Archiwum dla kategorii: ‘Afryka’

Helen Oyeyemi, „Mała Ikar”

Mała Ikar, moja spóźniona lektura, nad którą dzisiaj się zastanawiam, została napisana przez wychowaną i mieszkającą w Wielkiej Brytanii autorkę o nigeryjskim pochodzeniu. Z racji moich feministycznych, jak również postkolonialnych zainteresowań, już sama wiedza o kulturowym usytuowaniu Helen Oyeyemi byłaby zachęcająca do sięgnięcia po jej powieść. Co jednak jeszcze bardziej intrygujące, ta wciąż młoda (urodzona w 1984 roku) pisarka swój debiut stworzyła już… w szkole średniej. To zatem juwenilia; obecnie Oyeyemi ma na swoim koncie kilka kolejnych utworów.

Tytułowa bohaterka Małej Ikar ma na imię Jessamy i jest 8–letnią ponadprzeciętnie uzdolnioną uczennicą, córką żyjących w Londynie Nigeryjki i Anglika. Źle się czuje w szkole, ponieważ jest małomówna, niekontaktowa, a dziewczynki wokół niej łączą się w towarzystwa nie tyle wzajemnej adoracji, co wspierania i przyklaskiwania ekspansywnej liderce. Co więcej, Jessamy miewa nieznanego pochodzenia ataki kojarzące się z klasycznymi opisami współcześnie już raczej „zdyskwalifikowanej” histerii, co rzecz jasna pogarsza jej relacje z równieśnikami.

Podczas wakacji rodzice – Sara, pisarka i Daniel, księgowy – zabierają córkę do Nigerii, gdzie spędzają czas z ojcem Sary, jej rodzeństwem i mnóstwem innych krewnych. Wszyscy się o dziewczynkę troszczą, ośmielają tak, by zarazem nie zawstydzać, odruchowo i nie „na siłę” budują atmosferę akceptacji, umożliwiają udział w rozmaitych atrakcjach. Mimo to Jessamy znajduje sobie (?) wyobrażoną przyjaciółkę, z której – by tak rzec – statusu ontologicznego nie zdaje sobie sprawy. Pierwsze spotkania z Tilly Tilly zachowuje w tajemnicy, gdyż jest przekonana, że nowa znajoma w sekrecie mieszka w starych zabudowaniach w gospodarstwie jej dziadka. Ku pozytywnemu zaskoczeniu Jess, przyjaciółka powraca do niej także później, w Londynie.

Zasadniczo w Małej Ikar dominuje problem naprawdę sprawnie ukazanej dziecięcej wrażliwości, niekonsekwentnego podejścia do świata, kierowania się adekwatnym do wieku sposobem myślenia o tym, co jest dla mnie dobre według mnie, a co jest dla mnie dobre według dorosłych – poza rodzicami należy do nich psycholog, z którego córką Jess się zaprzyjaźnia, w tym przypadku oczywiście realnie!

Obecność w życiu bohaterki przyjaciółki wymyślonej jest powiązane ze specyficznymi stanami, histerii czy amnezji, ale co interesujące, Jess „ustala” z Tilly Tilly to, kim dziwna przybyszka rzeczywiście jest! Okazuje się, iż matka Jess urodziła bliźniaczki, z których jedna zmarła; na taką okoliczność przewidziane są pewne rytualne nigeryjskie zabiegi. Tilly Tilly zaś przedstawia się jako inna bliźniaczka w podobnej sytuacji, choć trudno wyczuć, która: ta, co zmarła, czy ta, która przeżywszy poszukuje „pary”. Jess rozumie, że to dziwne, „nieprawdziwe”, jednak kompanka okazuje się mieć wpływ na to, co się naprawdę dzieje. Nie ma ograniczenia do wyobrażeń i rojeń Jess – choć niektóre zdarzenia są niepewne, muszą być efektem ataków i zaćmień, inne nie mogłyby zaistnieć bez nadnaturalnej interwencji.

Kiedy Jessamy bardzo na tym zależy, Tilly Tilly „objawia” się Shivs, córce psychologa. Czy to siła sugestii? Koleżanka lubuje się wszak w opowieściach o duchach (których z kolei Jess absolutnie nie chce słuchać). Gdy Shivs pada ofiarą wybryków Tilly, oczywiście może nie zauważać, że winowajczynią jest Jess, gdyż ta bardzo wpływa na imaginację mniej oczytanej, „zwyczajniejszej” przyjaciółki, jednak – co znów frapujące – Shivs odróżnia ułudę. Tłumaczy, dlaczego deklaruje wiarę słowom Jess: otóż ma w klasie koleżankę ciągle opowiadającą o swej niewidzialnej dla innych towarzyszce, np. zabraniającą siadać „na niej”… choć potem zajmującą wcześniej wskazane miejsce. Shivs dostrzega niekonsekwencję, o którą Jess nie sposób oskarżyć. To przykład tego, jak dopracowane przez Oyeyemi jest owo fascynujące studium relacji małych dziewczynek. Wracając jednak do nadnaturalnych interwencji, za sprawą Tilly Tilly Jessamy poznaje wstydliwy sekret Colleen, swej szkolnej prześladowczyni. „Widzi” bowiem awanturę z matką i dowiaduje się, iż poniżająca ją dziewczynka, klasowa przywódczyni, moczy się i ukrywa przed rodzicami brudną bieliznę. Gdy w akcie desperacji Jess wykorzystuje swą „wiedzę” w towarzystwie innych dzieci (najlepszą obroną jest atak, więc z pewnością łatwo odgadnąć, w jakich to się odbyło okolicznościach), Colleen naturalnie zaprzecza wszystkiemu, jednak później przerażona i poniżona pyta Jess, skąd ta wiedziała.

