Archiwum dla kategorii: ‘biografia’

Martin Pollack, „Ojcobójca. Sprawa Filipa Halsmanna”

Druga – po Po Galicji – wydana w Polsce książka Martina Pollacka to sądowy reportaż historyczny. Tytułowym bohaterem jest łotewski Żyd, Filip Halsmann, który w 1928 roku, podczas wakacji w Dolinie Ziller w Tyrolu, był świadkiem nieświadkiem śmierci swego ojca, stomatologa, Morducha. Syn został oskarżony o morderstwo, trafił do austriackiego aresztu, a po dwóch procesach, do więzienia o zaostrzonym rygorze.

Urodzony w 1906 roku Halsmann zrobił światową karierę jako fotograf (pod imieniem i nazwiskiem o nieco zmienionej pisowni: Philippe Halsman), zmarł w zaawansowanym wieku, w 1979 roku, w Nowym Jorku. Tego dowiadujemy się już z okładki, niewykluczone zresztą, że prace Halsmanna są nam znane. Co się zatem stało w Dolinie Ziller?

48-letni Morduch Halsmann miał ambicje, by podczas urlopu zdobywać alpejskie szczyty – taki był jego sposób na przezwyciężenie kryzysu wieku średniego, udowodnienie sprawności. Wraz z rodziną kwaterował w tyrolskich schroniskach i hotelach, i z niezbyt entuzjastycznie nastawionym do tej aktywności synem chodził po górach. W odludnej okolicy, na szlaku pędzenia stad zwierząt na pastwiska, doszło do czegoś, w konsekwencji czego ciężko ranny Morduch spadł zboczem do strumienia. Wyprzedzający go w marszu Filip utrzymywał potem, że gdy on pobiegł po pomoc, ojciec jeszcze żył.

Syn został głównym podejrzanym, a na jego niekorzyść działały nie tylko niejasne okoliczności zdarzenia, ale i ksenofobiczna tyrolska atmosfera. Proces, jaki wkrótce rozpoczął się w Innsbrucku był poszlakowy. Oskarżony nie zawsze wypowiadał się spójnie o tym, co właściwie zapamiętał, jednak nie tylko deklarował niewinność, lecz też okazywał żal z powodu śmierci kochanego ojca („nikt, żaden świadek, żaden biegły ani nawet prokurator nie zakwestionował tego, że szczerze kochałem swojego ojca i że również on naprawdę kochał mnie” – s. 268). Wprawdzie bardzo się od niego różnił temperamentem, jednak cała rodzina była zgodna, a po aresztowaniu Filip otrzymywał ogromną pomoc materialną i emocjonalną od matki, siostry Ljuby i rodzeństwa ojca. Szerokiego wsparcia udzielało też liberalne środowisko prawnicze Austrii i Niemiec (Filip miał znakomitych adwokatów, jednak trzeba dodać, iż najmniejsze ich błędy były bardzo rozdmuchiwane przez prokuratorów, i wykorzystywane przeciw oskarżonemu), wielkie grono rzeczoznawców, kryminologów, artystów (Tomasz Mann), naukowców (Albert Einstein), humanistów – przede wszystkim o sympatiach lewicowych.

Życie Filipa zostało tymczasem dokładnie prześwietlone, ujawniono jego regularną korespondencję z ojcem (Filip studiował w Dreźnie), z analizą grafologiczną do kompletu, wyciskano z sąsiadów i środowiska drezeńskiej uczelni wszystko, co dotyczyło młodego mężczyzny. Gigantyczny odzew opinii publicznej, kontrowersje, ilość niewiadomych powodowały, że procesem Halsmanna interesowała się nie tylko elita intelektualna, ale też ludzie prości (być może historycznie był to ostatni moment, w odniesieniu do którego o ludziach wtedy żyjących można tak powiedzieć) oraz wszelkiej maści kombinatorzy, donosiciele czy preparatorzy fałszywych dowodów.

Osadzony w końcu w zakładzie karnym Halsmann – podobnie, jak wcześniej w areszcie – korespondował z rodziną i Ruth, swoją dziewczyną tyle, na ile regulaminy mu pozwalały, czytał, bywał karany dyscyplinarnie (np. po tym, jak podjął głodówkę protestacyjną). Jego rodzina i stronnicy ubiegali się o ułaskawienie dla niego, jednak on sam był temu przeciwny: rozumiał, że ułaskawienie zakłada uznanie winy, a do tej on się nie poczuwał, chciał być uznany za ofiarę mylnego i niesprawiedliwego wyroku. Do ułaskawienia jednak doszło – Filip został oswobodzony w 1932 roku, a po spłaceniu ogromnych kosztów sądowych – wydalony z Austrii. Osiadł we Francji („mądrzejszej” po skandalicznej aferze Dreyfusa), później zaś opuścił zarażoną hitleryzmem Europę. Sprawa śmierci Morducha nie została nigdy wyjaśniona. Co zdumiewające, w żadnym momencie postępowania sądowego nie doszukiwano się ewentualnego motywu ojcobójstwa.

Jeśli pamiętamy, że oskarżony jest niewinny, póki mu się winy w sposób niepodważalny nie udowodni, musimy Filipowi bardzo współczuć – trudniej jest jednak go polubić. Zimny, inteligentny introwertyk, fizycznie nieatrakcyjny (wysoki, wychudły okularnik z rzadkim zarostem, co możemy zobaczyć na fotografiach, o jakie książka Pollacka jest wzbogacona). Wymądrzający się wbrew swojemu interesowi: np. gdy sąd chce przywołać jego wiersze, wzbrania się: „W tych wierszach chodzi o świadomy lub nieświadomy persyflaż takich poetów jak Ringelnatz, Morgenstern, Kästner i Peter Panter. Jeśli mają być odczytane, chciałbym prosić o zaznajomienie przysięgłych z tymi poetami, bo w przeciwnym razie nie zrozumieją tych wierszy” (s. 226-227), a wtedy być może niesprawiedliwie ocenią jego, oskarżonego, charakter (i dostrzegą predyspozycje do zbrodni). Jedna z ekspertyz wskazywała na „jałową autodestrukcję i zjadliwy sarkazm” Filipa (s. 256).

Opisy książki akcentują jej wielką wartość i zasługę w odmalowaniu zacieśniających się faszystowskich horyzontów, wzrostu poziomu antysemityzmu w Tyrolu (dla Innsbrucka Wiedeń jest „zżydziały”, dekadencki), w Austrii (która jest zaściankowa dla ówczesnych Niemców – cóż, najwyraźniej nawet własnej ideologii nacjonalistycznej sobie nie wymyślili, tylko – po tym, jak wyeksportowali Hitlera – importowali hitleryzm), i w krajach niemieckojęzycznych (tu z kolei – z perspektywy Francji czy ojczyzny Halsmannów). To, że ujęłam problem jako koncentryczne kręgi i poszerzające perspektywę punkty widzenia ma uwypuklić niejednoznaczność i względność geopolityczną. Radykalizacja sądu tyrolskiego (w regionie – wedle określenia Pollacka – ultrakonserwatywnym, chłopsko-katolickim) wynikała też ze sprzeciwu wobec wtrącania się Wiednia w sprawę Innsbrucka, potem zaś: Niemiec w sprawę Austrii.

Autor rekonstruując sprawę Halsmanna przekonuje, że niezależnie od miejsca, ale przede wszystkim niezależnie od statusu społecznego, wszędzie bywały jednostki opowiadające się za faszyzmem, co pociągało za sobą określone konsekwencje (w tym przypadku: dla atmosfery wokół procesu) oraz jednostki w najtrudniejszych momentach angażujące swoje siły, czas, pieniądze i reputację w walce o przyzwoitość, sprawiedliwość czy sądową rzetelność.
Niestety, przy tym wszystkim Pollack nie mówi niczego nowego ani nawet przejmującego, angażującego emocjonalnie (i nie jest to kwestia „ascetycznego” stylu – to za określeniem rekomendującego lekturę Andrzeja Stasiuka) o mechanizmach antysemityzmu czy podglebia gotowego na przyjęcie faszyzmu. Pod tym względem Pollack rozczarowuje. Książka jest jednak absolutnie zadziwiającym naświetleniem fragmentu życiorysu człowieka, który zyskał sławę i uznanie na polu kompletnie niezależnym od tematyki Ojcobójcy.

U Pollacka szczególną uwagę zwracają fragmenty dotyczące procedur sądowych. Wydaje się, że prawo, szczególnie karne, jest dziedziną stosunkowo statyczną, a od czasów międzywojennych główna zmiana w kodeksach dotyczy kary śmierci (oczywiście do dzisiaj nie wszędzie zniesionej). Reszta to detale – odraczanie, status biegłych, obecność publiczności, etc. W Innsbrucku teoretycznie wszystko przebiega dość zgodnie z naszym współczesnym wyobrażeniem o tego rodzaju procesach, praktycznie jednak coś kazało mi myśleć o Ojcobójcy jako niebeletrystycznym odpowiedniku Obcego Alberta Camus (wyłączając rzecz jasna fakt, iż Mersault był winny morderstwa).

Trudno zdefiniować realny wpływ coraz popularniejszego nazizmu na atmosferę wokół postępowania karnego, zauważalna jest różnica między ówczesną a współczesną ogólnospołeczną wrażliwością. Pewnie się łudzę, zważywszy na skalę internetowego hejtu. Jednak zależy mi na tym, by abstrahować od uwarunkowań ideologicznych, od analizy rozwoju wielkiego historycznego zjawiska, którego kumulacja ściągnęła na świat szaleństwo wojny i Zagłady Żydów. Dla mnie bowiem najciekawsza jest historia jednostkowa, los mężczyzny, który od statusu skazańca, który o włos uniknął – by użyć słów Pollacka – morderstwa sądowego przeszedł drogę do takiego uznania artystycznego, że straszliwy epizod z jego młodości, choć swego czasu tak głośny, został zapomniany. Dopiero dzięki pracy włożonej w opracowanie Ojcobójcy wielki fotografik (od)zyskuje pełen wymiar swego człowieczeństwa, nas zaś pociesza szczęśliwe bądź co bądź zakończenie. Pamiętajmy, że było ono wyjątkowe wśród niezliczonych przypadków kończących się zgoła inaczej.

Paulina Szkudlarek

Martin Pollack, Ojcobójca. Sprawa Filipa Halsmanna, przeł. Andrzej Kopacki, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2005. Wszystkie cytaty i odniesienia pochodzą z tego wydania (dostępne jest też II wydanie książki, z 2008 roku). Rozmowa z autorem tu. Fotografie Halsmanna np. tu i tu.

Data wpisu: 28 marca, 2012 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Los całkowicie przegrany. Agata Tuszyńska, „Oskarżona: Wiera Gran”

Z okładki książki Tuszyńskiej patrzy na nas młoda Wiera Gran, uwieczniona na promocyjnym zdjęciu kobieta piękna w nieco staroświeckim stylu, ze starannym makijażem. „Polska (?) Edith Piaf”, śpiewaczka z warszawskiego getta, była mi dotąd postacią zupełnie nieznaną. Wątpliwość dotycząca przed chwila wskazanego przydomku bierze się z faktu, iż Wiera Gran była polską Żydówką, o pochodzeniu ukraińskim bądź rosyjskim. Modyfikowała swą datę urodzenia, więc przyjmijmy przedział 1915–1919; zmarła w 2007 r. Tuszyńska daje nam możliwość poznania jej niezwykłych losów, jednocześnie budząc publikacją biografii ogromne kontrowersje. Przyjrzyjmy się Oskarżonej.

Młodziutka Gran pragnęła kariery tancerki, choćby kabaretowej, ale przez spowodowaną wypadkiem samochodowym kontuzję musiała się przerzucić na śpiew (dysponowała altem). Stawała na scenach w lokalach rozrywkowych, klubokawiarniach, z akompaniamentem fortepianowym. Podczas wojny zmieniły się warunki wykonywania takiej pracy. Na początku hitlerowcy zakazali występów, potem wprawdzie dozwolili, ale tylko na występy niewybredne, burleskowe, komediowe, kabaretowe. Gran, ze swym sentymentalnym repertuarem (np. Jej pierwszy bal) mogła powrócić na estradę. Tymczasem jednak utworzono warszawskie getto. Przeniosła się do niego z matką i siostrami praktycznie bez obaw, tym bardziej, że była to postawa powszechna wśród warszawskich Żydów, a poza tym represje nasilały się stopniowo, np. wpierw getto było otwarte.

Pieśniarka znalazła nowe zatrudnienie w obrębie murów. Jednym z jej akompaniatorów był Władysław Szpilman. Książka Tuszyńskiej za punkt wyjścia wzięła pytanie, dlaczego muzyk w swoich wspomnieniach (i Roman Polański w ich ekranizacji) zupełnie Gran pominął: współpracowali przecież przez kilka lat.

Lokale rozrywkowe w getcie to sprawa moralnie kłopotliwa: ich bywalcami byli ci, którzy się na tragicznej sytuacji bogacili, czyli nie tylko właściciele zakładów pogrzebowych (gdyż na nich w pierwszej kolejności wskazuje Tuszyńska), ale tez żydowscy współpracownicy gestapowców. „Panujące w gettowym środowisku artystycznym stosunki wykluczały staranną selekcję towarzyską”, cytuje Tuszyńska (s. 118) Życie surowo wzbronione Antoniego Marianowicza.

Wiera – jaką ją widzimy w Oskarżonej – była skromna, nieoddana szumnemu życiu towarzyskiemu, nieuwodząca, nieskłonna do bratania się z klientami, dla których śpiewała. Przed wojną związała się z Kazimierzem Jezierskim, lekarzem o żydowskich korzeniach (pochodzącym z zasymilowanej rodziny, o – jak widzimy – polsko brzmiącym nazwisku). Nie jest jasne, czy wzięli wcześniej we Lwowie ślub cywilny, czy jednak nie, jednak zawsze uchodzili za małżeństwo. Kazimierz nie trafił do getta, i po zamknięciu jego bram usilnie się starał Wierę z niego wyciągnąć. Udało mu się to po ponad roku (rodzina Wiery zginęła). Do końca wojny małżonkowie mieszkali w podwarszawskiej wsi, gdzie on praktykował, ona zaś postarała się o zmianę wyglądu, i uchodziła za katoliczkę, „panią doktorową”, niesympatyczną i trochę nie przy zdrowych zmysłach – by trzymać innych na dystans.

Po wojnie Wiera starała się powrócić do śpiewania, ale się okazało, że padło na nią odium, rozpoczęła się na nią nagonka jako na gestapowską konfidentkę – i dziwkę. Proces w żydowskim sądzie obywatelskim (Centralnego Komitetu Żydów Polskich), poprzedzony aresztowaniem proces w sądzie karnym PRL… Nieudane emigracje – trochę Paryż, trochę Nowy Jork, Londyn… Próbowała szczęścia także w Izraelu. Przez pół wieku wszędzie doganiały ją plotki, pomówienia, szykany. Brak dowodów winy, ale sytuacja była patowa – oskarżenia padały na podatny grunt i wrastały w życiorys Gran. Kobieta nie może się po wojnie cieszyć, że ocalała.

Czy wspomniane kontrowersje, jakie wzbudziła publikacja biografii, dotyczą tylko spraw wokół domniemanej kolaboracji? Nie! Otóż Tuszyńska dotarła do paryskiego mieszkanka Gran kilka lat przed śmiercią bohaterki. Pokazała ją od bardzo dosłownej, fizjologicznej strony – to, co jest najgorsze w starości. I wygląd, i stroje, i zagracenie mieszkania, i dziwactwa, i manię prześladowczą skądinąd przez lata kompletnie zaszczutej kobiety. Dość do drastyczne, szczególnie jeśli spojrzymy na zdjęcia ilustrujące książkę. (Dodam, że wydanie jest pełne reprodukcji i zdjęć. Ukazują nam Wierę na przestrzeni całego życia, dokumenty z jej spraw, okładki płyt, afisze, jej własne notatki). Pod koniec książki Tuszyńska towarzyszy Gran w domu starców dla francuskiej Polonii. Rejestruje bezlitośnie chylenie się życia ku kresowi.

Wierze mimo wszystko nie brakowało autoironii, jednak portret, jaki wyłania się z biografii, uznany został za niesmaczny, epatujący tym, co powinno pozostawać ukryte. Przecież chodzi o niegdysiejszą piękność, elegantkę scen, która w swych ostatnich latach ma na toaletce sztuczne rzęsy, pudry i podkłady, oraz leki na starcze, raczej wstydliwe dolegliwości, która w swych ostatnich miesiącach musi nosić pieluchę, i to ponad pas.

Tuszyńska nie żałuje odautorskich komentarzy; niektóre nie świadczą o reporterce najlepiej. Na przykład bezustannie podkreślane jest, jak długo na dany zbytkowny przedmiot musieliby harować „zwyczajni” ludzie pracy, a jak łatwo kosztowne zakupy przychodziły eleganckiej diwie (por. s. 62, 117 i in.). Nie budzi to oburzenia rzekomym uprzywilejowaniem pieśniarki, a raczej – zniesmaczenie małostkowością biografistki. Showbusiness zawsze oznaczał pewne pieniądze i rozbuchany styl, to zrozumiałe nawet w odniesieniu do niegdysiejszych scen warszawskich i warszawskich ulic.

Wszelako inne komentarze budzą uznanie staraniem, by wyważyć racje Gran i jej oskarżycieli. Autorka do końca nie opowiada się po jednej ze stron, dla mnie jednak książka broni racji bohaterki, ubolewa nad jej krzywdą.

Co jednak ze Szpilmanem (1911-2000)? To ciekawy wątek. Gran utrzymuje, że w pewnym momencie widziała go w roli pomocnika gestapowców, uczestnika brutalnych łapanek, który jednak nawet działając przemocą chronił swe dłonie pianisty. Po wojnie, gdy dostał doskonalą posadę w Polskim Radiu, w pierwszym spotkaniu z Gran wpierw się bardzo zdziwił, że ona przeżyła, potem odmówił jej radiowego angażu ze względu na oskarżenia o kolaborację. Zdezorientowana Gran zdała się na rady innych znajomych, i sama zgłosiła się do sądu prosząc o proces (została uniewinniona). Później była przekonana, że wówczas Szpilman chciał uprzedzić możliwy wymierzony w niego i jego wojenne postępowanie cios ze strony Gran. W samych swoich zeznaniach Szpilman jej nie oczerniał, jednak również nie zaświadczył o jej niewinności. Jak wspomniałam, burza się rozpętała na długo, a ostatnim jej akordem był film Pianista (2002).

Szpilman opracował i wydał swe wspomnienia, Śmierć miasta (1946), dzięki współpracy i wsparciu Jerzego Waldorffa, w późniejszych jednak latach, np. gdy dzięki staraniom jego syna, Andrzeja, zaczęły się ukazywać przekłady, wszystko zostało przypisane Władysławowi Szpilmanowi. To ma wedle Wiery Gran dowodzić, że nie był dobrym człowiekiem, że miał wiele do ukrycia i bał się konfrontacji, itp. Współczesne polskie edycje są również wydawane jako Pianista Szpilmana: zmiana pierwotnego tytułu, przekreślenie współsprawstwa Waldorffa, kolegi z redakcji Polskiego Radia. Tu kolejna interesująca, choć drobna kwestia. Tuszyńska wpierw ukazuje dysproporcje w powojennej pozycji Szpilmana i Gran: „teraz on rządził, a przynajmniej miał wpływ” (s. 265), sugerując szeroką sferę możliwości kształtowania przez Szpilmana powojennej rzeczywistości, gdy getto było już historią. Kilka stron później czytamy: „Po wojnie to Szpilman miał nieograniczoną władzę w radiu” (s. 269). A, w radiu. W redakcji muzycznej (w mniejszym, niż inne stopniu podatnej na upolitycznienie i naciski propagandy państwa stalinowskiego). Mimo wszystko jednak on mógł się cieszyć ze swego ocalenia.

