentowanie nie jest możliwe

Chinka walczy o męża

Dwie kobiety tak, mężczyzna plus kobieta nie – takie paradoksy wywołuje prawo panujące w Hong Kongu.
Miesiąc temu w Polsce udało się pobrać dwóm kobietom, z czego jedna z nich jest transgender. Mniej szczęścia miała transgenderowa para z Hong Kongu. Transseksualna kobieta bezskutecznie usiłuje poślubić swojego narzeczonego. W większości chińskich prowincji nie ma przeciwwskazań do zawarcia [...]

Data wpisu: 8 października, 2010 autor wpisu: Ania B  |  Komentowanie nie jest możliwe

O miłości? Uwagi na marginesie „Miłości Peonii” Lisy See

Walentynki! Znakomita stymulacja popytu w okresie po noworocznych wyprzedażach, powrót świetlistych kolorów na ulice, z których znikły bożonarodzeniowe dekoracje, skuteczne zaklinanie zimowej wszechmartwoty… O odpowiedni nastrój dbają też księgarnie, eksponując adekwatną ofertę wydawniczą.

Nie trzeba chyba dowodzić, iż opowieść o miłości nie musi być tandetnym romansidłem… wszelako właśnie wśród tych ostatnich znalazłam niegdyś „Peonię”. Tania edycja, okładka konotująca orientalność wiązaną jednocześnie z wyrafinowanym erotyzmem i liryzmem, w który sublimują niespełnialne marzenia. Ponadto z tyłu tomiku czytamy, iż „Lisa See jest autorką sześciu powieści, cieszących się wielkim zainteresowaniem czytelników”, zaś prezentowana tu historia „pasji, tęsknot i namiętności” to „fascynująca, bogata w egzotyczne realia powieść o miłości silniejszej niż śmierć”. Czy brzmi to zachęcająco? Cóż, gdyby nie rekomendacja, zapewne „nie zniżyłabym się” do takiej lektury. Uczciwość każe mi także przyznać, że kultura chińska nie należy do moich zainteresowań, dlatego recepcja „Miłości Peonii” w moim przypadku siłą rzeczy zapośredniczona została przez moją wiedzę o Japonii – i fascynację tym krajem.

See przenosi nas do siedemnastowiecznych Chin, w rzeczywistość niestabilną politycznie (zmiana panującej dynastii cesarskiej i społeczne niepokoje „po Kataklizmie, kiedy dynastia Ming upadła i władzę przejęli najeźdźcy, Mandżurowie” – s. 13). Podczas niedawnego spotkania z pisarką i literaturoznawczynią Ingą Iwasiów, jakie odbyło się w krakowskim Chederze w ramach Festiwalu 10-lecie „Zadry”, padło stwierdzenie, iż „kobiety zostają po wojnach”. Odnosi się ono do tego, że w okresach takiego osłabienia organizacji państwowej, a co za tym idzie – zadekretowanego bądź nie patriarchalizmu, kobiety mogą próbować urządzać życie na własnych warunkach, przekraczać normalnie narzucane im ograniczenia. Sytuacja ta jest znakomicie rozpoznana, jeśli chodzi o czas po drugiej wojnie światowej (polecam choćby „Pod osłoną nocy” Sarah Waters) – rozpoznana i zdemaskowana, albowiem niosła nie tylko możliwości, ale też trudności ekonomiczne i zagrożenia osobiste, na przykład falę gwałtów.