Myślę, że atrakcją Malej Ikar miały być motywy związane z afrykańską obrzędowością, „magią afrykańską”, jak wyraziła się prowadząca z Oyeyemi wywiad Anna Dziewit. Dla mnie jednak nią nie były. W skrócie: nic nie pomagało i nie pomogło Jessamy: ani zachodnia psychologia czy system szkolnego wsparcia, ani dopełnianie rytuałów typu: sporządzenie odpowiedniej figurki reprezentującej bliźniaczkę. Wbrew innym recenzjom uważam, iż wszystko kończy się dość mętnie i niesatysfakcjonująco, szczególnie w obliczu rozmachu wcześniejszych partii.

Ponadto rażą mnie odczytania deprecjonujące niepodleglą od ponad półwiecza Nigerię, kraj oczywiście niepozbawiony wad, a może i patologii, ale – w odróżnieniu od Polski – posiadający własnego satelitę komunikacyjnego*.

Inny mój kłopot z lekturą polega na tym, że wcale nie widzę tu deklarowanej jako kluczowej problematyki rozdarcia „między kulturami”. Szkolna sytuacja Jess nie ma podłoża rasistowskiego, starsi rodzice zarówno Daniela (angielskiego ojca), jak i Sary (nigeryjskiej matki) nie mają nic przeciwko stworzeniu takiej konfiguracji rodzinnej. Ojciec Sary, dziadek Jess, ubolewa nad ateizmem swej córki, lecz sam nie jest „archaicznym” animistą ani nikim podobnym, tylko protestantem częściowo i warunkowo akceptującym rozmaite praktyki quasi-magiczne. Oyeyemi nie ma chyba pomysłu na swoich dorosłych, ich obraz nie tyle odpowiada spojrzeniu Jess, co właśnie wiekowi samej autorki. Jaki otrzymujemy obraz? Narzędziem pracy matki jest komputer. Matka pisze książki i recenzje książkowe. Ojciec chodzi do pracy. Gdy choruje, nie chodzi. Ogląda telewizję. Celowo ujmuję to niemal w stylu elementarza. Rodzice są bezradni wobec zachowań Jess, jednak nie sposób dociec, cóż myślą. Książka jest pisana z perspektywy małej dziewczynki, jednak ta konwencja bywa przełamywana, wedle mnie raczej dla wygody autorki.

Jest w Małej Ikar jakaś chaotyczność, a jednak powieść jest znakomita. Być może Jess to oko „międzykulturowego” właśnie cyklonu, borykająca się z kłopotami szkolnymi, w środowisku i w wieku, gdzie przyczyną rówieśniczego napiętnowania może być niemal cokolwiek, od nieśmiałości, przez otyłość, po dziecinne wspomnienie „kompromitującego” wydarzenia, na przykład charakterystycznego stroju, który został wyśmiany. „Hybrydyczna” tożsamość jaką Jess zawdzięcza rodzicom, jest tu niemal bez znaczenia. To chyba jeszcze nie ten etap życia, kiedy kwestie tego rodzaju znacząco wpływają na samoświadomość. Oyeyemi, deklaratywnie odcinająca się od tropów autobiograficznych, obdarzyła Jessamy swoją duszą… a może tylko jej użyczyła? Nieważne, czy powstrzymała Małą Ikar przed upadkiem, czy też była dla niej Dedalem, czyli postacią towarzyszącą, która się sama uratowała, czy raczej Ariadną, boginią–tkaczką** – Oyeyemi to autorka, której twórczości z pewnościa warto się przyglądać.

Paulina Szkudlarek

Helen Oyeyemi, Mała Ikar, przeł. Jolanta Kozak, W.A.B., Warszawa 2007.

* To oczywiście przykład wybiórczy, dobrany na fali doniesień fiaska pewnej wielkiej chińskiej inwestycji w Polsce – satelitę NigCom Nigeria zawdzięcza właśnie kooperacji z Chinami.
** Taka percepcja owej postaci mitycznej jest stosunkowo rzadka, ale z pewnością uprawniona.

Data wpisu: 20 czerwca, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Helen Oyeyemi, „Mała Ikar”

Mała Ikar, moja spóźniona lektura, nad którą dzisiaj się zastanawiam, została napisana przez wychowaną i mieszkającą w Wielkiej Brytanii autorkę o nigeryjskim pochodzeniu. Z racji moich feministycznych, jak również postkolonialnych zainteresowań, już sama wiedza o kulturowym usytuowaniu Helen Oyeyemi byłaby zachęcająca do sięgnięcia po jej powieść. Co jednak jeszcze bardziej intrygujące, ta wciąż młoda (urodzona w 1984 roku) pisarka swój debiut stworzyła już… w szkole średniej. To zatem juwenilia; obecnie Oyeyemi ma na swoim koncie kilka kolejnych utworów.

Tytułowa bohaterka Małej Ikar ma na imię Jessamy i jest 8–letnią ponadprzeciętnie uzdolnioną uczennicą, córką żyjących w Londynie Nigeryjki i Anglika. Źle się czuje w szkole, ponieważ jest małomówna, niekontaktowa, a dziewczynki wokół niej łączą się w towarzystwa nie tyle wzajemnej adoracji, co wspierania i przyklaskiwania ekspansywnej liderce. Co więcej, Jessamy miewa nieznanego pochodzenia ataki kojarzące się z klasycznymi opisami współcześnie już raczej „zdyskwalifikowanej” histerii, co rzecz jasna pogarsza jej relacje z równieśnikami.

