Helen Oyeyemi, „Mała Ikar”
Mała Ikar, moja spóźniona lektura, nad którą dzisiaj się zastanawiam, została napisana przez wychowaną i mieszkającą w Wielkiej Brytanii autorkę o nigeryjskim pochodzeniu. Z racji moich feministycznych, jak również postkolonialnych zainteresowań, już sama wiedza o kulturowym usytuowaniu Helen Oyeyemi byłaby zachęcająca do sięgnięcia po jej powieść. Co jednak jeszcze bardziej intrygujące, ta wciąż młoda (urodzona w 1984 roku) pisarka swój debiut stworzyła już… w szkole średniej. To zatem juwenilia; obecnie Oyeyemi ma na swoim koncie kilka kolejnych utworów.
Tytułowa bohaterka Małej Ikar ma na imię Jessamy i jest 8–letnią ponadprzeciętnie uzdolnioną uczennicą, córką żyjących w Londynie Nigeryjki i Anglika. Źle się czuje w szkole, ponieważ jest małomówna, niekontaktowa, a dziewczynki wokół niej łączą się w towarzystwa nie tyle wzajemnej adoracji, co wspierania i przyklaskiwania ekspansywnej liderce. Co więcej, Jessamy miewa nieznanego pochodzenia ataki kojarzące się z klasycznymi opisami współcześnie już raczej „zdyskwalifikowanej” histerii, co rzecz jasna pogarsza jej relacje z równieśnikami.
Podczas wakacji rodzice – Sara, pisarka i Daniel, księgowy – zabierają córkę do Nigerii, gdzie spędzają czas z ojcem Sary, jej rodzeństwem i mnóstwem innych krewnych. Wszyscy się o dziewczynkę troszczą, ośmielają tak, by zarazem nie zawstydzać, odruchowo i nie „na siłę” budują atmosferę akceptacji, umożliwiają udział w rozmaitych atrakcjach. Mimo to Jessamy znajduje sobie (?) wyobrażoną przyjaciółkę, z której – by tak rzec – statusu ontologicznego nie zdaje sobie sprawy. Pierwsze spotkania z Tilly Tilly zachowuje w tajemnicy, gdyż jest przekonana, że nowa znajoma w sekrecie mieszka w starych zabudowaniach w gospodarstwie jej dziadka. Ku pozytywnemu zaskoczeniu Jess, przyjaciółka powraca do niej także później, w Londynie.
Zasadniczo w Małej Ikar dominuje problem naprawdę sprawnie ukazanej dziecięcej wrażliwości, niekonsekwentnego podejścia do świata, kierowania się adekwatnym do wieku sposobem myślenia o tym, co jest dla mnie dobre według mnie, a co jest dla mnie dobre według dorosłych – poza rodzicami należy do nich psycholog, z którego córką Jess się zaprzyjaźnia, w tym przypadku oczywiście realnie!
Obecność w życiu bohaterki przyjaciółki wymyślonej jest powiązane ze specyficznymi stanami, histerii czy amnezji, ale co interesujące, Jess „ustala” z Tilly Tilly to, kim dziwna przybyszka rzeczywiście jest! Okazuje się, iż matka Jess urodziła bliźniaczki, z których jedna zmarła; na taką okoliczność przewidziane są pewne rytualne nigeryjskie zabiegi. Tilly Tilly zaś przedstawia się jako inna bliźniaczka w podobnej sytuacji, choć trudno wyczuć, która: ta, co zmarła, czy ta, która przeżywszy poszukuje „pary”. Jess rozumie, że to dziwne, „nieprawdziwe”, jednak kompanka okazuje się mieć wpływ na to, co się naprawdę dzieje. Nie ma ograniczenia do wyobrażeń i rojeń Jess – choć niektóre zdarzenia są niepewne, muszą być efektem ataków i zaćmień, inne nie mogłyby zaistnieć bez nadnaturalnej interwencji.
Kiedy Jessamy bardzo na tym zależy, Tilly Tilly „objawia” się Shivs, córce psychologa. Czy to siła sugestii? Koleżanka lubuje się wszak w opowieściach o duchach (których z kolei Jess absolutnie nie chce słuchać). Gdy Shivs pada ofiarą wybryków Tilly, oczywiście może nie zauważać, że winowajczynią jest Jess, gdyż ta bardzo wpływa na imaginację mniej oczytanej, „zwyczajniejszej” przyjaciółki, jednak – co znów frapujące – Shivs odróżnia ułudę. Tłumaczy, dlaczego deklaruje wiarę słowom Jess: otóż ma w klasie koleżankę ciągle opowiadającą o swej niewidzialnej dla innych towarzyszce, np. zabraniającą siadać „na niej”… choć potem zajmującą wcześniej wskazane miejsce. Shivs dostrzega niekonsekwencję, o którą Jess nie sposób oskarżyć. To przykład tego, jak dopracowane przez Oyeyemi jest owo fascynujące studium relacji małych dziewczynek. Wracając jednak do nadnaturalnych interwencji, za sprawą Tilly Tilly Jessamy poznaje wstydliwy sekret Colleen, swej szkolnej prześladowczyni. „Widzi” bowiem awanturę z matką i dowiaduje się, iż poniżająca ją dziewczynka, klasowa przywódczyni, moczy się i ukrywa przed rodzicami brudną bieliznę. Gdy w akcie desperacji Jess wykorzystuje swą „wiedzę” w towarzystwie innych dzieci (najlepszą obroną jest atak, więc z pewnością łatwo odgadnąć, w jakich to się odbyło okolicznościach), Colleen naturalnie zaprzecza wszystkiemu, jednak później przerażona i poniżona pyta Jess, skąd ta wiedziała.