Trauma tego rodzaju omija Peonię, panienkę z dobrego (zamożnego) domu; jej emocje przywodzą na myśl „kaprysy”, „urojone problemy” współczesnych buntowniczek, dziewcząt, popadających w anoreksję w świecie gwarantującym dostępność jedzenia. Istotnie, Peonia, narratorka i postać ogniskująca, umiera właśnie z głodu, powoli jednak! Na okładce trafiamy na jeszcze jedno dezinformujące stwierdzenie: że poznamy losy „trzech chińskich kobiet, poślubionych jednemu mężczyźnie”. Wiadomym jest, iż w niegdysiejszych Chinach poligamia była prawnie usankcjonowana, wszelako w tym wypadku nie chodzi o jednoczesność (trzy żony, niczym cztery w przypadku sędziego Di, bohatera znanego cyklu Roberta van Gulika), a o następowanie. See opiera się na faktach historycznych, dokonując fabularnej, niepozbawionej elementów ponadnaturalnych, rekonstrukcji powstania „Komentarza trzech żon”. Ową wydaną w 1694 roku książkę napisały Chen Tong, Tan Ze i Quian Yi, jako – by użyć dzisiejszego języka – analizy i interpretacje o wiek wcześniejszej opery „Pawilon Peonii”. Jeśli inwokowany w słowach wstępnych walentynkowy nastrój jeszcze nie zanikł, zapewne wygaśnie teraz, należy bowiem zadać sobie pytanie o status tak zwanego pisarstwa kobiet. Na szeroką skalę, z zapałem polemicznym i z akademicką wnikliwością, zaczęto je stawiać w XIX wieku, wraz ze wzrostem znaczenia ruchów emancypacyjnych w świecie Zachodu. Nie bez powodów twórczość kobiecą (rozumianą bez wikłania się w subtelności, jako literaturę pisaną przez kobiety) uważano za kuriozalne próby zajęcia męskiej pozycji. Takie „uzurpacje” były dążeniem do niezależności i wolności, wspólnym dla kobiet z wszystkich epok i spod różnych szerokości geograficznych, lecz dostępnym tylko „damom”, jednostkom ulokowanym wysoko w społecznej hierarchii i wykształconym (uczciwość każe mi przypomnieć o piśmienności części mniszek, ale nie jest moją intencją podejmowanie tematu okcydentalnej tradycji monastycyzmu). Zwróćmy uwagę na specyfikę ekspresji artystycznej Japonek epoki Heian (VIII-XII w. n.e.). Powstałe wówczas pamiętniki, np. „Makura-no sōshi” – „Zapiski spod poduszki” (znane też jako „Notatnik osobisty”) Sei Shōnagon czy dziennik Murasaki Shikubu („Murasaki Shikubu-nikki”), oraz utwory mogące być zaklasyfikowane jako powieści (spośród nich najwybitniejsza, „Genji monogatari” – „Opowieść o Księciu Promienistym” Murasaki) należą do bezcennych arcydzieł języka japońskiego, a ich autorki wywodzą się z kręgów dworskich. Ich XVII-wieczne chińskie następczynie charakteryzuje, by tak rzec, większe zaangażowanie: nie prowadziły „zapisków dla zabicia czasu”, ale – korzystając z możliwości, jakie dawało życie w czasach niespokojnych, a na co wskazałam wyżej – podejmowały pozadomowe aktywności, podróżowały, badały historię, uprawiały literaturę, gromadząc się grupach. Znakomicie wykorzystały szansę, nim władze wprowadziły ograniczające ich suwerenność obostrzenia. Opisany przez See okres znamionuje wielki rozkwit kobiecego pisarstwa.

W toku narracji problematyka nie wydaje się z początku pierwszoplanowa. Oto głównym wątkiem jest opowieść Peonii, „panienki na wydaniu”, której ojciec przygotował przedstawienie operowe „Pawilonu…”, będące wydarzeniem artystycznym i towarzyskim. Mimo mającej na celu uchronienie widzów od nieodpowiednich wzajemnych kontaktów segregacji publiczności, oraz kontroli każdego kroku dziewczyny, udało się jej porozumieć z nieznajomym młodzieńcem, a nawet – strach powiedzieć! – odbyć z nim schadzkę. Mężczyzna okazał się dystyngowanym poetą, pomiędzy naszą dwójka zrodziła się miłość, rzecz zupełnie zbędna w świecie małżeństw aranżowanych, w których odgrywa się role bazujące na konfucjańsko rozumianych powinnościach społecznych i rodzinnych. Zakochana Peonia, o wyobraźni dodatkowo pobudzonej spektaklem, buntuje się przeciwko obowiązkom, izoluje w złotej klatce zasobnego domu rodzinnego, odmawia wszelako uczestnictwa w rodowych rytuałach, nie przyjmuje pokarmów, a wszystkie swe stopniowo niknące siły poświęca na spisywanie gloss do opery. Nie wie, iż na męża przeznaczony jest jej właśnie bliski jej sercu poeta, Ren Wu. Umiera z głodu na kilka dni przed ślubem. Chociaż w pierwszej części powieści (kończącej się rzeczoną śmiercią) podkreślana jest istotność skrupulatnego dopełniania kultu przodków, pojmujemy skrupulatność rytualną i wierność tradycji jako wyraz cnót konfucjańskiego człowieka szlachetnego. Tymczasem zaskakuje nas hipostaza: pośmiertne bytowanie Peonii odpowiada systemowi wierzeń w zaświaty, jaki przyjmowała za życia. Ze względu na okoliczności swego odejścia, Peonia nawiedza rodową rezydencję jako głodny duch, starając się po pierwsze, doprowadzić do niesfinalizowanych wcześniej ceremonii, po wtóre, uchronić efekty swej pracy twórczej przed zaginięciem. Ważny jest też jej wpływ na życie męża… tak, Ren i „corpse bride” biorą specjalnego rodzaju ślub. By nie zdradzać zbyt dużo, dodam tylko, iż dwie kolejne małżonki Rena Wu podejmują pracę Peonii, efektem czego jest historyczne dzieło, „Komentarz trzech żon”. Ponadto dopiero w zaświatach narratorka poznaje tajemnice swoich przodkiń: dramatyczne losy i literackie dziedzictwo.