Podczas wakacji rodzice – Sara, pisarka i Daniel, księgowy – zabierają córkę do Nigerii, gdzie spędzają czas z ojcem Sary, jej rodzeństwem i mnóstwem innych krewnych. Wszyscy się o dziewczynkę troszczą, ośmielają tak, by zarazem nie zawstydzać, odruchowo i nie „na siłę” budują atmosferę akceptacji, umożliwiają udział w rozmaitych atrakcjach. Mimo to Jessamy znajduje sobie (?) wyobrażoną przyjaciółkę, z której – by tak rzec – statusu ontologicznego nie zdaje sobie sprawy. Pierwsze spotkania z Tilly Tilly zachowuje w tajemnicy, gdyż jest przekonana, że nowa znajoma w sekrecie mieszka w starych zabudowaniach w gospodarstwie jej dziadka. Ku pozytywnemu zaskoczeniu Jess, przyjaciółka powraca do niej także później, w Londynie.

Zasadniczo w Małej Ikar dominuje problem naprawdę sprawnie ukazanej dziecięcej wrażliwości, niekonsekwentnego podejścia do świata, kierowania się adekwatnym do wieku sposobem myślenia o tym, co jest dla mnie dobre według mnie, a co jest dla mnie dobre według dorosłych – poza rodzicami należy do nich psycholog, z którego córką Jess się zaprzyjaźnia, w tym przypadku oczywiście realnie!

Obecność w życiu bohaterki przyjaciółki wymyślonej jest powiązane ze specyficznymi stanami, histerii czy amnezji, ale co interesujące, Jess „ustala” z Tilly Tilly to, kim dziwna przybyszka rzeczywiście jest! Okazuje się, iż matka Jess urodziła bliźniaczki, z których jedna zmarła; na taką okoliczność przewidziane są pewne rytualne nigeryjskie zabiegi. Tilly Tilly zaś przedstawia się jako inna bliźniaczka w podobnej sytuacji, choć trudno wyczuć, która: ta, co zmarła, czy ta, która przeżywszy poszukuje „pary”. Jess rozumie, że to dziwne, „nieprawdziwe”, jednak kompanka okazuje się mieć wpływ na to, co się naprawdę dzieje. Nie ma ograniczenia do wyobrażeń i rojeń Jess – choć niektóre zdarzenia są niepewne, muszą być efektem ataków i zaćmień, inne nie mogłyby zaistnieć bez nadnaturalnej interwencji.

Kiedy Jessamy bardzo na tym zależy, Tilly Tilly „objawia” się Shivs, córce psychologa. Czy to siła sugestii? Koleżanka lubuje się wszak w opowieściach o duchach (których z kolei Jess absolutnie nie chce słuchać). Gdy Shivs pada ofiarą wybryków Tilly, oczywiście może nie zauważać, że winowajczynią jest Jess, gdyż ta bardzo wpływa na imaginację mniej oczytanej, „zwyczajniejszej” przyjaciółki, jednak – co znów frapujące – Shivs odróżnia ułudę. Tłumaczy, dlaczego deklaruje wiarę słowom Jess: otóż ma w klasie koleżankę ciągle opowiadającą o swej niewidzialnej dla innych towarzyszce, np. zabraniającą siadać „na niej”… choć potem zajmującą wcześniej wskazane miejsce. Shivs dostrzega niekonsekwencję, o którą Jess nie sposób oskarżyć. To przykład tego, jak dopracowane przez Oyeyemi jest owo fascynujące studium relacji małych dziewczynek. Wracając jednak do nadnaturalnych interwencji, za sprawą Tilly Tilly Jessamy poznaje wstydliwy sekret Colleen, swej szkolnej prześladowczyni. „Widzi” bowiem awanturę z matką i dowiaduje się, iż poniżająca ją dziewczynka, klasowa przywódczyni, moczy się i ukrywa przed rodzicami brudną bieliznę. Gdy w akcie desperacji Jess wykorzystuje swą „wiedzę” w towarzystwie innych dzieci (najlepszą obroną jest atak, więc z pewnością łatwo odgadnąć, w jakich to się odbyło okolicznościach), Colleen naturalnie zaprzecza wszystkiemu, jednak później przerażona i poniżona pyta Jess, skąd ta wiedziała.

Myślę, że atrakcją Malej Ikar miały być motywy związane z afrykańską obrzędowością, „magią afrykańską”, jak wyraziła się prowadząca z Oyeyemi wywiad Anna Dziewit. Dla mnie jednak nią nie były. W skrócie: nic nie pomagało i nie pomogło Jessamy: ani zachodnia psychologia czy system szkolnego wsparcia, ani dopełnianie rytuałów typu: sporządzenie odpowiedniej figurki reprezentującej bliźniaczkę. Wbrew innym recenzjom uważam, iż wszystko kończy się dość mętnie i niesatysfakcjonująco, szczególnie w obliczu rozmachu wcześniejszych partii.

Ponadto rażą mnie odczytania deprecjonujące niepodleglą od ponad półwiecza Nigerię, kraj oczywiście niepozbawiony wad, a może i patologii, ale – w odróżnieniu od Polski – posiadający własnego satelitę komunikacyjnego*.

Inny mój kłopot z lekturą polega na tym, że wcale nie widzę tu deklarowanej jako kluczowej problematyki rozdarcia „między kulturami”. Szkolna sytuacja Jess nie ma podłoża rasistowskiego, starsi rodzice zarówno Daniela (angielskiego ojca), jak i Sary (nigeryjskiej matki) nie mają nic przeciwko stworzeniu takiej konfiguracji rodzinnej. Ojciec Sary, dziadek Jess, ubolewa nad ateizmem swej córki, lecz sam nie jest „archaicznym” animistą ani nikim podobnym, tylko protestantem częściowo i warunkowo akceptującym rozmaite praktyki quasi-magiczne. Oyeyemi nie ma chyba pomysłu na swoich dorosłych, ich obraz nie tyle odpowiada spojrzeniu Jess, co właśnie wiekowi samej autorki. Jaki otrzymujemy obraz? Narzędziem pracy matki jest komputer. Matka pisze książki i recenzje książkowe. Ojciec chodzi do pracy. Gdy choruje, nie chodzi. Ogląda telewizję. Celowo ujmuję to niemal w stylu elementarza. Rodzice są bezradni wobec zachowań Jess, jednak nie sposób dociec, cóż myślą. Książka jest pisana z perspektywy małej dziewczynki, jednak ta konwencja bywa przełamywana, wedle mnie raczej dla wygody autorki.

Jest w Małej Ikar jakaś chaotyczność, a jednak powieść jest znakomita. Być może Jess to oko „międzykulturowego” właśnie cyklonu, borykająca się z kłopotami szkolnymi, w środowisku i w wieku, gdzie przyczyną rówieśniczego napiętnowania może być niemal cokolwiek, od nieśmiałości, przez otyłość, po dziecinne wspomnienie „kompromitującego” wydarzenia, na przykład charakterystycznego stroju, który został wyśmiany. „Hybrydyczna” tożsamość jaką Jess zawdzięcza rodzicom, jest tu niemal bez znaczenia. To chyba jeszcze nie ten etap życia, kiedy kwestie tego rodzaju znacząco wpływają na samoświadomość. Oyeyemi, deklaratywnie odcinająca się od tropów autobiograficznych, obdarzyła Jessamy swoją duszą… a może tylko jej użyczyła? Nieważne, czy powstrzymała Małą Ikar przed upadkiem, czy też była dla niej Dedalem, czyli postacią towarzyszącą, która się sama uratowała, czy raczej Ariadną, boginią–tkaczką** – Oyeyemi to autorka, której twórczości z pewnościa warto się przyglądać.

Paulina Szkudlarek

Helen Oyeyemi, Mała Ikar, przeł. Jolanta Kozak, W.A.B., Warszawa 2007.

* To oczywiście przykład wybiórczy, dobrany na fali doniesień fiaska pewnej wielkiej chińskiej inwestycji w Polsce – satelitę NigCom Nigeria zawdzięcza właśnie kooperacji z Chinami.
** Taka percepcja owej postaci mitycznej jest stosunkowo rzadka, ale z pewnością uprawniona.

Data wpisu: 20 czerwca, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Agnieszka Podolecka, „Żar Sahelu”

Mając w pamięci Blackwellowski podręcznik A Companion to Postcolonial Studies, ze świeżo wydanymi Miejscami kultury Homiego K. Bhabhy pod pachą, zabrałam się za lekturę cokolwiek lżejszą: Żar Sahelu Agnieszki Podoleckiej. Akcja powieści dzieje się w Mali, zaś tytułowy Sahel to zbiorcza nazwa terenów okołosaharyjskich, ulegających współcześnie procesom pustynnienia.

Główne bohaterki to matka – Anna, i córka – Izabella zwana Bellą. Anna jest podchodzącą pod pięćdziesiątkę idealną żoną polskiego dyplomaty, Marka, podróżującą razem z nim i osiadającą w kolejnych placówkach. Córka jest nastolatką multikulturową, oczytaną (w internecie…), wrażliwą, rozsądną, niezbuntowaną – z braku powodów, albowiem absolutnie idealnie dogaduje się z cudowną mamusią. Wokół tych dwóch orbituje przyjaciel rodziny, David, angielski biznesmen, rozwiedziony (żona miała inne priorytety życiowe) a bezdzietny. Nietrudno zatem odgadnąć, iż w odpowiednim momencie David stworzy z Anną, matką Belli, nową rodzinę. (Mąż Marek jest oczywiście nieczuły i obojętny, a poza tym i tak zdradzał żonę).

Aby jednak nie uprzedzać wypadków… Nierozbita jeszcze rodzina właśnie opuściła senegalski Dakar, w malijskim Bamako Bella zaczyna uczęszczać do nowej szkoły, amerykańskiej jako i poprzednie. Skutkiem takiego toku edukacji nie może uciec z niemiłego jej kraju do Polski, ponieważ w ojczyźnie nie zdałaby matury, a tak, po szkole – śladem dwóch starszych braci, w powieści nieobecnych – trafi do Oxfordu. Szkoła jest strzeżona przez dogońskiego ochroniarza–oddźwiernego, który na rozkaz szamana ze swego plemienia musi porwać Bellę, by można ją było złożyć w ofierze w intencji deszczu. Czemu ją? Gdyż ma na ramieniu znamię w kształcie ważnym dla Dogonów. Lud ten, co widać na przykładzie szkolnego ochroniarza, rozdarty jest między swą pierwotną wiarą o charakterze animistycznym, a dominującym dzisiaj w Mali islamem. Jednak czy z jednej, czy z drugiej perspektywy patrząc, Amerykanie i inni „biali” są gorszącymi bluźniercami.

W szkole Bella zyskuje przyjaciela, Williama, który kilkanaście stron przed końcem książki okazuje się być gejem tęskniącym za swoim zostawionym w Londynie chłopakiem. Niestety, czy to z powodu mojego przeczulenia, czy przez „typowo polską” nieumiejętność przyjęcia przez autorkę normalnej perspektywy (perspektywy nieujawniającej zadziwienia dla nieheteronormatywnych orientacji psychoseksualnych, rzecz jasna), „prawdziwą tożsamość” Williama „odkryłam” od razu. Młodzieniec ma odpowiednie, by nie powiedzieć: kanoniczne atrybuty, poza tym jest dziwnie obojętny na urodę Belli.

Kolejny perspektywiczny rzut oka na fabułę – Marek w Mali pracuje, Bella chodzi do szkoły, gdzie próbuje się z nią spoufalać ochroniarz, Anna się pociesza na różne sposoby, a wreszcie „na dobre” wiąże się z Davidem. Bella jedzie na szkolną wycieczkę, pod koniec trwania której zostaje porwana, William, przyjaciel–gej, przy okazji też, co inicjuje brawurową przygodę postkolonialnych Stasia i Nell. Aha, potem wszystko się dobrze kończy.

Mamy jednak dodatkową atrakcję. W rezydencji, w jakiej zakwaterowano rodzinę, Bella znajduje pamiętnik młodej Angielki, hm, kolonizatorki sprzed wieku. Dziewczyna z dobrego domu, córka postepowego i tolerancyjnego ojca, zbuntowana przeciw gorsetom, five o’clockom i innym konwenansom stosownym dla dam z imperium, nad którym nie zachodzi słońce, przeżywa bardzo krótki intensywny romans z francuskim lekarzem, François Mirabeau, zostaje porwana przez Dogonów, ucieka i już na wolności, po kilku dniach zmagań z głodem, pragnieniem i pustynią, ginie od ugryzienia jadowitego skorpiona, i to niemal w ramionach kochanka. Dla zobrazowania konwencji proponuję próbkę stylu; oto opis pozostawiony przez Mirabeau:

Spiąłem konia i zacząłem ją wołać. Usłuszała, zerwała się i zaczęła biec w naszą stronę. I wtedy upadła… Zeskoczyłem z konia. Elizabeth, Elizabeth… Tyle przeżyłaś, by teraz…
(s. 140).

Tu zaczyna się problem. Anna, matka, jest egzaltowaną wyznawczynią – mówiąc ogólnie – New Age, zresztą córka też. Medytowanie w celu proszenia o pomoc kwiaty, zdawanie się na słowa wróżb, które oczywiście okazują się trafna, ukłony w kierunku (?) czterech żywiołów i czakramy… nie chodzi mi o światopogląd bohaterek, ale o to, że autorka go podziela i pozwala, by te praktykowane przez matke i córkę rytuały działały w realistycznym bądź co bądź świecie jej powieści. Bella kontaktuje się zatem z wędrującą, nieukojoną duszą Elizabeth, autorki znalezionego pamiętnika. Kontaktuje? Przeprowadza rozmowy rozpisane na dialogi w języku etnicznym… angielskim zapewne. Dogoni, jak skądinąd wiadomo, spadli z Saturna i ich szaman ma prawdziwą moc sprawczą, ale „biali” – jeśli uda się im osiągnąć harmonię wewnętrzną promieniującą na świat zewnętrzny – mogą również mieć swoje czary-mary.

Umysł dziewczyny zaczął się bronić przed jego obecnością
(s. 144);
Pomóż mi, wodo – szepnęła. – Oczyść mnie. [...] Podziękowała wodzie i postanowiła, że teraz już nieodwołalnie powie swym lękom stanowcze NIE (s. 180).

Czy w ten sposób autorka widzi alternatywę wobec biurokracji i materializmu? Hm, David jest krezusem!

Razi też inny, dotyczący „zderzenia się światów” element powieści: świadomość postkolonializmu. Wydaje mi się, że podskórny komunikat płynący z narracji każe odbiorcy zawiesić polityczną poprawność, i uznać nieredukowalną odmienność, a posługując się anachronicznym określeniem: dzikość czarnych. Naświetlone są sprawy, które implicytnie gloryfikują niegdysiejszy porządek świata (zgodnie z tą konwencją zdecydowałam się wcześniej używać określenia „biali”, niezgodnego z moim pojęciem stosowności, ale adekwatnego do stylu narracji Podoleckiej). Nie można mówić o plantatorach ani o – ach, rety! – handlarzach niewolników, niech więc będą ambasador oraz biznesmen–obieżyświat. Co charakterystyczne, kraj „przydzielony” Markowi musi być odpowiednio nieważny, by bohaterowie nie uwikłali się przy okazji w polską politykę. Co jeszcze ciekawsze, autorka przemilcza szczegóły pracy Davida. Anna i on poznali się w Arabii Saudyjskiej, mężczyzna pracował też w Chinach (gdzie przy okazji zgłębił tajniki medytacji w odosobnieniu, co czyni go partnerem idealnym), teraz zaś w Mali, gdzie ubija interesy z rządem tego kraju.

W arabskich wspomnieniach pojawia się porównanie enklawy niemuzułmańskich kosmopolitów do getta. W końcu to – czytamy, dziwując się wizji świata, jaką ma Podolecka – wyizolowany teren rządzący się odrębnymi prawami i zamieszkały przez ludzi o innej przynależności etniczno-religijnej. Brak aksjologizacji, brak świadomości obciążenia słowa „getto” swoistymi konotacjami. A w owej saudyjskiej enklawie kobiety mogą się ubierać adekwatnie nie do szariatu, a do pogody. Przeniesienie takiego układu widzimy w Afryce. Izolacja, niechęć, obcość, wzmagane wytycznymi związanymi z po amerykańsku rozumianymi środkami bezpieczeństwa. Trzeba przyznać, że izolacja jest niejako na życzenie Afrykańczyków, którzy oczekują od „białych” iście pańskich i władczych zachowań – na przykład jeśli czarnoskóry personel zobaczy pracodawczynię podczas wykonywania służebnych właśnie czynności (sprzątanie itp.), straci szacunek i poniecha ochrony wobec takiej niegodnej rodziny. Cóż, to nie sprzyja niwelowaniu przepaści!

Można tylko pytać, po co w ogóle w Mali te placówki dyplomatyczne, skoro każdy gest ludzi reprezentujących Północ i Zachód globu przeczy idei kontaktu, poznania, współpracy i partnerstwa. Jaka jest zasadność „interwencji” w zastaną rzeczywistość? Czy ma sens działanie charytatywne, pomocowe, jeśli to zawracanie Wisły patykiem, w sensie braku środków do działania szerokiego i systemowego, mającego szansę na kontynuację niezależnie od antycypowanych następnych przeprowadzek inicjatorów? Inicjatorek raczej! Anna, do czasu będąca wzorową żoną swego męża, zgodnie z konwencjami obyczajowymi obowiązującymi takie damy, angażuje się społecznie. Dowiadujemy się o tym mniej-więcej tyle, ile o zawodowej pracy Davida, a może nawet mniej: ot, Annie świetnie idzie, kropka. To atrybut dowodzący jej szlachetności, w najgorszym zaś razie czynność odwracająca uwagę od sahelowo pustynniejącego małżeństwa.

Nie wątpię, iż autorka znakomicie zna opisywany przez siebie Sahel, jednak jej opowieść sprowadza się do romansidła w egzotycznej scenerii, i – jakby ona nie starczała – z dodanym sosem ezoterycznego bełkotu. Czy zainteresuje się tym ktoś z kompetencjami w zakresie krytyki postkolonialnej? Dość to wątpliwe, zwłaszcza gdy zauważymy, iż w tylnej części okładki rekomendacje Podoleckiej dają niegdyś modna prezenterka telewizyjna Katarzyna Dowbor, oraz pisarka Małgorzata Kalicińska. Ta ostatnia zachwyca się historią kobiet, które „poszukują miłości i odkrywają same siebie”. W innym akapicie tego blurba Pani Nad Rozlewiskiem mówi o Afryce „nieoswojonej nigdy przez nas – białych”. Tak, nadal jesteśmy na etapie W pustyni i w puszczy, ponadto przecież „my Polacy” nie skalaliśmy się okrucieństwami kolonizatorstwa. „My” tylko budowaliśmy mosty i po Afryce podróżowaliśmy na rowerach (z całym czacunkiem dla Kazimierza Nowaka). „My” wtedy byliśmy pod zaborami i sami walczyliśmy o zachowanie tożsamości narodowej. By jednak oddać autorce sprawiedliwość, małą polską diasporę charakteryzuje dość zaskakująca obojętność wobec religii instytucjonalnych – brak jest odniesień do katolicyzmu i – co mogłoby za tym pójść: misyjności.

Z mojego punktu widzenia książka, choć – co godne pochwały – nie razi nieudolnością warsztatową, nawet po odjęciu irytującego newage’owskiego sztafażu, książka jest moralnie wątpliwa. Gayatri Chakravorty Spivak w tytule swego słynnego eseju zapytała: Can The Subaltern Speak?, dowodząc następnie, iż odpowiedź musi być przecząca. Takoż dowodzi tego Podolecka, przy czym jej zamiarem nie było zabranie głosu w dyskusji teoretycznej. Żar Sahelu spełnia obietnice składane czytelnikom, czy raczej czytelniczkom, na rewersie okładki. Szkoda jednak, że nie wykorzystuje swej szansy, aby zaproponować coś więcej, aniżeli opowiastkę o „późnej” miłości i o wzorowych – nawet w myśl podstawowych założeń feminizmu korporalnego – relacjach matki i córki, coś więcej, aniżeli ostrzeżenie przed światem „nieoswojonym”.

Agnieszka Podolecka, „Żar Sahelu”, Wydawnictwo Poradnia K, Warszawa 2010. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 11 stycznia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe

Agnieszka Podolecka, „Żar Sahelu”

Mając w pamięci Blackwellowski podręcznik A Companion to Postcolonial Studies, ze świeżo wydanymi Miejscami kultury Homiego K. Bhabhy pod pachą, zabrałam się za lekturę cokolwiek lżejszą: Żar Sahelu Agnieszki Podoleckiej. Akcja powieści dzieje się w Mali, zaś tytułowy Sahel to zbiorcza nazwa terenów okołosaharyjskich, ulegających współcześnie procesom pustynnienia.

Główne bohaterki to matka – Anna, i córka – Izabella zwana Bellą. Anna jest podchodzącą pod pięćdziesiątkę idealną żoną polskiego dyplomaty, Marka, podróżującą razem z nim i osiadającą w kolejnych placówkach. Córka jest nastolatką multikulturową, oczytaną (w internecie…), wrażliwą, rozsądną, niezbuntowaną – z braku powodów, albowiem absolutnie idealnie dogaduje się z cudowną mamusią. Wokół tych dwóch orbituje przyjaciel rodziny, David, angielski biznesmen, rozwiedziony (żona miała inne priorytety życiowe) a bezdzietny. Nietrudno zatem odgadnąć, iż w odpowiednim momencie David stworzy z Anną, matką Belli, nową rodzinę. (Mąż Marek jest oczywiście nieczuły i obojętny, a poza tym i tak zdradzał żonę).

Aby jednak nie uprzedzać wypadków… Nierozbita jeszcze rodzina właśnie opuściła senegalski Dakar, w malijskim Bamako Bella zaczyna uczęszczać do nowej szkoły, amerykańskiej jako i poprzednie. Skutkiem takiego toku edukacji nie może uciec z niemiłego jej kraju do Polski, ponieważ w ojczyźnie nie zdałaby matury, a tak, po szkole – śladem dwóch starszych braci, w powieści nieobecnych – trafi do Oxfordu. Szkoła jest strzeżona przez dogońskiego ochroniarza–oddźwiernego, który na rozkaz szamana ze swego plemienia musi porwać Bellę, by można ją było złożyć w ofierze w intencji deszczu. Czemu ją? Gdyż ma na ramieniu znamię w kształcie ważnym dla Dogonów. Lud ten, co widać na przykładzie szkolnego ochroniarza, rozdarty jest między swą pierwotną wiarą o charakterze animistycznym, a dominującym dzisiaj w Mali islamem. Jednak czy z jednej, czy z drugiej perspektywy patrząc, Amerykanie i inni „biali” są gorszącymi bluźniercami.

W szkole Bella zyskuje przyjaciela, Williama, który kilkanaście stron przed końcem książki okazuje się być gejem tęskniącym za swoim zostawionym w Londynie chłopakiem. Niestety, czy to z powodu mojego przeczulenia, czy przez „typowo polską” nieumiejętność przyjęcia przez autorkę normalnej perspektywy (perspektywy nieujawniającej zadziwienia dla nieheteronormatywnych orientacji psychoseksualnych, rzecz jasna), „prawdziwą tożsamość” Williama „odkryłam” od razu. Młodzieniec ma odpowiednie, by nie powiedzieć: kanoniczne atrybuty, poza tym jest dziwnie obojętny na urodę Belli.

Kolejny perspektywiczny rzut oka na fabułę – Marek w Mali pracuje, Bella chodzi do szkoły, gdzie próbuje się z nią spoufalać ochroniarz, Anna się pociesza na różne sposoby, a wreszcie „na dobre” wiąże się z Davidem. Bella jedzie na szkolną wycieczkę, pod koniec trwania której zostaje porwana, William, przyjaciel–gej, przy okazji też, co inicjuje brawurową przygodę postkolonialnych Stasia i Nell. Aha, potem wszystko się dobrze kończy.

Mamy jednak dodatkową atrakcję. W rezydencji, w jakiej zakwaterowano rodzinę, Bella znajduje pamiętnik młodej Angielki, hm, kolonizatorki sprzed wieku. Dziewczyna z dobrego domu, córka postepowego i tolerancyjnego ojca, zbuntowana przeciw gorsetom, five o’clockom i innym konwenansom stosownym dla dam z imperium, nad którym nie zachodzi słońce, przeżywa bardzo krótki intensywny romans z francuskim lekarzem, François Mirabeau, zostaje porwana przez Dogonów, ucieka i już na wolności, po kilku dniach zmagań z głodem, pragnieniem i pustynią, ginie od ugryzienia jadowitego skorpiona, i to niemal w ramionach kochanka. Dla zobrazowania konwencji proponuję próbkę stylu; oto opis pozostawiony przez Mirabeau:

Spiąłem konia i zacząłem ją wołać. Usłuszała, zerwała się i zaczęła biec w naszą stronę. I wtedy upadła… Zeskoczyłem z konia. Elizabeth, Elizabeth… Tyle przeżyłaś, by teraz…
(s. 140).

Tu zaczyna się problem. Anna, matka, jest egzaltowaną wyznawczynią – mówiąc ogólnie – New Age, zresztą córka też. Medytowanie w celu proszenia o pomoc kwiaty, zdawanie się na słowa wróżb, które oczywiście okazują się trafna, ukłony w kierunku (?) czterech żywiołów i czakramy… nie chodzi mi o światopogląd bohaterek, ale o to, że autorka go podziela i pozwala, by te praktykowane przez matke i córkę rytuały działały w realistycznym bądź co bądź świecie jej powieści. Bella kontaktuje się zatem z wędrującą, nieukojoną duszą Elizabeth, autorki znalezionego pamiętnika. Kontaktuje? Przeprowadza rozmowy rozpisane na dialogi w języku etnicznym… angielskim zapewne. Dogoni, jak skądinąd wiadomo, spadli z Saturna i ich szaman ma prawdziwą moc sprawczą, ale „biali” – jeśli uda się im osiągnąć harmonię wewnętrzną promieniującą na świat zewnętrzny – mogą również mieć swoje czary-mary.

Umysł dziewczyny zaczął się bronić przed jego obecnością
(s. 144);
Pomóż mi, wodo – szepnęła. – Oczyść mnie. [...] Podziękowała wodzie i postanowiła, że teraz już nieodwołalnie powie swym lękom stanowcze NIE (s. 180).

Czy w ten sposób autorka widzi alternatywę wobec biurokracji i materializmu? Hm, David jest krezusem!

Razi też inny, dotyczący „zderzenia się światów” element powieści: świadomość postkolonializmu. Wydaje mi się, że podskórny komunikat płynący z narracji każe odbiorcy zawiesić polityczną poprawność, i uznać nieredukowalną odmienność, a posługując się anachronicznym określeniem: dzikość czarnych. Naświetlone są sprawy, które implicytnie gloryfikują niegdysiejszy porządek świata (zgodnie z tą konwencją zdecydowałam się wcześniej używać określenia „biali”, niezgodnego z moim pojęciem stosowności, ale adekwatnego do stylu narracji Podoleckiej). Nie można mówić o plantatorach ani o – ach, rety! – handlarzach niewolników, niech więc będą ambasador oraz biznesmen–obieżyświat. Co charakterystyczne, kraj „przydzielony” Markowi musi być odpowiednio nieważny, by bohaterowie nie uwikłali się przy okazji w polską politykę. Co jeszcze ciekawsze, autorka przemilcza szczegóły pracy Davida. Anna i on poznali się w Arabii Saudyjskiej, mężczyzna pracował też w Chinach (gdzie przy okazji zgłębił tajniki medytacji w odosobnieniu, co czyni go partnerem idealnym), teraz zaś w Mali, gdzie ubija interesy z rządem tego kraju.