I w książce, i w filmie Pianista Gran jest przemilczana, nieobecna: „Wyeliminował Wierę ze swojej książki. (…) Wykreślił ze swojego losu, jakby ich drogi nigdy się nie zetknęły” (s. 264). Tu zgrzyt. Tuszyńska kazała mi spytać się: no to co z tym Szpilmanem? Czytałam książkę, podziwiałam film. W co uwierzyć? Znielubić Szpilmana? Jestem daleka od patrzenia w kategoriach czerni i bieli, ponadto świat najtrudniejszych wymagający wyborów nie może być wspominany bez relatywizacji do jego nieludzkich warunków, ale dwie kompletnie sprzeczne relacje z tych samych czasów i – co więcej – podane w tych samych czasach nie mogą być jednocześnie prawdziwe. „Tam, gdzie pamięć spotka się z narodową tożsamością, leży grób, a w nim śmierć”, w nieco innym kontekście napisała Idith Zertal (s. 23).

Gran przyznaje, od początku, że raz zaśpiewała na domowej uroczystości pewnego wyjątkowo paskudnego kolaboranta (por. s. 116-117), ale nie donosiła ani się nie oddawała gestapowcom. Do występu została zmuszona i bała się o konsekwencje, gdyby np. uciekła („Jeśli ci głowa miła, nie odmawiaj” – doradził jej wtedy kolega; s. 117). Nie będę dodawać kolejnych szczegółów okoliczności tego zdarzenia, bo chciałam na tym przykładzie wskazać jedynie, że Gran była świadoma potencjalnego źródła rodzącego się oskarżenia. Jednak największą wagę przywiązywała do ludzkiej zawiści czy złośliwości, chęci szkodzenia w odruchu odrzucającym powszechną uwagę od win oskarżającego. Nie było to myślenie bezzasadne, o czym przekonuje nas lektura Narodu i śmierci Idith Zertal. Do Izraela Gran udała się w 1950 roku, kiedy pod presją grup tych, którzy przeżyli Zagładę i „domagali się sprawiedliwości i działań wobec „kolaborantów” (s. 109), wydano tam Ustawę o sądzeniu nazistów i ich pomocników. Jak przyznaje Zertal,

z deklarowanych intencji i ducha ustawy wynikało, że ocaleni z Zagłady będą mogli sami rozwiać podejrzenia i „oczyścić” w ten sposób atmosferę, jaka panowała w ich środowisku (s. 144).

Państwo stawało jednak często po stronie oskarżyciela, nie zaś podejrzanego.

Zauważmy, że narracja Tuszyńskiej snuta jest w sposób presuponujący znajomość po pierwsze, realiów życia w getcie, po wtóre, problematyki powojennego antysemityzmu w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (tu nacisk położony jest na aktywne organizowanie się Żydów, którzy przetrwali wojnę, okupację i Zagładę). Poszczególne postaci i nawiązania do pewnych zdarzeń pojawiają się na kartach Oskarżonej kilkukrotnie. Autorka czuje się w obowiązku powtarzać wyjaśnienia ich dotyczące, jakby obawiając się, że odbiorca okaże się nie dość uważny, by wszystkich i wszystko spamiętać. Nadaje to jej pracy ton redundancji – nie jest to bowiem książka możliwa do przyjęcia bez skupienia, w beztrosce myśli. To zbyt bolesna lektura.

Wydawałoby się, że to biografia dla zainteresowanych np. estradą przedwojenną czy ściśle, osobą Gran. Spośród różnych aspektów książki Tuszyńskiej, którymi mogłabym ją „otagować” najciekawszy dla mnie był temat losów Żydów w czasie wojny. Jednak nawet gdy ktoś nie jest zainteresowany ani diwami z dawnych lat, ani historią Żydów, ani biografizmem „kobiecym”, praca Tuszyńskiej musi wciągnąć, być może potem oburzyć, być może wzbudzić uznanie, ale to koniecznie trzeba przeczytać! Długi cień wojny, rzucany na egzystencję ocalonych, nie powinien rozproszyć się w niepamięci.

Paulina Szkudlarek

Agata Tuszyńska, Oskarżona: Wiera Gran, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010. Odwołania, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania. Tytuł recenzji zaczerpnęłam ze słów Tuszyńskiej – wywiad dostępny tu.

Odniesienia do Idith Zertal za: tejże, Naród i śmierć. Zagłada w dyskursie i polityce Izraela, przeł. z ang. i fr. Jan Maria Kłoczowski, Universitas, Kraków 2010.

Data wpisu: 7 stycznia, 2012 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Xue Xinran, „Dobre kobiety z Chin”, Fabienne Verdier, „Pasażerka ciszy”

Chiny, kraj wciąż w ogromnej mierze nieznany, tajemniczy i w pewnym sensie również złowrogi, oglądany pod różnymi kątami, to wdzięczny temat dla literatury zaangażowanej, i niewątpliwie ukazuje się sporo godnych uwagi książek, szczególnie socjologizujących reportaży na jego temat. Ostatnio miałam okazję przeczytać dwa, opublikowane nakładem wydawnictwa W.A.B. w serii Terra Incognita: Xue Xinran, Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia, oraz Fabienne Verdier, Pasażerka ciszy. Dziesięć lat w Chinach.

Xue Xinran była na początku lat dziewięćdziesiątych dziennikarką radiową, która w swoim nadawanym późna porą programie, „Słowa na wieczornym wietrze”, poruszała kwestie kobiece, i była w tym pionierką. Po paru latach, w 1997 roku, wyjechała do Anglii, gdzie pracowała w jednym z ośrodków studiów azjatyckich. Zdecydowała się opublikować swoje radiowe opowieści w formie książkowej. Autorka nie kryje swego warsztatu. Wspomina, w jaki sposób pozyskiwała tematy, dokąd jeździła, kto do niej pisał, kto dzwonił, co się działo za kulisami, wśród koleżanek i kolegów z redakcji, etc. Opowiada o swoich reakcjach na poznawane historie, jak również o swojej szokującej – w świetle jej własnych przeżyć z przeszłości – naiwności.

Porusza wszelkie „dyżurne” tematy feministyczne, charakterystyczne dla wczesnego etapu świadomości konieczności emancypacji. Uwzględnijmy także chińską specyfikę. Czytamy zatem historię dzieci „reedukowanych”, prześladowanych za domniemane winy rodziców w epoce rewolucji kulturalnej. Czytamy o nieszczęśliwych zamążpójściach. O parach rozdzielanych przez władze na długie dziesięciolecia. O profesorach zsyłanych do najbardziej zapadłych prowincjonalnych wiosek. Wyjaśnijmy – prowincjonalna wioska równa się kompletnemu upokorzeniu i deklasacji.

Potem czytamy o zmienionych już Chinach: o tygrysicy biznesu, z sercem złamanym przez wiarołomnego partnera (dodajmy, że w swoim czasie cudzołóstwo, czyli związki niezawarte jako śluby za zezwoleniem organizacji partyjnej, było przestępstwem). O wartości dziewictwa. O powinnościach rodziców wobec dzieci i vice versa. O próbie zalegalizowania chińskiego stowarzyszenia homoseksualistów.

Zebrane relacje, wspomnienia, zwierzenia, układają się w obraz upiorny. Prześladowania, niszczenie dorobku myśli i zasobów materialnych, rozbijanie rodzin – ze strony rewolucjonistów. Jednocześnie kultywowanie mizoginicznych tradycji, wiara w przesądy i samopotwierdzające stereotypy…

Dziennikarka, świadoma wieloletnich praktyk spychania intelektualistów na sam dół drabiny społecznej, dziwi się, gdy kobietami znakomicie wykształconymi okazują się na przykład zbieraczka śmieci, która żyje na ulicy (rozdział „Śmieciarka”) i stara wieśniaczka, w ramach reedukacji wygnana z akademii muzycznej i zmuszona do małżeństwa z przypadkowym chłopem, życia z pracy fizycznej, w osadzie pod partyjną kontrolą. Kiedy się nad tym zastanowić, wydaje się, że Xinran wypierała możliwość, iż podobnego degradującego, odbierającego materialne podstawy bytu i prestiż mogłoby się przydarzyć także i jej. Czuć, że powierniczki Xinran nigdy wcześniej nie miały z kim porozmawiać – tak, powiernictwo bywa wzajemne. Dziennikarka i wysłuchuje, i obnaża się sama (w rozdziale „Dzieciństwo, którego nigdy nie zapomnę”).

Niektóre z życiorysów oceniamy jako dobrowolne lub pełne rezygnacji poddanie się tokowi wydarzeń, które były do uniknięcia, na przykład przy ciut większej autorefleksyjności czy dzięki aktom obyczajowego nonkonformizmu. Inne epatują grozą sytuacji wszelkiego rodzaju zastraszenia, zniewolenia, przymusu, szantażu, przemocy, czy nieopisywalnej nędzy. Autorka przez długi czas nie zawadzała władzom. Pracowita, chętnie przyjmowana we wszystkich miejscach, w których zbierała materiały do programów, awansująca w radiowej hierarchii. Zdarzało się jednak, że odmawiano jej zgody na emisję audycji na określony temat, na przykład o wpędzeniu w chorobę psychiczną córki generała Kuomingu („Córka kuomintangowskiego generała”). Trafiały się też problemy z cenzurą „na żywo”, na przykład gdy do programu zadzwoniła kobieta domagająca się depenalizacji homoseksualizmu i szacunku dla homoseksualistów, a co więcej, wymuszająca na prowadzącej sformułowania opinii w tych kwestiach (rozdział „Kobieta, która kochała kobiety”). W przypadku owej rozmowy telefonicznej nie zadziałała aparatura opóźniająca emisję. Xinran nie mogła na antenie zbyć rozmówczyni, dowodząc wobec rzesz słuchaczy funkcjonowania cenzury, nie chciała też podpaść przełożonym. W kontrolce oddechy wstrzymywała cała ekipa radia, łącznie z dyrektorem.

Autorka porusza jeszcze jeden obowiązkowy, klasyczny feministyczny temat: kobiety i religia („W co wierzą Chinki”). W przypadku Chinek, z którymi rozmawiała, raziła bezrefleksyjność i interesowność wynikająca nie z potrzeb duchowych, a z koniunkturalizmu. Na przykład respondentki mówiły, że warto zostać chrześcijaninem, bo chrześcijan jest na świecie tak wielu, „że coś w tym musi być”, albo że modlą się ludzie starzy i biedni, czyli ci, którzy mają o co prosić: „Jeśli się wzbogacę, nie będę niczego wyznawać. A jeśli dalej będę taka biedna, to zacznę” (odpowiednio s. 115 i 116).

Dobre kobiety… czytałam z przerażeniem walczącym o lepsze z ulgą. To mnie nie dotyczy, to nie nasz świat. Lektura była tym ciekawsza, że niewiele wcześniej miałam okazję przeczytać Pasażerkę ciszy, wspomnienia Fabienne Verdier, młodej absolwentki francuskiej uczelni artystycznej, która uznała, że fascynuje ją malarstwo chińskie i po przeczytaniu jednego klasycznego chińskiego traktatu filozoficznego wystarała się o stypendium w Syczuanie. Była tam przez dziesięć lat. Wpierw w miejscu, w którym ją umieszczono, czyli w akademii sztuk pięknych, w której deprecjonowano dawne osiągnięcia artystyczne i zniechęcano do kontynuacji tych dróg, potem uczyła się od zapomnianych emerytowanych profesorów. Stopniowo nauczyła się języka, towarzyska i otwarta, pozyskiwała znajomości i przyjaźnie, jednak – z odbiorczego punktu widzenia – bardzo komplikowała życie osobom odpowiedzialnym za jej pobyt, wszędzie się wyróżniała (siłą rzeczy, jako Francuzka) i przyciągała uwagę. Nieprawdopodobnie razi jej ignorancja (kompetencje ogólnokulturowe) i pretensjonalność: snobistyczne powoływanie się na przypadkowo dobierane i wyrwane z kontekstu lektury, powierzchowność sądów, wybujałe aspiracje kamuflowane pokorą wobec „starożytnej wiedzy i sztuki”, słowem, dziecinada.

Jednak opisy Verdier oddają fascynujące i przerażające realia Chin sprzed ćwierćwiecza zarówno jeśli chodzi o materialne podstawy bytu, jak i organizację społeczną.

Xinran wspominała, że impuls do publikacji Dobrych kobiet… dało jej czyjeś stwierdzenie o tym, jakoby w Chinach panowało równouprawnienie kobiet i mężczyzn. Pierwsza myśl: któż mógł dokonać takiej „oceny” na podstawie faktu noszenia przez wszystkich obowiązkowych, niwelujących gender „mundurków”? Druga myśl: łatwo obśmiać ignorancję, trudniej ją rozproszyć. Zarówno Xinran, jak i Verdier opowiadają o świecie definiowanym przez rozbudowane struktury hierarchizujące ludzi, oczywiście ukazując bezmiar krzywd. Co łączy te dwie relacje, to uświadamianie – mimochodem – skali triumfu propagandy. Obie autorki u startu nie zdawały sobie sprawy z tego, jaka jest realna sytuacja w Chinach, niemal na wiarę biorąc oficjalne przekazy. Zdobywanie lepszej orientacji współzachodziło ze staraniami o poszerzenie przestrzeni własnej swobody, wpierw dość „na oślep”, potem z coraz większą empatią wobec osób, które mogły ponosić represje owych cudzych starań.

Verdier opisuje ponadto swoje – lekkomyślne podejmowane – podróże na prowincję, na tereny zamieszkiwane przez mniejszości etniczne, nawet nie tyle zmarginalizowane co spisane na straty czy metodycznie wyniszczane. Zauważmy, iż w czasie chińskiej dekady „pasażerki ciszy” światowa opinia publiczna była już poruszona wiedzą o prześladowaniach Tybetańczyków. Dzięki działalności XIV Dalaj Lamy była to tematyka poruszana na forach poświęconych obronom praw człowieka, tylko bądź samej Verdier nieznana, bądź celowo przez nią pomijana. Malarka do dzisiaj zachowuje dobre kontakty z Chinami (ergo chińskimi władzami), i może z rozmysłem unikać w swych publikacjach tematów klasyfikowanych przez Chiny jako kontrowersyjne.

Xinran z kolei interesująco balansuje pomiędzy rejestrowaniem historii jednostkowych a ogólnospołeczną a nawet polityczną skalą systemowych represji. Z pozoru jest idealistką, ale jej umocowanie zawodowe daje jej pewną moc sprawczą. Zresztą gdy Verdier podróżuje po terenach, w których zachowały się specyficzne zwyczaje, widzi jedynie folklor i popełnia gafę za gafą, co pociąga za sobą dość poważne konsekwencje… dla osób jej towarzyszących. Kiedy zaś Xinran jedzie do biednej osady na Wzgórzu Wołania, robi to w ramach pewnego rodzaju konwoju pomocowego. Chodziło tam wprawdzie o – pardon, taka idea przyświecała misji – cywilizowanie zakątków zapomnianych przez rewolucję, jednak Xinran jest pokorną obserwatorką, niezostawiającą za sobą zgliszcz.

Polaryzacja, to jest pochwała postawy Xinran i deprecjacja Verdier, byłaby niesprawiedliwa, tu potrzeba balansu. Jednak od strony podejścia życiowego Pasażerka ciszy budzi więcej moralnych oporów. Dodajmy, że autorka pojęła się później pracy w ambasadzie, z jednej strony legitymizując chiński porządek świata, z drugiej podkopując go swoimi niekonwencjonalnymi działaniami, sprawiając kłopoty osobom trzecim. Po upływie zatrudnienia w służbach dyplomatycznych powróciła do Francji i poświęciła się malarstwu.

Wnioski z obu lektur nie mogą być odkrywcze: Chiny to kraj kontrastów. Rozwarstwienie i nierówności społeczne były bolączkami i przed Mao Zedongiem, i za rewolucji kulturalnej w późnych latach 1960., i po jej najcięższej fali, i po otwarciu się na kapitalizm, przy czym dojmująco brakuje krytyki niesprawiedliwości, i przeciwdziałania jej. Pierwszym krokiem ku temu może być rozpoznanie tematyki, na przykład próba diagnoz opartych na herstoriach (choć przyznam, że bardzo nie lubię tego terminu). Xinran wyszła z nimi ku odbiorcy zachodniemu, po tym, jak wzbogaciła swą perspektywą poznawczą udziałem w życiu społeczeństwa demokratycznego i przynajmniej w pewnej mierze starającego się respektować jednostkowe prawa i wolności. Daleka od mitologizacji i pseudomistycznych uniesień, wypowiada się w sprawach zasadniczych, porusza świadomość czytelników. Nie kieruje się marzeniem o samorozwoju, ale jak najlepiej rozumianym interesem zbiorowym.

Przywołajmy słynne słowa bell hooks dotyczące akademickich narracji werbalizujących przeżycia podmiotów podporządkowanych obcej sobie władzy ekonomicznej, przekształcającej się we władzę retoryczną i ideową: „No need to hear your voice when I can talk about you better than you can speak about yourself”*. Xinran nie ukazuje „dobrych kobiet z Chin” z pozycji swej wyższości. Jest jedną z nich, jej własna historia jest również wstrząsająca. Dostała szansę, by stać się rzeczniczką „głosów z ukrycia” (tak – przypomnijmy – brzmi podtytuł książki), i szansę wykorzystała.

Paulina Szkudlarek

Xue Xinran, Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia, przeł. z angielskiego Katarzyna Kulpa, W.A.B., Warszawa 2008.
Fabienne Verdier, Pasażerka ciszy. Dziesięć lat w Chinach, przeł. Krystyna Arustowicz, W.A.B., Warszawa 2007.

*Cytowany artykuł bell hooks ukazał się pod tytułem Margines jako miejsce radykalnego otwarcia w przekładzie Ewy Domańskiej, w „Literaturze na Świecie” nr 01-02/2008.

Data wpisu: 26 listopada, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Julia Child, współpraca: Alex Prud’Homme, „Moje życie we Francji”

Kiedy na początku najnowszego filmu Woody Allena O północy w Paryżu poznajemy Strasznych Amerykańskich Przyszłych Teściów głównego bohatera (granego przez Owena Wilsona), miałam wrażenie, że rozpoznaję w nich współziomków Julii Child, których spotykała podczas swoich pobytów w Europie. Autobiograficzną książkę Julii Child (autorki żyjącej w latach 1912-2004) i najnowszy film Allena łączy nie tylko to, że akcja obu opowieści dzieje się w Paryżu. Oboje autorzy za pomocą swoich dzieł niewątpliwie starali się choć trochę przełamać stereotyp prowincjonalnego Amerykanina zapatrzonego w swoją ojczyznę jako raj kompletny i ostateczny. Część bohaterów Allena to ludzie aroganccy, nieprawdopodobnie ignoranccy, niewidzący niczego poza ukochanymi Stanami Zjednoczonymi, niemający kompletnie pojęcia o jakichkolwiek ideach intelektualnych – bardzo przypominali niektórych znajomych Julii, a także jej ojca, z którym Julia przez całe życie nie była w najlepszych stosunkach. O ile Allenowi nie udaje się jednak wyjść poza pretensjonalne uniki i popadanie w jeszcze gorsze stereotypy, Child znakomicie prezentuje się jako otwarta i chłonąca nowości nowoczesna kobieta. Co istotne, widzimy, jak ona sama wyzbywała się stereotypowych przedsądów: „(…) za sprawą artykułów w „Vogue” i hollywódzkich filmów, skłonna byłam sądzić, że Francja to kraj elegantów, gdzie wszystkie kobiety są filigranowymi i wytwornie ufryzowanymi złośliwymi stworzeniami, a wszyscy mężczyźni dandysami à la Adolphe Menjou, którzy raz po raz podkręcają wąsa, podszczypują dziewczęta i spiskują przeciwko amerykańskim prostaczkom” (s. 21, pisownia oryginalna).

Ale skąd w ogóle wspomnienia Julii Child w moich lekturach?

…Kiedy tylko poczujemy zmęczenie myślą, że jedzenie stało się gigantycznym przemysłem, w którym przyjemność smakowania, biesiadowania zanika na rzecz wyliczania wartości odżywczych przez dietetyków i gaży dla gwiazd kucharzenia, które nie zawsze gotują naprawdę, warto spojrzeć na początki obecności programów kulinarnych w telewizji, na czas, gdy przepisy kuchenne były często tajemnymi recepturami, i jedynie kucharze i kucharki znali i przekazywali sobie sekrety odpowiednich proporcji, przypraw, ingrediencji i składników. Warto przypomnieć sobie o kimś, dla kogo gotowanie było prawdziwą przyjemnością, pasją, sposobem życia, a nie tylko dochodowym biznesem.