Myślę, że atrakcją Malej Ikar miały być motywy związane z afrykańską obrzędowością, „magią afrykańską”, jak wyraziła się prowadząca z Oyeyemi wywiad Anna Dziewit. Dla mnie jednak nią nie były. W skrócie: nic nie pomagało i nie pomogło Jessamy: ani zachodnia psychologia czy system szkolnego wsparcia, ani dopełnianie rytuałów typu: sporządzenie odpowiedniej figurki reprezentującej bliźniaczkę. Wbrew innym recenzjom uważam, iż wszystko kończy się dość mętnie i niesatysfakcjonująco, szczególnie w obliczu rozmachu wcześniejszych partii.
Ponadto rażą mnie odczytania deprecjonujące niepodleglą od ponad półwiecza Nigerię, kraj oczywiście niepozbawiony wad, a może i patologii, ale – w odróżnieniu od Polski – posiadający własnego satelitę komunikacyjnego*.
Inny mój kłopot z lekturą polega na tym, że wcale nie widzę tu deklarowanej jako kluczowej problematyki rozdarcia „między kulturami”. Szkolna sytuacja Jess nie ma podłoża rasistowskiego, starsi rodzice zarówno Daniela (angielskiego ojca), jak i Sary (nigeryjskiej matki) nie mają nic przeciwko stworzeniu takiej konfiguracji rodzinnej. Ojciec Sary, dziadek Jess, ubolewa nad ateizmem swej córki, lecz sam nie jest „archaicznym” animistą ani nikim podobnym, tylko protestantem częściowo i warunkowo akceptującym rozmaite praktyki quasi-magiczne. Oyeyemi nie ma chyba pomysłu na swoich dorosłych, ich obraz nie tyle odpowiada spojrzeniu Jess, co właśnie wiekowi samej autorki. Jaki otrzymujemy obraz? Narzędziem pracy matki jest komputer. Matka pisze książki i recenzje książkowe. Ojciec chodzi do pracy. Gdy choruje, nie chodzi. Ogląda telewizję. Celowo ujmuję to niemal w stylu elementarza. Rodzice są bezradni wobec zachowań Jess, jednak nie sposób dociec, cóż myślą. Książka jest pisana z perspektywy małej dziewczynki, jednak ta konwencja bywa przełamywana, wedle mnie raczej dla wygody autorki.
Jest w Małej Ikar jakaś chaotyczność, a jednak powieść jest znakomita. Być może Jess to oko „międzykulturowego” właśnie cyklonu, borykająca się z kłopotami szkolnymi, w środowisku i w wieku, gdzie przyczyną rówieśniczego napiętnowania może być niemal cokolwiek, od nieśmiałości, przez otyłość, po dziecinne wspomnienie „kompromitującego” wydarzenia, na przykład charakterystycznego stroju, który został wyśmiany. „Hybrydyczna” tożsamość jaką Jess zawdzięcza rodzicom, jest tu niemal bez znaczenia. To chyba jeszcze nie ten etap życia, kiedy kwestie tego rodzaju znacząco wpływają na samoświadomość. Oyeyemi, deklaratywnie odcinająca się od tropów autobiograficznych, obdarzyła Jessamy swoją duszą… a może tylko jej użyczyła? Nieważne, czy powstrzymała Małą Ikar przed upadkiem, czy też była dla niej Dedalem, czyli postacią towarzyszącą, która się sama uratowała, czy raczej Ariadną, boginią–tkaczką** – Oyeyemi to autorka, której twórczości z pewnościa warto się przyglądać.
Paulina Szkudlarek
Helen Oyeyemi, Mała Ikar, przeł. Jolanta Kozak, W.A.B., Warszawa 2007.
* To oczywiście przykład wybiórczy, dobrany na fali doniesień fiaska pewnej wielkiej chińskiej inwestycji w Polsce – satelitę NigCom Nigeria zawdzięcza właśnie kooperacji z Chinami.
** Taka percepcja owej postaci mitycznej jest stosunkowo rzadka, ale z pewnością uprawniona.