W arabskich wspomnieniach pojawia się porównanie enklawy niemuzułmańskich kosmopolitów do getta. W końcu to – czytamy, dziwując się wizji świata, jaką ma Podolecka – wyizolowany teren rządzący się odrębnymi prawami i zamieszkały przez ludzi o innej przynależności etniczno-religijnej. Brak aksjologizacji, brak świadomości obciążenia słowa „getto” swoistymi konotacjami. A w owej saudyjskiej enklawie kobiety mogą się ubierać adekwatnie nie do szariatu, a do pogody. Przeniesienie takiego układu widzimy w Afryce. Izolacja, niechęć, obcość, wzmagane wytycznymi związanymi z po amerykańsku rozumianymi środkami bezpieczeństwa. Trzeba przyznać, że izolacja jest niejako na życzenie Afrykańczyków, którzy oczekują od „białych” iście pańskich i władczych zachowań – na przykład jeśli czarnoskóry personel zobaczy pracodawczynię podczas wykonywania służebnych właśnie czynności (sprzątanie itp.), straci szacunek i poniecha ochrony wobec takiej niegodnej rodziny. Cóż, to nie sprzyja niwelowaniu przepaści!

Można tylko pytać, po co w ogóle w Mali te placówki dyplomatyczne, skoro każdy gest ludzi reprezentujących Północ i Zachód globu przeczy idei kontaktu, poznania, współpracy i partnerstwa. Jaka jest zasadność „interwencji” w zastaną rzeczywistość? Czy ma sens działanie charytatywne, pomocowe, jeśli to zawracanie Wisły patykiem, w sensie braku środków do działania szerokiego i systemowego, mającego szansę na kontynuację niezależnie od antycypowanych następnych przeprowadzek inicjatorów? Inicjatorek raczej! Anna, do czasu będąca wzorową żoną swego męża, zgodnie z konwencjami obyczajowymi obowiązującymi takie damy, angażuje się społecznie. Dowiadujemy się o tym mniej-więcej tyle, ile o zawodowej pracy Davida, a może nawet mniej: ot, Annie świetnie idzie, kropka. To atrybut dowodzący jej szlachetności, w najgorszym zaś razie czynność odwracająca uwagę od sahelowo pustynniejącego małżeństwa.

Nie wątpię, iż autorka znakomicie zna opisywany przez siebie Sahel, jednak jej opowieść sprowadza się do romansidła w egzotycznej scenerii, i – jakby ona nie starczała – z dodanym sosem ezoterycznego bełkotu. Czy zainteresuje się tym ktoś z kompetencjami w zakresie krytyki postkolonialnej? Dość to wątpliwe, zwłaszcza gdy zauważymy, iż w tylnej części okładki rekomendacje Podoleckiej dają niegdyś modna prezenterka telewizyjna Katarzyna Dowbor, oraz pisarka Małgorzata Kalicińska. Ta ostatnia zachwyca się historią kobiet, które „poszukują miłości i odkrywają same siebie”. W innym akapicie tego blurba Pani Nad Rozlewiskiem mówi o Afryce „nieoswojonej nigdy przez nas – białych”. Tak, nadal jesteśmy na etapie W pustyni i w puszczy, ponadto przecież „my Polacy” nie skalaliśmy się okrucieństwami kolonizatorstwa. „My” tylko budowaliśmy mosty i po Afryce podróżowaliśmy na rowerach (z całym czacunkiem dla Kazimierza Nowaka). „My” wtedy byliśmy pod zaborami i sami walczyliśmy o zachowanie tożsamości narodowej. By jednak oddać autorce sprawiedliwość, małą polską diasporę charakteryzuje dość zaskakująca obojętność wobec religii instytucjonalnych – brak jest odniesień do katolicyzmu i – co mogłoby za tym pójść: misyjności.

Z mojego punktu widzenia książka, choć – co godne pochwały – nie razi nieudolnością warsztatową, nawet po odjęciu irytującego newage’owskiego sztafażu, książka jest moralnie wątpliwa. Gayatri Chakravorty Spivak w tytule swego słynnego eseju zapytała: Can The Subaltern Speak?, dowodząc następnie, iż odpowiedź musi być przecząca. Takoż dowodzi tego Podolecka, przy czym jej zamiarem nie było zabranie głosu w dyskusji teoretycznej. Żar Sahelu spełnia obietnice składane czytelnikom, czy raczej czytelniczkom, na rewersie okładki. Szkoda jednak, że nie wykorzystuje swej szansy, aby zaproponować coś więcej, aniżeli opowiastkę o „późnej” miłości i o wzorowych – nawet w myśl podstawowych założeń feminizmu korporalnego – relacjach matki i córki, coś więcej, aniżeli ostrzeżenie przed światem „nieoswojonym”.

Agnieszka Podolecka, „Żar Sahelu”, Wydawnictwo Poradnia K, Warszawa 2010. Wszystkie cytaty, ograniczone do podania numerów stron, pochodzą z tego wydania.

Data wpisu: 11 stycznia, 2011 autor wpisu: Paulina Szkudlarek  |  Komentowanie nie jest możliwe