Książki Julii Child nie napisała Julia Child. Za olbrzymi sukces wspomnień Julii odpowiada redaktor jej wspomnień i krewny, Alex Prud’Homme (Julia to jego cioteczna babka). W 2004 roku Julia i Alex zaczęli spotykać się, by spisać wspomnienia Julii z jej ulubionego okresu w życiu, gdy razem z mężem, Paulem Childem, w latach 1948 – 1954 mieszkali w Paryżu i w Marsylii. „Jest to książka o największych miłościach mojego życia: moim mężu, Paulu Childzie, la belle France oraz rozlicznych przyjemnościach gotowania i jedzenia”, czytamy we wstępnych partiach. Początkowo Prud’Homme próbował nagrywać słowa Julii na magnetofon, ale urządzenie rozpraszało ją. Skupił się zatem na spisywaniu jej opowieści, czytaniu listów, które Julia pisała do rodziny i przyjaciół, pracował również z wieloletnią redaktorką książek Julii, Judith Jones, która jako pierwsza dostrzegła potencjał bestsellerowy w projekcie Julii.

Moja pierwsza myśl o książce zredagowanej przez krewniaka Julii sprowadzała się do westchnienia: no tak, spadkobiercy do praw autorskich jej książki zauważyli, że produkt „Julia Child” jest już jedynie kuchennym dinozaurem. Należy więc coś wymyślić, aby produkt stworzyć na nowo, ładniej opakować i sprzedać ponownie. Nie da się wypromować ponownie Julii jako mistrzyni francuskiej kuchni, warto więc przedstawić to, co do tej pory chroniła, czyli prywatność i wspomnienia, pokazać Julię jako człowieka. Hurra, udało się! Kupiłam! Książka, która stanowi efekt współpracy z Prud’Homme, jest znakomitą, napisaną niezwykle lekkim piórem, sympatyczną, ciepłą, pełną ciekawostek i oczywiście przede wszystkim – pasji, opowieścią o szalonym życiu jeszcze bardziej szalonej młodej Amerykanki w Paryżu.

Jestem zatem pod wielkim wrażeniem tego, co wykreował Prud’Homme. Podczas lektury miałam wrażenie, że słyszę głos narratorki – upozowanej po trochę na idealną panią domu z reklam z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych a troszkę na towarzyszkę imprez Holly Gholightly. Zwariowana i jednocześnie świetnie zorganizowana. Pełna energii, z którą przemierza europejskie miasta z uśmiechem, gotowa na niespodzianki, które okiełzna poczuciem humoru i dystansem. Jak jednak było naprawdę? Według Julii Child, kobiety w jej czasach, głównie Amerykanki należące do klasy średniej, nie miały pojęcia o gotowaniu, które w ogóle nie leżało w polu ich zainteresowań. Kupowanie produktów spożywczych i przygotowywanie posiłków to było zajęcie służących i kucharzy. Wiele amerykańskich rodzin w czasach przedwojennych i powojennych, jak wspomina Julia, zatrudniało europejskich kucharzy, którzy często wzorowali się na ideale francuskiej kuchni. Niezdrowe, tłuste i wysokokaloryczne, smażone w dużej ilości tłuszczu jedzenie, które pojawiało się na amerykańskich stołach, wg Julii pochodziło od kucharek afroamerykańskich. Z taktem należnym pogodnej i w miarę beztroskiej rozrywce, w książce nie wspomina się, dlaczego akurat te kobiety znały przepisy głównie na potrawy dostarczające energii ludziom pracującym bardzo ciężko fizycznie.

Wspomnienia Julii Child są absolutnie rozkoszne. Bawi nawet stopień zafałszowania i „słodzenia” obrazów, które – jak sądzę – są dziełem głównie redaktora książki. Przypominam: oto Julia zjawia się z mężem we Francji zaraz po drugiej wojnie światowej, jednak niewiele tam refleksji na temat potworności światowego konfliktu zbrojnego. Właściwie tamta wojna była dla Julii i jej męża egzotyczną przygodą, pracowali razem w Azji (dla armii amerykańskiej na Cejlonie), a potem zjawili się w Paryżu, by nieść Europie pozytywne przesłanie na temat globalnej roli i zasług Stanów Zjednoczonych. Paul, pracownik amerykańskiego urzędu propagandy, był odpowiedzialny za popularyzację i utrwalanie jak najbardziej afirmatywnego obraz swej ojczyzny wśród alianckich sojuszników. Biorąc pod uwagę wspomnienia Julii, w Paryżu na pewno wybrali dobrą drogę zacieśniania przyjaźni amerykańsko–francuskiej zapoznając się z wyśmienitą kuchnią francuską i imprezując z interesującymi osobami. Poznali m. in. małżeństwo Baltrusatisów, zaglądała do nich Alicja B. Toklas, spotykali się z krewnym Hemingwaya, wpadali w restauracjach na Colette, etc., jednak to żadna rewia znanych nazwisk, a wspomnienie autentycznych przyjaciół. Niemal cukierkowa tonacja książki staje się groteskowa, gdy Julia i Paul po pobycie w Paryżu i Marsylii zostają przeniesieni z racji awansu pana Childa do Niemiec – Plittersdorfu. Julia zręcznie omija wszelkie smutne i poważne tematy, skupiając się na słusznej skądinąd uwadze, że absolutnym koszmarem było życie w kopii amerykańskiej prowincji, i że niesłusznie Amerykanie ignorowali miejscową kuchnię, sprowadzając absolutnie wszystko z USA. To zresztą nie był jedynie wybryk starych dobrych czasów. Kiedy czytałam – mniej więcej miesiąc temu – o jakiejś amerykańskiej jednostce stacjonującej w małym polskim mieście, dowiedziałam się, że olbrzymią popularnością wśród Amerykanów cieszyły się pierogi – ich kucharz używał na miejscu w jednostce… amerykańskich jajek w proszku. Nie zdziwiłabym się gdyby sprowadzali ze Stanów również wodę pitną!

Julia na początku boi się „życia w kraju potworów”, jak określa Niemcy. Ale kiedy próbuje miejscowego piwa w Plittersdorfie, a potem wędzonej kiełbasy i kiszonej kapusty, dochodzi do wniosku, że tam, gdzie jest tak dobre jedzenie, zło jest niemal niemożliwe. „Znów nas zaskoczyło, jak bardzo sympatyczni są Niemcy. Usiłowałam pogodzić jakoś obrazy Hitlera i obozów koncentracyjnych z tymi miłymi obywatelami. Czy to naprawdę ci sami ludzie, którzy kilka lat temu pozwolili Hitlerowi sterroryzować świat?” (s. 296). I to mimo pysznej kiełbasy i kiszonej kapusty, sacrebleu! Jednakże fragmenty o pobycie w Niemczech nie są, wbrew pozorom, świadectwem totalnej naiwności czy głupoty Julii. Wydaje się raczej, że na siłę próbowała wydobyć wszystkie pozytywne strony przebywania w małym miasteczku, klonie amerykańskiej „dziury zabitej dechami”. Pobyt w dość smutnym, nudnym i brzydkim miejscu, które na dodatek nie obfitowało w sympatyczne towarzystwo (Julia unikała przebywających tam Amerykanów jak tylko mogła), był niewątpliwie przygnębiającym doświadczeniem. W innych fragmentach książki powściągliwie, ale zdecydowanie krytykuje makkartyzm i „polowanie na czarownice”, które rozpoczęło się w Ameryce w 1950 roku (o tym niżej), chwali liberalizm i ubolewa nad przemianami w amerykańskiej polityce, które doprowadziły wedle niej do pogorszenia stosunków USA z państwami Europy Zachodniej.

Ciekawe są opinie Julii o zatrudnieniu Paula, który jako pracownik propagandy dbał o PR USA w Europie i przygotowywał grunt do wprowadzenia Planu Marshalla. Kiedy organizował z amerykańskim attaché kulturalnym rozmaite wystawy sztuki współczesnej, „musiał być zarazem dyplomatą, panienką lekkich obyczajów i łobuzem, bo tylko taka kombinacja pozwalała skutecznie lawirować między diametralne różnymi stylami francuskiej i amerykańskiej biurokracji” (s. 144). Paul nazywał Amerykanów „panienkami Planu Marshalla”. Czytamy o zderzeniu dwóch zupełnie innych podejść do życia i organizacji. Właściwie do opisu Francuzów pasuje zestaw cech: indywidualizm, lekceważenie procedur, przepisów, opór stawiany dyktatowi „produktywności i zyskowi”. Według Julii typowy Francuz na sugestie Amerykanów „jak podkręcić kapitalizm”, reagował następująco:

wzruszał ramionami, jakby chciał powiedzieć: „Te wasze pomysły są niezwykle fascynujące, bez wątpienia, ale pracuje nam się dobrze, i to nam wystarcza. Wszyscy zarabiają przyzwoite pieniądze, nikt nie choruje na wrzody. Ja mam czas, żeby pracować nad monografią o Balzaku, a mój brygadzista z pasją hoduje grusze na treliarzu. Właściwie nie mamy ochoty wprowadzać zmian, które nam proponujecie” (s. 144, 145).

I dalej: „Amerykanie nie potrafili nawet wystraszyć Francuzów na tyle, aby ci zmienili swoje stare obyczaje” (s. 146). Tu zapachniało [neo]kolonializmem idźmy więc dalej.

Choć Child wspomina jako najszczęśliwszy okres w życiu czas spędzony w Paryżu i Marsylii, nie zatrzymuje się jedynie na przeszłości i akcentuje, że gdy z różnych przyczyn stało się niemożliwe życie we Francji, poszli z Paulem do przodu.

Co się stało? Praca dla rządu z upływem czasu stawała się dla małżonków Child coraz trudniejsza i coraz bardziej męcząca. Ich cierpliwość wyczerpała się, gdy za McCarthy’ego nastały czasy „polowań na czarownice”, i Paul został wezwany do Waszyngtonu, by zostać poddanym ocenie, czy przypadkiem nie jest homoseksualistą. Wieloletni pracownik wydziału propagandy wybrał się do USA licząc na merytoryczną dyskusję, informację o awansie – cokolwiek, co ma związek z jego pracą. Zamiast tego kazano mu ściągnąć spodnie. Odmówił. W 1955 roku, kiedy przebywali na placówce w Niemczech, Paul dostał nagłe wezwanie do Waszyngtonu. Na miejscu okazało się, że wezwano go na przesłuchanie, które trwało cały dzień i część wieczoru – przesłuchiwali go agenci z Biura Bezpieczeństwa USIA (The United States Information Agency). Jak się wyjaśniło, ktoś napisał donos oskarżający Paula o zdradę i homoseksualizm. „(…) ten haniebny epizod zostawił niesmak i na zawsze zapadł w pamięć. Co się stało z Ameryką? Skutki polowania na czarownice nie ominęły naszych przyjaciół i kolegów z pracy. McCarthy rujnował ludziom kariery, a nieraz całe życie” (s. 302).

Pomijając towarzyskie i polityczne tło książki Prud’Homme’a i Julii, bardzo interesujące jest podejście Julii do tematyki kulinarnej. Jak już wspomniałam wyżej, pani Child podkreśla niejednokrotnie, że jej rówieśnice i znajome z Ameryki w ogóle nie interesowały się gotowaniem, ani dobrą kuchnią, bazującą na produktach dobrej jakości, które wybrało się samo, najlepiej na pobliskim targu. Kiedy Julia postanowiła, że nauczy się gotować, zrobiła wszystko. by swoje marzenie urzeczywistnić. Zdecydowała się na podjęcie nauki w słynnej od wieków (a dokładniej – od wieku XVI!) szkole Cordon Bleu, została potraktowana jak intruz i amerykański barbarzyńca, i z racji tegoż nie włączono jej do głównej grupy uczniów a dołączono do grupki mężczyzn która chciała poznać głównie podstawy gotowania. Niemniej jednak szkoliła się pod okiem mistrza kuchni, Maxa Bugnarda. Nie wspomina, by udało się jej wtedy zwerbować swoje amerykańskie znajome do wspólnego gotowania. Sama nauka bywała frustrująca głównie z powodów organizacyjnych. Złe zarządzanie finansami i brak chęci zainteresowania szkołą szerszego grona, które wykazywała ówczesna szefowa Cordon Bleu, sprawiały liczne nieprzyjemności. Niemal codziennie szwankowało zaopatrzenie i brakowało podstawowych produktów gastronomicznych na zajęciach (jak np. pieprz i sól!). Brak dbałości o stan budynku, w którym odbywały się zajęcia szkoły Cordon Bleu przyczynił się do tego, że psująca się kuchenka czy brak prądu bywały tam częstymi atrakcjami. Kolejną przeszkodą, której Julia musiała stawić czoło, była niechęć szefowej szkoły do niej jako Amerykanki. Dyrektorka Cordon Bleu wymyślała rozmaite przeszkody, by tylko Julia nie podeszła do egzaminu końcowego – ostatecznie Julia zdała go za drugim podejściem, tylko i wyłącznie dzięki swojej determinacji i licznym listom krytykującym postawę prowadzącej szacowną placówkę edukacji kulinarnej. Trzeba przyznać, że to bardzo interesujący opis słynnej obecnie na cały świat szkoły, która wtedy z całą pewnością potrzebowała reorganizacji w duchu nowego kapitalizmu. Z całą pewnością obywatelstwo jakiegokolwiek kraju nie jest obecnie przeszkodą, by podjąć tam naukę – najważniejsze, by uiścić opłaty. Obecnie Cordon Bleu szczyci się tym, że szkoliła się u nich Julia Child!

Czyż nie jest to najlepsza zachęta dla pasjonatów gotowania z USA?
Dla Julii chęć poznania francuskiej szkoły gotowania było częścią jej ogólnego, otwartego, liberalnego podejścia do świata. Przybyła do Europy karmiona nieprawdopodobnymi opowieściami na temat jej mieszkańców, jakie snuł jej ojciec (Europejczycy są ciemni i brudni, w dużym skrócie), zagorzały republikanin, filantrop, niestety o bardzo ograniczonym horyzoncie poznawczym. Julia wspomina go często jako bardzo hojnego i dobrego człowieka, ale też jako swego adwersarza światopoglądowego pod niemal każdym względem. Cierpiała nie mogąc zarazić go swoją radością życia i poznawania nowych miejsc i smaków. Julia przybyła z Paulem po to, by poznawać Paryż, Francję, by mieszkać jak Francuzi – wynajęli mieszkanie we francuskiej kamienicy (zatrudnili francuską służącą głównie dlatego, że „tak wypadało”), walczyli ze wszelkimi niedogodnościami, jakie się z tym wiązały, by wspomnieć choćby o braku porządnego ogrzewania – zimą trzeba było siedzieć w mieszkaniu w kurtce, ciepłych butach i rękawiczkach.

Zabawne są anegdoty o rozmaitych lapsusach językowych popełnianych przez Amerykanów we Francji. Od niewymawialnego paryskiego adresu państwa Child

Zbitka słowna „rue de l’ Université 81” okazała się trochę za dużym wyzwaniem dla naszych narządów mowy, więc nasz nowy dom szybko stał się „Ru de Lu” (s. 48)

po perypetie siostry Julii, Dort, która

dla komunikacji międzyludzkiej zdolna była zrobić wszystko (…). Dort z całą powagą usiłowała zapytać (fryzjera – dop. S.R.): „Czy obetnie mi pan włosy przed myciem, czy potem?”, ale wyszło: „Czy obetnie mi pan konie przed grzybem, czy po nim?” (s. 72).

Kiedy Julia ukończyła Cordon Bleu i spędziła trochę czasu w Marsylii, zaczęła myśleć o wydaniu na rynek amerykański książki o francuskiej kuchni. Przez kilka lat razem z dwiema współpracownicami – Simone Beck i na początku, z Louisette Bertholle, która później wycofała się projektu, opracowywała i doskonaliła przepisy. Warto odnotować, że wtedy, jak twierdzi Julia, praktycznie nie istniał spisany pewny przepis na np. majonez czy croissanty. Brakowało dokładnych wytycznych, określenia, jakie mają być dokładnie proporcje składników, jaką mają mieć temperaturę, co skąd brać. Dla Julii każdy przepis był potencjalnym polem doświadczalnym, ponieważ porównywała wszystkie składniki, których używała we Francji, i które można było dostać w Europie, z amerykańskimi. Odkrywała np. różnice w mące, oczywiście różnice w metryce, a także zetknęła się z tym, że w Ameryce wielu składników nie można było nigdzie dostać – np. …śmietany! Nawet gdy w 1961 r. ostatecznie książka została opracowana jako grube, ponad 700-stronicowe tomiszcze, gdzie każdy przepis krok po kroku został sprawdzony, zmodyfikowany i bardzo dokładnie opisany, wydawcy, z którymi wtedy autorki prowadziły wstępne pertraktacje, nie kwapili się, by to wydać. Twierdzili, że to pozycja zupełnie anachroniczna i zbyt trudna dla przeciętnego amerykańskiego czytelnika. Według wydawców wszyscy chcieli prostych i szybkich przepisów, które w dodatku można było przygotować w cudzie nowoczesnej kuchni – mikrofalówce. Dopiero po kolejnej długotrwałej i pracochłonnej redakcji (przy której pracowała też wspomniana Judith Jones), Mastering the Art of French Cooking, dzieło Julii i jej przyjaciółek zostało wydane i szybko stało się wielokrotnie wznawianym bestsellerem. Julia, wysoka i elegancka (miała 187 cm wzrostu, na zdjęciach i filmach wygląda dość komicznie, kiedy nachyla się nad współpracownikami niczym żeńska wersja Guliwera w krainie Liliputów) trafiła też do telewizji – były to pierwsze show kulinarne w historii! Nikt nie miał pojęcia, jak to powinno wyglądać. Programy emitowano na żywo! Bardzo często gdy Julia przybywała na plan zdjęciowy, odkrywała, że nie przygotowano niczego, o co prosiła – często musiała radzić sobie w dość ekstremalnych warunkach np. z niemal niedziałającą kuchenką, czy bez produktów kulinarnych. W przeciwieństwie do tego, co znamy z dzisiejszych programów kulinarnych, telewizyjna kuchnia nie przypominała sterylnego laboratorium ani pomieszczenia w salonie meblowym.

Nie znam filmu Julie i Julia Nory Ephron (2009), gdzie w naszą bohaterkę wcieliła się Meryl Streep. Jednak na YouTube można obejrzeć archiwalne audycje The French Chef (polecane linki znajdują się poniżej!). Kiedy je oglądałam, zastanawiałam się, czy razi mnie oczywista anachroniczność i rozbrajająca spontaniczność powiązana z epizodami kiedy pasja przerosła możliwości bohaterki (można być pewnym, że dziś nikt nie zaangażowałby biednej Julii do telewizji!), czy raczej fakt pokazania, jak gotowanie „tak po prostu” wygląda. Nie jest czynnością sterylną, zupełnie prostą i nie wychodzi doskonale, jak widzimy to w dzisiejszych programach. W gotowaniu bądź co bądź chodzi też o wiedzę i mnóstwo pożytecznych informacji, a te Julia zawsze przekazuje. Aktualnymi pozostaje wiele jej rad, choćby ta, by zaopatrywać się w warzywa, nabiał czy nawet mięso na lokalnym targu, by popierać miejscowych wytwórców żywności, a także by w miarę możliwości założyć własny mały ogródek z warzywami! Poza tym jak mawiała „nigdy nie przepraszaj w kuchni” – nawet jeśli coś się nie uda, pozostali powinni docenić trud gotującej osoby!

Prywatna kuchnia Julii była urządzona i zaopatrzona po stokroć lepiej, niż ta, z której zmuszona była korzystać w studio telewizyjnym. We Francji podczas nauki w Cordon Bleu Julia nabyła niesamowitą ilość gadżetów kuchennych. „Tu i tam poupychane były moje narzędzia specjalistyczne: miedziany rondel do rozpuszczania cukru, długie igły do natłuszczania pieczeni, owalna, szylkretowa łopatka do przecierania składników przez tamis, sito, stożkowe sitko nazywane chinois, patelenki używane wyłącznie do smażenia naleśników, formy do tart, rzeźbione z drewna klonowego łopatki do mieszania i niezliczone ciężkie miedziane pokrywki z długimi żelaznymi rączkami. Moja kuchnia dosłownie lśniła od gadżetów. A ja nigdy nie miałam dość” (s. 111). Wśród wyjątkowo rzadko spotykanych przyborów królował na pewno wielki i potwornie ciężki marmurowy moździerz służący do przygotowania jednego tylko dania – quenelles de brochet, utłuczonego i ugotowanego szczupaka, przetartego następnie przez sito i ubitego ze śmietaną nad miską z lodem.

Julia doskonaląc się jako we francuskiej kuchni (na marginesie: jej mąż Paul też dobrze gotował, w dodatku doskonale znał się na winach) oczywiście nie przejmowała się jakimiś tam dietetycznymi ograniczeniami. W ich menu masełko, pieczone mięsiwa i orgiastyczne desery przybierały gargantuiczne rozmiary, co nierzadko odbijało się na ich zdrowiu. Czasem nawet wspominali coś o konieczności walki z brzuszkami. Nigdy jednak nie poświęcili się bezużytecznej ascezie i kiedy tylko mogli, oddawali hołd pysznościom.

Co ciekawe, (jak zauważa choćby recenzent filmu na stronie Filmwebu, Julia Child ze swoją pasją, która w tradycyjnym ujęciu świata jest zajęciem typowo kobiecym, wkroczyła w świat praktycznie zarezerwowany dla mężczyzn. To mężczyźni byli i najczęściej nadal są utytułowanymi kucharzami, mężczyźni są smakoszami i recenzentami kulinarnymi, ogólnie rzecz ujmując, są na stanowiskach gdzie jest kasa i szacunek, a reszta może zmywać gary po gotowaniu. To zabawne, i już dawno odnotowane przez feministki choćby z pokolenia Julii, że tradycjonaliści chcą widzieć miejsce kobiety w domowej kuchni, ale już kobieta zarządzająca np. restauracją, jest już mniej mile widziana, a przynajmniej było tak w czasach prezenterki The French Chef. Jednak Julia w ogóle o tym nie wspomina. Mam wrażenie, że jako żona liczącego się dyplomaty amerykańskiego, w czasach gdy międzynarodowa sytuacja polityczna USA była bez porównania silniejsza niż obecnie, pokonywała wiele przeszkód – formalnych i nieformalnych – dzięki swojej pozycji. Nie wyobrażam sobie, by np. jej przyjaciółki, z którymi współtworzyła książkę, były zaproszone do telewizji, by poprowadzić program kulinarny. Co zabawne, kiedy razem z Simcą, jedną ze współautorek książki udzieliły razem wywiadu, Julia wspominając go podkreśliła, iż Simca źle radziła sobie w telewizji. Jak niewiele trzeba, by poczuć się celebrytką!
Z całą pewnością Prud’Homme’owi udało się wykreować portret Julii, którą chyba każdy chciałby poznać, i z którą chciałby porozmawiać, o wspólnym gotowaniu nie wspominając! Jej energia, pasja życia i zaangażowanie w tematy kulinarne sprawiają, że książkę czyta się z dużą przyjemnością, choć zgrzytem jest końcówka, w której wyraźnie czuje się, że wiele ze wspomnianych epizodów najchętniej nie byłoby w ogóle poruszanych, przede wszystkim – choroba i śmierć Paula, najbliższego jej człowieka czy dość burzliwa przyjaźń z jedną z współautorek książki – Simone Beck. Bon apetit, którego życzyła często Julia na zakończenie swoich programów kulinarnych, na pewno nie dotyczy tylko jedzenia, ale przede wszystkim – życia!

Sławomira Raczyńska

Julia Child, współpraca: Alex Prud’Homme, Moje życie we Francji, przeł. Anna Sak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010. Wszystkie cytaty i odniesienia pochodzą z tej edycji.

Julia i homary

Julia i croissanty

Data wpisu: 14 listopada, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Życiorysy skradzione. „Frascati” i „Encyklopedierotyk” Ewy Kuryluk

Frascati, tytuł autobiograficznej książki Ewy Kuryluk to zarazem nazwa ulicy, przy której mieszkała rodzina artystki. Rodzina niezwykła, i w sposób szczególny doświadczana przez historię. Ojciec, Karol zwany Łapką (1910-1967), przedwojenny socjalista, pośmiertnie odznaczony medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, był przez krótki czas PRL-owskim ministrem kultury, pracowitym i kompetentnym, opowiadającym się – przypomnijmy, w latach pięćdziesiątych – za otwarciem Polski na Zachód. Jego inicjatywą było powołanie Instytutu Francuskiego, w którym pracował Foucault. Matka Miriam–Maria (1917-2001), pisarka i tłumaczka, to ocalona z Holokaustu Żydówka, ciężko znosząca swój powojenny los pani ministrowej, ambasadorowej, później – matki córki emigrantki i syna, pacjenta Tworek.

Ewunia (ur. 1946) była w dzieciństwie rozdarta pomiędzy propagandową afirmacją ówczesnej polskiej rzeczywistości a podpatrywanym u rodziców sceptycyzmem, przy czym dostała szansę na poszerzenie horyzontów nie tylko przez czas ambasadorowania ojca w Wiedniu, ale również dzięki wysokiej kulturze i erudycji obojga rodziców. Życie dostatnie w kochającej się rodzinie nie było jednak sielanką ze względu na – kolejno – powracające wojenne traumy, antysemityzm, uwikłanie polityczne i choroby psychiczne. Schizofrenia matki, ujawniające się już w dorosłym wieku problemy brata Piotra, przedwczesna śmierć ojca… Ewa ukończyła studia artystyczne, i z biegiem czasu zyskała zasłużoną sławę na polu sztuk plastycznych. Dzięki znajomości języków obcych potrafiła stawić czoła życiu na emigracji – nie wegetować, nie koncentrować się na zarabianiu „walut”, tylko pracować i rozwijać się zgodnie z zainteresowaniami zaiste godnymi „błękitnego ptaka”, zarazem wolna, jak i obarczona świadomością trudów, z jakimi w Polsce zmagali się matka i brat. Nie są to jednak tematy, na których się we Frascati koncentruje.

Z „moralnego” punktu widzenia warto odnotować, iż dopiero po śmierci matki Kuryluk zaczęła pracę nad tą książką, odmalowując obraz pełniejszy i śmielszy, aniżeli we wcześniejszym Goldim (w tym przypadku tytuł odnosi się do imienia chomika, jakiego Ewunia i Piotruś mieli w dzieciństwie).

Całość jest chaotyczna i nierówna. Wpierw w narracji przeważają nieuporządkowane i fragmentaryczne skojarzenia dotyczące różnych okresów, potem stopniowo wypełniają się puste miejsca, pod koniec bierze górę skrupulatność dokumentacyjna. Pretekstem do snucia wspomnień są rozmowy ze starą wówczas matką, jednak w odpowiednich momentach autorka dopowiada co się w poruszanej kwestii później okazało. Na przykład wcześniej sceptycznie podchodziła do przekonania matki, iż przy usuwaniu bluszczu ze ścian budynku służby specjalne zamontowały tam podsłuchy. Ewa zawsze uważała takie gadanie matki za związane z jej przeżyciami wojennymi oraz za symptom choroby psychicznej (manii prześladowczej towarzyszącej schizofrenii), tymczasem przy przebudowie dokonywanej już po śmierci staruszki odnaleziono aparaturę podsłuchową z lat pięćdziesiątych.

Najmniej w tych wspomnieniach dorosłej Kuryluk. Mimochodem przemycone informacje o jej studiach i emigracji, mieszkaniu między innymi w Nowym Jorku, we Frascati znajdujemy tylko przy okazji opisywania kłopotów matki i Piotra, poniżanych i szkalowanych z powodu pobytu córki na Zachodzie. Osobnym wątkiem są peregrynacje Kuryluk na Wschód, w poszukiwaniu śladów rodzinnych powiązań. Zdaje się, że najmniej istotną determinantą osobistych i publicznych dylematów autorki było pochodzenie matki – i jej związane z Holokaustem przeżycia. Mimo wspólnoty pokoleniowej brak tu elementów narracji nasuwających skojarzenia ze skądinąd znakomitym Utworem o matce i ojczyźnie Bożeny Keff–Umińskiej.

Jak zostało to wyżej powiedziane, na rodzinie Kuryluków szczególne piętno wywarł problem zmagań z chorobami psychicznymi. Relacje dotyczące terapii, jakiej w Wiedniu była poddawana matka, wydawały mi się straszniejsze, niż opis pobytów Piotra w podwarszawskich Tworkach. W Wiedniu miał być przecież wolny świat i pacjentka o wysokim statusie społecznym: ambasadorowa. Tymczasem lekarz okazał się potwornym Marionettenspielerem, a na dodatek byłym nazistą, co ze względu na narodowość (czy też pochodzenie etniczne) kobiety niemalże nie skończyło się tragedią – terapeuta wmawiał jej poczucie winy i niższości, co katalizowało skłonności samobójcze. Na szczęście „leczenie” udało się przerwać. To interesujące, że najboleśniejszego powojennego aktu antysemityzmu Miriam doświadcza w najwyraźniej nie dość zdenazyfikowanej Austrii. Piotr przeżył natomiast wiele trudnych lat w Tworkach. Pamiętajmy, że nawet w świecie po drugiej stronie żelaznej kurtyny były to czasy – by tak rzec – lotów nad kukułczymi gniazdami, czego można było zatem oczekiwać po szpitalu psychiatrycznym w sytuacji PRL-owskiego nieustającego kryzysu, wszelkich niedoborów i braku etosu pracy? To ostatnie wiąże się z okrutnym podejściem do człowieka–pacjenta, któremu służba zdrowia winna – jak sama nazwa wskazuje – służyć.

Kuryluk to fascynujące historie rodzinne, to równie fascynujący „własny” życiorys, i Frascati wywarło na mnie ogromne wrażenie. Przy okazji więc wróciłam do książki, która parę lat temu mnie zafascynowała – „szarej książeczki” pod tytułem Encyklopedierotyk [1]. To tomik zbierający apokryficzne listy pisane przez Rolanda Barthesa, do niego i o nim, a dotyczące głównie projektu stworzenia przez grono specjalistów poststrukturalnego kompendium dotyczącego erotyki. Rzecz poprzedzona jest opowieścią o tym, jak te listy trafiły do autorki, i uzupełniona przez zdjęcia i ilustracje. Nawiasem mówiąc, tam właśnie po raz pierwszy widziałam reprodukcję słynnej karykatury „Piknik strukturalistów”.

Projekt encyklopedii wsparty jest narracjami o miłosnych losach postaci. Na przykład samego Barthesa opuścił wielbiony przezeń kochanek Edmund, dużo młodszy, obiecujący artysta i Barthes (a wraz z nim czytający) nie wie co się z nim dzieje.

Listy piszą też współpracownicy Barthesa. Oto na przykład Yuki, młoda przedstawicielka humanistyki japońskiej (w pewnym momencie ktoś w rodzaju seksualnej niewolnicy swojej uczelnianej przełożonej), później emigrantka, która swoją życiową miłość – Edmunda właśnie – spotkała w amerykańskim szpitalu psychiatrycznym, do którego nie bez powodów trafiła. Jest też starzejący się Grek, prawdopodobny partner Barthesa z młodości i inni. Jest też wspomnienie Foucaulta z jego warszawskiego epizodu, kiedy to rzekomo niemal poddał się urokowi Karola Kuryluka, i kiedy ojciec Ewy rzekomo niemal dał się Francuzowi uwieść. Oczywiście to piękne i stosowne dowodzenie braku homofobicznych uprzedzeń potrzebne autorce, której książka mówi o jakże „nieuporządkowanych” związkach jednopłciowych.

Jak wspomniałam, swego czasu ta propozycja Kuryluk mnie oczarowała, choćby dlatego, iż według mnie w Polsce Barthes jest niedoceniany, ignorowany, wykorzystywany przede wszystkim przez średnio kompetentnych literaturoznawców; ewentualnie słynne Mitologie sytuowane są w kanonie założycielskim studiów kulturowych. Mało wiadomo o biografii Barthesa, a ja – odruchowo acz naiwnie – założyłam, że Kuryluk odnosi się do realnych sytuacji dotyczących relacji między opisywanymi ludźmi, i w inspiracji nimi buduje swą fikcję. Frascati dowodzi jednak, że wiele w Encyklopedierotyku pochodzi wprost ze świata wspomnień Kuryluk. Barthes ma hodować kaktusa „korona cierniowa”, jakiego przez wiele lat miała Maria Kuryluk. „To kaktus palestyński – pisała mamon – ma siedem lat, tyle, co Ty chéri. A będzie żył jeszcze sto” [2].

Powinnam być zachwycona, że w swoim czasie pozwoliłam ponieść się magii opowieści i dać wiarę różnym jej elementom, ja zaś narzekam, że mnie Kuryluk oszukała. Z drugiej strony autorka ukazała mi się jako autoplagiatorka, wykorzystująca co najmniej dwukrotnie te same motywy niejako okradające własną rodzinę.

Wspomnieniom „własnym” towarzyszą wpadki merytoryczne. Należy do nich materia listu Madame Barthes do syna. Kobieta przyznaje się w nim do bardzo szczęśliwego romansu, jaki się jej zdarzył w średnim wieku, do miłości do znacznie młodszego od niej mężczyzny, z którym na początku drugiej wojny światowej wzięła potajemnie ślub, z którym miała dziecko – nie przeżyło. W narracji Kuryluk przy koncentracji na miłościach trudnych i nieoczywistych fragmenty te miały być chyba przełamaniem wizerunku Madame Barthes jako wiecznie oddanej Rolandowi, pozbawionemu ojca homoseksualiście, który nigdy nie wyfrunął spod matczynych skrzydeł. Kuryluk nie wiedziała o czymś dość istotnym: Barthes – przed skończeniem roku osierocony przez ojca – miał młodszego brata, gdyż parę lat po narodzinach Rolanda Henrietta miała romans z pewnym, jak twierdzi Jonathan Culler, artystą. Całe późniejsze życie mieszkała z obydwoma synami (Barthes chyba to ukrywał) [3].

Ponadto Kuryluk każe mówić i pisać o głównym bohaterze per Rolo. W mowie to brzmi niemal „Rolą” (co nie jest bynajmniej chybione), jednak bohater nie był w ten sposób nigdy nazywany. A jak? Erbé. Dokładnie tak, jak i po polsku i po francusku czyta się jego inicjały.

Na tylnej stronie okładki wydawnicza notka nazywa tłumaczeniem listów, zaś we wstępie Kuryluk wspomina, że warto byłoby je reprodukować z uwagi na ich walory graficzne, cechy pisma odręcznego, rodzaj papieru na jakim powstały, jako współdeterminujące ich charakter. Przyznajmy, sugestia jest silna. Uległa jej Anna Małczyńska, wprawdzie za motto swego artykułu przyjmując słowa Barthesa: „Rozkosz lektury ręczy za swą prawdę”, jednak urzeczona napisała, iż „wiele stron poświęciła Kuryluk biografemom powszechnie znanym” – i obok np. Barthesowskiej miłości do Japonii wymieniła kaktus palestyński, „który [Barthes] dostał od matki w siódme urodziny i z którym nie rozstawał się do końca swoich dni” [4].

W wywiadzie z 1971 roku Barthes powiedział, że „biografia to powieść, która nie śmie wymawiać swojego imienia” [5]. Niekiedy jednak mimowolnie je zdradza, determinując konteksty naszych lektur. Czytane autonomicznie Frascati i Encyklopedierotyk wywierają ogromne wrażenie, w zestawieniu zawodzą, a „życiopisarstwo” jawi się jako wykoncypowana sztuczka w najlepszym razie kojarząca się z sięganiem do zestawu „małego majsterkowicza” – w najgorszym, z operacją na otwartym sercu.

Paulina Szkudlarek

Ewa Kuryluk, Frascati, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010.
Ewa Kuryluk, Encyklopedierotyk, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2001.

[1] Użyte określenie zaczerpnęłam z tytułu omówienia Encyklopedierotyku: Sekret szarej książeczki Anny Małczyńskiej (w: Lektury poststrukturalistyczne, red. Katarzyna Liszka, Rafał Włodarczyk, Chiazm, Wrocław 2007).
[2] Ewa Kuryluk, Encyklopedierotyk, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2001, s. 28.
[3] Jonathan Culler, Barthes: A Very Short Introduction, Oxford University Press, Oxford 2002, s. 8.
[4] Anna Małczyńska, Sekret szarej książeczki, op. cit., s. 62.
[5] Roland Barthes, Réponses, „Tel Quel”, nr 47, 1971.

Data wpisu: 13 kwietnia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Życiorysy skradzione. „Frascati” i „Encyklopedierotyk” Ewy Kuryluk

Frascati, tytuł autobiograficznej książki Ewy Kuryluk to zarazem nazwa ulicy, przy której mieszkała rodzina artystki. Rodzina niezwykła, i w sposób szczególny doświadczana przez historię. Ojciec, Karol zwany Łapką (1910-1967), przedwojenny socjalista, pośmiertnie odznaczony medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, był przez krótki czas PRL-owskim ministrem kultury, pracowitym i kompetentnym, opowiadającym się – przypomnijmy, w latach pięćdziesiątych – za otwarciem Polski na Zachód. Jego inicjatywą było powołanie Instytutu Francuskiego, w którym pracował Foucault. Matka Miriam–Maria (1917-2001), pisarka i tłumaczka, to ocalona z Holokaustu Żydówka, ciężko znosząca swój powojenny los pani ministrowej, ambasadorowej, później – matki córki emigrantki i syna, pacjenta Tworek.

Ewunia (ur. 1946) była w dzieciństwie rozdarta pomiędzy propagandową afirmacją ówczesnej polskiej rzeczywistości a podpatrywanym u rodziców sceptycyzmem, przy czym dostała szansę na poszerzenie horyzontów nie tylko przez czas ambasadorowania ojca w Wiedniu, ale również dzięki wysokiej kulturze i erudycji obojga rodziców. Życie dostatnie w kochającej się rodzinie nie było jednak sielanką ze względu na – kolejno – powracające wojenne traumy, antysemityzm, uwikłanie polityczne i choroby psychiczne. Schizofrenia matki, ujawniające się już w dorosłym wieku problemy brata Piotra, przedwczesna śmierć ojca… Ewa ukończyła studia artystyczne, i z biegiem czasu zyskała zasłużoną sławę na polu sztuk plastycznych. Dzięki znajomości języków obcych potrafiła stawić czoła życiu na emigracji – nie wegetować, nie koncentrować się na zarabianiu „walut”, tylko pracować i rozwijać się zgodnie z zainteresowaniami zaiste godnymi „błękitnego ptaka”, zarazem wolna, jak i obarczona świadomością trudów, z jakimi w Polsce zmagali się matka i brat. Nie są to jednak tematy, na których się we Frascati koncentruje.

Z „moralnego” punktu widzenia warto odnotować, iż dopiero po śmierci matki Kuryluk zaczęła pracę nad tą książką, odmalowując obraz pełniejszy i śmielszy, aniżeli we wcześniejszym Goldim (w tym przypadku tytuł odnosi się do imienia chomika, jakiego Ewunia i Piotruś mieli w dzieciństwie).

Całość jest chaotyczna i nierówna. Wpierw w narracji przeważają nieuporządkowane i fragmentaryczne skojarzenia dotyczące różnych okresów, potem stopniowo wypełniają się puste miejsca, pod koniec bierze górę skrupulatność dokumentacyjna. Pretekstem do snucia wspomnień są rozmowy ze starą wówczas matką, jednak w odpowiednich momentach autorka dopowiada co się w poruszanej kwestii później okazało. Na przykład wcześniej sceptycznie podchodziła do przekonania matki, iż przy usuwaniu bluszczu ze ścian budynku służby specjalne zamontowały tam podsłuchy. Ewa zawsze uważała takie gadanie matki za związane z jej przeżyciami wojennymi oraz za symptom choroby psychicznej (manii prześladowczej towarzyszącej schizofrenii), tymczasem przy przebudowie dokonywanej już po śmierci staruszki odnaleziono aparaturę podsłuchową z lat pięćdziesiątych.

Najmniej w tych wspomnieniach dorosłej Kuryluk. Mimochodem przemycone informacje o jej studiach i emigracji, mieszkaniu między innymi w Nowym Jorku, we Frascati znajdujemy tylko przy okazji opisywania kłopotów matki i Piotra, poniżanych i szkalowanych z powodu pobytu córki na Zachodzie. Osobnym wątkiem są peregrynacje Kuryluk na Wschód, w poszukiwaniu śladów rodzinnych powiązań. Zdaje się, że najmniej istotną determinantą osobistych i publicznych dylematów autorki było pochodzenie matki – i jej związane z Holokaustem przeżycia. Mimo wspólnoty pokoleniowej brak tu elementów narracji nasuwających skojarzenia ze skądinąd znakomitym Utworem o matce i ojczyźnie Bożeny Keff–Umińskiej.

Jak zostało to wyżej powiedziane, na rodzinie Kuryluków szczególne piętno wywarł problem zmagań z chorobami psychicznymi. Relacje dotyczące terapii, jakiej w Wiedniu była poddawana matka, wydawały mi się straszniejsze, niż opis pobytów Piotra w podwarszawskich Tworkach. W Wiedniu miał być przecież wolny świat i pacjentka o wysokim statusie społecznym: ambasadorowa. Tymczasem lekarz okazał się potwornym Marionettenspielerem, a na dodatek byłym nazistą, co ze względu na narodowość (czy też pochodzenie etniczne) kobiety niemalże nie skończyło się tragedią – terapeuta wmawiał jej poczucie winy i niższości, co katalizowało skłonności samobójcze. Na szczęście „leczenie” udało się przerwać. To interesujące, że najboleśniejszego powojennego aktu antysemityzmu Miriam doświadcza w najwyraźniej nie dość zdenazyfikowanej Austrii. Piotr przeżył natomiast wiele trudnych lat w Tworkach. Pamiętajmy, że nawet w świecie po drugiej stronie żelaznej kurtyny były to czasy – by tak rzec – lotów nad kukułczymi gniazdami, czego można było zatem oczekiwać po szpitalu psychiatrycznym w sytuacji PRL-owskiego nieustającego kryzysu, wszelkich niedoborów i braku etosu pracy? To ostatnie wiąże się z okrutnym podejściem do człowieka–pacjenta, któremu służba zdrowia winna – jak sama nazwa wskazuje – służyć.

Kuryluk to fascynujące historie rodzinne, to równie fascynujący „własny” życiorys, i Frascati wywarło na mnie ogromne wrażenie. Przy okazji więc wróciłam do książki, która parę lat temu mnie zafascynowała – „szarej książeczki” pod tytułem Encyklopedierotyk [1]. To tomik zbierający apokryficzne listy pisane przez Rolanda Barthesa, do niego i o nim, a dotyczące głównie projektu stworzenia przez grono specjalistów poststrukturalnego kompendium dotyczącego erotyki. Rzecz poprzedzona jest opowieścią o tym, jak te listy trafiły do autorki, i uzupełniona przez zdjęcia i ilustracje. Nawiasem mówiąc, tam właśnie po raz pierwszy widziałam reprodukcję słynnej karykatury „Piknik strukturalistów”.

Projekt encyklopedii wsparty jest narracjami o miłosnych losach postaci. Na przykład samego Barthesa opuścił wielbiony przezeń kochanek Edmund, dużo młodszy, obiecujący artysta i Barthes (a wraz z nim czytający) nie wie co się z nim dzieje.

Listy piszą też współpracownicy Barthesa. Oto na przykład Yuki, młoda przedstawicielka humanistyki japońskiej (w pewnym momencie ktoś w rodzaju seksualnej niewolnicy swojej uczelnianej przełożonej), później emigrantka, która swoją życiową miłość – Edmunda właśnie – spotkała w amerykańskim szpitalu psychiatrycznym, do którego nie bez powodów trafiła. Jest też starzejący się Grek, prawdopodobny partner Barthesa z młodości i inni. Jest też wspomnienie Foucaulta z jego warszawskiego epizodu, kiedy to rzekomo niemal poddał się urokowi Karola Kuryluka, i kiedy ojciec Ewy rzekomo niemal dał się Francuzowi uwieść. Oczywiście to piękne i stosowne dowodzenie braku homofobicznych uprzedzeń potrzebne autorce, której książka mówi o jakże „nieuporządkowanych” związkach jednopłciowych.

Jak wspomniałam, swego czasu ta propozycja Kuryluk mnie oczarowała, choćby dlatego, iż według mnie w Polsce Barthes jest niedoceniany, ignorowany, wykorzystywany przede wszystkim przez średnio kompetentnych literaturoznawców; ewentualnie słynne Mitologie sytuowane są w kanonie założycielskim studiów kulturowych. Mało wiadomo o biografii Barthesa, a ja – odruchowo acz naiwnie – założyłam, że Kuryluk odnosi się do realnych sytuacji dotyczących relacji między opisywanymi ludźmi, i w inspiracji nimi buduje swą fikcję. Frascati dowodzi jednak, że wiele w Encyklopedierotyku pochodzi wprost ze świata wspomnień Kuryluk. Barthes ma hodować kaktusa „korona cierniowa”, jakiego przez wiele lat miała Maria Kuryluk. „To kaktus palestyński – pisała mamon – ma siedem lat, tyle, co Ty chéri. A będzie żył jeszcze sto” [2].

Powinnam być zachwycona, że w swoim czasie pozwoliłam ponieść się magii opowieści i dać wiarę różnym jej elementom, ja zaś narzekam, że mnie Kuryluk oszukała. Z drugiej strony autorka ukazała mi się jako autoplagiatorka, wykorzystująca co najmniej dwukrotnie te same motywy niejako okradające własną rodzinę.

Wspomnieniom „własnym” towarzyszą wpadki merytoryczne. Należy do nich materia listu Madame Barthes do syna. Kobieta przyznaje się w nim do bardzo szczęśliwego romansu, jaki się jej zdarzył w średnim wieku, do miłości do znacznie młodszego od niej mężczyzny, z którym na początku drugiej wojny światowej wzięła potajemnie ślub, z którym miała dziecko – nie przeżyło. W narracji Kuryluk przy koncentracji na miłościach trudnych i nieoczywistych fragmenty te miały być chyba przełamaniem wizerunku Madame Barthes jako wiecznie oddanej Rolandowi, pozbawionemu ojca homoseksualiście, który nigdy nie wyfrunął spod matczynych skrzydeł. Kuryluk nie wiedziała o czymś dość istotnym: Barthes – przed skończeniem roku osierocony przez ojca – miał młodszego brata, gdyż parę lat po narodzinach Rolanda Henrietta miała romans z pewnym, jak twierdzi Jonathan Culler, artystą. Całe późniejsze życie mieszkała z obydwoma synami (Barthes chyba to ukrywał) [3].

Ponadto Kuryluk każe mówić i pisać o głównym bohaterze per Rolo. W mowie to brzmi niemal „Rolą” (co nie jest bynajmniej chybione), jednak bohater nie był w ten sposób nigdy nazywany. A jak? Erbé. Dokładnie tak, jak i po polsku i po francusku czyta się jego inicjały.

Na tylnej stronie okładki wydawnicza notka nazywa tłumaczeniem listów, zaś we wstępie Kuryluk wspomina, że warto byłoby je reprodukować z uwagi na ich walory graficzne, cechy pisma odręcznego, rodzaj papieru na jakim powstały, jako współdeterminujące ich charakter. Przyznajmy, sugestia jest silna. Uległa jej Anna Małczyńska, wprawdzie za motto swego artykułu przyjmując słowa Barthesa: „Rozkosz lektury ręczy za swą prawdę”, jednak urzeczona napisała, iż „wiele stron poświęciła Kuryluk biografemom powszechnie znanym” – i obok np. Barthesowskiej miłości do Japonii wymieniła kaktus palestyński, „który [Barthes] dostał od matki w siódme urodziny i z którym nie rozstawał się do końca swoich dni” [4].

W wywiadzie z 1971 roku Barthes powiedział, że „biografia to powieść, która nie śmie wymawiać swojego imienia” [5]. Niekiedy jednak mimowolnie je zdradza, determinując konteksty naszych lektur. Czytane autonomicznie Frascati i Encyklopedierotyk wywierają ogromne wrażenie, w zestawieniu zawodzą, a „życiopisarstwo” jawi się jako wykoncypowana sztuczka w najlepszym razie kojarząca się z sięganiem do zestawu „małego majsterkowicza” – w najgorszym, z operacją na otwartym sercu.

Paulina Szkudlarek

Ewa Kuryluk, Frascati, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010.
Ewa Kuryluk, Encyklopedierotyk, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2001.

[1] Użyte określenie zaczerpnęłam z tytułu omówienia Encyklopedierotyku: Sekret szarej książeczki Anny Małczyńskiej (w: Lektury poststrukturalistyczne, red. Katarzyna Liszka, Rafał Włodarczyk, Chiazm, Wrocław 2007).
[2] Ewa Kuryluk, Encyklopedierotyk, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2001, s. 28.
[3] Jonathan Culler, Barthes: A Very Short Introduction, Oxford University Press, Oxford 2002, s. 8.
[4] Anna Małczyńska, Sekret szarej książeczki, op. cit., s. 62.
[5] Roland Barthes, Réponses, „Tel Quel”, nr 47, 1971.

Data wpisu: 13 kwietnia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Gigant kosmicznej wyobraźni, którego nie zauważyła Opatrzność. O biografii H. P. Lovecrafta

„To nie może być dobre” – pomyślałam, gdy po raz pierwszy przeczytałam zapowiedź polskiego wydania biografii Howarda Phillipsa Lovecratfa (określanego najczęściej dalej w tekście skrótem HPL) autorstwa Sunanda Tryambaka Joshiego. Ponad tysiąc stron, czyż to nie przypomina niesprawdzanej przez nikogo pracy doktorskiej? Podobno w życiu HPL nie działo się zbyt wiele, cóż więc takiego opisuje autor przez tyle stron???

Jednak ciekawość zwyciężyła – przecież tak mało wiemy o życiu prywatnym HPL! Wzmianki o jego biografii w kolejnych polskich wydaniach opowiadań klasyka grozy, konsekwentnie tworzyły aurę tajemniczości i tragedii wokół losów pisarza. Nieomal można było uwierzyć, że wychował się w ciemniejszej niż nohttp://www.blogger.com/img/blank.gifc piwnicy, doglądany jedynie przez obłąkaną matkę. Ponadto miał cierpieć na alergię na zimno – ach, jakież to „artystyczne”! A ileż ciekawsze niż pospolita gruźlica czy obrzydliwa kiła! No i rodzice chorzy psychicznie – skądś przecież musiała brać źródło jego niepospolita, określana przez wielu jako „chora” wyobraźnia. Wspominana wielokrotnie na blogu Dwóch Poważnych Dam Victoria Nelson wydawała się świetnie poinformowana, gdy pisała w swojej książce o pewnych aspektach życia prywatnego pisarza z miasteczka Nowej Anglii. Niewątpliwie dołożyła swoje paranoiczne trzy grosze do podtrzymywania atmosfery mrocznej tajemnicy okrywającej codzienność Howarda P. Lovecrafta. Co zatem dopisze do tej legendy Joshi? Jakim cudem ze skromnego żywota, nad którym pociesznie rozczulał się Houllebecq, można wysnuć tak nieprawdopodobnie długą opowieść? (Nawiasem mówiąc, gdy Houellebecq pisał swój esej o HPL, książka Joshiego była już dostępna na rynku od ponad 3 lat – fakt, że nawet nie zainteresował się tą publikacją, doskonale świadczy o rzetelności z jaką nie–wywiązał się z tematu, który sam wybrał, ale jeszcze bardziej – o jego faktycznych kompetencjach).

S. T. Joshi, jako biograf HPL, bywa określany przez komentatorów w internecie jako „monopolista”. Jest autorem nie tylko opasłego tomu o życiu HPL, ale również wielu publikacji o jego twórczości. Zajmuje się również literaturą fantastyczną i historią idei (ateizmu, socjalizmu). Przeglądając szesnastostronicową bibliografię biografii HPL łatwo uwierzyć, że Joshi dotarł niemal do wszystkiego, co napisano o Lovecrafcie. Bibliografia HPL przedstawia się od strony dokumentalnej jako imponująca praca archeologiczno–historyczna, do której Joshi dołożył bardzo wyważone, zdroworozsądkowe podejście w interpretacji wielu ważnych wydarzeń z życia Lovecrafta. Starania Joshiego, by każdy etap życia i twórczości HPL osadzić w konkretnym kontekście, by zarysować tło historyczno–polityczno–społeczno–kulturalne, nie zawsze są udane głównie ze względu na raczej suchy, zupełnie nieporywający język. Początek książki może bardzo łatwo zniechęcić czytelnika, ponieważ nietrudno odnieść wrażenie, że Joshi najzwyczajniej w świecie nie poradził sobie z ogromem materiałów i faktów, które zgromadził. Nieco chaotycznie i monotonnie opisane jest drzewo genealogiczne HPL, podobnie drętwo Joshi opisał miasto, w którym Lovecraft spędził niemal całe życie, czyli sławetne Providence.

Styl Joshiego jest dość prosty i bezpośredni, choć zdarza mu się emocjonalnie reagować na opisywane wydarzenia. Sam autor deklaruje zresztą już na początku swego dzieła, że na pewno nie jest idealnym, choć nieistniejącym przypadkiem biografa niezaangażowanego, skrajnie obiektywnego, który jedynie relacjonuje wydarzenia z opisywanego życia. Jednak wbrew tej deklaracji Joshi nie wtrąca zbyt często osobiście zabarwionych komentarzy, natomiast – co chwalebne i godne podkreślenia – unika paranoicznych, psychoanalitycznych interpretacji życia HPL, kierując się raczej empatią i zrozumieniem szeregu uwarunkowań nie tylko emocjonalnych, ale choćby i ekonomicznych losów Lovecrafta.

Jeśli więc tylko nie przestraszymy się, że pod opasłym tomiszczem wydawnictwa Zysk i Spółka załamie się nasz stolik tudzież kolana, jak również nie zniechęci nas nużący początek, nasz trud czytelniczy na pewno zostanie nagrodzony. Oto bowiem mamy do czynienia z imponującą panoramą życia kulturalnego, politycznego i społecznego Amerykanów z początków dwudziestego wieku, a dokładniej, z ugrupowaniami, do których w różnych okresach należał HPL. Poznajemy prężne środowisko amerykańskich dziennikarzy–amatorów, niezliczone rzesze pisarzy grozy, fantastyki czy gatunku, do którego należał chyba najpełniej HPL, czyli weird fiction, a także ich fanów, wrogów i wydawców. Dowiadujemy się również sporo o ekonomicznych realiach ówczesnego życia nie tylko w niewielkiej miejscowości Nowej Anglii, Providence, ale też Bostonie, Chicago czy Nowym Jorku. Joshi nie tylko całkiem dokładnie opisał życie i sylwetkę samego HPL, ale też wielu jego przyjaciół i znajomych, choćby korespondencyjnych. Wreszcie poznajemy czasy, w których stosunkowo młode społeczeństwo amerykańskie próbowało ustalić swoją przynależność kulturalną – jak łatwo się domyślić, HPL podkreślał całe życie identyfikację z kulturą europejską, a dokładniej z obszarem promieniowania kultury anglosaskiej. Możemy też dowiedzieć się wielu bardzo ciekawych rzeczy o innych biografiach HPL, a także poznać zadziwiające fakty o niektórych przekładach prozy i poezji Lovecrafta. Last but not least, Joshi zarysowuje portret artystyczny pisarza, szczegółowo informując czytelnika o wszelkich pisarskich fascynacjach HPL, wpływach, przeróbkach własnej twórczości, a także dlaczego w taki a nie inny sposób poznajemy spuściznę po HPL, niemal zagrabioną przez uzurpującego sobie prawa do wyłączności, Augusta Derletha.

Z biografii HPL autorstwa Joshiego wyłania się poruszający portret wrażliwego, niemal wiecznego chłopca, ekscentryka, oddanego przyjaciela, nie wierzącego w siebie i swoje możliwości człowieka, a z drugiej strony – nader pewnego swoich kompetencji, zdystansowanego idealisty niepotrafiącego dostosować się do swoich czasów. Nie jest to jednak hagiografia – Joshi dostrzega też wielokrotnie szokującą niedojrzałość emocjonalną HPL, jego egocentryzm i kurczowe trzymanie się sztywnych ram wychowania wiktoriańsko–konserwatywnego. Biograf krytykuje także postawę intelektualną HPL, za wybiórcze uzupełnianie swojej wiedzy o świecie ówczesnym (pisarz był na bieżąco z odkryciami fizyków i astronomów, ale już antropologów – nie, i głosił rasistowskie oraz antysemickie poglądy). Czytelnik poznając zwyczaje i nawyki HPL może dodać sobie, iż pisarz miał skłonności do depresji i anoreksji (negował przez całe życie potrzeby cielesne i prezentował nieprawdopodobnie purytański stosunek do erotyzmu pod jakąkolwiek postacią).

Niesłychanie imponujący jest pisarski warsztat HPL, który choć dość wcześnie zakończył instytucjonalną edukację (wbrew własnej woli), przez całe życie bardzo dużo czytał, jednak pierwszymi lekturami, które chyba najsilniej wpłynęły na jego późniejszą formację artystyczną, były klasyczne dzieła anglojęzycznej (zarówno angielskiej, jak i amerykańskiej) literatury osiemnastowiecznej i dziewiętnastowiecznej, a także opowiadania z pulpowych magazynów. Od bardzo młodego wieku tworzył wyrafinowane – nie tylko jak na wiek – dziełka, które świadczyły o perfekcyjnym opanowaniu warsztatu literackiego oraz nieposkromionej wyobraźni – i chociaż Joshi pokazuje bardzo dokładnie, które elementy opowiadań HPL są inspirowane jego artystycznymi mentorami, bardzo wcześnie daje się zauważyć oryginalność i odrębność twórczości HPL, która zostaje nazwana kosmicyzmem. Zachowały się pierwsze wytwory talentu HPL – wiersze, które powstały najprawdopodobniej przed siódmymi urodzinami Howarda. Inspirowane stylem Alexandra Pope’a były doskonalsze metrycznie, niż utwory innego mentora kilkuletniego HPL – Samulea T. Coleridge’a. Mistrzami jego dojrzałego stylu zostali Lord Dunsany, Arthur Machen, Edgar Allan Poe.

Co z rodzicami i rodziną Howarda? Wbrew sugestiom Victorii Nelson, jakoby pisarz miał obsesję na punkcie choroby swojego ojca (syfilis), zarówno HPL, jak i jego matka Suzie, najprawdopodobniej nie mieli pełnego obrazu choroby Winfielda Lovecrafta. Mniej więcej od trzeciego roku życia Howarda, Winfield przebywał w zakładzie zamkniętym i ze względu na częste ataki halucynacji, był raczej rzadko odwiedzany przez żonę i syna. Z akt medycznych Winfielda wynika, że zmarł na ogólny niedowład ciała poprzedzony wieloletnią chorobą psychiczną (miał omamy, napady paranoi), który najprawdopodobniej był ostatnim studium syfilisu – wzmianki o chorobie wenerycznej nie umieszczono, ponieważ medycyna nie wiedziała jeszcze o związku powyższych objawów z działalnością krętka bladego.

Po śmierci Winfielda, finansową opiekę nad matką i małym Howardem sprawuje ukochany przez niego dziadek, po śmierci którego rodzina doświadcza dość szybko postępującej finansowej degradacji – do końca życia HPL będzie żył praktycznie na granicy ubóstwa, zupełnie nieprzygotowany przez bliskich do niemal jakiejkolwiek pracy zarobkowej. Młody Lovecraft pasjonował się astrofizyką (żałował, że nie mógł studiować fizyki!), chemią, historią i dziennikarstwem. Uważał się za najprawdziwszego poganina, pogardzającego chrześcijańskim motłochem z wyżyn swej angielskiej gentry, w niczym nie ustępującej najlepszym starożytnym rzymskim rodom („w wieku siedmiu lat w zabawach przybrałem imię L. VALERIUS MESSALA i torturowałem wyobrażonych chrześcijan w amfiteatrach” [s. 55]). Jako nastolatek wydawał własną gazetę, uwielbiał zabawy ze swoim ukochanym kotem Czarnuchem (pardonez le mot), zawiązywał pierwsze przyjaźnie…

HPL w optyce Joshiego nie był mizantropem, pustelnikiem, który każdą wolną chwilę wykorzystywał, by wbiegać na wyższe piętra osamotnionej wieży z kości słoniowej. Po śmierci nadopiekuńczej, zaborczej i neurotycznej matki, Howard niemal rzucił się w wir życia towarzyskiego, sporo podróżował (przez całe swoje życie wykorzystywał każdą okazję by udawać się na mniej lub bardziej odległe wycieczki) – zwiedził dużą część Stanów Zjednoczonych, wybrał się nawet do Quebeku, a także zdecydował się na turystyczny przelot samolotem! Kiedy tylko mógł, odwiedzał swoich przyjaciół – głównie w Nowym Jorku, ale też wybierał się czasem z wizytami do osób, z którymi korespondował (początkujący pisarze, tudzież jego liczni podopieczni, którym robił korekty mniej lub bardziej udanych opowiadań). Wreszcie przeprowadził się na pewien czas do amerykańskiej metropolii – Nowego Jorku, gdzie został brutalnie skonfrontowany z rzeczywistością wolnorynkową (tragikomicznie brzmią listy motywacyjne, które Howard wysyłał do potencjalnych pracodawców. Jak to ujął jeden z jego znajomych, „były to tego rodzaju listy, jakie napisałby tymczasowo zubożały angielski szlachcic poszukujący korzystnych finansowo znajomości w świecie biznesu dalekiej przeszłości” – s. 572). Poznajemy też losy nieudanego małżeństwa HPL z Sonią Haft Green, a także hipotezy o tym, dlaczego prawdopodobnie jedyny bliższy związek HPL z kobietą rozpadł się w dość smutnych okolicznościach (wg Joshiego Lovecraft był na tyle niedojrzały emocjonalnie, że nie powinien wchodzić w żaden stały związek, co potwierdza wiele szokujących wydarzeń mających miejsce podczas trwania małżeństwa Howarda. Jednak Sonia nie pozostała zupełnie bez winy za rozpad ich związku – usilnie próbowała zmienić męża na wzór swojej wizji i pragnień, rozpaczliwie ignorując rzeczywiste jego wady). Po rozstaniu z Sonią (opis rozwodu pozostaje na długo w pamięci), kiedy Howard powrócił do rodzinnego domu w Provicence, prowadził korespondencję z nieprawdopodobną liczbą osób, która dobiła w pewnym momencie do ponad dziewięćdziesięciu. Kim byli jego korespondenci? Często pracodawcami, ponieważ zlecali HPL korektę własnych prób literackich, częściej – szczerymi wielbicielami, pragnącymi podzielić się z pisarzem własną wizją świata i literatury fantastycznej. Nierzadko – samotnymi, schorowanymi osobami, dla których wymiana listów była niemal jedyną okazją do dialogu z drugą osobą. Lovecraft rozumiał doskonale podobne pobudki, sam bowiem odpisywał właśnie z takich powodów… Odpowiadał na każdy list, uważnie i bardzo grzecznie, uważał wręcz to za swój dżentelmeński obowiązek!

Dzięki biografii Joshiego zrozumiałam, dlaczego na nagrobku HPL widnieje napis „Providence to ja” („I am Providence”). Joshi drobiazgowo opisał, jak często i przy jakiej okazji, HPL inspirował architekturą Providence i Nowej Anglii, historią, krajobrazem, a także lokalnymi legendami, folklorem, przesądami, do zarysowania scenerii swoich opowiadań (był nawet autorem esejów – przewodników!). Jednak napis z nagrobka pisarza można również zrozumieć inaczej, zinterpretować jako swego rodzaju przestrogę, gdyż właśnie w postawie światopoglądowej HPL niemal idealne ucieleśnienie znalazły niektóre negatywne cechy osobowości początku dwudziestego wieku (i nie tylko tego…) – rasizm, antysemityzm, seksizm czy homofobia. Jednak swoje – choć radykalne, to raczej typowe dla swoich czasów – poglądy HPL wyrażał dość rzadko werbalnie, zazwyczaj ograniczał się do pisemnych deklaracji nietolerancji. Jego żona, która była z pochodzenia Żydówką, często kłóciła się z Howardem o jego antysemickie poglądy. Lovecraft uważał, że jego opinie nie dotyczą Sonii, ponieważ jest Żydówką zasymilowaną (!), ale zapowiedział jej, że planuje obracać się głównie w towarzystwie „aryjskim” (s. 625). Wśród przyjaciół Howarda było kilku homoseksualistów – prawdopodobnie starannie ukrywali swoją orientację przed Lovecraftem (i zapewne nie tylko przed nim), choć jak twierdzi Joshi, pisarz był niemal całkowicie ślepy na wszelkie aspekty związane z ludzką seksualnością (można znaleźć w książce anegdotę o tym, jak pewien rysownik zakpił z Lovecrafta, ilustrując jego opowiadanie rysunkami przyrody stylizowanej na kształt penisów – zauważyli to wszyscy czytelnicy, zaś sam pisarz – nie).

Polityczne, społeczne i naukowe poglądy Lovecrafta Joshi opisuje w jednym z najlepszych rozdziałów książki zatytułowanym „W trosce o cywilizację”. I tak dowiadujemy się np. że Lovecraft rzadko wspominał w swoich listach czy prywatnych dziennikach o jednym z ważniejszych wydarzeń swoich czasów, czyli Wielkim Kryzysie. Być może dlatego, jak twierdzi Joshi, że podczas podobnych wydarzeń osoby skromnie sytuowane nie doświadczają radykalnej zmiany swojego położenia – nie mają bowiem zbyt wiele do stracenia. Nie oznacza to jednak, że HPL ignorował ówczesne przemiany społeczne i ekonomiczne. Zauważył, że amerykańskie elity intelektualne poparły socjalizm, do czego sam dołączył (natomiast komunizm Lenina odrzucał). Choć początkowo popierał plutokrację i arystokrację, ostatecznie odrzucił je na rzecz socjalizmu. W 1936 roku uznał wręcz, że wszelkie zalety ducha, które wiązał z arystokracją, równie dobrze mogą rozwinąć się w formacji myślowej ukierunkowanej przez socjalizm, co było niebagatelną zmianą poglądową zatwardziałego konserwatysty (s. 925). Lovecraft uznał również, że chociaż nie jest w stanie zgodzić się ze wszystkimi punktami planu politycznego Roosevelta, należy go poprzeć, ponieważ walka o prawa robotników to przede wszystkim walka o ludzką godność, możliwość poprawy losu biedujących oraz niezaradnych finansowo (i choć raczej nie miał na myśli własnej korzyści, znał doskonale taki stan). Joshi sugeruje również, że istnieją przesłanki by uznać, że pod koniec życia Lovecraft wycofał się ze swojego antysemityzmu i poparcia dla poglądów Hitlera, co miało mieć miejsce po opowiadaniach znajomej Niemki, która odwiedziła swoją ojczyznę pod koniec lat trzydziestych, gdy wchodziły w życie antysemickie ustawy nazistów.

Ciekawie przedstawia się kwestia poglądów artystycznych Lovecrafta. Jako antymodernista krytykował ówczesnych poetów, przede wszystkim Eliota, za pomysł prowadzący do zniszczenia poezji. Co interesujące, zachwycał się za to twórczością Prousta, choć podobno poznał tylko pierwszy tom W poszukiwaniu straconego czasu. Gdy Lovecraft dowiedział się o cenzurze zakazującej wydawania Ulissesa Joyce’a w USA, sprzeciwił się temu, choć z całą pewnością literackie koncepcje Irlandczyka nie przypadły mu do gustu.

Lovecraft przez całe swoje życie – codzienne i literackie – był nie tylko świadomy swojej anachroniczności (w wielu aspektach), lecz potrafił też parodiować swój własny styl i swoje zainteresowania. Jego biografia z pewnością nie jest próbą odczarowania znakomitej prozy czy samego życia pisarza, jest też nie tylko bardzo rzetelnie opracowaną i zrealizowaną biografią (mnóstwo wybornych anegdot zarówno o Howardzie, jak i o jego przyjaciołach), ale również dobrym komentarzem do twórczości wspaniałego pisarza weird fiction. Choć Joshi nie ustrzegł się przed paroma potknięciami (przede wszystkim jego zupełnie nietrafione, banalne i zbędne interpretacje opowiadań Lovecrafta), z pewnością udało mu się spełnić własne marzenie, aby „obraz Lovecrafta, jaki ukształtuje się w przyszłości, to nie tylko obraz mistrza grozy czy ogólnie, fantastyki, lecz również serdecznego przyjaciela i korespondenta, poszukiwacza rzeczy niezwykłych i zabytkowych, intelekt, który odważnie stawiał czoło niezliczonym wyzwaniom zmieniającego się świata” (s. 1108).

Sławomira Raczyńska

Sunand Tryambak Joshi, „H.P. Lovecraft”, przeł. Mateusz Kopacz, Zysk i S-ka, Poznań 2010.
Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 10 kwietnia, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Gigant kosmicznej wyobraźni, którego nie zauważyła Opatrzność. O biografii H. P. Lovecrafta

„To nie może być dobre” – pomyślałam, gdy po raz pierwszy przeczytałam zapowiedź polskiego wydania biografii Howarda Phillipsa Lovecratfa (określanego najczęściej dalej w tekście skrótem HPL) autorstwa Sunanda Tryambaka Joshiego. Ponad tysiąc stron, czyż to nie przypomina niesprawdzanej przez nikogo pracy doktorskiej? Podobno w życiu HPL nie działo się zbyt wiele, cóż więc takiego opisuje autor przez tyle stron???

Jednak ciekawość zwyciężyła – przecież tak mało wiemy o życiu prywatnym HPL! Wzmianki o jego biografii w kolejnych polskich wydaniach opowiadań klasyka grozy, konsekwentnie tworzyły aurę tajemniczości i tragedii wokół losów pisarza. Nieomal można było uwierzyć, że wychował się w ciemniejszej niż nohttp://www.blogger.com/img/blank.gifc piwnicy, doglądany jedynie przez obłąkaną matkę. Ponadto miał cierpieć na alergię na zimno – ach, jakież to „artystyczne”! A ileż ciekawsze niż pospolita gruźlica czy obrzydliwa kiła! No i rodzice chorzy psychicznie – skądś przecież musiała brać źródło jego niepospolita, określana przez wielu jako „chora” wyobraźnia. Wspominana wielokrotnie na blogu Dwóch Poważnych Dam Victoria Nelson wydawała się świetnie poinformowana, gdy pisała w swojej książce o pewnych aspektach życia prywatnego pisarza z miasteczka Nowej Anglii. Niewątpliwie dołożyła swoje paranoiczne trzy grosze do podtrzymywania atmosfery mrocznej tajemnicy okrywającej codzienność Howarda P. Lovecrafta. Co zatem dopisze do tej legendy Joshi? Jakim cudem ze skromnego żywota, nad którym pociesznie rozczulał się Houllebecq, można wysnuć tak nieprawdopodobnie długą opowieść? (Nawiasem mówiąc, gdy Houellebecq pisał swój esej o HPL, książka Joshiego była już dostępna na rynku od ponad 3 lat – fakt, że nawet nie zainteresował się tą publikacją, doskonale świadczy o rzetelności z jaką nie–wywiązał się z tematu, który sam wybrał, ale jeszcze bardziej – o jego faktycznych kompetencjach).

S. T. Joshi, jako biograf HPL, bywa określany przez komentatorów w internecie jako „monopolista”. Jest autorem nie tylko opasłego tomu o życiu HPL, ale również wielu publikacji o jego twórczości. Zajmuje się również literaturą fantastyczną i historią idei (ateizmu, socjalizmu). Przeglądając szesnastostronicową bibliografię biografii HPL łatwo uwierzyć, że Joshi dotarł niemal do wszystkiego, co napisano o Lovecrafcie. Bibliografia HPL przedstawia się od strony dokumentalnej jako imponująca praca archeologiczno–historyczna, do której Joshi dołożył bardzo wyważone, zdroworozsądkowe podejście w interpretacji wielu ważnych wydarzeń z życia Lovecrafta. Starania Joshiego, by każdy etap życia i twórczości HPL osadzić w konkretnym kontekście, by zarysować tło historyczno–polityczno–społeczno–kulturalne, nie zawsze są udane głównie ze względu na raczej suchy, zupełnie nieporywający język. Początek książki może bardzo łatwo zniechęcić czytelnika, ponieważ nietrudno odnieść wrażenie, że Joshi najzwyczajniej w świecie nie poradził sobie z ogromem materiałów i faktów, które zgromadził. Nieco chaotycznie i monotonnie opisane jest drzewo genealogiczne HPL, podobnie drętwo Joshi opisał miasto, w którym Lovecraft spędził niemal całe życie, czyli sławetne Providence.

Styl Joshiego jest dość prosty i bezpośredni, choć zdarza mu się emocjonalnie reagować na opisywane wydarzenia. Sam autor deklaruje zresztą już na początku swego dzieła, że na pewno nie jest idealnym, choć nieistniejącym przypadkiem biografa niezaangażowanego, skrajnie obiektywnego, który jedynie relacjonuje wydarzenia z opisywanego życia. Jednak wbrew tej deklaracji Joshi nie wtrąca zbyt często osobiście zabarwionych komentarzy, natomiast – co chwalebne i godne podkreślenia – unika paranoicznych, psychoanalitycznych interpretacji życia HPL, kierując się raczej empatią i zrozumieniem szeregu uwarunkowań nie tylko emocjonalnych, ale choćby i ekonomicznych losów Lovecrafta.

Jeśli więc tylko nie przestraszymy się, że pod opasłym tomiszczem wydawnictwa Zysk i Spółka załamie się nasz stolik tudzież kolana, jak również nie zniechęci nas nużący początek, nasz trud czytelniczy na pewno zostanie nagrodzony. Oto bowiem mamy do czynienia z imponującą panoramą życia kulturalnego, politycznego i społecznego Amerykanów z początków dwudziestego wieku, a dokładniej, z ugrupowaniami, do których w różnych okresach należał HPL. Poznajemy prężne środowisko amerykańskich dziennikarzy–amatorów, niezliczone rzesze pisarzy grozy, fantastyki czy gatunku, do którego należał chyba najpełniej HPL, czyli weird fiction, a także ich fanów, wrogów i wydawców. Dowiadujemy się również sporo o ekonomicznych realiach ówczesnego życia nie tylko w niewielkiej miejscowości Nowej Anglii, Providence, ale też Bostonie, Chicago czy Nowym Jorku. Joshi nie tylko całkiem dokładnie opisał życie i sylwetkę samego HPL, ale też wielu jego przyjaciół i znajomych, choćby korespondencyjnych. Wreszcie poznajemy czasy, w których stosunkowo młode społeczeństwo amerykańskie próbowało ustalić swoją przynależność kulturalną – jak łatwo się domyślić, HPL podkreślał całe życie identyfikację z kulturą europejską, a dokładniej z obszarem promieniowania kultury anglosaskiej. Możemy też dowiedzieć się wielu bardzo ciekawych rzeczy o innych biografiach HPL, a także poznać zadziwiające fakty o niektórych przekładach prozy i poezji Lovecrafta. Last but not least, Joshi zarysowuje portret artystyczny pisarza, szczegółowo informując czytelnika o wszelkich pisarskich fascynacjach HPL, wpływach, przeróbkach własnej twórczości, a także dlaczego w taki a nie inny sposób poznajemy spuściznę po HPL, niemal zagrabioną przez uzurpującego sobie prawa do wyłączności, Augusta Derletha.

Z biografii HPL autorstwa Joshiego wyłania się poruszający portret wrażliwego, niemal wiecznego chłopca, ekscentryka, oddanego przyjaciela, nie wierzącego w siebie i swoje możliwości człowieka, a z drugiej strony – nader pewnego swoich kompetencji, zdystansowanego idealisty niepotrafiącego dostosować się do swoich czasów. Nie jest to jednak hagiografia – Joshi dostrzega też wielokrotnie szokującą niedojrzałość emocjonalną HPL, jego egocentryzm i kurczowe trzymanie się sztywnych ram wychowania wiktoriańsko–konserwatywnego. Biograf krytykuje także postawę intelektualną HPL, za wybiórcze uzupełnianie swojej wiedzy o świecie ówczesnym (pisarz był na bieżąco z odkryciami fizyków i astronomów, ale już antropologów – nie, i głosił rasistowskie oraz antysemickie poglądy). Czytelnik poznając zwyczaje i nawyki HPL może dodać sobie, iż pisarz miał skłonności do depresji i anoreksji (negował przez całe życie potrzeby cielesne i prezentował nieprawdopodobnie purytański stosunek do erotyzmu pod jakąkolwiek postacią).

Niesłychanie imponujący jest pisarski warsztat HPL, który choć dość wcześnie zakończył instytucjonalną edukację (wbrew własnej woli), przez całe życie bardzo dużo czytał, jednak pierwszymi lekturami, które chyba najsilniej wpłynęły na jego późniejszą formację artystyczną, były klasyczne dzieła anglojęzycznej (zarówno angielskiej, jak i amerykańskiej) literatury osiemnastowiecznej i dziewiętnastowiecznej, a także opowiadania z pulpowych magazynów. Od bardzo młodego wieku tworzył wyrafinowane – nie tylko jak na wiek – dziełka, które świadczyły o perfekcyjnym opanowaniu warsztatu literackiego oraz nieposkromionej wyobraźni – i chociaż Joshi pokazuje bardzo dokładnie, które elementy opowiadań HPL są inspirowane jego artystycznymi mentorami, bardzo wcześnie daje się zauważyć oryginalność i odrębność twórczości HPL, która zostaje nazwana kosmicyzmem. Zachowały się pierwsze wytwory talentu HPL – wiersze, które powstały najprawdopodobniej przed siódmymi urodzinami Howarda. Inspirowane stylem Alexandra Pope’a były doskonalsze metrycznie, niż utwory innego mentora kilkuletniego HPL – Samulea T. Coleridge’a. Mistrzami jego dojrzałego stylu zostali Lord Dunsany, Arthur Machen, Edgar Allan Poe.

Co z rodzicami i rodziną Howarda? Wbrew sugestiom Victorii Nelson, jakoby pisarz miał obsesję na punkcie choroby swojego ojca (syfilis), zarówno HPL, jak i jego matka Suzie, najprawdopodobniej nie mieli pełnego obrazu choroby Winfielda Lovecrafta. Mniej więcej od trzeciego roku życia Howarda, Winfield przebywał w zakładzie zamkniętym i ze względu na częste ataki halucynacji, był raczej rzadko odwiedzany przez żonę i syna. Z akt medycznych Winfielda wynika, że zmarł na ogólny niedowład ciała poprzedzony wieloletnią chorobą psychiczną (miał omamy, napady paranoi), który najprawdopodobniej był ostatnim studium syfilisu – wzmianki o chorobie wenerycznej nie umieszczono, ponieważ medycyna nie wiedziała jeszcze o związku powyższych objawów z działalnością krętka bladego.

Po śmierci Winfielda, finansową opiekę nad matką i małym Howardem sprawuje ukochany przez niego dziadek, po śmierci którego rodzina doświadcza dość szybko postępującej finansowej degradacji – do końca życia HPL będzie żył praktycznie na granicy ubóstwa, zupełnie nieprzygotowany przez bliskich do niemal jakiejkolwiek pracy zarobkowej. Młody Lovecraft pasjonował się astrofizyką (żałował, że nie mógł studiować fizyki!), chemią, historią i dziennikarstwem. Uważał się za najprawdziwszego poganina, pogardzającego chrześcijańskim motłochem z wyżyn swej angielskiej gentry, w niczym nie ustępującej najlepszym starożytnym rzymskim rodom („w wieku siedmiu lat w zabawach przybrałem imię L. VALERIUS MESSALA i torturowałem wyobrażonych chrześcijan w amfiteatrach” [s. 55]). Jako nastolatek wydawał własną gazetę, uwielbiał zabawy ze swoim ukochanym kotem Czarnuchem (pardonez le mot), zawiązywał pierwsze przyjaźnie…

HPL w optyce Joshiego nie był mizantropem, pustelnikiem, który każdą wolną chwilę wykorzystywał, by wbiegać na wyższe piętra osamotnionej wieży z kości słoniowej. Po śmierci nadopiekuńczej, zaborczej i neurotycznej matki, Howard niemal rzucił się w wir życia towarzyskiego, sporo podróżował (przez całe swoje życie wykorzystywał każdą okazję by udawać się na mniej lub bardziej odległe wycieczki) – zwiedził dużą część Stanów Zjednoczonych, wybrał się nawet do Quebeku, a także zdecydował się na turystyczny przelot samolotem! Kiedy tylko mógł, odwiedzał swoich przyjaciół – głównie w Nowym Jorku, ale też wybierał się czasem z wizytami do osób, z którymi korespondował (początkujący pisarze, tudzież jego liczni podopieczni, którym robił korekty mniej lub bardziej udanych opowiadań). Wreszcie przeprowadził się na pewien czas do amerykańskiej metropolii – Nowego Jorku, gdzie został brutalnie skonfrontowany z rzeczywistością wolnorynkową (tragikomicznie brzmią listy motywacyjne, które Howard wysyłał do potencjalnych pracodawców. Jak to ujął jeden z jego znajomych, „były to tego rodzaju listy, jakie napisałby tymczasowo zubożały angielski szlachcic poszukujący korzystnych finansowo znajomości w świecie biznesu dalekiej przeszłości” – s. 572). Poznajemy też losy nieudanego małżeństwa HPL z Sonią Haft Green, a także hipotezy o tym, dlaczego prawdopodobnie jedyny bliższy związek HPL z kobietą rozpadł się w dość smutnych okolicznościach (wg Joshiego Lovecraft był na tyle niedojrzały emocjonalnie, że nie powinien wchodzić w żaden stały związek, co potwierdza wiele szokujących wydarzeń mających miejsce podczas trwania małżeństwa Howarda. Jednak Sonia nie pozostała zupełnie bez winy za rozpad ich związku – usilnie próbowała zmienić męża na wzór swojej wizji i pragnień, rozpaczliwie ignorując rzeczywiste jego wady). Po rozstaniu z Sonią (opis rozwodu pozostaje na długo w pamięci), kiedy Howard powrócił do rodzinnego domu w Provicence, prowadził korespondencję z nieprawdopodobną liczbą osób, która dobiła w pewnym momencie do ponad dziewięćdziesięciu. Kim byli jego korespondenci? Często pracodawcami, ponieważ zlecali HPL korektę własnych prób literackich, częściej – szczerymi wielbicielami, pragnącymi podzielić się z pisarzem własną wizją świata i literatury fantastycznej. Nierzadko – samotnymi, schorowanymi osobami, dla których wymiana listów była niemal jedyną okazją do dialogu z drugą osobą. Lovecraft rozumiał doskonale podobne pobudki, sam bowiem odpisywał właśnie z takich powodów… Odpowiadał na każdy list, uważnie i bardzo grzecznie, uważał wręcz to za swój dżentelmeński obowiązek!

Dzięki biografii Joshiego zrozumiałam, dlaczego na nagrobku HPL widnieje napis „Providence to ja” („I am Providence”). Joshi drobiazgowo opisał, jak często i przy jakiej okazji, HPL inspirował architekturą Providence i Nowej Anglii, historią, krajobrazem, a także lokalnymi legendami, folklorem, przesądami, do zarysowania scenerii swoich opowiadań (był nawet autorem esejów – przewodników!). Jednak napis z nagrobka pisarza można również zrozumieć inaczej, zinterpretować jako swego rodzaju przestrogę, gdyż właśnie w postawie światopoglądowej HPL niemal idealne ucieleśnienie znalazły niektóre negatywne cechy osobowości początku dwudziestego wieku (i nie tylko tego…) – rasizm, antysemityzm, seksizm czy homofobia. Jednak swoje – choć radykalne, to raczej typowe dla swoich czasów – poglądy HPL wyrażał dość rzadko werbalnie, zazwyczaj ograniczał się do pisemnych deklaracji nietolerancji. Jego żona, która była z pochodzenia Żydówką, często kłóciła się z Howardem o jego antysemickie poglądy. Lovecraft uważał, że jego opinie nie dotyczą Sonii, ponieważ jest Żydówką zasymilowaną (!), ale zapowiedział jej, że planuje obracać się głównie w towarzystwie „aryjskim” (s. 625). Wśród przyjaciół Howarda było kilku homoseksualistów – prawdopodobnie starannie ukrywali swoją orientację przed Lovecraftem (i zapewne nie tylko przed nim), choć jak twierdzi Joshi, pisarz był niemal całkowicie ślepy na wszelkie aspekty związane z ludzką seksualnością (można znaleźć w książce anegdotę o tym, jak pewien rysownik zakpił z Lovecrafta, ilustrując jego opowiadanie rysunkami przyrody stylizowanej na kształt penisów – zauważyli to wszyscy czytelnicy, zaś sam pisarz – nie).

Polityczne, społeczne i naukowe poglądy Lovecrafta Joshi opisuje w jednym z najlepszych rozdziałów książki zatytułowanym „W trosce o cywilizację”. I tak dowiadujemy się np. że Lovecraft rzadko wspominał w swoich listach czy prywatnych dziennikach o jednym z ważniejszych wydarzeń swoich czasów, czyli Wielkim Kryzysie. Być może dlatego, jak twierdzi Joshi, że podczas podobnych wydarzeń osoby skromnie sytuowane nie doświadczają radykalnej zmiany swojego położenia – nie mają bowiem zbyt wiele do stracenia. Nie oznacza to jednak, że HPL ignorował ówczesne przemiany społeczne i ekonomiczne. Zauważył, że amerykańskie elity intelektualne poparły socjalizm, do czego sam dołączył (natomiast komunizm Lenina odrzucał). Choć początkowo popierał plutokrację i arystokrację, ostatecznie odrzucił je na rzecz socjalizmu. W 1936 roku uznał wręcz, że wszelkie zalety ducha, które wiązał z arystokracją, równie dobrze mogą rozwinąć się w formacji myślowej ukierunkowanej przez socjalizm, co było niebagatelną zmianą poglądową zatwardziałego konserwatysty (s. 925). Lovecraft uznał również, że chociaż nie jest w stanie zgodzić się ze wszystkimi punktami planu politycznego Roosevelta, należy go poprzeć, ponieważ walka o prawa robotników to przede wszystkim walka o ludzką godność, możliwość poprawy losu biedujących oraz niezaradnych finansowo (i choć raczej nie miał na myśli własnej korzyści, znał doskonale taki stan). Joshi sugeruje również, że istnieją przesłanki by uznać, że pod koniec życia Lovecraft wycofał się ze swojego antysemityzmu i poparcia dla poglądów Hitlera, co miało mieć miejsce po opowiadaniach znajomej Niemki, która odwiedziła swoją ojczyznę pod koniec lat trzydziestych, gdy wchodziły w życie antysemickie ustawy nazistów.

Ciekawie przedstawia się kwestia poglądów artystycznych Lovecrafta. Jako antymodernista krytykował ówczesnych poetów, przede wszystkim Eliota, za pomysł prowadzący do zniszczenia poezji. Co interesujące, zachwycał się za to twórczością Prousta, choć podobno poznał tylko pierwszy tom W poszukiwaniu straconego czasu. Gdy Lovecraft dowiedział się o cenzurze zakazującej wydawania Ulissesa Joyce’a w USA, sprzeciwił się temu, choć z całą pewnością literackie koncepcje Irlandczyka nie przypadły mu do gustu.

Lovecraft przez całe swoje życie – codzienne i literackie – był nie tylko świadomy swojej anachroniczności (w wielu aspektach), lecz potrafił też parodiować swój własny styl i swoje zainteresowania. Jego biografia z pewnością nie jest próbą odczarowania znakomitej prozy czy samego życia pisarza, jest też nie tylko bardzo rzetelnie opracowaną i zrealizowaną biografią (mnóstwo wybornych anegdot zarówno o Howardzie, jak i o jego przyjaciołach), ale również dobrym komentarzem do twórczości wspaniałego pisarza weird fiction. Choć Joshi nie ustrzegł się przed paroma potknięciami (przede wszystkim jego zupełnie nietrafione, banalne i zbędne interpretacje opowiadań Lovecrafta), z pewnością udało mu się spełnić własne marzenie, aby „obraz Lovecrafta, jaki ukształtuje się w przyszłości, to nie tylko obraz mistrza grozy czy ogólnie, fantastyki, lecz również serdecznego przyjaciela i korespondenta, poszukiwacza rzeczy niezwykłych i zabytkowych, intelekt, który odważnie stawiał czoło niezliczonym wyzwaniom zmieniającego się świata” (s. 1108).

Sławomira Raczyńska

Sunand Tryambak Joshi, „H.P. Lovecraft”, przeł. Mateusz Kopacz, Zysk i S-ka, Poznań 2010.
Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 10 kwietnia, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Postmodernistyczny cień nad Providence. Michel Houellebecq, „H.P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu”

Do Polski trafiła już opasła biografia Howarda Phillipsa Lovecrafta autorstwa S. T. Joshiego [1] i moje macki same wyciągają się po nią… Jednak to, czego jestem ciekawa, nie zaspokoją podstawowe dane biograficzne, raczej liczę na zapoznanie się przynajmniej z częścią bogatej korespondencji HPL z jego uczniami, pisarzami traktującymi go jak mistrza, czy informacje o nieprzełożonych na polski utworach (głównie poezjach).

Biografia to specyficzny rodzaj fikcji, która zdaje się składać obietnicę, której nigdy nie wypełnia – zrozumienie fenomenu, istoty talentu danej indywidualności. O próbę biograficzną pokusił się również francuski pisarz Michel Houellebecq, czego efektem jest dość dawno wydany esej „Przeciw światu, przeciw życiu”.

Przyznaję, że zainteresowanie Houellebecqua Lovecraftem jest dla mnie zaskakujące – zupełnie jakby o amerykańskim pisarzu książkę wydał Krzysztof Zanussi. Autor „Cząstek elementarnych” zamęczający czytelnika bladym moralizmem z gatunku utyskiwań impotenta w średnim wieku (pamiętam wywiad z Houellebecqueiem, gdzie opisywał jak wybrał się do Tajlandii na prostytutki w nadziei, że tam będzie łatwiej – cóż, niestety i tak Francja zapamiętała lepiej wyczyny Frederica Mitteranda), któremu przypisuje się ironiczne pióro – o Lovecrafcie? Cthulhu ty mój! Po latach ostentacyjnego lekceważenia tej książki, z braku lepszych znalezisk na bibliotecznej półce, wrzuciłam do koszyka esej wydany z serii „Fortuna i Fatum” W.A.B.

„Przeciw światu, przeciw życiu” rozpoczyna wstęp autorstwa Stephena Kinga. Wspaniała okazja by przypomnieć o sobie czytelnikom, wypromować się choć trochę (jakby to było jeszcze potrzebne), podnieść sprzedaż, gdyby nazwisko Lovecrafta okazało się niewystarczające (nazwiska King i Houellebecq chyba na niewielu półkach sąsiadują ze sobą) – naturalnie King wykorzystuje ją w pełni. Miałam nieodparte wrażenie, że King uważa, iż jego wstęp jest napisany o wiele lepiej niż „dość długi esej”, jak go określa, Houellebecqua. Lepiej niekoniecznie, na pewno jednak prostszym językiem – przecież to może wyjść w Stanach Zjednoczonych! Mamy więc zupełnie niezawoalowane pochlebstwa w kierunku jakże wyrafinowanych i wysmakowanych czytelników Kinga (ponieważ czytają w ogóle – tak przynajmniej ujmuje to King). Niemal z przysłowiowym amerykańskim pragmatyzmem „król horroru” zastanawia się nad milionami, które czerpią z wydań powieści HPL spadkobiercy i sugeruje, że kwestia praw autorskich nie jest tak jasna, jak chciałoby amerykańskie prawo i urząd skarbowy.

„Z zacięciem bynajmniej nie akademickim Houellebecq wyciąga wnioski, które na pewno wzbudzą kontrowersje i wywołają dyskusje”, czytamy we wstępie (s. 13, 14). Otóż niestety nie, ale o tym dalej. Ciekawe jest to, co King sygnalizuje opowiadając o swoim nigdy nie zrealizowanym pomyśle na opowiadanie „Poduszka Lovecrafta” – podążanie za HPL może przerosnąć autora. Wykorzystywanie jego osoby, stylu czy kontynuowanie pomysłów HPL, jeśli nie staje się parodią czy pastiszem (umyślną i znakomitą w przypadku np. Terry’ego Pratchetta), wydaje się zadaniem zupełnie chybionym, ponieważ HPL to przypadek absolutnie osobny w historii literatury – sam w sobie to hapaks legomenon.

Esej Houellebecqa rozczarowuje nie tylko dość bezbarwnym stylem, ale i tym, że nie wychodzi poza raczej typowe w przypadku twórczości HPL ochy, achy i jęki zafascynowanego czytelnika. Zaskakujące jest niejakie „nieprzygotowanie” autora – podana na końcu książki krótka bibliografia „uporządkowana według preferencji autora” liczy sobie oprócz francuskojęzycznych wydań twórczości HPL, wyboru listów Lovecrafta, aż DWIE pozycje traktujące o pisarzu. Co więcej, treść eseju nawet nie sugeruje, że korzystał z lektur, które mogłyby np. lepiej umieścić w szerszym kontekście twórczość Lovecrafta, czy też analizujących samą wyobraźnię [2]. Recenzowana na blogu Dwóch Poważnych Dam Victoria Nelson, choć krytycznie nastawiona do Lovecrafta, wydaje się być o wiele lepiej obeznana z tematem, a początek rozdziału jej książki poświęcony porównaniu (sic!) Lovecrafta z Brunonem Schulzem jest lepszym nakreśleniem specyfiki twórczość HPL, niż niemal cały esej Houellebecqa. Np. Houellebecq zauważa niezwykłą wrażliwość Lovecrafta na architekturę i muzykę, ale to Nelson określa jego wyobraźnię jako psychotopograficzną – ale o ile ona stosuje psychoanalizę z wirtuozerią ślepego rzeźnika, Houellebecq wskazuje na inspirację HPL nie koszmarami dzieciństwa, a snami.

Cóż więc takiego o HPL pisze Houellebecq? „Życie jest bolesne i pełne rozczarowań” (kiedy przestałam się śmiać, byłam w stanie czytać dalej) rozpoczyna część eseju pt „Inny świat”, i dalej zastanawia się nad przyczynami „letargicznej trwogi”, która ogarnęła Lovecrafta w osiemnastej zimie – ponieważ wiosna chyba nie była mu znana – życia. Przypisuje Lovecraftowi swoje seksualne frustracje i rozczarowanie, unikając choćby sugestii, że była to depresja. Zauważa totalną nieludzkość Lovecraftiańskich bóstw, które niczym Solaris Lema, są dalekie i obce naiwnej mrzonce jakoby kosmiczne byty o wyższej niż ludzka, inteligencji, kierowały się dobrem czy jakąkolwiek moralnością. Ciekawa uwaga, pasująca również chyba do bohatera – oby – mojej kolejnej recenzji, Emila Ciorana – „Przez całe życie zachowa typowo artystokratyczny pogardliwy stosunek do ludzkości jako takiej, połączony z wyjątkową sympatią do poszczególnych osób” (s. 40). Interesująco robi się w rodziale „Techniki zaskoczenia”, gdzie Houellebecq opisuje książkę Lovecrafta o chwytach kompozycyjnych, przydatnych podczas pisania utworów fantastycznych. Wg Houellebecqa owa książka ma tytuł „Księga Rozumu” – być może informacje o niej zaczerpnął z którejś z dwóch książek, które umieścił w bibliografii – ani na stronie archiwalnej o twórczości HPL http://www.hplovecraft.com/ ani na stronie amerykańskiego wydawcy Lovecrafta
http://www.arkhamhouse.com/ nie znalazłam tytułu, który pasowałby do takiego tłumaczenia (najbliższe temu, o czym pisze Houellebecq wydają się „Notes on Weird Fiction”, ale czy tłumacz zrobiłby z tego „Księgę Rozumu”?). Tak czy inaczej, wg Houellebecqa również ta pozycja nie przybliża czytelnika do zrozumienia, w jaki sposób Lovecraftowi udało się stworzyć tak sugestywną i doskonałą prozę, w której groza odczuwana przez odbiorcę miesza się z zachwytem nad wspaniałym językiem pełnym niezapomnianych i charakterystycznych fraz. Do tego stopnia, że Houellebecqowi zdarza się dławiącym głosem wykrztusić raz po raz wezwania do Przedwiecznych, co jest częstą i żenującą przypadłością fanów HPL piszących o swym mistrzu – a w przypadku francuskiego pisarza sprawia, że ma się wrażenie, że ten dorosły i dość marudny typ ma nadal nastoletnie pryszcze.

„Czytając opowiadania Lovecrafta, często zadajemy sobie pytanie, dlaczego protagoniści potrzebują tyle czasu, by zrozumieć istotę zagrożenia” (s. 59). Doprawdy? Za każdym razem czytelnik WIE jakie monstrum czai się za progiem? Zawsze dało się przewidzieć ogrom koszmaru, który czekał na końcu – najczęściej – naukowych poszukiwań bohaterów Lovecrafta? Być może ta niecierpliwość dotyka odbiorcę literatury i filmów dzisiaj, gdy idąc do kina czy biorąc do ręki książkę, niemal od początku wiemy dokładnie co się wydarzy i za pomocą jakich technik autor chce wywołać w nas takie a nie inne wrażenie. Moim zdaniem to zupełnie nie pasuje akurat do Lovecrafta, choćby dlatego, że przecież rzecz nie w tym, by bohaterom udało się zawsze uciec…

Do słusznych uwag Houellebecqa na pewno należy dopisać jeszcze co najmniej dwie – spostrzeżenie, że w prozie Lovecrafta brakuje jakichkolwiek psychologizmów (co oczywiście jest pożywką dla interpretacji psychoanalitycznych „jak to nie pisał o seksie, a shoggothy?” wydaje się twierdzić np. Victoria Nelson): bohaterowie mają jedynie postrzegać i relacjonować wydarzenia, osobliwie kojarząc rozmaite wrażenia słuchowe i wzrokowe, dzięki czemu udaje się to, co zauważa Houellebecq: „Przekształcić zwykłe codzienne doznania w niewyczerpane źródło koszmarów” (s. 74). Drugim trafnym spostrzeżeniem jest podkreślenie roli nauki w dziełach Lovecrafta, który nie tylko był na bieżąco z aktualnymi odkryciami z zakresu fizyki, astronomii czy matematyki, ale z powodzeniem wykorzystał terminologię kliniczną w zakresie zoologii, a także lingwistyczną, archeologiczną; nadawał relacjom swoich bohaterów cechy obiektywnego reportażu dziennikarskiego lub sprawozdania naukowego, genialnie łącząc fakty z realnego świata z autorską mitologią. „Lovecrafta interesuje w istocie groza obiektywna” podsumowuje Houellebecq i dodaje: „Podobnie jak Kant, który pragnie wznieść fundamenty moralności ważnej „nie tylko dla człowieka, ale dla każdego rozumnego stworzenia”, Lovecraft chce stworzyć fantastykę zdolną przerazić każdą istotę wyposażoną w rozum. Obaj mają też zresztą inne punkty wspólne; niepozorna postura, zamiłowanie do słodyczy oraz, jak to sformułowano, fakt, że nie są c a ł k i e m l u d z c y” (s. 83 – niezaprzeczalnie najlepsze zdanie z całej książki).

Biograficzny fragment o Lovecrafcie jest w eseju Houellebecqa bardzo krótki. Zaskakuje brak wzmianki o rodzicach pisarza, znajdujemy jedynie informację, iż przed rozwodem ze swoją żoną Sonią, Lovecraft zamieszkał na powrót u swojej ciotki w Providence. Krótki ustęp jest poświęcony pobytowi Lovecdafta w Nowym Jorku, gdzie zachwyt nad architekturą miesza się ze skrajnym obrzydzeniem mieszkańcami pochodzącymi z najprzeróżniejszych stron świata. Melting pot zdecydowanie nie był dla Lovecrafta alchemicznym tyglem, w którym wytapiało się złoto talentów, ale budzącym strach i obrzydzenie miejscem, gdzie wygrywa brutalność, a geny mieszają się tylko po to, by degeneracja rodzaju ludzkiego nastąpiła w szybszym tempie. I znowu Houellebecq zaskakuje trafnością spostrzeżenia – w swoich niewątpliwie rasistowskich opisach Afroamerykanów czy przybyszów z Azji, Lovecraft nie ustawia swoich bohaterów jako dumnych panów białej rasy, do której to przynależność bardzo cenił, ale jako ofiary. Czego Houellebecq w ogóle nie analizuje – a szkoda, to fakt, że właśnie te pogardzane przez Lovecrafta istoty (bo przecież nie ludzie) wydają się mieć najbliższy kontakt i styczność z budzącymi grozę Przedwiecznymi, to właśnie oni są depozytariuszami szczątkowej wiedzy, jaka ocalała na ich temat na Ziemi. Czy można to rozumieć jako kolejny wyraz pogardy Lovecrafta do wszelkich impulsów religijnych, których mogą ulec jedynie fanatyczni i nierozumni „mieszańcy”? Czy raczej specyficzna zazdrość o jakiś rodzaj wyobraźni, niedostępnej Lovecraftowi? (aż trudno w to uwierzyć!) A może raczej to Lovecraft budzi zazdrość Houellebecqa, ponieważ „zdołał przekształcić swą niechęć do życia w a k t y w n ą wrogość” (s. 126). Niewątpliwie niechęć Houellebecqa do życia i jego krytyka współczesnej cywilizacji i kultury połączona z osobliwą niemocą, zrodziła jedynie dzielenie się mdłościami, które czuje francuski pisarz podczas kontaktu z rzeczywistością. Biografia Lovecrafta to kronika nieudanego – wg dzisiejszych standardów – życia w ubóstwie i zupełnym niedocenieniu twórczości. W bierności Lovecrafta wobec „obowiązków” dorosłego życia na progu dwudziestego wieku, Houellebecq prawie chciałby odnaleźć źródło i usprawiedliwienie swoich własnych zawodzeń i narzekania, ale tego nie robi – być może dlatego, że obce mu są jakiekolwiek silne emocje, które według niego samego pomagają stworzyć naprawdę wybitne dzieło literackie. To stwierdzenie aż zabawne w swej naiwności mówi coś nie o dziele Lovecrafta, ale raczej o samym Houellebecqu. Sięgnął po twórczość amerykańskiego autora, by przypomnieć sobie silną fascynację czytelniczą, której doświadczył w młodym wieku, jakby chciał odnaleźć w tym siłę, iskrę zdolną zapalić coś, co pomoże mu napisać kolejną książkę. Jego esej o Lovecrafcie jest niczym rozmowa z dobrym znajomym, który podobnie jak czytelnik ceni autora „Zewu Cthulhu” i wnosi w naszą wiedzę dokładnie tyle samo. Ale czy cienie mają cokolwiek oświetlać?

Czy naprawdę chcemy strach towarzyszący lekturze Lovecrafta uczynić mniej prywatnym?

Oczywiście iluzją byłaby wiara w istnienie książki o Lovecrafcie „wyjaśniającej wszystko” czy dającej wystarczająco mocny klucz biograficzny do interpretacji powieści. Zaskakujące zdanie w tym temacie napisała wspomniana już parokrotnie Victoria Nelson: „Największym aktem twórczym HPL było ocalenie własnego człowieczeństwa” [3]. Można ocenić taką opinię jako całkowicie deprecjonującą twórczość HPL – zupełnie jakby był psychopatą z powieści Thomasa Harrisa, który jednak zacisnął zęby i zamiast zamordować chorego na kiłę ojca postanowił napisać opowiadanie.

Sławomira Raczyńska

Michel Houellebecq, „H.P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu”, przeł. Jacek Giszczak, W.A.B., Warszawa 2007. Wszystkie cytaty ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Przypisy:
[1] S. T. Joshi, H.P. Lovecraft: Biografia, przeł. M. Kopacz, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2010.
[2] Por. np. Gaston Bachelard, Poetyka marzenia, przeł., oprac. i posłowie: L. Brogowski, Wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 1998; Roger Caillois, W sercu fantastyki, przeł. M. Ochab, Wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 2005.
[3] Victoria Nelson, Sekretne życie lalek, przeł. A. Kowalcze-Pawlik, Universitas, Kraków 2009, s. 156.

Data wpisu: 16 stycznia, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe

Postmodernistyczny cień nad Providence. Michel Houellebecq, „H.P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu”

Do Polski trafiła już opasła biografia Howarda Phillipsa Lovecrafta autorstwa S. T. Joshiego [1] i moje macki same wyciągają się po nią… Jednak to, czego jestem ciekawa, nie zaspokoją podstawowe dane biograficzne, raczej liczę na zapoznanie się przynajmniej z częścią bogatej korespondencji HPL z jego uczniami, pisarzami traktującymi go jak mistrza, czy informacje o nieprzełożonych na polski utworach (głównie poezjach).

Biografia to specyficzny rodzaj fikcji, która zdaje się składać obietnicę, której nigdy nie wypełnia – zrozumienie fenomenu, istoty talentu danej indywidualności. O próbę biograficzną pokusił się również francuski pisarz Michel Houellebecq, czego efektem jest dość dawno wydany esej „Przeciw światu, przeciw życiu”.

Przyznaję, że zainteresowanie Houellebecqua Lovecraftem jest dla mnie zaskakujące – zupełnie jakby o amerykańskim pisarzu książkę wydał Krzysztof Zanussi. Autor „Cząstek elementarnych” zamęczający czytelnika bladym moralizmem z gatunku utyskiwań impotenta w średnim wieku (pamiętam wywiad z Houellebecqueiem, gdzie opisywał jak wybrał się do Tajlandii na prostytutki w nadziei, że tam będzie łatwiej – cóż, niestety i tak Francja zapamiętała lepiej wyczyny Frederica Mitteranda), któremu przypisuje się ironiczne pióro – o Lovecrafcie? Cthulhu ty mój! Po latach ostentacyjnego lekceważenia tej książki, z braku lepszych znalezisk na bibliotecznej półce, wrzuciłam do koszyka esej wydany z serii „Fortuna i Fatum” W.A.B.

„Przeciw światu, przeciw życiu” rozpoczyna wstęp autorstwa Stephena Kinga. Wspaniała okazja by przypomnieć o sobie czytelnikom, wypromować się choć trochę (jakby to było jeszcze potrzebne), podnieść sprzedaż, gdyby nazwisko Lovecrafta okazało się niewystarczające (nazwiska King i Houellebecq chyba na niewielu półkach sąsiadują ze sobą) – naturalnie King wykorzystuje ją w pełni. Miałam nieodparte wrażenie, że King uważa, iż jego wstęp jest napisany o wiele lepiej niż „dość długi esej”, jak go określa, Houellebecqua. Lepiej niekoniecznie, na pewno jednak prostszym językiem – przecież to może wyjść w Stanach Zjednoczonych! Mamy więc zupełnie niezawoalowane pochlebstwa w kierunku jakże wyrafinowanych i wysmakowanych czytelników Kinga (ponieważ czytają w ogóle – tak przynajmniej ujmuje to King). Niemal z przysłowiowym amerykańskim pragmatyzmem „król horroru” zastanawia się nad milionami, które czerpią z wydań powieści HPL spadkobiercy i sugeruje, że kwestia praw autorskich nie jest tak jasna, jak chciałoby amerykańskie prawo i urząd skarbowy.

„Z zacięciem bynajmniej nie akademickim Houellebecq wyciąga wnioski, które na pewno wzbudzą kontrowersje i wywołają dyskusje”, czytamy we wstępie (s. 13, 14). Otóż niestety nie, ale o tym dalej. Ciekawe jest to, co King sygnalizuje opowiadając o swoim nigdy nie zrealizowanym pomyśle na opowiadanie „Poduszka Lovecrafta” – podążanie za HPL może przerosnąć autora. Wykorzystywanie jego osoby, stylu czy kontynuowanie pomysłów HPL, jeśli nie staje się parodią czy pastiszem (umyślną i znakomitą w przypadku np. Terry’ego Pratchetta), wydaje się zadaniem zupełnie chybionym, ponieważ HPL to przypadek absolutnie osobny w historii literatury – sam w sobie to hapaks legomenon.

Esej Houellebecqa rozczarowuje nie tylko dość bezbarwnym stylem, ale i tym, że nie wychodzi poza raczej typowe w przypadku twórczości HPL ochy, achy i jęki zafascynowanego czytelnika. Zaskakujące jest niejakie „nieprzygotowanie” autora – podana na końcu książki krótka bibliografia „uporządkowana według preferencji autora” liczy sobie oprócz francuskojęzycznych wydań twórczości HPL, wyboru listów Lovecrafta, aż DWIE pozycje traktujące o pisarzu. Co więcej, treść eseju nawet nie sugeruje, że korzystał z lektur, które mogłyby np. lepiej umieścić w szerszym kontekście twórczość Lovecrafta, czy też analizujących samą wyobraźnię [2]. Recenzowana na blogu Dwóch Poważnych Dam Victoria Nelson, choć krytycznie nastawiona do Lovecrafta, wydaje się być o wiele lepiej obeznana z tematem, a początek rozdziału jej książki poświęcony porównaniu (sic!) Lovecrafta z Brunonem Schulzem jest lepszym nakreśleniem specyfiki twórczość HPL, niż niemal cały esej Houellebecqa. Np. Houellebecq zauważa niezwykłą wrażliwość Lovecrafta na architekturę i muzykę, ale to Nelson określa jego wyobraźnię jako psychotopograficzną – ale o ile ona stosuje psychoanalizę z wirtuozerią ślepego rzeźnika, Houellebecq wskazuje na inspirację HPL nie koszmarami dzieciństwa, a snami.

Cóż więc takiego o HPL pisze Houellebecq? „Życie jest bolesne i pełne rozczarowań” (kiedy przestałam się śmiać, byłam w stanie czytać dalej) rozpoczyna część eseju pt „Inny świat”, i dalej zastanawia się nad przyczynami „letargicznej trwogi”, która ogarnęła Lovecrafta w osiemnastej zimie – ponieważ wiosna chyba nie była mu znana – życia. Przypisuje Lovecraftowi swoje seksualne frustracje i rozczarowanie, unikając choćby sugestii, że była to depresja. Zauważa totalną nieludzkość Lovecraftiańskich bóstw, które niczym Solaris Lema, są dalekie i obce naiwnej mrzonce jakoby kosmiczne byty o wyższej niż ludzka, inteligencji, kierowały się dobrem czy jakąkolwiek moralnością. Ciekawa uwaga, pasująca również chyba do bohatera – oby – mojej kolejnej recenzji, Emila Ciorana – „Przez całe życie zachowa typowo artystokratyczny pogardliwy stosunek do ludzkości jako takiej, połączony z wyjątkową sympatią do poszczególnych osób” (s. 40). Interesująco robi się w rodziale „Techniki zaskoczenia”, gdzie Houellebecq opisuje książkę Lovecrafta o chwytach kompozycyjnych, przydatnych podczas pisania utworów fantastycznych. Wg Houellebecqa owa książka ma tytuł „Księga Rozumu” – być może informacje o niej zaczerpnął z którejś z dwóch książek, które umieścił w bibliografii – ani na stronie archiwalnej o twórczości HPL http://www.hplovecraft.com/ ani na stronie amerykańskiego wydawcy Lovecrafta
http://www.arkhamhouse.com/ nie znalazłam tytułu, który pasowałby do takiego tłumaczenia (najbliższe temu, o czym pisze Houellebecq wydają się „Notes on Weird Fiction”, ale czy tłumacz zrobiłby z tego „Księgę Rozumu”?). Tak czy inaczej, wg Houellebecqa również ta pozycja nie przybliża czytelnika do zrozumienia, w jaki sposób Lovecraftowi udało się stworzyć tak sugestywną i doskonałą prozę, w której groza odczuwana przez odbiorcę miesza się z zachwytem nad wspaniałym językiem pełnym niezapomnianych i charakterystycznych fraz. Do tego stopnia, że Houellebecqowi zdarza się dławiącym głosem wykrztusić raz po raz wezwania do Przedwiecznych, co jest częstą i żenującą przypadłością fanów HPL piszących o swym mistrzu – a w przypadku francuskiego pisarza sprawia, że ma się wrażenie, że ten dorosły i dość marudny typ ma nadal nastoletnie pryszcze.

„Czytając opowiadania Lovecrafta, często zadajemy sobie pytanie, dlaczego protagoniści potrzebują tyle czasu, by zrozumieć istotę zagrożenia” (s. 59). Doprawdy? Za każdym razem czytelnik WIE jakie monstrum czai się za progiem? Zawsze dało się przewidzieć ogrom koszmaru, który czekał na końcu – najczęściej – naukowych poszukiwań bohaterów Lovecrafta? Być może ta niecierpliwość dotyka odbiorcę literatury i filmów dzisiaj, gdy idąc do kina czy biorąc do ręki książkę, niemal od początku wiemy dokładnie co się wydarzy i za pomocą jakich technik autor chce wywołać w nas takie a nie inne wrażenie. Moim zdaniem to zupełnie nie pasuje akurat do Lovecrafta, choćby dlatego, że przecież rzecz nie w tym, by bohaterom udało się zawsze uciec…

Do słusznych uwag Houellebecqa na pewno należy dopisać jeszcze co najmniej dwie – spostrzeżenie, że w prozie Lovecrafta brakuje jakichkolwiek psychologizmów (co oczywiście jest pożywką dla interpretacji psychoanalitycznych „jak to nie pisał o seksie, a shoggothy?” wydaje się twierdzić np. Victoria Nelson): bohaterowie mają jedynie postrzegać i relacjonować wydarzenia, osobliwie kojarząc rozmaite wrażenia słuchowe i wzrokowe, dzięki czemu udaje się to, co zauważa Houellebecq: „Przekształcić zwykłe codzienne doznania w niewyczerpane źródło koszmarów” (s. 74). Drugim trafnym spostrzeżeniem jest podkreślenie roli nauki w dziełach Lovecrafta, który nie tylko był na bieżąco z aktualnymi odkryciami z zakresu fizyki, astronomii czy matematyki, ale z powodzeniem wykorzystał terminologię kliniczną w zakresie zoologii, a także lingwistyczną, archeologiczną; nadawał relacjom swoich bohaterów cechy obiektywnego reportażu dziennikarskiego lub sprawozdania naukowego, genialnie łącząc fakty z realnego świata z autorską mitologią. „Lovecrafta interesuje w istocie groza obiektywna” podsumowuje Houellebecq i dodaje: „Podobnie jak Kant, który pragnie wznieść fundamenty moralności ważnej „nie tylko dla człowieka, ale dla każdego rozumnego stworzenia”, Lovecraft chce stworzyć fantastykę zdolną przerazić każdą istotę wyposażoną w rozum. Obaj mają też zresztą inne punkty wspólne; niepozorna postura, zamiłowanie do słodyczy oraz, jak to sformułowano, fakt, że nie są c a ł k i e m l u d z c y” (s. 83 – niezaprzeczalnie najlepsze zdanie z całej książki).

Biograficzny fragment o Lovecrafcie jest w eseju Houellebecqa bardzo krótki. Zaskakuje brak wzmianki o rodzicach pisarza, znajdujemy jedynie informację, iż przed rozwodem ze swoją żoną Sonią, Lovecraft zamieszkał na powrót u swojej ciotki w Providence. Krótki ustęp jest poświęcony pobytowi Lovecdafta w Nowym Jorku, gdzie zachwyt nad architekturą miesza się ze skrajnym obrzydzeniem mieszkańcami pochodzącymi z najprzeróżniejszych stron świata. Melting pot zdecydowanie nie był dla Lovecrafta alchemicznym tyglem, w którym wytapiało się złoto talentów, ale budzącym strach i obrzydzenie miejscem, gdzie wygrywa brutalność, a geny mieszają się tylko po to, by degeneracja rodzaju ludzkiego nastąpiła w szybszym tempie. I znowu Houellebecq zaskakuje trafnością spostrzeżenia – w swoich niewątpliwie rasistowskich opisach Afroamerykanów czy przybyszów z Azji, Lovecraft nie ustawia swoich bohaterów jako dumnych panów białej rasy, do której to przynależność bardzo cenił, ale jako ofiary. Czego Houellebecq w ogóle nie analizuje – a szkoda, to fakt, że właśnie te pogardzane przez Lovecrafta istoty (bo przecież nie ludzie) wydają się mieć najbliższy kontakt i styczność z budzącymi grozę Przedwiecznymi, to właśnie oni są depozytariuszami szczątkowej wiedzy, jaka ocalała na ich temat na Ziemi. Czy można to rozumieć jako kolejny wyraz pogardy Lovecrafta do wszelkich impulsów religijnych, których mogą ulec jedynie fanatyczni i nierozumni „mieszańcy”? Czy raczej specyficzna zazdrość o jakiś rodzaj wyobraźni, niedostępnej Lovecraftowi? (aż trudno w to uwierzyć!) A może raczej to Lovecraft budzi zazdrość Houellebecqa, ponieważ „zdołał przekształcić swą niechęć do życia w a k t y w n ą wrogość” (s. 126). Niewątpliwie niechęć Houellebecqa do życia i jego krytyka współczesnej cywilizacji i kultury połączona z osobliwą niemocą, zrodziła jedynie dzielenie się mdłościami, które czuje francuski pisarz podczas kontaktu z rzeczywistością. Biografia Lovecrafta to kronika nieudanego – wg dzisiejszych standardów – życia w ubóstwie i zupełnym niedocenieniu twórczości. W bierności Lovecrafta wobec „obowiązków” dorosłego życia na progu dwudziestego wieku, Houellebecq prawie chciałby odnaleźć źródło i usprawiedliwienie swoich własnych zawodzeń i narzekania, ale tego nie robi – być może dlatego, że obce mu są jakiekolwiek silne emocje, które według niego samego pomagają stworzyć naprawdę wybitne dzieło literackie. To stwierdzenie aż zabawne w swej naiwności mówi coś nie o dziele Lovecrafta, ale raczej o samym Houellebecqu. Sięgnął po twórczość amerykańskiego autora, by przypomnieć sobie silną fascynację czytelniczą, której doświadczył w młodym wieku, jakby chciał odnaleźć w tym siłę, iskrę zdolną zapalić coś, co pomoże mu napisać kolejną książkę. Jego esej o Lovecrafcie jest niczym rozmowa z dobrym znajomym, który podobnie jak czytelnik ceni autora „Zewu Cthulhu” i wnosi w naszą wiedzę dokładnie tyle samo. Ale czy cienie mają cokolwiek oświetlać?

Czy naprawdę chcemy strach towarzyszący lekturze Lovecrafta uczynić mniej prywatnym?

Oczywiście iluzją byłaby wiara w istnienie książki o Lovecrafcie „wyjaśniającej wszystko” czy dającej wystarczająco mocny klucz biograficzny do interpretacji powieści. Zaskakujące zdanie w tym temacie napisała wspomniana już parokrotnie Victoria Nelson: „Największym aktem twórczym HPL było ocalenie własnego człowieczeństwa” [3]. Można ocenić taką opinię jako całkowicie deprecjonującą twórczość HPL – zupełnie jakby był psychopatą z powieści Thomasa Harrisa, który jednak zacisnął zęby i zamiast zamordować chorego na kiłę ojca postanowił napisać opowiadanie.

Sławomira Raczyńska

Michel Houellebecq, „H.P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu”, przeł. Jacek Giszczak, W.A.B., Warszawa 2007. Wszystkie cytaty ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Przypisy:
[1] S. T. Joshi, H.P. Lovecraft: Biografia, przeł. M. Kopacz, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2010.
[2] Por. np. Gaston Bachelard, Poetyka marzenia, przeł., oprac. i posłowie: L. Brogowski, Wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 1998; Roger Caillois, W sercu fantastyki, przeł. M. Ochab, Wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 2005.
[3] Victoria Nelson, Sekretne życie lalek, przeł. A. Kowalcze-Pawlik, Universitas, Kraków 2009, s. 156.

Data wpisu: 16 stycznia, 2011 autor wpisu: Sławomira Raczyńska  |  Komentowanie nie jest możliwe