Estetyka kobieca ukazana jest jako odbicie kobiecych przeżyć, doznań i emocji, niezależnie od tego, czy jego źródła dopatrujemy się w naturze czy w wychowaniu. Specyfika chińska okazuje się tu dość zaskakująca, daleka od barier charakterystycznych dla feudalnej Europy czy takiejż Japonii. Otóż Lisa See odmalowuje awans w hierarchii klasowej jako możliwy dzięki włożonemu głównie w wykształcenie wysiłkowi jednostki (zwykle mówi się o tym w odniesieniu do mężczyzn aspirujących do pozycji urzędników cesarskich, i zdających w tym celu szereg egzaminów) i życzliwej pomocy z zewnątrz. Zaznaczmy, iż ta ostatnia praktycznie ogranicza się do dania impulsu, i wpłynięcia na pozyskanie atrybutu damy z wyższej sfery: odpowiednich stóp. Przyjęło się mniemanie, że stopy Chinek były krępowane, co hamowało ich wzrost. See rozwiewa iluzję pozwalającą utożsamiać się z bólem kobiet z przeszłości tym z nas, które dzisiaj wybierają efektowność image’u na obcasach kosztem wygody butów. Otóż samo bandażowanie było konieczne dla unikania przemieszczeń kości stóp, które uprzednio brutalnie łamano. Zadaniem tym były obarczone matki, co stanowiło wyraz ich troski o córki i miłości do nich. Drastyczny opis współuczestnictwa Peonii w niemal uniemożliwiającym chodzenie zabiegu, jakiemu poddawana jest jej kuzynka Orchidea, nie pozostawia złudzeń. Matka dziewczynki nie dopełniła obowiązku („zbyt miękkie serce”), czego skutki widzi Peonia: „Wszystkie kości, które powinny popękać, uległy już złamaniu, nie uczyniono jednak nic, aby uformować z nich lepszy kształt. To, co zobaczyłam, przypominało ciało małej ośmiornicy, wypełnione połamanymi i ostro zakończonymi patyczkami. Krótko mówiąc, była to paskudna, fioletowo-żółta, do niczego nieprzydatna pulpa” (s. 66). Podczas interwencji narratorka jest pouczana, aby naśladowała ruch wyżymania prania i rolowania skarpetki. W efekcie śródstopie ma się ostro zgiąć, palce zaś schować się „przez zwinięcie kości do środka” (s. 70). Takie epatowanie XVII-wieczną perspektywą, w której przywołane tortury służyły dobru kobiet, gryzie się z optyką dzisiejszej świadomości kulturowej, jakiej przyjęcie było dla Lisy See koniecznością, skoro chciała uczynić swą powieść przystępną dla szerokiego grona odbiorców. Matka Peonii poucza: „Bandażujemy stopy naszych córek w akcie buntu wobec obcych” (s. 71), tj. barbarzyńskich Mandżurów. Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że autorka dokonuje i projekcji współczesnych zachodnich uzusów myślenia o życiu osobistym i społecznym. To skojarzenie z popularną wersją politycznej poprawności, będącej pokłosiem studiów postkolonialnych. Ilustracją takiego rozumowania może być wywód o hidżabie Shaikh Sa’diyyi [vide Shaikh Sa’diyya, “Transforming Feminism: Islam, Women and Gender Justice” w: Omid Safi (ed.), “Progressive Muslims on Justice, Gender, and Pluralism”, One World, Oxford 2005].

Zarazem See ukazuje orientalne oblicze tradycji feministycznej, odnajdując w Chinach pierwowzory współczesnych zabiegów: rekonstrukcję kobiecej genealogii, rewindykację kobiecego uczestnictwa w kulturze, kobiece reinterpretacje tekstów literackich i – co istotne – instytucjonalizację owego reclaimingu. Rzecz jasna, autorka nie odwołuje się do tych pojęć eksplicytnie. Nie sposób powiedzieć, że zachodzi tu podwójne kodowanie, i „Miłość Peonii” ma takie właśnie drugie dno: byłby to wyrok cokolwiek naiwny. O bogactwie powieści decyduje fakt, iż wszelkie warstwy odczytań – romansowa, emancypacyjna, postkolonialna, orientalistyczna, fantastyczna, etc. – splatają się ze sobą, i mogą ujawniać w rozmaitych momentach lektury.

Paulina Szkudlarek

Lisa See, „Miłość Peonii”, przeł. Anna Dobrzańska-Gadowska, Świat Książki, Warszawa 2008. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 14 lutego, 2010 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe